Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Między miłością a nienawiścią - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
12 maja 2026
43,00
4300 pkt
punktów Virtualo

Między miłością a nienawiścią - ebook

Udawany związek z moim wrogiem miał być prostym układem.

Pięć miesięcy. Zero uczuć. Jedno spełnione marzenie. Co może pójść nie tak?

Dominic Hardy jest nagradzanym architektem z dyplomami prestiżowych uczelni i pokaźną listą osiągnięć. Ale nie ma zielonego pojęcia o pieczeniu. Ba, nawet nie lubi słodyczy.

Nic więc dziwnego, że zapis w testamencie mojego zmarłego ojczyma, według którego Dominic odziedziczy zaprojektowany przez siebie luksusowy kurort, tylko jeśli w samym jego centrum znajdzie się moja cukiernia, budzi jego opór. A mnie dosłownie opada szczęka, gdy okazuje się, że projekt cukierni wymaga naszej wspólnej akceptacji.

Nie ma mowy, by pogodzić jego gust i moją fantazyjną wizję.

A jednak Dominic składa mi propozycję nie do odrzucenia. Dostanę dokładnie taką cukiernię, o jakiej marzę, pod jednym warunkiem: będziemy udawać parę przed jego byłą. Gale, uśmiechy, znaczące spojrzenia. Może pocałunek. Nic nadzwyczajnego. Pięć miesięcy grania zakochanej w mężczyźnie, którego naprawdę nie znoszę. Cóż, to powinno być banalnie proste, prawda?

Problem w tym, że granica między miłością a nienawiścią bywa niebezpiecznie cienka. A ja coraz częściej zapominam, po której stronie stoję.

Shain Rose to bestsellerowa autorka romansów pełnych namiętności. Między miłością a nienawiścią to drugi tom, po Między zobowiązaniem a zdradą, z serii „Miliarderzy z klanu Hardych”.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8335-900-7
Rozmiar pliku: 997 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

I. CLARA

— Popełniliśmy błąd. — Lekarz chrząknął nerwowo. — Cóż, popełniliśmy kilka błędów.

To nie są słowa, które pacjent chciałby usłyszeć podczas wizyty. Wpatrywałam się w sufit, unikając wzroku lekarza i ściskając własną dłoń, ponieważ nie było nikogo, kto mógłby mnie za nią trzymać.

— Niektórzy radzą sobie z taką diagnozą całkiem dobrze. To prawdziwe błogosławieństwo, że odkryliśmy to w porę.

Choroba jako błogosławieństwo? Nie sądziłam, że coś nieuleczalnego, co zbiera śmiertelne żniwo co roku, może być nazwane szczęściem. Znienawidziłam go za te słowa.

Ale starałam się je zaakceptować, gdy jego głos dalej brzmiał gdzieś w tle. Dobrze, że nie przyjechałam swoim samochodem, bo gdy tylko wsiadłam do Ubera, łzy popłynęły mi po policzkach. Szybko wyciągnęłam korektor i spojrzałam w składane lusterko, żeby sprawdzić, czy wiśniowa szminka i tusz do rzęs się nie rozmazały, no i otrzeć oczy. Na policzkach znów zaczęło przebijać zaczerwienienie wysypki, więc wklepałam więcej podkładu.

Zostało mi jeszcze jedno spotkanie i starałam się zebrać resztki energii, by stawić mu czoła. „Żadnych więcej łez, Claro”.

Gdy dotarłam na miejsce, moja matka i siostra już wyszły. Pani Johnson gestem zaprosiła mnie do środka — nie było tam nikogo z dalszej rodziny. Zamiast tego starsza kobieta uśmiechnęła się do Dominica Hardy’ego, zaufanego architekta mojego ojczyma. Dominic i jego bracia byli synami, których mój ojczym nigdy nie miał. Rozpieszczał ich i kochał jak swoich synów, co dało się zrozumieć. Trudno było nie lubić rodziny Hardych: czterech czarujących braci i bliźniaczki, które poślubiły owianych złą sławą mężczyzn. A jednak, spośród całej szóstki, Dominic był inny.

