-
nowość
Miecz Jahwe Tom 0 -Córka pustyni - ebook
Miecz Jahwe Tom 0 -Córka pustyni - ebook
NA PUSTYNI NIE MA LITOŚCI —TYLKO KREW I PAMIĘĆ. Zanim Sira stała się legendą, była tylko dzieckiem — córką pustyni, wychowaną w świecie, gdzie prawo silniejszego jest jedynym prawem. Gdy banda Abirama spaliła jej wioskę i wymordowała rodzinę, w jej sercu narodziła się przysięga, która ukształtuje jej los i zmieni bieg historii. Teraz Sira wyrusza na własną ścieżkę — drogę krwi, zemsty i przeznaczenia, które poprowadzi ją do starcia z największym zagrożeniem, jakie kiedykolwiek zrodziła pustynia. Nie jest już dzieckiem.Staje się wojowniczką..Tom 0 — prequel Sagi Miecza Jahwe. Gdzie każda legenda zaczyna się od krwi.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398152013 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
------------------------------------------------------------------------
Osoby i miejsca w opowieści
Sira, córka Hebera i Aszery — dziewczynka porwana przez bandytów w szóstym roku życia, wychowana przez Abirama na wojownika. Przez trzynaście lat żyje w bandzie, walcząc i ucząc się, szukając granicy której nie zdoła przekroczyć.
Dalia, siostra Siry — młodsza o rok, obdarzona darem widzenia przyszłości w urywkach i obrazach. Sprzedana do Jerycha, trafia pod opiekę Rachaby. Nigdy nie widzi własnego losu.
Heber, syn Nachona — ojciec Siry i Dalii, kupiec i były strażnik karawan. Człowiek spokojny i pewny, który rozumiał że wolność ma cenę i był gotów ją płacić.
Aszera, córka Lewiego — matka Siry i Dalii. Znała właściwy moment na wszystko — kiedy zbierać talerze, kiedy milczeć, kiedy mówić.
Boaz, brat Aszery — wujek dziewczynek, były strażnik karawan przy Hebrze. Gruby, wesoły, mądrzejszy niż wygląda. Jego humor jest tarczą; bez śmiechu jest groźniejszy.
Mirta, żona Boaza — spokojna, drobna, z cierpliwością kogoś kto przez lata ćwiczył opanowywanie nieukojnego. Ripostuje krócej i celniej niż mąż.
Efron i Elan — synowie Boaza i Mirty, bliźniacy, nieodróżnialni i kłótliwi. Robią sobie z nieodróżnialności dowcipy.
Abiram — herszt bandy pustyni. Były Medżaj, uczeń kapitana Menkary, zabójca i strateg. Wziął Sirę jako dziecko bo zobaczył w niej to samo co w sobie. Czeka na Kanaan po drugiej stronie muru.
Menkara — kapitan Medżajów, pierwszy mistrz Abirama. Uczył go wszystkiego czego ten potrzebował, nie wiedząc że uczy własnego zabójcę.
Elisur — doradca przy radzie kapłańskiej Baala, człowiek z Jerycha i Hebronu. Planuje dalej niż wyciągnięte ramię. Przyszedł do Abirama z propozycją której ten nie odrzucił.
Rachaba — zamożna i wpływowa kobieta Jerycha. Kupiła Dalię na targu z przyczyn które nie do końca sama rozumie. Strzegła jej lojalnie.
Szner — syn Rachaby. Pewny siebie wojownik, zbyt pewny jak na swój wiek. Zmienia się powoli pod wpływem Dalii — w kierunku którego nie planował.
Hiram — kupiec przy domu Rachaby. Miał córkę która umarła na gorączkę. Kiedy Dalia uzdrowiła jego syna — milczał i zastanawiał się co ze sobą zrobić z tym długiem.
Elam, syn Hirama — uzdrowiony przez Dalię z gorączki. Przynosi jej kamienie z wyschłych rzek i zadaje pytania o Boga.
Pinchas, wnuk Aarona — kapłan przy Przybytku, strażnik świętości Namiotu Spotkania. Twarz ostra jak nóż do ofiar.
Kaleb — stary weteran, jeden z dwóch szpiegów wysłanych przez Jozuego do Kanaanu. Przyjął Sirę do obozu. Znał jej ojca z czasów karawan i milczał o tym przez długi czas.
Mojżesz — prorok i przywódca Izraela. Niesie ciężar który nie jest jego ciężarem do odłożenia. Dotarcie do Kanaanu jest jedyną misją której nie może porzucić.
