Między stronami - ebook
Zosia, kobieta po przejściach, i Bartek, mężczyzna z przeszłością, spotykają się i zakochują w sobie bez pamięci. Wszystko wydaje się tak idealne, że aż nierealne…
Ale nie każdy musical kończy się happy endem. Czasem historia, która wydaje się prowadzić prosto ku szczęśliwemu zakończeniu, nagle wymyka się spod kontroli i zaczyna zmierzać w zupełnie nieoczekiwanym kierunku.
Co się stanie, gdy wszystko, co wydawało się pewne, nagle przestanie istnieć? Jak daleko można się posunąć, by odzyskać ukochaną osobę? I czy miłość naprawdę potrafi przeciwstawić się temu, co wydaje się nieuniknione?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68684-79-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Przypadkowe spotkanie
może być tym, na które czekasz¹.
_Someone in the crowd_ (_La La Land_, 2016)
Kupił już nawet pierścionek, a wtedy ona go rzuciła. Wielokrotnie podczas spaceru szedł nad rzekę, wyciągał go z kieszeni spodni albo płaszcza, w zależności od pory roku, i zamierzał wrzucić do leniwie płynącej pod mostem wody. Kilka razy się nawet zamachnął. Nigdy jednak nie znalazł w sobie tyle sił, by rzeczywiście wypuścić z rąk małe pudełko pokryte zielonym pluszowym materiałem. Czasami podrzucał pudełko kilka razy w dłoni, mając nadzieję, że los zdecyduje za niego i nie uda mu się go złapać. Pudełeczko wyślizgnie mu się z palców i potoczy po chodniku, wpadnie do rzeki. Nigdy się tak jednak nie stało. Wkładał pierścionek z powrotem do kieszeni. Czuł się, jakby miał w niej kamień.
Klaudia. Do niedawna mu się wydawało, że to najpiękniejsze imię na świecie. Ona z całą pewnością była najpiękniejsza. W każdym razie dla niego. Uwielbiał ją, a kiedy go zostawiła, życie mu się zawaliło. Nie potrafił tego zrozumieć. Byli ze sobą szczęśliwi. Aż tu nagle, gdy on ma się oświadczać, ona mówi, że odchodzi do innego. Nie mógł uwierzyć. Zapomniał oddychać. Myślał, że umrze. Ale nikomu o tym nie powiedział, bo mężczyzna przecież nie powinien żywić do kobiety aż tak głębokich uczuć.
Próbował zachowywać się tak jak wtedy, gdy jeszcze nie było jej w jego życiu. Chodził do pracy, potem wracał do domu, jadł i jeszcze trochę pracował. Czasem wyskoczył na kawę lub na coś mocniejszego z którymś z kumpli. Co jakiś czas umawiał się na randki. To były miłe dziewczyny, niektóre naprawdę bardzo sympatyczne. Inne bardzo piękne. Ale zawsze powiedział lub zrobił coś, co sprawiało, że patrzyły na niego w ten specyficzny sposób. I już wiedział, że wszystko spieprzył, że nic z tego nie będzie. To było silniejsze od niego, na dodatek wyrywało się zupełnie przypadkiem. A to wspomniał, że śmieje się głośniej niż Klaudia i trochę mu to przeszkadza (jak mógł palnąć tak piramidalną głupotę?!), a to zauważał, że Klaudia gorzej gotowała (nie miało znaczenia, że był to komplement!), a to przypomniał sobie, że Klaudia miała podobny szalik i też świetnie dobierała kolory. Nieważne, co powiedział. Po usłyszeniu imienia „Klaudia” żadna z nich nie umówiła się z nim na drugą randkę. Nie miał im tego za złe. Nawet je rozumiał. Odczuwał pewną ulgę. Klaudia unosiła się nad jego życiem jak cień, który padał na wszystkich i nie pozwalał wykiełkować żadnej nowej znajomości.
Otrząsnął się ze wspomnień. Opadł na krzesło przy swoim biurku. Zbliżał się fajrant i odgłosy w _open space_ traciły na intensywności. Coraz mniej osób stukało w klawiaturę. Coraz mniej wykonywało lub odbierało telefony. Nie mógł się doczekać, kiedy wróci do domu, a potem... no właśnie, co? Obejrzy kolejny serial? Może rzuci jednym okiem na jakiś mecz w telewizji? Przejrzy promocje na gry na PS Store? Weekend był pełen możliwości. Nawet jeśli większość z nich wykonywał z pozycji kanapy.
Usłyszał, jak krzesło na kółkach zaszurało. Jego kolega ze stanowiska obok, Hubert, pewnie zbierał się już do domu. Wtedy jednak zwrócił uwagę, że ten nie wstaje, tylko bacznie mu się przygląda.
– Idziesz ze mną – rzucił tonem nieznoszącym sprzeciwu.
– Pewnie.
Hubert wyglądał na zaskoczonego, wręcz wybałuszył oczy, co upodobniło go do postaci z kreskówki. Takiej na przykład Dee Dee, siostry Dextera. Okropna postać.
– Spodziewałem się protestów.
Wzruszył ramionami.
– Jest piątek. Chętnie wypiję kolejkę albo dwie.
Hubert podrapał się po głowie.
– Nie to miałem na myśli. Idziesz ze mną na premierę do teatru.
Teraz to on wybałuszył oczy. Miał nadzieję, że nie przypomina Dee Dee.
– Piszę o kulturze – zauważył. – Ale nie o teatrze. Znam się na nim jak kura na pierzu.
– Nigdy nie rozumiałem przysłów. Przecież kura powinna doskonale znać się na pierzu. Tak jak człowiek zna się mniej więcej na swojej anatomii, prawda? Albo „co ma piernik do wiatraka”. No przecież jest z mąki, a tę produkuje się w młynie. Naprawdę wierutna bzdura.
Pomyślał, że nie ma siły na konfrontację z dywagacjami kolegi, więc milczał. To jednak nie zniechęciło Huberta.
– Pamiętasz Hanię, tę aktorkę, którą niedawno poznałem...
– Nie pamiętam, bo nigdy mi jej nie przedstawiłeś.
– Ooo, no właśnie, tym bardziej. To będziesz miał okazję ją jutro poznać. Mają prapremierę nowego musicalu, w którym gra jedną z głównych ról. Musisz ze mną pójść, żebym nie zanudził się na śmierć. Albo, jeśli zasnę, żebyś mnie szturchnął, zanim zacznę chrapać, bo byłby wstyd. Przecież to musical, będą tańczyć i śpiewać, okropieństwo!
– Myślisz, że twój związek się uda, skoro lekceważysz pracę swojej dziewczyny?
Hubert uśmiechnął się szelmowsko.
– Praca to tylko ułamek naszego życia!
– Ale ważny – zauważył.
Kolega wzruszył ramionami.
– Może dla ciebie – dociął mu, a potem zmienił temat. – Po spektaklu będzie _after party_. Musisz ze mną pójść! – nalegał.
Znali się już na tyle długo, że rozumiał, iż powinien mu oddać tę przysługę. Zresztą, co miał lepszego do roboty? Przecież mógł spędzić kilka godzin, oglądając ludzi tańczących i śpiewających na scenie. W dodatku pewnie ktoś z redakcji dostał zaproszenie na premierę. Jeśli współpracownik akurat nie pójdzie, mógłby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Ostatecznie ocenianie musicalu to nie to samo co ocenianie filmu, ale kto wie? Może najdą go w jego trakcie jakieś przemyślenia? Poza tym gra aktorska, scenografia, kostiumy? Na tym się zna, to może ocenić. Po wszystkim napije się wina i popatrzy na piękne aktorki. Ostatecznie to nie był zły pomysł.
– To o której się spotykamy?
Umarł. Tak po prostu. Nie, już mijała się z prawdą. Nie tak po prostu. Nikt nie umiera tak po prostu w wieku trzydziestu lat. A jednak. W jednej chwili śmiał się z nią, już nawet nie pamiętała z czego, siedząc przy kawiarnianym stoliku i popijając kawę, a w następnej już nie żył. Zadzwoniła po karetkę. Próbowała go reanimować. Nie wiedziała, że to nic nie da. Pękł mu tętniak, o którym nawet nie mieli pojęcia. Nie miał szans.
Została sama w pustym mieszkaniu, które niedawno kupili. Nie na długo. Jego rodzice przyjechali po jego rzeczy dość szybko, za szybko, i zasugerowali, że skoro większość pieniędzy pochodziła od nich, to oni ją teraz uprzejmie proszą, żeby się wyprowadziła. Oddadzą jej wkład w nieruchomość. Nie oponowała. Spakowała swoje rzeczy i poszukała sobie nowego miejsca do życia. Mniejszego. Dla jednej osoby. Potem nigdy się już z nią nie skontaktowali. Po co? Całą trójkę łączył tylko Paweł. Nie lubili jej. Uważali, że „artystka” to nie jest dobry zawód dla żony ich syna, przyszłego wziętego adwokata. Może gdyby też była prawniczką albo przynajmniej lekarką? Innego zawodu pewnie i tak by nie szanowali. Los spłatał im okrutnego figla. Wszyscy troje byli równi wobec śmierci, która zabrała tego, kogo najbardziej kochali. Nieważne było dla śmierci, czy zabiera go artystce, czy dwójce wziętych adwokatów. Żadne z nich nie było w stanie jej przebłagać czy oszukać.
Została sama z odwoływaniem ślubu. Nie miała siły mówić prawdy, że pan młody umarł, więc wysłuchiwała, jak zatroskane właścicielki lokali i kwiaciarni, krawcowe i menedżerowie orkiestr jej współczuli, bo chłopak ją zostawił na chwilę przed ślubem. Przecież to była prawda. Poniekąd. Odszedł. To taki ładny eufemizm. Odszedł, więc może wróci? Jest na to szansa. Znacznie ładniejsze słowo od twardego i ostatecznego „umarł”. Umarli nie wracali. No może tylko we wspomnieniach. Ci, którzy „odeszli”, mieli przecież szansę powrócić.
A Paweł był bardzo uparty we wracaniu we wspomnieniach. Umarł, a wciąż był w jej życiu. Widziała go czasem w twarzach mężczyzn w autobusie tak wyraźnie, że miała ochotę do nich podejść i rzucić im się na szyję, błagając, by jeszcze raz ją przytulili. Czasami szalik człowieka na ulicy przypominał jej kolor jego oczu. Czasami patrzyła na napotkane dzieci i liczyła w myślach, czy jej mogłyby być teraz w ich wieku. Paweł umarł. Ale był z nią w każdej chwili jej życia. Uporczywie, sekunda po sekundzie.
I choć teraz już nie musiała powtarzać sobie każdego dnia, że ona nie umarła, że żyje, że musi wstać z łóżka, oddychać, umyć zęby, pójść do pracy, nadal było jej ciężko. Bo jak tu żyć dalej, kiedy odszedł ktoś, kto był całym twoim życiem? Nie da się. Tak myślała. Przez pewien czas jej się wydawało, że ona też umrze. Ze smutku. Z żalu. Tak podobno w baśniach umierały elfy. W jej przypadku tak się jednak nie stało. Czasami żałowała. Potem jej się wydawało, że umarła za życia, tylko nikt tego nie zauważył. Ale życie jest uparte. Zawsze znajdzie szczelinę w betonowym chodniku, by tchnąć nasiono do wykiełkowania. Naśle na ciebie nieubłagany czas, który wypłucze człowieka z wszelkich uczuć. Tych dobrych i tych złych. Ukochana twarz wyblaknie we wspomnieniach. Aż któregoś dnia okazujesz się zdrajcą. Oddychasz coraz mniej płytko, serce z każdym uderzeniem mniej cię boli. Czujesz, że nadal jesteś w żałobie, ale już ci się nudzi wciąż ten czarny i czarny. Więc nieśmiało wracasz najpierw do fioletów i szarości, a potem robisz się coraz odważniejsza. Zakładasz zielenie, następnie błękity, aż w końcu żółcie i biele. Życie zwycięża. Zawsze.
Nosiła mu kwiaty. Na Wszystkich Świętych chryzantemy, na wiosnę wielkie gliniane donice z hiacyntami, które jego matka pewnie zaraz wyrzucała, gdy je tylko zobaczyła. Latem lilie, ciężkie kielichy pełne zapachu. Zimą gwiazdy betlejemskie. To byłoby za proste. Czasami przysiadała na ławeczce i w myślach mu opowiadała, co u niej słychać. Robiła przegląd najważniejszych wydarzeń. Wiedziała, że jego tam nie ma, że wszystkie słowa w myślach wypowiada w pustkę. Nie robiła tego dla niego, robiła to dla siebie. A potem wracała do domu. Do swojego nowego starego życia. Bez niego. Czasami myślała, że chciałaby pewnego dnia poczuć się wolna. Już tam nie pójść. Nigdy więcej. Ale potem przychodziło jej do głowy, że to stanowiłoby przekreślenie ich wspólnego życia. A to było dobre życie. Chciała je pamiętać.
Hania. Uważała, że to imię do niej nie pasuje. Było zbyt staromodne dla tak energicznej osoby. Głośna, gdy pojawiała się w pomieszczeniu, przyciągała wszelką uwagę, zawsze było jej wszędzie pełno. Szybciej działała, niż myślała, i tylko czasami miała czego żałować.
– Nie kręć się, bo cię ukłuję – poprosiła, choć zaczynała tracić cierpliwość do młodej aktorki.
„Młodej”. Było między nimi tylko kilka lat różnicy, ale taka różnica doświadczeń życiowych, że czuła się przy dziewczynie jak staruszka. Lubiła ją, ale Hania bywała też męcząca. Tak jak teraz.
– Jak uszyłaś tę sukienkę!? – warknęła na nią zdenerwowana Hania.
– Dobrze ją uszyłam. Gdybyś jej z nerwów nie szarpała, nic by się nie stało – odpowiedziała, zręcznie zszywając na plecach aktorki niewielkie rozdarcie.
Dziewczyna cała się trzęsła. Dla dodania Hani pewności siebie kostiumografka klepnęła ją w szczupłe ramię i się uśmiechnęła.
– Będzie dobrze. Świetnie sobie poradzisz.
Hania pisnęła.
– On tu dzisiaj będzie.
– Kto? – zapytała, o mało nie krztusząc się szpilką, którą miała w ustach i o niej zapomniała. Niebezpieczny nawyk. Kaszlnęła. Szpilka poleciała w niebyt. Kurde.
– Facet, na którym mi zależy.
Uśmiechnęła się.
– Ten, o którym mówisz od paru tygodni bez przerwy?
Hania rozpromieniła się jak słońce i pokiwała głową.
– To tym bardziej powodzenia – odparła, po raz ostatni sprawdzając, czy dziura jest dobrze zaszyta.
Ciężka czerwona kurtyna poszła w górę (to nie do końca prawda, bo ich kurtyna rozsuwała się na boki, ale tak się przecież mówi, prawda? „Kurtyna poszła w górę”). To był jej ulubiony moment. Ta krótka chwila, zanim zaczęła się dziać magia. Potem aktorzy wybiegli na scenę. Orkiestra zagrała. Uwertura. Pierwszy akt. Wszystko działało jak w zegarku. Widziała, że Hania daje z siebie wszystko, i rzeczywiście była bardzo dobra w roli zakochanej młodej dziewczyny wiążącej tak wielkie nadzieje ze swoim związkiem. Nie do końca przecież musiała grać emocje, które odczuwała.
Jeszcze raz sprawdziła wszystkie kostiumy. Specjalną szczotką zebrała kłaczki (których nie było) z fraka i cylindra przygotowanych do sceny w drugim akcie. Kurtyna w dół. Drugi akt. Pomogła aktorkom pozakładać i pozapinać sukienki. Starała się, by nie podeptały w nerwach trenów lub by się o nie nie pozabijały (na scenie wyglądały pięknie, ale naprawdę miały tendencję do plątania się między nieuważnymi nogami), panom poprawiła muchy, kamizelki i spinki przy mankietach, powiązała krawaty.
Wreszcie usłyszała brawa. Kurtyna w dół. Potem jeszcze bis. Kwiaty. Znów kurtyna w dół i już można było odetchnąć. Nareszcie. Dopiero teraz poczuła, jak sama była zdenerwowana i trzęsły jej się ręce. Hania podbiegła do niej. Kostiumografka złożyła jej gratulacje, a potem pomogła się wydostać z kostiumu i wyciągnąć z włosów wszystkie wsuwki (było ich chyba ze sto), które podtrzymywały fantazyjną fryzurę z epoki. Kiedy skończyły, Hania ruszyła do wyjścia z garderoby, ale przy drzwiach przypomniała sobie o niej.
– Nie idziesz? – zapytała podejrzliwie. Wiedziała, że koleżanka miała tendencję do bezszelestnego wyślizgiwania się z bankietów po premierze, zanim te się w ogóle rozpoczęły.
– Zaraz przyjdę – odpowiedziała.
Rzeczywiście. Tym razem miała ochotę napić się z kolegami i świętować ich wspólny sukces. Najpierw jednak chciała zadbać o kostiumy. Sprawdzić, czy żaden w zgiełku nie został rzucony na podłogę, czy wszystkie starannie wiszą na wieszakach, zlustrować, które należy wyprasować przed następnym występem. Czekało ją tu jeszcze trochę pracy, zanim zejdzie do kolegów. Oni byli już sobą, sprawnie i bezszelestnie wyślizgnęli się z postaci, które grali. Mogli się śmiać, docinać sobie, świętować. Ona musiała zadbać o to, by ich nowe skóry na następny rok, może półtora, miały się równie dobrze. To był jej główny obowiązek.
------------------------------------------------------------------------
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI
------------------------------------------------------------------------