— Dlaczego część testamentu dotycząca Clary jest odczytywana razem z moją? — Jego mocno zarysowana szczęka drgnęła, gdy pytał panią Johnson. Nie rzucił choćby „cześć” w moją stronę. Nie spodziewałam się niczego innego. Za każdym razem gdy byłam blisko niego, nie zaszczycał mnie nawet spojrzeniem. Miał te same ciemne, falujące włosy, tę samą sylwetkę i ten sam zielony kolor oczu co jego młodsi bracia, ale spojrzenie bardziej surowe. Chłodniejsze. Bardziej nieczułe.

Pani Johnson poprawiła złoty pasek u sukienki i cmoknęła z dezaprobatą.

— Zaraz do tego przejdziemy.

Kiedy siedział tam ze swoim przenikliwym spojrzeniem, w idealnie skrojonym garniturze dopasowanym do masywnej sylwetki, było oczywiste: uważa się za kogoś tak ważnego, że nie raczy mnie przywitać nawet skinieniem głowy.

Normalnie nie miałabym z tym problemu, ale tego dnia moje nerwy były na granicy wytrzymałości. Goniłam resztkami sił i potrafiłabym naskoczyć na niego, żeby się obronić. Zranione, zmęczone zwierzę potrafi być niebezpieczne, a w tym momencie ja byłam właśnie takim zwierzęciem.

Pani Johnson wskazała jedno z krzeseł obok Dominica i rzuciła:

— Proszę usiąść, droga Claro. Jak się tu pani jechało?

— W porządku. Ruch był trochę utrudniony z powodu wypadku na autostradzie.

Dominic zerknął na zegarek, jakby chciał podkreślić, że spóźniłam się pięć minut.

Natychmiast poczułam potrzebę, by przeprosić.

— Powinnam była wyjechać wcześniej.

— A skąd mogła pani wiedzieć, że będzie korek? — Pani Johnson spojrzała wymownie na Dominica. Gdy nie zareagował, ciągnęła dalej: — No dobrze, przejdźmy do rzeczy. Omówiłam już testament Carla z bratem Dominica i pani przyrodnią siostrą i wyjaśniłam, że wszystkie jego postanowienia w testamencie są dość… niekonwencjonalne. Te dotyczące państwa nie są wyjątkiem.

Powoli przesunęła papiery po biurku w stronę Dominica i moją. Moja matka i siostra rzuciłyby się na nie z pazurami, ale ja odsunęłam się lekko, niechętna do przyjmowania spadku po śmierci mojego ojczyma. Jego serce nagle odmówiło posłuszeństwa, ale wyglądało to tak, jakby wiedział, że to nastąpi, jakby całe życie przygotowywał ten testament. Znając go i jego podejście do interesów, pewnie faktycznie wszystko dokładnie zaplanował.

Carl Milton rządził jednym z największych imperiów hotelarskich w kraju wraz z czterema mężczyznami, których uważał za synów — braćmi Hardy. To właśnie od nich wzięła się nazwa marki Hardy: Aktywny Rozwój i Trening, znana również jako HART. Zegarki HART, ośrodki wypoczynkowe HART, technologia HART… HART wszędzie i we wszystkim. A mój ojczym był właścicielem połowy tego imperium.

Aż do teraz.

— Dom, jest pan najstarszy z rodzeństwa i myślę, że Carl właśnie dlatego zaufał panu w sprawie ponownego otwarcia Pacific Coast Resort. Poza tym to pan zaprojektował ten ośrodek i jest pan z tego dumny. — W oczach pani Johnson zalśniły łzy. — Z radością informuję pana, że Carl przekazał panu końcowy projekt, operacje, udziały i zarządzanie ośrodkiem. — Zawiesiła głos i przeniosła wzrok na mnie. — Pod warunkiem, że włączy pan cukiernię pani Clary do kompleksu.

To się nazywa zwrot akcji. Nóż wbity w plecy Dominica; dlatego właśnie czułam, że coś tu jest nie tak.

Dominic otworzył usta ze zdumienia. Spojrzałam na niego i zobaczyłam, jak jego muśnięta słońcem skóra zaczyna się czerwienić.

— W planach Pacific nie ma miejsca na jakąś tam… małą cukierenkę — rzucił z pogardą. Jego głos był szorstki, gniewny, a silne dłonie zaciskały się na podłokietnikach krzesła tak mocno, że aż zbielały mu kostki palców.

— To nie jest jakaś tam mała cukierenka — syknęłam. — To miejsce, do którego ludzie wracają i które naprawdę uwielbiają. Ma potencjał, żeby stać się marką globalną. — Wygładziłam czarną, długą sukienkę, którą włożyłam, by uszanować Carla, chociaż ten kolor mnie przytłaczał.

— Tak, tutaj. Uwielbiają ją tutaj. Na Florydzie. Ale na drugim końcu kraju, w Pacific Coast Resort, gdzie Carl nie przewidział tej cukierni, zdobycie serc klientów nie będzie takie łatwe. — Z chłodną obojętnością Dominic Hardy cis­kał we mnie słowa ostre jak noże, niszcząc moją pewność siebie. Zwykle prawie się do mnie nie odzywał. A teraz miał czelność mówić z jadem, z pogardą. — Jesteś na to gotowa?

W końcu spojrzał mi w oczy. Te zielone tęczówki z ciemnoszmaragdową obwódką zdawały się przenikać moją upozowaną pewność siebie, jakby chciał odsłonić słaby punkt, sprawdzić, czy jestem gotowa na wyzwanie.

— No już, spokojnie — wtrąciła pani Johnson, poprawiając okulary w cienkich, złotych oprawkach. Ich kolor idealnie współgrał z paskiem oraz eleganckim piórem, którym zaczęła stukać w dokument leżący przed nią. — Jak państwo zapewne wiedzą, Carl wielokrotnie zmieniał zapisy w testamencie. Miał u mnie stały, comiesięczny termin. I wygląda na to, że ostatnie plany architektoniczne zostały złożone przez niego osobiście.

Kobieta zaczęła przeszukiwać szufladę, po czym wyciągnęła z niej kolejne dokumenty i rozłożyła je na biurku. Następnie piórem wskazała środek planu architektonicznego — niemal pod nosem Dominica, jakby nie zauważył gigantycznej ­przestrzeni psującej jego idealną koncepcję — na którym widniał wyraźny napis „Cukiernia Clary”.

— To nierealne. Wprowadzenie tego rozwiązania oznaczałoby…

— Panie Dominicu, dopiero zaczyna pan prace renowacyjne, prawda? Na pewno uda się panu znaleźć miejsce na niewielką cukiernię, skoro i tak zwiększacie powierzchnię o osiemnaście tysięcy metrów kwadratowych. Cały ośrodek ma się rozrosnąć do czterdziestu sześciu tysięcy.

Skrzyżował swoje potężne ramiona na piersi. Wszystko w nim było masywne, twarde jak granit. Nie wyglądał na kogoś, kto ugina się przed kimkolwiek — a już na pewno nie przed panią Johnson… ani przede mną.

A jednak starsza kobieta nie dawała za wygraną. Uśmiechnęła się do mnie jak dobra wróżka z bajki, po czym położyła dłoń na mojej dłoni.

— A cukiernia będzie pani, Claro. Ta, którą ma pani tutaj, przechodzi teraz pod zarząd pani matki.

To był prawdziwy cios. Taki, po którym człowiek przestaje na moment oddychać.

— To chyba jakaś pomyłka.

— Och, skarbie, wiem, że to może się wydawać niesprawiedliwe. — Pokręciła głową, a jej perfekcyjnie ułożona fryzura ani drgnęła. — Ale Carl chciał, żeby ta nowa cukiernia należała wyłącznie do pani.

Dzień, który zaczął się fatalnie w gabinecie lekarskim, w tej chwili przerodził się w koszmar. Zaczęłam drżeć; czułam, że to wszystko nie ma sensu. Czy Carl nie rozumiał, że ta cukiernia tutaj była dla mnie wszystkim? Że straciłam nie tylko jego… ale i to miejsce?

Pustka po stracie rodzica boli każdego dnia. Nigdy nie znika; to rana, która nigdy się nie goi. Nie wiedziałam, czy Carl chciał, żebym tu płakała, czy żebym była silna. Czy wierzył, że mam w sobie dość siły, żeby zrobić to, o co mnie prosił?

— Jasne. Tylko do mnie. Rozumiem — wymamrotałam, próbując sobie wyobrazić, co w ogóle mogłoby się sprawdzić w innym ośrodku. Stworzyłam cukiernię tutaj, na Wschodnim Wybrzeżu, i w ramach tego konkretnego hotelu radziła sobie świetnie. Ale wszystko odbywało się pod okiem mojego ojczyma, a zyski wpływały do wspólnej, rodzinnej kasy.

— Będę musiała to przedyskutować z matką i siostrą…

— Pani matka nie będzie chciała mieć z tym nic wspólnego. — Pani Johnson przewróciła oczami, a potem, jakby ofiarowywała mi pantofelek Kopciuszka, który miał odmienić moje życie, dodała: — Cukiernia w nowym ośrodku to coś, co będzie należało tylko do pani, bez żadnych powiązań z matką czy siostrą.

Nie sięgnęłam jeszcze po pantofelek, choć kusił mnie bardzo. Zamiast tego spojrzałam na mężczyznę, który w tej chwili nienawidził mnie bardziej niż kiedykolwiek. Nigdy się nie dogadywaliśmy. Był zbyt ponury, zbyt milczący, ciągle pochłonięty pracą. Zawsze było coś ważniejszego, co wymagało jego uwagi do tego stopnia, że nigdy się nie zatrzymywał, by zaznać choćby odrobiny przyjemności. Nawet kiedy oferowałam mu moje desery za darmo.

— A jeśli uznam, że ta cukiernia nie jest dla mnie?

— Bo nie jest. Nie potrzebujemy jej. Zaplanowaliśmy pięć restauracji i cały pasaż sklepów wzdłuż malowniczej linii brzegowej. Wszystko w odległości krótkiego spaceru od ośrodka. Kawiarnie, cukiernie, restauracje. Nawet lodziarnie. Wciskanie kolejnej cukierni nie ma sensu. — Dominic uniósł ciemną brew, dając jasno do zrozumienia, że nie potrzebuje ani mnie, ani mojej cukierni w swoim drogocennym ośrodku.

— Mimo to — odparła spokojnie pani Johnson — to jest to, czego Carl zażyczył sobie w testamencie. — Potem zwracając na mnie wzrok, powiedziała: — W przeciwnym razie, no cóż, pani matka nadal posiada udziały w spa. Pani i pani siostra zawsze możecie liczyć na to, że się wami zaopiekuje.

Tak, moja matka. Melinda Milton.

Przez całe życie nie widziałam, by matka próbowała zrobić cokolwiek, by osiągnąć sukces samodzielnie. Obracała się w różnych kręgach towarzyskich i krążyła w nich jak rekin wyczuwający krew. Carla złowiła pewnie w chwili jego słabości i zaatakowała szybko, zatapiając zęby w starzejącym się mężczyźnie, który pomógł jej zaspokoić głód: prestiżu i przynależności do elity.

Mój ojczym spełniał większość jej oczekiwań. Może gdzieś w głębi serca czuł, że potrzeba mi czegoś więcej. I że nawet, być może, potrafię zmienić trajektorię mojego życia.

— Chciałabym spróbować. Na Zachodnim Wybrzeżu — powiedziałam cicho, kiwając głową.

Pani Johnson uśmiechnęła się do mnie z błyskiem w niebieskich oczach, a Dominic odchrząknął. Gdy na niego spojrzałam, zobaczyłam napięte ścięgna jego szyi i pulsowanie skroni, gdy nerwowo zaciskał szczęki.

— Wiesz, że ci nie pomogę. I będziesz musiała trzymać się wszystkich wytycznych projektowych. Myślisz, że dasz radę?

Moje serce zabiło mocniej, gdy odpowiedziałam:

— Cóż, ty najwyraźniej uważasz, że nie dam.

— Oczywiście, że nie. Pierwszy interes miałaś podany na tacy. A teraz dostajesz jeszcze większą szansę. — Ścisnął grzbiet swojego idealnego nosa. — To nie jest błaha sprawa, Claro. To ciężka harówka.

Mimo jego opryskliwości wiedziałam, że ma rację. Wzięłam głęboki oddech i próbowałam nie dać się ponieść emocjom.

— Panie Hardy, to jest decyzja pani Clary — przypomniała pani Johnson. — Testament mówi jasno: oboje musicie zatwierdzić projekt. Ale po otwarciu to będzie cukiernia pani Clary.

— Przepraszam, czy może to pani powtórzyć? — wyjąkałam.

Projektować to miejsce razem z nim? Ten facet ledwo potrafił na mnie spojrzeć, a co dopiero współpracować.

— Musicie państwo wspólnie opracować plan cukierni. I projekt musi być… — Zerknęła do dokumentów, westchnęła i roześmiała się krótko. — „Harmonijny”. Carl chyba nie zdawał sobie sprawy, jakie to będzie trudne.

— Skoro cukiernia ma być moja, to chyba powinnam dostać to, czego chcę — zaczęłam, ale zamilkłam, bo Dominic zmierzył mnie wzrokiem jak jakiś drapieżnik.

Jego spojrzenie przesunęło się po moich włosach, a potem powoli zjechało w dół po całym ciele. Długa sukienka, która zwykle dawała mi poczucie swobody, teraz wydawała się zbyt wyzywająca, gdy patrzył na mnie w ten sposób.

— To będzie twoje, Claro. Ale możesz być pewna: to będzie mój projekt.

Dlaczego po tych słowach wzdłuż kręgosłupa przebiegł mi dreszcz?

*

— Odwiozę cię do domu. Możemy omówić plany. — Usłyszałam jego głos za plecami, gdy wychodziłam z budynku; zamierzałam złapać jakąś taryfę.

— Och, po prostu wezmę taksówkę.

— Nawet nie chcesz przedyskutować, co, do cholery, mamy zrobić? — zapytał, a w jego głosie pobrzmiewała tak silna złość, że się poddałam.

Podał kierowcy adres, gdy tylko wsiadłam do SUV-a. Wszyscy wiedzieli, że Miltonowie mieszkają razem na wzgórzu, jedno skrzydło należało do mnie i siostry, drugie do matki i Carla.

Miałam już prawie trzydzieści lat i taki układ zaczynał mnie męczyć, ale teraz matka była pogrążona w żałobie.

— Nie wiem, czy w ogóle to podpiszę.

— Musisz. — Wyciągnął telefon i zaczął coś w nim wystukiwać. — A potem pozwól mi zająć się resztą.

Serce mi się ścisnęło na myśl o kolejnej utraconej szansie, ale im bliżej byliśmy posiadłości mojej rodziny, tym mniej miałam w sobie wiary, że w ogóle dam radę to udźwignąć. Moja rodzina pewnie i tak mnie tu potrzebowała.

Dominic i ja niewiele do siebie mówiliśmy przez resztę drogi. Najwyraźniej uznał, że i tak przekona mnie do wszystkiego później. Kiedy dotarliśmy do bramy wjazdowej, zobaczyłam moją matkę i faceta, o którym wiedziałam, że jest jej kochankiem. Oboje byli pijani. Znowu.

— O Jezu — szepnęłam, bo tym razem moja siostra też tam była, machając do nich gwałtownie. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech, po czym powiedziałam: — Możesz wysadzić mnie tutaj i proszę, nie…

Spojrzałam na Dominica, który w milczeniu przyglądał się całej scenie. Melinda Milton to kobieta, która publicznie zawsze wyglądała perfekcyjnie. Piękne blond włosy, wysokie kości policzkowe, smukła sylwetka; tylko w jej oczach czaiła się podłość. Ten błysk w jej spojrzeniu znałam aż za dobrze. A teraz, gdy ruszyła w stronę samochodu razem ze swoim kochankiem, wiedziałam, że cała ta złość zostanie zaraz skierowana na mnie.

Sięgnęłam po klamkę, ale drzwi nie drgnęły. Dominic wcis­nął przycisk blokady.

Gwałtownie odwróciłam głowę w jego stronę.

— Wypuść mnie.

Mruknął coś, jakby się zastanawiał, a potem wzruszył ramionami.

— Może porozmawiać z tobą tutaj. — I zamiast zostawić mi wybór, opuścił szybę.

Mamy wcale to nie zniechęciło. Zajrzała z Hankiem do środka i warknęła:

— Carl dał ci więcej niż mnie?

— Możemy porozmawiać o tym później, mamo? Miałam też dziś wizytę u lekarza i…

Jej ciało momentalnie zesztywniało, ręce zacisnęły się na krawędzi okna.

— Chcesz, żebym zapytała, jak poszło? — Przewróciła oczami, zachwiała się. Hank musiał ją przytrzymać grubą dłonią, by nie straciła równowagi. — Mam nadzieję, że powiedzieli ci to samo co ja. Jesteś śmieszna i nic ci, kurwa, nie jest. No, co powiedziała pani Johnson?

To że zignorowała moją wizytę u lekarza, powinno być krop­lą, która przeleje czarę goryczy, ale próbowałam dalej.

— Dostałam szansę otwarcia nowej cukierni poza Florydą. Z panem Hardym. — Wskazałam na Dominica, usiłując zwrócić na niego jej uwagę. Próbowałam dać matce do zrozumienia, że pojawienie się Hanka zaraz po śmierci Carla i takie zachowanie to po prostu skandal.

— Żartujesz sobie? — syknęła, po czym wygładziła blond włosy, zwykle ułożone nienagannie, ale tylko pod warunkiem, że patrzyli na nią inni, nie my. — Gdzie?

— W Kalifornii. Ale mamo, przecież mamy nasze spa, prawda? Nic się nie zmieni…

— Wszystko się zmieniło, kiedy Carl nie zostawił nam całego majątku. Zawsze był dupkiem, ale naprawdę postanowił zrujnować mi życie po śmierci.

Carl Milton nigdy nie był wobec niej okrutny. Dawał jej niemal wszystko, czego sobie życzyła, poza tym „więcej”, którego wciąż żądała. Moja matka chciała przejąć wszystkie udziały w jego firmie po tym, jak atak serca odebrał mu życie. Gdy ich nie dostała, wpadła w furię.

— Nie jest aż tak źle…

— Anastasio! — wrzasnęła przez ramię, a potem popchnęła Hanka. — Hank, wyciągnij ją z tego samochodu.

Hank szarpnął za drzwi, w jego ciemnych oczach czaiła się agresja.

— Otwórz te pieprzone drzwi.

Przygryzając wargę, spojrzałam na Dominica i wyszeptałam:

— Proszę.

Ale zanim zdążył zareagować, Hank uderzył dłonią w bok samochodu z taką siłą, że oczy Dominica nagle się zmieniły. Dotąd były puste, bez emocji. Teraz pojawiła się w nich wściekłość. Wychylił się i powiedział cicho:

— Jeżeli uderzysz mój samochód jeszcze raz, to z niego wysiądę. I nie spodoba ci się to, co się wtedy stanie.

Kochanek mojej matki nie był specjalnie rosły w porównaniu do Dominica.

— Walić to — burknął, cofając się i spluwając pod nogi mojej matki. — Zajmij się swoimi głupimi bachorami, Lindo. Wrócę później. — Ruszył ciężkim krokiem w stronę innego samochodu, a matka zaczęła płakać.

— To wszystko twoja wina, Claro. — Jej drink z wódką chlupotał w szklance. — Chodź do środka, musimy o tym porozmawiać.

Kiedy Hank odjechał, zamknęłam oczy.

— Proszę, odblokuj drzwi — zwróciłam się ponownie do Dominica.

— Tak łatwo im się dajesz?

To było paskudne, że kiedy kiwnęłam głową i spojrzałam w jego zielone oczy, zobaczyłam w nich rozczarowanie. Westchnął i nacisnął przycisk. Jego wzrok podążył za samochodem Hanka zjeżdżającym w dół podjazdu.

— Jakby co, to masz mój numer i numer Evie — powiedział cicho, gdy otwierałam drzwi i wysiadałam.

Matka usłyszała to i prychnęła, po czym szarpnęła mnie za łokieć, zaczęła ciągnąć do siebie.

— Ona nie będzie nigdzie dzwonić. Da sobie radę. Może pan już jechać.

Rzucił jej przeciągłe spojrzenie i odjechał. Podniósł szybę i po chwili samochód zniknął na podjeździe za bramą.

Matka zmarszczyła nos i jeszcze mocniej zacisnęła dłoń na moim łokciu.

— Chcesz nas opuścić? Zostawić swoją matkę?

— Nie. Oczywiście, że nie. Ta propozycja po prostu była…

— Anastasio, ona chce nas zostawić. Nie mogę nawet na nią patrzeć. Co za wstyd.

— Mamo, ja przecież nic nie zrobiłam — wyszeptałam wściekła na siebie za to, jak żałośnie to zabrzmiało.

— No właśnie! Ty nigdy nic nie robisz. Dlatego Carl nie zostawił ci ani grosza. Mówiłam ci, żebyś była dla niego miła, mówiłam ci czy nie? Mówiłam, żebyś spotykała się z jego znajomymi, ładnie się uśmiechała, a nie udawała, że to twoje durne pieczenie ciastek ma jakieś znaczenie. I co ci to dało? Pierdoloną cukiernię.

Mimo tych okrutnych słów moje serce napełniło się nadzieją na myśl, że cukiernia może być dla mnie jedynym ratunkiem: szansą na ucieczkę od niej i skupienie się na życiowej pasji.

— Czy ty się uśmiechasz? — Matka rzuciła szklanką o beton, a ja od razu zmieniłam wyraz twarzy. Moja matka była tego samego wzrostu i rozmiarów co ja, tylko starsza. Nie powinnam się bać, ale kiedy podeszła do mnie, cofnęłam się. — Myślisz, że to śmieszne, Claro?

— Nie. Oczywiście, że nie.

— Anastasio, czy twoja siostra mnie okłamuje? Ona myśli, że to jest śmieszne?

Zerknęłam na siostrę błagalnym wzrokiem. Wiedziała, że nigdy nie śmiałabym się z matki. Anastasia westchnęła.

— Claro, musisz się nauczyć. To dla twojego dobra. — Przeniosła spojrzenie na matkę i powiedziała cicho: — Uśmiechała się, mamo. Ona myśli, że to jakaś zabawa.

Po tych słowach matka zmieniła się w kogoś innego. Zniknęła łagodność w głosie, zniknęły wystudiowane ruchy, zniknął zdrowy rozsądek. Zostało tylko pijane monstrum, które rzuciło się na mnie z furią.

Może powinnam była się bronić, ale ta kobieta przez lata mnie tłamsiła, systematycznie i świadomie niszczyła moją psychikę. Kiedy uderzyła mnie w twarz, to ja przepraszałam, raz za razem.

— Jeśli naprawdę ci przykro, to wrócisz tam i będziesz błagać o więcej. Ta cukiernia nie wchodzi w grę, więc nawet o niej nie myśl.

I dlatego od tamtej chwili zaczęłam myśleć o tej cukierni jak o swoim wybawieniu.

I ostatecznie podpisałam dokument.

SZEŚĆ MIESIĘCY PÓŹNIEJ

Dominic: Ten projekt twojej cukierni się nie nadaje. Czy to dmuchane szkło w rogu?

Clara: Tak. Mogę je sprowadzić z zagranicy.

Dominic: Twoja odpowiedź powinna brzmieć „nie”. Ośrodek jest oparty na architekturze muzeum sztuki w Milwaukee. Nowoczesność. Minimalizm. Biel i czerń, Claro. Zrób to od nowa.

Clara: Może będę tym kolorowym akcentem, który doda ośrodkowi energii?

Dominic: Może? Nie lubię kolorowych akcentów. To nie jest przedszkole. To luksusowy ośrodek wypoczynkowy.

Clara: Czy powinnam przylecieć i pokazać ci, jak to może wyglądać?

Dominic: Nie potrzebuję przemyśleń, jak to może wyglądać. Remont potrwa jeszcze dziewięć miesięcy. Nie ma sensu, żebyś teraz przylatywała. Po prostu wkomponuj minimalistyczną estetykę, żeby uzyskać nowoczesny, wyrafinowany wygląd. I wyślij projekt do Rity, mojej projektantki wnętrz. Ona będzie twoim kontaktem.

Clara: Ale ona nie rozumie, jak połączyć nasze dwa style.

Dominic: Nie będzie żadnego łączenia. Jeśli to absolutnie konieczne, mogę porozmawiać dziś o ósmej wieczorem. Jestem w mieście.

Clara: Mam plany na wieczór, ale mogłabym spotkać się jutro.

Dominic: Masz ważniejsze plany niż twoja cukiernia?

Clara: Dzisiaj jest mecz hokejowy Noaha. Obiecałam, że będę.

Dominic: Czyli mecz chłopaka jest ważniejszy?

Clara: Nie o to mi chodzi. To jest ważne dla niego. A on jest dobrym przyjacielem.

Dominic: Brzmi, jakbyś stawiała swojego chłopaka ponad ośrodek.

Clara: Staram się, jak mogę.

Dominic: Jasne, ale uważasz, że to wystarczy?

SIEDEM MIESIĘCY PÓŹNIEJ

Clara: Myślę, że skórzane siedziska w kolorze pastelowego różu będą dobrze współgrać z truflami mojego pomysłu.

Dominic: Nie ma mowy o różu. Czy muszę ci przypominać, że Rita została zatrudniona jako główna projektantka, żeby nadać ośrodkowi nowoczesny i elegancki wystrój?

Clara: Ale to ja będę główną szefową od wypieków. Powinno ci zależeć, żebym się tam dobrze czuła.

Dominic: Musisz się nauczyć czuć komfortowo wszędzie, jeśli pracujesz z innymi.

Clara: Ty tak robisz?

Dominic: Nie. Ja jestem szefem tego ośrodka. Nie dostosowuję się do gustów innych, Claro. To ty dostosowujesz się do mnie.

Clara: Jutro lecę do Kalifornii, żeby zacząć testowanie kuchni. Może moglibyśmy się wtedy spotkać?

Dominic: Jesteś pewna, że twój przyjaciel nie potrzebuje cię na trybunie podczas walki o Puchar Stanleya?

Clara: Jeśli sugerujesz, że zrobiłam coś złego, bo w przeszłości wspierałam mojego przyjaciela, to się mylisz.

Dominic: Skoro tak mówisz.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij