Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Mgły minionych dni - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 maja 2026
3389 pkt
punktów Virtualo

Mgły minionych dni - ebook

Bezlitosny świat. Niebezpieczne uczucie. Cienie przeszłości.
I nadzieja, która może zachwiać systemem.

Siyako niegdyś tętniło spokojem i radością. Dziś to bezduszne miejsce, w którym ludzie zatracili wiarę w lepsze jutro. Sztuczna inteligencja, zamiast sprzymierzeńcem, stała się narzędziem kontroli, a społeczeństwo podzielono na tych, którzy mają władzę, i tych, którzy nie mają nic.

Sara, liderka rebelianckiej grupy Tricksów, od lat sprzeciwia się korporacyjnemu totalitaryzmowi. Widzi, jak technologia zaślepia ludzi, a prawda ginie pod warstwami propagandy. Kade stoi po drugiej stronie ideowego podziału. Jako potomek głowy monopolu NeuroTech Corp. jest twarzą przyszłości, do której Sara nie chce dopuścić.

Ich pierwsze spotkanie powinno doprowadzić do starcia. Zamiast tego rodzi się między nimi coś, czego nie przewidziały ani algorytmy, ani zimne kalkulacje. W świecie, który powoli zaczyna wrzeć od buzujących pod powierzchnią konfliktów, już wkrótce oboje będą musieli zadać sobie pytanie: o co tak naprawdę warto walczyć?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-530-0
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Ze­ga­ro­wa wska­zów­ka, cien­ka jak pu­dro­wa kre­ska, któ­ra to­wa­rzy­szy­ła mi wczo­raj­sze­go wie­czo­ru, prze­sko­czy­ła o jed­ną dwu­dzie­stą czwar­tą. Wy­bi­ła dru­ga zero pięć.

Hi­gro­sko­pij­na rze­czy­wi­stość wy­peł­nia­ła prze­strzeń mię­dzy be­to­no­wą co­dzien­no­ścią a lu­krem trzy­ma­nych w klat­ce ser­ca ma­rzeń. Spły­wa­ła po cia­łach tych, któ­rzy mie­li jesz­cze wy­star­cza­ją­co dużo siły i od­wa­gi, aby uno­sić cię­żar nie tyl­ko wszech­obec­nej łuny świa­tła, ale też emo­cjo­nal­ne­go ka­lec­twa od­cię­tych uczuć, któ­re ni­czym nie­wi­dzial­ne ki­ku­ty ster­cza­ły ze smut­no mi­go­czą­cych źre­nic. Od­bi­jał się w nich wi­ru­ją­cy pył, wcho­dzą­cy po­przez oczy, uszy, usta.

Była ciem­na noc, a za­ra­zem peł­na bla­sku. Ciem­na w umy­słach, któ­re ogar­nął strach, ży­ją­cych w nie­świa­do­mo­ści po dzień dzi­siej­szy – bo tak wy­god­niej. Bo tak po pro­stu musi być. Nie­przyj­mu­ją­cych żad­nej al­ter­na­ty­wy ob­my­wa­ją­cej na­sze cia­ła rze­czy­wi­sto­ści. Praw­dą nie­pod­wa­żal­ną była ja­sność, któ­ra za­pa­no­wa­ła i chci­wie zdo­mi­no­wa­ła li­nię ho­ry­zon­tu. Pod tą ośle­pia­ją­cą łuną tli­ło się coś wię­cej.

Byli też i tacy, dla któ­rych ta noc pło­nę­ła nie­skoń­czo­nym świa­tłem, wca­le nie­za­leż­nym ska­lą od siły emi­to­wa­nych pro­mie­ni wy­bu­chu. Ja­sność, przej­rzy­stość, kla­row­ność my­śli. Wal­ka w imię cze­goś więk­sze­go. Zrzu­ce­nia pry­zma­tu ilu­zji sys­te­mu za­pro­gra­mo­wa­nych jed­no­stek na rzecz pięk­niej­sze­go, wol­ne­go świa­ta.

By­łam też ja, dla któ­rej ta noc była ja­śniej­sza niż kie­dy­kol­wiek.INTRUZ

Z uchy­lo­ne­go okna do­la­ty­wał śpiew pta­ków, a prze­strzeń wy­peł­nia­ło in­ten­syw­ne świa­tło. Był sam śro­dek dnia, po­łu­dnie. Po­czu­łam na twa­rzy przy­jem­ne cie­pło pro­mie­ni sło­necz­nych, któ­re zda­wa­ły się otu­lać ze­wsząd pory mo­jej skó­ry.

Już czas, zru­ga­łam się w my­ślach. Wsta­waj albo zno­wu się spóź­nisz.

Nie otwie­ra­jąc po­wiek, zwle­kłam się z łóż­ka do po­zy­cji sie­dzą­cej. Za­mru­ga­łam.

Nic się nie zmie­ni­ło. Te same czar­ne ścia­ny, gdzie­nie­gdzie po­kry­te flu­ore­scen­cyj­ny­mi ma­zi­dła­mi. Ta sama sza­fa z wy­­­sy­pu­ją­cy­mi się ubra­nia­mi. Ta­bli­ca in­te­rak­tyw­na, te­raz uśpio­na, skry­wa­ją­ca od­po­wiedź, dla­cze­go mia­łam w ogó­le ocho­tę i sens wsta­wać z łóż­ka.

Zda­rza­ły się dni, re­kor­do­wo mie­sią­ce, kie­dy by­łam cał­ko­wi­cie off. Od świa­ta, od sie­bie. Wy­star­czy­ło ak­ty­wo­wać pa­kiet pierw­szej in­stan­cji, aby mieć do­stęp do wszyst­kich moż­li­wo­ści, do któ­rych na co dzień mia­ły doj­ście tyl­ko eli­ty. Wir­tu­al­na rze­czy­wi­stość ofe­ro­wa­ła dru­gie ży­cie, w któ­rej by­łeś kre­ato­rem nie dzię­ki swo­jej pod­świa­do­mo­ści, ale za spra­wą licz­by zer na kon­cie. Brzmi zna­jo­mo? Skąd­że. Ulu­bio­ne hob­by spo­łe­czeń­stwa uśpio­ne­go na wszel­kie bodź­ce i wyż­sze emo­cje, lu­bu­ją­ce­go się w otę­pia­niu zmy­słów na week­en­do­wym zjeź­dzie lub wska­ku­ją­ce­go po pra­cy w stan uśpie­nia.

– Czar­na kawa – po­wie­dzia­łam w eter.

– Czar­na kawa w trak­cie przy­go­to­wy­wa­nia – od­po­wie­dzia­ły mi ścia­ny.

Nie prze­czę, tech­no­lo­gia była cał­kiem po­moc­na, je­śli spoj­rzeć na le­ni­stwo za­ko­do­wa­ne w ludz­kim DNA, sze­rzą­ce się jak epi­de­mia na ska­lę świa­to­wą. Cho­ro­ba, na któ­rą je­dy­nym spraw­dzo­nym le­kar­stwem był po­stęp cy­wi­li­za­cyj­ny.

Piję kawę, któ­rej tak na­praw­dę nie­na­wi­dzę, i z każ­dym ko­lej­nym ły­kiem zwięk­sza się ka­li­ber mo­je­go od­ru­chu wy­miot­ne­go, ale mimo to mu­szę ją w sie­bie wle­wać. Do­kład­nie tak samo, jak pu­ste tre­ści glo­bal­nej dez­in­for­ma­cji wle­wa­ne są co­dzien­nie do oczu i uszu. Bez tego cięż­ko by­ło­by po­zo­stać „obu­dzo­nym”, przy­naj­mniej wte­dy, kie­dy uza­leż­nio­ny umysł pro­si o wię­cej. W przy­pad­ku kawy to ta sła­ba część mnie nie wie­rzy­ła, że sta­nę o wła­snych si­łach po wczo­raj­szym dniu. Na­praw­dę spa­ła­bym dłu­żej. Du­ties. Obo­wiąz­ki wzy­wa­ją. Sło­wa­mi Wil­la, któ­ry za­wsze ła­mał so­bie ję­zyk, roz­ma­wia­jąc po pol­sku, co też tłu­ma­czy­ło, dla­cze­go do każ­de­go zda­nia wtrą­cał an­glo­ję­zycz­ne ak­cen­ty.

