Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Między Oddechami - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 marca 2026
30,29
3029 pkt
punktów Virtualo

Między Oddechami - ebook

Gabi prowadzi życie, które z zewnątrz wydaje się poukładane: rodzina, praca i codzienność pełna obowiązków. Z czasem zaczyna jednak pytać, czy naprawdę żyje po swojemu. Między oddechami to subtelna opowieść o odkrywaniu siebie, odwadze bycia autentycznym i zmianach, które rodzą się w zwykłych chwilach. To historia o tym, że to, co najważniejsze, często jest bliżej, niż się wydaje. „Publikacja została utworzona przy pomocy sztucznej inteligencji (AI).” Okładka.

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-885-8
Rozmiar pliku: 2,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1
23:17

Była 23:17.

Gabi wiedziała to, bo sprawdziła godzinę już trzeci raz.

Dom spał.

Albo przynajmniej tak to wyglądało.

Leżała na plecach i patrzyła w sufit. Cień gałęzi zza okna przesuwał się powoli po ścianie jak wskazówka zegara.

Obok niej mąż oddychał ciężko.

Jedna ręka zwisała mu z łóżka.

Kołdra była za ciepła.

Gabi przesunęła się lekko.

Materac skrzypnął.

— Mmm… — mruknął przez sen.

Zamarła.

Przez chwilę myślała, że się obudzi.

Nie obudził się.

Znowu cisza.

Patrzyła na jego profil w półmroku. Zmarszczka między brwiami. Siwiejące skronie.

Dawniej patrzyła na niego inaczej.

Dawniej ten sam widok potrafił przyspieszyć jej oddech.

Teraz poczuła tylko… ciężar.

Delikatnie odsunęła jego rękę ze swoich pleców.

Telefon leżał na szafce.

Nie powinna.

Wiedziała.

A jednak sięgnęła po niego.

Ekran rozświetlił pokój niebieskim światłem.

Przewijała.

Zdjęcia.

Obce twarze.

Czyjeś wakacje.

Czyjeś kolacje.

Czyjeś idealne życia.

Bez celu.

Aż zatrzymała palec.

Mężczyzna.

Zwyczajny.

Koszula z podwiniętymi rękawami. Lekko potargane włosy. Uśmiech nie był perfekcyjny.

Był prawdziwy.

Gabi przybliżyła zdjęcie.

To głupie — pomyślała.

Ale i tak się uśmiechnęła.

W jej głowie pojawiła się scena.

Siedzi naprzeciwko niego przy stole.

Nie w tej kuchni.

W innej.

Jasnej. Z otwartym oknem. Firanka porusza się na wietrze.

On patrzy na nią uważnie.

Nie przerywa.

Nie zerka na telefon.

— Opowiedz mi — mówi spokojnie.

Tylko tyle.

I to wystarcza.

Gabi czuje ciepło w brzuchu.

Delikatne.

Jak pierwszy łyk wina.

— Gabi…

Głos z łóżka.

Zamarła.

Szybko zgasiła ekran.

— Mmm… woda… — mruknął mąż przez sen.

Odwrócił się na drugi bok.

Znowu zasnął.

Przez chwilę miała wrażenie, że zrobiła coś złego.

Jakby ktoś ją przyłapał.

Ale nie zdradziła jego.

Zdradziła coś innego.

Siebie.

Bo tak naprawdę nie chodziło o tego mężczyznę ze zdjęcia.

Chodziło o to spojrzenie.

O uwagę.

O to, że ktoś patrzy na nią tak, jakby była jedyną osobą w pokoju.

Leżała chwilę w ciszy.

Czuła, jak jej ciało pamięta coś, czego dawno nie dostało.

To nie był seks.

To było bycie widzianą.

Wstała z łóżka.

Podłoga była chłodna.

Poszła do kuchni.

Usiadła przy stole w samej koszulce nocnej.

Dom spał.

Oparła czoło o dłoń.

I nagle wyobraziła sobie coś bardzo prostego.

Że wychodzi z domu.

Nie na zawsze.

Tylko na chwilę.

Idzie przed siebie.

Nikt jej nie woła.

Nikt niczego nie potrzebuje.

Oddycha.

I wtedy w tej wyobraźni ktoś stoi za nią.

Nie ten ze zdjęcia.

Ktoś bez twarzy.

Ktoś, kto pachnie świeżym powietrzem i nie zna jej historii.

Kładzie dłonie na jej biodrach.

Powoli.

Bez pośpiechu.

Jakby mieli całą noc.

Jej skóra reaguje szybciej niż rozsądek.

Otworzyła oczy gwałtownie.

Serce biło szybciej.

W kuchni było cicho.

Za oknem noc.

To tylko wyobraźnia.

Ale czuła, że to coś więcej.

To było miejsce, do którego zaczynała uciekać.

I jeszcze nie wiedziała, czy chce wrócić.Rozdział 2

6:42

Budzik zadzwonił za wcześnie.

Zawsze za wcześnie.

Gabi otworzyła oczy i przez chwilę nie wiedziała, gdzie jest. Jeszcze przed sekundą była gdzie indziej. W ciepłym półśnie. Ktoś stał za nią. Czuła oddech na karku.

Czyjeś dłonie na biodrach.

Powoli.

Bez pośpiechu.

— Mamo! — krzyk z drugiego pokoju przeciął wszystko jak nóż.

Rzeczywistość nie pukała.

Po prostu wchodziła.

Mąż jęknął i naciągnął kołdrę na głowę.

— Twoja kolej… — wymamrotał spod materiału.

Twoja.

Jakby byli na zmianie przy taśmie produkcyjnej.

Gabi usiadła na łóżku. Włosy przykleiły się jej do policzka.

— Jasne — powiedziała cicho, chociaż nikt jej o to nie pytał.

Podłoga była zimna.

W łazience spojrzała w lustro.

Opuchnięte oczy.

Włosy w nieładzie.

Ślad poduszki na policzku.

Przez chwilę patrzyła na siebie dłużej niż zwykle.

I nagle pomyślała:

CZY KTOŚ MÓGŁBY SPOJRZEĆ NA MNIE TERAZ… I ZOBACZYĆ COŚ WIĘCEJ?

