Miasto niedźwiedzia - ebook
Bestsellerowy autor Człowieka imieniem Ove, Pozdrawiam i przepraszam oraz Britt-Marie tu była powraca z olśniewającą i przenikliwą powieścią o małym miasteczku z wielkimi marzeniami.
Björnstad to dziura. Maleńka społeczność zamknięta w głębi ponurego lasu, który powoli zabiera ludziom przestrzeń do życia. Jest tylko jedno miejsce, które przywraca mieszkańcom wiarę w lepsze jutro – stare lodowisko nad jeziorem zbudowane przed laty przez założycieli miasta.
Juniorzy drużyny hAokejowej rywalizują właśnie w krajowej lidze i, o dziwo, naprawdę mają szansę zagrać w finale. Na barkach kilku nastolatków spoczywają więc nadzieje i marzenia całego Björnstad, ale mecz półfinałowy wywołuje w niektórych graczach skrajne emocje. Straszny czyn kładzie się cieniem na społeczności miasteczka i dzieli ją na zawsze, stawiając pod znakiem zapytania przyszłość nie tylko drużyny, ale każdego obywatela Björnstad.
To powieść o tym, co wiąże społeczność i jak zbiorowa świadomość może odsuwać od siebie prawdę. W tym niewielkim leśnym miasteczku Backmanowi udało się zamknąć cały świat.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-66460-94-2 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
------------------------------------------------------------------------
Bang-bang-bang-bang-bang.
Jest początek marca, w Björnstad nic się jeszcze nie wydarzyło. Jest piątek i wszyscy po prostu czekają. Drużyna hokejowa juniorów z Björnstad gra jutro w półfinale pierwszej ligi młodzieżowej kraju. Jakie to może mieć znaczenie? Oczywiście niezbyt wielkie. Gdyby tylko nie działo się to tutaj.
Bang-bang-bang-bang-bang.
Jak każdego dnia miasto budzi się wcześnie, małe miasteczka muszą zapewnić sobie przewagę, jeśli chcą przetrwać w tym świecie. Na parkingu przy fabryce rzędy samochodów już pokrywa śnieg, półprzytomni ludzie z przymkniętymi oczami stoją w milczącej kolejce, żeby elektroniczne karty wstępu potwierdziły ich istnienie w rejestratorze czasu pracy. Patrzą niewidzącym wzrokiem i otrzepują śnieg z butów, czekając, aż ulubiona używka – kofeina, nikotyna czy cukier – da im kopa, dzięki czemu staną się zdolni do funkcjonowania do pierwszej przerwy na kawę.
Dojeżdżający do większych miejscowości poza lasem uderzają rękawiczkami w grzejniki i klną w sposób dopuszczalny jedynie u pijanych, umierających lub siedzących w zbyt zimnym peugeocie zbyt wcześnie rano.
Jeśli będą cicho, usłyszą z oddali: bang-bang-bang. Bang. Bang.
Maya budzi się w swoim pokoju, jego ściany ozdobione są na przemian szkicami i zachowanymi biletami z koncertów, na których była w miastach daleko stąd; nie było ich tak wiele, jak by sobie życzyła, ale w zasadzie znacznie więcej, niż pozwolili jej rodzice. Leży jeszcze w łóżku w piżamie i gra na gitarze. Kocha w niej wszystko. Jej ciężar na swoim ciele, to, jak drewno reaguje, gdy uderza w nie palcami, struny wrzynające się mocno w skórę, zanim ta jeszcze zdąży się naprawdę obudzić. Proste dźwięki, miękkie riffy to dla niej niebiańska zabawa. Ma piętnaście lat i zdążyła już kochać wiele razy, ale gitara na zawsze będzie jej pierwszą miłością. To ona pomogła jej wytrzymać w tym mieście, to dzięki niej dała radę być córką dyrektora sportowego klubu hokejowego w lesie.
Sama nienawidzi hokeja, ale rozumie ojcowską miłość do niego, sport to po prostu inny instrument niż jej. Mama szepcze jej czasem do ucha: „Nigdy nie ufaj nikomu, kto nie ma w swoim życiu niczego, co kocha całkowicie niekontrolowanie”. Mama kocha faceta, który kocha miejsce, które kocha sport. To miasto hokeja i choć wiele można o mieszkających tu ludziach powiedzieć, jedno jest pewne – można na nich polegać. Wiadomo, czego można się spodziewać, gdy się tu mieszka. Dzień po dniu, dzień po dniu.
Bang.
Björnstad nie leży w pobliżu niczego i nawet na mapie wygląda nienaturalnie. „Jakby pijany olbrzym, sikając, próbował napisać na śniegu swoje imię” – powiedzieliby jedni. „Tak jakby przyroda i człowiek przeciągali linę, walcząc o przestrzeń do życia” – stwierdziłby pewnie ktoś myślący bardziej racjonalnie. Tak czy inaczej, miasto przegrywa, dawno już niczego nie wygrało. Coraz mniej miejsc pracy, więc każdego roku jest i mniej ludzi, las zjada jeden czy dwa opuszczone domy na sezon. W czasach gdy było jeszcze czym się chwalić, gmina postawiła przy wjeździe do miasta tablicę z hasłem przypominającym popularne wówczas slogany: „Witamy w Björnstad. Chcemy trochę więcej!”. Wiatr i śnieg potrzebowały kilku lat, aby wywiać słowo „więcej”. Niekiedy całe miasteczko wydaje się filozoficznym eksperymentem. Jeśli całe miasto zniknie w lesie i nikt o tym nie usłyszy, czy będzie to miało jakieś znaczenie?
Żeby móc odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zejść kilkaset metrów w dół w stronę jeziora. Nie ma tu może nie wiadomo czego, ale jest kryte lodowisko. Zbudowane cztery pokolenia temu przez robotników fabrycznych – mężczyzn pracujących sześć dni w tygodniu, którzy chcieli mieć coś, na co czekają siódmego dnia. To dziedziczne – cała miłość, która w tym mieście może odtajać, wydaje się zawarta w grze: lód i banda, czerwone i niebieskie linie, kije i krążek, każda cząstka chęci i siły w młodych ciałach, pędzących w pogoni za nim prosto do narożnika. Trybuny wypełnione po brzegi w każdy weekend, rok w rok, mimo że wyniki klubu pogarszały się proporcjonalnie do gospodarki miasta. Może dzieje się tak, bo wszyscy mają nadzieję, że jeśli los klubu odmieni się na lepsze, to reszta potoczy się dobrze siłą rozpędu.
To też powód, dlaczego miejsca takie jak to pokładają swoje nadzieje na przyszłość w młodzieży; bo tylko młodzi nie pamiętają, że kiedyś było lepiej. To może być swojego rodzaju błogosławieństwo. Tak więc stworzyli drużynę juniorów, tak jak starsze pokolenia tworzyły swoją społeczność: pracuj ciężko, przyjmuj ciosy, nie marudź, stul pysk i pokaż tym dupkom z wielkich miast, skąd pochodzimy.
W okolicy nie ma zbyt wielu rzeczy godnych uwagi. Ale wszyscy, którzy tu kiedyś byli, wiedzą, że to miasto hokeja.
Bang.
Amat kończy niedługo szesnaście lat. Jego pokój jest tak mały, że byłby ledwie garderobą, gdyby znajdował się w większym mieszkaniu w drogiej części jakiegoś miasta. Plakaty zawodników NHL pokrywają całe ściany, nie licząc dwóch miejsc: jedno to jego własna fotografia, zrobiona kiedy miał siedem lat, w za dużych rękawicach i kasku zsuniętym na czoło – jest na niej najmniejszym chłopcem na lodzie. Drugie to biała kartka, na której jego mama zapisała fragmenty modlitwy. Gdy Amat się urodził, leżała z nim na piersi w ciasnym łóżku w szpitalu na drugim końcu świata – byli tylko we dwoje – a pielęgniarka szeptała jej do ucha tę modlitwę (podobno Matka Teresa zapisała ją na ścianie nad swoim łóżkiem), myśląc, że modlitwa da samotnej kobiecie siłę i nadzieję. Prawie szesnaście lat później kartka nadal wisi w pokoju jej syna, słowa są pomieszane, ale spisywała je tak, jak je zapamiętała.
Ten, kto jest szczery, może się zawieść na innych.
Mimo to bądź szczery.
Ten, kto jest życzliwy, może być obmawiany przez innych. Mimo to bądź życzliwy.
Całe dobro, które czynisz dzisiaj, jutro może zostać zapomniane przez innych. Mimo to czyń dobro.
Amat trzyma łyżwy tuż koło łóżka, każdej nocy. „Poród musiał być dla twojej matki cholernie ciężki, gdy się tak rodziłeś z tymi łyżwami na nogach” – naśmiewa się stary dozorca z lodowiska. Zaproponował chłopcu, że przechowa mu je w szafie w klubowym magazynie, ale on woli nosić je ze sobą tam i z powrotem. Chce być blisko nich.
We wszystkich drużynach był zawsze najniższy, nigdy nie miał takich mięśni jak pozostali zawodnicy, nigdy nie strzelał tak samo mocno. Ale nikt w tym mieście nie jest w stanie go dogonić. Nikt, w żadnej drużynie, na którą do tej pory natrafił, nie był taki szybki. Nie umie tego wyjaśnić, ale przypuszcza, że tak samo jest wtedy, gdy jedni, patrząc na skrzypce, widzą tylko kupę deszczułek i pokrętła, podczas gdy inni widzą muzykę. Łyżwy nigdy nie były dla niego czymś obcym, przeciwnie, kiedy wkłada zwyczajne buty, czuje się jak marynarz schodzący na ląd.
Ostatnie wersy, które mama zapisała na kartce wiszącej na ścianie, brzmią:
Wszystko, co budujesz, inni mogą zniszczyć. Mimo to buduj. Ponieważ ostatecznie liczy się tylko to, co między tobą a Bogiem, przecież nigdy nie chodziło o ciebie i tych innych.
Zaraz pod tekstem dziecięca ręka czerwoną kredką napisała:
MUWIĄ, ŻE JESTEM ZA MAŁY, RZEBY GRAĆ. MIMO TO ZOSTANĘ WIELKIM ZAWODNIKIEM!
Bang.
Kiedyś Björnstad była drugą najlepszą drużyną krajowej pierwszej ligi. Tak to wyglądało ponad dwadzieścia lat i trzy dywizje temu, ale jutro Björnstad znów zmierzy się z najlepszymi. Jak ważny może być mecz juniorów? Jak bardzo miasto może przejmować się kilkoma nastolatkami w półfinale ligi młodzieżowej? Nie za bardzo. Oczywiście gdyby nie chodziło o tę właśnie plamę na mapie.
Kilkaset metrów na południe od tablic drogowych zaczyna się teren nazywany po prostu Wzgórzem. To małe skupisko ekskluzywnych domów z widokiem na jezioro. Tutejsi mieszkańcy to właściciele sklepów spożywczych, szefowie z fabryki albo ludzie, którzy dojeżdżają codziennie do lepszej pracy w większych miastach, gdzie współpracownicy na imprezach robią wielkie oczy, pytając: „Björnstad? To da się mieszkać tak daleko w lesie?”. Oczywiście w odpowiedzi można rzucić coś o polowaniach, łowieniu ryb i bliskości przyrody, ale w istocie prawie wszyscy się teraz zastanawiają, czy rzeczywiście tak się da. Wciąż tutaj mieszkać. Czy jest tu coś jeszcze, coś więcej niż nieruchomości, których wartość spada wraz z temperaturą.