Will był na­szym pio­nie­rem w dzie­dzi­nie in­fra­struk­tu­ry neu­ro­no­wych po­łą­czeń sie­cio­wych. W skró­cie: wraż­li­wych punk­tów ope­ra­cji. Ale wła­śnie to go ja­ra­ło. On po pro­stu uwiel­biał ad­re­na­li­nę, szcze­gól­nie tę w po­sta­ci kodu bi­nar­ne­go. Był to­tal­nym fre­akiem, i wła­śnie to w nim lu­bi­łam naj­bar­dziej.

Kom­pa­ty­bil­ne my­śli, pod­łą­czo­ne i mo­ni­to­ro­wa­ne przez sys­tem, sta­no­wi­ły praw­dzi­wą i w do­dat­ku cał­kiem dar­mo­wą po­­­żyw­kę dla du­żych kor­po­ra­cji, ba, dla sa­me­go rzą­du. Sy­no­nim po­li­ty­ki sta­no­wi­ła gę­sta sieć opie­ra­ją­ca się na in­for­ma­cjach o new­ral­gicz­nych punk­tach oby­wa­te­li, prze­cho­wy­wa­nych w sys­te­mie zero-je­dyn­ko­wym, nie­uwzględ­nia­ją­cym pół­środ­ków, któ­re mo­gły­by za­pro­po­no­wać ja­ki­kol­wiek kom­pro­mis dla spo­łe­czeń­stwa.

Na prze­gu­bie mo­jej dło­ni wy­świe­tlił się ko­mu­ni­kat: Po­ziom ener­gii wzrósł o 46%. Prze­wi­dy­wa­ny czas do wy­czer­pa­nia or­ga­ni­zmu: 5 go­dzin.

Spoj­rza­łam przez okno. Fik­cyj­ny ob­raz nocy za­stą­pił wi­dok wzbi­ja­ją­cych się w nie­bo fu­tu­ry­stycz­nych prze­szklo­nych form przy­po­mi­na­ją­cych pącz­ku­ją­ce ło­dy­gi, a każ­dy z ar­chi­tek­to­nicz­nych po­li­pów mie­ścił w so­bie ży­cie tęt­nią­ce w okre­ślo­nym ryt­mie go­spo­dar­czych gi­gan­tów, któ­re mo­no­po­li­zu­jąc ry­nek, nie zo­sta­wia­ły miej­sca dla mniej­szych przed­się­bior­ców i ja­kich­kol­wiek in­nych nie­za­leż­nych biz­ne­sów.

Re­gu­ły gry były pro­ste. Albo do­sto­so­wu­jesz się do pa­nu­ją­cych za­sad, albo mo­żesz się po­że­gnać z reszt­ka­mi sa­mo­świa­do­mo­ści, któ­ra była je­dy­nym przy­wi­le­jem obec­nej rze­czy­wi­sto­ści.

Z tru­dem pod­nio­słam się z łóż­ka. Po­de­szłam do kok­pi­tu, skąd mia­łam do­stęp do wszyst­kich kon­tro­lek. Wy­łą­czy­łam ćwier­ka­nie pta­ków; mój na­strój już nie współ­grał z ich ra­do­sną ko­kie­te­rią. Ska­lę wle­wa­ją­cych się do po­ko­ju pro­mie­ni sło­necz­nych rów­nież zmniej­szy­łam. Słoń­ce wi­docz­ne za szkla­ną ścia­ną było ilu­zją. Ho­lo­gra­mem. Za­py­ta­cie, jak było na ze­wnątrz? Mo­no­chro­ma­tycz­nie, gdy­by nie krzy­czą­ce ze­wsząd slo­ga­ny re­klam.

Mu­sia­łam się zbie­rać. Wie­dzia­łam o tym, że cze­ka­ją na mnie w ba­zie. Pod­nio­słam z pod­ło­gi kil­ka par skar­pet oraz T-shir­tów i wrzu­ci­łam je do ko­sza na brud­ną bie­li­znę. Wy­cią­gnę­łam z sza­fy ob­ci­słe la­tek­so­we spodnie i czar­ny gor­set. Wło­sy po­zo­sta­wi­łam w nie­ła­dzie. Ubra­na, kie­ru­jąc się do drzwi wyj­ścio­wych, spoj­rza­łam mi­mo­cho­dem w lu­stro. Cie­nie pod­krą­żo­nych oczu nie­wąt­pli­wie zdra­dza­ły tem­po wczo­raj­sze­go wie­czo­ru.

***

Całą noc nie mo­głem spać. Cięż­kie kro­ple desz­czu dud­ni­ły o szy­by okien ni­czym wer­ble, a przed ocza­mi wy­świe­tla­ły mi się ob­ra­zy ostat­nich zda­rzeń. Jak mo­głeś być tak głu­pi, żeby tego nie prze­wi­dzieć?

Kor­nel był li­de­rem, a ja gra­łem dru­gie skrzyp­ce. Ofi­cjal­nie. W prak­ty­ce cała od­po­wie­dzial­ność za ak­cję spa­da­ła na mnie. Mia­łem za sobą kil­ku­dzie­się­ciu lu­dzi, na kar­ku zgrzy­ta­ją­cą zę­ba­mi pre­sję.

Z po­zo­ru wszyst­ko wy­glą­da­ło ba­nal­nie ła­two. Na­szym za­da­niem było za­sa­bo­to­wać doj­ście Trick­sów do cen­tra­li. W tym celu całe dwa mie­sią­ce spę­dzi­łem na szko­le­niu no­wych i wpro­wa­dza­niu ich w te­mat. Je­śli coś wy­cie­kło­by przed ak­cją, byli­by­śmy prze­gra­ni na star­cie, dla­te­go pod­czas on­bo­ar­din­gu te­sto­wa­li­śmy ich za­ufa­nie, pod­sta­wia­jąc im kil­ka pro­po­zy­cji z róż­nych źró­deł. Wszy­scy zda­li eg­za­min. Naj­wy­raź­niej gdzieś jed­nak mu­sia­ła być plu­skwa.

Tak na­praw­dę nie­wie­le wie­dzia­łem o dzia­ła­niu sys­te­mu od we­wnątrz. Tym zaj­mo­wa­li się in­saj­de­rzy. Po pro­stu każ­dy miał swo­ją dział­kę. Dzię­ki temu pra­ca szła szyb­ciej i efek­tyw­niej. Nikt ni­ko­mu nie wcho­dził w dro­gę. Do cza­su.

Je­den mały błąd za­de­cy­do­wał o zni­we­cze­niu wszel­kich dzia­łań.

Od sa­me­go po­cząt­ku to była jed­na wiel­ka nie­wia­do­ma. Mój oj­ciec ob­da­rzył mnie za­ufa­niem. Po raz pierw­szy by­łem od­po­wie­dzial­ny za tak duży pro­jekt. Mia­łem się wy­ka­zać. Na­wet nie bra­łem pod uwa­gę, że co­kol­wiek może pójść nie tak. Nie po­dej­rze­wa­łem, że ktoś z na­szych może nas wsy­pać.

Le­żąc wśród ko­ją­cych dźwię­ków ule­wy pa­nu­ją­cej na ze­wnątrz, mia­łem w gło­wie rój pę­dzą­cych, roz­wście­czo­nych my­śli. Kłę­bi­ły się, wy­la­tu­jąc wro­ta­mi uszu, bzy­cząc pod su­fi­tem i za­bar­wia­jąc go na pur­pu­ro­wy ko­lor. Za oknem wi­dać było prze­ci­na­ją­cą ciem­ne nie­bo fio­le­to­wą łunę, po­zo­sta­łość po flaj­mo­bi­lu.

Two­ja przy­szłość w na­szych rę­kach. Na­sze ręce – Two­imi. Bu­duj z nami lep­szą co­dzien­ność w Neu­ro­Tech Corp.

Neo­no­wy ho­lo­gram wy­świe­tlał się za za­łza­wio­ną szy­bą. Nocą ze­wsząd wy­glą­da­ły ha­sła kor­po­ra­cji, któ­ra do­mi­no­wa­ła na da­nym te­re­nie. Tu­taj, w Siy­ako, wszel­kie le­gal­nie dzia­ła­ją­­ce usłu­gi były w rę­kach Neu­ro­Tech Corp., a jej pre­ze­sem był Le­onar­do Se­adre­we.

Żeby była ja­sność – Neu­ro­Tech Corp. cał­ko­wi­cie zdo­mi­no­wa­ło lo­kal­ny ry­nek, za­czy­na­jąc od środ­ka, a koń­cząc na za­chod­niej czę­ści kra­ju. Te­raz szy­ko­wa­ło się na wy­par­cie ko­lej­ne­go z kor­po­ra­cyj­nych gi­gan­tów, zaj­mu­ją­ce­go wschod­ni ob­szar.

