Miasto - ebook
Każde imperium buduje się na trupach.
Właśnie pojawił się pierwszy.
Podobno czas leczy rany. Te, które zadali sobie Piotr i Paulina, wciąż są otwarte.
Dwoje eks-małżonków, których łączy wspólna kancelaria i klient gangster.
Zamordowany prawnik. Piękna pośredniczka. Tajemnicza wiadomość wyniesiona z więzienia. Miliony w gotówce. Ludzie, którzy wiedzą zdecydowanie za dużo, i inni, którzy zrobią wszystko, żeby te sekrety nigdy nie ujrzały światła dziennego.
Im głębiej Piotr i Paulina wchodzą w tę historię, tym bardziej oczywiste staje się, że zagadkowe zabójstwo to najmniejszy problem z którym będą musieli się zmierzyć.
Ktoś próbuje przejąć potężne przestępcze imperium.
A to oznacza, że trupów będzie znacznie więcej.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-287-4231-4 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Mecenas Jakub Walewski leżał na ziemi związany jak cielak na targu.
Kajdanki miał na rękach. Kajdanki miał na nogach. Pot zalewał mu oczy, serce waliło jak młotem, a on wciąż próbował zrozumieć, w którym dokładnie momencie ten dzień postanowił się spierdolić.
Wszystko zaczęło się przecież podręcznikowo.
5.30 – ulubiona siłownia na Wilanowie. Godzinny bieg w dobrym tempie, czekoladowo-bananowy szejk, zimny prysznic.
7.30 – JEGO kancelaria przy ulicy Wspólnej.
„Na Wspólnej znajdziemy to miejsce, gdzie miłość, wiara, nadzieja na przyszłość…”¹
Nadziei zdecydowanie mu nie brakowało. Zwłaszcza odkąd saldo jego konta rosło szybciej niż jego ego. Ten rok miał być rekordowy. Zarobi dwadzieścia procent więcej niż w poprzednim. Minimum.
10.30 – wpadł Sierpacki. Jego przydupas albo – jeśli ktoś woli oficjalne nazewnictwo – młodszy wspólnik.
– Masz tu grypsy od Wazy – powiedział do Jakuba, rzucając na stół pokryte drobnym pismem kartki w kratkę.
Waza – „pierwszy tego imienia” – był w karierze Walewskiego jednym z najważniejszych klientów. Prokurator podejrzewał go o trzy morderstwa, oskarżył o jedno, i to sprzed wielu lat.
– Może weźmiesz, kurwa, megafon i ogłosisz to przez okno? – zapytał, patrząc na Sierpackiego z wyższością. – Następnym razem, jak będziesz chciał błysnąć, nasmaruj się wazeliną.
– Sorki. – Młody zreflektował się natychmiast.
Jakub od dawna uważał się za lepszego od innych adwokatów. Nietykalny. Niewidzialny. Wyjątkowy. „A jak ktoś ma skrupuły – mawiał Walewski – to powinien się do proktologa zapisać, a nie w mecenasy iść”. To, co robili, to nie było tylko naruszenie zasad etyki i godności zawodu, ale zwykłe przestępstwo; utrudnianie postępowania karnego.
Który to był artykuł Kodeksu karnego? – zastanowił się. Nieistotne. Zresztą, Walewski był „czysty”, tylko Sierpacki by wpadł – jego problem, jego ryzyko, wiedział, za co bierze pieniądze.
14.00 – Jakub wstał zza swojego wielkiego biurka w kancelarii, po czym poprawił jedwabny krawat, wygładził materiał nieskazitelnie białej, oczywiście szytej na miarę koszuli. Włożył marynarkę.
Grypsy złożył na pół i wsadził do kieszeni, jakby były paragonem z Biedronki.
Nigdy nie czytał tych wiadomości. Po pierwsze niewiele by zrozumiał, a po drugie niewiedza jest błogosławieństwem. Plan był prosty – dostarczyć kartki do mieszkania na Grójeckiej. Tam czekał człowiek Wazy, któremu Walewski nadał uroczy pseudonim „Śmieciarz”.