Aaron — brat Mojżesza, kapłan, głos gdy Mojżesz nie może mówić. Pamięta brata sprzed Horebu i wie że tamten już nie wróci.
Barak — piętnaście lat, syn Mojżesza i kobiety której imienia nikt przy nim nie wymawiał. Wychowany przez sześciu mistrzów. Jeszcze nie wie kim jest. Widzi co robi Bóg — i na razie to wystarczy.
Goliath, syn Hirama kowala — szesnaście lat, wyższy od Anakitów, spokojniejszy od wszystkich. Słucha metalu. Metal mówi mu co chce. Siostra: Mira, siedem lat, z tą samą konkretną miną obserwatora.
Hiram, ojciec Goliatha — kowal z Kiriat-Arba, prawie tak wysoki jak syn. Warsztat i renoma — i czynsz który rósł. Barak dał mu wyjście.Prolog
MORZE CZERWONE
------------------------------------------------------------------------
Sześćset tysięcy mężczyzn zdolnych do noszenia broni.
Tyle ich było, nie licząc kobiet, dzieci, starców i obcych, którzy przyłączyli się do Izraela w noc Exodusu. Razem może dwa miliony ludzi — lub więcej — ciągnących przez pustynię Szur jak rzeka, która nie wie jeszcze że płynie ku morzu. Za nimi trzody kóz i owiec, osły objuczone dobytkiem, wozy skrzypiące pod ciężarem tego, co naród zdążył wyrwać z Egiptu w jedną noc. Złoto. Srebro. Tkaniny. Rzeczy pożyczone od sąsiadów, których nikt już nie zamierzał oddawać.
Na przedzie szedł słup ognia.
W nocy — kolumna płomienia, widoczna z każdego miejsca w obozie, nieugaszona przez wiatr ani piasek. W dzień — słup obłoku, który dawał cień tak gęsty, że pod nim można było zapomnieć o słońcu. Jahwe prowadził swój naród osobiście, i jeśli ktoś miał co do tego wątpliwości, wystarczyło, że spojrzał w niebo.
Ale to było trzy dni temu.
Teraz przed nimi było morze.
✦ ✦ ✦
Morze Sitowia — Jam Suf — rozciągało się przed nimi jak koniec świata. Woda była ciemnozielona, prawie czarna w świetle wieczoru, i choć nad brzegiem panował spokój, każdy mógł poczuć, jak fale pracują głębiej, ciężko i niespiesznie, jak oddech czegoś ogromnego.
Izrael zatrzymał się.
I wtedy ktoś krzyknął od tyłu.
Najpierw jeden krzyk. Potem drugi. Potem tysiące — fala paniki przeszła przez obóz jak wiatr przez pole pszenicy, przechylając wszystko w tym samym kierunku.
Egipt szedł za nimi.
✦ ✦ ✦
Faraon Ramzes przysłał sześćset rydwanów bojowych — elitę, serce armii egipskiej. Każdy rydwan pociągały dwa konie rasy libijskiej, szkolone od źrebięctwa do biegu po piaszczystym terenie. Każdy rydwan niósł trójkę: woźnicę w skórzanym pancerzu, łucznika z egipskim łukiem refleksyjnym napinanym siłą obu ramion, i tarczownika z brązową tarczą i włócznią z grotem z twardszego brązu niż cokolwiek, co miał Izrael.
Za rydwanami szła piechota.
Sześć tysięcy żołnierzy w sformowanych oddziałach — Medżaj i Szardana, najemnicy z Morza i nubijscy wojownicy z łukami z czarnego drewna. Szli w kolumnach po czterech, z tarczami na plecach i mieczami przy pasach. Nie spieszyli się. Dwa miliony ludzi nie ucieknie daleko — zwłaszcza gdy przed nimi stoi morze.
Na czele jechał generał Horemheb na białym koniu — wysoki, z twarzą wyrzeźbioną jak maska pogrzebowa i oczami, które od trzydziestu lat widziały wyłącznie zwycięstwa. Miał na sobie zbroję z brązowych łusek na skórzanym podkładzie, na głowie hełm z piórami strusia, a na przedramieniu bliznę po strzale Nubijczyka, z którym jeszcze tego samego dnia wygrał zakład o to, że broń wroga nie powstrzyma Egiptu.
Horemheb patrzył na ciemną masę Izraelitów przy brzegu i uśmiechał się.
Mieli ich.
✦ ✦ ✦
W tłumie Izraelitów panika miała własny głos.
— Czy nie było grobów w Egipcie, że wyprowadziłeś nas tu umierać?!
