-
nowość
Między sesją a nami - ebook
Między sesją a nami - ebook
Lena i Michał — studenci warszawskich uczelni którzy poznają się zupełnym przypadkiem, a ich życie od tego momentu staje się pełne przygód, wyzwań i niespodzianek. Ta powieść to historia o przyjaźni i miłości, pełna romantyzmu, emocji i niezapomnianych przygód, które pokazują, że prawdziwe szczęście można znaleźć w drugiej osobie, w codziennych drobiazgach i w odwadze, by kochać i wspólnie przeżywać każdą chwilę.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 222 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Judyta Grzebień
Między sesją a nami
2026
Wstęp
Warszawa tętniła życiem późnym popołudniem. Ulice pełne były studentów spieszących się na zajęcia, tramwaje sunęły w rytmie codzienności, a kawiarnie wypełniał zapach świeżo parzonej kawy i rozmów o planach, egzaminach i projektach.
Lena szła powoli wzdłuż głównej alei kampusu, trzymając w ręku notatki do seminarium z psychologii. Była skupiona, choć w sercu czuła lekkie podekscytowanie. To był jej pierwszy semestr, a jednocześnie początek nowego etapu życia — pełnego wyzwań, przygód i… niewiadomych.
W tym samym czasie Michał, student architektury, spieszył się na swoje zajęcia, niosąc w rękach teczkę z projektami. Jego myśli krążyły wokół nadchodzących wyzwań, projektów, które musiał oddać, i planów, które wciąż rodziły się w jego głowie.
Los sprawił, że ich ścieżki przecięły się w przejściu między dwoma budynkami uczelni. Lena, pochłonięta notatkami, przypadkowo wpadła na Michała. Te kilka sekund wystarczyło, by ich spojrzenia spotkały się — i żeby w sercach pojawiło się coś, czego oboje jeszcze nie potrafili nazwać.
— Przepraszam… — wyszeptała Lena, spoglądając niepewnie w oczy Michała.
— Nie szkodzi… — odpowiedział Michał, uśmiechając się lekko, choć w jego oczach widać było iskierkę ciekawości.
Tamte kilka sekund, drobny przypadek, stało się początkiem historii, która odmieniła ich życie. Spotkania w kawiarniach, wspólne zajęcia, pierwsze rozmowy i drobne gesty prowadziły ich przez świat studenckiego życia, pełnego przygód, wyzwań i emocji, aż do momentu, gdy oboje odkryli, że prawdziwe szczęście można znaleźć w drugim człowieku.ROZDZIAŁ 1
Warszawa nie pyta, czy jestem gotowa
Warszawa przywitała mnie hałasem, którego nie dało się zignorować. Tramwaje dzwoniły jakby z pretensją, samochody trąbiły bez powodu, a ludzie poruszali się szybko, jakby wszyscy oprócz mnie wiedzieli dokładnie, dokąd zmierzają. Stałam na chodniku z walizką, która nagle wydała mi się zbyt ciężka, i zastanawiałam się, czy to normalne, że w wieku dwudziestu lat człowiek ma ochotę jednocześnie uciec i zacząć wszystko od nowa.
— No dobra, Lena — mruknęłam do siebie. — Psychologia. Warszawa. Nowe życie.
Brzmiało dumnie tylko w teorii.
W praktyce wyglądało to tak, że nie byłam pewna, czy dobrze wysiadłam z autobusu, a Google Maps uparcie twierdziło, że mój nowy adres znajduje się „dwie minuty stąd”, co w warszawskim tłumaczeniu oznaczało co najmniej dziesięć. Walizka obijała mi się o kostkę, a ja co chwilę zerkałam na mijanych ludzi, próbując zgadnąć, kim są. Studentami? Pracownikami korporacji? Kimś, kto już dawno ma życie poukładane?
Zawsze analizowałam. To chyba jeden z powodów, dla których wybrałam psychologię. Albo odwrotnie — to psychologia wybrała mnie. Lubiłam obserwować, wyciągać wnioski, rozkładać emocje na czynniki pierwsze. Tylko że teraz, w tej jednej chwili, czułam wyłącznie chaos.
Kamienica, do której w końcu trafiłam, była starsza, niż się spodziewałam. Wysokie sufity, ciężkie drzwi, klatka schodowa pachnąca kurzem i czyimś obiadem. Pomyślałam, że to zapach dorosłości. Albo przynajmniej jej wersji studenckiej.
Na trzecim piętrze zatrzymałam się, żeby złapać oddech. Serce biło mi szybciej, niż powinno, a w głowie pojawiła się ta sama myśl, co zawsze w momentach przełomowych: A jeśli sobie nie poradzę?
Drzwi otworzyły się, zanim zdążyłam zapukać.
— Ty musisz być Lena! — uśmiechnęła się dziewczyna o kręconych włosach i zbyt energicznym spojrzeniu jak na kogoś, kto najwyraźniej mieszkał tu od rana. — Wchodź, wchodź, bo przeciąg!
To była Anka. Jedna z moich przyszłych współlokatorek. Mówiła szybko, gestykulowała jeszcze szybciej i wyglądała, jakby Warszawa już ją zaakceptowała. Za nią pojawiła się druga dziewczyna — Ola — spokojniejsza, z książką pod pachą i uważnym spojrzeniem, które sprawiło, że poczułam się jednocześnie oceniana i rozumiana.
— Miło cię poznać — powiedziała cicho. — Pokój po lewej jest twój.
Pokój. Moje nowe terytorium. Cztery ściany, łóżko, biurko, okno wychodzące na ruchliwą ulicę. Nic nadzwyczajnego, a jednak coś we mnie drgnęło. To tutaj miałam się uczyć, płakać po niezdanych kolokwiach, śmiać się z dziewczynami o drugiej w nocy i — być może — zakochać się po raz pierwszy tak naprawdę.
— To… realne — powiedziałam bardziej do siebie niż do nich.
Anka roześmiała się głośno. — Poczekaj do pierwszej sesji. Wtedy wszystko staje się bardzo realne.
Rozpakowywanie zajęło mi godzinę, może dwie. Czas w nowym miejscu płynie inaczej. Każda rzecz, którą wyciągałam z walizki, była jak mały kawałek starego życia, który próbowałam wpasować w nowe. Zdjęcie z liceum. Ulubiony kubek. Notes, w którym zapisywałam myśli, kiedy było ich za dużo.
Wieczorem dziewczyny zaproponowały wyjście. „Integracyjne”, jak to nazwała Anka, co brzmiało wystarczająco niewinnie, żebym się zgodziła.
— Tylko na chwilę — zastrzegłam. — Jestem zmęczona.
— Jasne — odpowiedziały chórem. — Zawsze tylko na chwilę.
Warszawska noc była inna niż wszystko, co znałam. Głośniejsza, jaśniejsza, pełna ludzi, którzy wyglądali, jakby każde spotkanie mogło zmienić ich życie. Czułam się trochę jak statystka w filmie, do którego nie dostałam scenariusza.
I wtedy go zobaczyłam.
Stał oparty o bar, z rękami w kieszeniach, rozmawiał z kimś i uśmiechał się półgębkiem. Miał w sobie coś, co przyciągało uwagę, chociaż nie potrafiłam powiedzieć co dokładnie. Może spokój. Może sposób, w jaki obserwował ludzi, zamiast być w centrum uwagi.
— Nie patrz tak — szepnęła Anka, nachylając się do mnie. — Bo jeszcze pomyśli, że jesteś zainteresowana.
— Nie jestem — odpowiedziałam zbyt szybko.
Psychologia uczy, że pierwsze reakcje często są zaprzeczeniem prawdy. Wtedy jeszcze nie chciałam tego przyznać.
Nie wiedziałam, że to spojrzenie — jedno, krótkie, zupełnie niewinne — stanie się początkiem czegoś, co wywróci mój studencki plan do góry nogami. Warszawa nie pytała, czy jestem gotowa. Po prostu zaczęła pisać swoją wersję mojej historii.ROZDZIAŁ 2
Akademik pachnie kawą i cudzym życiem
Obudziłam się za wcześnie. Zdecydowanie za wcześnie jak na kogoś, kto poprzedniego wieczoru obiecywał sobie, że „to tylko na chwilę”. Słońce bezwstydnie wpadało przez okno, a miasto już żyło, jakby nikt nie potrzebował snu ani chwili zawahania.
Leżałam na plecach i wsłuchiwałam się w odgłosy mieszkania. Anka krzątała się w kuchni, coś spadło na podłogę, ktoś przeklął pod nosem. Ola była cicho — zapewne czytała albo udawała, że jeszcze śpi. Wszystko to było nowe, obce, a jednocześnie dziwnie ekscytujące.
Wstałam powoli. Czułam zmęczenie, ale też ten szczególny rodzaj napięcia, który pojawia się tylko wtedy, gdy zaczyna się coś ważnego. Pierwszy dzień na uczelni. Oficjalnie studentka psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Brzmiało to wystarczająco poważnie, żeby lekko mnie to przerażało.
W kuchni unosił się zapach kawy i tostów. Anka siedziała na blacie w piżamie, z nogami podciągniętymi pod siebie, przeglądając telefon.
— Powiedz, że pamiętasz coś z wczoraj — rzuciła, nie podnosząc wzroku.
— Pamiętam — odpowiedziałam, nalewając sobie kawy. — Ty pamiętasz mniej.
— To kłamstwo i pomówienie — parsknęła śmiechem. — Ale serio, było okej?
Zastanowiłam się przez moment. — Było… intensywnie.
— Warszawa w pigułce — skwitowała. — Gotowa na inaugurację?
Spojrzałam na nią znad kubka. — Gotowa to chyba za duże słowo.
Uniwersytet przywitał mnie chłodnymi murami i tłumem studentów, którzy wyglądali, jakby znali się od zawsze. Stałam w auli, ściskając notes, i próbowałam skupić się na przemówieniach, ale myśli uciekały. Do wczorajszego wieczoru. Do spojrzenia, które trwało sekundę za długo.
To był tylko ktoś w barze, powtarzałam sobie. Psychologia zna mechanizm idealizacji. Tyle że teoria nie pomaga, kiedy emocje postanawiają zrobić swoje.
Po zajęciach wyszłam przed budynek, czując lekki zawrót głowy od nadmiaru informacji. Świat wydawał się głośniejszy niż rano.
— Lena?
Odwróciłam się powoli. I już wiedziałam.
Stał kilka metrów ode mnie, z plecakiem przewieszonym przez jedno ramię, jakby wcale się nie spieszył. Michał. Ten sam spokojny wyraz twarzy, ta sama uważność w spojrzeniu.
— My się wczoraj widzieliśmy — powiedział, jakby chciał mnie uspokoić. — W barze.
— Pamiętam — przyznałam. — Architektura, prawda?
Uniósł brwi. — Dobra pamięć.
— Psychologia — odpowiedziałam. — Zawodowa deformacja.
Uśmiechnął się lekko. — To tłumaczy, dlaczego tak się przyglądasz.
Zorientowałam się, że faktycznie to robię, i odwróciłam wzrok. — Nie przyglądam się.
— Jasne — odparł z rozbawieniem. — To może kawa? Na neutralnym gruncie. Bez analiz.
Powinnam była odmówić. Rozsądek podpowiadał, że nie znam tego człowieka, a spontaniczne decyzje rzadko kończą się dobrze. Ale ciekawość była silniejsza.
— Jedna — zgodziłam się. — Mam jeszcze zajęcia.
Kawiarnia po drugiej stronie ulicy była pełna studentów. Zapach świeżo mielonej kawy mieszał się z gwarem rozmów. Usiadłam naprzeciwko niego, czując lekkie napięcie w ramionach.
— Więc — zaczął — dlaczego psychologia?
Zaskoczył mnie tym pytaniem. Ludzie rzadko pytali dlaczego. Zwykle wystarczało co.
— Bo ludzie są bardziej skomplikowani, niż chcą się wydawać — odpowiedziałam po chwili. — A ty? Dlaczego architektura?
Wzruszył ramionami. — Bo lubię mieć wpływ na przestrzeń. Na to, jak ktoś się czuje w miejscu, które widzi codziennie.
Kiwnęłam głową, zapisując tę odpowiedź gdzieś w myślach. — To też trochę psychologia.
— Właśnie dlatego lubię z tobą rozmawiać — stwierdził spokojnie.
Serce zabiło mi szybciej, zupełnie niepotrzebnie. — Dopiero się poznajemy — zauważyłam.
— To wystarczający początek.
Przez chwilę piliśmy kawę w ciszy. Nie była niezręczna. Raczej… komfortowa. Jakby oboje czuli, że nie trzeba jej wypełniać słowami.
— Wiesz — powiedział nagle — Warszawa potrafi przytłoczyć. Dobrze mieć kogoś, kto też jest nowy.
Spojrzałam na niego uważnie. — To propozycja przyjaźni czy coś więcej?
Uniósł kącik ust. — A jeśli jeszcze nie wiem?
Uśmiechnęłam się, czując, że to pytanie zostanie ze mną dłużej, niż powinno.
Kiedy w końcu się rozeszliśmy, miasto wydawało się mniej obce. Nie wiedziałam, kim dokładnie stanie się dla mnie Michał. Wiedziałam tylko, że ta jedna kawa nie była przypadkiem.ROZDZIAŁ 3
Pierwsze zajęcia, pierwsze złudzenia
Pierwsze zajęcia z psychologii zawsze wyobrażałam sobie jako coś przełomowego. Jakby ktoś miał stanąć przed nami i jednym zdaniem wyjaśnić, dlaczego ludzie robią to, co robią, i dlaczego ja czuję dokładnie to, co czuję w tej chwili. Rzeczywistość była mniej filmowa, ale nie mniej intensywna.
Sala była pełna. Zbyt pełna. Ludzie siedzieli na parapetach, opierali się o ściany, szeptali między sobą, próbując sprawiać wrażenie, że wszystko mają pod kontrolą. Ja zajęłam miejsce w trzecim rzędzie, wyciągnęłam notes i długopis, jakby to mogło mnie uchronić przed zagubieniem.
— Stres adaptacyjny — powiedział prowadzący, przechadzając się przed nami. — Normalny. Potrzebny. Jeśli go nie czujecie, to znaczy, że coś jest nie tak.
Kilka osób nerwowo się roześmiało. Ja poczułam ulgę. Skoro stres był normalny, to może nie byłam aż tak bardzo nie na miejscu.
Notowałam skrupulatnie, choć myśli co chwilę uciekały. Do kawiarni. Do spojrzenia Michała. Do tego, w jaki sposób powiedział, że lubi ze mną rozmawiać, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie.
To tylko rozmowa, przypomniałam sobie. Nie projektuj przyszłości po jednej kawie.
Psychologia zna ten mechanizm aż za dobrze.
Po zajęciach Magda dogoniła mnie na korytarzu. — Idziesz na integrację roku? Dzisiaj wieczorem.
— Już? — zdziwiłam się.
— Warszawa nie traci czasu — uśmiechnęła się. — Podobno ma być pół architektury.
Zatrzymałam się na moment. — Architektury?
— Tak, bo lokale obok wydziałów są już zajęte. A czemu pytasz? — spojrzała na mnie uważnie.
— Bez powodu — odpowiedziałam zbyt szybko. — Zobaczę, jak będę się czuła.
Prawda była taka, że wiedziałam. Wiedziałam, że pójdę.
Wieczorem mieszkanie znowu wypełniło się hałasem. Anka szykowała się przed lustrem, Ola siedziała na łóżku z telefonem.
— Wyglądasz jak ktoś, kto mówi, że idzie „tylko na chwilę” — zauważyła Ola, gdy poprawiałam włosy.
— Przypadek — odparłam.
— Jasne.
Lokal był głośny, duszny i pełen ludzi, którzy dopiero uczyli się swoich imion. Stałam z Magdą przy barze, sącząc drinka i obserwując tłum, kiedy zobaczyłam go ponownie.
Michał stał w grupie znajomych, śmiał się, ale gdy nasze spojrzenia się spotkały, jego uśmiech zmienił się nieznacznie. Jakby zobaczył coś znajomego w chaosie.
— Lena — powiedział, podchodząc. — Przewidywałem, że tu będziesz.
— Psychologia czy intuicja? — zapytałam.
— Architektoniczne wyczucie przestrzeni — odpowiedział. — A ty? Dobrze się bawisz?
Rozejrzałam się. — Jeszcze nie wiem.
— Mogę pomóc — zaproponował, podając mi rękę.
Przez sekundę się wahałam. Potem ją przyjęłam.
Tańczyliśmy bez planu, bez choreografii, śmiejąc się z własnej nieporadności. Jego dłoń na mojej talii była ciepła i pewna, a ja nagle przestałam analizować każdy ruch. Było po prostu… dobrze.
— Uważaj — powiedział cicho, nachylając się do mnie. — Psychologia uczy, że pierwsze wrażenia bywają mylące.
Spojrzałam na niego z uśmiechem. — A architektura?
— Architektura mówi, że jeśli fundament jest solidny, resztę da się zbudować.
Serce zabiło mi szybciej. Zbyt szybko jak na kogoś, kto obiecywał sobie dystans.
Kiedy wracałam do mieszkania późno w nocy, miasto było spokojniejsze. A ja — bardziej zagubiona niż rano, ale też dziwnie szczęśliwa.
Pierwsze zajęcia przyniosły wiedzę. Pierwsze złudzenia przyszły same.ROZDZIAŁ 4
Nowe znajomości
Studia szybko uczą jednej rzeczy: nic nie dzieje się w pojedynkę. Nawet jeśli wchodzisz w nowe życie z przekonaniem, że poradzisz sobie sama, rzeczywistość weryfikuje to szybciej, niż zdążysz zaparzyć poranną kawę.
Nasze mieszkanie zaczęło żyć własnym rytmem już po kilku dniach. Anka zawsze wstawała pierwsza, robiąc hałas wystarczający, by obudzić cały pion kamienicy. Ola przeciwnie — poruszała się cicho, jakby nie chciała nikomu przeszkadzać, a ja gdzieś pomiędzy próbowałam znaleźć swoje miejsce. W tej trójce, w tej przestrzeni, w tym mieście.
— Kto zjadł moje jogurty? — zapytała Anka pewnego ranka, stojąc przed lodówką z miną zdradzonej.
— To nie ja — odezwała się Ola, nawet na nią nie patrząc.
Spojrzenia obu dziewczyn skierowały się na mnie.
— Psychologia uczy, że oskarżanie bez dowodów niszczy relacje — powiedziałam spokojnie.
— A życie uczy, że jogurty same nie znikają — odparła Anka, po czym wybuchnęła śmiechem. — Spokojnie, znalazłam je u siebie.
Takie momenty były drobne, banalne, a jednak zaczynały znaczyć więcej, niż chciałam przyznać. Wieczorne rozmowy przy herbacie. Narzekanie na zajęcia. Śmiech z rzeczy, które dla nikogo poza nami nie byłyby zabawne. To była ta część studenckiego życia, o której nikt nie mówi w oficjalnych broszurach.
Psychologia wciągała mnie coraz bardziej. Zajęcia były intensywne, pełne dyskusji i teorii, które zaczynałam widzieć wszędzie — w rozmowach na korytarzu, w spojrzeniach ludzi w tramwaju, a nawet we własnych reakcjach. Analizowałam siebie częściej, niż powinnam.
Szczególnie wtedy, gdy myśli zaczynały krążyć wokół Michała.
Nie widywaliśmy się codziennie, co paradoksalnie tylko podsycało moją ciekawość. Czasem wymienialiśmy krótkie wiadomości. Czasem spotykaliśmy się przypadkiem na kampusie. Zawsze zbyt krótko. Zawsze tak, że po rozstaniu miałam wrażenie, że coś zostało niedopowiedziane.
— Ty się uśmiechasz do telefonu — zauważyła Ola pewnego wieczoru, gdy siedziałyśmy na kanapie.
— Bez sensu — odpowiedziałam automatycznie, odkładając go obok siebie.
— Jasne — wtrąciła Anka. — Każda z nas zna ten „bezsens”.
Westchnęłam. — To nic takiego. Po prostu… znajomy.
— Najlepsi znajomi zawsze zaczynają się od „to nic takiego” — stwierdziła Ola spokojnie.
Zamilkłam. Może właśnie to mnie najbardziej niepokoiło. Że nie potrafiłam jednoznacznie nazwać tego, co się działo. A brak definicji wcale nie oznaczał braku emocji.
Któregoś popołudnia wracałam z zajęć później niż zwykle. Padał deszcz, taki warszawski — drobny, uporczywy, wchodzący pod ubranie. Stałam na przystanku, owinięta szalikiem, kiedy usłyszałam swoje imię.
— Znowu zbieg okoliczności? — zapytał Michał, stając obok mnie.
— Zaczynam podejrzewać, że to jakaś teoria, której jeszcze nie znam — odpowiedziałam.
Uśmiechnął się. — Idziesz w dobrą stronę?
— Jak zwykle. Czyli nie do końca wiem.
Wsiedliśmy do tego samego tramwaju. Było tłoczno, staliśmy blisko siebie, zbyt blisko, żeby to było zupełnie obojętne. Czułam jego obecność intensywniej niż powinnam. Jakby w całym tym hałasie był jedyną stałą.
— Jak studia? — zapytał.
— Ciężej, niż się spodziewałam. Ale dobrze. A u ciebie?
— Architektura to ciągłe poprawianie czegoś, co i tak nigdy nie jest idealne — wzruszył ramionami. — Brzmi znajomo?
Kiwnęłam głową. — Psychologia mówi, że dążenie do ideału to prosta droga do frustracji.
— A jednak wszyscy to robimy — spojrzał na mnie uważnie.
Tramwaj zahamował gwałtownie, a ja straciłam równowagę. Odruchowo złapałam go za ramię. Było to naturalne. Zbyt naturalne. Przez sekundę nikt z nas się nie odsunął.
— Wszystko okej? — zapytał ciszej.
— Tak — odpowiedziałam, chociaż serce biło mi szybciej niż trzeba.
Wysiedliśmy na tym samym przystanku. Przez moment szliśmy obok siebie w milczeniu, jakby żadne z nas nie chciało przerywać tej chwili.
— Może… kawa jutro? — zaproponował w końcu. — Bez przypadku.
Zatrzymałam się. — Bez analizy?
— Bez obietnic — poprawił mnie.
Uśmiechnęłam się. — W porządku.
Kiedy wróciłam do mieszkania, dziewczyny spojrzały na mnie jednocześnie.
— Stało się coś — stwierdziła Anka.
— Albo ktoś — dodała Ola.
— Psychologia uczy, że nie wszystko trzeba nazywać od razu — odpowiedziałam, zdejmując kurtkę.
— A życie? — zapytała Anka.
Zawahałam się. — Że czasem warto dać rzeczom chwilę.
Leżąc później w łóżku, patrzyłam w sufit i myślałam o tym, jak szybko obcy ludzie stają się bliscy. O dziewczynach, które już teraz były dla mnie więcej, niż się spodziewałam. I o chłopaku, który pojawił się w moim życiu bez planu, ale z wyraźnym wpływem.