Po czym budzi ich BANG. I na ich twarzach pojawia się uśmiech.3
------------------------------------------------------------------------
Przez ponad dziesięć ostatnich lat mieszkańcy willi zdążyli się już przyzwyczaić do odgłosów z ogrodu Erdahlów: bang-bang-bang-bang. Następnie krótka przerwa, podczas której Kevin zbiera krążki. Potem znów bang-bang-bang-bang-bang. Kevin miał dwa i pół roku, gdy po raz pierwszy jeździł na łyżwach, trzy, gdy dostał pierwszy kij, w wieku czterech lat był lepszy od pięciolatków, gdy skończył pięć – od siedmiolatków. Zimą, po siódmych urodzinach, odmroził twarz tak, że nawet teraz z bliska można dostrzec ślady na jego policzkach. Po południu grał swój pierwszy prawdziwy mecz w lidze i w końcowych sekundach chybił, strzelając do pustej bramki. Dzieciaki z Björnstad wygrały wtedy 12:0. Kevin strzelił wszystkie bramki, ale i tak był niepocieszony. Późnym wieczorem rodzice zauważyli, że nie ma go w łóżku, o północy połowa miasta przeszukiwała las. Zabawa w chowanego to nie zabawa w Björnstad, dziecko nie musi pójść daleko, żeby pochłonęły je ciemności, małe ciało szybko zamarza przy minus trzydziestu stopniach. Dopiero przed świtem ktoś z ekipy poszukiwawczej zobaczył, że jest na lodzie na jeziorze. Przywlókł ze sobą bramkę, pięć krążków i wszystkie latarki, jakie udało mu się znaleźć, i całymi godzinami strzelał do bramki pod takim samym kątem, z jakiego oddał niecelny strzał w trakcie meczu. Płakał rozwścieczony, kiedy niesiono go do domu. Białe plamki nie zniknęły już nigdy. Miał siedem lat i już wtedy wszyscy wiedzieli, że ma w sobie niedźwiedzia, którego nie da się zatrzymać.
Jego rodzice zapłacili za budowę małego lodowiska w ogrodzie, Kevin odśnieżał je sam codziennie rano, a każdego lata sąsiedzi wygrzebywali krążki ze swoich rabat. Resztki zwulkanizowanej gumy będzie tam można znaleźć jeszcze przez lata.
Rok za rokiem słyszeli, jak ciało chłopca rośnie – uderzenia robiły się coraz mocniejsze i coraz szybsze. Ma teraz siedemnaście lat, a to miasto nie widziało hokeisty z jego talentem od czasu, gdy miejscowa drużyna grała w najwyższej lidze, jeszcze przed narodzinami Kevina. Ma kondycję, ręce, głowę i serce. Ale przede wszystkim ma wzrok, to, co widzi na lodzie, wydaje się dziać wolniej niż to, co widzą inni. W hokeju można się wiele nauczyć, ale z takim wzrokiem albo się rodzisz, albo nie. „Kevin? To samorodek” – zwykł mówić Peter Andersson, dyrektor sportowy klubu, a on powinien to wiedzieć: ostatnim razem tak dobry jak Kevin był właśnie sam dyrektor, który przebył całą tę drogę do Kanady i NHL i zmierzył się z najlepszymi na świecie.
Kevin wie, czego się od niego oczekuje, wszyscy mu to mówili, odkąd po raz pierwszy stanął na łyżwach. Po prostu wszystkiego. Oczekuje się od niego po prostu wszystkiego. Tak więc każdego dnia skoro świt biega po lesie, podczas gdy jego szkolni koledzy nadal jeszcze śpią głęboko pod kołdrą. A później stoi tutaj i bang-bang-bang-bang-bang. Zbiera krążki. Bang-bang-bang-bang-bang. Zbiera krążki. Trening z drużyną juniorów każdego popołudnia, a z pierwszym zespołem każdego wieczoru, potem siłownia, jeszcze jedna runda po lesie, a na koniec jeszcze godzina tutaj, w blasku reflektorów, zamontowanych specjalnie dla niego na dachu domu.
Bang-bang-bang-bang-bang. To jedyne, czego ten sport od ciebie wymaga. Po prostu wszystkiego, co masz.
Kevin dostawał propozycje przeniesienia się do dużych klubów, chodzenia do hokejowego gimnazjum w większym mieście, ale konsekwentnie odmawiał. Jest chłopakiem z Björnstad, jego tata jest facetem z Björnstad, być może gdzie indziej to nieistotne, ale tutaj to coś znaczy.
No więc jak ważny może być półfinał ligi juniorów? Na tyle ważny, że najlepsza drużyna juniorów w kraju znów może przypomnieć reszcie Szwecji, że to miejsce istnieje. Na tyle ważny, że lokalni politycy może zainwestują pieniądze we własne hokejowe liceum na miejscu, zamiast w Hed, aby największe talenty w tej części kraju chciały przeprowadzić się do Björnstad, a nie do dużych miast. Tak, że pierwsza drużyna, pełna wychowanych u siebie zawodników, znów mogłaby dostać się do pierwszej ligi, przyciągnąć na nowo dużych sponsorów, sprawić, by gmina wybudowała nową halę z lodowiskiem i więcej dróg dojazdowych do niej, a może nawet centrum konferencyjne i centrum handlowe, o którym mówi się od lat, dzięki czemu powstałyby nowe firmy i nowe miejsca pracy, a mieszkańcy zaczęliby myśleć o renowacji swoich domów, a nie o ich sprzedaży. To byłoby po prostu ważne dla gospodarki. Dla dumy. Dla przetrwania.
Wreszcie na tyle ważny, że jeden siedemnastolatek, który w swoim ogrodzie od dziesięciu lat, odkąd przemroził sobie policzki tamtej nocy, wbija do bramki krążek za krążkiem, niesie los całego miasta na swoich barkach.
To znaczy po prostu wszystko.
Niecka leży na drugim końcu Björnstad, na północ od tablic drogowych. Centrum miasta składa się z szeregowych domów i małych willi zanikającej klasy średniej, ale w Niecce znajdują się tylko czynszowe bloki, zbudowane tak daleko od Wzgórza, jak to tylko możliwe. Początkowo była to po prostu pozbawiona fantazji potoczna nazwa. Niecka jest położona niżej niż pozostała część miasta, znajduje się tam, gdzie teren opada w kierunku starej żwirowni. Wzgórze leży wyżej, powyżej jeziora. I kiedy z czasem mieszkańców zaczął dzielić status materialny, nazwy te utrwaliły się w mowie potocznej, aż w równej mierze co nazwami części miasta stały się wyznacznikami przynależności do klasy społecznej. Nawet w najmniejszych zakątkach na ziemi dzieci wcześnie uczą się, że istnieją oddzielne rzeczywistości społeczne, a tu jest to proste: im dalej od Niecki mieszkasz, tym lepiej dla ciebie.
Fatima mieszka w dwupokojowym mieszkaniu tak bardzo w głębi Niecki, jak to tylko możliwe. Niezbyt gwałtownie wyciąga syna z łóżka, ten zabiera ze sobą łyżwy. W autobusie nie ma nikogo poza nimi, nie rozmawiają o niczym. Amat w pełni opanował już sposób transportu ciała bez budzenia głowy. „Mumia” – nazywa go z miłością Fatima. Na miejscu na lodowisku przebiera się w uniform sprzątaczki, a on idzie szukać dozorcy. Chłopiec najpierw pomaga jej pozbierać śmieci na trybunach, dopóki go nie zwymyśla i nie wyrzuci za drzwi. Amat niepokoi się o jej kręgosłup, ona sama zaś o to, że inne dzieci go z nią zobaczą i będą się z niego naśmiewać. Jak daleko Amat sięga pamięcią, na świecie było tylko ich dwoje. Od małego pomagał zbierać na trybunach puste puszki i czasami nadal to robi.
Każdego ranka pomaga dozorcy, otwiera drzwi i sprawdza świetlówki, składa krążki, jeździ rolbą, przygotowuje lodowisko na cały dzień. Najpierw pojawiają się łyżwiarze figurowi, którzy przychodzą na te najbardziej niedogodne godziny. Później wszystkie drużyny hokejowe, jedna za drugą, aż do tych najlepszych godzin, zarezerwowanych dla juniorów i pierwszego zespołu. Juniorów, którzy są teraz tak dobrzy, że stoją prawie najwyżej w hierarchii.
Amat jeszcze tam nie dołączył, ma tylko piętnaście lat, ale może uda się w następnym sezonie. Jeśli zrobi wszystko, co trzeba. Pewnego dnia, jest tego pewien, zabierze stąd mamę, pewnego dnia skończy cały czas dodawać i odejmować w głowie przychody i rachunki. Różnica między dziećmi jest wyraźna, można zauważyć, czy pochodzą z domów, gdzie pieniądze mogą się skończyć, i w jakim wieku się o tym dowiadują.
Amat wie, że ma ograniczone możliwości wyboru, więc jego plan jest prosty: stąd do juniorów, z juniorów do pierwszego zespołu, stamtąd do zawodowców. Gdy tylko pierwsza wypłata pojawi mu się na koncie, ma zamiar zabrać mamie ten wózek do sprzątania i nigdy więcej nie pozwolić jej go oglądać; chce dać odpocząć jej zmęczonym palcom i wyspać się z rana jej słabym plecom. Nie chce rzeczy. Chce tylko móc położyć się któregoś wieczoru i nie musieć liczyć.
Dozorca klepie Amata po ramieniu, gdy ten kończy swoje zajęcia, i podaje mu łyżwy. Amat wiąże je na nogach, bierze kij do ręki i wyjeżdża na pusty lód. Taki mają układ: Amat pomaga dozorcy w podnoszeniu ciężkich rzeczy i ze sprawiającymi problemy drzwiami w bandzie, z powodu których zaczyna odzywać się jego reumatyzm, i jeśli tylko Amat sam wygładzi później lód, ma lodowisko dla siebie na godzinę, zanim łyżwiarze figurowi zaczną trening. To najlepsze sześćdziesiąt minut jego dnia, każdego dnia.
Wciska słuchawki w uszy, głośność na cały regulator, a później cała naprzód! Przez lód, mocno w bandę po drugiej stronie lodowiska, tak żeby kask uderzył w ochronną płytę z pleksi. I na maksa z powrotem! I znów. I znów. I znów.
Fatima spogląda przez chwilkę znad wózka do sprzątania, pozwala sobie przez kilka sekund pooglądać syna tam na dole. Dozorca widzi jej wzrok i usta układające się w cichym podziękowaniu. Kiwa głową, kryjąc uśmiech. Fatima pamięta to dziwne uczucie, gdy trenerzy w klubie po raz pierwszy powiedzieli jej, że Amat ma wyjątkowy talent. Wtedy nie rozumiała zbyt wiele po szwedzku, a to, że Amat umiał jeździć na łyżwach, zanim jeszcze dobrze nie nauczył się chodzić, było dla niej cudem boskim. Minęło tyle lat, a ona nadal nie przyzwyczaiła się do zimna w Björnstad, ale nauczyła się kochać to miasto za to, czym jest. I nic nigdy w życiu nie będzie dla niej dziwniejsze niż to, że chłopiec, który przyszedł na świat w miejscu, gdzie nigdy nie widziano śniegu, urodził się, by uprawiać sport na lodzie.
W jednym z tych mniejszych domków willowych w centrum miasta Peter Andersson, dyrektor sportowy Björnstad Hockey, wychodzi spod prysznica zdyszany i z zaczerwienionymi oczami. Prawie nie spał, a wodzie nie udało się zmyć zdenerwowania. Wymiotował dwa razy. Słyszy Mirę krzątającą się w przedpokoju, po drugiej stronie drzwi do łazienki, która idzie obudzić dzieci, i wie dokładnie, co zaraz powie: „Boże, Peter, masz ponad czterdzieści lat. Jeśli dyrektor sportowy klubu jest bardziej niespokojny przed meczem juniorów niż sami juniorzy, to może już najwyższy czas łyknąć Sobril, napić się drinka i trochę wyluzować?”. Anderssonowie mieszkają tu od ponad dziesięciu lat, odkąd wrócili z Kanady, ale jemu nadal nie do końca udało się wytłumaczyć żonie, co znaczy hokej w Björnstad. „Serio? Nie wydaje ci się, że wy, dorośli faceci, trochę przesadzacie?” – pytała przez cały sezon. „Juniorzy mają po siedemnaście lat! To jeszcze prawie dzieci!”
Pierwszych kilka razy siedział cicho. Ale któregoś późnego wieczoru powiedział prawdę: „Wiem, że to tylko gra, Miro. Wiem to. Ale jesteśmy miastem w środku lasu. Nie mamy turystyki, kopalni, przemysłu high-tech. Mamy ciemność, zimno i bezrobocie. Jeśli jest coś, czym to miasto może się jeszcze ekscytować, cokolwiek, to powinniśmy się cieszyć. Wiem, kochanie, że nie jesteś stąd, to nie twoje miasto, ale rozejrzyj się dokoła. Zamykają miejsca pracy. Gmina zaciska pasa. Mieszkają tu twardzi ludzie, mamy w sobie niedźwiedzia, ale też nieźle nas obito. To miasto musi coś wygrać. Poczuć chociaż jeden raz, że jesteśmy najlepsi. Wiem, że to tylko gra. Ale to nie tylko... tylko to. Nie zawsze”.
Mira pocałowała go wtedy mocno w czoło, objęła, uśmiechnęła się i szepnęła mu czule do ucha: „Jesteś idiotą”. Oczywiście, że jest, wie to.
Wychodzi z łazienki, puka do drzwi swojej piętnastoletniej córki, ale odpowiada mu tylko gitara. Córka kocha muzykę, nie sport. Są dni, kiedy nad tym ubolewa, ale też wiele innych, kiedy cieszy się jej szczęściem.
Maya nadal leży w łóżku, gra głośniej, gdy słyszy pukanie i rodziców. Mamę, która ma podwójny dyplom uniwersytecki i potrafi cytować cały kodeks, ale nie potrafi się nauczyć, co to uwolnienie i spalony, nawet jeśliby postawić ją przed sądem. Tatę, który potrafi za to szczegółowo wytłumaczyć każdą taktykę hokejową, ale nie potrafi oglądać serialu z więcej niż trzema bohaterami, żeby co pięć minut nie krzyczeć: „Co się dzieje? Kto to jest? Co cicho? Czemu mam być cicho? No i nie wiem, co powiedzieli... Możemy przewinąć z powrotem?”.
Maya śmieje się i wzdycha. Nigdy nie tęskni się za wyprowadzką z domu bardziej, niż gdy ma się piętnaście lat. Jej mama, po trzech, czterech kieliszkach wina, gdy zimno i ciemność dają jej się najbardziej we znaki, zwykła mówić: „Nie da się żyć w tym mieście. Mayu, można w nim tylko przeżyć”.
Nikt z nich nie domyśla się jeszcze, ile w tym prawdy.4
------------------------------------------------------------------------
Całą drogę z szatni do gabinetu zarządu wpaja się chłopcom i mężczyznom z klubu hokejowego z Björnstad następujące powiedzenie: „Wolność słowa w grubych ścianach”. Ostry język, jak i gra ciałem należą do hokejowej codzienności, ale to, co dzieje się w klubie, nigdy nie opuszcza murów budynku. Zarówno na lodzie, jak i poza nim wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że dobro klubu zawsze jest najważniejsze.
O tak wczesnej porze całe lodowisko jest w zasadzie puste; tylko woźny, sprzątaczka i jeden jedyny zawodnik z drużyny chłopięcej, jeżdżący tam i z powrotem po tafli lodu. Ale na korytarzu słychać dobiegające z jednego z gabinetów na piętrze stanowcze głosy mężczyzn w marynarkach. Na ścianie wisi przeszło dwudziestoletnie zdjęcie drużyny, z roku, kiedy Björnstad było na drugim miejscu w kraju. Niektórzy z mężczyzn w pomieszczeniu to zawodnicy tej drużyny, niektórzy nie, ale wszyscy oni zdecydowali, że znów chcą wrócić na szczyt. Koniec z miastem zepchniętym do niższych dywizji, zamierzają dostać się prosto do pierwszej ligi, wyzwać do walki największych.
Dyrektor klubu siedzi przy swoim biurku. Jest najbardziej spoconym człowiekiem w całym mieście, ciągle wystraszonym niczym dziecko, które coś ukradło. Tego poranka nawet bardziej niż zwykle. Koszulę ma całą w okruszkach, gryzie kanapkę w tak niezdarny sposób, że można by się zastanawiać, czy przypadkiem nie zrozumiał całkowicie opacznie samego konceptu jedzenia. Zawsze tak ma, gdy jest podenerwowany. To jego gabinet, ale ma w nim najmniejszą władzę.
Patrząc z zewnątrz, hierarchia w klubie jest prosta: zarząd wyznacza dyrektora klubu, który sprawuje pieczę nad jego codzienną działalnością. To on zatrudnia dyrektora sportowego, który z kolei zabiega o zawodników pierwszego zespołu i zatrudnia trenerów. Trenerzy wybierają skład i nikt nie wtrąca się do roboty innych. Ale za zamkniętymi drzwiami wygląda to oczywiście zupełnie inaczej, tam dyrektor klubu zawsze ma powód, by się pocić. Mężczyźni wokół niego to członkowie zarządu i sponsorzy, jeden z nich jest lokalnym politykiem – to najbardziej wpływowi inwestorzy i najwięksi pracodawcy w całej okolicy. Wszyscy są tu oczywiście „nieoficjalnie”. Tak nazywają sytuację, w której ci z wpływami i pieniędzmi, wszyscy razem, całkowicie przypadkowo, postanawiają udać się na kawę w to samo miejsce, tak wcześnie rano, że nawet lokalni dziennikarze nie zdążyli się jeszcze obudzić.
Klubowy automat do kawy potrzebuje odświeżenia jeszcze bardziej niż sam dyrektor klubu, więc wiadomo, że nikt nie pofatygował się tu dla samej zawartości kubków. Każdy z nich przybył tu z własnym interesem, każdy ma swoje własne sprawy do ugrania z odnoszącym sukcesy klubem. Łączy ich natomiast jedna ważna sprawa: są zgodni co do tego, kogo wykopać.
Peter urodził się i wychował w Björnstad. To miasto widziało już wiele jego twarzy: młodzika ze szkoły łyżwiarskiej, obiecującego juniora, najmłodszego zawodnika pierwszego zespołu, kapitana drużyny, który prawie uczynił swój klub najlepszym w kraju, wielkiej gwiazdy, która została zawodnikiem w NHL, aż w końcu bohatera powracającego w rodzinne strony, by zostać dyrektorem sportowym.
Ale teraz jest głównie facetem, który zatacza się zaspany tam i z powrotem po korytarzu swojego niewielkiego domu i uderzając raz po raz głową w półkę na kapelusze, mamrocze:
– Boż... czy ktoś widział kluczyki do volva?
Już po raz czwarty przeszukuje kieszenie wszystkich swoich kurtek. Jego dwunastoletni syn omija go sprawnie dwoma szybkimi krokami, nie odrywając nawet wzroku od telefonu.
– Leo, widziałeś kluczyki do volva?
– Zapytaj mamę.
– A gdzie jest mama?
– Zapytaj Mayę.
Leo znika w łazience. Peter bierze głęboki wdech.
– KOCHANIE?
Żadnej odpowiedzi. Spogląda na telefon i widzi już cztery esemesy od dyrektora klubu, we wszystkich jest mowa o tym, że musi przyjść do biura. Zwykle spędza w klubie siedemdziesiąt–osiemdziesiąt godzin tygodniowo, a i tak ledwie udaje mu się zobaczyć jeden z treningów syna. W samochodzie trzyma kije golfowe, których używa dwa razy w sezonie, o ile ma szczęście. Praca dyrektora sportowego zajmuje mu całe dnie: negocjuje kontrakty z zawodnikami, rozmawia przez telefon z agentami, siedzi w zaciemnionym pokoju z projektorem i studiuje najnowszy narybek. A ponieważ to niewielki klub, po skończonej pracy pomaga woźnemu wymieniać świetlówki i ostrzyć łyżwy, bukuje autobusy na mecze wyjazdowe, zamawia stroje zawodników, jest zarówno biurem podróży, jak i zarządcą nieruchomości, zajmuje się halą w takim samym wymiarze godzin jak budowaniem zespołu. To pochłania resztę doby. W ten sposób bardzo łatwo zrozumieć hokej – nigdy nie będzie częścią twojego życia. Stanie się całym twoim życiem.
Kiedy Peter zdecydował się przyjąć posadę dyrektora sportowego, przesiedział całą noc na telefonie z Sunem, trenerem pierwszego zespołu z Björnstad, odkąd Peter był mały. To Sune nauczył Petera jeździć na łyżwach, to on zapewnił mu na lodowisku drugi dom, gdy w pierwszym domu chłopca były głównie alkohol i siniaki. Ojciec, mentor, ktoś o wiele ważniejszy niż po prostu trener – w wielu momentach życia Petera Sune był jedyną osobą, której ten pierwszy rzeczywiście ufał. „Musisz być teraz jak węzeł” – wyjaśniał Sune nowemu dyrektorowi sportowemu. „Wszyscy tutaj, sponsorzy, zarząd, politycy, kibice, trenerzy, zawodnicy i rodzice, to liny ciągnące klub w swoją stronę. Musisz być jak węzeł”.
Kiedy nazajutrz Mira się obudziła, Peter wyjaśnił jej swoją pracę w jeszcze prostszy sposób: „Wszyscy w Björnstad palą się do hokeja. Moim zadaniem jest dopilnować, żeby nikt od tego nie spłonął”. Mira pocałowała go w czoło i stwierdziła, że jest idiotą.
– KOCHANIE, WIDZIAŁAŚ KLUCZYKI DO VOLVA?! – krzyczy Peter na cały dom.
Żadnej odpowiedzi.
Mężczyźni w biurze omawiają to, co musi zostać zrobione, chłodno i konkretnie, tak jakby dotyczyło to wymiany jakiegoś mebla. Na wiszącym na ścianie starym zdjęciu drużyny Peter Andersson stoi pośrodku. Wtedy był kapitanem drużyny, teraz jest dyrektorem sportowym. To wręcz idealna bajka o sukcesie, a mężczyźni w gabinecie rozumieją, dlaczego tak ważne jest budowanie tego typu legendy dla mediów i kibiców. Na zdjęciu obok Petera stoi Sune, trener pierwszego zespołu, który namówił go do powrotu wraz z rodziną z Kanady po zakończeniu kariery sportowej. To ci dwaj rozwinęli młodzieżowe zajęcia pozaszkolne, zamierzając w przyszłości stworzyć najlepszą drużynę juniorów w kraju. Wtedy wszyscy się śmiali, teraz jednak już nikt się nie śmieje. Jutro drużyna juniorów zagra półfinał, w następnym roku Kevin Erdhal i kilku innych zawodników dostaną się do pierwszego zespołu, sponsorzy wpompują w klub milionowe sumy, a kształcenie przyszłych mistrzów zacznie się na poważnie. Bez Petera nic z tego by nie wyszło, zawsze był najlepszym uczniem Sunego.
Jeden ze sponsorów spogląda zirytowany na zegarek.
– Czy nie powinien już tu być?
Dyrektorowi telefon ślizga się w spoconych dłoniach.
– Z pewnością jest już w drodze. Myślę, że odwozi dzieci do szkoły.
Sponsor uśmiecha się protekcjonalnie.
– Żona adwokat znów ma ważniejsze spotkanie niż on? To właściwie jego praca czy raczej hobby?
Jeden z członków zarządu chrząka, trochę jakby dla żartu, a trochę nie.
– Potrzebujemy kozaka, a nie pantoflarza!
Sponsor, uśmiechając się szyderczo, proponuje:
– A może zamiast niego zatrudnimy jego żonę? Dyrektor na obcasach też by może dał radę?
Wszyscy w gabinecie wybuchają śmiechem, który wypełnia pokój aż po sufit.
Peter kieruje się do kuchni w poszukiwaniu żony, a napotyka najlepszą przyjaciółkę swojej córki, Anę. Ana robi koktajl. W każdym razie tak mu się wydaje, cały blat zalany jest bowiem wściekle różową papką, kropla po kropli zbliżającą się do jego krawędzi i gotową do ataku, zwycięstwa i zaanektowania parkietu. Ana zdejmuje z uszu słuchawki.
– Dzień dobry! Wasz mikser jest zajebiście trudny w obsłudze!
Peter bierze głęboki wdech.
– Cześć, Ano, jesteś... wcześnie.
– No nie, ja tu przecież spałam! – odpowiada beztrosko.
– Znowu? To już czwarta noc z rzędu, nie?
– Nie liczę.
– Taaa, zauważyłem. Dzięki. Ale nie wydaje ci się, że dobrze byłoby któregoś wieczoru iść do domu i... no nie wiem... przynieść trochę nowych ubrań albo co?
– E tam, to nie problem. W sumie to przyniosłam tu już wszystkie moje ubrania.
Peter masuje sobie kark i próbuje z całych sił wyglądać na co najmniej tak zadowolonego z tego faktu jak Ana.
– Ale... cudownie. A twój tato nie tęskni za tobą?
– Bez obaw. Rozmawiamy dużo przez telefon i takie tam.
– Pewnie, pewnie, tak sobie tylko myślę, że przecież jednak kiedyś musisz nocować w domu, co?
Ana wkłada do miksera trochę za dużo niezidentyfikowanych mrożonych owoców i gapi się na niego zdziwiona.
– No, ale to będzie strasznie niepraktyczne, bo wszystkie moje ciuchy są przecież tutaj.
Peter stoi długo bez ruchu i patrzy na nią. Wtedy ona włącza mikser, nie zamykając go od góry przykrywką. Peter odwraca się, wychodzi do przedpokoju, krzycząc z rosnącą desperacją:
– KOCHANIE!
Maya leży jeszcze na łóżku i pociągając powoli za struny gitary, pozwala dźwiękom odbijać się od ścian i sufitu, coraz bardziej samotnie i samotnie, aż w końcu i one znikają w głuchej pustce. Krótkie, pojedyncze głosy domagające się towarzystwa. Słyszy Anę szalejącą w kuchni, sfrustrowanych rodziców mijających się w korytarzu. Niedobudzonego i zdziwionego tatę, zachowującego się, jakby codziennie wstawał w miejscu, w którym nigdy wcześniej nie był, mamę pewną siebie niczym zdalnie sterowana kosiarka do trawy, w której spalił się czujnik rozpoznający przeszkody.
Ma na imię Mira, ale nigdy nie słyszała, by ktoś tak ją nazwał w Björnstad. W końcu się poddała i pozwoliła nazywać „Mią”. Ludzie są tu tak małomówni, że wydaje się, że nie chce im się wymówić nawet spółgłoski. Na początku bawiło ją pytanie: „Masz na myśli Petea?”, gdy ktoś pytał ją o męża. Ale wszyscy patrzyli tylko na nią poważnie i powtarzali: „Nie, Petera!”. Nawet ironia, jak i wszystko inne, zamarza w tym miejscu na kość. No więc teraz bawi ją to, że ich dzieci, Leo i Maya, noszą tak szczęśliwie małospółgłoskowe imiona, że niczyja głowa w urzędzie stanu cywilnego nie powinna eksplodować od ich nadmiaru.
Jednocześnie ubierając się i pijąc kawę, przemieszcza się utartym szlakiem przez dom, przechodząc przez łazienkę, przedpokój i kuchnię. Z podłogi w pokoju córki podnosi sweter, składa go jednym ruchem, ani na chwilę nie przerywając ponagleń, że już najwyższy czas odłożyć gitarę i wstać z łóżka.
– Wstawaj i idź się kąpać. Śmierdzisz, jakby w pokoju się paliło i ktoś próbował to ugasić red bullem. Tata zabierze was do szkoły za dwadzieścia minut!
Nauczona doświadczeniem Maya niechętnie wygrzebuje się z łóżka. Z mamą nie ma co dyskutować, bo mama adwokat nigdy nie wychodzi z roli.
– Tata powiedział, że to ty nas zawieziesz.
– Tata jest niedoinformowany. A, Mayu, powiedz Anie, że ma posprzątać kuchnię, jak już skończy ze swoimi koktajlami. Uwielbiam ją, to twoja najlepsza przyjaciółka, nie przeszkadza mi, że nocuje u nas częściej niż u siebie w domu, ale jeśli dalej zamierza przygotowywać koktajle w naszej kuchni, to musi się nauczyć zakładać pokrywkę na mikser. I musisz ją nauczyć przynajmniej najbardziej PODSTAWOWYCH funkcji cholernej myjki do garów. Okej?
Maya opiera gitarę o ścianę, idzie do łazienki, odwrócona tyłem do mamy, i wywraca oczami tak mocno, że rentgen pomyliłby źrenice jej oczu z kamieniami nerkowymi.
– I nie wywracaj mi tu oczami! Widzę, że to robisz, nawet gdy nie widzę, jak to robisz – syczy mama.
– Spekulacje i pogłoski – mruczy w odpowiedzi córka.
– Tak się mówi tylko w amerykańskich serialach, powtarzałam ci to już nie raz! – protestuje mama.
Córka odpowiada tylko odrobinę zbyt mocnym trzaśnięciem drzwi do łazienki. Peter krzyczy KOCHANIE gdzieś z wnętrza domu. Mira podnosi z podłogi kolejny sweter i słyszy jeszcze, jak Ana rzuca: „Fuck, do diabła”, zanim jej koktajl tapetuje sufit kuchni.
– Wiecie, mogłam jednak urządzić sobie życie inaczej – mówi Mira po cichu, w sumie do nikogo, wkładając kluczyki do volva do kieszeni kurtki.
Mężczyźni w biurze nadal śmieją się z dowcipu o obcasach, gdy dociera do nich ostrożne chrząknięcie od strony drzwi. Dyrektor klubu kiwa przyzwalająco na sprzątaczkę, nie patrząc na nią. Ona przeprasza wszystkich, większość mężczyzn w gabinecie nie zwraca na nią uwagi, nawet jeśli jeden unosi nogi, chcąc jej pomóc, gdy sięga, by opróżnić kosz na śmieci. Sprzątaczka dziękuje, wszyscy ją ignorują, ona nie bierze sobie tego w ogóle do serca, największy talent Fatimy to nikomu nie przeszkadzać. Czeka, aż będzie na korytarzu, by złapać się za plecy i pozwolić sobie na krótki jęk bólu. Nie chce, by ktoś to zobaczył i potem opowiedział Amatowi. Jej ukochany chłopiec zawsze martwi się za dużo.
Oczy pieką od potu, gdy Amat zwalnia przy bandzie lodowiska, kij oparty o taflę lodu, od wilgoci palce ześlizgują się kilka milimetrów w głąb rękawic, oddech pali gardło, a kwas mlekowy szaleje w udach. Trybuny są puste, ale i tak od czasu do czasu tam spogląda. Jego mama zwykła mówić, że powinni być wdzięczni, ona i on, i Amat ją rozumie. Nikt nie jest bardziej wdzięczny niż ona krajowi, miastu, ludziom, klubowi, gminie, sąsiadom i pracodawcy. Wdzięczna, wdzięczna, wdzięczna. Takie jest zadanie mam. Zadaniem dzieci jest natomiast marzyć. Więc jej syn marzy, że któregoś dnia jego mama będzie mogła wejść do jakiegoś pomieszczenia, nie przepraszając.
Mruga, by pozbyć się potu z oczu, poprawia kask, dociska łyżwy do lodu. Jeszcze raz. Jeszcze raz. Jeszcze raz.
Peter ma cztery nieodebrane połączenia od dyrektora klubu, patrzy zestresowany na zegarek i odwraca się w stronę Miry, gdy ta wchodzi do kuchni. Ona przygląda się z uśmiechem paćkom, które Ana zostawiła na blacie kuchennym i podłodze, i wie, że Peter w głębi duszy musi histerycznie krzyczeć. Sprzątają w różny sposób: Mira nie lubi ubrań na podłodze, a Peter naprawdę nienawidzi paciek. Gdy się poznali, całe jego mieszkanie – poza łazienką i kuchnią, które wyglądały jak sale operacyjne – sprawiało wrażenie, jakby ktoś się włamał. Dom Miry był dokładnym przeciwieństwem. Można by to podsumować następująco: nie do końca do siebie pasowali jako małżeństwo.
– Tu jesteś! Jestem już spóźniony na spotkanie w klubie. Widziałaś kluczyki do volva? – prycha.
Peter próbował wystroić się w garnitur i krawat, ale jak zwykle wyszło tak sobie. Ubranie Miry jest bez zarzutu, jakby materiał chciał przypodobać się jej ciału. Pije kawę i wkłada płaszcz jednym miękkim ruchem ręki.
– Taaa.
On, z rozczochranymi włosami, zaczerwienioną twarzą i koktajlem na skarpetkach, pyta:
– Byłabyś tak miła i powiedziała mi gdzie?
– W mojej kieszeni.
– Co? Dlaczego?
Mira całuje go w czoło.
– Taaa, ptysiu, dobre pytanie. Pewnie dlatego, że byłoby dobrze mieć je ze sobą, jadąc volvem do pracy. Przypuszczałam, że może to zostać uznane za odrobinę niestosowne, gdy miejscowy prawnik przyjedzie do pracy autem odpalonym na kabelki.
Peter, zbity z tropu, przeczesuje rękami włosy.
– Ale do chole... Przecież możesz wziąć małe auto.
– Nie, ty masz wziąć małe auto do warsztatu. Po tym, jak odwieziesz dzieci do szkoły. Rozmawialiśmy o tym.
– NIE rozmawialiśmy o tym!
Peter obsesyjnie wyciera od spodu papierowym ręcznikiem jej kubek z kawą. Ona się uśmiecha.
– No ale, kochany mój, masz to zapisane w kalendarzu na lodówce.
– No ale przecież nie możesz po prostu zapisywać rzeczy, NIE ROZMAWIAJĄC o tym ze mną.
Mira, opanowana, pociera dłonią brwi.
– Rozmawialiśmy. Rozmawiamy teraz. Nie robimy nic innego, tylko rozmawiamy. Słuchać natomiast...
– Ależ, Miro, proszę cię! Mam spotkanie. Jeśli się spóźnię, to...
Mira przytakuje ostentacyjnie.
– Oczywiście, oczywiście, kochanie. Jeśli ja przyjadę za późno do pracy, to jakiś niewinny człowiek może trafić do więzienia. Ale przepraszam, przerwałam ci. Opowiedz mi o tym, co się stanie, jeśli TY przyjedziesz za późno.
Peter oddycha przez nos, tak cierpliwie, jak tylko potrafi.
– Jutro jest najważniejszy mecz sezonu, kochanie.
– Wiem, kochanie. No i jutro ja też będę udawać, że to ważne. Ale jak na razie musi ci wystarczyć, że reszta miasta tak uważa.
Trudno jej zaimponować. To u niej zarówno najbardziej atrakcyjne, jak i najbardziej irytujące. Próbuje znaleźć lepszy argument, ale Mira wzdycha z udawaną dramaturgią, kładzie kluczyki na blacie kuchennym i stojąc przed nim, zaciska dłoń.
– Dobra, w takim razie kamień, nożyce, papier.
Peter kręci głową i próbuje powstrzymać się od śmiechu.
– A ty co? Masz osiem lat?
Mira podnosi brew.
– A ty co? Tchórz?
Uśmiech znika szybko z twarzy Petera, który skupia na niej wzrok i zaciska dłoń w pięść. Mira liczy na głos do trzech. Peter robi papier, Mira czeka ewidentnie pół sekundy dłużej i błyskawicznie układa palce w nożyczki. Peter krzyczy za nią, gdy już zabrała klucze i poszła do przedpokoju:
– OSZUKIWAŁAŚ!
– Naucz się przegrywać z godnością, kochanie. Cześć, dzieciaki, bądźcie miłe dla taty. No, chociaż trochę.
Peter stoi wciąż w kuchni z otwartymi ustami.
– Nawet nie waż się wychodzić, szachrajko!
Odwraca się w stronę kalendarza na lodówce.
– TU NIE MA NIC O SAMOCHO...
Drzwi zatrzaskują się za Mirą. Volvo odpala na zewnątrz. Ana stoi w kuchni, rechocząc, z grubymi śladami koktajlu wokół ust.
– Czy udało się panu kiedykolwiek wygrać z nią w cokolwiek?
Peter masuje głowę.
– Byłabyś tak miła i ściągnęła tu moją córkę i syna, i poprosiła ich, żeby się ubrali i wsiedli do samochodu?
Ana kiwa ochoczo.
– Pewnie! Tylko tu posprzątam!
Peter kręci prosząco głową, wyciągając nowe opakowanie ścierek.
– Nie, nie. Ano, bądź tak miła i nie rób tego. Naprawdę podejrzewam, że to tylko pogorszy sytuację.
Gdy śmiechy w biurze w końcu cichną, jeden ze sponsorów spogląda posępnie na dyrektora klubu, stuka kostkami o biurko i pyta:
– No to jak? Będzie jakiś problem z Peterem?
Dyrektor klubu wyciera czoło i kręci głową.
– Peter robi to, co najlepsze dla klubu. Zawsze. Przecież wiecie.
Sponsor podnosi się, zapina marynarkę i opróżnia kubek z kawą.
– No dobra. Mam jeszcze inne spotkanie, ale liczę na to, że wyjaśnisz mu, o co chodzi. Przypomnisz, kto płaci jego pensję. Wszyscy wiemy, co czuje do Sunego, ale do mediów nie może dojść, że mamy tu jakiś wewnętrzny konflikt.
Dyrektor klubu nie musi odpowiadać. Nikt nie wie więcej o grubych ścianach niż sam Peter. On wybierze klub. Nawet dzisiaj, gdy dostanie polecenie wyrzucenia stąd Sunego.
------------------------------------------------------------------------
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
------------------------------------------------------------------------