— Lepiej służyć Egipcjanom niż zginąć na pustyni!
— Mówiłem! Mówiłem od początku!
Głosy nakładały się na siebie jak fale. Kobiety ściskały dzieci. Mężczyźni patrzyli na morze, potem na tuman kurzu wznoszący się za horyzontem od strony Egiptu, i żaden z tych widoków nie był dobry.
Mojżesz stał na brzegu plecami do morza.
Twarz miał spokojną. Nie dlatego, że nie czuł strachu — czuł go jak każdy. Ale nauczył się przez osiemdziesiąt lat życia, że strach mówi prawdę tylko o tym, co jest teraz, a nie o tym, co będzie za chwilę. Trzymał laskę oburącz. Drewno było stare i gładkie od lat dotykania, i miało w sobie to, co mają rzeczy długo używane do jednego celu — pewność.
Aaron stanął obok niego.
— Nie zatrzymamy ich — powiedział cicho.
— Wiem.
— Co więc zrobimy?
Mojżesz nie odpowiedział od razu. Patrzył na tłum. Na twarze. Na dzieci na ramionach ojców. Na starców, którzy siedzieli na tobołkach bo nogi już ich nie niosły, a mimo to wstali gdy kazano i szli, bo tyle lat czekali żeby wstać i iść.
Poczuł coś, co czuł rzadko — nie głos, nie słowo, nie wizję. Tylko ciężar dłoni na ramieniu, której nie było widać.
Odwrócił się do ludu.
— Nie bójcie się! — Jego głos niósł się nad tłumem bez wysiłku, tak jak niesie się głos człowieka, który przez całe życie mówił na wiatr i nauczył się jak go używać. — Stójcie i patrzcie na wybawienie Jahwe, które wam dziś zgotuje! Egipcjanie, których widzicie dziś, już nigdy ich nie zobaczycie! Jahwe będzie walczył za was, a wy milczcie!
Tłum ucichł.
Nie dlatego, że uwierzył. Dlatego, że ta cisza była jedyną odpowiedzią, którą potrafił dać.
✦ ✦ ✦
Słup obłoku, który przez trzy dni szedł przed Izraelem, zatrzymał się.
Powoli, bez hałasu, bez znaku — przeszedł z przodu za nich. Stanął między obozem Izraela a armią egipską jak mur. Od strony Egiptu był czarny jak najgęstsza noc. Od strony Izraela — jaśniał.
Horemheb wstrzymał kolumny.
Jego dowódcy podjechali bliżej.
— Co to? — zapytał jeden z nich — dowódca rydwanów, człowiek z dwudziestoma latami służby i twardą twarzą człowieka, który widział wszystko.
— Nie wiem — powiedział Horemheb.
To były dwa słowa, których przez trzydzieści lat służby nie wypowiedział ani razu.
Rydwany stanęły. Konie parskały niespokojnie. Żołnierze patrzyli na ciemną ścianę obłoku i żaden z nich nie mówił nic, bo nie było co mówić.
Noc zapadła szybko, jak zapowiada ją pustynny zachód słońca — bez długiego zmierzchu, bez ostrzeżenia.
✦ ✦ ✦
Mojżesz wszedł na brzeg po kolana w wodzie.
Woda była zimna. Fale uderzały w jego szatę i ciągnęły ją w dół jak coś, co chciało go zatrzymać. Trzymał laskę wyciągniętą nad morze, a wiatr — silny, gorący, ze wschodu, wiatr, który nie miał tu czego szukać o tej porze roku — zaczął wiać.
Wiał przez całą noc.
Nikt z Izraela tej nocy nie spał. Stali i patrzyli jak morze — wielkie, czarne, niepojęte — zaczyna się zachowywać jak coś, co ma posłuch. Woda cofała się. Nie jak przy odpływie, powoli i równomiernie. Gwałtownie. Z hukiem. Jakby morze odsuwało się od czegoś, czego się bało.
Pośrodku pojawiło się dno.
Suche. Twarde. Z kamieniami i muszelkami i wszystkim tym, co przez wieki leżało na dnie i nie spodziewało się nigdy zobaczyć nieba.
Ściana wody po lewej stronie sięgała wysokości dwudziestu łokci i stała prosto, pionowo, jak mur z zielonego szkła, i widać było przez nią ryby — nieruchome, zawieszone, zdezorientowane — które nie rozumiały co się z ich światem stało.
To samo po prawej.
Droga była gotowa.
✦ ✦ ✦
Pierwszy wszedł Nachszon ben Aminadab z pokolenia Judy.
Nie czekał na rozkaz. Wziął swój tobołek, wziął żonę za rękę, spojrzał na dno morza i wszedł. Mówiono potem, że szedł aż woda sięgnęła mu po szyję, i dopiero wtedy droga się otworzyła. Ale to była historia, którą opowiadano dzieciom. Prawda była prostsza i bardziej zdumiewająca: wszedł, bo ktoś musiał wejść pierwszy, i wybrał siebie.
Za nim ruszył Izrael.
Dwa miliony ludzi.
Na suchym dnie morza, między ścianami wody, które stały po obu stronach jak żywe mury i szumiały głucho tym szumem, który słyszy się gdy przykłada się muszlę do ucha — jakby morze oddychało — szły rodziny, klany, pokolenia. Dzieci, które nie rozumiały co się dzieje, ale bały się mniej niż dorośli, bo dorośli wiedzą ile jest do stracenia. Starcy, którzy pamiętali Egipt i nie płakali teraz, bo łzy zużyli wcześniej i zostało im tylko to ciężkie, milczące zdumienie.
Arka Przymierza szła w środku pochodu.
Nieśli ją Lewici na drągach z akacjowego drewna pokrytego złotem. Skrzynia była z drewna akacjowego, dwa i pół łokcia długa i półtora łokcia szeroka, pokryta złotem wewnątrz i zewnątrz, z dwoma cherubinami ze szczerego złota siedzącymi na pokrywie z rozpostartymi skrzydłami. Między nimi mieszkała Obecność. Nikt nie patrzył na Arkę wprost — nie dlatego, że ktoś zabronił, ale dlatego, że nie dało się patrzeć długo. Jakby oczy same odwracały się od czegoś, co jest zbyt jasne.
Szli przez całą noc.
✦ ✦ ✦
O świcie Horemheb dał rozkaz.
Obłok odsunął się tuż przed brzaskiem i generał zobaczył: morze rozstąpione, Izrael na dnie idący po drugiej stronie, i drogę między ścianami wody otwartą jak brama.
Rydwany ruszyły.
Sześćset rydwanów wjechało na suche dno morza w kolumnach po cztery, konie grzmiały kopytami o twardy grunt, woźnicy z biczami, łucznicy z napiętymi łukami, i krzyk bojowy armii egipskiej — „dla faraona!" — który niósł się ponad wodą jak wyzwanie rzucone niebu.
Horemheb jechał na czele. Widział plecy Izraelitów na drugim brzegu, już prawie wszystkich po drugiej stronie, i liczył w głowie dystans i prędkość, i wiedział że dogoni ich zanim się rozproszą.
I wtedy koła zaczęły grzęznąć.
Najpierw jeden rydwan. Potem drugi. Dno, które pod stopami Izraelitów było twarde jak kamień, pod kołami egipskich rydwanów zrobiło się miękkie jak błoto. Koła wchodziły w piasek. Konie szarpały i ślizgały się. Woźnice krzyczeli. Kolumna zaczęła się zbijać.
— Z powrotem! — krzyknął ktoś z tyłu.
Horemheb uniósł rękę.
Za późno.
✦ ✦ ✦
Mojżesz stał na drugim brzegu z wyciągniętą laską.
Wiatr zmienił kierunek.
Ściany wody drgnęły.
To nie był powolny ruch. Morze nie zbierało się i nie ostrzegało. Wróciło jak coś, co zostało odciągnięte z całą siłą i teraz puścili je naraz. Z hukiem, który zagłuszył krzyki ludzi i koni — hukiem, który ci, co przeżyli, opisywali potem jako coś pomiędzy gromem a trzęsieniem ziemi — ściany wody zwaliły się do środka.
Rydwany, konie, żołnierze, łucznicy, woźnicy, generał Horemheb na białym koniu, dwadzieścia lat służby i trzydzieści zwycięstw — wszystko zniknęło pod wodą w czasie krótszym niż chwila, w której człowiek zdąży się zorientować co się dzieje.
Morze wróciło na swoje miejsce.
Fale. Zieleń. Spokój.
Jakby nic nie było.
✦ ✦ ✦
Na brzegu panowała cisza.
Nie taka cisza jak przed burzą. Taka jak po czymś, dla czego nie ma słowa — bo słowa opisują rzeczy, które zdarzają się w granicach tego, co możliwe, a to co właśnie się stało, tych granic nie miało.
Potem fale zaczęły wyrzucać na brzeg ciała.
Konie. Złamane koła rydwanów. Tarcze z brązu. Hełmy z piórami strusimi. Łuki. Włócznie. Ciała egipskich żołnierzy kołyszące się w wodzie jak szmaciane lalki, z twarzami spokojnymi w śmierci tak jak nie były w życiu.
Izrael patrzył.
Jeden starzec uklęknął. Potem drugi. Potem kobiety, mężczyźni, dzieci — padali na kolana nie dlatego, że ktoś kazał, ale dlatego, że to był jedyny ruch, który miał sens, gdy stało się przed czymś takim.
Aaron odwrócił się do Mojżesza.
Nie powiedział nic przez długą chwilę.
— Widziałem — odezwał się w końcu cicho — jak Nil stał się krwią. Widziałem żaby pokrywające pałace. Widziałem grad mieszany z ogniem. Widziałem śmierć pierworodnych.
Urwał.
— Ale to…
Mojżesz patrzył na morze. Na ciała. Na to co z nich zostało gdy Egipt zderzył się z wolą Boga.
— To jest kres — powiedział cicho. — Egipt skończył się dziś nad tym morzem. Nie armia. Nie faraon. Egipt. To co widzi się w snach gdy mówi się słowo „moc" i „niemożliwe". Skończyło się.
Aaron spojrzał na tłum klęczący na brzegu.
— Boją się bardziej niż przed chwilą.
— Tak — powiedział Mojżesz. — Właśnie dlatego muszę teraz do nich mówić.
Aaron pokiwał głową.
— Co im powiesz?
Mojżesz obrócił się i spojrzał na lud — na dwa miliony twarzy patrzących na niego z tym samym wyrazem co zawsze, gdy coś przekraczało ich rozumienie. Oczekiwanie. I lęk, że może ten człowiek z laską wie równie mało co oni, a jedyna różnica między nimi jest taka, że on jedyny miał czelność stanąć na brzegu i wyciągnąć rękę.
— Powiem im żeby śpiewali — odrzekł.
Aaron zmrużył oczy.
— Żeby śpiewali?
— Bo to jedyne co da się zrobić gdy nie ma słów. — Mojżesz odchrząknął i podniósł głos: — Śpiewajmy Jahwe, bo swą chwałą okrył się cały!
Tłum milczał sekundę.
Potem — najpierw jeden głos, potem dziesiątki, potem setki tysięcy — podchwyciły.
Miriam, siostra Aarona, wzięła bębenek w dłonie i wybiegła przed kobiety, i zaczęła tańczyć, i kobiety tańczyły za nią, i śpiew niósł się nad brzegiem morza gdzie leżały szczątki armii egipskiej, i fale przynosiły kolejne ciała, i Izrael śpiewał.
Mojżesz stał z boku i słuchał.
W jego oczach nie było triumfu. Było zmęczenie — głębokie, kościane, takie jakie zostaje po tym gdy przez lata niesie się coś ciężkiego i nagle można to odłożyć, ale mięśnie wciąż pamiętają ciężar.
I coś jeszcze.
Wiedział coś, czego naród nie wiedział jeszcze. Że droga nie skończyła się nad tym morzem. Że Kanaan jest daleko i pełen ludzi, którzy nie zamierzają oddać swojej ziemi bez walki. Że to co właśnie zobaczyło dwa miliony ludzi — cud tak wielki że aż niemożliwy — wystarczy im na trzy dni zachwytu. A czwartego dnia ktoś zacznie narzekać na wodę.
Znał swój naród.
Ale znał też swojego Boga.
I to wystarczyło żeby ruszyć w drogę.
Odwrócił się tyłem do morza i stanął twarzą do pustyni.
Przed nimi była Synaj. Przed nimi był Kanaan. Przed nimi było wszystko, co Jahwe obiecał i co Izrael musiał jeszcze zdobyć własną ręką i własną krwią, bo obietnica nie jest tym samym co spełnienie, i każdy naród musi sam przejść drogę między nimi.
Mojżesz ruszył.
Za nim ruszył Izrael.
A morze za ich plecami szumiało spokojnie, tak jak szumi od zawsze, obojętne na to co ludzie nazywają cudami i co ono samo zna jako po prostu — wolę właściciela.
Koniec · PrologRetrospekcja I · Abiram
DZIECKO KANAŁÓW
------------------------------------------------------------------------
Egipt miał wiele twarzy.
Jedną znali kapłani, urzędnicy i możni — twarz złota, alabastru i chłodnych sal, gdzie cień zasłon chronił przed gniewem słońca. Drugą znali żołnierze faraona: twarz dyscypliny, kamienia i brązu, prawo wyryte ostrzem włóczni na plecach buntowników. Ale była jeszcze trzecia. Ta, o której nie śpiewali skrybowie i której nie malowano na ścianach grobowców. Twarz kanałów, błota, much i cuchnącej wody. Twarz nędzy tak starej, że nawet bogowie musieli się od niej odwracać.
Tam właśnie dorastał Abiram.
Miał dziesięć lat i ciało wychudzone jak pies pustyni. Żebra odcinały mu się pod skórą, na lewym barku miał świeżą bliznę po nożu. Nie pamiętał już kto go nią obdarzył — w tej części miasta rany dostawało się tak samo łatwo jak kurz do ust. Jednego dnia kamieniem, drugiego kijem, trzeciego przez cudzą zazdrość albo własny głód. Śmierć była tu tańsza niż mięso na targu i równie powszechna.
Matka umarła kiedy miał cztery lata. Ojciec — jeśli w ogóle istniał jako konkretny człowiek, a nie jako anonimowy element nocy — nigdy nie był częścią jego historii. Przez sześć lat Abiram żył tak jak żyją dzieci kanałów: z tego co ukradł, z tego co wywalczył, i z tego co inni uznali za bezużyteczne i wyrzucili. Nauczył się spać z jednym okiem otwartym. Nauczył się odróżniać kroki człowieka który szuka bijatyki od kroków człowieka który szuka ofiary — bo to nie to samo i różnica jest kwestią przeżycia. Nauczył się też czegoś czego nie uczyli w żadnych koszarach i żadna szkoła: jak patrzeć na grupę ludzi i od razu wiedzieć kto jest groźny, kto się boi i kto zaraz ucieknie.
Ta ostatnia umiejętność uratowała mu życie więcej razy niż mógłby policzyć.
✦ ✦ ✦
Pierwsze co zapamiętał — nie jako myśl, jako doznanie, tak jak zapamiętuje się gorączkę albo głód — to dźwięk kanału nocą. Ten głuchy, rytmiczny plusk wody o nadbrzeżne pale. Matkę widział rzadziej niż ten dźwięk bo matka pracowała od świtu do zmroku u praczek Górnej Dzielnicy, i kiedy wracała to wracała zmęczona tym konkretnym zmęczeniem które nie pozwala już na nic poza leżeniem. Kochała go — Abiram wiedział to bez słów, bo miłość matki jest jedną z tych rzeczy które dziecko czuje nawet kiedy nie ma nazwy na to uczucie — ale miłość nie karmi i nie chroni i nie uczy jak przeżyć wśród dzieci kanałów które nauczyły się że słabość jest zaproszeniem.
Kiedy umarła — na gorączkę, tak jak umierała połowa dzielnicy na gorączkę co roku, bo woda kanałów nosiła w sobie rzeczy niewidoczne które zabijały przez skórę i przez usta — Abiram miał cztery lata i przez trzy dni siedział przy jej ciele zanim sąsiadka powiedziała mu że nie wróci. Abiram wyszedł wtedy na zewnątrz, usiadł przy kanale, i patrzył na wodę przez bardzo długi czas. Potem wstał i zaczął żyć tak jak żyją dzieci kanałów bez rodziców: sam, zębami i paznokciami, przez naukę błędów i przez naukę cudzych błędów, bo cudze błędy są tańsze.
Banda którą zebrał liczyła ośmioro — od siedmiu do trzynastu lat, różne pochodzenia, jeden wspólny mianownik: nikt ich nie chciał i nauczyli się z tym żyć.
Haruf był sprytny ale za miękki w środku. Neb chodził wolno i myślał wolno ale bił jak wół. Iset miała złość która dawała jej siłę trzy razy większą niż wskazywało ciało, ale złość bez cierpliwości jest narzędziem które tnie właściciela. Reszta była tłem — użyteczna jako obecność, niebezpieczna jako ciężar.
Abiram zarządzał nimi kombinacją strachu i przewidywalności. Bałeś się Abirama, kiedy zawodziłeś. Mogłeś mu ufać, kiedy robił, co mówił. Równanie proste jak życie na kanałach.
Chłopak nie płakał. To był pierwszy sygnał który Menkara zapamiętał, wiele lat później. Nie płakał kiedy go biły starsze dzieci. Nie płakał kiedy głodował. Nie płakał kiedy widział martwych. Nie dlatego że był nieczuły — dlatego że bardzo wcześnie zdecydował że płakanie jest informacją którą dajesz przeciwnikowi i że informacja ta jest zawsze używana przeciwko tobie.
✦ ✦ ✦
Stał boso na skraju kanału i patrzył na wodę, która nie była wodą, tylko gęstą ciemną mazią pełną śmieci, gnijących trzcin i padliny.
— Idą — mruknął Haruf z tyłu.
Abiram się nie odwrócił.
— Ilu.
— Dziesięciu. Może dwunastu. Z Sobaczej Ulicy. — Haruf splunął do kanału. — Wzięli pałki. I kilku ma noże.
Dopiero wtedy Abiram odwrócił głowę. To właśnie odróżniało go od reszty — nie był największy, nie był nawet najsilniejszy, ale kiedy inni czuli strach, on czuł jasność. Świat robił się wtedy prosty. Kto stoi. Kto się cofa. Kto krzyczy. Kto pierwszy pokaże słabość. Wszystko układało mu się w głowie szybciej niż innym przychodziło oddychanie.
— Nie bijcie ich na środku placu — powiedział. — Cofniemy się między mury. Tam nie wejdą wszyscy naraz.
Walka była krótka i brudna. Po wszystkim na placu leżało sześć ciał — trzy z bandy Sobaczej Ulicy, trzy z jego. Abiram patrzył na to bez słowa. Śmierć nie robiła na nim wrażenia. Robiły wrażenie błędy. Podejście za szeroko. Krzyk za wcześnie. Kij za wysoko. Nóż w złym momencie. Wszystko można było policzyć.
I wtedy usłyszał klaskanie.
Powolne. Równe. Spokojne.
Na końcu uliczki stał mężczyzna. Wysoki, o skórze ciemnej od słońca i twarzy przeciętej dwiema starymi bliznami. Krótka broda, ogolona głowa, pancerz z brązowych łusek. Przy biodrze zakrzywiony miecz, na plecach łuk. Medżaj.
— Kto dowodził? — zapytał.
Nikt się nie odezwał. Abiram zrobił krok naprzód.
— Ja.
Medżaj zmierzył go spojrzeniem od stóp do głów.
— Ile masz lat.
— Dość żeby zabijać.
— O to nie pytałem.
— Dziesięć — odpowiedział Abiram.
Mężczyzna podszedł bliżej. Spojrzał na ciało Tareka.
— Tego zabiłeś ty?
— Tak.
— Był większy.
— Był wolniejszy.
Medżaj parsknął krótkim śmiechem. — Jak masz na imię, chłopcze?
— Abiram.
— Ja jestem Menkara. — Rozejrzał się po slumsie jakby mierzył i ważył. Błoto. Kanał. Trupy. Dzieci z nożami zamiast zabawek. — Wiesz co widzę? Większość z was zdechnie tu zanim dorośnie. Z gorączki. Od ostrza. W błocie. Jak psy. — Jego wzrok zatrzymał się na Abiramie. — Ale nie ty.
— Co dostanę? — spytał chłopak.
Haruf wciągnął gwałtownie powietrze. Iset rozchyliła wargi ze zdziwienia. Dziecko ze slumsów nie stawiało warunków żołnierzowi faraona.
Menkara jednak nie wybuchł gniewem.
— Jedzenie. Dach. Broń w ręce. I naukę na którą tu nigdy cię nie będzie stać.
— A oni? — Abiram skinął głową w stronę bandy.
— Oni są stadem. Ty jesteś kłem.
Abiram spojrzał po swoich. Haruf — sprytny ale za miękki. Neb — za wolny. Iset — złość bez cierpliwości. Wszyscy użyteczni tylko tu, na placu śmierdzącym kanałem. Dalej ciągnęliby go w dół jak kamienie uwiązane do nóg.
— Dobrze — powiedział.
Kiedy Menkara zniknął za rogiem, Haruf wydusił:
— Pójdziesz z nim?
— Tak.
— A co z nami?
Abiram spojrzał na niego chłodno. — Przeżyjecie albo nie.
Spojrzał na plac jeszcze raz. Na ciała. Na krew wsiąkającą w pył. Na muchy które już siadały na rozbitych twarzach. I odwrócił się i poszedł.
✦ ✦ ✦
Koszary Medżajów stały na skraju miasta, tam gdzie kamienne dzielnice Egiptu kończyły się i zaczynała pustynia. Abiram wszedł do nich z jedną szatą na plecach i niczym więcej — bo nic więcej nie miał i nie zamierzał udawać inaczej.
Pierwsze tygodnie były najtrudniejsze. Nie dlatego że ciężko fizycznie — ciężko było zawsze na kanałach — ale dlatego że wszystko miało zasady. Wstawanie o tej godzinie. Ćwiczenia w tej kolejności. Posłuszeństwo wobec tego konkretnego człowieka w tej hierarchii. Abiram nie lubił zasad. Ale rozumiał ich użyteczność i uczył się szybciej niż ktokolwiek się spodziewał.
Był najmłodszy w oddziale o pięć lat. Inni rekruci mieli piętnaście, szesnaście, niektórzy osiemnaście. Patrzyli na niego jak na anomalię — dziecko z kanałów które Menkara przyprowadził z jakiegoś kaprysu. Dwóch próbowało to sprawdzić fizycznie, pierwszej i drugiej nocy. Obaj pożałowali — nie dlatego że Abiram był silniejszy, bo nie był — ale dlatego że walczył bez żadnych reguł, tak jak walczy ktoś kto przez dziesięć lat walczył o przeżycie.
Po tygodniu nikt nie próbował drugi raz.
Menkara ćwiczył z nim osobiście. Walka mieczem, włócznią, łuk, rzut nożem, poruszanie się w nocy, czytanie terenu, prowadzenie małego oddziału przez nieprzyjazny teren. Uczył bez zbędnych słów: pokazywał, kazał powtórzyć, poprawiał uderzeniem kiedy było źle. Abiram nie protestował — rozumiał uderzenia jako informację, a informacja jest zawsze użyteczna bez względu na sposób dostarczenia.
Koszary miały też własną hierarchię poza formalną — tę nieformalną, niepisaną, składającą się z tysięcy małych sygnałów które decydowały kto jest naprawdę szanowany a kto tylko tolerowany. Abiram studiował ją z taką samą uwagą jak studiował technikę miecza. Kto kiedy i do kogo mówił pierwsze słowo przy posiłku. Kto zajmował które miejsce przy ognisku. Kto chodził z kim na wartę i z własnego wyboru a kto dlatego że nie miał innego. Te wzorce mówiły więcej o strukturze władzy niż jakikolwiek formalny rozkaz.
W piątym roku zrozumiał co jest walutą w koszarach. Nie siła — siłę miał każdy kto przeżył selekcję. Nie lojalność — to było oczekiwane minimum. Walutą było zaufanie w konkretnej sytuacji: przekonanie że kiedy jest najgorzej, ten człowiek obok zrobi to co mówi że zrobi. Abiram zaczął budować to zaufanie świadomie. Nie przez słowa — przez konsekwencję. Rok po roku, misja po misji, małymi gestami które się sumowały.
Po roku był lepszy niż połowa Medżajów w oddziale. Po dwóch — lepszy niż trzy czwarte. Menkara patrzył na to z miną człowieka który zasadził coś i obserwuje jak rośnie szybciej niż planował — z mieszaniną satysfakcji i niepokoju którego nie umiał do końca nazwać.
✦ ✦ ✦
Stało się w czwartym roku, na placu ćwiczeń, w obecności całego oddziału.
Sparing z drewnem. Przeciwnik nazywał się Sennefer — starszy o trzy lata, szybki, jeden z niewielu którzy potrafili jeszcze dać Abiramowi pracę. Walczyli już dłużej niż powinni i Sennefer trafił go w żebra czysto, twardo, i roześmiał się — nie złośliwie, po prostu z radości dobrego uderzenia, tak jak śmieją się żołnierze.
Coś w Abiramie pękło. Nie głośno. Bez krzyku. Po prostu zniknęła ta jasność która zawsze oddzielała go od czynu — i został sam czyn.
Drewno przestało być drewnem. Pierwsze uderzenie złamało Senneferowi rękę w przedramieniu. Drugie poszło w głowę i Sennefer już nie parował, bo nie mógł, i trzeciego Abiram nie zatrzymał — uniósł kij żeby roztrzaskać leżącemu czaszkę, i twarz miał spokojną, i to było najgorsze ze wszystkiego, ten spokój.
Cios nie spadł.
Menkara złapał kij w locie jedną ręką, a drugą — otwartą dłonią, na odlew, z całej siły — uderzył Abirama w twarz. Raz. Głowa Abirama odskoczyła w bok. Na placu zapadła cisza w której słychać było tylko dyszenie Sennefera leżącego w pyle.
— Spójrz na siebie — powiedział Menkara. Nie krzyczał. Mówił tak żeby usłyszeli wszyscy, a to jest gorsze niż krzyk. — Prawie zabiłeś własnego. Nie wroga. Własnego. Na ćwiczeniach. Bo cię zabolało i bo się roześmiał.
Abiram stał. Policzek piekł. Ale piekło coś jeszcze, głębiej, w miejscu którego nie umiał nazwać.