Typ miał ciemną karnację, równie ciemny kucyk, zamiłowanie do kiczowatych dresów Under Armour i poczucie humoru niczym Mariusz Pudzianowski.
14.15 – kiedy Jakub był już w samochodzie, dostał zdjęcie od Weroniki. Stała tyłem, oparta rękami o wielkie panoramiczne okno i wypinała tyłek. Przełknął ślinę. Jego plany zakładające jak najszybsze załatwienie spraw zawodowych momentalnie ewoluowały.
Weronika doprowadzała Walewskiego do absolutnego szaleństwa. Była chyba najładniejszą sztuką, jaką posuwał. Rysy twarzy jak u lalki. Wielkie niebieskie oczy. Przebierała się dla niego za aniołka Victoria’s Secret, co Jakub uważał za najbardziej podniecającą rzecz dla każdego faceta. Przede wszystkim jednak prezentowała wyjątkowe umiejętności w innej dziedzinie i nie miało to wiele wspólnego z anielskością. Zaparkował matowego CLE coupé, zastawiając jakąś bramę na Woli, i po chwili był już u Weroniki. Cała sprawa zajęła góra dwie minuty. Bojąc się, że nieźle się wygłupił, a Weronika zrobi sobie z niego bekę przed swoimi psiapsi, zdecydował się na dogrywkę.
A to oznaczało, że Śmieciarzowi trzeba będzie zapodać parę farmazonów – ocenił cynicznie, poprawiając w windzie koszulę, żeby nie marszczyła się na brzuchu.
16.00 – stał przy swoim Mercedesie, bluzgał i kopał w oponę. Jakiś debil spuścił mu powietrze z kół. Nie mógł czekać na pomoc drogową, najbliższy Bolec z jakimś Rahulem na kierownicy miał być za dziesięć minut (DZIESIĘĆ!), więc wsiadł z obrzydzeniem do tramwaju numer dziesięć. Później przesiadł się w dziewiątkę, która jechała aż do Alei Krakowskiej.
W myślach nadal złorzeczył zjebowi, któremu przeszkadzała zastawiona tylko przez nieco ponad godzinę brama.
16.30 – zapukał do mieszkania Śmieciarza. Cisza. Zmarszczył czoło. To coś nowego. Typ powinien siedzieć na dupie i czekać. Zapukał ponownie, tym razem pięścią. Nagle drzwi się otworzyły i ktoś wciągnął go do środka za krawat. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, Walewski zaliczył takiego gonga w twarz, że zadzwoniły mu zęby. Z łoskotem wywalił się na podłogę i poczuł na gardle łapę wielką jak wieprzowy kotlet.
To nie był Śmieciarz. Śmieciarz miał kucyk, ten tutaj co najwyżej na nim jeździł. Powinien też zainwestować w przeszczep, bo miał na łbie dwie potężne armaty.
16.31 – niski, łysiejący trzydziestolatek uderzył go ponownie.
– Kim ty, kurwa, jesteś? – wycharczał Walewski. – Jestem adwo… – Nie zdołał dokończyć.
Jakub znowu nie zobaczył ciosu. Poczuł go. Świat eksplodował bólem. Bomba była taka, że roztrzaskała mu wargę. Bolało jak cholera, a krew zaczęła mu momentalnie kapać na koszulę.
– Gdzie są grypsy? – zapytał zimno „Zakolak”.
– W kieszeniiii marynarkiii – zakwilił Walewski.
16.32 – Zakolak zerwał z niego marynarkę i wywrócił kieszenie na lewą stronę. Nic. Sprawdził wewnętrzne. Też nic. Zaklął i jednym szarpnięciem rozerwał materiał.
Walewski patrzył oszołomiony.
Kim jest ten pojeb? Gdzie są grypsy? Będę musiał poważnie porozmawiać z Wazą, pomyślał. Za taki brak elementarnego szacunku dla togi należy się odszkodowanie. Minimum dwadzieścia tysięcy. Plus marynarka.
Zakolak obszukał go jeszcze dokładniej. Śmierdział wiśniówką. Kontrola na lotnisku była przy tym grzecznościowym powitaniem.
Nadal nic.
Postraszą i puszczą – uspokajał samego siebie Walewski. Nie zabija się przecież adwokatów.
Dobrze wiedzieli, co by się działo. NRA by ich zagryzła. Chociaż w tym jednym ta banda zachowywała jeszcze jakąś solidarność. Bo co to za gang, co swoich nie broni?
– Gdzie? – zapytał beznamiętnie mężczyzna, po czym nadepnął Walewskiemu na dłoń i zaczął ją miażdżyć buciorem.
Kości zatrzeszczały.
– Nie wiem! – zawył Jakub. – Może zostawiłem je u Weroniki. Albo… w tramwaju.
Zakolak wyciągnął kastet. Walewskiemu głos nagle uwiązł w gardle, a jądra się skurczyły.
Znowu będzie bił, pomyślał. Ten kolo to jakiś psychol!
Cios wycisnął Walewskiemu powietrze z płuc. Kolejny przyjął już w pozycji embrionalnej.
Gorzej było później. Dostał kilka kopów, a Zakolak przeszukał go raz jeszcze. O wiele dokładniej, nie omijając żadnego otworu w jego ciele. Na koniec uderzył go w głowę.
Świat nagle zgasł.
22.34 – Walewski obudził się, a czarne plamy tańczyły mu przed oczami. Zimno. Ból. Wszechobecny, paraliżujący ból. Minęła chwila, zanim zrozumiał, że ma zakneblowane usta i kajdanki na kończynach.
Zakolak stał nad nim. Przerażenie rozrywało Walewskiemu krtań. Serce biło w szaleńczym tempie. Walewski stęknął rozpaczliwie. Zakolak pociągnął go za spętane nogi, po czym położył na torach. Jakubowi puściły zwieracze i to byłoby bardzo przykre dla otoczenia, gdyby ktokolwiek poza Zakolakiem znajdował się w pobliżu.
Mężczyzna wyjął mu knebel. Walewski poznał, że zrobiono go z jego slipów od Armaniego. Mężczyzna rozpiął mu kajdanki. Najpierw na rękach. Później na nogach. Odwrócił się i odszedł. Walewski chciał się ruszyć. Nie mógł. Zobaczył światła zbliżającego się pociągu. Zawył. Załkał. Gwizd syreny, jeden długi, trzy krótkie. Rozpaczliwie rzucił ciałem. Niestety w ogóle go nie słuchało. Jakub usiłował się szarpnąć. Trzasnęło kilka zębów w jego szczęce. Prawie udało mu się sturlać z nasypu.
Prawie.
W ostatnim ułamku sekundy, zanim światło zgasło, pomyślał, że tyle tego niby było. Beztroskie dzieciństwo, długa nauka, a później mozolne pięcie się w górę na sam szczyt… W sumie był już blisko. I chętne kobiety, i dobre samochody. I wakacje cztery razy za granicą, i widział Wiedeń, i Bangkok, i Nowy Jork, i Tokio, a nawet Jezusa w Rio.
A teraz tęsknił za mamą i za tym, żeby go przytuliła.PIOTR
W progu stał uśmiechnięty od ucha do ucha Wiesław Wilk.
– Jezus Maria! – jęknęła głośno Paulina.
– Wystarczy Wiesław. – Uśmiechnął się szeroko. – Albo mam lepszy pomysł. Mów mi „Wuju”.
Wiesiek oczy miał dziarsko błyszczące, twarz lekko opaloną, grzywa siwych włosów była starannie przycięta w stylu na księdza proboszcza. Na siebie wdział czerwony dres Adidasa. Wyglądał w tym zestawie jakby luksusowo.
Rozparł się na kanapie dla gości niczym lord.