Nie zmęczoną matkę.

Nie kobietę od rachunków i zakupów.

Po prostu kobietę.

— Mamo! On zabrał moje płatki! — krzyk z kuchni.

Westchnęła.

— Już idę!

W kuchni panował chaos.

Młodszy płakał.

Starszy siedział przy stole i udawał, że nic nie słyszy.

— Oddaj mu — powiedziała spokojnie.

— Ale to są moje!

— Wczoraj były twoje.

— No właśnie!

Gabi sięgnęła po drugie pudełko.

— Problem rozwiązany.

Starszy spojrzał na nią podejrzliwie.

— Mamo… ty zawsze masz plan B.

— Bo ktoś musi.

Nalała mleko, zrobiła kanapki, zapakowała plecaki.

Jej ręce pracowały automatycznie.

Ciało znało ten poranek na pamięć.

Mąż wszedł do kuchni w koszulce i bokserkach. Potargał młodszemu włosy.

— Hej, mistrzu.

Potem spojrzał na Gabi.

— Kto dziś odwozi?

— Ja mam spotkanie na dziewiątą — powiedziała.

— Ja też.

Zderzenie terminarzy.

Cisza.

Zawsze trwała kilka sekund.

— To ja pojadę — powiedziała w końcu.

On kiwnął głową.

— Dzięki.

Otworzył lodówkę.

Wyjął sok.

Nic więcej.

Żadnego pocałunku.

Żadnego „dzień dobry”.

Tylko kolejny zwykły poranek.

Aż nagle w jej głowie pojawiło się wspomnienie.

Akademik.

Korytarz pachnący kawą i papierosami.

On łapie ją w pasie.

— Przez ciebie zawalę egzamin — śmieje się.

— To nie moja wina, że jesteś słaby.

— Słaby?

Przyciąga ją bliżej.

— Zobaczymy wieczorem.

Śmiali się wtedy.

Jakby świat był tylko ich.

Gabi wróciła do kuchni pełnej okruszków.

Tamte dwie osoby wydawały się kimś zupełnie innym.

W samochodzie dzieci kłóciły się z tyłu o muzykę.

Radio grało coś wesołego.

Zbyt wesołego.

Stała na światłach.

Sięgnęła po telefon.

Wiedziała, że nie powinna.

Ale palec już przesuwał ekran.

Ta sama aplikacja.

Obce twarze.

Uśmiechy.

Zdjęcia z siłowni.

Z wakacji.

Z restauracji.

To było absurdalne.

A jednak jej brzuch zareagował.

Nie na nich.

Na MOŻLIWOŚĆ.

Na to, że gdzieś istnieje spojrzenie, które nie widzi w niej:

mamy

żony

ogarniaczki

tylko kobietę.

Światło zmieniło się na zielone.

— Mamo! Zielone! — krzyknął starszy.

Ktoś zatrąbił.

Odłożyła telefon.

Oddychała trochę szybciej niż powinna.

W pracy wszystko było normalne.

Za normalne.

Kolega opowiadał o weekendzie przy ekspresie do kawy.

— I wtedy pies wskoczył do jeziora! — śmiał się.

Ktoś inny komentował pogodę.

Gabi siedziała przy biurku i patrzyła w ekran.

Czytała maila trzeci raz.

Nie pamiętała ani jednego zdania.

Bo wyobrażała sobie coś zupełnie innego.

Że wychodzi z budynku.

Nie jedzie do przedszkola.

Nie do domu.

Idzie przed siebie.

I ktoś idzie obok niej.

Nie mówi dużo.

Ale patrzy.

Tak, jakby naprawdę chciał ją zobaczyć.

— Gabi?

Podniosła głowę.

Szef stał przy jej biurku.

— Wszystko w porządku?

Sekunda ciszy.

— Tak — powiedziała szybko. — Jasne.

Uśmiechnęła się profesjonalnie.

Szef skinął głową i odszedł.

Gabi patrzyła jeszcze chwilę w monitor.

Serce biło trochę za szybko.

I wtedy zrozumiała coś niepokojącego.

To nie był jednorazowy impuls.

To było pęknięcie.

Małe.

Prawie niewidoczne.

Ale już otwarte.

I dopiero się zaczynało.Rozdział 3

Marta

Ekspres do kawy w pracy zawsze brzmiał tak, jakby miał za chwilę eksplodować.

Gabi stała oparta o blat i patrzyła, jak czarna strużka wlewa się do kubka. Kuchnia była mała, duszna. Pachniało kawą i podgrzanym mlekiem.

Jej dłonie były chłodne.

— Wyglądasz, jakbyś nie spała — powiedziała Marta, wchodząc do środka.

Marta miała krótkie włosy, szybki krok i spojrzenie, które wyłapywało więcej, niż większość ludzi chciała pokazać.

— Spałam — odpowiedziała Gabi. — Tylko… późno.

Marta sięgnęła po kubek.

— Co się dzieje?

To pytanie nie było wścibskie.

Było spokojne. Gotowe na odpowiedź.

Gabi wzruszyła ramionami.

— Nic konkretnego.

Marta nalała mleka do kawy i oparła się biodrem o blat.

— To najgorsze „nic konkretnego”, jakie słyszałam w tym tygodniu.

Gabi uśmiechnęła się słabo.

Przez chwilę zastanawiała się, czy w ogóle zaczynać. To było absurdalne. Trochę wstydliwe. Jak przyznanie się do czegoś dziecinnego.

Ale coś w niej chciało to powiedzieć na głos.

— Masz kiedyś tak — zaczęła powoli — że niby wszystko jest w porządku… a jednak czujesz, że coś się wypala?

— W związku?

Gabi skinęła głową.

— My się nie kłócimy. Nie ma dramatu. Po prostu… jakbyśmy przestali się widzieć.

W kuchni ktoś wszedł, wyjął kubek ze zmywarki i wyszedł. Drzwi zamknęły się miękko.

Marta nawet nie odwróciła głowy.

— Kiedy ostatni raz rozmawialiście o czymś innym niż dzieci i logistykę?

Gabi zaśmiała się krótko.

— Nie wiem. Może w zeszłym roku.

— A kiedy ostatni raz ktoś spojrzał na ciebie tak, że poczułaś się kobietą, nie funkcją?

To pytanie trafiło prosto w brzuch.

Gabi odwróciła wzrok.

— Właśnie o to chodzi.

Marta czekała.

Nie ratowała jej. Nie zmieniała tematu.

— Wczoraj… — Gabi ściszyła głos. — Zaczęłam sobie coś wyobrażać.

— Co?

Gabi poczuła, jak policzki robią się ciepłe.

— Że ktoś na mnie patrzy. Tak naprawdę. Nie dlatego, że czegoś ode mnie chce. Tylko dlatego, że mnie chce.

Serce zaczęło jej bić szybciej.

— I?

— I wyobraziłam sobie, że stoi za mną. Kładzie dłonie na moich biodrach. Nie spieszy się. Nie mówi, co trzeba jutro zrobić.

Jej głos prawie zniknął.

— I że ja nie muszę być odpowiedzialna za wszystko.

Marta milczała przez kilka sekund.

— To konkretny ktoś?

— Nie. Bez twarzy.

— To dobrze.

Gabi podniosła na nią wzrok.

— Dobrze?

— Bo to znaczy, że nie chodzi o zdradę. Tylko o brak.

Te słowa opadły ciężko.

— Jaki brak?

Marta upiła łyk kawy.

— Brak bycia widzianą. Brak napięcia. Brak przestrzeni tylko dla ciebie.

Gabi poczuła, że coś w niej się napina.

— A jeśli to początek czegoś? — zapytała. — Jeśli pewnego dnia ta twarz się pojawi?

Marta spojrzała na nią uważnie.

— To pytanie brzmi inaczej.

— Jak?

— Nie „czy to normalne”. Tylko „czy pozwolę, żeby to się stało”.

Gabi milczała.

— Posłuchaj — powiedziała Marta spokojnie. — Fantazje są jak alarm. One nie są problemem. Pokazują tylko, gdzie coś boli.

— A jeśli w domu już się nie da? — zapytała Gabi prawie szeptem.

Marta nie odpowiedziała od razu.

— To najpierw trzeba to sprawdzić — powiedziała w końcu. — A nie uciekać w wyobrażenie, że gdzieś indziej będzie łatwiej.

Część Gabi chciała usłyszeć coś innego.

„Masz prawo. Żyj. Szalej.”

Ale Marta nigdy nie była od podkręcania ognia.

Była od patrzenia na konsekwencje.

— Nie potępiam cię — dodała łagodniej. — Po prostu wiem, że najłatwiej zakochać się w wersji siebie, którą ktoś nowy widzi przez pierwsze trzy miesiące.

To zdanie zabolało najbardziej.

Bo było prawdziwe.

Gabi odetchnęła głęboko.

— Czyli co? Mam przestać fantazjować?

Marta wzruszyła ramionami.

— Nie. Ale może zamiast wyobrażać sobie czyjeś ręce… spróbuj powiedzieć mężowi, że chcesz, żeby na ciebie patrzył.

Gabi zaśmiała się nerwowo.

— To brzmi bardziej przerażająco niż zdrada.

— No właśnie.

Telefon zadzwonił gdzieś na korytarzu.

Przerwa.

Wracały do pracy.

Gabi szła wolniej.

Fantazja wciąż w niej była.

Ale teraz miała nazwę.

Brak.

I pytanie, które nie dawało jej spokoju:

Czy odważy się spróbować w domu…

zanim twarz z jej wyobraźni stanie się prawdziwa?Rozdział 4

Obok siebie

Niedziela zaczęła się od trzasku drzwi do łazienki.

— To ja pierwsza! — krzyknęła córka.

— Nieprawda! Ja mówiłem wczoraj! — odpowiedział syn.

Gabi otworzyła oczy. Przez chwilę nie wiedziała, która jest godzina.

Obok niej mąż leżał na plecach, z ręką pod głową. Patrzył w sufit.

— Słyszysz to? — mruknął.

— Żyjemy — odpowiedziała.

Uśmiechnął się kątem ust.

Mało.

Ale jednak.

W kuchni pachniało kawą.

Zrobił ją pierwszy.

Kiedyś takie drobiazgi znaczyły więcej.

Stał przy blacie w dresach. Włosy miał potargane, oczy jeszcze lekko zaspane. W weekendy wyglądał młodziej.

— Chleb się kończy — powiedział, zaglądając do szafki.

— Wiem.

Wyjęła ostatnią kromkę.

— Zawsze kończy się w niedzielę.

Kroiła ją powoli. Nóż zahaczył o twardszą skórkę. Okruszki rozsypały się po blacie.

— Mamo! On mi zabrał miód! — dobiegło z pokoju.

— Nie zabrałem, tylko pożyczyłem!

Mąż westchnął.

— Idę negocjować rozejm.

Minął ją w wąskiej przestrzeni między stołem a zlewem. Musnęli się ramionami.

Ułamek sekundy.

Jej ciało zareagowało szybciej niż myśl.

Zatrzymała oddech.

On tego nie zauważył.

Po chwili wrócił z miodem i dwójką dzieci, które już śmiały się z czegoś zupełnie innego.

Przy stole było głośno.

Ktoś rozlał sok.

Ktoś się oburzył.

Ktoś śmiał się z pełnymi ustami.

Gabi patrzyła na nich i przez moment poczuła coś miękkiego w środku.

TO JEST MOJE ŻYCIE.

Ale tuż obok tego uczucia pojawiło się inne.

Jak cień.

— W tym tygodniu wrócę później — powiedział nagle, sięgając po telefon. — Projekt się przeciąga.

Ekran rozświetlił jego twarz.

— Okej — odpowiedziała.

Chciała zapytać: który projekt?

Z kim?

Jak długo?

Nie zapytała.

Zamiast tego dolała sobie kawy.

— Pamiętasz, jak kiedyś w niedziele wychodziliśmy z domu bez planu? — rzuciła, udając lekkość.

Spojrzał na nią.

— Teraz też możemy.

— Z dziećmi, zakupami i praniem?

Uśmiechnął się szerzej.

— Brzmisz jak moja mama.

— A ty jak mój ojciec.

Przez chwilę patrzyli na siebie dłużej.

Coś zawisło między nimi.

Nie wrogość.

Coś trudniejszego.

Znajomość.

Po śniadaniu sprzątała talerze.

On stał przy zlewie i płukał kubki.

Pracowali obok siebie jak dobrze zgrany zespół.

Sprawnie.

Cicho.

Bez dotyku.

Bez spojrzenia.

Bez iskry.

W południe wyszła sama do parku.

— Długo będziesz? — zapytał.

— Nie wiem. Godzinę?

Skinął głową.

Nie zapytał: _wszystko w porządku?_

W parku usiadła na ławce.

Obok jakaś kobieta śmiała się do telefonu.

— Nie, no przestań… wiesz, że lubię, jak tak mówisz…

Ten śmiech był miękki.

Intymny.

Gabi poczuła ciepło pod skórą.

To nie była zazdrość o konkretną osobę.

To była zazdrość o TEN TON.

Wieczorem, kiedy dzieci w końcu zasnęły, mieszkanie ucichło.

Leżeli obok siebie.

Ciemność była gęsta.

Słyszała jego oddech.

Wystarczyłoby przesunąć rękę.

Dotknąć jego pleców.

Przyciągnąć go bliżej.

Przez sekundę naprawdę tego chciała.

Nie fantazję.

Jego.

Poruszył się lekko, jakby zmieniał pozycję. Ich kolana zetknęły się pod kołdrą.

Czekała.

On odsunął się odruchowo, szukając wygodniejszego miejsca.

Mały ruch.

Centymetr.

Wystarczył.

Gabi zamknęła oczy.

Nie dlatego, że chciała uciekać.

Dlatego, że nie wiedziała już, czego boi się bardziej:

że NIC SIĘ NIE WYDARZY…

czy że JEDNAK SIĘ WYDARZY.

Jej małżeństwo nie pękało.

Ono się rozsuwało.

Cicho.

Centymetr po centymetrze.

A ona nie była pewna, czy ma jeszcze siłę przesunąć się w jego stronę pierwsza.Rozdział 5

Wieczór, który zostaje pod skórą

Tego wieczoru cisza była gęstsza niż zwykle.

Nie dlatego, że dom był cichszy.

Dlatego, że w niej coś się przesunęło.

Jak półka, która przez lata dźwigała za dużo i nagle osunęła się o centymetr.

Gabi zgasiła światło w salonie. Zostawiła tylko małą lampkę przy kanapie. Ciepłe światło wygładzało krawędzie mebli, sprawiało, że pokój wydawał się łagodniejszy.

Mąż poszedł spać wcześniej.

— Projekt — powiedział krótko.

Nie zapytała jaki.

Usiadła z kocem na ramionach. Na stoliku parowała herbata. Nie była spragniona. Potrzebowała tylko czegoś ciepłego w dłoniach.

Przymknęła oczy.

Bała się, że dziś nic nie przyjdzie.

Że zostanie sama ze sobą. Z pustką.

Nie była sama.

On był bliżej niż poprzednio.

Nie nachalnie. Nie gwałtownie.

Po prostu bliżej.

Czuła go jak zmianę powietrza. Jak czyjąś obecność tuż za ramieniem.

Tym razem nie siedzieli naprzeciw siebie.

Stał obok.

To „obok” miało znaczenie.

Nie naprzeciw. Nie ponad. Nie przed.

Obok.

Jej oddech przyspieszył minimalnie.

W wyobraźni zrobiła pół kroku. Ramię niemal dotknęło jego klatki piersiowej. Jeszcze nie kontakt. Ale już ciepło.

Wyraźne.

Pod kocem przesunęła dłonią po własnym przedramieniu. Powoli. Jakby sprawdzała, czy to naprawdę ona reaguje.

Skóra była czujna. Wrażliwa.

W fantazji jego dłoń uniosła się. Zatrzymała przy jej plecach.

Nie dotknęła.

To zawieszenie było jak napięta struna.

Serce uderzyło mocniej.

Nie z lęku.

Z rozpoznania.

Ciepło spłynęło niżej. Do brzucha. Głębiej. Do miejsca, które od dawna reagowało tylko wtedy, gdy było trzeba.

Teraz reagowało, bo chciało.

Odwróciła twarz minimalnie w jego stronę. Nie po pocałunek. Po bliskość. Po to, by ktoś był wystarczająco blisko, żeby mogła przestać udawać, że niczego nie potrzebuje.

W tej przestrzeni nie musiała być gotowa.

Nie musiała się spieszyć.

Nie musiała spełniać oczekiwań.

Była tylko oddechem. Ciałem. Ciepłem pod skórą.

Dreszcz przeszedł wzdłuż jej kręgosłupa.

Zatrzymała dłoń na brzuchu. Pozwoliła temu trwać.

Nie gasiła.

Nie przyspieszała.

Po prostu była.

Kiedy otworzyła oczy, salon wyglądał tak samo.

Lampa świeciła. Herbata wystygła.

Ale jej ciało było bardziej obecne niż od lat.

Wstała powoli. Zaniosła kubek do kuchni. Zatrzymała się przy oknie.

Na zewnątrz ktoś szedł szybko, z pochyloną głową.

Każdy coś niesie, pomyślała.

Swoje przemilczenia. Swoje tęsknoty.

Dotknęła palcami własnej szyi. Miejsca, które w wyobraźni prawie zostało dotknięte.

I wtedy przyszła myśl, której nie chciała wcześniej nazwać:

To nie chodzi o niego.

Chodzi o to, że ona zaczyna czuć siebie.

Przed snem wyjęła z szuflady małą kartkę. Długopis zawahał się na sekundę.

Napisała:

„Chcę być widziana.”

Tym razem to nie było marzenie.

To brzmiało jak początek decyzji.

Wsunęła kartkę z powrotem.

Położyła się do łóżka.

Obok męża.

Ale w jej ciele coś już nie spało.Rozdział 6

Kilka zwykłych zdań

Spotkali się przy ekspresie do kawy.

Tak po prostu.

Bez zapowiedzi.

Bez żadnego szczególnego powodu.

Prawie na siebie wpadli.

— Przepraszam — powiedział, cofając się o pół kroku.

Uśmiechnął się krótko. Trochę niepewnie.

Jak ktoś, kto nie zaczyna rozmów z obcymi zbyt często.

— Nic się nie stało — odpowiedziała.

Przez chwilę stali zbyt blisko.

Na tyle blisko, że poczuła zapach jego perfum. Cichy. Nieostentacyjny. Ciepły.

Miał zmęczone oczy.

Nie takie, które tylko udają zmęczenie.

Prawdziwe.

Jakby coś w nim też było od dawna niedospane.

To uderzyło ją najmocniej.

— Zawsze jest tu kolejka, kiedy człowiek najbardziej się spieszy — rzucił, wskazując na ekspres.

— Jakby robił to specjalnie — odpowiedziała. — Sprawdzał, kto naprawdę potrzebuje kawy.

Spojrzał na nią uważniej.

Nie jak mężczyzna na kobietę.

Jak człowiek na człowieka.

Zaśmiali się krótko.

Ten śmiech nie był flirtowaniem.

Nie miał w sobie obietnicy.

Był lekki.

A lekkości brakowało jej najbardziej.

— Dawno tu pracujesz? — zapytał.

— Kilka lat. Wystarczająco długo, żeby wiedzieć, gdzie najlepiej usiąść, kiedy chce się mieć spokój.

— Jest takie miejsce?

Uniósł lekko brew.

— Jest — odpowiedziała. — Ale nie zdradzam sekretów od razu.

Między nimi zawisła chwila ciszy.

Nie niezręcznej.

Uważnej.

Ekspres zapikał.

Strumień kawy spłynął do kubków.

Ten dźwięk brzmiał jak sygnał końca chwili.

Sięgnęli po kubki niemal jednocześnie.

Ich palce musnęły się przypadkiem.

Dosłownie ułamek sekundy.

Ale jej ciało zareagowało szybciej niż myśl.

Ciepło, które znała z wieczornych fantazji, pojawiło się nagle.

Bez zapowiedzi.

Spojrzała na niego.

On też to poczuł — zobaczyła to w lekkim zawahaniu jego dłoni.

— Miłego dnia — powiedział ciszej niż wcześniej.

— Tobie też.

Odwróciła się pierwsza.

Wracając do biurka, była dziwnie świadoma własnych kroków.

Ruchu bioder.

Materiału spodni przesuwającego się po udach.

Nie dlatego, że chciała być widziana.

Dlatego, że poczuła się obecna.

Reszta dnia była zwyczajna.

Maile.

Poprawki.

Terminy.

Ale między jednym kliknięciem a drugim wracało to krótkie dotknięcie.

Nie jako obraz.

Jako odczucie.

Wieczorem, zamykając komputer, pomyślała coś, co ją samą zaskoczyło.

Nie chodzi o niego.

Chodzi o to, że przy nim nie była rolą.

Nie była „ogarnięciem”.

Nie była „załatwieniem”.

Była kobietą, która może odpowiedzieć żartem.

Która może zatrzymać czyjeś spojrzenie o sekundę dłużej.

W drodze do domu nie wyobrażała sobie jego twarzy.

Wyobrażała sobie siebie.

Tę sprzed lat.

Tę, która rozmawiała z ludźmi bez kalkulowania, czy to coś znaczy.

Tego wieczoru zasnęła szybciej.

Nie po to, żeby uciec.

Po to, żeby sprawdzić, czy fantazja nadal należy tylko do niej —

czy zaczyna mieć czyjeś realne kontury.

I po raz pierwszy pojawiło się pytanie, którego wcześniej unikała:

Czy pragnienie wystarczy,

jeśli zostanie tylko w wyobraźni?Rozdział 7

Między winą a pragnieniem

Wina przyszła nocą.

Nie krzyczała.

Nie robiła scen.

Usiadła cicho na brzegu łóżka, jak ktoś, kto ma prawo tam być.

Gabi leżała na plecach i patrzyła w sufit.

Ciemność miała znajomy kształt.

Plama światła z ulicznej latarni przecinała ścianę cienką smugą.

Mąż spał obok, odwrócony plecami.

Jego oddech był równy.

Spokojny.

Nieświadomy.

Czuła jego obecność jak ciężar, którego nie chciała zrzucać —

bo był częścią jej życia, nawet jeśli przestał być częścią jej bliskości.

_To tylko myśli_ — powiedziała do siebie w myślach.

_Nikogo nie zdradzam._

A jednak coś w środku drżało.

Jakby przekraczała niewidzialną granicę.

Granice nie zawsze robią hałas.

Czasem przesuwają się powoli.

Tak cicho, że orientujesz się dopiero wtedy, gdy jesteś już po drugiej stronie.

Odwróciła się na bok.

Przez chwilę patrzyła na jego plecy.

Kiedyś znała je inaczej.

Pamiętała je pochylone nad nią.

Ciepłe.

Bliskie.

Teraz między nimi było powietrze.

Nie zimne.

Po prostu puste.

Przesunęła palcami po prześcieradle między nimi.

Ta przestrzeń była mała.

A jednak wystarczająco duża, żeby pomieścić milczenie kilku lat.

Zamknęła oczy.

Nieznajomy nie przyszedł od razu.

Jakby czekał.

Jakby tym razem decyzja należała do niej.

W głowie pojawiła się inna scena.

Ekspres do kawy.

Krótki śmiech.

Dłoń, która na sekundę dotknęła jej palców.

Michał.

To było dziwnie bardziej niepokojące niż fantazje.

Fantazje były bezpieczne.

Nie miały konsekwencji.

Były tylko miejscem, do którego można było odpłynąć na chwilę.

Ale realny człowiek…

realny człowiek zawsze niesie ze sobą zmianę.

Westchnęła cicho.

Wstała z łóżka tak, żeby go nie obudzić.

Podłoga w kuchni była chłodna.

Zimno przeszło przez stopy aż do łydek, jakby chciało ją otrzeźwić.