Po nie­uda­nej ak­cji nie było już na­wet o czym roz­ma­wiać. W du­chu szy­ko­wa­łem się na cięż­ki po­ra­nek i kon­fron­ta­cję z oj­cem. Szu­ka­łem w gło­wie ja­kich­kol­wiek ra­cjo­nal­nie brzmią­cych ar­gu­men­tów, ale nic mi nie przy­cho­dzi­ło na myśl.

Na­gle na prze­gu­bie mo­jej dło­ni wy­świe­tli­ło się po­wia­do­mie­nie o no­wej wia­do­mo­ści. Czer­wo­ny na­pis ra­ził po oczach, to­nąc wśród gę­stej ciem­no­ści po­ko­ju, a li­te­ry pi­sa­ne Aria­lem ukła­da­ły się w krót­ką li­nij­kę.

Sor­ry. The game is over.

***

– He­eej, Sara! Jak po wczo­raj? Ży­jesz? Może mała po­wtór­ka dzi­siaj wie­czo­rem?

Rafi, sie­dzą­cy przy swo­im Macu ob­kle­jo­nym na­lep­ka­mi z Na­ru­to, wy­szcze­rzył do mnie zęby w zło­śli­wym uśmie­chu. Pa­trzył na mnie wy­cze­ku­ją­co, a ja spe­cjal­nie od­cze­ka­łam kil­ka se­kund, za­nim zwró­ci­łam się w jego kie­run­ku. Zi­gno­ro­wa­łam jego py­ta­nie i za­miast tego po­wie­dzia­łam:

– Ak­cja się nie uda­ła. Roz­ma­wia­łam przed chwi­lą z Wil­lem.

– Co masz na my­śli? – Zmarsz­czył brwi.

– Za­czę­li dzia­łać oko­ło pół­no­cy. Koło dru­giej nad ­ra­nem ktoś za­blo­ko­wał im do­stęp do ser­we­rów – od­po­wie­dzia­łam bez­na­mięt­nie, jed­no­cze­śnie wy­pa­ko­wu­jąc z ple­ca­ka lap­top.

– Co te­raz? – Czy on na­praw­dę jest taki głu­pi, czy tyl­ko uda­je?, po­my­śla­łam.

– Nic te­raz. DDoS się nie udał. Sor­ry, ale nie mam cza­su na wy­ja­śnie­nia, mu­szę jak naj­szyb­ciej do­wie­dzieć się wię­cej kon­kre­tów od chło­pa­ków.

Rafi prze­niósł swój py­ta­ją­cy wzrok ze mnie na ekran mo­ni­to­ra. Spra­wiał wra­że­nie, jak­by dys­po­no­wał zbyt małą ilo­ścią pa­mię­ci ma­ga­zy­nu­ją­cej, aby prze­two­rzyć grub­sze in­for­ma­cje, co było ko­micz­ne, zwa­żyw­szy na jego żył­kę do IT.

– Co masz na my­śli mó­wiąc, że się nie uda­ła? – Chło­pak nie miał za­mia­ru od­pu­ścić.

Wes­tchnę­łam.

– Wiesz, na czym w ogó­le po­le­ga taki atak?

– No ja­sne, ce­lem jest crash ca­łe­go ser­we­ra. Dzie­je się tak dzię­ki pra­cy wy­sy­ła­ją­cych po­wta­rza­ją­ce się za­py­ta­nia bo­tów do cza­su, aż ser­wer nie bę­dzie w sta­nie ich prze­two­rzyć, pro­wo­ku­jąc crash.

Wy­gło­siw­szy wi­ki­pe­dio­wą de­fi­ni­cję, Rafi wy­pro­sto­wał się dum­nie na krze­śle.

– Bra­wo – od­po­wie­dzia­łam z iro­nią. – Co wię­cej, zwy­kły taki atak spro­wa­dza się do za­le­wa­nia po­je­dyn­cze­go ad­re­su IP dużą ilo­ścią ru­chu sie­cio­we­go z jed­ne­go źró­dła. A więc wy­obraź so­bie, że my chcie­li­śmy być o krok da­lej i ­wy­bra­li­śmy tak­ty­kę roz­pro­szo­ną. Ata­ki były ge­ne­ro­wa­ne z róż­nych miejsc, przy jed­no­cze­snym bom­bar­do­wa­niu ser­we­ra z na­­­­szej cen­tra­li.

– W ta­kim ra­zie szan­se na to, że coś mo­gło pójść nie tak, były zni­ko­me. Dla­cze­go więc nie wy­pa­li­ło?

– Za­sta­na­wia­ją­ce, nie­praw­daż? – prych­nę­łam z iro­nią.

Pa­trzy­li­śmy na sie­bie w mil­cze­niu.

– My­ślisz po­waż­nie, że ktoś z na­szych sy­pie?

– Nie je­stem pew­na, jed­nak kto­kol­wiek to był, za­pła­ci za to.

Chło­pak po­pa­trzył na mnie i już się wię­cej nie ode­zwał.

Cen­tra­la to był mój dom. Spę­dza­łam tu więk­szość cza­su. Ba, spę­dzi­łam tu więk­szość mo­je­go ży­cia, dla­te­go czu­łam, jak­bym przy­na­le­ża­ła do tego miej­sca od za­wsze. W eki­pie by­wa­ło róż­nie. Mimo to ni­g­dy bym nie po­dej­rze­wa­ła, że stra­cę za­ufa­nie do lu­dzi, z któ­ry­mi po­dzie­la­łam te same war­to­ści.

Z tła prze­bił się gło­śny jęk roz­wie­ra­nych me­ta­lo­wych drzwi.

– Sor­ry za spóź­nie­nie.

Kiw­nę­łam gło­wą Ar­ko­wi, a ten szyb­ko ru­szył do swo­je­go sta­no­wi­ska. Nie był du­szą to­wa­rzy­stwa. Szcze­rze mó­wiąc, na pierw­szy rzut oka wy­da­wał się cał­ko­wi­tym out­si­de­rem. Ha­ker z cha­rak­te­ry­stycz­ną dla sie­bie czap­ką zło­dziej­ką na gło­wie. Ręce w kie­sze­ni. Syl­wet­ka przy­gar­bio­na. Jed­no trze­ba było mu przy­znać – był za­je­bi­sty w swo­jej ro­bo­cie. Kie­dyś brał udział w kru­cja­cie Ano­ny­mo­us prze­ciw scjen­to­lo­gom, sek­cie, któ­ra wy­łu­dza­ła pie­nią­dze od swo­ich wy­znaw­ców. Na swo­im kon­cie miał też stwo­rze­nie dru­gie­go w hi­sto­rii zło­śli­we­go opro­gra­mo­wa­nia, hoł­du­jąc przy tym Mor­ri­so­wi, któ­ry w ty­siąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­tym ósmym roku jako pierw­szy roz­po­wszech­nił ro­ba­ka na świa­to­wą ska­lę, wy­ko­rzy­stu­jąc błę­dy sys­te­mów unik­so­wych. Po­zwo­li­ło to ro­ba­ko­wi na sa­mo­dziel­ne roz­mna­ża­nie się w sie­ci. Ta cy­ber­ne­tycz­na epi­de­mia ob­ję­ła oko­ło sze­ściu ty­się­cy kom­pu­te­rów. Mo­gło się wy­da­wać, że to mało, ale wów­czas sta­no­wi­ły one dzie­sięć pro­cent ca­łe­go In­ter­ne­tu. Stra­ty sza­co­wa­no na ja­kieś pięć­set ty­się­cy sa­li­nów. Ar­ko­wi uda­ło się po­dwo­ić ten suk­ces.

Usia­dłam przy biur­ku i od­pa­li­łam lap­to­pa. Po­mi­mo że ak­cja się nie po­wio­dła, mi­mo­wol­nie się uśmiech­nę­łam. Lu­bi­łam to miej­sce. Może cho­dzi­ło o eki­pę, może o lo­ka­li­za­cję, a może o jed­no i dru­gie.

Znaj­do­wa­li­śmy się w prze­ciw­ato­mo­wych schro­nach. Pod­ziem­ne mia­sto, w któ­rym tęt­ni­ło dru­gie ży­cie. Od­kry­li­śmy je kil­ka lat temu, gdy la­wi­ro­wa­li­śmy po­mię­dzy wy­ra­sta­ją­cy­mi z zie­mi po­mni­ka­mi współ­cze­snej ar­chi­tek­tu­ry. Wzno­szą­ce się na sie­dem­dzie­siąt pię­ter or­ga­nicz­ne kształ­ty bu­dyn­ków po­dob­no były dro­gą do nie­ba. Je­śli wie­rzyć pa­nu­ją­cym po­wszech­nie po­gło­skom, ci, któ­rzy wje­cha­li na sam szczyt, twier­dzi­li, że boga tam nie zna­leź­li.

Bu­dy­nek do­ce­lo­wo prze­zna­czo­ny był dla cen­tra­li rzą­do­wej. Cały kom­pleks po­wstał w dru­giej po­ło­wie dwu­dzie­ste­go wie­ku, w cza­sie zim­nej woj­ny. Z bie­giem lat, w ob­li­czu roz­wi­nię­cia tech­no­lo­gii i al­ter­na­tyw­nej rze­czy­wi­sto­ści cy­fro­wej, mało kto oba­wiał się już za­gro­że­nia ze stro­ny re­al­ne­go świa­ta. Tak na­praw­dę wszyst­ko to­czy­ło się po dru­giej stro­nie ekra­nu. Dla­te­go za­po­mnia­ny un­der­gro­und zy­skał nowe ży­cie, gdy przy­pad­ko­wo od­kry­li­śmy jego ist­nie­nie. To było pięć lat temu, kie­dy za szcze­nia­ka ro­bi­li­śmy gów­nia­ne ak­cje, wła­ści­wie nie­ma­ją­ce pra­wa bytu ani żad­nej re­al­nej szan­sy po­wo­dze­nia. Ucie­ka­jąc przed for­tą, od­kry­li­śmy zej­ście na niż­szy po­ziom w jed­nym z bu­dyn­ków, skła­da­ją­cych się na więk­szy kom­pleks be­to­no­wych osie­dli. To był bez wąt­pie­nia de­cy­du­ją­cy mo­ment. Co wię­cej, war­to było przy­pła­cić go stra­chem o wła­sne ży­cie. Gdy­by nie to, dzi­siaj by­śmy tu­taj nie sie­dzie­li.

***

Tam­tej nocy sy­re­ny za­wy­ły z po­dwój­ną mocą. For­ta, do któ­rej za­dań na­le­ża­ło utrzy­my­wa­nie spo­łecz­ne­go po­rząd­ku, wła­śnie nas ści­ga­ła.

– Sara! Z pra­wej, uwa­żaj!

Wą­ski stru­mień po­ci­sków prze­le­ciał tuż obok mo­jej twa­rzy. W ostat­niej se­kun­dzie uda­ło mi się uchy­lić przed po­strza­łem; nie za­po­wia­da­ło się do­brze.

Po­ci­ski stru­mie­nio­we, dzię­ki któ­rym cał­ko­wi­cie przej­mo­wa­no kon­tro­lę nad umy­słem tra­fio­ne­go. Wie­lu z na­szych zni­ka­ło w „nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach” – wła­śnie ta­kich. Za­bie­ra­li ich cia­ła, aby ro­bić z nich po­mni­ki za­klę­te w for­ma­li­nie. Mu­zeum dla hi­ro­szów. Tych, któ­rzy na gó­rze zna­leź­li wła­dzę, za­miast po­szu­ki­wa­ne­go wcze­śniej boga.

Bie­głam tak szyb­ko, że nie za­uwa­ży­łam, jak prze­miesz­cza­my się przez po­tęż­ne skrzy­żo­wa­nie w cen­trum Siy­ako, któ­re­go pasy dla pie­szych ukła­da­ły się w sze­ścio­kąt.

To wła­śnie w tam­tym mo­men­cie, sto­jąc na sa­mym środ­ku tej geo­me­trycz­nej ukła­dan­ki, usły­sza­łam krzyk Miyi. To było tak sur­re­ali­stycz­ne, że w wy­ści­gu z for­tą za­trzy­ma­ło mnie rów­nie gwał­tow­nie, jak­bym tra­fi­ła na nie­wi­dzial­ną be­to­no­wą ścia­nę. Przed ocza­mi za­pło­nę­ły ob­ra­zy wspo­mnień.

Wspól­ne prze­sia­dy­wa­nie do póź­na na da­chu Atlan­ty. Jej ro­ze­śmia­na twarz na tle fio­le­to­wych wzgórz za mia­stem, z któ­rych ob­ser­wo­wa­ły­śmy bu­dzą­ce się do ży­cia Siy­ako. Za­raz po­tem cień. Kur­ty­na ognia. Płacz i nie­ro­ze­rwal­ny ból, któ­ry ni­czym ta­tu­aż wy­rył się w moim ser­cu.

W tam­tej chwi­li czas się za­trzy­mał. Po­sta­cie na uno­szą­cych się w po­wie­trzu mo­to­cy­klach wzo­ro­wa­nych na mo­de­lu KRGT-1 znie­ru­cho­mia­ły, a moje zmy­sły wy­ostrzy­ły się jak jesz­cze ni­g­dy do­tąd. Swo­isty do­żyl­ny za­strzyk ad­re­na­li­ny.

Ro­bi­łam to dla nich. Sa­bo­to­wa­li­śmy dzia­ła­nia hi­ro­szów, byle tyl­ko wy­czy­ścić pa­lą­ce wspo­mnie­nia spod po­wiek. To nie mo­gło się udać. Mimo wszyst­ko pró­bo­wa­li­śmy. Czu­łam w ży­łach na­ra­sta­ją­cą przez lata nie­na­wiść. Pul­so­wa­ła ra­zem z krwią, fa­lu­jąc pod moją bla­dą skó­rą. Wi­dzia­łam ją każ­de­go dnia. W lu­strze, gdy spod spuch­nię­tych po­wiek wy­le­wa­ła się na moje od­bi­cie. Wi­dzia­łam ją na twa­rzach for­ty, jak za­cie­ra­ją się w jej czar­no-bia­łej mazi je­den po dru­gim. Jak spa­da­ją z mo­to­cy­kli, wi­bru­ją w emo­cjo­nal­nej ago­nii, by po­tem z ci­chym ję­kiem zga­snąć.

Nic nie było tu praw­dzi­we. Na­wet ja.

Sto­ją­ca przed mo­imi ocza­mi drob­na po­stać Miyi wy­da­wa­ła się wte­dy naj­bar­dziej re­al­na.

– Nie za­po­mi­naj o tym, co bu­du­je two­ją toż­sa­mość. Hi­sto­ria jest tym, co cię zbu­do­wa­ło.

Jej drob­ne usta pra­wie się nie po­ru­sza­ły. Kie­ro­wa­ła wprost na mnie spoj­rze­nie wrzy­na­ją­ce się w głąb. Nie wiem, ile w tam­tej chwi­li była w sta­nie do­strzec. Moją twarz po­kry­wa­ły kro­ple desz­czu. Gdy­by nie sło­ny smak, któ­ry po­czu­łam na ustach, nie zda­wa­ła­bym so­bie na­wet spra­wy, że pła­czę.

– Miya – wy­szep­ta­łam – to ty? – Je­dy­ne, na co było mnie w tej chwi­li stać.

Nie od­po­wie­dzia­ła. W za­mian za to bar­dzo po­wo­li skie­ro­wa­ła wska­zu­ją­cy pa­lec pra­wej dło­ni w jed­ną z wą­skich uli­czek, roz­cho­dzą­cych się ra­mion naj­słyn­niej­sze­go skrzy­żo­wa­nia w Siy­ako.

Spoj­rza­łam we wska­za­nym kie­run­ku, po­tem zno­wu na nią. Jej po­stać była taka wy­raź­na, tak nie­moż­li­wie praw­dzi­wa. Czar­ne, gę­ste wło­sy oka­la­ły dzie­cię­cą twarz o nie­win­nym wy­ra­zie, któ­ra jesz­cze tyle mo­gła zo­ba­czyć, gdy­by nie…

– Hi­sto­ria jest tym, co cię zbu­do­wa­ło – po­wtó­rzy­ła. – Ucie­ka­jąc przed nią, ucie­kasz przed samą sobą. Czy wła­śnie tego chcesz – za­tra­cić sie­bie?

Na­gle ze wspo­mnień wy­rwa­ło mnie wy­cie sy­re­ny. Alarm mógł sy­gna­li­zo­wać jed­no: w bu­dyn­ku znaj­do­wał się in­truz.CYTADELA

12 go­dzin wcze­śniej

Dud­nią­ca, psy­cho­de­licz­na mu­zy­ka wy­le­wa­ła się z klu­bu okle­jo­ne­go na ze­wnątrz neo­na­mi. Było zim­no, trzy stop­nie na mi­nu­sie. Za­drża­łam. Mia­łam na so­bie tyl­ko cien­kie raj­sto­py i fu­tro w pat­tern cęt­ko­wa­nej pan­te­ry. Chcia­łam jak naj­szyb­ciej do­stać się do środ­ka. Przede mną sta­ła jed­nak ko­lej­ka, któ­ra wy­da­wa­ła się nie mieć koń­ca. Ge­nial­ny po­mysł na piąt­ko­wy wie­czór. By­łam na sie­bie zła, że zgo­dzi­łam się spo­tkać tego dnia z Wil­lem.

Kie­dy bę­dziesz?

Will naj­wy­raź­niej za­czy­nał się już nie­cier­pli­wić.

Za­raz wej­dę do środ­ka – od­po­wie­dzia­łam mu za po­mo­cą po­łą­czeń cy­fro­wo-neu­ro­no­wych. To było, jesz­cze za­nim zo­ba­czy­łam roz­cią­ga­ją­cy się przede mną wąż ko­lej­ki, któ­ry nie­wąt­pli­wie był ja­do­wi­ty.

La­ska sto­ją­ca przede mną, ubra­na w bia­łe, opi­na­ją­ce uda ko­za­ki, ro­bi­ła dra­mę. Ko­leś obok niej wy­glą­dał na bo­dy­gu­ar­da, ale w rze­czy­wi­sto­ści mógł być po pro­stu jej fa­ce­tem. Dziew­czy­na ener­gicz­nie ge­sty­ku­lo­wa­ła przed jego twa­rzą.

Gdy przy­glą­da­łam się owej par­ce, za mną w ko­lej­ce usta­wi­ło się dwóch męż­czyzn. Za­uwa­ży­li, że zlu­stro­wa­łam ich ką­tem oka.

– Co jest, ma­leń­ka? – po­wie­dział je­den z nich ni­skim, za­chryp­nię­tym gło­sem.

Na dło­ni no­sił ka­stet, na ra­mio­nach – ob­ci­słą ma­ry­nar­kę.

– Musi ci być zim­no – po­wie­dział ten dru­gi. – Sto­isz tu taka sama.

Wy­dął usta, wy­gi­na­jąc ich ką­ci­ki w pod­ków­kę, po czym uśmiech­nął się szy­der­czo. Zie­lo­ne wło­sy kon­tra­sto­wa­ły z ja­sną kurt­ką.

Mil­cza­łam.

– Słu­chaj, a może ty wca­le nie chcesz iść na bib­kę, może wo­la­ła­byś się ina­czej za­ba­wić, co?

Cały czas było mu mało. In­stynk­tow­nie czu­łam, jak zbli­ża­ją się do mnie. Byli zbyt bli­sko.

Na­gle moją uwa­gę od­wró­cił zna­jo­my głos.

– Pa­no­wie, chy­ba po­my­li­li­ście klu­by. Je­śli szu­ka­cie la­sek, to ra­czej znaj­dzie­cie je na Stritz.

Will stał obok mnie, wbi­ja­jąc spoj­rze­nie w osił­ków.

– Do­bra, do­bra – wy­co­fa­li się tam­ci – my tu tyl­ko uci­na­my so­bie miłą po­ga­węd­kę, co nie, mała?

Mru­gnął do mnie po­ro­zu­mie­waw­czo, żu­jąc gumę, po czym od­wró­cił się i za­nu­rzył w roz­mo­wie z kom­pa­nem.

Will na pierw­szy rzut oka mógł się wy­da­wać nie­po­zor­ny, ale jego obec­ność roz­ta­cza­ła spe­cy­ficz­ną aurę, w ob­li­czu któ­rej więk­szość osób ustę­po­wa­ła.

– Ej, na­wet mnie nie przy­wi­tasz? – Mój przy­ja­ciel pa­trzył na mnie pew­nym sie­bie, roz­ba­wio­nym wzro­kiem.

Styl ma­cho pod­bił mu ego.

– Dzię­ki – po­wie­dzia­łam ci­cho, wciąż mie­rząc wzro­kiem dwóch ob­le­śnych ty­pów.

– Wcho­dzi­my. – Chło­pak po­cią­gnął mnie za rękę do klu­bu.

W po­miesz­cze­niu pa­no­wa­ła ciem­ność, jed­nak nie na tyle gę­sta, aby nie moż­na było do­strzec po­ma­rań­czo­wych wło­sów idą­ce­go przede mną przy­ja­cie­la. Cia­ła wo­kół wiły się i ści­ska­ły na­prze­mien­nie. Will przede mną rów­nież po­dry­gi­wał. Z każ­dym ko­lej­nym kro­kiem sta­wa­li­śmy się czę­ścią jed­ne­go, pul­su­ją­ce­go w rytm mu­zy­ki or­ga­ni­zmu. Spo­mię­dzy tłu­mu wy­ra­sta­ły neo­no­we kap­su­ły, w któ­rych zmy­sło­wo wy­gi­na­ły się tan­cer­ki. Ich cia­ła po­kry­wa­ły zsyn­chro­ni­zo­wa­ne z ba­sem, drga­ją­ce ta­tu­aże. Cały ob­raz spra­wiał wra­że­nie fa­lu­ją­cej mo­zai­ki. Hip­no­ty­zo­wa­ło. Spra­wia­ło, że chcesz wię­cej.

– To, co za­wsze? – spy­tał Will, wska­zu­jąc gło­wą bar.

– Tak. Red Fla­re, pro­szę. – Uśmiech­nę­łam się za­dzior­nie.

– Je­stem za mi­nut­kę. – Will pu­ścił moją dłoń i od­da­lił się w kie­run­ku ki­wa­ją­cej na nie­go bar­man­ki.

Se­le­na była cór­ką wła­ści­cie­la. Skó­rza­ny top le­d­wo za­kry­wał jej pier­si, ob­wie­szo­ne błysz­czą­cy­mi pier­ścion­ka­mi dło­nie po­da­wa­ły drin­ki. Zna­łam ją z wi­dze­nia. W klu­bie by­wa­li­śmy z Wil­lem ostat­nio co­raz czę­ściej. Nie wiem, czy przez to, że na­sze ak­cje da­wa­ły radę. Cza­sa­mi nie po­tra­fi­łam od­po­wie­dzieć, czy świę­tu­je­my, czy też może za­le­wa­my sa­mot­ność. Przez więk­szość ży­cia mie­li­śmy tyl­ko sie­bie.

Cze­ka­łam, sto­jąc opar­ta o ścia­nę. Ob­ser­wo­wa­łam mu­zycz­ny or­ga­nizm na par­kie­cie, któ­ry wzno­sił się i opa­dał. Moc­ne, me­ta­lo­we brzmie­nie. Wo­kal, któ­ry z bal­la­do­we­go śpie­wu prze­cho­dził w growl. Li­der ze­spo­łu bu­jał się na zgię­tych ko­la­nach i he­ad­ban­go­wał, a wraz z nim ko­ły­sa­ła się cała sce­na. W po­wie­trzu czuć było elek­try­zu­ją­cą at­mos­fe­rę. Chło­pak w czar­nej blu­zie z kap­tu­rem grał gi­ta­ro­we solo. Ob­ser­wo­wa­łam go, wciąż cze­ka­jąc. Mi­nu­ty się wle­kły, a tym­cza­sem ze­spół po­ma­łu koń­czył swój kon­cert. Wil­la na­dal nie było, a ja za­czy­na­łam się nie­po­ko­ić. Zer­k­nę­łam w stro­nę baru. Je­dy­ne, co rzu­ci­ło mi się w oczy, to po­ma­rań­czo­we wło­sy w to­wa­rzy­stwie bar­man­ki. Już mia­łam się zbie­rać i sama ode­brać swo­je­go drin­ka, gdy dro­gę za­szedł mi chło­pak od gi­ta­ro­we­go solo.

Przy­glą­dał mi się przez dłuż­szą chwi­lę, po czym rzu­cił bez­ce­re­mo­nial­nie:

– Masz pla­ny na dzi­siaj?

W jego oczach drga­ły pło­my­ki. Resz­tę twa­rzy prze­sła­nia­ła płó­cien­na ma­ska z uśmie­chem Jo­ke­ra. Jesz­cze mi­nu­tę temu stał na sce­nie, a te­raz dzie­li­ło nas za­le­d­wie kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów.

Prze­szu­ka­łam spoj­rze­niem bar. Will wciąż opie­rał się na przed­ra­mio­nach z gło­wą po­chy­lo­ną w stro­nę od­sło­nię­tych pier­si Se­le­ny. Nie by­łam pew­na, czy po­dzi­wiał ko­lor jej oczu, czy…

– Tak, mam. W mo­ich pla­nach na dzi­siej­szy wie­czór leży spła­wiać ta­kich fra­je­rów jak ty – od­pa­ro­wa­łam znie­cier­pli­wio­na cze­ka­niem.

Na czo­le chło­pa­ka zma­te­ria­li­zo­wa­ła się kon­ster­na­cja w po­sta­ci zmarszcz­ki.

– Two­ja de­fi­ni­cja fra­jer­stwa za­my­ka się w tym, że ko­leś za­ga­du­je do la­ski, któ­ra wy­da­je się od­sta­wać od sza­le­ją­ce­go tłu­mu, sto­jąc sama pod ścia­ną i tak­su­jąc chłod­nym spoj­rze­niem sy­tu­ację? – Zda­wa­ło się, że nie od­pu­ści. – La­ski, któ­rej uwa­ga sku­pia się wy­łącz­nie na gi­ta­rzy­ście black­me­ta­lo­we­go ze­spo­łu, dla­te­go póź­niej za­mie­rza go spła­wić, gdy ten po­dej­mu­je ini­cja­ty­wę.

Do­bra, nie­zna­jo­my za­czy­nał dzia­łać mi na ner­wy.

– Wiesz co, sta­ry, chy­ba so­bie za bar­dzo schle­biasz. Po pro­stu od­puść. Nie je­stem tu sama. Przy­szłam z…

– No i co tam, S.? Go­to­wa na rund­kę po par­kie­cie? – wszedł mi w sło­wo Will, wy­ra­sta­jąc jak­by spod zie­mi i po­da­jąc za­bar­wio­ne­go czer­wie­nią drin­ka. Kost­ki lodu za­grze­cho­ta­ły w smu­kłym szkle.

– Ja­sne. – Uśmiech­nę­łam się zło­śli­wie, pa­trząc pro­sto w oczy ob­ce­mu, któ­ry stał obok.

Will po­dą­żył za moim wzro­kiem.

– Nie wie­dzia­łem, że nie je­steś sama. – Zmie­szał się. – Tak to bym wciąż hip­no­ty­zo­wał cór­kę wła­ści­cie­la. – Ryk­nął śmie­chem, jak tyl­ko on po­tra­fił. – Ej, to w ta­kim ra­zie, sko­ro jest nas czwór­ka, wy­sko­czy­li­by­śmy póź­niej na mia­sto po­szwen­dać się, co? – Naj­wy­raź­niej Will w ogó­le nie wi­dział mo­jej twa­rzy, któ­ra krzy­cza­ła jed­no wiel­kie NIE! – A tak przy oka­zji, to mo­gła­byś mnie przed­sta­wić swo­je­mu no­we­mu zna­jo­me­mu.

Na­praw­dę uwiel­bia­łam w Wil­lu to, że jest taki pro­sto­li­nij­ny, ale w skraj­nych sy­tu­acjach, ta­kich jak ta, przy­bie­ra­ło to for­mę gru­biań­stwa.

Nowy prze­jął ini­cja­ty­wę.

– Kade – przed­sta­wił się, wy­cią­ga­jąc rękę w stro­nę Wil­la.

Uści­snę­li so­bie dło­nie.

– Will. Za­raz, za­raz… Czy to nie ty przy­pad­kiem je­steś tym gi­ta­rzy­stą od Shell of The De­vil?

– Chy­ba mu­sia­łeś mnie z kimś po­my­lić – od­po­wie­dział wy­mi­ja­ją­co Kade, spo­glą­da­jąc na mnie śmie­ją­cy­mi się oczy­ma.

– Och… – Will wy­raź­nie się zmie­szał. – Sor­ry, tak ja­koś mi się wy­da­wa­ło. Do­bra, to co? Go­dzin­kę tu­taj, do­pó­ki Se­le­na nie skoń­czy zmia­ny, i le­ci­my na Roc­ke­fel­ler Cen­ter?

– Pew­nie. – Naj­wy­raź­niej to ten nowy miał po­dej­mo­wać za mnie dzi­siaj wszyst­kie de­cy­zje.

Wie­dzia­łam, że Will od dłuż­sze­go cza­su pod­bi­jał do cór­ki wła­ści­cie­la, szcze­gól­nie po tych wszyst­kich re­la­cjach, któ­re za­miesz­czał w sie­ci. Wspól­ny obiad w Ge­ne­sis, jed­nym z naj­bar­dziej fan­cy ba­rów w Siy­ako. Kon­cert BMTY i after u Ra­fie­go. Po­ma­łu wkrę­cał dziew­czy­nę w świat na­szej eki­py. Nie mia­ła­bym nic prze­ciw­ko, gdy­by nie pod­ziem­ny cha­rak­ter na­sze­go dzia­ła­nia. Szcze­gól­nie że już od daw­na by­li­śmy na ce­low­ni­ku for­ty.

– Do­bra, wbi­jam na par­kiet, bo sty­pa – wy­rwał mnie z mo­­­no­lo­gu my­śli Will, po czym znik­nął w gąsz­czu par­kie­to­wych ciał.

Spoj­rza­łam w dół na Red Fla­re, któ­re­go trzy­ma­łam w dło­ni. Za­nu­rzy­łam usta w słod­kim drin­ku. Tan­cer­ki w kap­su­łach przy­bie­ra­ły skom­pli­ko­wa­ne pozy akro­ba­tycz­ne, wi­jąc się do no­wych elek­tro­nicz­nych dźwię­ków o głę­bo­kim ba­sie i ko­bie­cym wo­ka­lu. Wnę­trze klu­bu wy­peł­niał dym, któ­ry prze­ci­na­ły co ja­kiś czas la­se­ro­we ję­zy­ki. Re­gu­lar­ny rytm mu­zy­ki w me­trum czte­ry czwar­te bu­do­wał noc, któ­ra do­pie­ro się za­czy­na­ła.

Na­gle zda­łam so­bie spra­wę, dla­cze­go od dłuż­szej chwi­li mia­łam wra­że­nie, że coś nie gra. To nie była dy­miar­ka. Tem­po ude­rzeń bli­skie stu dwu­dzie­stu na mi­nu­tę też nie było przy­pad­ko­we. Tak zwa­na ta­chy­kar­dia ser­ca, by tyl­ko bu­dzić do ży­cia skoł­tu­nio­ne emo­cje i pod­sy­cać pul­su­ją­cą krew.

Byli w cha­rak­te­ry­stycz­nych dla nich ma­skach. Po­sta­cie mie­sza­ły się ze stan­dar­do­wy­mi cy­wi­la­mi. Pod ciem­ny­mi kap­tu­ra­mi ja­rzy­ły się za­szy­te neo­no­wym świa­tłem usta, a na przy­mknię­tych po­wie­kach iksy na­wią­zy­wa­ły do ich prze­wod­nie­go ha­sła You’re al­most dead. Spod rę­ka­wów bluz wy­sta­wa­ły bio­nicz­ne dło­nie. Po­ru­sza­li się szyb­ko i bez­sze­lest­nie. Neu­ro­prze­kaź­ni­ka­mi wpły­wa­li na na­strój lu­dzi wo­kół sie­bie, elek­try­zu­jąc at­mos­fe­rę. Więk­szość osób nie wie­dzia­ła o ich ist­nie­niu, a ci, któ­rzy wie­dzie­li, nie wie­rzy­li, że są czę­ścią tego świat­ka.

– Mu­szę zna­leźć Wil­la – rzu­ci­łam do sto­ją­ce­go obok mnie nowo po­zna­ne­go chło­pa­ka, po czym uto­nę­łam w tłu­mie.

Twa­rze mi­go­ta­ły w świe­tle le­do­we­go stro­bo­sko­pu. Przy­pad­ko­we cia­ła ocie­ra­ły się o moje ubra­nie. Mie­szan­ka potu, pod­nie­ce­nia, ad­re­na­li­ny i kok­su. Jak mia­łam go zna­leźć?!

Will, za mi­nu­tę wi­dzi­my się przy wyj­ściu ewa­ku­acyj­nym.

Nie od­po­wia­dał na mój prze­sył. W tym mo­men­cie nie było miej­sca na bez­po­śred­niość. Oni mie­li jaw­ny wgląd w prze­sy­ła­ne im­pul­sem sy­gna­ły. Mu­sia­łam za­cho­wać ostroż­ność.

Od stro­ny sce­ny do­szedł huk. Na­gle ktoś chwy­cił mnie za rękę. Za­mach­nę­łam się w celu za­da­nia cio­su, ale w ostat­niej chwi­li za­mar­łam w bez­ru­chu.

Mia­łam wra­że­nie, jak­by wszyst­ko wo­kół spo­wol­ni­ło. Twarz Kade’a znaj­do­wa­ła się te­raz tuż przed moją. Na czo­ło chło­pa­ka nie­dba­le opa­da­ły ko­smy­ki wło­sów, a po­ło­wę jego ob­li­cza prze­sła­nia­ła ma­ska. Coś mnie tknę­ło, aby ją zdjąć. Pod­nio­słam dłoń, żeby do­tknąć jego po­licz­ka. Chło­pak stał nie­po­ru­szo­ny, naj­wy­raź­niej na­szym ukła­dom lim­bicz­nym udzie­la­ła się ener­gia za­wie­szo­na w ota­cza­ją­cym po­wie­trzu.

Zła­pa­łam za jego ma­skę, lecz za­nim zdą­ży­łam po­cią­gnąć ją w dół, na­gle wszyst­ko przy­śpie­szy­ło. Rze­czy­wi­stość za­wi­ro­wa­ła, a ja usły­sza­łam tyl­ko szyb­ki prze­kaz w mo­jej gło­wie.

Spa­da­my. Idź za mną. Znam inne wyj­ście.

Zha­ko­wał mnie. Wia­do­mo­ści mo­gły być prze­sy­ła­ne za po­mo­cą neu­ro­prze­kaź­ni­ków tyl­ko tym, któ­rzy mie­li do­stęp. Może był jed­nym z nas. Może wie­dział, jak to dzia­ła. Ta­kie prak­ty­ki były jaw­ną wi­zy­tów­ką spo­łecz­nych wy­rzut­ków. Prak­tycz­nie go nie zna­łam, więc nie mo­głam mu też bez­wa­run­ko­wo ufać, ale w tam­tej chwi­li, po­mi­mo że nie grał czy­sto i po­tra­fił się wła­mać do czy­je­goś umy­słu, mu­sia­łam dzia­łać szyb­ko. Prze­słał wia­do­mość poza ogól­no­do­stęp­ną sie­cią, two­rząc pry­wat­ny stru­mień w za­le­d­wie kil­ka se­kund. Wie­dzia­łam jed­no – mój przy­ja­ciel nie od­po­wia­dał, a za­kap­tu­rzo­nych par neo­no­wych ik­sów po­ja­wia­ło się wśród roz­tań­czo­ne­go tłu­mu co­raz wię­cej.

Will nie był la­ikiem w te­ma­cie. Może wy­czuł ich wcze­śniej. Może bał się nas zdra­dzić przed no­wym, któ­ry nie opusz­czał mnie na krok. Zna­łam Wil­la od dziec­ka. Gdy­by nie to, nie od­pu­ści­ła­bym. By­łam pew­na, że gdzie­kol­wiek był, wie­dział, co robi.

Pro­wadź.

Prze­sła­łam sy­gnał do Kade’a, bo chy­ba tak miał na imię, nie? Nie­waż­ne, nie pa­mię­ta­łam. Za­le­ża­ło mi tyl­ko na tym, aby jak naj­szyb­ciej się stąd wy­do­stać.

Nie pusz­cza­jąc mo­jej dło­ni, po­cią­gnął nas w stro­nę naj­bliż­szych drzwi. Szarp­nię­cie było na tyle gwał­tow­ne, że kie­li­szek z drin­kiem, któ­re­go nie zdą­ży­łam do­pić, roz­tłukł się na lu­strza­nej, ciem­nej po­sadz­ce.

Moje bor­do­we Mar­ten­sy zgrab­nie wy­mi­nę­ły szkło. Chło­pak pchnął drzwi wio­dą­ce na za­ple­cze dla ar­ty­stów. Na­szym oczom uka­zał się dłu­gi ko­ry­tarz pro­wa­dzą­cy ku scho­dom. Szyb­ko po­ko­na­li­śmy dzie­lą­cą od nich od­le­głość, mi­ja­jąc mi­go­czą­cy na ścia­nie ho­lo­gram z ha­słem Same shit, dif­fe­rent day. Bru­tal­nie re­al­ne mot­to mo­ty­wa­cyj­ne do pra­cy w sys­te­mie, w ja­kim przy­szło nam żyć.

Do­bie­gli­śmy do scho­dów. Prze­ska­ku­jąc po dwa stop­nie, po­ko­na­li­śmy trzy pię­tra. Klat­ka była wą­ska – na tyle, że mo­gła po­mie­ścić na­raz tyl­ko jed­ną oso­bę. Trzy­ma­łam się za Kade’em, ma­jąc przed ocza­mi jego sze­ro­kie ra­mio­na. Dzia­łał szyb­ko i bez za­sta­no­wie­nia. Jed­no­cze­śnie bi­łam się z my­śla­mi, cze­mu to ro­bię. Nie zna­łam go, roz­sąd­niej by­ło­by po­cze­kać na Wil­la, jed­nak in­tu­icja pod­po­wia­da­ła mi zu­peł­nie co in­ne­go.

Po­ko­nu­jąc przed­ostat­ni scho­dek, usły­sza­łam ha­łas do­cho­dzą­cy z niż­szych pię­ter. Sta­nę­łam gwał­tow­nie i spoj­rza­łam w dół przez sta­lo­wą po­ręcz or­na­men­to­wa­ną li­lia­mi. Znaj­du­ją­ca się na dole po­stać za­dar­ła gło­wę ku gó­rze, naj­wy­raź­niej za­alar­mo­wa­na gło­śnym stą­pa­niem na­szych bu­tów. Usta za­szy­te nie­bie­skim neo­no­wym świa­tłem i ra­żą­ce iksy wy­ma­lo­wa­ne na za­mknię­tych po­wie­kach zwró­ci­ły się w moją stro­nę.

W tej sa­mej chwi­li przed mo­imi ocza­mi za­pło­nął mo­no­chro­ma­tycz­ny ob­raz nad­gry­zio­nych bu­dyn­ków. Odra­pa­ne ścia­ny. Rześ­kie, chłod­ne po­wie­trze. Ostat­ni pa­pie­ros pa­lo­ny we wnę­trzu Atlan­ty. Pust­ka zie­ją­ca z każ­de­go za­kąt­ka miesz­ka­nia, któ­re jesz­cze dzień wcze­śniej tęt­ni­ło ży­ciem i mi­ło­ścią. Nie­wi­dzą­cym spoj­rze­niem szu­ka­łam mamy krzą­ta­ją­cej się za sto­łem w kuch­ni. Ojca po­chy­lo­ne­go nad biur­kiem, przy któ­rym zwy­kli­śmy spę­dzać dłu­gie go­dzi­ny, ana­li­zu­jąc sieć i pod­sys­te­mo­we jed­nost­ki. To on za­szcze­pił we mnie ha­ker­skie za­cię­cie, a mama na­uczy­ła wia­ry, wy­peł­nia­jąc wąt­pią­ce ser­ce bez­wa­run­ko­wym wspar­ciem. Wi­dzia­łam też Miyę opar­tą o so­sno­wą fra­mu­gę drzwi, mie­rzą­cą swój wzrost za po­mo­cą kre­sek wy­drą­ża­nych scy­zo­ry­kiem przez tatę w drew­nia­nej ra­mie. Co ja­kiś czas po­wta­rza­ła tę czyn­ność, po­rów­nu­jąc nowy wy­nik do za­pi­sków sprzed mie­się­cy.

– Mamo, jak do­ro­snę, chcę być taka jak Sara! Chcę móc cho­dzić nocą po tych wszyst­kich wy­so­kich da­chach i ob­ser­wo­wać flaj­mo­bi­le, a póź­niej la­tać na KRGT-1, łiiiiii! – za­krzyk­nę­ła mała, na­śla­du­jąc roz­war­ty­mi ra­mio­na­mi sa­mo­lo­to­we skrzy­dła i prze­bie­ga­jąc jed­no­cze­śnie przez sa­lon.

– Bę­dziesz, có­recz­ko, a te­raz sia­daj, obiad sty­gnie – od­par­ła po­błaż­li­wie mama, przy­zwy­cza­jo­na do co­dzien­nych fan­ta­zji młod­szej cór­ki.

– KRGT-1? Też mi coś! – obu­rzył się te­atral­nie tato. – Mo­gła­byś wy­brać coś bar­dziej wy­strza­ło­we­go, te mo­to­ry nie są w sta­nie do­ści­gnąć na­wet tych, któ­rzy miesz­ka­ją na ostat­nich pię­trach wie­żow­ców.

Wi­dać było, że się dro­czy i ma z tego nie­zły ubaw. Miya jed­nak wzię­ła jego sło­wa na po­waż­nie.

– Chcę la­tać tyl­ko KRGT-1, ni­czym in­nym! – krzyk­nę­ła z ca­łej siły. – Tyl­ko mo­to­ry­y­yy!!!!

– A ja my­ślę, że za ste­rem flaj­mo­bi­lu wy­glą­da­ła­byś o wie­le le­piej. – Papa wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu.

– Żar­tow­niś – mruk­nę­ła mama. – Daj już spo­kój, niech dziec­ko zje obiad. Miya, sia­daj, pro­szę. Zro­bi­łam wa­sze ulu­bio­ne pan­kej­ki z owo­ca­mi. Sara, cze­ka­my na cie­bie – po­wie­dzia­ła, pa­trząc w moim kie­run­ku, rów­no­cze­śnie bez­sku­tecz­nie pró­bu­jąc zła­pać roz­bie­ga­ne młod­sze dziec­ko, któ­re pę­dzi­ło po po­ko­ju, sy­mu­lu­jąc lot ma­szy­ny i ryk sil­ni­ka.

Se­kun­dy mi­ja­ły, a ob­raz się ulat­niał, roz­ta­piał i mie­szał z wrzesz­czą­cym pust­ką po­wie­trzem. W koń­cu po­zo­sta­ły tyl­ko ścia­ny i kil­ka prze­wró­co­nych me­bli.

– Wszyst­ko okej?

Głos chło­pa­ka wy­da­wał się do­bie­gać z da­le­ka. Za­mru­ga­łam. Mi­nę­ło kil­ka se­kund, za­nim do­szłam do sie­bie.

– Ja-ja­sne – za­jąk­nę­łam się przy­gnie­cio­na cię­ża­rem wspo­mnień. – Ja… – Urwa­łam i spoj­rza­łam w dół.

Neo­no­we iksy wciąż się we mnie wpa­try­wa­ły. Cała ta sy­tu­acja trwa­ła za­le­d­wie krót­ką chwi­lę. W prze­ciw­nym ra­zie po­stać z dołu już daw­no by nas do­go­ni­ła. Szyb­ko wy­de­du­ko­wa­łam, że Kade mu­siał się za­trzy­mać, gdy tyl­ko za­uwa­żył, jak prze­sta­łam za nim po­dą­żać.

– Chodź­my – po­na­gli­łam.

Ręce mi się trzę­sły. Skąd ta sil­na re­ak­cja? Cze­mu aku­rat w tym mo­men­cie wspo­mnie­nia od­ży­ły z po­dwój­ną siłą – te­raz, gdy li­czy­ła się każ­da se­kun­da?

Kade pchnął cięż­ką kla­pę w su­fi­cie na ostat­nim pię­trze. Gdy tyl­ko ją otwo­rzył, moim oczom uka­za­ły się ja­sno mi­go­czą­ce gwiaz­dy na tle ak­sa­mit­ne­go gra­na­tu nocy.

Obej­rza­łam się za sie­bie. Z dołu do­ga­niał nas dźwięk po­śpiesz­nych kro­ków po scho­dach. Bez za­sta­no­wie­nia pod­cią­gnę­łam się do góry i wy­gra­mo­li­łam na dach Cy­ta­de­li, czter­dzie­sto­pię­tro­we­go bu­dyn­ku, w któ­rym znaj­do­wał się klub, gdzie przed chwi­lą pi­łam Red Fla­re. Niby nic nie­zwy­kłe­go w po­rów­na­niu do rze­ko­mej pa­no­ra­my z po­sia­dło­ści hi­ro­szów, któ­re moż­na było po­dzi­wiać na wy­świe­tla­nych ho­lo­gra­mach. Za­chę­ca­ły nie­win­nie do do­zgon­ne­go kre­dy­to­wa­nia swo­je­go ży­cia w za­mian za opa­ko­wa­ny w mar­mur i szkło luk­sus.

Zro­bi­łam kil­ka kro­ków przed sie­bie, łap­czy­wie sy­cąc oczy hip­no­ty­zu­ją­cym wi­do­kiem strze­li­stych, roz­świe­tlo­nych, aglo­me­ra­cyj­nych form to­ną­cych w gę­stej nocy. W tym cza­sie Kade rów­nież wspiął się na dach. Za­trza­snął kla­pę, po czym chwy­cił coś cięż­kie­go. To było za­bez­pie­cze­nie od wej­ścia, naj­wi­docz­niej ktoś mu­siał je tu wcze­śniej po­rzu­cić, gdy wy­wa­żał za­mek. Po za­ry­glo­wa­niu przej­ścia pod­szedł do kra­wę­dzi bu­dyn­ku. Za­trzy­mał się nad samą prze­pa­ścią, po czym stuk­nął kil­ka razy w wy­świe­tlacz na prze­gu­bie swo­jej dło­ni. Nie mi­nę­ła na­wet mi­nu­ta, a przed nim wzno­si­ła się już la­ta­ją­ca ma­szy­na. Chło­pak wsiadł na fu­tu­ry­stycz­ny mo­to­cykl, po czym spoj­rzał na mnie wy­cze­ku­ją­co. Nie za­re­ago­wa­łam, co go wy­raź­nie sfru­stro­wa­ło.

– Wsia­dasz czy za­mie­rzasz cze­kać na tych z dołu?

– Skąd wiesz o pro­wo­ka­to­rach? – rzu­ci­łam nie­uf­nie.

– Wiem wię­cej, niż po­dej­rze­wasz – żach­nął się. – Wsia­daj, za­nim nas do­go­nią. Par­ko­wa­nie na da­chu bez prze­pust­ki jest nie­le­gal­ne. Mu­szę zdą­żyć, za­nim mnie przy­cza­ją.

Zza mo­ich ple­ców do­biegł ło­skot. Byli co­raz bli­żej. Prze­łknę­łam śli­nę.

– Do­bra – po­wie­dzia­łam, prze­kła­da­jąc nogę przez ma­szy­nę, któ­ra uno­si­ła się trzy­sta me­trów nad zie­mią. Na dole wi­dać było szyb­ko ko­tłu­ją­ce się ży­cie: zde­rza­ją­ce się ze sobą mi­liar­dy ludz­kich ist­nień. – Ale mam cho­ro­bę lo­ko­mo­cyj­ną, więc wiesz, byle nie za szyb­ko – do­da­łam kpiar­sko.

Na ogo­nie pro­wo­ka­to­rzy, wsia­dam na mo­tor ob­ce­go typa na da­chu czter­dzie­sto­pię­tro­wej Cy­ta­de­li, a mnie na­szła ocho­ta na żar­ty. So much fun, jak by to ujął Will. Na myśl o nim ści­snę­ło mnie w gar­dle.

– Ja­sne – od­parł chło­pak, a ton gło­su zdra­dzał, że w jego oczach znów cza­ją się cha­rak­te­ry­stycz­ne zło­śli­we pło­my­ki.

Kade do­dał gazu. Mo­to­cykl wy­rwał przed sie­bie. Wiatr szar­pał mi wło­sy, po­licz­ki. Ści­snę­łam chło­pa­ka w pa­sie. Nie wie­dzia­łam, gdzie czu­łam się bez­piecz­niej­sza: czy na da­chu z pro­wo­ka­to­ra­mi, czy z nim na tej sza­le­ją­cej ma­szy­nie. Wo­kół nas pę­dzi­ły ko­lo­ro­we świa­tła, rze­czy­wi­stość zle­wa­ła się w neo­no­wą mo­zai­kę be­stial­skiej me­tro­po­lii, a my mknę­li­śmy pro­sto w jej za­chłan­ną pasz­czę.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij