-
nowość
-
promocja
Między wersami - ebook
Między wersami - ebook
Umysł to labirynt, z którego nie ma ucieczki
Lucas, student sztuki, egzystuje w letargu. Pogrążony w bezruchu i bezsenności, oddaje się otępieniu, a jego dni zlewają się w jedną, bezkształtną masę pełną alkoholu, papierosów i nic nieznaczących rysunków. Wszystko zmienia się w chwili, gdy znajduje porzucony, pusty szkicownik.
Początkowo przedmiot wydaje się całkowicie zwyczajny. Lucas korzysta z niego regularnie, aż w końcu w swoich szkicach zaczyna dostrzegać rzeczy, których wcale nie chciałby widzieć.
Granica między faktami a tym, co dzieje się w jego umyśle, zaczyna się niepokojąco zacierać. Rzeczywistość stopniowo traci kontury, a Lucas przestaje być pewien, kto tak naprawdę trzyma ołówek w dłoni. On sam – czy ktoś, kogo głos coraz częściej wybrzmiewa w jego głowie?
„Między wersami” to frapująca, wywołująca dreszcze powieść o rozpadzie tożsamości, iluzji kontroli i umyśle, który w najmniej spodziewanym momencie potrafi zmienić się w najgroźniejszą pułapkę.
Lucas, student sztuki, egzystuje w letargu. Pogrążony w bezruchu i bezsenności, oddaje się otępieniu, a jego dni zlewają się w jedną, bezkształtną masę pełną alkoholu, papierosów i nic nieznaczących rysunków. Wszystko zmienia się w chwili, gdy znajduje porzucony, pusty szkicownik.
Początkowo przedmiot wydaje się całkowicie zwyczajny. Lucas korzysta z niego regularnie, aż w końcu w swoich szkicach zaczyna dostrzegać rzeczy, których wcale nie chciałby widzieć.
Granica między faktami a tym, co dzieje się w jego umyśle, zaczyna się niepokojąco zacierać. Rzeczywistość stopniowo traci kontury, a Lucas przestaje być pewien, kto tak naprawdę trzyma ołówek w dłoni. On sam – czy ktoś, kogo głos coraz częściej wybrzmiewa w jego głowie?
„Między wersami” to frapująca, wywołująca dreszcze powieść o rozpadzie tożsamości, iluzji kontroli i umyśle, który w najmniej spodziewanym momencie potrafi zmienić się w najgroźniejszą pułapkę.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-311-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
ROZDZIAŁ 1
OPADAJĄCY LIŚĆ
Poranne światło nieśmiało przedzierało się przez szpary w zasłonach, tworząc na podłodze cienie przypominające gałęzie drzew. Mieszkanie spowijała lekka mgiełka dymu papierosowego, którego zapach przenikał powietrze, mieszając się z aromatem wilgotnego miasta. Drobne krople rosy zdobiły parapety, podczas gdy na zewnątrz miasto budziło się do życia w swym codziennym pośpiechu.
Lucas leżał na niepościelonym łóżku, z oczami zamkniętymi tak mocno, jakby próbował w ten sposób zagłuszyć nie tylko irytujący dźwięk budzika, lecz także całe swoje życie. Oparł ręce na poduszce, wciskając w nią mocniej głowę, jakby to mogło odciąć go od rzeczywistości, lecz brzęczenie budzika było nieubłagane. Dźwięk rozchodził się po całym pokoju, odbijając się echem od pustych butelek po alkoholu walających się po podłodze.
W końcu zrezygnowany podniósł się powoli, jakby każdy ruch wymagał od niego więcej siły niż zazwyczaj. Z jego twarzy biło zmęczenie – nie tylko nieprzespaną nocą, ale i życiem, które zdawało się go przytłaczać. Przetarł oczy, starając się odpędzić senność, lecz ból w plecach przypominał mu, że nieprzyjemny materac, na którym spał, to zaledwie czubek góry lodowej jego problemów.
Rozejrzał się po mieszkaniu. Chaos panował wszędzie – ubrania rzucone niedbale na krzesło, resztki jedzenia na stole, stosy niezapłaconych rachunków rozrzucone po podłodze. Każdy szczegół tego wnętrza odzwierciedlał jego stan ducha – poczucie bezsensu, znużenie i bezsilność. Lucas westchnął ciężko.
– Kolejny pieprzony dzień – mruknął pod nosem, ruszając w stronę kuchni.
Otworzył lodówkę, szukając jakiejkolwiek nadziei na normalny początek dnia. Zamiast tego powitały go przeterminowane produkty: kwaśne mleko i resztki chińszczyzny sprzed tygodnia. Drzwi lodówki zamknęły się z głośnym trzaskiem, odzwierciedlając jego narastającą frustrację. Zamiast przygotować śniadanie jak normalny człowiek, sięgnął po butelkę burbona stojącą na blacie. Nalał sobie pełną szklankę i trzymał ją chwilę w dłoni, jakby ten gest miał przynieść mu chwilę refleksji. W końcu jednym haustem wypił zawartość. Alkohol spłynął przez gardło, paląc go od środka, lecz jednocześnie dając mu iluzję ulgi.
Wyciągnął z kieszeni kurtki pogniecioną paczkę papierosów. Jeden z nich wylądował w jego ustach, a chwilę później dym tytoniowy zaczął wypełniać kuchnię, podobnie jak jego myśli wypełniały się mrokiem i poczuciem beznadziejności. Oparłszy się o parapet, patrzył na ulice miasta tętniącego życiem. Ludzie, których twarze i historie były dla niego obce, spieszyli się do pracy. Obserwował to wszystko z dystansem, czując się jak widz przyglądający się spektaklowi, w którym nigdy nie zamierzał grać głównej roli.
– Co ja tu, do cholery, robię? – zapytał samego siebie, wiedząc, że odpowiedź nie istnieje.
Dźwięk telefonu przerwał jego chwilę refleksji. Spojrzał na ekran. Matka. Zacisnął szczęki. Przez chwilę wahał się, czy odebrać, ale w końcu odrzucił połączenie. Nie miał siły na kolejne pytania, nie miał ochoty na udawanie, że radzi sobie lepiej niż w rzeczywistości.
Zaciągnął się ostatni raz, po czym zgasił papierosa w starej popielniczce, w której ledwo było już miejsce na kolejne niedopałki. Wstał z miejsca i zaczął przetrząsać mieszkanie w poszukiwaniu portfela. Przewrócił kilka poduszek, zajrzał pod stertę ubrań leżących na kanapie. W końcu znalazł zgubę w łazience, obok pustej butelki po winie.
– W samą porę – mruknął, zaglądając do środka. Trochę drobniaków, karta do bankomatu. Znał stan swojego konta: ledwo starczyło na przetrwanie, ale to go teraz nie obchodziło.
Przełknął ślinę i postanowił zrobić to, co robił każdego dnia – przetrwać.
■
Ulice miasta były zatłoczone – jak zwykle o tej porze dnia. Ludzie mijali się w pośpiechu, a Lucas, zatopiony w swoich myślach, przemierzał chodniki z rękami w kieszeniach, unikając kontaktu wzrokowego z przechodniami. Jego krok był powolny, niemal leniwy, jakby każdy kolejny ruch wymagał od niego więcej energii, niż jej faktycznie posiadał. Dookoła rozbrzmiewały dźwięki miejskiego zgiełku, klaksony samochodów, odgłosy rozmów, szum ruchu ulicznego. Jednak dla niego były to jedynie odległe, zniekształcone dźwięki, które nie dotykały go w żaden realny sposób.
Jego celem był mały, zapomniany przez świat bar na rogu głównej ulicy. Właśnie tam Lucas szukał chwilowej ulgi. W tym miejscu mógł uciec od wszystkiego chociaż na moment. Przynajmniej tam nikt nie zadawał pytań.
Gdy wszedł do środka, powitał go znajomy zapach stęchlizny i dymu papierosowego, który niemal natychmiast wypełnił jego nozdrza. W tle cicho grała muzyka, jakby sama w sobie była ledwie zauważalnym dodatkiem do wiecznego półmroku, który panował w tym miejscu. Kilku stałych bywalców siedziało przy barze, każdy zanurzony we własnych myślach lub w szklankach, które trzymali w rękach.
Barman, wysoki mężczyzna o szpakowatych włosach i surowym spojrzeniu, zerknął na niego znad kontuaru i skinął głową. Lucas znał go na tyle, że nie potrzebował żadnych wyjaśnień. Nie była tu potrzebna wymiana zbędnych słów.
– To, co zwykle? – zapytał barman, sięgając po szklankę, zanim jeszcze Lucas zdążył usiąść.
– Podwójną – odpowiedział krótko Lucas, siadając na jednym z wysokich stołków przy barze.
Barman nalał bursztynowy płyn i postawił przed nim szklankę. Lucas patrzył na nią przez chwilę, zanim uniósł ją do ust. Kiedy alkohol spłynął mu do żołądka, poczuł rozchodzące się ciepło, które na moment ukoiło chłód, jaki czuł w sobie od tygodni. Nie było to rozwiązanie, ale wystarczało, by przetrwać jeszcze jeden dzień.
– Ciężka noc? – zagadnął barman, polerując kolejną szklankę.
Lucas wzruszył ramionami, wpatrując się w bursztynową ciecz.
– Ciężkie życie – odpowiedział z gorzkim uśmiechem, który nie sięgnął oczu.
Barman przytaknął, nie drążąc tematu. Wiedział, że Lucas nie był w nastroju do rozmów. Widział takich jak on codziennie – ludzi, którzy szukali ulgi w alkoholu, szukali sposobu, by uciec od tego, co nie dawało im spokoju. W ich oczach było to samo: zmęczenie, rezygnacja, brak sensu.
– Zawsze może być gorzej – zauważył barman, bardziej z przyzwyczajenia niż z przekonania.
Lucas parsknął nieco zbyt głośno jak na panującą w barze ciszę.
– Nie jestem pewien – odparł, wpatrując się w swoją twarz w lustrze za barem. Jego odbicie wydawało się należeć do jakiegoś obcego człowieka, kogoś, kogo nie znał. Zmęczone szare oczy patrzyły na niego z wyrzutem. Przypominał samego siebie, ale w tej wersji nie widział już niczego, co mogłoby dać mu nadzieję.
Barman przetarł blat, czekając na kolejne słowa, lecz w powietrzu zawisła cisza.
– Słyszałem, że studiujesz sztukę – zagadnął po chwili, przerywając milczenie, które zaczynało być przytłaczające.
Lucas zareagował niemal natychmiast, wzruszając ramionami i odpowiadając z rezygnacją:
– To bez znaczenia.
– Dlaczego tak mówisz? – Barman uniósł brew. – Masz talent, mógłbyś coś osiągnąć.
Lucas prychnął, jego uśmiech był pełen goryczy.
– Talent nie płaci rachunków. Poza tym kto teraz docenia prawdziwą sztukę?
Barman wzruszył ramionami, jakby temat rozmowy przestał go interesować.
– Może masz rację. Ale ucieczka w alkohol niczego nie rozwiąże.
– A co ty o tym wiesz? – Lucas poczuł przypływ irytacji. – Co ty o tym wszystkim wiesz?
– Więcej, niż myślisz. – Barman spojrzał na niego spod brwi. – Widziałem tu wielu takich jak ty. Wszyscy myśleli, że znajdą rozwiązanie na dnie butelki.
Lucas zacisnął zęby.
– Skończ – warknął. – Nie potrzebuję kazań.
Barman westchnął ciężko, wznawiając swoje zajęcie.
– Jak chcesz.
Lucas dopił drinka i poprosił o kolejnego. Godziny mijały, a szklanki przed Lucasem stawały się coraz liczniejsze. Ludzie opuszczali bar, a dym tytoniowy zdawał się jeszcze gęstszy niż wcześniej. Cicha muzyka w tle zaczęła go drażnić. W tym otoczeniu jego myśli zaczynały się mieszać, tracił kontakt z rzeczywistością.
Barman po raz pierwszy od dłuższego czasu przerwał milczenie.
– Zamykamy – oznajmił stanowczo.
Lucas uniósł wzrok, mrużąc oczy, jakby nie do końca zrozumiał to, co właśnie usłyszał.
– Jeszcze jeden proszę – wymamrotał, próbując wyprostować się na stołku.
– Nie ma mowy. – Barman stanął naprzeciw niego. – Już dość wypiłeś.
Lucas westchnął ciężko, czując, jak ciało odmawia mu posłuszeństwa. Mimo to spróbował jeszcze raz.
– Potrzebuję… – zaczął, ale słowa uwięzły mu w gardle.
– Czego potrzebujesz? – zapytał barman zaskakująco łagodnym głosem.
Lucas wbił wzrok w podłogę. Jego palce zaczęły nieświadomie bębnić o blat, a myśli pędziły jak szalone.
– Spokoju… – wykrztusił w końcu.
Na moment zapadła cisza. Barman zmarszczył brwi, przyglądając się Lucasowi z troską.
– Co ci nie daje spokoju?
Lucas zaczął nerwowo stukać palcem w skroń, jakby próbując wyrzucić z głowy coś, co nie dawało mu spokoju.
– To, co dzieje się tutaj – odpowiedział, a jego palec jeszcze mocniej naciskał na skórę. – W mojej głowie…
Barman westchnął, widząc, że jego klient traci panowanie nad sobą.
Nagle Lucas wybuchnął nieopanowanym śmiechem, przypominającym bardziej krzyk rozpaczy niż cokolwiek innego. Śmiech rozbrzmiewał w pustym barze, odbijając się echem od ścian.
– Co cię tak śmieszy? – zapytał barman z niepokojem.
Lucas zmrużył oczy, uśmiechając się gorzko.
– Wiesz co? Masz, kurwa, rację! – powiedział przez zaciśnięte zęby, wciąż się śmiejąc, jakby ten śmiech miał ukoić jego ból.
Barman nie odpowiedział, przyglądając mu się w milczeniu. W końcu, gdy śmiech ucichł, dodał tylko:
– W porządku. Ale teraz musisz wyjść.
Lucas, chwiejąc się, wstał z krzesła. Rzucił kilka banknotów na ladę i ruszył w stronę drzwi, kierując się ku nocnemu mrokowi.
Noc była gęsta i duszna, choć jednocześnie przeszyta chłodnym wiatrem, który niósł ze sobą szum odległych części miasta. Lucas, wyraźnie zmęczony, zataczał się lekko, próbując skupić wzrok na trotuarze przed sobą. Monotonne buczenie ulicznych latarni mieszało się z cichym, nieustannym brzęczeniem jego myśli. Każdy krok stawiany na nierównym chodniku wydawał się prowadzić donikąd.
Człapanie jego butów odbijało się echem od mokrej powierzchni, a kałuże rozpryskiwały się przy każdym kontakcie z podeszwami, kreśląc nieregularny rytm kroków Lucasa. Mimo chaosu panującego w jego głowie na zewnątrz panowała cisza, przerywana jedynie odległymi dźwiękami przejeżdżających samochodów. Miasto, mimo jego nieustannego zgiełku, wydawało się dalekie i obce.
Nagle, jakby zderzając się z rzeczywistością, Lucas potrącił jakiegoś przechodnia. Bezdomny starzec upadł na chodnik, a Lucas, próbując utrzymać równowagę, oparł się o pobliską latarnię. Na krótką chwilę ich spojrzenia się spotkały, ale Lucas był zbyt zamroczony, żeby zareagować natychmiast. Dopiero po chwili poczuł ukłucie wyrzutów sumienia i wyciągnął rękę, by pomóc starcowi wstać z zimnego bruku.
– Przepraszam – wybełkotał, nie do końca pewien, czy jego słowa dotarły do nieznajomego.
Bezdomny uśmiechnął się ledwo zauważalnie i z trudem podniósł się na nogi, ale zanim Lucas zdążył cokolwiek powiedzieć, zniknął w mroku, zaskakująco szybko, jak na swój wiek. Lucas, oszołomiony tym nagłym zniknięciem, opuścił wzrok i zauważył leżący na ziemi stary, zniszczony notes, który starzec musiał upuścić. Schylił się, żeby go podnieść, lecz nieznajomy już dawno zniknął, a ulica była pusta.
■
Trzymając notes w dłoni, Lucas wpatrywał się w niego przez chwilę, zastanawiając się, co zrobić. Na okładce nie było żadnych napisów ani oznaczeń, które mogłyby wskazywać, kto był jego właścicielem. Czuł w środku dziwną mieszankę zaintrygowania i niepokoju. Po krótkiej chwili niepewności wsunął notes do kieszeni kurtki. Nikt przecież tego nie zauważy.
Jego myśli dryfowały unoszone przez wiatr, podczas gdy uliczne latarnie od czasu do czasu oświetlały mu twarz, rzucając blade światło na jego zmęczoną sylwetkę. Lucas poczuł, że z każdą chwilą jest coraz bardziej rozproszony, a obrazy migoczących świateł miasta zlewały się w jeden rozmyty krajobraz.
Po kilku godzinach bezcelowego włóczenia się po mieście dotarł pod stację metra. Noc stawała się coraz bardziej nieprzenikniona, a on, zmęczony i zamroczony alkoholem, uznał to za znak, że nadszedł czas, by wrócić do domu. Zaczął przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu portfela. Sprawdzał każdą z nich z rosnącą frustracją, lecz bez skutku.
– Musiał mi wypaść, kiedy zderzyłem się ze starcem – wymamrotał pod nosem. – Pewnie go podniósł, dlatego tak szybko zniknął… – kontynuował rozmowę z samym sobą, próbując zrozumieć, jak mogło do tego dojść.
Miał przy sobie tylko kilka drobnych monet – wystarczały na bilet powrotny. Z lekkim trudem podszedł do kasy biletowej, gdzie kasjerka, spoglądając na niego z wyraźnym niesmakiem, sprzedała mu bilet. W jej wzroku było coś, co go zirytowało – coś osądzającego, jakby wiedziała, kim jest i co go sprowadza tak późną godziną do metra – w takim stanie.
– A idź do diabła – wybełkotał pod nosem, odchodząc od okienka i zataczając się lekko.
Wsparł się o ścianę peronu i czekał na pociąg. W wagonie metra usiadł na wolnym miejscu, co nie było trudne ze względu na późną porę i fakt, że jego odór odstraszał potencjalnych współpasażerów. Nikt nie chciał siedzieć zbyt blisko człowieka, który pachniał alkoholem i bezsilnością.
Z czystego znudzenia zaczął się przyglądać notesowi, który zabrał bezdomnemu. Stara, zniszczona okładka była poplamiona, a strony wewnątrz puste, jeśli nie liczyć plam błota i jakiegoś bliżej nieokreślonego płynu, który mógł być kawą lub czymś znacznie mniej przyjemnym. Jego stan wskazywał na to, że notes przeszedł przez niejedną burzę i widział niejedno. Lucas uśmiechnął się lekko.
Po chwili, grzebiąc w kieszeniach kurtki, natrafił na malutki ołówek, niemal całkowicie zużyty. Od razu przypomniały mu się czasy, kiedy jako dziecko rysował komiksy o swoim życiu, a każda strona była dla niego oknem na świat, którym chciał się dzielić. W tym momencie, niemal bez zastanowienia, zaczął bazgrać na pustych stronach. Początkowo rysunki były nieczytelne, jakby jego ręka nie pamiętała, jak tworzyć. Ale z czasem linie stawały się wyraźniejsze, bardziej precyzyjne. Kreślił bohomazy, starając się oddać swoje aktualne emocje, choć nie był pewien, co dokładnie próbuje przekazać.
Gdy wypełnił kilka pierwszych stron szkicami opartymi na wydarzeniach z ostatnich godzin, w jego głowie pojawiła się dziwna myśl. Co by było, gdyby mógł zmienić rzeczywistość za pomocą tych rysunków? Gdyby to, co kreślił na tych kartkach, mogło się naprawdę wydarzyć?
Jego wyobraźnia zaczęła błądzić. „Ciekawe, co by było, gdyby… gdyby ktoś zgubił portfel?” – pomyślał z ironią, a na jego twarzy pojawił się cienki uśmiech, pełen gorzkiego humoru.
Zaraz po tym, jak postawił ostatnią kreskę, do pustego dotąd wagonu wszedł dobrze ubrany, zdenerwowany mężczyzna w garniturze. Szedł szybkim krokiem, cały czas coś mamrocząc i rzucając pod nosem drobne przekleństwa. Przechodząc obok Lucasa, spojrzał na niego z pogardą.
– Patrzcie go, artysta cholerny – prychnął, po czym półgłosem dodał: – Do roboty byś się wziął, a nie bawisz się… pasożycie.
Lucas uniósł wzrok, ale nie odpowiedział. Mężczyzna, odwracając się jeszcze raz, by rzucić spojrzenie na „pijaczynę”, zahaczył stopą o stopień i omal nie upadł na podłogę. Jak gdyby nigdy nic, podniósł się, otrzepał, zebrał teczkę, która wypadła mu z rąk, i ruszył do kolejnego wagonu, chcąc uniknąć dalszej kompromitacji.
Lucas uznał całe to zajście za żałosne i chciał wrócić do szkicowania, lecz coś przykuło jego uwagę. Na podłodze leżał portfel zgubiony przez mężczyznę. Spojrzał w kierunku, w którym odszedł nieznajomy, a potem znów na portfel. Wewnętrzny konflikt zaczął targać jego sumieniem.
„Oddać mu czy nie? W końcu potraktował mnie jak śmiecia…” – pomyślał.
Podniósł portfel i zajrzał do środka. Zawierał trochę gotówki i dokumenty.
„Mógłbym wziąć kasę i oddać mu resztę… Ale czy to w porządku?” – zastanawiał się.
Po chwili wahania wyciągnął kilka banknotów i schował je do kieszeni. Wstał i ruszył za mężczyzną. Dogonił go i klepnął w ramię.
– Przepraszam, to chyba pański portfel. Zgubił go pan – powiedział, starając się mówić wyraźnie.
Mężczyzna odwrócił się z zaskoczeniem. Widząc swój portfel, zmieszał się.
– Och… dziękuję – powiedział niepewnie. Szybko zajrzał do środka i zauważył brak części gotówki.
– A gdzie pieniądze, które tu były? – zapytał podejrzliwie.
Lucas wzruszył ramionami.
– Znalazłem go już taki – odparł beznamiętnie.
Nieznajomy zmierzył Lucasa wzrokiem, ale widząc jego stan, westchnął.
– Nieważne… W każdym razie dzięki za zwrot.
Lucas skinął głową i zaczął się oddalać.
– Zaczekaj! – zawołał mężczyzna. – Może chociaż przyjmiesz coś za fatygę.
Wyciągnął z portfela kilka banknotów i podał je Lucasowi.
– Nie trzeba – powiedział Lucas, choć w środku czuł ulgę i zadowolenie.
– Nalegam. To drobiazg.
Lucas wziął pieniądze.
– Dziękuję.
– Nie ma sprawy. I… przepraszam za wcześniejsze słowa. Miałem ciężki dzień.
– Jasne – mruknął Lucas i wrócił na dawne miejsce.
Gdy dotarł na swoją stację, wysiadł z wagonu, czując mieszankę winy i satysfakcji.
„Dzięki Bogu wsiadłem do tego metra… w idealnym momencie” – pomyślał.
Po wejściu do mieszkania zmęczony rzucił na podłogę wszystko, co miał przy sobie, i padłszy na łóżko, zasnął w ułamku sekundy.
■
Była szósta rano. Mieszkanie wypełniało uporczywe brzęczenie budzika, a zaniedbane wnętrze otulał półmrok. O tej porze roku na zewnątrz wciąż panowała ciemność, a zasunięte zasłony dodatkowo tłumiły resztki światła. Lucas z trudem podniósł się z łóżka; głowa pulsowała bólem po wczorajszej nocy. Wyłączył irytujący budzik, zamierzając wrócić do snu, ale niepokój nie dawał mu spokoju. W głowie mieszały się fragmenty snów i wspomnień, niejasne obrazy, trudne do odróżnienia od rzeczywistości.
Nagle ciszę przerwało głośne walenie do drzwi. Serce zabiło mu mocniej. Kto mógł przyjść o tej porze? Ostrożnie podszedł i spojrzał przez wizjer. Na korytarzu stali policjanci. Przez chwilę zastanawiał się, czy to nie kolejna halucynacja, ale ponowne pukanie sprowadziło go na ziemię.
Z bijącym sercem otworzył drzwi, ukazując się w niechlujnym stroju, z potarganymi włosami i zmęczonym wzrokiem. Policjanci spojrzeli na niego z mieszanką profesjonalizmu i dyskretnej niechęci.
– Pan Lucas? – zapytał jeden z nich.
– Tak… O co chodzi? – odpowiedział niepewnie.
– Musimy z panem porozmawiać. Czy możemy wejść?
Skinął głową i odsunął się, robiąc im miejsce. W środku funkcjonariusze rozejrzeli się po zaniedbanym mieszkaniu.
– Wczoraj w nocy w metrze doszło do incydentu. Bezdomny mężczyzna został śmiertelnie pobity po tym, jak oskarżono go o kradzież dużej sumy pieniędzy biznesmenowi – zaczął policjant.
Lucas poczuł zimny dreszcz przebiegający po plecach.
– Co ja mam z tym wspólnego? – zapytał, choć w głębi duszy czuł narastający niepokój.
– Mamy zeznania świadków, że był pan widziany w pobliżu. Proszę się ubrać, chcielibyśmy zadać kilka pytań na komisariacie.
Lucas przez moment miał wrażenie, że to wszystko dzieje się poza nim, jak we śnie. Obrazy z poprzedniego dnia zaczęły się mieszać w jego umyśle. Czy to możliwe, że miał z tym coś wspólnego? Bez słowa zaczął się ubierać, zabierając ze sobą szkicownik i kurtkę.
W policyjnym radiowozie siedział na tylnym siedzeniu, nerwowo obracając szkicownik w dłoniach. Myśli kotłowały mu się w głowie. Co się właściwie działo? Czy to wszystko było jakimś koszmarem?
– Co tam masz? – zapytał jeden z policjantów, spoglądając na niego przez lusterko wsteczne.
– Szkicownik. Pomaga mi uporządkować myśli – odpowiedział cicho Lucas.
– Rysujesz?
– Tak… próbuję sobie przypomnieć wczorajszy wieczór.
Funkcjonariusz skinął głową, nie drążąc tematu. Lucas otworzył szkicownik i zaczął rysować. Linie pojawiały się na papierze niemal automatycznie. Naszkicował scenę, w której policjanci otrzymują przez radio wiadomość o znalezieniu prawdziwego sprawcy.
Gdy skończył rysunek, w radiu rozległ się komunikat:
– Jednostka dwadzieścia siedem, zgłoście się.
– Tu dwadzieścia siedem, słucham – odpowiedział kierowca.
– Mamy nowy trop w sprawie morderstwa w metrze. Zatrzymano podejrzanego, który przyznał się do winy. Możecie wrócić z waszym zatrzymanym.
Lucas spojrzał z niedowierzaniem na policjantów. Czy to możliwe? Czy to, co narysował, właśnie się wydarzyło? Serce zaczęło mu bić szybciej.
– Wygląda na to, że miałeś szczęście – zauważył drugi policjant, odwracając się do niego. – Ale i tak musimy spisać twoje zeznania.
Skinął głową, wciąż oszołomiony. Granica między rzeczywistością a jego wyobraźnią zaczynała się zacierać.
Na komisariacie Lucas szybko złożył zeznania. Policjanci wydawali się mniej zainteresowani jego osobą, skupiając się na nowych informacjach w sprawie. Po krótkim czasie pozwolono mu odejść.
Wychodząc na ulicę, poczuł chłodny powiew wiatru na twarzy. Wszystko wydawało się takie nierzeczywiste. Czy to możliwe, że to, co narysował, stało się prawdą? Czy miał jakąś moc wpływania na rzeczywistość?
– To absurdalne – mruknął do siebie, potrząsając głową. – To musi być przypadek.
Im dłużej jednak o tym myślał, tym bardziej nie potrafił znaleźć racjonalnego wyjaśnienia. Przypomniał sobie koncepcję „mocy intencji”, o której kiedyś czytał. Czy to możliwe, że jego myśli i rysunki wpływają na to, co dzieje się wokół niego?
Wracając do domu, czuł, jak granice między jego umysłem a światem zewnętrznym zaczynają się zacierać. Czy to wszystko było prawdziwe? A może zaczynał tracić zmysły?
Dotarł do mieszkania, nie pamiętając nawet drogi, którą przeszedł. Wnętrze wydawało się jeszcze bardziej obce niż zwykle. Oparł się o drzwi i osunął się na podłogę. Serce biło mu szybko, a myśli krążyły chaotycznie. Ściskał w dłoniach szkicownik, jakby to była jedyna kotwica w tej szalejącej rzeczywistości.
– Co się ze mną dzieje? – wyszeptał.
Zmęczenie wzięło górę. Zasnął na zimnej podłodze, wciąż trzymając szkicownik.
■
Obudziły go promienie słońca przebijające się przez zasłony. Ból w karku przypominał, że zasnął na twardej podłodze. Rozejrzał się zdezorientowany. Czy to wszystko mu się przyśniło?
Spojrzał na swoje dłonie. Szkicownik zniknął.
– Niemożliwe – szepnął.
Przeszukał kieszenie kurtki, lecz nie znalazł ani szkicownika, ani pieniędzy, które wcześniej miał przy sobie. Tylko kilka drobniaków i trochę piasku. Zaczął gorączkowo penetrować mieszkanie, przewracając wszystko do góry nogami. Ale szkicownika nigdzie nie było.
– Czy to wszystko było tylko snem? – zastanawiał się głośno.
Obrazy z ostatnich dni mieszały mu się w głowie. Nie potrafił już odróżnić, co było rzeczywistością, a co wytworem jego wyobraźni. Przez chwilę stał w miejscu, nie wiedząc, co robić. Nagle przypomniał sobie, że powinien być na uczelni. Mimo wszystko zebrał swoje rzeczy i wyszedł z mieszkania.
Ulica przywitała go chłodnym powietrzem i szumem miasta. Czuł się obco w tym otoczeniu, jakby nie należał już do tego świata. Przygnębienie mieszało się z niepokojem. Co się z nim działo? Czy naprawdę tracił zmysły?
Szukał drogi na uczelnię, ale nogi same niosły go w innym kierunku. Wszystko wydawało się znajome, a jednocześnie obce. Uczucie déjà vu nasilało się z każdym krokiem. Miał wrażenie, że już tu był, że przeżywa to wszystko kolejny raz.
Chłodny wiatr przenikał przez jego ubranie, a zapach starego miasta wdzierał się do nozdrzy. Zagubiony w myślach nie zauważył, kiedy minął uczelnię i znalazł się w wąskiej, mrocznej uliczce.
Nagle zderzył się z kimś. Obdarty, zarośnięty starzec upadł na chodnik.
– Przepraszam, nie zauważyłem pana – powiedział Lucas, próbując pomóc nieznajomemu.
Starzec spojrzał na niego przenikliwym wzrokiem.
– Nadal myślisz, że to tylko sen? – zapytał z dziwnym uśmiechem.
Lucas cofnął się o krok.
– Skąd pan…?
Nieznajomy zaśmiał się szaleńczo.
– Przekonasz się… jeszcze się przekonasz…
Zanim Lucas zdążył cokolwiek powiedzieć, mężczyzna odwrócił się i zniknął w cieniu uliczki. Serce Lucasa waliło jak młot. Czy to możliwe, że spotkał tego człowieka wcześniej? Czy to wszystko było tylko w jego głowie?
Bez celu dotarł na stację metra. Nie wiedział, dokąd chce jechać, ale czuł, że musi tam być. Podszedł do kasy, lecz gdy sięgnął po portfel, okazało się, że nie ma przy sobie pieniędzy.
– Nie mam drobnych – powiedział zrezygnowany.
Kasjerka spojrzała na niego z irytacją.
– To proszę się odsunąć, jest kolejka.
Nagle poczuł na ramieniu czyjąś dłoń. Odwrócił się i zobaczył elegancko ubranego mężczyznę. Rozpoznał w nim biznesmena z metra.
– Zapłacę za niego – powiedział mężczyzna. – Nie mam czasu na opóźnienia.
Lucas spojrzał na niego zaskoczony.
– Dziękuję… ale dlaczego…?
Mężczyzna zmierzył go chłodnym spojrzeniem.
– Mieliśmy już ostatnio dość zamieszania. Nie chcę powtórki.
– O czym pan mówi? – zapytał Lucas, czując narastający niepokój.
– Nie udawaj. Po prostu weź ten bilet i nie zawracaj mi głowy.
Zdezorientowany Lucas wziął bilet i się odsunął. Mężczyzna zniknął w tłumie, zanim zdążył zadać kolejne pytania. Stał przez chwilę na peronie, próbując złożyć w całość fragmenty rzeczywistości, które zdawały się rozpadać w jego umyśle.
Lucas wszedł do wagonu metra, nadal rozmyślając o dziwnych wydarzeniach na powierzchni i o niepokojącym doborze słów nieznajomego. Dlaczego powiedział: „mieliśmy dość zamieszania”? Usiadł w zatłoczonym przedziale. Mimo że był dopiero początek tygodnia, wagon przypominał sklep przed Wigilią – tłoczno, gwarno i duszno. Zapach potu i wszechobecny hałas sprawiały, że powietrze było ciężkie, trudno było oddychać. Pomimo zgiełku Lucas skupił się na swoim wewnętrznym instynkcie, który towarzyszył mu przez cały dzień niczym złowrogi cień. Obserwował pasażerów wokół siebie, ale jego myśli błądziły daleko, poszukując odpowiedzi na pytania, których jeszcze nie zdążył sformułować.
Nagle coś przykuło jego uwagę. Choć wagon mknął przez ciemne tunele, Lucas miał wrażenie, że jest obserwowany z zewnątrz. Gdy pociąg wyjechał z tunelu i wnętrze wypełniło światło, serce Lucasa zaczęło bić szybciej. Nieforemna smuga na oknie, która wcześniej go zainteresowała, przybrała kształt dziwnej postaci. Zarys stawał się coraz wyraźniejszy, mimo że szyby nie były czyszczone od lat. Ubranie zjawy było brudne i niechlujne, włosy splątane w chaotyczne kosmyki. Jednak to szeroki, niemal nieludzki uśmiech na jej twarzy napawał największym przerażeniem. Lucas rozpoznał w niej tego samego tajemniczego starca, który nawiedzał go w snach i którego spotkał w drodze na uczelnię. O tym, że wybierał się na uczelnię, kompletnie zapomniał pod wpływem przytłaczającego instynktu, dyktującego mu kolejne kroki.
Po kilku minutach intensywnego kontaktu wzrokowego uśmiech zjawy zmienił się w śmiertelnie poważny grymas znudzenia, po czym postać zniknęła bez śladu. Pytania tłoczyły się w umyśle Lucasa: dlaczego ten bezdomny starzec wciąż go prześladuje? Czy to tylko halucynacje spowodowane zmęczeniem, czy może zaczyna tracić zmysły?
Obok Lucasa usiadł elegancko ubrany człowiek, którego wcześniej widział przy kasie. Wyglądał na kogoś, kto zmierza do pracy, świadczyły o tym wytworny strój i włosy ułożone z przesadną ilością żelu. Mężczyzna przerwał ciszę, zwracając się do Lucasa cichym głosem, co tylko spotęgowało jego niepokój.
– Powiedz mi – szepnął – że nie spotkaliśmy się wcześniej.
Lucas spojrzał na niego zaskoczony.
– „Wcześniej”? Kiedy?
– Parę dni temu… Wtedy to się stało.
– Co takiego? – zapytał coraz bardziej zdenerwowany Lucas.
– Tamtego wieczoru, kilka dni temu, wracałem z nieudanego spotkania w firmie. W tym samym wagonie, w którym teraz siedzimy, zginął mi portfel. Zwrócił mi go jakiś pijany młodzik. Wyglądał łudząco podobnie do ciebie…
Lucas poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła. Mimo to starał się zachować spokój.
– Fakt, ostatnio piłem sporo, ale nie przypominam sobie, żebym podróżował tym metrem ani spotkał pana w takiej sytuacji – odpowiedział, choć głos mu lekko drżał.
Mężczyzna odetchnął, ale w jego oczach wciąż tliła się niepewność.
– Następnego dnia zobaczyłem w wiadomościach swoje zdjęcie jako podejrzanego o zamordowanie starca, który siedział w sąsiednim wagonie. Co więcej, jako potencjalnego świadka widziano kogoś, kto był cholernie podobny do ciebie.
Lucas poczuł zimny dreszcz na plecach.
– Zapewniam pana, to nasze pierwsze spotkanie, poza tym przy kasie. Nie słyszałem o żadnym incydencie przypominającym ten, o którym pan mówi.
Mężczyzna przez chwilę przyglądał mu się uważnie, po czym skinął głową.
– Może to tylko zbieg okoliczności… Przepraszam, że pana niepokoiłem.
Wstał bez słowa i przeszedł do innego wagonu. Lucas odetchnął z ulgą, ale niepokój nie zniknął.
Jego tok myśli przerwało nagłe poczucie, że musi opuścić wagon. Instynkt, który wcześniej kierował go do metra, teraz nakazywał mu iść dalej. Jakby ktoś lub coś miało nad nim kontrolę, podniósł się i wysiadł na najbliższej stacji. Szedł przed siebie prowadzony nieznanym impulsem. Myślał o rozmowie z eleganckim nieznajomym.
„To nie mógł być sen… Muszę się dowiedzieć, co naprawdę wydarzyło się tamtej nocy. Kim jest ten tajemniczy starzec, który mnie prześladuje?”.
Przyspieszył kroku, napędzany złością i frustracją. Nienawidził poczucia bezsilności i braku kontroli. Nie zauważył nawet, kiedy zderzył się z metalowym słupem latarni. Ból przeszył jego głowę, a przed oczami zatańczyły mu ciemne plamy. Stracił przytomność.
Obudził się w znajomym barze, tym samym, w którym wcześniej rozmawiał z barmanem. Tym razem byli tylko we dwóch. Lucas trzymał w dłoni szklankę, do której barman właśnie nalewał tequilę. Gwałtownie machnął ręką, strącając naczynie na podłogę. Szkło rozprysło się z brzękiem.
– Będziesz musiał za to zapłacić, kolego – oznajmił barman zimnym tonem.
Lucas spojrzał na niego zdezorientowany.
– To nie ma sensu… – wyszeptał, czując narastające przerażenie. – Jak tu trafiłem?
– Naprawdę myślisz, że to efekt alkoholu? – zapytał barman, a w jego oczach pojawił się tajemniczy błysk.
– Dziś nie piłem ani kropli. Do diabła, co się dzieje?
– Ktoś cię tu przyprowadził. Dziwny jegomość. Wydaje mi się, że się znacie.
Lucas poczuł, jak dreszcz przebiega mu po plecach.
– Opisz go. Jak wyglądał?
– Czarne włosy, brudna broda. Nosił łachmany, jakich nawet najbiedniejsi by nie włożyli.
– To nie ma sensu… Co tu się w ogóle dzieje? – mruknął pod nosem Lucas.
– Czasami prawda jest dziwniejsza niż fikcja – stwierdził spokojnie barman.
Lucas spojrzał na niego uważnie i zauważył przerażający, nieludzki uśmiech – dokładnie taki sam, jaki widział na twarzy zjawy w metrze. Serce zaczęło bić mu jak szalone, a po ciele przebiegła gęsia skórka.
– Co, do cholery… Czego ode mnie chcesz?
Barman bez słowa przesunął w jego stronę stary szkicownik, z którego unosił się odór zgnilizny.
– No weź go! Dokończ, co zacząłeś! – syknął z irytacją.
Lucas drżącą ręką sięgnął po leżący przed nim notes.
– Co mam z nim zrobić? – zapytał zduszonym głosem, ale nie otrzymał odpowiedzi.
Otworzył zeszyt i zauważył, że napis na pierwszej stronie, wcześniej nieczytelny, teraz był jasny i przejrzysty. Mimo strachu wrodzona ciekawość zmusiła go do przeczytania treści.
Napisy częściowo zaspokoiły jego ciekawość, lecz jednocześnie uczyniły zdarzenia ostatnich dni jeszcze bardziej mrożącymi krew w żyłach. Na pierwszej stronie było napisane:
I. Wzgardź litością i słabością, albowiem są one zarazą, która toczy silnego.
III. Szczęście znajdziesz w triumfie, lecz nigdy w pokoju.
V. Bądź dobrym żniwiarzem, a nie zbraknie ci ziarna na zasiew.
VIII. Pragnij więcej i więcej, albowiem podbój nigdy ukończonym nie jest.
XVII. Bądź jak poryw nowego wiatru – niszczący i twórczy zarazem.
Po przeczytaniu tajemniczego wpisu Lucas poczuł, że jego umysł ogarnia chaos. Był rozdarty i zdezorientowany, nie wiedząc, co myśleć ani jak zareagować. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w zapisaną stronę, próbując pojąć jej znaczenie. W końcu podniósł wzrok, chcąc zapytać barmana o sens tych słów. Ku swojemu zdziwieniu zorientował się, że jest całkiem sam. Wokół nie było żywej duszy, co paradoksalnie przyniosło mu pewną ulgę, choć jednocześnie jego lista pytań stawała się coraz dłuższa i bardziej paląca.
Rozglądając się nerwowo po pustym wnętrzu baru, postanowił zignorować to, co przeczytał na pierwszej stronie, i przejrzeć kolejne kartki szkicownika. To, co ujrzał, przyprawiło go o dreszcze. Na następnych trzech stronach zobaczył swoje własne komiksy z metra i radiowozu – dokładne odwzorowanie wydarzeń, które przeżył.
– Wiedziałem, że to naprawdę się stało… – szepnął z mieszaniną przerażenia i fascynacji.
Wrócił do przewracania stron, ale szybko tego pożałował. Kolejne kartki wypełniały ilustracje przedstawiające wydarzenia od momentu powrotu do domu: ponowne spotkanie ze starcem, rozmowę z biznesmenem. Najbardziej niepokojące było jednak to, że szkicownik samoczynnie zaczął tworzyć nowe rysunki. Lucas zamarł, gdy zauważył, że strony zapełniają się scenami z jego aktualnych poczynań. Wszystkie rysunki wyglądały tak, jakby były wydrapane tępym narzędziem na powierzchni skóry, spod której wypływała ciemnobrunatna krew, wypełniając makabryczne ryciny.
Strach i dezorientacja narastały z każdą chwilą. Na ostatniej zarysowanej stronie zobaczył siebie siedzącego przy barze, przeglądającego zeszyt, a nad nim pojawiła się czarna postać z upiornym uśmiechem – tym samym, który widział wcześniej. Przerażający proces zatrzymał się, jakby czekając na jego kolejny ruch.
Z bijącym sercem zamknął szkicownik i postanowił natychmiast opuścić lokal. Gdy tylko skórzana okładka dotknęła blatu, rozległ się złowrogi, przerażający śmiech, który przeszył go dreszczem. Nieświadomie ścisnął zeszyt w dłoni, czując, jak zimny pot spływa mu po plecach.
Odwrócił się i zamarł. Przed nim stała czarna, zgarbiona postać, której cień zdawał się nie mieć końca. Jej oczy błyszczały w mroku, a cichy rechot wydobywający się z gardła wypełniał ciszę pomieszczenia. Lucas, z trudem łapiąc oddech, wykrztusił drżącym głosem:
– Kim… kim ty jesteś? Czego ode mnie chcesz?
Nie mogąc powstrzymać narastającej paniki, krzyknął z rozpaczą:
– Dlaczego, do cholery, mnie to spotyka?!
Zjawa przerwała swój rechot. Po chwili milczenia, która wydawała się wiecznością, odpowiedziała niskim, szorstkim głosem:
– Czy teraz już wierzysz? Czy nadal będziesz się łudzić, że to tylko sny?
– Kim ty jesteś?! Dlaczego akurat mnie to spotyka?! Co to za przeklęty szkicownik?! Dlaczego… – zaczął Lucas, ale zjawa uniosła dłoń, przerywając mu.
– Zadajesz wiele pytań, młody człowieku… Zbyt wiele – rzekła z nutą rozdrażnienia. – Inni nie byli tacy gadatliwi.
Bar ponownie wypełnił się jej cichym rechotem, który zdawał się odbijać echem od ścian.
– Jak to „inni”? Nie jestem jedyną osobą, której to się przytrafia?! – Lucas poczuł, jak panika miesza się z ciekawością, a głos zaczyna mu drżeć.
– Zasługujesz na drugą szansę… Lecz każda szansa ma swoją cenę.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
OPADAJĄCY LIŚĆ
Poranne światło nieśmiało przedzierało się przez szpary w zasłonach, tworząc na podłodze cienie przypominające gałęzie drzew. Mieszkanie spowijała lekka mgiełka dymu papierosowego, którego zapach przenikał powietrze, mieszając się z aromatem wilgotnego miasta. Drobne krople rosy zdobiły parapety, podczas gdy na zewnątrz miasto budziło się do życia w swym codziennym pośpiechu.
Lucas leżał na niepościelonym łóżku, z oczami zamkniętymi tak mocno, jakby próbował w ten sposób zagłuszyć nie tylko irytujący dźwięk budzika, lecz także całe swoje życie. Oparł ręce na poduszce, wciskając w nią mocniej głowę, jakby to mogło odciąć go od rzeczywistości, lecz brzęczenie budzika było nieubłagane. Dźwięk rozchodził się po całym pokoju, odbijając się echem od pustych butelek po alkoholu walających się po podłodze.
W końcu zrezygnowany podniósł się powoli, jakby każdy ruch wymagał od niego więcej siły niż zazwyczaj. Z jego twarzy biło zmęczenie – nie tylko nieprzespaną nocą, ale i życiem, które zdawało się go przytłaczać. Przetarł oczy, starając się odpędzić senność, lecz ból w plecach przypominał mu, że nieprzyjemny materac, na którym spał, to zaledwie czubek góry lodowej jego problemów.
Rozejrzał się po mieszkaniu. Chaos panował wszędzie – ubrania rzucone niedbale na krzesło, resztki jedzenia na stole, stosy niezapłaconych rachunków rozrzucone po podłodze. Każdy szczegół tego wnętrza odzwierciedlał jego stan ducha – poczucie bezsensu, znużenie i bezsilność. Lucas westchnął ciężko.
– Kolejny pieprzony dzień – mruknął pod nosem, ruszając w stronę kuchni.
Otworzył lodówkę, szukając jakiejkolwiek nadziei na normalny początek dnia. Zamiast tego powitały go przeterminowane produkty: kwaśne mleko i resztki chińszczyzny sprzed tygodnia. Drzwi lodówki zamknęły się z głośnym trzaskiem, odzwierciedlając jego narastającą frustrację. Zamiast przygotować śniadanie jak normalny człowiek, sięgnął po butelkę burbona stojącą na blacie. Nalał sobie pełną szklankę i trzymał ją chwilę w dłoni, jakby ten gest miał przynieść mu chwilę refleksji. W końcu jednym haustem wypił zawartość. Alkohol spłynął przez gardło, paląc go od środka, lecz jednocześnie dając mu iluzję ulgi.
Wyciągnął z kieszeni kurtki pogniecioną paczkę papierosów. Jeden z nich wylądował w jego ustach, a chwilę później dym tytoniowy zaczął wypełniać kuchnię, podobnie jak jego myśli wypełniały się mrokiem i poczuciem beznadziejności. Oparłszy się o parapet, patrzył na ulice miasta tętniącego życiem. Ludzie, których twarze i historie były dla niego obce, spieszyli się do pracy. Obserwował to wszystko z dystansem, czując się jak widz przyglądający się spektaklowi, w którym nigdy nie zamierzał grać głównej roli.
– Co ja tu, do cholery, robię? – zapytał samego siebie, wiedząc, że odpowiedź nie istnieje.
Dźwięk telefonu przerwał jego chwilę refleksji. Spojrzał na ekran. Matka. Zacisnął szczęki. Przez chwilę wahał się, czy odebrać, ale w końcu odrzucił połączenie. Nie miał siły na kolejne pytania, nie miał ochoty na udawanie, że radzi sobie lepiej niż w rzeczywistości.
Zaciągnął się ostatni raz, po czym zgasił papierosa w starej popielniczce, w której ledwo było już miejsce na kolejne niedopałki. Wstał z miejsca i zaczął przetrząsać mieszkanie w poszukiwaniu portfela. Przewrócił kilka poduszek, zajrzał pod stertę ubrań leżących na kanapie. W końcu znalazł zgubę w łazience, obok pustej butelki po winie.
– W samą porę – mruknął, zaglądając do środka. Trochę drobniaków, karta do bankomatu. Znał stan swojego konta: ledwo starczyło na przetrwanie, ale to go teraz nie obchodziło.
Przełknął ślinę i postanowił zrobić to, co robił każdego dnia – przetrwać.
■
Ulice miasta były zatłoczone – jak zwykle o tej porze dnia. Ludzie mijali się w pośpiechu, a Lucas, zatopiony w swoich myślach, przemierzał chodniki z rękami w kieszeniach, unikając kontaktu wzrokowego z przechodniami. Jego krok był powolny, niemal leniwy, jakby każdy kolejny ruch wymagał od niego więcej energii, niż jej faktycznie posiadał. Dookoła rozbrzmiewały dźwięki miejskiego zgiełku, klaksony samochodów, odgłosy rozmów, szum ruchu ulicznego. Jednak dla niego były to jedynie odległe, zniekształcone dźwięki, które nie dotykały go w żaden realny sposób.
Jego celem był mały, zapomniany przez świat bar na rogu głównej ulicy. Właśnie tam Lucas szukał chwilowej ulgi. W tym miejscu mógł uciec od wszystkiego chociaż na moment. Przynajmniej tam nikt nie zadawał pytań.
Gdy wszedł do środka, powitał go znajomy zapach stęchlizny i dymu papierosowego, który niemal natychmiast wypełnił jego nozdrza. W tle cicho grała muzyka, jakby sama w sobie była ledwie zauważalnym dodatkiem do wiecznego półmroku, który panował w tym miejscu. Kilku stałych bywalców siedziało przy barze, każdy zanurzony we własnych myślach lub w szklankach, które trzymali w rękach.
Barman, wysoki mężczyzna o szpakowatych włosach i surowym spojrzeniu, zerknął na niego znad kontuaru i skinął głową. Lucas znał go na tyle, że nie potrzebował żadnych wyjaśnień. Nie była tu potrzebna wymiana zbędnych słów.
– To, co zwykle? – zapytał barman, sięgając po szklankę, zanim jeszcze Lucas zdążył usiąść.
– Podwójną – odpowiedział krótko Lucas, siadając na jednym z wysokich stołków przy barze.
Barman nalał bursztynowy płyn i postawił przed nim szklankę. Lucas patrzył na nią przez chwilę, zanim uniósł ją do ust. Kiedy alkohol spłynął mu do żołądka, poczuł rozchodzące się ciepło, które na moment ukoiło chłód, jaki czuł w sobie od tygodni. Nie było to rozwiązanie, ale wystarczało, by przetrwać jeszcze jeden dzień.
– Ciężka noc? – zagadnął barman, polerując kolejną szklankę.
Lucas wzruszył ramionami, wpatrując się w bursztynową ciecz.
– Ciężkie życie – odpowiedział z gorzkim uśmiechem, który nie sięgnął oczu.
Barman przytaknął, nie drążąc tematu. Wiedział, że Lucas nie był w nastroju do rozmów. Widział takich jak on codziennie – ludzi, którzy szukali ulgi w alkoholu, szukali sposobu, by uciec od tego, co nie dawało im spokoju. W ich oczach było to samo: zmęczenie, rezygnacja, brak sensu.
– Zawsze może być gorzej – zauważył barman, bardziej z przyzwyczajenia niż z przekonania.
Lucas parsknął nieco zbyt głośno jak na panującą w barze ciszę.
– Nie jestem pewien – odparł, wpatrując się w swoją twarz w lustrze za barem. Jego odbicie wydawało się należeć do jakiegoś obcego człowieka, kogoś, kogo nie znał. Zmęczone szare oczy patrzyły na niego z wyrzutem. Przypominał samego siebie, ale w tej wersji nie widział już niczego, co mogłoby dać mu nadzieję.
Barman przetarł blat, czekając na kolejne słowa, lecz w powietrzu zawisła cisza.
– Słyszałem, że studiujesz sztukę – zagadnął po chwili, przerywając milczenie, które zaczynało być przytłaczające.
Lucas zareagował niemal natychmiast, wzruszając ramionami i odpowiadając z rezygnacją:
– To bez znaczenia.
– Dlaczego tak mówisz? – Barman uniósł brew. – Masz talent, mógłbyś coś osiągnąć.
Lucas prychnął, jego uśmiech był pełen goryczy.
– Talent nie płaci rachunków. Poza tym kto teraz docenia prawdziwą sztukę?
Barman wzruszył ramionami, jakby temat rozmowy przestał go interesować.
– Może masz rację. Ale ucieczka w alkohol niczego nie rozwiąże.
– A co ty o tym wiesz? – Lucas poczuł przypływ irytacji. – Co ty o tym wszystkim wiesz?
– Więcej, niż myślisz. – Barman spojrzał na niego spod brwi. – Widziałem tu wielu takich jak ty. Wszyscy myśleli, że znajdą rozwiązanie na dnie butelki.
Lucas zacisnął zęby.
– Skończ – warknął. – Nie potrzebuję kazań.
Barman westchnął ciężko, wznawiając swoje zajęcie.
– Jak chcesz.
Lucas dopił drinka i poprosił o kolejnego. Godziny mijały, a szklanki przed Lucasem stawały się coraz liczniejsze. Ludzie opuszczali bar, a dym tytoniowy zdawał się jeszcze gęstszy niż wcześniej. Cicha muzyka w tle zaczęła go drażnić. W tym otoczeniu jego myśli zaczynały się mieszać, tracił kontakt z rzeczywistością.
Barman po raz pierwszy od dłuższego czasu przerwał milczenie.
– Zamykamy – oznajmił stanowczo.
Lucas uniósł wzrok, mrużąc oczy, jakby nie do końca zrozumiał to, co właśnie usłyszał.
– Jeszcze jeden proszę – wymamrotał, próbując wyprostować się na stołku.
– Nie ma mowy. – Barman stanął naprzeciw niego. – Już dość wypiłeś.
Lucas westchnął ciężko, czując, jak ciało odmawia mu posłuszeństwa. Mimo to spróbował jeszcze raz.
– Potrzebuję… – zaczął, ale słowa uwięzły mu w gardle.
– Czego potrzebujesz? – zapytał barman zaskakująco łagodnym głosem.
Lucas wbił wzrok w podłogę. Jego palce zaczęły nieświadomie bębnić o blat, a myśli pędziły jak szalone.
– Spokoju… – wykrztusił w końcu.
Na moment zapadła cisza. Barman zmarszczył brwi, przyglądając się Lucasowi z troską.
– Co ci nie daje spokoju?
Lucas zaczął nerwowo stukać palcem w skroń, jakby próbując wyrzucić z głowy coś, co nie dawało mu spokoju.
– To, co dzieje się tutaj – odpowiedział, a jego palec jeszcze mocniej naciskał na skórę. – W mojej głowie…
Barman westchnął, widząc, że jego klient traci panowanie nad sobą.
Nagle Lucas wybuchnął nieopanowanym śmiechem, przypominającym bardziej krzyk rozpaczy niż cokolwiek innego. Śmiech rozbrzmiewał w pustym barze, odbijając się echem od ścian.
– Co cię tak śmieszy? – zapytał barman z niepokojem.
Lucas zmrużył oczy, uśmiechając się gorzko.
– Wiesz co? Masz, kurwa, rację! – powiedział przez zaciśnięte zęby, wciąż się śmiejąc, jakby ten śmiech miał ukoić jego ból.
Barman nie odpowiedział, przyglądając mu się w milczeniu. W końcu, gdy śmiech ucichł, dodał tylko:
– W porządku. Ale teraz musisz wyjść.
Lucas, chwiejąc się, wstał z krzesła. Rzucił kilka banknotów na ladę i ruszył w stronę drzwi, kierując się ku nocnemu mrokowi.
Noc była gęsta i duszna, choć jednocześnie przeszyta chłodnym wiatrem, który niósł ze sobą szum odległych części miasta. Lucas, wyraźnie zmęczony, zataczał się lekko, próbując skupić wzrok na trotuarze przed sobą. Monotonne buczenie ulicznych latarni mieszało się z cichym, nieustannym brzęczeniem jego myśli. Każdy krok stawiany na nierównym chodniku wydawał się prowadzić donikąd.
Człapanie jego butów odbijało się echem od mokrej powierzchni, a kałuże rozpryskiwały się przy każdym kontakcie z podeszwami, kreśląc nieregularny rytm kroków Lucasa. Mimo chaosu panującego w jego głowie na zewnątrz panowała cisza, przerywana jedynie odległymi dźwiękami przejeżdżających samochodów. Miasto, mimo jego nieustannego zgiełku, wydawało się dalekie i obce.
Nagle, jakby zderzając się z rzeczywistością, Lucas potrącił jakiegoś przechodnia. Bezdomny starzec upadł na chodnik, a Lucas, próbując utrzymać równowagę, oparł się o pobliską latarnię. Na krótką chwilę ich spojrzenia się spotkały, ale Lucas był zbyt zamroczony, żeby zareagować natychmiast. Dopiero po chwili poczuł ukłucie wyrzutów sumienia i wyciągnął rękę, by pomóc starcowi wstać z zimnego bruku.
– Przepraszam – wybełkotał, nie do końca pewien, czy jego słowa dotarły do nieznajomego.
Bezdomny uśmiechnął się ledwo zauważalnie i z trudem podniósł się na nogi, ale zanim Lucas zdążył cokolwiek powiedzieć, zniknął w mroku, zaskakująco szybko, jak na swój wiek. Lucas, oszołomiony tym nagłym zniknięciem, opuścił wzrok i zauważył leżący na ziemi stary, zniszczony notes, który starzec musiał upuścić. Schylił się, żeby go podnieść, lecz nieznajomy już dawno zniknął, a ulica była pusta.
■
Trzymając notes w dłoni, Lucas wpatrywał się w niego przez chwilę, zastanawiając się, co zrobić. Na okładce nie było żadnych napisów ani oznaczeń, które mogłyby wskazywać, kto był jego właścicielem. Czuł w środku dziwną mieszankę zaintrygowania i niepokoju. Po krótkiej chwili niepewności wsunął notes do kieszeni kurtki. Nikt przecież tego nie zauważy.
Jego myśli dryfowały unoszone przez wiatr, podczas gdy uliczne latarnie od czasu do czasu oświetlały mu twarz, rzucając blade światło na jego zmęczoną sylwetkę. Lucas poczuł, że z każdą chwilą jest coraz bardziej rozproszony, a obrazy migoczących świateł miasta zlewały się w jeden rozmyty krajobraz.
Po kilku godzinach bezcelowego włóczenia się po mieście dotarł pod stację metra. Noc stawała się coraz bardziej nieprzenikniona, a on, zmęczony i zamroczony alkoholem, uznał to za znak, że nadszedł czas, by wrócić do domu. Zaczął przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu portfela. Sprawdzał każdą z nich z rosnącą frustracją, lecz bez skutku.
– Musiał mi wypaść, kiedy zderzyłem się ze starcem – wymamrotał pod nosem. – Pewnie go podniósł, dlatego tak szybko zniknął… – kontynuował rozmowę z samym sobą, próbując zrozumieć, jak mogło do tego dojść.
Miał przy sobie tylko kilka drobnych monet – wystarczały na bilet powrotny. Z lekkim trudem podszedł do kasy biletowej, gdzie kasjerka, spoglądając na niego z wyraźnym niesmakiem, sprzedała mu bilet. W jej wzroku było coś, co go zirytowało – coś osądzającego, jakby wiedziała, kim jest i co go sprowadza tak późną godziną do metra – w takim stanie.
– A idź do diabła – wybełkotał pod nosem, odchodząc od okienka i zataczając się lekko.
Wsparł się o ścianę peronu i czekał na pociąg. W wagonie metra usiadł na wolnym miejscu, co nie było trudne ze względu na późną porę i fakt, że jego odór odstraszał potencjalnych współpasażerów. Nikt nie chciał siedzieć zbyt blisko człowieka, który pachniał alkoholem i bezsilnością.
Z czystego znudzenia zaczął się przyglądać notesowi, który zabrał bezdomnemu. Stara, zniszczona okładka była poplamiona, a strony wewnątrz puste, jeśli nie liczyć plam błota i jakiegoś bliżej nieokreślonego płynu, który mógł być kawą lub czymś znacznie mniej przyjemnym. Jego stan wskazywał na to, że notes przeszedł przez niejedną burzę i widział niejedno. Lucas uśmiechnął się lekko.
Po chwili, grzebiąc w kieszeniach kurtki, natrafił na malutki ołówek, niemal całkowicie zużyty. Od razu przypomniały mu się czasy, kiedy jako dziecko rysował komiksy o swoim życiu, a każda strona była dla niego oknem na świat, którym chciał się dzielić. W tym momencie, niemal bez zastanowienia, zaczął bazgrać na pustych stronach. Początkowo rysunki były nieczytelne, jakby jego ręka nie pamiętała, jak tworzyć. Ale z czasem linie stawały się wyraźniejsze, bardziej precyzyjne. Kreślił bohomazy, starając się oddać swoje aktualne emocje, choć nie był pewien, co dokładnie próbuje przekazać.
Gdy wypełnił kilka pierwszych stron szkicami opartymi na wydarzeniach z ostatnich godzin, w jego głowie pojawiła się dziwna myśl. Co by było, gdyby mógł zmienić rzeczywistość za pomocą tych rysunków? Gdyby to, co kreślił na tych kartkach, mogło się naprawdę wydarzyć?
Jego wyobraźnia zaczęła błądzić. „Ciekawe, co by było, gdyby… gdyby ktoś zgubił portfel?” – pomyślał z ironią, a na jego twarzy pojawił się cienki uśmiech, pełen gorzkiego humoru.
Zaraz po tym, jak postawił ostatnią kreskę, do pustego dotąd wagonu wszedł dobrze ubrany, zdenerwowany mężczyzna w garniturze. Szedł szybkim krokiem, cały czas coś mamrocząc i rzucając pod nosem drobne przekleństwa. Przechodząc obok Lucasa, spojrzał na niego z pogardą.
– Patrzcie go, artysta cholerny – prychnął, po czym półgłosem dodał: – Do roboty byś się wziął, a nie bawisz się… pasożycie.
Lucas uniósł wzrok, ale nie odpowiedział. Mężczyzna, odwracając się jeszcze raz, by rzucić spojrzenie na „pijaczynę”, zahaczył stopą o stopień i omal nie upadł na podłogę. Jak gdyby nigdy nic, podniósł się, otrzepał, zebrał teczkę, która wypadła mu z rąk, i ruszył do kolejnego wagonu, chcąc uniknąć dalszej kompromitacji.
Lucas uznał całe to zajście za żałosne i chciał wrócić do szkicowania, lecz coś przykuło jego uwagę. Na podłodze leżał portfel zgubiony przez mężczyznę. Spojrzał w kierunku, w którym odszedł nieznajomy, a potem znów na portfel. Wewnętrzny konflikt zaczął targać jego sumieniem.
„Oddać mu czy nie? W końcu potraktował mnie jak śmiecia…” – pomyślał.
Podniósł portfel i zajrzał do środka. Zawierał trochę gotówki i dokumenty.
„Mógłbym wziąć kasę i oddać mu resztę… Ale czy to w porządku?” – zastanawiał się.
Po chwili wahania wyciągnął kilka banknotów i schował je do kieszeni. Wstał i ruszył za mężczyzną. Dogonił go i klepnął w ramię.
– Przepraszam, to chyba pański portfel. Zgubił go pan – powiedział, starając się mówić wyraźnie.
Mężczyzna odwrócił się z zaskoczeniem. Widząc swój portfel, zmieszał się.
– Och… dziękuję – powiedział niepewnie. Szybko zajrzał do środka i zauważył brak części gotówki.
– A gdzie pieniądze, które tu były? – zapytał podejrzliwie.
Lucas wzruszył ramionami.
– Znalazłem go już taki – odparł beznamiętnie.
Nieznajomy zmierzył Lucasa wzrokiem, ale widząc jego stan, westchnął.
– Nieważne… W każdym razie dzięki za zwrot.
Lucas skinął głową i zaczął się oddalać.
– Zaczekaj! – zawołał mężczyzna. – Może chociaż przyjmiesz coś za fatygę.
Wyciągnął z portfela kilka banknotów i podał je Lucasowi.
– Nie trzeba – powiedział Lucas, choć w środku czuł ulgę i zadowolenie.
– Nalegam. To drobiazg.
Lucas wziął pieniądze.
– Dziękuję.
– Nie ma sprawy. I… przepraszam za wcześniejsze słowa. Miałem ciężki dzień.
– Jasne – mruknął Lucas i wrócił na dawne miejsce.
Gdy dotarł na swoją stację, wysiadł z wagonu, czując mieszankę winy i satysfakcji.
„Dzięki Bogu wsiadłem do tego metra… w idealnym momencie” – pomyślał.
Po wejściu do mieszkania zmęczony rzucił na podłogę wszystko, co miał przy sobie, i padłszy na łóżko, zasnął w ułamku sekundy.
■
Była szósta rano. Mieszkanie wypełniało uporczywe brzęczenie budzika, a zaniedbane wnętrze otulał półmrok. O tej porze roku na zewnątrz wciąż panowała ciemność, a zasunięte zasłony dodatkowo tłumiły resztki światła. Lucas z trudem podniósł się z łóżka; głowa pulsowała bólem po wczorajszej nocy. Wyłączył irytujący budzik, zamierzając wrócić do snu, ale niepokój nie dawał mu spokoju. W głowie mieszały się fragmenty snów i wspomnień, niejasne obrazy, trudne do odróżnienia od rzeczywistości.
Nagle ciszę przerwało głośne walenie do drzwi. Serce zabiło mu mocniej. Kto mógł przyjść o tej porze? Ostrożnie podszedł i spojrzał przez wizjer. Na korytarzu stali policjanci. Przez chwilę zastanawiał się, czy to nie kolejna halucynacja, ale ponowne pukanie sprowadziło go na ziemię.
Z bijącym sercem otworzył drzwi, ukazując się w niechlujnym stroju, z potarganymi włosami i zmęczonym wzrokiem. Policjanci spojrzeli na niego z mieszanką profesjonalizmu i dyskretnej niechęci.
– Pan Lucas? – zapytał jeden z nich.
– Tak… O co chodzi? – odpowiedział niepewnie.
– Musimy z panem porozmawiać. Czy możemy wejść?
Skinął głową i odsunął się, robiąc im miejsce. W środku funkcjonariusze rozejrzeli się po zaniedbanym mieszkaniu.
– Wczoraj w nocy w metrze doszło do incydentu. Bezdomny mężczyzna został śmiertelnie pobity po tym, jak oskarżono go o kradzież dużej sumy pieniędzy biznesmenowi – zaczął policjant.
Lucas poczuł zimny dreszcz przebiegający po plecach.
– Co ja mam z tym wspólnego? – zapytał, choć w głębi duszy czuł narastający niepokój.
– Mamy zeznania świadków, że był pan widziany w pobliżu. Proszę się ubrać, chcielibyśmy zadać kilka pytań na komisariacie.
Lucas przez moment miał wrażenie, że to wszystko dzieje się poza nim, jak we śnie. Obrazy z poprzedniego dnia zaczęły się mieszać w jego umyśle. Czy to możliwe, że miał z tym coś wspólnego? Bez słowa zaczął się ubierać, zabierając ze sobą szkicownik i kurtkę.
W policyjnym radiowozie siedział na tylnym siedzeniu, nerwowo obracając szkicownik w dłoniach. Myśli kotłowały mu się w głowie. Co się właściwie działo? Czy to wszystko było jakimś koszmarem?
– Co tam masz? – zapytał jeden z policjantów, spoglądając na niego przez lusterko wsteczne.
– Szkicownik. Pomaga mi uporządkować myśli – odpowiedział cicho Lucas.
– Rysujesz?
– Tak… próbuję sobie przypomnieć wczorajszy wieczór.
Funkcjonariusz skinął głową, nie drążąc tematu. Lucas otworzył szkicownik i zaczął rysować. Linie pojawiały się na papierze niemal automatycznie. Naszkicował scenę, w której policjanci otrzymują przez radio wiadomość o znalezieniu prawdziwego sprawcy.
Gdy skończył rysunek, w radiu rozległ się komunikat:
– Jednostka dwadzieścia siedem, zgłoście się.
– Tu dwadzieścia siedem, słucham – odpowiedział kierowca.
– Mamy nowy trop w sprawie morderstwa w metrze. Zatrzymano podejrzanego, który przyznał się do winy. Możecie wrócić z waszym zatrzymanym.
Lucas spojrzał z niedowierzaniem na policjantów. Czy to możliwe? Czy to, co narysował, właśnie się wydarzyło? Serce zaczęło mu bić szybciej.
– Wygląda na to, że miałeś szczęście – zauważył drugi policjant, odwracając się do niego. – Ale i tak musimy spisać twoje zeznania.
Skinął głową, wciąż oszołomiony. Granica między rzeczywistością a jego wyobraźnią zaczynała się zacierać.
Na komisariacie Lucas szybko złożył zeznania. Policjanci wydawali się mniej zainteresowani jego osobą, skupiając się na nowych informacjach w sprawie. Po krótkim czasie pozwolono mu odejść.
Wychodząc na ulicę, poczuł chłodny powiew wiatru na twarzy. Wszystko wydawało się takie nierzeczywiste. Czy to możliwe, że to, co narysował, stało się prawdą? Czy miał jakąś moc wpływania na rzeczywistość?
– To absurdalne – mruknął do siebie, potrząsając głową. – To musi być przypadek.
Im dłużej jednak o tym myślał, tym bardziej nie potrafił znaleźć racjonalnego wyjaśnienia. Przypomniał sobie koncepcję „mocy intencji”, o której kiedyś czytał. Czy to możliwe, że jego myśli i rysunki wpływają na to, co dzieje się wokół niego?
Wracając do domu, czuł, jak granice między jego umysłem a światem zewnętrznym zaczynają się zacierać. Czy to wszystko było prawdziwe? A może zaczynał tracić zmysły?
Dotarł do mieszkania, nie pamiętając nawet drogi, którą przeszedł. Wnętrze wydawało się jeszcze bardziej obce niż zwykle. Oparł się o drzwi i osunął się na podłogę. Serce biło mu szybko, a myśli krążyły chaotycznie. Ściskał w dłoniach szkicownik, jakby to była jedyna kotwica w tej szalejącej rzeczywistości.
– Co się ze mną dzieje? – wyszeptał.
Zmęczenie wzięło górę. Zasnął na zimnej podłodze, wciąż trzymając szkicownik.
■
Obudziły go promienie słońca przebijające się przez zasłony. Ból w karku przypominał, że zasnął na twardej podłodze. Rozejrzał się zdezorientowany. Czy to wszystko mu się przyśniło?
Spojrzał na swoje dłonie. Szkicownik zniknął.
– Niemożliwe – szepnął.
Przeszukał kieszenie kurtki, lecz nie znalazł ani szkicownika, ani pieniędzy, które wcześniej miał przy sobie. Tylko kilka drobniaków i trochę piasku. Zaczął gorączkowo penetrować mieszkanie, przewracając wszystko do góry nogami. Ale szkicownika nigdzie nie było.
– Czy to wszystko było tylko snem? – zastanawiał się głośno.
Obrazy z ostatnich dni mieszały mu się w głowie. Nie potrafił już odróżnić, co było rzeczywistością, a co wytworem jego wyobraźni. Przez chwilę stał w miejscu, nie wiedząc, co robić. Nagle przypomniał sobie, że powinien być na uczelni. Mimo wszystko zebrał swoje rzeczy i wyszedł z mieszkania.
Ulica przywitała go chłodnym powietrzem i szumem miasta. Czuł się obco w tym otoczeniu, jakby nie należał już do tego świata. Przygnębienie mieszało się z niepokojem. Co się z nim działo? Czy naprawdę tracił zmysły?
Szukał drogi na uczelnię, ale nogi same niosły go w innym kierunku. Wszystko wydawało się znajome, a jednocześnie obce. Uczucie déjà vu nasilało się z każdym krokiem. Miał wrażenie, że już tu był, że przeżywa to wszystko kolejny raz.
Chłodny wiatr przenikał przez jego ubranie, a zapach starego miasta wdzierał się do nozdrzy. Zagubiony w myślach nie zauważył, kiedy minął uczelnię i znalazł się w wąskiej, mrocznej uliczce.
Nagle zderzył się z kimś. Obdarty, zarośnięty starzec upadł na chodnik.
– Przepraszam, nie zauważyłem pana – powiedział Lucas, próbując pomóc nieznajomemu.
Starzec spojrzał na niego przenikliwym wzrokiem.
– Nadal myślisz, że to tylko sen? – zapytał z dziwnym uśmiechem.
Lucas cofnął się o krok.
– Skąd pan…?
Nieznajomy zaśmiał się szaleńczo.
– Przekonasz się… jeszcze się przekonasz…
Zanim Lucas zdążył cokolwiek powiedzieć, mężczyzna odwrócił się i zniknął w cieniu uliczki. Serce Lucasa waliło jak młot. Czy to możliwe, że spotkał tego człowieka wcześniej? Czy to wszystko było tylko w jego głowie?
Bez celu dotarł na stację metra. Nie wiedział, dokąd chce jechać, ale czuł, że musi tam być. Podszedł do kasy, lecz gdy sięgnął po portfel, okazało się, że nie ma przy sobie pieniędzy.
– Nie mam drobnych – powiedział zrezygnowany.
Kasjerka spojrzała na niego z irytacją.
– To proszę się odsunąć, jest kolejka.
Nagle poczuł na ramieniu czyjąś dłoń. Odwrócił się i zobaczył elegancko ubranego mężczyznę. Rozpoznał w nim biznesmena z metra.
– Zapłacę za niego – powiedział mężczyzna. – Nie mam czasu na opóźnienia.
Lucas spojrzał na niego zaskoczony.
– Dziękuję… ale dlaczego…?
Mężczyzna zmierzył go chłodnym spojrzeniem.
– Mieliśmy już ostatnio dość zamieszania. Nie chcę powtórki.
– O czym pan mówi? – zapytał Lucas, czując narastający niepokój.
– Nie udawaj. Po prostu weź ten bilet i nie zawracaj mi głowy.
Zdezorientowany Lucas wziął bilet i się odsunął. Mężczyzna zniknął w tłumie, zanim zdążył zadać kolejne pytania. Stał przez chwilę na peronie, próbując złożyć w całość fragmenty rzeczywistości, które zdawały się rozpadać w jego umyśle.
Lucas wszedł do wagonu metra, nadal rozmyślając o dziwnych wydarzeniach na powierzchni i o niepokojącym doborze słów nieznajomego. Dlaczego powiedział: „mieliśmy dość zamieszania”? Usiadł w zatłoczonym przedziale. Mimo że był dopiero początek tygodnia, wagon przypominał sklep przed Wigilią – tłoczno, gwarno i duszno. Zapach potu i wszechobecny hałas sprawiały, że powietrze było ciężkie, trudno było oddychać. Pomimo zgiełku Lucas skupił się na swoim wewnętrznym instynkcie, który towarzyszył mu przez cały dzień niczym złowrogi cień. Obserwował pasażerów wokół siebie, ale jego myśli błądziły daleko, poszukując odpowiedzi na pytania, których jeszcze nie zdążył sformułować.
Nagle coś przykuło jego uwagę. Choć wagon mknął przez ciemne tunele, Lucas miał wrażenie, że jest obserwowany z zewnątrz. Gdy pociąg wyjechał z tunelu i wnętrze wypełniło światło, serce Lucasa zaczęło bić szybciej. Nieforemna smuga na oknie, która wcześniej go zainteresowała, przybrała kształt dziwnej postaci. Zarys stawał się coraz wyraźniejszy, mimo że szyby nie były czyszczone od lat. Ubranie zjawy było brudne i niechlujne, włosy splątane w chaotyczne kosmyki. Jednak to szeroki, niemal nieludzki uśmiech na jej twarzy napawał największym przerażeniem. Lucas rozpoznał w niej tego samego tajemniczego starca, który nawiedzał go w snach i którego spotkał w drodze na uczelnię. O tym, że wybierał się na uczelnię, kompletnie zapomniał pod wpływem przytłaczającego instynktu, dyktującego mu kolejne kroki.
Po kilku minutach intensywnego kontaktu wzrokowego uśmiech zjawy zmienił się w śmiertelnie poważny grymas znudzenia, po czym postać zniknęła bez śladu. Pytania tłoczyły się w umyśle Lucasa: dlaczego ten bezdomny starzec wciąż go prześladuje? Czy to tylko halucynacje spowodowane zmęczeniem, czy może zaczyna tracić zmysły?
Obok Lucasa usiadł elegancko ubrany człowiek, którego wcześniej widział przy kasie. Wyglądał na kogoś, kto zmierza do pracy, świadczyły o tym wytworny strój i włosy ułożone z przesadną ilością żelu. Mężczyzna przerwał ciszę, zwracając się do Lucasa cichym głosem, co tylko spotęgowało jego niepokój.
– Powiedz mi – szepnął – że nie spotkaliśmy się wcześniej.
Lucas spojrzał na niego zaskoczony.
– „Wcześniej”? Kiedy?
– Parę dni temu… Wtedy to się stało.
– Co takiego? – zapytał coraz bardziej zdenerwowany Lucas.
– Tamtego wieczoru, kilka dni temu, wracałem z nieudanego spotkania w firmie. W tym samym wagonie, w którym teraz siedzimy, zginął mi portfel. Zwrócił mi go jakiś pijany młodzik. Wyglądał łudząco podobnie do ciebie…
Lucas poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła. Mimo to starał się zachować spokój.
– Fakt, ostatnio piłem sporo, ale nie przypominam sobie, żebym podróżował tym metrem ani spotkał pana w takiej sytuacji – odpowiedział, choć głos mu lekko drżał.
Mężczyzna odetchnął, ale w jego oczach wciąż tliła się niepewność.
– Następnego dnia zobaczyłem w wiadomościach swoje zdjęcie jako podejrzanego o zamordowanie starca, który siedział w sąsiednim wagonie. Co więcej, jako potencjalnego świadka widziano kogoś, kto był cholernie podobny do ciebie.
Lucas poczuł zimny dreszcz na plecach.
– Zapewniam pana, to nasze pierwsze spotkanie, poza tym przy kasie. Nie słyszałem o żadnym incydencie przypominającym ten, o którym pan mówi.
Mężczyzna przez chwilę przyglądał mu się uważnie, po czym skinął głową.
– Może to tylko zbieg okoliczności… Przepraszam, że pana niepokoiłem.
Wstał bez słowa i przeszedł do innego wagonu. Lucas odetchnął z ulgą, ale niepokój nie zniknął.
Jego tok myśli przerwało nagłe poczucie, że musi opuścić wagon. Instynkt, który wcześniej kierował go do metra, teraz nakazywał mu iść dalej. Jakby ktoś lub coś miało nad nim kontrolę, podniósł się i wysiadł na najbliższej stacji. Szedł przed siebie prowadzony nieznanym impulsem. Myślał o rozmowie z eleganckim nieznajomym.
„To nie mógł być sen… Muszę się dowiedzieć, co naprawdę wydarzyło się tamtej nocy. Kim jest ten tajemniczy starzec, który mnie prześladuje?”.
Przyspieszył kroku, napędzany złością i frustracją. Nienawidził poczucia bezsilności i braku kontroli. Nie zauważył nawet, kiedy zderzył się z metalowym słupem latarni. Ból przeszył jego głowę, a przed oczami zatańczyły mu ciemne plamy. Stracił przytomność.
Obudził się w znajomym barze, tym samym, w którym wcześniej rozmawiał z barmanem. Tym razem byli tylko we dwóch. Lucas trzymał w dłoni szklankę, do której barman właśnie nalewał tequilę. Gwałtownie machnął ręką, strącając naczynie na podłogę. Szkło rozprysło się z brzękiem.
– Będziesz musiał za to zapłacić, kolego – oznajmił barman zimnym tonem.
Lucas spojrzał na niego zdezorientowany.
– To nie ma sensu… – wyszeptał, czując narastające przerażenie. – Jak tu trafiłem?
– Naprawdę myślisz, że to efekt alkoholu? – zapytał barman, a w jego oczach pojawił się tajemniczy błysk.
– Dziś nie piłem ani kropli. Do diabła, co się dzieje?
– Ktoś cię tu przyprowadził. Dziwny jegomość. Wydaje mi się, że się znacie.
Lucas poczuł, jak dreszcz przebiega mu po plecach.
– Opisz go. Jak wyglądał?
– Czarne włosy, brudna broda. Nosił łachmany, jakich nawet najbiedniejsi by nie włożyli.
– To nie ma sensu… Co tu się w ogóle dzieje? – mruknął pod nosem Lucas.
– Czasami prawda jest dziwniejsza niż fikcja – stwierdził spokojnie barman.
Lucas spojrzał na niego uważnie i zauważył przerażający, nieludzki uśmiech – dokładnie taki sam, jaki widział na twarzy zjawy w metrze. Serce zaczęło bić mu jak szalone, a po ciele przebiegła gęsia skórka.
– Co, do cholery… Czego ode mnie chcesz?
Barman bez słowa przesunął w jego stronę stary szkicownik, z którego unosił się odór zgnilizny.
– No weź go! Dokończ, co zacząłeś! – syknął z irytacją.
Lucas drżącą ręką sięgnął po leżący przed nim notes.
– Co mam z nim zrobić? – zapytał zduszonym głosem, ale nie otrzymał odpowiedzi.
Otworzył zeszyt i zauważył, że napis na pierwszej stronie, wcześniej nieczytelny, teraz był jasny i przejrzysty. Mimo strachu wrodzona ciekawość zmusiła go do przeczytania treści.
Napisy częściowo zaspokoiły jego ciekawość, lecz jednocześnie uczyniły zdarzenia ostatnich dni jeszcze bardziej mrożącymi krew w żyłach. Na pierwszej stronie było napisane:
I. Wzgardź litością i słabością, albowiem są one zarazą, która toczy silnego.
III. Szczęście znajdziesz w triumfie, lecz nigdy w pokoju.
V. Bądź dobrym żniwiarzem, a nie zbraknie ci ziarna na zasiew.
VIII. Pragnij więcej i więcej, albowiem podbój nigdy ukończonym nie jest.
XVII. Bądź jak poryw nowego wiatru – niszczący i twórczy zarazem.
Po przeczytaniu tajemniczego wpisu Lucas poczuł, że jego umysł ogarnia chaos. Był rozdarty i zdezorientowany, nie wiedząc, co myśleć ani jak zareagować. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w zapisaną stronę, próbując pojąć jej znaczenie. W końcu podniósł wzrok, chcąc zapytać barmana o sens tych słów. Ku swojemu zdziwieniu zorientował się, że jest całkiem sam. Wokół nie było żywej duszy, co paradoksalnie przyniosło mu pewną ulgę, choć jednocześnie jego lista pytań stawała się coraz dłuższa i bardziej paląca.
Rozglądając się nerwowo po pustym wnętrzu baru, postanowił zignorować to, co przeczytał na pierwszej stronie, i przejrzeć kolejne kartki szkicownika. To, co ujrzał, przyprawiło go o dreszcze. Na następnych trzech stronach zobaczył swoje własne komiksy z metra i radiowozu – dokładne odwzorowanie wydarzeń, które przeżył.
– Wiedziałem, że to naprawdę się stało… – szepnął z mieszaniną przerażenia i fascynacji.
Wrócił do przewracania stron, ale szybko tego pożałował. Kolejne kartki wypełniały ilustracje przedstawiające wydarzenia od momentu powrotu do domu: ponowne spotkanie ze starcem, rozmowę z biznesmenem. Najbardziej niepokojące było jednak to, że szkicownik samoczynnie zaczął tworzyć nowe rysunki. Lucas zamarł, gdy zauważył, że strony zapełniają się scenami z jego aktualnych poczynań. Wszystkie rysunki wyglądały tak, jakby były wydrapane tępym narzędziem na powierzchni skóry, spod której wypływała ciemnobrunatna krew, wypełniając makabryczne ryciny.
Strach i dezorientacja narastały z każdą chwilą. Na ostatniej zarysowanej stronie zobaczył siebie siedzącego przy barze, przeglądającego zeszyt, a nad nim pojawiła się czarna postać z upiornym uśmiechem – tym samym, który widział wcześniej. Przerażający proces zatrzymał się, jakby czekając na jego kolejny ruch.
Z bijącym sercem zamknął szkicownik i postanowił natychmiast opuścić lokal. Gdy tylko skórzana okładka dotknęła blatu, rozległ się złowrogi, przerażający śmiech, który przeszył go dreszczem. Nieświadomie ścisnął zeszyt w dłoni, czując, jak zimny pot spływa mu po plecach.
Odwrócił się i zamarł. Przed nim stała czarna, zgarbiona postać, której cień zdawał się nie mieć końca. Jej oczy błyszczały w mroku, a cichy rechot wydobywający się z gardła wypełniał ciszę pomieszczenia. Lucas, z trudem łapiąc oddech, wykrztusił drżącym głosem:
– Kim… kim ty jesteś? Czego ode mnie chcesz?
Nie mogąc powstrzymać narastającej paniki, krzyknął z rozpaczą:
– Dlaczego, do cholery, mnie to spotyka?!
Zjawa przerwała swój rechot. Po chwili milczenia, która wydawała się wiecznością, odpowiedziała niskim, szorstkim głosem:
– Czy teraz już wierzysz? Czy nadal będziesz się łudzić, że to tylko sny?
– Kim ty jesteś?! Dlaczego akurat mnie to spotyka?! Co to za przeklęty szkicownik?! Dlaczego… – zaczął Lucas, ale zjawa uniosła dłoń, przerywając mu.
– Zadajesz wiele pytań, młody człowieku… Zbyt wiele – rzekła z nutą rozdrażnienia. – Inni nie byli tacy gadatliwi.
Bar ponownie wypełnił się jej cichym rechotem, który zdawał się odbijać echem od ścian.
– Jak to „inni”? Nie jestem jedyną osobą, której to się przytrafia?! – Lucas poczuł, jak panika miesza się z ciekawością, a głos zaczyna mu drżeć.
– Zasługujesz na drugą szansę… Lecz każda szansa ma swoją cenę.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
więcej..