Nalała sobie wody.

Szklanka stuknęła lekko o blat.

Ten dźwięk w nocnej ciszy zabrzmiał głośniej, niż powinien.

Oparła się o kuchenny blat.

_Czego ty właściwie chcesz?_ — zapytała siebie w myślach.

Odpowiedź przyszła zaskakująco szybko.

Chcę być widziana.

Nie podziwiana.

Nie pożądana jak w filmach.

Widoczna.

Z całym zmęczeniem.

Z niedoskonałością.

Z potrzebą bycia dotkniętą nie tylko ciałem, ale uwagą.

Przez chwilę patrzyła przez okno.

Na pustą ulicę.

Na światła mieszkań w bloku naprzeciwko.

I nagle pojawiła się myśl, której wcześniej nie dopuszczała.

Może inni też tak żyją.

Obok siebie.

A nie razem.

Wróciła do sypialni.

Stała chwilę przy łóżku.

Patrzyła na męża.

Nie czuła złości.

Czuła żal.

Za czymś, co zniknęło bez pożegnania.

Za rozmowami, które kiedyś kończyły się ciszą pełną napięcia —

a nie pustką.

Położyła się z powrotem.

Tym razem na plecach.

Oddychała wolniej.

Zamknęła oczy.

Nieznajomy pojawił się dopiero po chwili.

Stał naprzeciw niej.

Spokojny.

Cierpliwy.

Nie wyciągał ręki.

Nie kusił.

Po prostu był.

Uważny.

I to bolało najbardziej.

Bo jeden mężczyzna w tym pokoju był prawdziwy.

A drugi tylko w jej wyobraźni.

A jednak przy tym drugim czuła się bardziej obecna.

Długo nie mogła zasnąć.

Kiedy w końcu odpłynęła, była już prawie czwarta nad ranem.

Budzik zadzwonił zbyt szybko.

Sięgnęła po telefon jeszcze z zamkniętymi oczami.

Jedna wiadomość.

Nie od Marty.

Nie od męża.

Nieznany numer.

Przez chwilę tylko patrzyła na ekran.

Potem otworzyła.

„Chyba znalazłem to miejsce w biurze, gdzie można mieć spokój.

— Michał”

Serce uderzyło mocniej.

Przez głowę przemknęła jedna myśl:

_Ja nie dawałam mu numeru._

I nagle poczuła coś jeszcze.

Nie tylko niepokój.

Ciekawość.Rozdział 8

Drugi raz to już nie przypadek

Tym razem zobaczyła go pierwsza.

Stał przy oknie na końcu korytarza, z kubkiem kawy w dłoni.

Jedną rękę miał w kieszeni spodni.

Patrzył przez szybę.

Ale nie na miasto.

Raczej gdzieś dalej.

Albo głębiej.

Poranne światło rysowało na jego twarzy spokojny profil.

Nic szczególnego.

A jednak Gabi zwolniła krok.

Nie dlatego, że chciała go dogonić.

Dlatego, że jej ciało zareagowało szybciej niż myśl.

Serce przyspieszyło.

Bez powodu.

Albo właśnie z powodu.

— Dzień dobry — powiedziała.

Odwrócił się.

Na jego twarzy pojawiło się lekkie zaskoczenie, które po chwili zmieniło się w uśmiech.

— Dzień dobry. Znowu przyłapałaś mnie na ucieczce od pracy.

— Myślę, że połowa ludzi w tym biurze robi to samo — odpowiedziała. — Tylko udajemy, że idziemy po kawę.

Zaśmiał się.

Tym razem swobodniej.

— Czyli ekspres to oficjalna strefa ewakuacji?

— Dokładnie.

Najbezpieczniejsze miejsce w firmie.

Stanęła obok niego przy oknie.

Ramię niemal przy ramieniu.

Nie dotykali się.

A jednak była świadoma jego obecności bardziej, niż powinna.

Zapachu kawy.

Ciepła jego ciała.

Cisza trwała kilka sekund.

I była zaskakująco przyjemna.

— Czasem dobrze tak stanąć — powiedziała w końcu — i popatrzeć w okno.

— Żeby przypomnieć sobie, że istnieje świat poza mailami?

— Albo że gdzieś indziej ludzie mają normalne życie.

Spojrzał na nią.

Uważniej niż wcześniej.

— Myślisz, że mają?

To pytanie ją zaskoczyło.

— Nie wiem — powiedziała szczerze.

— Ale lubię myśleć, że tak.

Przez chwilę milczeli.

Potem zapytał:

— A ty?

— Co ja?

— Masz takie „gdzieś indziej”?

Nie była przygotowana na to pytanie.

Powinna odpowiedzieć lekko.

Żartem.

Ale coś ją zatrzymało.

— Czasem mam wrażenie, że moje życie jest bardzo… poukładane.

— To źle?

Uśmiechnęła się lekko.

— Zależy, czy układałaś je sama.

Nie odpowiedział od razu.

Ale w jego spojrzeniu pojawiło się coś nowego.

Jakby zrozumienie.

Albo ciekawość.

A może jedno i drugie.

— Powinienem wrócić do pracy — powiedział w końcu.

— Ja też.

Nie ruszyli się od razu.

To było dziwne.

Jakby oboje czekali, aż ktoś pierwszy przerwie tę chwilę.

W końcu on zrobił krok w tył.

— Miłego dnia, Gabi.

Zatrzymała się.

— Skąd znasz moje imię?

Uśmiechnął się lekko.

— Open space nie jest tak anonimowy, jak się wydaje.

I odszedł.

Spokojnie.

Bez pośpiechu.

Gabi została jeszcze chwilę przy oknie.

Serce nadal biło szybciej, niż powinno.

To nie było tylko spotkanie.

To było coś w rodzaju pęknięcia w codzienności.

Małego.

Ale wyraźnego.

Wracając do biurka, pomyślała coś, czego wcześniej nie dopuszczała:

Może nie chodzi o to, że jej życie jest złe.

Może chodzi o to, że gdzieś po drodze przestała w nim oddychać.

Wieczorem, kiedy leżała już w łóżku, zamknęła oczy.

Nieznajomy z jej wyobraźni pojawił się jak zwykle.

Ale tym razem miał czyjąś postawę.

Czyjś sposób stania przy oknie.

Czyjeś spokojne milczenie.

Otworzyła oczy gwałtownie.

Serce biło mocno.

Obok mąż spał tak samo jak zawsze.

Spokojnie.

Nieświadomie.

Gabi patrzyła w ciemność i nagle pomyślała coś, co ją przestraszyło.

Nie to, że ktoś inny pojawił się w jej myślach.

Tylko to,

że pierwszy raz od dawna

poczuła,

że jej życie mogłoby wyglądać inaczej.Rozdział 9

Pierwsza decyzja

To on zaproponował kawę.

Nie półgłosem.

Nie z zawahaniem.

Zwyczajnie.

— Wychodzę po kawę do tej małej kawiarni za rogiem. Jeśli masz ochotę, możesz dołączyć. Pięć minut przerwy nikogo nie zabije.

Pięć minut.

Tak niewinnie, że aż trudno było doszukać się w tym czegoś więcej niż kofeiny.

Gabi spojrzała na ekran.

Lista zadań była długa jak zawsze.

Maile napływały jeden po drugim, jakby świat bał się ciszy.

Zerknęła na zegarek.

Poczuła w klatce piersiowej to znajome napięcie — miejsce, w którym zwykle rodziło się _„nie wypada”_.

— Dobrze — powiedziała.

Zanim zdążyła zapytać siebie, czy powinna.

Kiedy wstawała od biurka, poczuła dziwną lekkość.

Jakby zrobiła coś większego niż wyjście po kawę.

Na zewnątrz powietrze było chłodne.

Otrzeźwiające.

Miasto miało zupełnie inny rytm niż biuro.

Samochody mijały ich bez zainteresowania.

Ludzie przechodzili obok z torbami, telefonami przy uchu, psami na smyczach.

Szli obok siebie.

Nie za blisko.

Nie za daleko.

Między nimi była przestrzeń — świadoma.

Ale nie chłodna.

— Lubię to miejsce — powiedział, otwierając drzwi kawiarni. — Nie ma tu pośpiechu.

W środku pachniało kawą i ciepłym ciastem.

Było ciszej niż w biurze.

Miękko.

Usiedli przy małym stoliku pod oknem.

Baristka spieniała mleko, a para unosiła się powoli w górę.

— Często tu uciekasz? — zapytała.

Uśmiechnął się lekko.

— Czasem. To jedyne miejsce, gdzie nikt niczego ode mnie nie chce przez pięć minut.

Gabi skinęła głową.

— To luksus.

— A ty? Masz takie miejsce?

Zastanowiła się chwilę.

— Chyba kiedyś miałam.

— Co się stało?

Uśmiechnęła się krzywo.

— Życie.

Zaśmiał się.

— Klasyczny winowajca.

Rozmawiali dalej.

O drodze do pracy.

O tym, że najładniejsze światło jest późnym popołudniem.

O kawie, która smakuje lepiej, kiedy pije się ją powoli.

Kiedy się śmiała, nie zastanawiała się, czy jej śmiech jest za głośny.

Kiedy mówiła, nie ważyła słów.

Była sobą.

I to było najbardziej niebezpieczne.

Kiedy wychodzili z kawiarni, prawie wpadli na siebie przy drzwiach.

On cofnął się, żeby ją przepuścić.

Ich ramiona lekko się otarły.

To było drobne.

Przypadkowe.

Ale jej ciało zareagowało natychmiast.

Jakby ktoś dotknął miejsca, które dawno było uśpione.

On też to poczuł.

Zawahał się na sekundę.

— Przepraszam.

— Nic się nie stało — odpowiedziała.

Ale oboje wiedzieli, że coś jednak się stało.

Wracając do biura, rozmawiali już mniej.

Nie dlatego, że nie mieli o czym.

Dlatego, że ta chwila była zbyt świeża.

Przy drzwiach zatrzymali się na moment.

— Dzięki za kawę — powiedziała.

— Dzięki, że poszłaś.

Nie _za towarzystwo_.

Nie _za rozmowę_.

Że poszłaś.

Jakby doceniał sam fakt, że się zgodziła.

To zdanie zostało z nią na dłużej.

Reszta dnia minęła poprawnie.

Profesjonalnie.

Zgodnie z planem.

Ale w środku coś było inne.

Między jednym mailem a drugim wracała pamięć tej kawiarni.

Ciepłej filiżanki.

Spokojnej rozmowy.

Tego krótkiego dotknięcia przy drzwiach.

Wieczorem, kiedy leżała już w łóżku, zamknęła oczy.

Nieznajomy z jej wyobraźni nie pojawił się od razu.

Zamiast niego była rzeczywistość.

Stolik przy oknie.

Śmiech.

Jego głos.

I nagle pojawiła się myśl, której wcześniej nie było.

Fantazja była bezpieczna.

Rzeczywistość — żywa.

Leżąc w ciemności, zrozumiała coś jeszcze.

To nie kawa była decyzją.

Decyzją było to,

że pozwoliła sobie wyjść.

I że takie wyjścia

rzadko kończą się tylko kawą.Rozdział 10

Różnica

Wróciła do domu trochę później niż zwykle.

Nie dlatego, że kawa trwała dłużej.

Szła wolniej.

Jakby przedłużając coś, czego jeszcze nie umiała nazwać.

W przedpokoju zdjęła płaszcz.

Z salonu dobiegł krzyk:

— Mamo!

Syn wbiegł w skarpetkach, prawie wpadając na nią w drzwiach.

— Widziałem trzy gole! Trzy! I jeden był taki, że…

Machnął rękami, próbując pokazać coś, czego nie dało się pokazać.

Gabi zaśmiała się.

— Spokojnie, oddychaj.

— Serio, mamo! Jak Ronaldo! Prawie!

— Prawie Ronaldo to też dobrze.

Z salonu wychyliła się córka.

— Mamo, on kłamie. Ten trzeci był przypadkiem.

— Nie był!

— Był!

Gabi uniosła ręce.

— Dobra, dobra. Sędzia wrócił do domu. Nie rozstrzygam.

Dzieci wróciły do telewizora, dalej się sprzeczając.

Ten zwykły hałas domu był znajomy.

Bezpieczny.

Z kuchni dobiegł głos męża.

— Już jesteś?

— Tak.

— Obiad w lodówce, jakbyś była głodna.

To „jakbyś była głodna” było uprzejme.

Poprawne.

Wyjęła talerz.

Włożyła go do mikrofalówki.

Mąż wszedł do kuchni.

Otworzył lodówkę, wyjął butelkę wody.

— Jak dzień? — zapytał.

— W porządku.

— U mnie chaos — westchnął. — Ten projekt mnie wykończy.

— Mhm.

Usiadła przy stole.

On oparł się o blat.

— Jutro znowu wrócę późno — dodał. — Może nawet bardzo późno.

— Dobrze.

Milczeli chwilę.

Gabi poczuła nagle impuls.

Mogła powiedzieć:

_Byłam dziś na kawie z kimś z pracy._

Mogła powiedzieć:

_Śmiałam się._

Mogła powiedzieć:

_Było mi dobrze._

Zamiast tego zapytała:

— Zjesz coś jeszcze?

— Nie, jadłem w pracy.

Kolejna krótka cisza.

— W weekend może gdzieś wyskoczymy z dzieciakami — rzucił nagle. — Do kina czy coś.

— Może.

Nie zapytał: _masz ochotę?_

Powiedział to tak, jak mówi się o zakupach.

Po chwili wrócił do salonu.

— Ej! — zawołał do syna. — Ścisz trochę!

— Ale tato!

— Trochę!

Telewizor przycichł.

Gabi siedziała przy stole jeszcze chwilę.

Patrzyła na talerz.

Nie była głodna.

W łazience oparła dłonie o umywalkę.

Spojrzała w lustro.

W oczach zobaczyła coś nowego.

Nie spektakularnego.

Delikatny błysk.

Jakby pod powierzchnią coś zaczęło się poruszać.

Dotknęła palcami własnej szyi.

Przypomniała sobie kawiarnię.

Światło przy oknie.

Jego głos.

To, że kiedy mówiła, ktoś naprawdę słuchał.

Wieczorem położyła się wcześniej.

Mąż leżał już w łóżku z telefonem.

Ekran świecił mu w twarz zimnym światłem.

— Dzieci śpią? — zapytał.

— Tak.

— Dobrze.

Przewinął coś kciukiem.

— Widziałem dziś śmieszny filmik — powiedział nagle.

— Mhm?

— Gość próbował otworzyć drzwi, które były pchane.

— Klasyk.

Uśmiechnęła się lekko.

On też się uśmiechnął.

Ale rozmowa skończyła się dokładnie tam.

Odłożył telefon.

Zgasił lampkę.

Odwrócił się plecami.

Jak zwykle.

Gabi leżała w ciemności.

Słuchała jego spokojnego oddechu.

Nieznajomy z wyobraźni pojawił się słabiej niż zwykle.

Jakby przestawał być potrzebny w tej formie.

Bo coś z tamtego uczucia było już realne.

I to było najbardziej niepokojące.

Różnica między dzisiejszym dniem a wczorajszym nie polegała na kawie.

Polegała na tym,

że po raz pierwszy od dawna

poczuła się widziana.

Naprawdę.

A kiedy raz poczujesz,

że ktoś patrzy na ciebie uważnie,

bardzo trudno wrócić do bycia przezroczystą.

Leżała jeszcze chwilę w ciszy.

I zrozumiała coś, czego wcześniej unikała.

To nie romans jest zagrożeniem.

Zagrożeniem jest różnica.

Między tym,

jak czuła się dziś po południu,

a tym,

jak czuje się teraz.

I ta różnica

nie chce się już zamknąć.Rozdział 11

Ktoś patrzy

Zaczęło się od spojrzeń.

Nie jego.

Cudzych.

Gabi zorientowała się dopiero przy ekspresie do kawy.

— Byłaś wczoraj w tej kawiarni za rogiem? — zapytała Kasia z księgowości, mieszając cukier w kubku.

Mieszała długo.

Zdecydowanie za długo jak na jedną łyżeczkę.

— Byłam — odpowiedziała Gabi. — Czasem trzeba uciec z biura.

— No tak… — Kasia uśmiechnęła się lekko. — Fajne miejsce.

I tyle.

Za krótkie zdanie.

Jakby reszta została między zębami.

Gabi wzięła kawę i wróciła do swojego biurka.

Przez chwilę patrzyła w ekran.

Litery w mailu rozmywały się.

Czuła coś dziwnego.

Jakby ktoś co chwilę podnosił wzrok.

Podniosła głowę.

Po drugiej stronie open space’u zobaczyła jego.

Stał przy biurku kolegi i o czymś rozmawiał.

Pochylony lekko.

Skupiony.

Nie patrzył na nią.

To ją uspokoiło.

I zabolało jednocześnie.

— Halo.

Gabi podskoczyła.

Marta postawiła kubek na jej biurku.

— Ziemia do Gabi.

— Zamknęłaś się w mailach?

— Chyba w myślach — mruknęła Gabi.

Marta usiadła na brzegu jej biurka.

— Co się dzieje?

— Nic.

— Gabi.

To jedno słowo wystarczyło.

Marta miała ten ton, który mówił: _nie ściemniaj._

— Byłam wczoraj na kawie — powiedziała w końcu Gabi.

— No i?

— Z kimś z pracy.

Marta zmrużyła oczy.

— Aaa.

— Nie „aaa”.

— Spokojnie. Jeszcze nic nie powiedziałam.

— Bo nic nie ma.

— Oczywiście — uśmiechnęła się Marta. — Nigdy nic nie ma na początku.

Gabi westchnęła.

— To była tylko kawa.

— I?

— I… było mi dobrze.

Marta patrzyła na nią chwilę uważnie.

Nie oceniała.

— Kto to?

— Ten z działu projektowego.

— Wysoki?

— Marta.

— No co? Muszę wiedzieć, o kim plotkujemy.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij