Miasteczko Wilanów. Warszawski romans metafizyczny - ebook
Miasteczko Wilanów. Warszawski romans metafizyczny - ebook
Literacka rozrywka dla wymagających
Inteligentny, subtelny humor z nutą refleksji — książka, jakiej nie było od lat. W serii zabawnych historyjek (rozdziałów) śledzimy losy pary neowarszawiaków. Oczarowani rytmem życia stolicy, stopniowo przechodzą oni wewnętrzną metamorfozę. Czy na lepsze? Na pewno na nowocześniejsze. Opowieść jest humorystyczną diagnozą stanu świadomości polskich elit materialnego sukcesu. Autor lojalnie uprzedza, że niniejsza książka nie jest ani kryminałem, ani horrorem, ani pornografią, nazywaną dziś eufemistycznie literaturą erotyczną albo obyczajową. Słowem, jest czymś spoza głównego nurtu książkowej konsumpcji. Czymś z pogranicza polskiej literatury, a może nawet spoza jej marginesu. Książka niemodna, choć wydaje się, że potrzebna. Niegdysiejsza, choć aktualna. Nie dla większości, lecz dla doborowej mniejszości. Być może lepiej byłoby ją spalić niż czytać? Ale skoro się pojawiła, nie zaszkodzi przeczytać przed spaleniem.
Z nadesłanych opinii
„hejka, ta Xiąż(ka) to tak napr. 2 Xiąż --> jedna jest w tekście, a 2-ga w przypisach. Wzrokuj przypisy // niezła beka x 2 :)! Mega całość XXD!"
Czytająca0953*
* Zgodnie z obowiązującą modą zamieszczona opinia pochodzi nie wiadomo od kogo i nie ma pewności, czy jest autentyczna, sponsorowana, czy wręcz spreparowana
O autorze: jego pradziadkowie, dziadkowie i rodzice mieszkali w Warszawie. Tutaj się urodził i poznał żonę. Jej pradziadkowie, dziadkowie i rodzice też mieszkali w Warszawie. Mają córkę. Cała trójka mieszka Warszawie. Jarek coraz częściej nie potrafi zrozumieć dlaczego.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8308-900-3 |
| Rozmiar pliku: | 1,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wszystkie przedstawione w tej książce historie zostały zainspirowane autentycznymi wydarzeniami, z jakimi zetknąłem się, żyjąc w Wielkim Mieście.
Oto nowa warszawska rzeczywistość – magiczny pseudoświat, do którego lgną młodzi ludzie. Ściągają tutaj z odległych części kraju, pragnąc zakosztować nowoczesności. Zlatują się do stolicy jak zbłąkane motyle do lepu na muchy. A potem podtruci, pokiereszowani przez życie wyśpiewują hymny pokolenia nabitego w butelkę: _Jedzie pociąg z_ _daleka_ Ryszarda Rynkowskiego i _Stacja Warszawa_ Lady Pank. Dzięki współczesnej Warszawie te leciwe szlagiery cieszą się niesłabnącą popularnością na okolicznościowych imprezach od Bałtyku po Tatry.
Autor niniejszej książki nie rości sobie prawa do uniwersalistycznych ocen, lecz pokazuje ledwie wycinek życia w stolicy, który niewątpliwie wyróżnia Warszawę spośród innych metropolii. Nowa twarz miasta jednych zachwyca, innych wprawia w święte oburzenie. Ja zaś, wzorem dawnych warszawiaków, proponuję ci, drogi czytelniku, uśmiech z nutą refleksji. Warszawiacy słynęli bowiem z pogodnego usposobienia – z umiejętności żartowania z własnych słabostek i z wyrozumiałości wobec defektów otoczenia.
Mam nadzieję, że satyryczne spojrzenie nikogo nie urazi. A kto się obraża, ten się sam za takiego uważa¹, jak słusznie stwierdził pewien warszawiak, pomieszkujący pasjami w Zakopanem.
Pogodnej lektury
Jarek s Warszawy
Stary Mokotów, 2018–2019
------------------------------------------------------------------------
¹ Mowa o Witkacym. Jest to parafraza motta z wiersza jego autorstwa, spopularyzowanego przez Piwnicę pod Baranami w słynnej piosence _Kielce_ (choć są z Krakowa, a nie z Warszawy, to od czasu do czasu też coś im się udaje).OBJAŚNIENIA POCZĄTKOWE
MIASTECZKO WILANÓW
Nowo powstała dzielnica Warszawy – pomnik materialnego sukcesu Polaków, narodowe Sybaris². Rozciąga się na południowo-wschodnim krańcu miasta, na terenach, które sprzątnięto sprzed nosa Michaelowi Jacksonowi, gdy już niemal zaczynał tam budowę najwspanialszego parku rozrywki na świecie.
Miejsce rozkwitu nieskrępowanej inwencji deweloperów. Przestrzeń na wskroś nowoczesna, stworzona dla nowoczesnych ludzi z nowoczesnymi (a nie staroświeckimi) wymaganiami. W praktyce obszar deficytu ulicznych miejsc parkingowych, terenów spacerowych, zieleni miejskiej i innych prehistorycznych naleciałości w planowaniu miasta. I przede wszystkim miejsce westchnień nas wszystkich. Przyznajmy się do tego!
WARSZAWA
Obszar urbanistyczny okalający miasteczko Wilanów.
(Pozostałe, mniej istotne informacje umieszczono na końcu książki, czyli we właściwym miejscu).
------------------------------------------------------------------------
² Sybaris – starogreckie Polis, słynące z bogactw i dobrobytu, o jakich marzyła reszta Hellady. Określenie „sybaryta”, człowiek nawykły do wygód i luksusu, wzięło właśnie swój początek od stylu życia mieszkańców Sybaris.PROLOG. SEN O WILANOWIE
Biszkoptowe słońce wschodziło nad bezowym miasteczkiem. Nieliczni mieszkańcy, którzy nadludzkim wysiłkiem woli wstali powitać świt, wychodzili na lukrowane balkony swoich apartamentów i pozdrawiali rajski świat roztaczający się wokół. A był to świat wspaniały, wspanialszy nawet od świata Disneya. Było to bowiem Miasteczko Wilanów w wizji śnionej przez masy; wizji, jakiej nie powstydziłby się największy marzyciel.
Cukrowa głowa Świątyni Opatrzności górowała nad krajobrazem. Futra zielonych jak żelki traw kołysały się lekko w rytm powiewów kawowej bryzy (delikatnej jak muśnięcie powietrza, gdy wchodzisz do kawiarni Starbucks). Na ulicach gdzieniegdzie przemykały marcepanowe samochody. Z ich silników zamiast spalin wydobywał się miły zapach prażonych migdałów i wanilii. Jakże pięknie! Piękniej nie ma i nie będzie w żadnym ze snów.
Wtem nastąpiła chwila doniosła. Osoby stojące na cukrowych balkonach usłyszały Głos o zniewalającej barwie, podobnej do tembru telewizyjnego terapeuty. Głos przemówił tymi słowami:
– To jest twój sen. To jest twoje marzenie, dla którego się narodziłeś i które właśnie zaczyna się spełniać. Łączę cię mentalną nicią z Miastem Snów – z sercem Polski – z Miasteczkiem Wilanów. Zostałeś zwycięzcą loterii życia. A twoją szczęśliwą liczbą jest: 2325218114953³!
W tejże chwili na czołach osób „słyszących” pojawił się błękitny, opalizujący napis: 2325218114953. Miasteczko Wilanów zaś zostało spowite mgiełką zachwytu. Doznanie to było zarazem subtelne, jak i wszechogarniające, niczym zapach ozonu po burzy. Oznaczeni liczbą posłyszeli w sercach szept: „Pójdź do ziemi obiecanej, którą śnisz, i uczyń ją sobie poddaną”. I wtedy sen się skończył. Kraj budził się do codziennego kieratu.
Według szacunków nieomylnego wróżbity Ignacego z telewizji ten najpiękniejszy z miraży śniło owego dnia dwa i pół miliona Polaków. Jednak proroczy Głos usłyszało niewielu, ledwie dwa tysiące osób. Tych najbardziej zdeterminowanych, którzy na czas wygramolili się spod pierzyn z cukrowej waty i wyszli na lukrowe balkony tylko po to, żeby spojrzeć w biszkoptowe słońce i podziękować jemu, że opromienia tę enklawę sukcesu. I właśnie do nich przemówił Głos. Tylko do nich, do wybranych. Oni bowiem posiedli samodyscyplinę i ducha walki o lepsze jutro. A że okazali to we właściwym momencie, we śnie – zostało im wynagrodzone.
------------------------------------------------------------------------
³ Wedle niepodważalnych prawideł numerologii, cyfry te układają się w magiczne słowo „WYBRANIEC” / W(23)Y(25)B(2)R(18)A(1)N(14)I(9)E(5)C(3)GENESIS, CZYLI WILANOWSKI POCZĄTEK
MANDARYNA GOCŁOWSKA, zwana przez siebie samą Laleczką albo Króliczkiem, przeciągnęła się w pościeli, smakując na jawie resztki bezowego snu.
– To będzie mój dzień. Ziemia obiecana czeka – powiedziała stanowczo.
– Cicho! – burknęła koleżanka śpiąca na sąsiednim łóżku.
Obie dzieliły wynajęty pokój w bloku na Białołęce. Mandaryna wstała i po szybkiej toalecie spakowała swoją podróżną walizkę – nieodłączny atrybut dziewczyn gotowych do rozpoczęcia kariery korporacyjnej aspirantki. Tego dnia wyjeżdża na krajową konferencję sprzedaży do Katowic. A na konferencji, wiadomo, będą menedżerowie z centrali. Kto wie, co dobrego może się tam wydarzyć.
PAN HENIEK, warszawski taksówkarz, też miał bezowy sen. Śniło mu się, że nieustannie dostaje zlecenia z Miasteczka Wilanów, tej wspaniałej i nowiutkiej dzielnicy na obrzeżach miasta stołecznego Warszawy. Senne marzenie przemieniło go na chwilę w miasteczkowego bywalca – termin równorzędny z bywalcem na salonach elit lub bywalcem modnych restauracji.
– Ach, żeby kiedyś faktycznie złapać kilka kursów tygodniowo do Wilanowa… – Pan Heniek rozmarzył się po przebudzeniu. Leżał w łóżku z przymkniętymi powiekami. Na czole czuł jeszcze pulsujący znak w postaci ciągu cyfr 2325218114953, gdy nagle zadzwonił telefon.
– Heniek, masz teraz dyżur? W jakiej części miasta jesteś?
– A co?
– Mam klienta do oddania, bierzesz?
– Jaki kurs?
– Miasteczko Wilanów, bierzesz?
– Biorę! – odparł pan Heniek tonem playboya, który wybiera najseksowniejszą tancerkę w klubie go-go. Poczuł wyraźnie, że w tej oto chwili bierze los w swoje ręce. Zrozumiał, że senne marzenie właśnie się spełnia. Dokładnie tak, jak zapowiedział Głos.
JANUSZ BEKSA, którego znajomi i podwładni nazywali Johny (czytaj Dżony), czyniąc tym samym zadość nieznoszącej sprzeciwu woli Janusza, wyplątał się z granatowej pościeli z importu. On też śnił bezowy sen, sen o miejscu marzeń, w którym mieszkał już od roku. Tak, on mieszkał w Miasteczku Wilanów! A na domiar kiełkującej w nas zawiści dodam, że Janusz pracuje w marketingu, i to w korporacji.
Johny obudził się z nieodpartym wrażeniem, że ten sen był właśnie o nim. Czuł się we śnie na swoim miejscu, lecz jednego brakowało mu do pełni szczęścia. Podobnie jak Adam z biblijnego ogrodu, odczuwał tęsknotę za bliską osobą, z którą mógłby dzielić rajski byt. Pragnął kobiety, z którą mógłby konsumować owoce obfitości, jakimi obdarował go los. A ujmując rzecz bezpruderyjnie, owoce sukcesu, jakie on – biznesowy wojownik – samodzielnie wydarł podłemu i opornemu światu!
Przeciągnął się i poczłapał do łazienki. Spojrzał w lustrzane odbicie swojej twarzy i przyjął minę celebryty. Taki obraz samego siebie lubił najbardziej.
– Potrzebuję ładnej laski na dłużej – mruknął i sięgnął po pięcioostrzową maszynkę do golenia najnowszej generacji. Z każdym pociągnięciem maszynki po policzku jego odbicie stawało się jeszcze doskonalsze. Trzeba wiedzieć, że Janusz, przepraszam, Johny, był człowiekiem praktycznym, człowiekiem czynu. Dlatego dodał po chwili: – Tak, to będzie ona. Ją wybrałem. Dzisiaj jest ten dzień, dzień ze snu. A sen to sen, czyli konkret. Działam! – Pamiętał bowiem, że we śnie na lukrowym balkoniku nie stał sam, lecz w towarzystwie pewnej dziewczyny, którą widywał na biurowym korytarzu.
Ubrał się szybko i spakował rzeczy w nową, niezarysowaną walizkę Samsonite – dyskretny wyróżnik ludzi sukcesu, po czym zamówił taksówkę. Czy domyślasz się, do kogo trafiło zlecenie? Tak, do pana Heńka, który już mknął pustymi o tej porze ulicami miasta ku swemu nowemu przeznaczeniu, ku miasteczku Wilanów.
* * *
Spotkali się na dole przed budynkiem.
– Lotnisko czy dworzec? – zapytał pan Heniek. Tak postawione pytanie wskazywało na profesjonalne obycie, na kierowcę najwyższej próby.
– Chwileczkę. – Johny wybrał numer na ekranie smartfonu, który obecnie reklamowano w telewizji. Następnie przyłożył urządzenie do ucha ruchem tak eleganckim, jak to można tylko zaobserwować na międzynarodowym Lotnisku Fryderyka Chopina (w Warszawie, oczywiście), tudzież z rzadka, na narodowym Lotnisku imienia Lecha Wałęsy (gdzieś na rubieżach, w Gdańsku chyba…).
– Tu słodka słodycz Mandaryna, kto mówi? – odezwał się głos w słuchawce.
– Cześć, to ja, Johny z marketingu.
– Ach, Johny, cześć.
– Wybierasz się na konfę?
– Tak, zaraz wychodzę i pędzę na autobus.
– A gdzie mieszkasz?
– Chwilowo na Białołęce.
– Patrz, jak się świetnie składa, akurat tamtędy jadę (_autor prostuje, że Białołęka leży na drugim końcu miasta_). Jeśli chcesz, mogę cię zabrać, będzie nam wygodniej jechać w towarzystwie.
– O! Dziękuję, jesteś kochany, ale potrzebuję jeszcze piętnastu minut na makijaż.
– Nie ma sprawy. Dla bezpieczeństwa będę za pół godziny, żeby cię nie krępować. Czarna taksówka, mercedes. Do zobaczenia.
– To dokąd jedziemy? – zapytał taksówkarz.
– Na Białołękę, a potem na Dworzec Centralny.
– Robi się! – odparł szarmancko pan Henio i pomyślał: „Sen się ziszcza. Dostałem kurs z miasteczka na drugi koniec Warszawy; marzenie!”.
Gdy zajechali pod wskazany adres, do auta podbiegła długonoga, farbowana blondynka z czerwoną walizką na kółkach.
– Cześć, Johny, dzień dobry panu.
– Cześć, siadaj tutaj z tyłu, obok mnie. Będzie nam wygodniej rozmawiać – zagadnął Johny. Był podekscytowany, chociaż zgrabnie to maskował. Krew buzowała w nim, pobudzając wydzielanie feromonów. Wypełniały one taksówkę, mieszając się z zapachem wody Paco Rabanne.
– Ładny zapach – rzuciła dziewczyna, sadowiąc się na tylnej kanapie.
– Ładnie dziś wyglądasz, Mandaryna. – Johny odwzajemnił jej szczerość komplementem, po czym pewnym gestem położył dłoń na jej dłoni. Przytrzymał ją dłuższą chwilę, zbyt długo jak na zwykłe powitanie.
– Dziękuję, to miłe – powiedziała dziewczyna i spuściła wzrok.
Johny pomyślał: „Spodobało się jej. A podróż dopiero się zaczyna”. I zaczął się zastanawiać, czy stwierdzenie „to miłe” odnosiło się do powitania słownego, czy też ręcznego…
– Johny, a gdzie ty właściwie mieszkasz? Też tutaj po sąsiedzku?
– Nie. W Miasteczku Wilanów.
„O, k…urczę, facet ze snu!” – przemknęło przez głowę Mandaryny lotem błyskawicy.
– Johny, wiesz, przyjaciele mówią do mnie Laleczka, ty też tak możesz, jeśli chcesz.
– Bardzo chętnie, Laleczko, dziękuję.
– A na ciebie jak mówią, Johny, to znaczy, jak zwracają się do ciebie przyjaciele?
– Tak samo.
– A ja bym cię inaczej nazwała.
– Jak?
– Miś. Oczywiście, ten groźny, Miś Grizzly. Bo ty jesteś taki pewny siebie, jak niedźwiedź, a przypuszczam, że potrafisz też być groźny dla swoich ofiar, czyli „grizzly” po angielsku.
– Hrrm – mruknął po niedźwiedziemu Johny. Poczuł się mile połechtany komplementem. Ale nie chcąc tego okazać, odwrócił głowę i spojrzał przez boczną szybę na migocące za oknem miasto.
„Spodobało mu się, a podróż dopiero się zaczyna” – pomyślała Laleczka.
I tak mknęła warszawska taksówka, wioząc trójkę wybrańców przez coraz tłoczniejsze ulice stołecznej metropolii. Każde z nich śniło tej nocy bezowy sen o Wilanowie. W tym śnie zostali opieczętowani błogosławioną liczbą. I choć nie zdawali sobie z tego sprawy, życie połączyło ich właśnie niewidoczną, mentalną nicią. Tak jak zapowiedział Głos. Od tej pory ich losy będą się ze sobą przeplatać, jak niteczki misternie tkanego perskiego dywanu z kolekcji Pani Sahakian⁴. Niteczki, które nie wiedzą nawet, że sąsiadując ze sobą, tworzą większą całość, układają się we wspólny, uniwersalny wzór.
Wszak telewizyjny wróżbita Ignacy zapowiedział dziś w porannym tweecie: „Ci, którzy znaleźli się w kręgu bezowego snu, muszą się spotkać”. I coś w tym jest. Niezaprzeczalnie, coś w tym jest. Zresztą, przekonajcie się sami.
------------------------------------------------------------------------
⁴ Kolekcję można obejrzeć w Pałacu pod Blachą. Znawcy tematu oceniają, że jest to jeden z najznakomitszych zbiorów kobierców wschodnich na świecie. Niestety, żaden z nich nie prowadzi popularnego bloga ani kanału na YouTubie, więc nie jestem przekonany, czy można im zaufać.KATOWICE, MIASTO MIŁOŚCI
Wspólna podróż taksówką zbliżyła Johny’ego i Laleczkę. Może nie stali się sobie bliscy w sensie dosłownym, ale na pewno nie byli już sobie obcy. A to wielki krok na skali korporacyjnych zażyłości. Czyli w mikroświecie, do którego oboje przynależeli i pragnęli tam pozostać aż do śmierci (przynajmniej tej zawodowej⁵, oby nie nastąpiła zbyt szybko).
W trakcie podróży pociągiem Johny wpatrywał się w Laleczkę wibrującym wzrokiem samotnego rewolwerowca. Uwielbiał westerny i oglądał je pasjami, choć w ukryciu. Otwarcie nie wypadało mu, bo wyszły z mody. Miłość do westernów była głęboko skrywaną tajemnicą. Ach, jakże wyczekiwał chwili, gdy wreszcie będzie mógł wyjawić swój wstydliwy sekret bliskiej osobie.
Laleczka zaś uśmiechała się zalotnie i co chwilę potrząsała pióropuszem długich, gęstych, farbowanych na blond włosów. Wyglądała pięknie, jak dzika klacz stepowego mustanga, którą mógł poskromić tylko prawdziwy mężczyzna – kowboj sukcesu. Johny poczuł, że jest stworzony do tej roli. Kiedy wysiadali na dworcu w Katowicach, wiedział, że nie pozwoli, by mu tę rolę odebrano.
Pożegnali się w recepcji hotelu ulokowanego w samym centrum miasta przy słynnym Katowickim Spodku. Johny miał słabość do dobrych hoteli umiejscowionych w ekskluzywnych lokalizacjach atrakcyjnych miast. I trzeba przyznać, że dopisywało mu szczęście. Miejsce obecnej konferencji potwierdzało to kolejny raz z rzędu.
Konferencja, jak przystało na korporację, która wyznaje wartości etyczne i dba o morale pracowników, rozpoczęła się wieczorną imprezą suto zakrapianą alkoholem. Piosenkarka o znanym nazwisku wyginała się konwulsyjnie na scenie. Zahipnotyzowany jej występem tłum pracowników firmy pląsał na parkiecie. Laleczka wirowała w samym środku sali otoczona przez przedstawicieli handlowych – młodych chłopaków o dobrej aparycji, z których emanowała witalność. Nie podobało się to Johny’emu. Stał oparty plecami o bar i wpatrywał się smętnie w Laleczkę, pijąc piwo za piwem. Pił tak szybko, że zanim zakręciło mu się w głowie, poczuł, że musi pójść do toalety. Ale właśnie wtedy jeden z przedstawicieli poprosił Laleczkę do tańca. A był to taniec wolny! Na to Johny nie mógł pozwolić. Ruszył w głąb sali bankietowej, przedzierając się przez pracowniczą ciżbę. Gdy przebił się do Laleczki, rzucił do jej partnera: „Odbijany!”. Jego głos był chłodny i władczy, jak przystało na menedżera z centrali, który zwraca się do pracownika z terenu. Laleczka spojrzała na Johny’ego oczami pełnymi podziwu. „Ach!” – przemknęło jej przez myśl. „Ach” i nic więcej. Jakże wymowne. Po czym poddała się Johny’emu, aby teraz to on uniósł ją w tańcu.
Nie potańczyli długo, ledwie kilka taktów. Twarz Johny’ego nagle stężała. Wycedził tylko: „Idę!”, puścił talię dziewczyny i odwrócił się plecami. Nagły atak parcia na pęcherz moczowy nie pozostawiał mu wyboru: albo zaraz pobiegnie do toalety, albo stanie się coś, czego będzie się wstydził do końca życia. Ruszył do wyjścia. Czuł się strasznie. „Właśnie pogrzebałem życiową szansę!” – wewnętrzny głos krzyczał w rozpaczy. Ale cóż mógł poradzić? Johny nie miał wyboru.
Laleczka stała przez ułamek sekundy zaskoczona. I tylko przez ułamek. Na szczęście dla nich obojga ona też oglądała stare filmy, w tym westerny (choć ze względu na niskie stanowisko nie musiała się z tym ukrywać). Dowiedziała się z nich, że prawdziwy mężczyzna jest oschły i może się zachować w stosunku do kobiety tak, jak Johny zachował się teraz wobec niej. Wiedziała już, że takie zachowanie sygnalizuje wewnętrzną walkę mężczyzny. Walkę samotnego i wolnego wilka ze zniewalającą siłą kobiecości. Pojedyncze słowo „idę”, wypowiedziane wręcz obcesowo sugerowało, że Johny toczy teraz taki właśnie bój z samym sobą. Stawką jest szczęście u jej boku, a przeciwnikiem ta okropna męska wolność i duma. Dla dobra Johny’ego Laleczka nie mogła pozwolić, żeby wolność i duma tę walkę wygrały. Postąpiła więc tak, jak postępują w podobnych sytuacjach prawdziwe kobiety – jedyny typ kobiet potrafiący żyć u boku prawdziwych mężczyzn. Postąpiła tak, jak na pewno postąpiłyby w swoich najlepszych rolach Rita Hayworth, Bette Davis i Marlena Dietrich. Krzyknęła za Johnym: „Idę z tobą!”.
Przeciskali się razem przez tłoczną salę bankietową. On, a tuż za nim ona.
„Dokąd mnie zabiera? Pewnie do baru” – zastanawiała się Laleczka. – „Prawdziwi faceci zawsze załatwiają te sprawy (czyli sprawy uczuciowe) przy barze”. – „…albo w łóżku” – wtrącił się drugi, niechciany głos jej świadomości, ten szyderczy fatalista.
– Johny, czy idziemy do baru na kieliszek?
Zapytała, lecz właśnie w tym momencie minęli bar. Johny podążał szybkim krokiem i milczał zakłopotany. „Nie odzywa się, prawdziwy twardziel. Zupełnie jak w tym filmie, ojej, zapomniałam tytułu…” – Myśli zaczynały się wymykać i plątać Laleczce, nie nadążając za biegiem wypadków. Zbliżali się do drzwi wyjściowych. „Co on zamierza? Dokąd mnie prowadzi? Przecież mężczyźni załatwiają te sprawy w barze, minęliśmy bar – albo…! Czy on chce mnie zwabić do pokoju jak łowca ofiarę? Czy to nie za wcześnie? Sprawy dzieją się zbyt szybko. Zbyt szybko!”
– Johny, może się odezwiesz?!
– bo widzisz, chodzi o to, że… – Johny stęknął.
– Nic nie mów. Muszę zebrać myśli – powiedziała stanowczo Laleczka. Tak, wypadki toczyły się zbyt szybko. Zdecydowanie za szybko. Przynajmniej dla niej.
W tym samym czasie w głowie Johny’ego działy się straszne rzeczy. Zrozpaczony głos wewnętrzny krzyczał: „Katastrofa!”, a słowo to uciskało opony mózgowe z siłą nie mniejszą od nadmiaru piwa rozpierającego ściany pęcherza moczowego.
Myśli Laleczki były równie gorączkowe: „Muszę grać na zwłokę! Muszę mieć czas do namysłu! Ratunku!”. I wtedy właśnie wyszli z sali balowej na korytarz. Po prawej stronie od wyjścia znajdowały się windy, którymi można się dostać do hotelowych pokoi. „Tylko nie to”. Po lewej stronie od wyjścia były toalety. „Toalety, tak toalety!” – W głowie Laleczki zaświtała ratunkowa myśl.
– Wiesz, Johny, ja muszę koniecznie do toalety!
– Okej, poczekam tutaj – odparł. W jego głosie dało się słyszeć uczucie ulgi.
„Czyżby on też potrzebował czasu do namysłu?” – zastanawiała się Laleczka, wchodząc do toalety. Gdy tylko zniknęła za drzwiami, Johny wbiegł do męskiej części przybytku. Chwilę później ustanowił życiowy rekord jednorazowej mikcji⁶.
* * *
Johny czekał pod toaletami ponad kwadrans. Zaczynał już mieć wątpliwości, czy aby Laleczka nie wyszła przed nim i nie wróciła do sali. Ale nie, to niemożliwe, żeby stał przy pisuarze aż tak długo. Wreszcie Laleczka ukazała się w całej swej konferencyjnej krasie: z podkreślonym makijażem i ustami uszminkowanymi jaskrawą czerwienią.
– Pięknie wyglądasz, wiesz? – zagadnął. Chciał powiedzieć, że wygląda olśniewająco, ale poczuł się zbyt onieśmielony.
– Wiem – odpowiedziała z godnym podziwu spokojem i niebywałą pewnością siebie (jak na zwykłą asystentkę, która stoi przed obliczem menedżera liniowego). Ten spokój był fascynujący, wręcz dominujący, a nawet obezwładniający. Tak, dominowała. I obezwładniała go jakąś tajemną, kobiecą siłą. Jej spokój był tak głęboki, że aż potężny, a tak potężny, że obezwładniłby każdego menedżera, nie tylko Johny’ego, ale nawet dyrektora, ba prezesa, a może i samego prezydenta Stanów Zjednoczonych, dajmy na to Billa Clintona⁷.
– To dokąd idziemy? – zapytał niezdarnie.
– Dobrze, Johny, zabierz mnie windą do nieba.
I pojechali windą. I otworzyli drzwi jego pokoju. Rozmawiali niewiele. Bo ona wiedziała już z czarno-białych filmów, że mężczyzna jest oszczędny w słowach, gdy staje oko w oko z odwiecznym porządkiem natury. I dała mu go poznać – uległa Johny’emu. A poddając się mu, zniewoliła go. To potrafią tylko kobiety.
Została w jego pokoju przez całą konferencję. I nikt nie pytał, co z nią. Nie pytali z obawy albo z zazdrości, a może z braku zainteresowania. Nieważne. Trzeciego dnia wyszła z pokoju. I ich życie nigdy nie było już takie, jak przedtem.
------------------------------------------------------------------------
⁵ Śmierć zawodowa to stan, gdy tracisz pracę i nie znalazłeś nowej w ciągu trzech miesięcy. Headhunterzy uznają cię wtedy za osobę „długotrwale bezrobotną” – stan gorszy od dżumy. Znajomi nie poznają cię na ulicy i nie odpowie żaden z 500 numerów, jakie masz w smartfonie, choćbyś dzwonił bezustannie. Bo bezrobocie jest zakaźne – może zainfekować zdrową aurę sukcesu. Na mentalny wirus bezrobocia nie wynaleziono jeszcze szczepionki. Dlatego wskazana jest karencja: wykluczenie zarażonych osobników z kręgu zdrowych aur. Doradzi ci to każdy coach duchowej transformacji i bioenergoterapeuta od totalnych ustawień. O ile są uczciwi.
⁶ Mikcja – termin medyczny oznaczający opróżnienie pęcherza moczowego. Znany jest dobrze mężczyznom, którzy nigdy, przenigdy nie mieli kłopotów z prostatą.
⁷ Bill Clinton, czterdziesty drugi prezydent USA i ofiara podstępnej asystentki, która zdominowała go i obezwładniła swą kobiecością, nie bacząc na rangę urzędu. Na szczęście dominowała go skrycie, spod biurka, dzięki czemu obezwładniła go tylko od pasa w dół, bez szkody dla kraju.