– Ależ ruch u was, w tym mieście! Prawda, Grzesiu?
– Starożytne polskie powiedzenie mówi: „Kiedy borsuki łeb wychylają z nory, natychmiast pojawiają się quady i motory” – przytaknął Grzegorz, który właśnie wszedł do pokoju, trzymając w rękach wielką drewnianą skrzynię. – Gdzie to postawić?
– A co to jest? – Zmierzyłem go spojrzeniem, które nawet przy najlepszych intencjach nie mogło uchodzić za przyjazne.
– Same bieszczadzkie delikatesy. Miodzik, ogóreczki, kiszony czosnek niedźwiedzi, parę pstrągów wędzonych na gorąco, esencja z pokrzywy, bimberek… Powąchaj, Paulinko, sprawdź, jak ładnie pachnie. – Wiesiek energicznie wstał, odkręcił potężnych rozmiarów butlę, po czym podsunął Paulinie prosto pod nos. – Z tarniny, mówię wam, delikates…
– Zabierz to – powiedziała ostro Paulina.
– Że zepsuty? – zaniepokoił się Wiesiek. – Bimberek się nie psuje. Prawda, Grzesiu?
– Bimber może być dobry, bardzo dobry albo wyśmienity – przytaknął, błyskając zębami, Grzesiek. – Zaniosę do kuchni.
Jego potężna sylwetka zniknęła za drzwiami.
– Jak masz na imię, młodzieńcze? – Wiesław obrzucił spojrzeniem naszego aplikanta Tomeczka, nieodrodnego syna swojej przyszywanej matki Pauliny i mojego jedynego sukcesu wychowawczego.
– Tomasz – odpowiedział ostrożnie.
– Tomuś – ucieszył się Wiesław. – Bardzo ładnie. Miałem w Miasteczku też takiego Tomusia. Dobry był z niego chłopak. Tylko go Gruzini niestety… Ech, nieważne. Zrób mi herbatki, Tomuś. – Wiesław niedbałym ruchem dłoni podkreślił swoje polecenie. – Tylko bez cukru, bo mnie córka zabije. Migiem, młody, migiem.
Tomek wytrzeszczył na Wieśka oczy, ale grzecznie pogalopował do kuchni.
– Znowu mam za wysoki cukier, wyobraźcie sobie – sapnął. – Dali mi taki czujnik na rękę i wyszło im, że powinienem pójść na dietę. JA!
Zrobił zdumioną minę.
– Czemu zawdzięczamy waszą wizytę? – przerwałem zimno. – Jeśli chodzi o samochód, to nie trzeba było eskorty, sam laweciarz by wystarczył. A przenocować, wybacz, to was nie przenocujemy. Raz, nie mamy gdzie, dwa, nie mamy…
Wiesław nie czekał na to, czego „nie mamy”.
– Nie trzeba, posiadamy tu taki szałas na Żoliborzu. Prawda, Grzesiu?
– Prawda – potwierdził Grzegorz.
– To się cudownie składa. Na pewno jesteście zmęczeni po podróży.
Wiesław nie słuchał.
– Piotr, ty jesteś naprawdę czort. – Wycelował we mnie palec i uśmiechnął się cwaniacko.
– Ja? – zdziwiłem się.
– Tak, ty! Ty rozbójniku, ty! – Uśmiech Wieśka był jeszcze szerszy niż zazwyczaj.
Milczałem. Sytuacja przypomniała mi, jak rok temu trener wystawił mi do sparingu człowieka o posturze zapasionego bernardyna ze szczęką jak kredens. Już w momencie, kiedy wchodził na ring, poczułem nagły niepokój. Jak na swoje gabaryty poruszał się trochę zbyt płynnie. I trochę za szybko.
Łupnął mnie tak niespodziewanie, że nawet nie zobaczyłem ciosu. W głowie rozbłysły mi fajerwerki, a ból promieniował aż do czubków palców. Nie padłem, co samo w sobie później, już dużo później, uznałem za spore osiągnięcie. Nie nadstawiłem drugiego policzka.
Zrobiłem za to zwód, wszedłem w zwarcie i wyprowadziłem niezwykle podstępny cios podbródkowy, który w dziewięciu na dziesięć przypadków targa przeciwnikiem, jakby ktoś go poraził prądem.
Byłem bardzo z siebie zadowolony do, mniej więcej, momentu, kiedy moja pięść nieoczekiwanie minęła jego brodę, a człowiek o posturze bernardyna precyzyjnie odchylił tułów i głowę do tyłu. Już wiedziałem, że przyjdzie kontra, która zwali mnie na deski. Teraz czułem się dokładnie tak samo jak wtedy.
– Herbata – odezwał się Tomek, którego już nic nie było w stanie zdziwić. – Bez cukru. Komuś coś jeszcze przynieść? Wody, kawy, herbaty, bimbru?PAULINA
Kiedyś byłam miłosierną kobietą, która rzadko wybierała przemoc.
Nawet jeżeli klient długo nie był w stanie wyjaśnić, o co mu/jej chodzi, słuchałam i kiwałam głową (jak to mawiał znajomy mecenas Lesław: „Za tysiąc sześćset złotych na godzinę jestem gotów płakać razem z klientem”, ja tak samo, przy czym łzy te będą bardziej rzewne, bo stawki mam niższe).
Nie uprzedzałam się do ludzi, nawet jeśli mieli na imię Patrycja (imię kochanki mojego eksmęża, jednej z dwóch, z którymi zastałam go w łóżku). Te czasy jednak odeszły bezpowrotnie. Natomiast doprowadzenie mnie do takiego stanu, w jakim znalazłam się w tej chwili, stanowiło pewną rzadkość.
Momentalnie trafił mnie szlag. Zawsze miało to taki sam przebieg. Nienaturalny, przeogromny spokój.
– Wiesz co, Wiesiu? – zapytałam słodko.
– Paula… – usłyszałam obok uspokajający ton Piotrka. Tak, on już to widział. I tak, wiedział, jak to się skończy.
– Co, Paulinko? – rozanielił się Wiesław.
– Nie będę mówić ci wuju. Mogę ewentualnie zamienić „w” na „ch”. A wiesz, czemu na „ch”, a nie samo „h”?
– Bo większy i dłuższy. – Wiesław ucieszył się, że zna kawał.
– Dokładnie. – Zaklaskałam. – A teraz posłuchaj mnie. – Popatrzyłam na niego poważnie. – Nie jesteśmy w tym twoim Wypizdowie z zepsutym samochodem i w otoczeniu twoich goryli. Nie jesteśmy zaskoczeni ani bezbronni. Jesteśmy w Warszawie. Też wieś, ale tu gracie na wyjeździe. Chcesz nam coś zrobić? – Rozłożyłam ręce. – Proszę bardzo, rób. Tylko się zdecyduj, bo chyba się trochę zagubiłeś. Albo jesteś legalnym biznesmenem, za którego podobno się uważasz, albo dalej robisz interesy jak w latach dziewięćdziesiątych?
Wiesław nadal uśmiechał się dobrotliwie. Wyglądał, jakby w myślach wspominał pokera z Kiełbasą, Masą czy innym Salcesonem. Jestem pewna, że znał ich wszystkich, i bardzo żałowałam, że nie podzielił ich losu.
– Wiesz, że te czasy się skończyły? Trzydzieści lat temu! – powiedziałam powoli, jakbym mówiła do dziecka. – To już tak nie działa! Zatem albo nas odstrzel i walcz potem z konsekwencjami, a chyba nie masz nas za idiotów i wiesz, że filmik z twoją wychuchaną córeńką mordującą człowieka wyląduje w internecie, jak tylko złamiemy paluszek…
– Ależ Paulinko, ja miałbym wam zrobić krzywdę? Ja?! – Wiesiek cmoknął z dezaprobatą. – Jesteśmy jak rodzina!
– No to wypierdalaj w podskokach z naszej kancelarii – powiedziałam dobitnie.
Wiesław zrobił dziwną minę, potem spojrzał na Piotrka. A ja obróciłam się na pięcie i wyszłam z pokoju.PIOTR
– Paulinka jakaś podenerwowana – wyszeptał konfidencjonalnie Wiesław. – Karm ją od czasu do czasu. Salcesonik załatwia każdy problem współczesnej kobiety! Ewentualnie kiszone ogórki!
– Co? – Zgrzytnąłem zębami.
– Musimy się spotkać, Piotrusiu. Musimy pogadać.
Dostrzegłem w jego oczach coś, co mi się bardzo nie spodobało.
– Na razie trzymaj. – Wiesław położył na blacie biurka kluczyki do samochodu. – Zgodnie z umową, auto Paulinki. Nawet olej jej zmieniliśmy, bo było po terminie. Trzeba co dziesięć tysięcy kilometrów, a w jej wersji to nawet co pięć. Powiedz jej, że tego trzeba pilnować. Wujek Wiesław nie zawsze widzi takie rzeczy. W schowku ma tego swojego Glocka, jako znak mojej dobrej woli.
Nie skomentowałem. Nie miałem siły.
– Tomuś, dziękuję, kochany, za herbatkę. – Klepnął chłopaka w ramię z głuchym łoskotem. – Masz tutaj prezencik od wujka Wieśka. – Wsunął mu zwitek do kieszeni koszuli. – Na razie, kochani, zobaczymy się niedługo, wujo mówi: do zobaczenia. Grzesiu, idziemy, dzisiaj jeszcze sporo spotkań przed nami.
Obaj mężczyźni obrócili się na pięcie i wyszli. Grzesiek z szacunkiem przepuścił Wiesława w drzwiach, po czym zamknął je bardzo delikatnie.
Tomek stał z otwartymi ustami. Po chwili podszedł do okna i patrzył, czy nasi goście wyjdą z klatki.
– Wyszli? – zapytała Paulina, wchodząc do gabinetu.
– Tak. Teraz jakieś typy rozładowują twój samochód z lawety – odpowiedział. – Ten wielki stoi i ich pilnuje, ten starszy w dresie rozmawia przez telefon. Patrz, wujo dał mi – Tomek wsadził rękę do kieszeni, wyjął z niej pieniądze i z zaskakującą biegłością przeliczył – pięć stów. Co ja mam z tym zrobić? – zapytał rzeczowo. – I co to za dziwne typy? Jak Grucha z Fredem…
Spojrzeliśmy na siebie z Pauliną.
– Rozwal w kasynie albo wydaj na dziwki – rzuciła. – I nie przejmuj się. Oni przyszli nam tylko oddać samochód. Więcej ich nie zobaczysz.
– Aha – skwitował ponuro Tomek. Chyba nie uwierzył. – A co z jedzeniem, które przyniósł ten wielki? – zapytał bezradnie. – Tam jest ryba i sery, i jakieś ogórki… To do lodówki chyba trzeba.
– Wywal do śmieci – podpowiedziała Paulina. – Pewnie zatrute.
– Trochę szkoda – stwierdził z żalem Tomek. – Ładnie pachnie… – Chciał jeszcze coś dodać, ale w tej samej chwili rozległ się dzwonek.
Moja eksżona ruszyła w stronę drzwi niczym huragan Katrina. Jej szeroko rozwarte oczy ciskały błyskawice, a powietrze wokół niej, mógłbym przysiąc, ścinało się na twardo.
– Chyba wyraziłam się jasno: „Wypierdalać”! – warknęła, otwierając szarpnięciem drzwi.
– Eee – wydukał skonfundowany Miszka i łypnął na nią podejrzliwie. – Cześć, króliczki!
Miał rozpiętą prawie do pępka, niebieską lnianą koszulę ze stójką i podwinięte rękawy. Do tego białe spodnie, a na stopach okropne modre mokasyny. Jak nic szczyt męskiej mody.
Paulina oglądała go ze zdumieniem.
– Jeszcze ciebie tutaj brakowało – rzuciła z rezygnacją. – No, wchodź, jeśli musisz.
– Minąłeś kogoś przy windzie, króliczku? – zapytałem.
– Nieee – wysapał. – Szedłem po schodach. Kroki robię. Codziennie piętnaście tysięcy.
– A w jakim celu robisz je w kierunku naszej kancelarii? – zaciekawiła się uprzejmie Paula.
– Randkę mam – oznajmił z dumą Miszka. – Na żarcie się umówiliśmy, ale za godzinę dopiero i nie chciało mi się na miejscu czekać. Poza tym zawsze lepiej, jak one czekają.
No, cóż tu dodać, debil jak zwykle.
– Wróciliście do siebie z Kasią? – Paulina miała cierpką minę.
Miszka nagle się zasmucił.
– Niee. – Machnął ręką. – To już dawno nieaktualne.
– Tak? A dlaczego wy się właściwie rozstaliście, co? Byliście dla siebie stworzeni – zakpiła Paulina.
Łypnął, po czym sapnął.
– Zmieniłem się. Zajrzałem w swoje wnętrze i zrozumiałem, że potrzebuję kogoś innego – zaczął w swój natchniony sposób.
– Prawdę mów – przerwała mu.
– Zdradzała mnie – westchnął ciężko. – Suka! Cały czas się z kimś spotykała!
– Z kim? – zainteresowałem się tym razem ja.
– Z jakimś chamem spod Grójca. – Miszka wzruszył ramionami. – Ma sady i M8, choć nie Competition, ale Kaśka to zawsze była blachara, więc i w gołej wersji będzie łykać. Mówi się trudno. Jej strata. Wymaga monogamii, a sama się puszcza, tfu. – Miszka chciał charknąć na podłogę, ale Paulina spojrzała na niego TYM wzrokiem.
– Spluniesz na moją podłogę, to będziesz ją czyścił mankietami tej wieśniackiej koszuli – warknęła.
– Jezu! – Przewrócił oczami. – Przepraszam, no… A temu sadownikowi dobrze tak. Nie wie jeszcze, w co się wpakował. Prawie, ale to prawie mu współczuję! – dodał mściwie. – Ale wielki sigma Miszka już jest na polowaniu. Spójrz – powiedział dumnie do Pauliny, podtykając jej pod nos smartfona.PIOTR
Strzepnąłem niewidoczny pyłek z koszuli, po czym przybrałem wyniosłą minę. Z trudem. Ale nie odpowiedziałem. Zabrakło mi słów.
Miszce to nie przeszkadzało.
– Cały czas dzisiaj podkręcam atmosferę. Majtki może wsadzić w wyżymaczkę, takie ma mokre – pochwalił się.
Paulina wzniosła oczy do nieba, jakby czekała na interwencję siły wyższej. No cóż, moja żona raczej powinna patrzeć w dół, z pewnością z diabłem miała lepsze układy.
– Napisz jej, czy wie, ile to jest siedem razy osiem – potwierdziła moje myśli. – Będzie liczyć na palcach, a że u rąk jej braknie, to pochyli się do stóp. Materiał z trudem jej pół dupy zakrywa, to skorzystasz.
– Nie mogę jej tak napisać – oburzył się Miszka. – To nieuprzejme. Kobietom trzeba pisać ładne rzeczy. Ja potrafię!
– Pokaż – powiedziałem. – „A lubisz dostawać klapsy? A chcesz mi je dawać? A będziesz mnie szarpał za włosy z zasłoniętymi oczami? A chcesz, żebym cię szarpał?” – przeczytałem na głos.
Zapadła cisza, bardzo długa cisza.
– Ja się cieszę – powiedział powoli Tomek – że już mam dziewczynę i to wszystko jest za mną.
– Coś konstruktywnego poproszę – burknął Miszka.
– Napisz jej: „Czujesz, że jestem blisko? Zabiorę cię na frytki” – doradziłem.
Miszka spojrzał z powątpiewaniem. Ale wstukał coś na telefonie, który momentalnie zapikał.
– Odpisała – pochwalił się.
Sprawdził i mina mu jednak zrzedła.
– Co odpisała? – Udałem podekscytowanie.
– „A TY czujesz, że jestem blisko?”
– Odpisz jej: „Tak, jesteś jak PKP, jeszcze nie widać, a już jedzie”. – Paulina zachowała powagę.
Ja i Tomek nie daliśmy rady. Zarechotaliśmy symultanicznie. Nie czułem wyrzutów sumienia.
– Bez sensu. Jesteście kompletnie nieprzydatni – jęknął Miszka. – Macie coś do picia? Tylko nie kawę, nie mogę waszej kawy, szkodzi mi.
– Bierz, co chcesz. – Machnąłem ręką.
Michał poszedł do kuchni. Tomek przykleił się do ksero.
Nieoczekiwane odwiedziny, wariaci rozdający pieniądze i wędzone ryby. W kancelarii dzień jak co dzień – odpowiednie dokumenty musiały trafić do sądu i musiały trafić w terminie.
– Myślisz, że wrócą? – zapytała z powagą Paulina.
Zmarszczyła czoło. Ciemne włosy kaskadą opadały jej na ramiona. Jaka ona jest piękna, pomyślałem mimowolnie. Naprawdę piękna.
– Tak – przyznałem.
– Mamy kłopoty? – Spojrzała mi prosto w oczy.
Nie było sensu kłamać. W tym świecie panowała jedna zasada: kieruj się logiką interesu.
– Tak – potwierdziłem.
– Też tak sądzę. – Kiwnęła głową.
Chciała coś dodać, ale do pokoju wrócił Michał. Niezwykle z siebie zadowolony.
– Bardzo dobra ryba. Skąd macie? – wymamrotał Miszka z pełnymi ustami, mlaszcząc przy tym przeraźliwie. – I co macie takie smutne miny? Umarł ktoś?
Zakąsił wyjątkowo dużym kawałkiem razowego chleba.
– Nie jedz tego! – krzyknęliśmy chórem z Pauliną.
– To może być zatrute – dodałem.
– Jak to zatrute? – zaniepokoił się Miszka.
– To od Wieśka.
– Wiesiek tu był? – Spłoszył się wyraźnie.
– Grzesiek też – uściśliłem ponuro.
– Nie! Żartujesz! – powiedział, po czym wpakował do ust kolejny kawałek ryby.
No debil, po prostu debil.
– Macie może białe wino? Najlepiej riesling lub sauvignon blanc. W ostateczności może być też sekt… – zapytał, żując.
Z mojego gardła wydobyło się głuche jęknięcie.
– No dobra, już dobra – zmitygował się. – A tego bimberku mogę spróbować?
– Bierz i nie zawracaj nam dupy.
Mój telefon zawibrował. Dostałem na WhatsAppa wiadomość z nieznanego numeru.
Odczytałem. Żołądek zwinął mi się w supeł.
Wiadomość była krótka i kończyła się słowami: „Musimy pogadać, Piotruś. Może najpierw bez Paulinki? Nie chcemy jej nic mówić, prawda?”.
– Kto to? Czyżby Gabi? Tylko jej tutaj jeszcze brakuje do kompletu – zakpiła Paulina, obrzucając mnie przeciągłym spojrzeniem.
– Klient – uciąłem. – Nic ważnego.
Jedna z tych informacji była nawet prawdziwa.
Odłożyłem telefon na stół. Miałem nadzieję, że nikt nie zauważył, że drżała mi ręka. Stare żydowskie powiedzenie mówi: „Pół prawdy to całe kłamstwo”.
------------------------------------------------------------------------
_KONIEC DARMOWEGO FRAGMENTU
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI_