Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Między wersami - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
19 marca 2026
2804 pkt
punktów Virtualo

Między wersami - ebook

Umysł to labirynt, z którego nie ma ucieczki

Lucas, student sztuki, egzystuje w letargu. Pogrążony w bezruchu i bezsenności, oddaje się otępieniu, a jego dni zlewają się w jedną, bezkształtną masę pełną alkoholu, papierosów i nic nieznaczących rysunków. Wszystko zmienia się w chwili, gdy znajduje porzucony, pusty szkicownik.

Początkowo przedmiot wydaje się całkowicie zwyczajny. Lucas korzysta z niego regularnie, aż w końcu w swoich szkicach zaczyna dostrzegać rzeczy, których wcale nie chciałby widzieć.

Granica między faktami a tym, co dzieje się w jego umyśle, zaczyna się niepokojąco zacierać. Rzeczywistość stopniowo traci kontury, a Lucas przestaje być pewien, kto tak naprawdę trzyma ołówek w dłoni. On sam – czy ktoś, kogo głos coraz częściej wybrzmiewa w jego głowie?

„Między wersami” to frapująca, wywołująca dreszcze powieść o rozpadzie tożsamości, iluzji kontroli i umyśle, który w najmniej spodziewanym momencie potrafi zmienić się w najgroźniejszą pułapkę.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-311-5
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1
OPA­DA­JĄ­CY LIŚĆ

Po­ran­ne świa­tło nie­śmia­ło prze­dzie­ra­ło się przez szpa­ry w za­sło­nach, two­rząc na pod­ło­dze cie­nie przy­po­mi­na­ją­ce ga­łę­zie drzew. Miesz­ka­nie spo­wi­ja­ła lek­ka mgieł­ka dymu pa­pie­ro­so­we­go, któ­re­go za­pach prze­ni­kał po­wie­trze, mie­sza­jąc się z aro­ma­tem wil­got­ne­go mia­sta. Drob­ne kro­ple rosy zdo­bi­ły pa­ra­pe­ty, pod­czas gdy na ze­wnątrz mia­sto bu­dzi­ło się do ży­cia w swym co­dzien­nym po­śpie­chu.

Lu­cas le­żał na nie­po­ście­lo­nym łóż­ku, z ocza­mi za­mknię­ty­mi tak moc­no, jak­by pró­bo­wał w ten spo­sób za­głu­szyć nie tyl­ko iry­tu­ją­cy dźwięk bu­dzi­ka, lecz tak­że całe swo­je ży­cie. Oparł ręce na po­dusz­ce, wci­ska­jąc w nią moc­niej gło­wę, jak­by to mo­gło od­ciąć go od rze­czy­wi­sto­ści, lecz brzę­cze­nie bu­dzi­ka było nie­ubła­ga­ne. Dźwięk roz­cho­dził się po ca­łym po­ko­ju, od­bi­ja­jąc się echem od pu­stych bu­te­lek po al­ko­ho­lu wa­la­ją­cych się po pod­ło­dze.

W koń­cu zre­zy­gno­wa­ny pod­niósł się po­wo­li, jak­by każ­dy ruch wy­ma­gał od nie­go wię­cej siły niż za­zwy­czaj. Z jego twa­rzy biło zmę­cze­nie – nie tyl­ko nie­prze­spa­ną nocą, ale i ży­ciem, któ­re zda­wa­ło się go przy­tła­czać. Prze­tarł oczy, sta­ra­jąc się od­pę­dzić sen­ność, lecz ból w ple­cach przy­po­mi­nał mu, że nie­przy­jem­ny ma­te­rac, na któ­rym spał, to za­le­d­wie czu­bek góry lo­do­wej jego pro­ble­mów.

Ro­zej­rzał się po miesz­ka­niu. Cha­os pa­no­wał wszę­dzie – ubra­nia rzu­co­ne nie­dba­le na krze­sło, reszt­ki je­dze­nia na sto­le, sto­sy nie­za­pła­co­nych ra­chun­ków roz­rzu­co­ne po pod­ło­dze. Każ­dy szcze­gół tego wnę­trza od­zwier­cie­dlał jego stan du­cha – po­czu­cie bez­sen­su, znu­że­nie i bez­sil­ność. Lu­cas wes­tchnął cięż­ko.

– Ko­lej­ny pie­przo­ny dzień – mruk­nął pod no­sem, ru­sza­jąc w stro­nę kuch­ni.

Otwo­rzył lo­dów­kę, szu­ka­jąc ja­kiej­kol­wiek na­dziei na nor­mal­ny po­czą­tek dnia. Za­miast tego po­wi­ta­ły go prze­ter­mi­no­wa­ne pro­duk­ty: kwa­śne mle­ko i reszt­ki chińsz­czy­zny sprzed ty­go­dnia. Drzwi lo­dów­ki za­mknę­ły się z gło­śnym trza­skiem, od­zwier­cie­dla­jąc jego na­ra­sta­ją­cą fru­stra­cję. Za­miast przy­go­to­wać śnia­da­nie jak nor­mal­ny czło­wiek, się­gnął po bu­tel­kę bur­bo­na sto­ją­cą na bla­cie. Na­lał so­bie peł­ną szklan­kę i trzy­mał ją chwi­lę w dło­ni, jak­by ten gest miał przy­nieść mu chwi­lę re­flek­sji. W koń­cu jed­nym hau­stem wy­pił za­war­tość. Al­ko­hol spły­nął przez gar­dło, pa­ląc go od środ­ka, lecz jed­no­cze­śnie da­jąc mu ilu­zję ulgi.

Wy­cią­gnął z kie­sze­ni kurt­ki po­gnie­cio­ną pacz­kę pa­pie­ro­sów. Je­den z nich wy­lą­do­wał w jego ustach, a chwi­lę póź­niej dym ty­to­nio­wy za­czął wy­peł­niać kuch­nię, po­dob­nie jak jego my­śli wy­peł­nia­ły się mro­kiem i po­czu­ciem bez­na­dziej­no­ści. Oparł­szy się o pa­ra­pet, pa­trzył na uli­ce mia­sta tęt­nią­ce­go ży­ciem. Lu­dzie, któ­rych twa­rze i hi­sto­rie były dla nie­go obce, spie­szy­li się do pra­cy. Ob­ser­wo­wał to wszyst­ko z dy­stan­sem, czu­jąc się jak widz przy­glą­da­ją­cy się spek­ta­klo­wi, w któ­rym ni­g­dy nie za­mie­rzał grać głów­nej roli.

– Co ja tu, do cho­le­ry, ro­bię? – za­py­tał sa­me­go sie­bie, wie­dząc, że od­po­wiedź nie ist­nie­je.

Dźwięk te­le­fo­nu prze­rwał jego chwi­lę re­flek­sji. Spoj­rzał na ekran. Mat­ka. Za­ci­snął szczę­ki. Przez chwi­lę wa­hał się, czy ode­brać, ale w koń­cu od­rzu­cił po­łą­cze­nie. Nie miał siły na ko­lej­ne py­ta­nia, nie miał ocho­ty na uda­wa­nie, że ra­dzi so­bie le­piej niż w rze­czy­wi­sto­ści.

Za­cią­gnął się ostat­ni raz, po czym zga­sił pa­pie­ro­sa w sta­rej po­piel­nicz­ce, w któ­rej le­d­wo było już miej­sce na ko­lej­ne nie­do­pał­ki. Wstał z miej­sca i za­czął prze­trzą­sać miesz­ka­nie w po­szu­ki­wa­niu port­fe­la. Prze­wró­cił kil­ka po­du­szek, zaj­rzał pod ster­tę ubrań le­żą­cych na ka­na­pie. W koń­cu zna­lazł zgu­bę w ła­zien­ce, obok pu­stej bu­tel­ki po wi­nie.

– W samą porę – mruk­nął, za­glą­da­jąc do środ­ka. Tro­chę drob­nia­ków, kar­ta do ban­ko­ma­tu. Znał stan swo­je­go kon­ta: le­d­wo star­czy­ło na prze­trwa­nie, ale to go te­raz nie ob­cho­dzi­ło.

Prze­łknął śli­nę i po­sta­no­wił zro­bić to, co ro­bił każ­de­go dnia – prze­trwać.



Uli­ce mia­sta były za­tło­czo­ne – jak zwy­kle o tej po­rze dnia. Lu­dzie mi­ja­li się w po­śpie­chu, a Lu­cas, za­to­pio­ny w swo­ich my­ślach, prze­mie­rzał chod­ni­ki z rę­ka­mi w kie­sze­niach, uni­ka­jąc kon­tak­tu wzro­ko­we­go z prze­chod­nia­mi. Jego krok był po­wol­ny, nie­mal le­ni­wy, jak­by każ­dy ko­lej­ny ruch wy­ma­gał od nie­go wię­cej ener­gii, niż jej fak­tycz­nie po­sia­dał. Do­oko­ła roz­brzmie­wa­ły dźwię­ki miej­skie­go zgieł­ku, klak­so­ny sa­mo­cho­dów, od­gło­sy roz­mów, szum ru­chu ulicz­ne­go. Jed­nak dla nie­go były to je­dy­nie od­le­głe, znie­kształ­co­ne dźwię­ki, któ­re nie do­ty­ka­ły go w ża­den re­al­ny spo­sób.

Jego ce­lem był mały, za­po­mnia­ny przez świat bar na rogu głów­nej uli­cy. Wła­śnie tam Lu­cas szu­kał chwi­lo­wej ulgi. W tym miej­scu mógł uciec od wszyst­kie­go cho­ciaż na mo­ment. Przy­naj­mniej tam nikt nie za­da­wał py­tań.

Gdy wszedł do środ­ka, po­wi­tał go zna­jo­my za­pach stę­chli­zny i dymu pa­pie­ro­so­we­go, któ­ry nie­mal na­tych­miast wy­peł­nił jego noz­drza. W tle ci­cho gra­ła mu­zy­ka, jak­by sama w so­bie była le­d­wie za­uwa­żal­nym do­dat­kiem do wiecz­ne­go pół­mro­ku, któ­ry pa­no­wał w tym miej­scu. Kil­ku sta­łych by­wal­ców sie­dzia­ło przy ba­rze, każ­dy za­nu­rzo­ny we wła­snych my­ślach lub w szklan­kach, któ­re trzy­ma­li w rę­kach.

Bar­man, wy­so­ki męż­czy­zna o szpa­ko­wa­tych wło­sach i su­ro­wym spoj­rze­niu, zer­k­nął na nie­go znad kon­tu­aru i ski­nął gło­wą. Lu­cas znał go na tyle, że nie po­trze­bo­wał żad­nych wy­ja­śnień. Nie była tu po­trzeb­na wy­mia­na zbęd­nych słów.

– To, co zwy­kle? – za­py­tał bar­man, się­ga­jąc po szklan­kę, za­nim jesz­cze Lu­cas zdą­żył usiąść.

– Po­dwój­ną – od­po­wie­dział krót­ko Lu­cas, sia­da­jąc na jed­nym z wy­so­kich stoł­ków przy ba­rze.

Bar­man na­lał bursz­ty­no­wy płyn i po­sta­wił przed nim szklan­kę. Lu­cas pa­trzył na nią przez chwi­lę, za­nim uniósł ją do ust. Kie­dy al­ko­hol spły­nął mu do żo­łąd­ka, po­czuł roz­cho­dzą­ce się cie­pło, któ­re na mo­ment uko­iło chłód, jaki czuł w so­bie od ty­go­dni. Nie było to roz­wią­za­nie, ale wy­star­cza­ło, by prze­trwać jesz­cze je­den dzień.

– Cięż­ka noc? – za­gad­nął bar­man, po­le­ru­jąc ko­lej­ną szklan­kę.

Lu­cas wzru­szył ra­mio­na­mi, wpa­tru­jąc się w bursz­ty­no­wą ciecz.

– Cięż­kie ży­cie – od­po­wie­dział z gorz­kim uśmie­chem, któ­ry nie się­gnął oczu.

Bar­man przy­tak­nął, nie drą­żąc te­ma­tu. Wie­dział, że ­Lu­cas nie był w na­stro­ju do roz­mów. Wi­dział ta­kich jak on co­dzien­nie – lu­dzi, któ­rzy szu­ka­li ulgi w al­ko­ho­lu, szu­ka­li spo­so­bu, by uciec od tego, co nie da­wa­ło im spo­ko­ju. W ich oczach było to samo: zmę­cze­nie, re­zy­gna­cja, brak sen­su.

– Za­wsze może być go­rzej – za­uwa­żył bar­man, bar­dziej z przy­zwy­cza­je­nia niż z prze­ko­na­nia.

Lu­cas par­sk­nął nie­co zbyt gło­śno jak na pa­nu­ją­cą w ba­rze ci­szę.

– Nie je­stem pe­wien – od­parł, wpa­tru­jąc się w swo­ją twarz w lu­strze za ba­rem. Jego od­bi­cie wy­da­wa­ło się na­le­żeć do ja­kie­goś ob­ce­go czło­wie­ka, ko­goś, kogo nie znał. Zmę­czo­ne sza­re oczy pa­trzy­ły na nie­go z wy­rzu­tem. Przy­po­mi­nał sa­me­go sie­bie, ale w tej wer­sji nie wi­dział już ni­cze­go, co mo­gło­by dać mu na­dzie­ję.

Bar­man prze­tarł blat, cze­ka­jąc na ko­lej­ne sło­wa, lecz w po­wie­trzu za­wi­sła ci­sza.

– Sły­sza­łem, że stu­diu­jesz sztu­kę – za­gad­nął po chwi­li, prze­ry­wa­jąc mil­cze­nie, któ­re za­czy­na­ło być przy­tła­cza­ją­ce.

Lu­cas za­re­ago­wał nie­mal na­tych­miast, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi i od­po­wia­da­jąc z re­zy­gna­cją:

– To bez zna­cze­nia.

– Dla­cze­go tak mó­wisz? – Bar­man uniósł brew. – Masz ta­lent, mógł­byś coś osią­gnąć.

Lu­cas prych­nął, jego uśmiech był pe­łen go­ry­czy.

– Ta­lent nie pła­ci ra­chun­ków. Poza tym kto te­raz do­ce­nia praw­dzi­wą sztu­kę?

Bar­man wzru­szył ra­mio­na­mi, jak­by te­mat roz­mo­wy prze­stał go in­te­re­so­wać.

– Może masz ra­cję. Ale uciecz­ka w al­ko­hol ni­cze­go nie roz­wią­że.

– A co ty o tym wiesz? – Lu­cas po­czuł przy­pływ iry­ta­cji. – Co ty o tym wszyst­kim wiesz?

– Wię­cej, niż my­ślisz. – Bar­man spoj­rzał na nie­go spod brwi. – Wi­dzia­łem tu wie­lu ta­kich jak ty. Wszy­scy my­śle­li, że znaj­dą roz­wią­za­nie na dnie bu­tel­ki.

Lu­cas za­ci­snął zęby.

– Skończ – wark­nął. – Nie po­trze­bu­ję ka­zań.

Bar­man wes­tchnął cięż­ko, wzna­wia­jąc swo­je za­ję­cie.

– Jak chcesz.

Lu­cas do­pił drin­ka i po­pro­sił o ko­lej­ne­go. Go­dzi­ny mi­ja­ły, a szklan­ki przed Lu­ca­sem sta­wa­ły się co­raz licz­niej­sze. Lu­dzie opusz­cza­li bar, a dym ty­to­nio­wy zda­wał się jesz­cze gęst­szy niż wcze­śniej. Ci­cha mu­zy­ka w tle za­czę­ła go draż­nić. W tym oto­cze­niu jego my­śli za­czy­na­ły się mie­szać, tra­cił kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią.

Bar­man po raz pierw­szy od dłuż­sze­go cza­su prze­rwał mil­cze­nie.

– Za­my­ka­my – oznaj­mił sta­now­czo.

Lu­cas uniósł wzrok, mru­żąc oczy, jak­by nie do koń­ca zro­zu­miał to, co wła­śnie usły­szał.

– Jesz­cze je­den pro­szę – wy­mam­ro­tał, pró­bu­jąc wy­pro­sto­wać się na stoł­ku.

– Nie ma mowy. – Bar­man sta­nął na­prze­ciw nie­go. – Już dość wy­pi­łeś.

Lu­cas wes­tchnął cięż­ko, czu­jąc, jak cia­ło od­ma­wia mu po­słu­szeń­stwa. Mimo to spró­bo­wał jesz­cze raz.

– Po­trze­bu­ję… – za­czął, ale sło­wa uwię­zły mu w gar­dle.

– Cze­go po­trze­bu­jesz? – za­py­tał bar­man za­ska­ku­ją­co ła­god­nym gło­sem.

Lu­cas wbił wzrok w pod­ło­gę. Jego pal­ce za­czę­ły nie­świa­do­mie bęb­nić o blat, a my­śli pę­dzi­ły jak sza­lo­ne.

– Spo­ko­ju… – wy­krztu­sił w koń­cu.

Na mo­ment za­pa­dła ci­sza. Bar­man zmarsz­czył brwi, przy­glą­da­jąc się Lu­ca­so­wi z tro­ską.

– Co ci nie daje spo­ko­ju?

Lu­cas za­czął ner­wo­wo stu­kać pal­cem w skroń, jak­by pró­bu­jąc wy­rzu­cić z gło­wy coś, co nie da­wa­ło mu spo­ko­ju.

– To, co dzie­je się tu­taj – od­po­wie­dział, a jego pa­lec jesz­cze moc­niej na­ci­skał na skó­rę. – W mo­jej gło­wie…

Bar­man wes­tchnął, wi­dząc, że jego klient tra­ci pa­no­wa­nie nad sobą.

Na­gle Lu­cas wy­buch­nął nie­opa­no­wa­nym śmie­chem, przy­po­mi­na­ją­cym bar­dziej krzyk roz­pa­czy niż co­kol­wiek in­ne­go. Śmiech roz­brzmie­wał w pu­stym ba­rze, od­bi­ja­jąc się echem od ścian.

– Co cię tak śmie­szy? – za­py­tał bar­man z nie­po­ko­jem.

Lu­cas zmru­żył oczy, uśmie­cha­jąc się gorz­ko.

– Wiesz co? Masz, kur­wa, ra­cję! – po­wie­dział przez za­ci­śnię­te zęby, wciąż się śmie­jąc, jak­by ten śmiech miał uko­ić jego ból.

Bar­man nie od­po­wie­dział, przy­glą­da­jąc mu się w mil­cze­niu. W koń­cu, gdy śmiech ucichł, do­dał tyl­ko:

– W po­rząd­ku. Ale te­raz mu­sisz wyjść.

Lu­cas, chwie­jąc się, wstał z krze­sła. Rzu­cił kil­ka bank­no­tów na ladę i ru­szył w stro­nę drzwi, kie­ru­jąc się ku noc­ne­mu mro­ko­wi.

Noc była gę­sta i dusz­na, choć jed­no­cze­śnie prze­szy­ta chłod­nym wia­trem, któ­ry niósł ze sobą szum od­le­głych czę­ści mia­sta. Lu­cas, wy­raź­nie zmę­czo­ny, za­ta­czał się lek­ko, pró­bu­jąc sku­pić wzrok na tro­tu­arze przed sobą. Mo­no­ton­ne bu­cze­nie ulicz­nych la­tar­ni mie­sza­ło się z ci­chym, nie­ustan­nym brzę­cze­niem jego my­śli. Każ­dy krok sta­wia­ny na nie­rów­nym chod­ni­ku wy­da­wał się pro­wa­dzić do­ni­kąd.

Czła­pa­nie jego bu­tów od­bi­ja­ło się echem od mo­krej po­wierzch­ni, a ka­łu­że roz­pry­ski­wa­ły się przy każ­dym kon­tak­cie z po­de­szwa­mi, kre­śląc nie­re­gu­lar­ny rytm kro­ków Lu­ca­sa. Mimo cha­osu pa­nu­ją­ce­go w jego gło­wie na ze­wnątrz pa­no­wa­ła ci­sza, prze­ry­wa­na je­dy­nie od­le­gły­mi dźwię­ka­mi prze­jeż­dża­ją­cych sa­mo­cho­dów. Mia­sto, mimo jego nie­ustan­ne­go zgieł­ku, wy­da­wa­ło się da­le­kie i obce.

Na­gle, jak­by zde­rza­jąc się z rze­czy­wi­sto­ścią, Lu­cas po­trą­cił ja­kie­goś prze­chod­nia. Bez­dom­ny sta­rzec upadł na chod­nik, a Lu­cas, pró­bu­jąc utrzy­mać rów­no­wa­gę, oparł się o po­bli­ską la­tar­nię. Na krót­ką chwi­lę ich spoj­rze­nia się spo­tka­ły, ale Lu­cas był zbyt za­mro­czo­ny, żeby za­re­ago­wać na­tych­miast. Do­pie­ro po chwi­li po­czuł ukłu­cie wy­rzu­tów su­mie­nia i wy­cią­gnął rękę, by po­móc star­co­wi wstać z zim­ne­go bru­ku.

– Prze­pra­szam – wy­beł­ko­tał, nie do koń­ca pe­wien, czy jego sło­wa do­tar­ły do nie­zna­jo­me­go.

Bez­dom­ny uśmiech­nął się le­d­wo za­uwa­żal­nie i z tru­dem pod­niósł się na nogi, ale za­nim Lu­cas zdą­żył co­kol­wiek po­wie­dzieć, znik­nął w mro­ku, za­ska­ku­ją­co szyb­ko, jak na swój wiek. Lu­cas, oszo­ło­mio­ny tym na­głym znik­nię­ciem, opu­ścił wzrok i za­uwa­żył le­żą­cy na zie­mi sta­ry, znisz­czo­ny no­tes, któ­ry sta­rzec mu­siał upu­ścić. Schy­lił się, żeby go pod­nieść, lecz nie­zna­jo­my już daw­no znik­nął, a uli­ca była pu­sta.



Trzy­ma­jąc no­tes w dło­ni, Lu­cas wpa­try­wał się w nie­go przez chwi­lę, za­sta­na­wia­jąc się, co zro­bić. Na okład­ce nie było żad­nych na­pi­sów ani ozna­czeń, któ­re mo­gły­by wska­zy­wać, kto był jego wła­ści­cie­lem. Czuł w środ­ku dziw­ną mie­szan­kę za­in­try­go­wa­nia i nie­po­ko­ju. Po krót­kiej chwi­li nie­pew­no­ści wsu­nął no­tes do kie­sze­ni kurt­ki. Nikt prze­cież tego nie za­uwa­ży.

Jego my­śli dry­fo­wa­ły uno­szo­ne przez wiatr, pod­czas gdy ulicz­ne la­tar­nie od cza­su do cza­su oświe­tla­ły mu twarz, rzu­ca­jąc bla­de świa­tło na jego zmę­czo­ną syl­wet­kę. Lu­cas po­czuł, że z każ­dą chwi­lą jest co­raz bar­dziej roz­pro­szo­ny, a ob­ra­zy mi­go­czą­cych świa­teł mia­sta zle­wa­ły się w je­den roz­my­ty kra­jo­braz.

Po kil­ku go­dzi­nach bez­ce­lo­we­go włó­cze­nia się po mie­ście do­tarł pod sta­cję me­tra. Noc sta­wa­ła się co­raz bar­dziej nie­prze­nik­nio­na, a on, zmę­czo­ny i za­mro­czo­ny al­ko­ho­lem, uznał to za znak, że nad­szedł czas, by wró­cić do domu. Za­czął prze­trzą­sać kie­sze­nie w po­szu­ki­wa­niu port­fe­la. Spraw­dzał każ­dą z nich z ro­sną­cą fru­stra­cją, lecz bez skut­ku.

– Mu­siał mi wy­paść, kie­dy zde­rzy­łem się ze star­cem – wy­mam­ro­tał pod no­sem. – Pew­nie go pod­niósł, dla­te­go tak szyb­ko znik­nął… – kon­ty­nu­ował roz­mo­wę z sa­mym sobą, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, jak mo­gło do tego dojść.

Miał przy so­bie tyl­ko kil­ka drob­nych mo­net – wy­star­cza­ły na bi­let po­wrot­ny. Z lek­kim tru­dem pod­szedł do kasy bi­le­to­wej, gdzie ka­sjer­ka, spo­glą­da­jąc na nie­go z wy­raź­nym nie­sma­kiem, sprze­da­ła mu bi­let. W jej wzro­ku było coś, co go zi­ry­to­wa­ło – coś osą­dza­ją­ce­go, jak­by wie­dzia­ła, kim jest i co go spro­wa­dza tak póź­ną go­dzi­ną do me­tra – w ta­kim sta­nie.

– A idź do dia­bła – wy­beł­ko­tał pod no­sem, od­cho­dząc od okien­ka i za­ta­cza­jąc się lek­ko.

Wsparł się o ścia­nę pe­ro­nu i cze­kał na po­ciąg. W wa­go­nie me­tra usiadł na wol­nym miej­scu, co nie było trud­ne ze wzglę­du na póź­ną porę i fakt, że jego odór od­stra­szał po­ten­cjal­nych współ­pa­sa­że­rów. Nikt nie chciał sie­dzieć zbyt bli­sko czło­wie­ka, któ­ry pach­niał al­ko­ho­lem i bez­sil­no­ścią.

Z czy­ste­go znu­dze­nia za­czął się przy­glą­dać no­te­so­wi, któ­ry za­brał bez­dom­ne­mu. Sta­ra, znisz­czo­na okład­ka była po­pla­mio­na, a stro­ny we­wnątrz pu­ste, je­śli nie li­czyć plam bło­ta i ja­kie­goś bli­żej nie­okre­ślo­ne­go pły­nu, któ­ry mógł być kawą lub czymś znacz­nie mniej przy­jem­nym. Jego stan wska­zy­wał na to, że no­tes prze­szedł przez nie­jed­ną bu­rzę i wi­dział nie­jed­no. Lu­cas uśmiech­nął się lek­ko.

Po chwi­li, grze­biąc w kie­sze­niach kurt­ki, na­tra­fił na ma­lut­ki ołó­wek, nie­mal cał­ko­wi­cie zu­ży­ty. Od razu przy­po­mnia­ły mu się cza­sy, kie­dy jako dziec­ko ry­so­wał ko­mik­sy o swo­im ży­ciu, a każ­da stro­na była dla nie­go oknem na świat, któ­rym chciał się dzie­lić. W tym mo­men­cie, nie­mal bez za­sta­no­wie­nia, za­czął ba­zgrać na pu­stych stro­nach. Po­cząt­ko­wo ry­sun­ki były nie­czy­tel­ne, jak­by jego ręka nie pa­mię­ta­ła, jak two­rzyć. Ale z cza­sem li­nie sta­wa­ły się wy­raź­niej­sze, bar­dziej pre­cy­zyj­ne. Kre­ślił bo­ho­ma­zy, sta­ra­jąc się od­dać swo­je ak­tu­al­ne emo­cje, choć nie był pe­wien, co do­kład­nie pró­bu­je prze­ka­zać.

Gdy wy­peł­nił kil­ka pierw­szych stron szki­ca­mi opar­ty­mi na wy­da­rze­niach z ostat­nich go­dzin, w jego gło­wie po­ja­wi­ła się dziw­na myśl. Co by było, gdy­by mógł zmie­nić rze­czy­wi­stość za po­mo­cą tych ry­sun­ków? Gdy­by to, co kre­ślił na tych kart­kach, mo­gło się na­praw­dę wy­da­rzyć?

Jego wy­obraź­nia za­czę­ła błą­dzić. „Cie­ka­we, co by było, gdy­by… gdy­by ktoś zgu­bił port­fel?” – po­my­ślał z iro­nią, a na jego twa­rzy po­ja­wił się cien­ki uśmiech, pe­łen gorz­kie­go hu­mo­ru.

Za­raz po tym, jak po­sta­wił ostat­nią kre­skę, do pu­ste­go do­tąd wa­go­nu wszedł do­brze ubra­ny, zde­ner­wo­wa­ny męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze. Szedł szyb­kim kro­kiem, cały czas coś mam­ro­cząc i rzu­ca­jąc pod no­sem drob­ne prze­kleń­stwa. Prze­cho­dząc obok Lu­ca­sa, spoj­rzał na nie­go z po­gar­dą.

– Pa­trz­cie go, ar­ty­sta cho­ler­ny – prych­nął, po czym pół­gło­sem do­dał: – Do ro­bo­ty byś się wziął, a nie ba­wisz się… pa­so­ży­cie.

Lu­cas uniósł wzrok, ale nie od­po­wie­dział. Męż­czy­zna, od­wra­ca­jąc się jesz­cze raz, by rzu­cić spoj­rze­nie na „pi­ja­czy­nę”, za­ha­czył sto­pą o sto­pień i omal nie upadł na pod­ło­gę. Jak gdy­by ni­g­dy nic, pod­niósł się, otrze­pał, ze­brał tecz­kę, któ­ra wy­pa­dła mu z rąk, i ru­szył do ko­lej­ne­go wa­go­nu, chcąc unik­nąć dal­szej kom­pro­mi­ta­cji.

Lu­cas uznał całe to zaj­ście za ża­ło­sne i chciał wró­cić do szki­co­wa­nia, lecz coś przy­ku­ło jego uwa­gę. Na pod­ło­dze le­żał port­fel zgu­bio­ny przez męż­czy­znę. Spoj­rzał w kie­run­ku, w któ­rym od­szedł nie­zna­jo­my, a po­tem znów na port­fel. We­wnętrz­ny kon­flikt za­czął tar­gać jego su­mie­niem.

„Od­dać mu czy nie? W koń­cu po­trak­to­wał mnie jak śmie­cia…” – po­my­ślał.

Pod­niósł port­fel i zaj­rzał do środ­ka. Za­wie­rał tro­chę go­tów­ki i do­ku­men­ty.

„Mógł­bym wziąć kasę i od­dać mu resz­tę… Ale czy to w po­rząd­ku?” – za­sta­na­wiał się.

Po chwi­li wa­ha­nia wy­cią­gnął kil­ka bank­no­tów i scho­wał je do kie­sze­ni. Wstał i ru­szył za męż­czy­zną. Do­go­nił go i klep­nął w ra­mię.

– Prze­pra­szam, to chy­ba pań­ski port­fel. Zgu­bił go pan – po­wie­dział, sta­ra­jąc się mó­wić wy­raź­nie.

Męż­czy­zna od­wró­cił się z za­sko­cze­niem. Wi­dząc swój port­fel, zmie­szał się.

– Och… dzię­ku­ję – po­wie­dział nie­pew­nie. Szyb­ko zaj­rzał do środ­ka i za­uwa­żył brak czę­ści go­tów­ki.

– A gdzie pie­nią­dze, któ­re tu były? – za­py­tał po­dejrz­li­wie.

Lu­cas wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Zna­la­złem go już taki – od­parł bez­na­mięt­nie.

Nie­zna­jo­my zmie­rzył Lu­ca­sa wzro­kiem, ale wi­dząc jego stan, wes­tchnął.

– Nie­waż­ne… W każ­dym ra­zie dzię­ki za zwrot.

Lu­cas ski­nął gło­wą i za­czął się od­da­lać.

– Za­cze­kaj! – za­wo­łał męż­czy­zna. – Może cho­ciaż przyj­miesz coś za fa­ty­gę.

Wy­cią­gnął z port­fe­la kil­ka bank­no­tów i po­dał je Lu­ca­so­wi.

– Nie trze­ba – po­wie­dział Lu­cas, choć w środ­ku czuł ulgę i za­do­wo­le­nie.

– Na­le­gam. To dro­biazg.

Lu­cas wziął pie­nią­dze.

– Dzię­ku­ję.

– Nie ma spra­wy. I… prze­pra­szam za wcze­śniej­sze sło­wa. Mia­łem cięż­ki dzień.

– Ja­sne – mruk­nął Lu­cas i wró­cił na daw­ne miej­sce.

Gdy do­tarł na swo­ją sta­cję, wy­siadł z wa­go­nu, czu­jąc mie­szan­kę winy i sa­tys­fak­cji.

„Dzię­ki Bogu wsia­dłem do tego me­tra… w ide­al­nym mo­men­cie” – po­my­ślał.

Po wej­ściu do miesz­ka­nia zmę­czo­ny rzu­cił na pod­ło­gę wszyst­ko, co miał przy so­bie, i padł­szy na łóż­ko, za­snął w ułam­ku se­kun­dy.



Była szó­sta rano. Miesz­ka­nie wy­peł­nia­ło upo­rczy­we brzę­cze­nie bu­dzi­ka, a za­nie­dba­ne wnę­trze otu­lał pół­mrok. O tej po­rze roku na ze­wnątrz wciąż pa­no­wa­ła ciem­ność, a za­su­nię­te za­sło­ny do­dat­ko­wo tłu­mi­ły reszt­ki świa­tła. Lu­cas z tru­dem pod­niósł się z łóż­ka; gło­wa pul­so­wa­ła bó­lem po wczo­raj­szej nocy. Wy­łą­czył iry­tu­ją­cy bu­dzik, za­mie­rza­jąc wró­cić do snu, ale nie­po­kój nie da­wał mu spo­ko­ju. W gło­wie mie­sza­ły się frag­men­ty snów i wspo­mnień, nie­ja­sne ob­ra­zy, trud­ne do od­róż­nie­nia od rze­czy­wi­sto­ści.

Na­gle ci­szę prze­rwa­ło gło­śne wa­le­nie do drzwi. Ser­ce za­bi­ło mu moc­niej. Kto mógł przyjść o tej po­rze? Ostroż­nie pod­szedł i spoj­rzał przez wi­zjer. Na ko­ry­ta­rzu sta­li po­li­cjan­ci. Przez chwi­lę za­sta­na­wiał się, czy to nie ko­lej­na ha­lu­cy­na­cja, ale po­now­ne pu­ka­nie spro­wa­dzi­ło go na zie­mię.

Z bi­ją­cym ser­cem otwo­rzył drzwi, uka­zu­jąc się w nie­chluj­nym stro­ju, z po­tar­ga­ny­mi wło­sa­mi i zmę­czo­nym wzro­kiem. Po­li­cjan­ci spoj­rze­li na nie­go z mie­szan­ką pro­fe­sjo­na­li­zmu i dys­kret­nej nie­chę­ci.

– Pan Lu­cas? – za­py­tał je­den z nich.

– Tak… O co cho­dzi? – od­po­wie­dział nie­pew­nie.

– Mu­si­my z pa­nem po­roz­ma­wiać. Czy mo­że­my wejść?

Ski­nął gło­wą i od­su­nął się, ro­biąc im miej­sce. W środ­ku funk­cjo­na­riu­sze ro­zej­rze­li się po za­nie­dba­nym miesz­ka­niu.

– Wczo­raj w nocy w me­trze do­szło do in­cy­den­tu. Bez­dom­ny męż­czy­zna zo­stał śmier­tel­nie po­bi­ty po tym, jak oskar­żo­no go o kra­dzież du­żej sumy pie­nię­dzy biz­nes­me­no­wi – za­czął po­li­cjant.

Lu­cas po­czuł zim­ny dreszcz prze­bie­ga­ją­cy po ple­cach.

– Co ja mam z tym wspól­ne­go? – za­py­tał, choć w głę­bi du­szy czuł na­ra­sta­ją­cy nie­po­kój.

– Mamy ze­zna­nia świad­ków, że był pan wi­dzia­ny w po­bli­żu. Pro­szę się ubrać, chcie­li­by­śmy za­dać kil­ka py­tań na ko­mi­sa­ria­cie.

Lu­cas przez mo­ment miał wra­że­nie, że to wszyst­ko dzie­je się poza nim, jak we śnie. Ob­ra­zy z po­przed­nie­go dnia za­czę­ły się mie­szać w jego umy­śle. Czy to moż­li­we, że miał z tym coś wspól­ne­go? Bez sło­wa za­czął się ubie­rać, za­bie­ra­jąc ze sobą szki­cow­nik i kurt­kę.

W po­li­cyj­nym ra­dio­wo­zie sie­dział na tyl­nym sie­dze­niu, ner­wo­wo ob­ra­ca­jąc szki­cow­nik w dło­niach. My­śli ko­tło­wa­ły mu się w gło­wie. Co się wła­ści­wie dzia­ło? Czy to wszyst­ko było ja­kimś kosz­ma­rem?

– Co tam masz? – za­py­tał je­den z po­li­cjan­tów, spo­glą­da­jąc na nie­go przez lu­ster­ko wstecz­ne.

– Szki­cow­nik. Po­ma­ga mi upo­rząd­ko­wać my­śli – od­po­wie­dział ci­cho Lu­cas.

– Ry­su­jesz?

– Tak… pró­bu­ję so­bie przy­po­mnieć wczo­raj­szy wie­czór.

Funk­cjo­na­riusz ski­nął gło­wą, nie drą­żąc te­ma­tu. Lu­cas otwo­rzył szki­cow­nik i za­czął ry­so­wać. Li­nie po­ja­wia­ły się na pa­pie­rze nie­mal au­to­ma­tycz­nie. Na­szki­co­wał sce­nę, w któ­rej po­li­cjan­ci otrzy­mu­ją przez ra­dio wia­do­mość o zna­le­zie­niu praw­dzi­we­go spraw­cy.

Gdy skoń­czył ry­su­nek, w ra­diu roz­legł się ko­mu­ni­kat:

– Jed­nost­ka dwa­dzie­ścia sie­dem, zgło­ście się.

– Tu dwa­dzie­ścia sie­dem, słu­cham – od­po­wie­dział kie­row­ca.

– Mamy nowy trop w spra­wie mor­der­stwa w me­trze. Za­trzy­ma­no po­dej­rza­ne­go, któ­ry przy­znał się do winy. Mo­że­cie wró­cić z wa­szym za­trzy­ma­nym.

Lu­cas spoj­rzał z nie­do­wie­rza­niem na po­li­cjan­tów. Czy to moż­li­we? Czy to, co na­ry­so­wał, wła­śnie się wy­da­rzy­ło? Ser­ce za­czę­ło mu bić szyb­ciej.

– Wy­glą­da na to, że mia­łeś szczę­ście – za­uwa­żył dru­gi po­li­cjant, od­wra­ca­jąc się do nie­go. – Ale i tak mu­si­my spi­sać two­je ze­zna­nia.

Ski­nął gło­wą, wciąż oszo­ło­mio­ny. Gra­ni­ca mię­dzy rze­czy­wi­sto­ścią a jego wy­obraź­nią za­czy­na­ła się za­cie­rać.

Na ko­mi­sa­ria­cie Lu­cas szyb­ko zło­żył ze­zna­nia. Po­li­cjan­ci wy­da­wa­li się mniej za­in­te­re­so­wa­ni jego oso­bą, sku­pia­jąc się na no­wych in­for­ma­cjach w spra­wie. Po krót­kim cza­sie po­zwo­lo­no mu odejść.

Wy­cho­dząc na uli­cę, po­czuł chłod­ny po­wiew wia­tru na twa­rzy. Wszyst­ko wy­da­wa­ło się ta­kie nie­rze­czy­wi­ste. Czy to moż­li­we, że to, co na­ry­so­wał, sta­ło się praw­dą? Czy miał ja­kąś moc wpły­wa­nia na rze­czy­wi­stość?

– To ab­sur­dal­ne – mruk­nął do sie­bie, po­trzą­sa­jąc gło­wą. – To musi być przy­pa­dek.

Im dłu­żej jed­nak o tym my­ślał, tym bar­dziej nie po­tra­fił zna­leźć ra­cjo­nal­ne­go wy­ja­śnie­nia. Przy­po­mniał ­so­bie kon­cep­cję „mocy in­ten­cji”, o któ­rej kie­dyś czy­tał. Czy to moż­li­we, że jego my­śli i ry­sun­ki wpły­wa­ją na to, co dzie­je się wo­kół nie­go?

Wra­ca­jąc do domu, czuł, jak gra­ni­ce mię­dzy jego umy­słem a świa­tem ze­wnętrz­nym za­czy­na­ją się za­cie­rać. Czy to wszyst­ko było praw­dzi­we? A może za­czy­nał tra­cić zmy­sły?

Do­tarł do miesz­ka­nia, nie pa­mię­ta­jąc na­wet dro­gi, któ­rą prze­szedł. Wnę­trze wy­da­wa­ło się jesz­cze bar­dziej obce niż zwy­kle. Oparł się o drzwi i osu­nął się na pod­ło­gę. Ser­ce biło mu szyb­ko, a my­śli krą­ży­ły cha­otycz­nie. Ści­skał w dło­niach szki­cow­nik, jak­by to była je­dy­na ko­twi­ca w tej sza­le­ją­cej rze­czy­wi­sto­ści.

– Co się ze mną dzie­je? – wy­szep­tał.

Zmę­cze­nie wzię­ło górę. Za­snął na zim­nej pod­ło­dze, wciąż trzy­ma­jąc szki­cow­nik.



Obu­dzi­ły go pro­mie­nie słoń­ca prze­bi­ja­ją­ce się przez za­sło­ny. Ból w kar­ku przy­po­mi­nał, że za­snął na twar­dej pod­ło­dze. Ro­zej­rzał się zdez­o­rien­to­wa­ny. Czy to wszyst­ko mu się przy­śni­ło?

Spoj­rzał na swo­je dło­nie. Szki­cow­nik znik­nął.

– Nie­moż­li­we – szep­nął.

Prze­szu­kał kie­sze­nie kurt­ki, lecz nie zna­lazł ani szki­cow­ni­ka, ani pie­nię­dzy, któ­re wcze­śniej miał przy so­bie. Tyl­ko kil­ka drob­nia­ków i tro­chę pia­sku. Za­czął go­rącz­ko­wo pe­ne­tro­wać miesz­ka­nie, prze­wra­ca­jąc wszyst­ko do góry no­ga­mi. Ale szki­cow­ni­ka ni­g­dzie nie było.

– Czy to wszyst­ko było tyl­ko snem? – za­sta­na­wiał się gło­śno.

Ob­ra­zy z ostat­nich dni mie­sza­ły mu się w gło­wie. Nie po­tra­fił już od­róż­nić, co było rze­czy­wi­sto­ścią, a co wy­two­rem jego wy­obraź­ni. Przez chwi­lę stał w miej­scu, nie wie­dząc, co ro­bić. Na­gle przy­po­mniał so­bie, że po­wi­nien być na uczel­ni. Mimo wszyst­ko ze­brał swo­je rze­czy i wy­szedł z miesz­ka­nia.

Uli­ca przy­wi­ta­ła go chłod­nym po­wie­trzem i szu­mem mia­sta. Czuł się obco w tym oto­cze­niu, jak­by nie na­le­żał już do tego świa­ta. Przy­gnę­bie­nie mie­sza­ło się z nie­po­ko­jem. Co się z nim dzia­ło? Czy na­praw­dę tra­cił zmy­sły?

Szu­kał dro­gi na uczel­nię, ale nogi same nio­sły go w in­nym kie­run­ku. Wszyst­ko wy­da­wa­ło się zna­jo­me, a jed­no­cze­śnie obce. Uczu­cie déjà vu na­si­la­ło się z każ­dym kro­kiem. Miał wra­że­nie, że już tu był, że prze­ży­wa to wszyst­ko ko­lej­ny raz.

Chłod­ny wiatr prze­ni­kał przez jego ubra­nie, a za­pach sta­re­go mia­sta wdzie­rał się do noz­drzy. Za­gu­bio­ny w my­ślach nie za­uwa­żył, kie­dy mi­nął uczel­nię i zna­lazł się w wą­skiej, mrocz­nej ulicz­ce.

Na­gle zde­rzył się z kimś. Ob­dar­ty, za­ro­śnię­ty sta­rzec upadł na chod­nik.

– Prze­pra­szam, nie za­uwa­ży­łem pana – po­wie­dział Lu­cas, pró­bu­jąc po­móc nie­zna­jo­me­mu.

Sta­rzec spoj­rzał na nie­go prze­ni­kli­wym wzro­kiem.

– Na­dal my­ślisz, że to tyl­ko sen? – za­py­tał z dziw­nym uśmie­chem.

Lu­cas cof­nął się o krok.

– Skąd pan…?

Nie­zna­jo­my za­śmiał się sza­leń­czo.

– Prze­ko­nasz się… jesz­cze się prze­ko­nasz…

Za­nim Lu­cas zdą­żył co­kol­wiek po­wie­dzieć, męż­czy­zna od­wró­cił się i znik­nął w cie­niu ulicz­ki. Ser­ce Lu­ca­sa wa­li­ło jak młot. Czy to moż­li­we, że spo­tkał tego czło­wie­ka wcze­śniej? Czy to wszyst­ko było tyl­ko w jego gło­wie?

Bez celu do­tarł na sta­cję me­tra. Nie wie­dział, do­kąd chce je­chać, ale czuł, że musi tam być. Pod­szedł do kasy, lecz gdy się­gnął po port­fel, oka­za­ło się, że nie ma przy ­so­bie pie­nię­dzy.

– Nie mam drob­nych – po­wie­dział zre­zy­gno­wa­ny.

Ka­sjer­ka spoj­rza­ła na nie­go z iry­ta­cją.

– To pro­szę się od­su­nąć, jest ko­lej­ka.

Na­gle po­czuł na ra­mie­niu czy­jąś dłoń. Od­wró­cił się i zo­ba­czył ele­ganc­ko ubra­ne­go męż­czy­znę. Roz­po­znał w nim biz­nes­me­na z me­tra.

– Za­pła­cę za nie­go – po­wie­dział męż­czy­zna. – Nie mam cza­su na opóź­nie­nia.

Lu­cas spoj­rzał na nie­go za­sko­czo­ny.

– Dzię­ku­ję… ale dla­cze­go…?

Męż­czy­zna zmie­rzył go chłod­nym spoj­rze­niem.

– Mie­li­śmy już ostat­nio dość za­mie­sza­nia. Nie chcę po­wtór­ki.

– O czym pan mówi? – za­py­tał Lu­cas, czu­jąc na­ra­sta­ją­cy nie­po­kój.

– Nie uda­waj. Po pro­stu weź ten bi­let i nie za­wra­caj mi gło­wy.

Zdez­o­rien­to­wa­ny Lu­cas wziął bi­let i się od­su­nął. Męż­czy­zna znik­nął w tłu­mie, za­nim zdą­żył za­dać ko­lej­ne py­ta­nia. Stał przez chwi­lę na pe­ro­nie, pró­bu­jąc zło­żyć w ca­łość frag­men­ty rze­czy­wi­sto­ści, któ­re zda­wa­ły się roz­pa­dać w jego umy­śle.

Lu­cas wszedł do wa­go­nu me­tra, na­dal roz­my­śla­jąc o dziw­nych wy­da­rze­niach na po­wierzch­ni i o nie­po­ko­ją­cym do­bo­rze słów nie­zna­jo­me­go. Dla­cze­go po­wie­dział: „mie­li­śmy dość za­mie­sza­nia”? Usiadł w za­tło­czo­nym prze­dzia­le. Mimo że był do­pie­ro po­czą­tek ty­go­dnia, wa­gon przy­po­mi­nał sklep przed Wi­gi­lią – tłocz­no, gwar­no i dusz­no. Za­pach potu i wszech­obec­ny ha­łas spra­wia­ły, że po­wie­trze było cięż­kie, trud­no było od­dy­chać. Po­mi­mo zgieł­ku Lu­cas sku­pił się na swo­im we­wnętrz­nym in­stynk­cie, któ­ry to­wa­rzy­szył mu przez cały dzień ni­czym zło­wro­gi cień. Ob­ser­wo­wał pa­sa­że­rów wo­kół sie­bie, ale jego my­śli błą­dzi­ły da­le­ko, po­szu­ku­jąc od­po­wie­dzi na py­ta­nia, któ­rych jesz­cze nie zdą­żył sfor­mu­ło­wać.

Na­gle coś przy­ku­ło jego uwa­gę. Choć wa­gon mknął przez ciem­ne tu­ne­le, Lu­cas miał wra­że­nie, że jest ob­ser­wo­wa­ny z ze­wnątrz. Gdy po­ciąg wy­je­chał z tu­ne­lu i wnę­trze wy­peł­ni­ło świa­tło, ser­ce Lu­ca­sa za­czę­ło bić szyb­ciej. Nie­fo­rem­na smu­ga na oknie, któ­ra wcze­śniej go za­in­te­re­so­wa­ła, przy­bra­ła kształt dziw­nej po­sta­ci. Za­rys sta­wał się co­raz wy­raź­niej­szy, mimo że szy­by nie były czysz­czo­ne od lat. Ubra­nie zja­wy było brud­ne i nie­chluj­ne, wło­sy splą­ta­ne w cha­otycz­ne ko­smy­ki. Jed­nak to sze­ro­ki, nie­mal nie­ludz­ki uśmiech na jej twa­rzy na­pa­wał naj­więk­szym prze­ra­że­niem. Lu­cas roz­po­znał w niej tego sa­me­go ta­jem­ni­cze­go star­ca, któ­ry na­wie­dzał go w snach i któ­re­go spo­tkał w dro­dze na uczel­nię. O tym, że wy­bie­rał się na uczel­nię, kom­plet­nie za­po­mniał pod wpły­wem przy­tła­cza­ją­ce­go in­stynk­tu, dyk­tu­ją­ce­go mu ko­lej­ne kro­ki.

Po kil­ku mi­nu­tach in­ten­syw­ne­go kon­tak­tu wzro­ko­we­go uśmiech zja­wy zmie­nił się w śmier­tel­nie po­waż­ny gry­mas znu­dze­nia, po czym po­stać znik­nę­ła bez śla­du. Py­ta­nia tło­czy­ły się w umy­śle Lu­ca­sa: dla­cze­go ten bez­dom­ny sta­rzec wciąż go prze­śla­du­je? Czy to tyl­ko ha­lu­cy­na­cje spo­wo­do­wa­ne zmę­cze­niem, czy może za­czy­na tra­cić zmy­sły?

Obok Lu­ca­sa usiadł ele­ganc­ko ubra­ny czło­wiek, któ­re­go wcze­śniej wi­dział przy ka­sie. Wy­glą­dał na ko­goś, kto zmie­rza do pra­cy, świad­czy­ły o tym wy­twor­ny strój i wło­sy uło­żo­ne z prze­sad­ną ilo­ścią żelu. Męż­czy­zna prze­rwał ci­szę, zwra­ca­jąc się do Lu­ca­sa ci­chym gło­sem, co tyl­ko spo­tę­go­wa­ło jego nie­po­kój.

– Po­wiedz mi – szep­nął – że nie spo­tka­li­śmy się wcze­śniej.

Lu­cas spoj­rzał na nie­go za­sko­czo­ny.

– „Wcze­śniej”? Kie­dy?

– Parę dni temu… Wte­dy to się sta­ło.

– Co ta­kie­go? – za­py­tał co­raz bar­dziej zde­ner­wo­wa­ny Lu­cas.

– Tam­te­go wie­czo­ru, kil­ka dni temu, wra­ca­łem z nie­uda­ne­go spo­tka­nia w fir­mie. W tym sa­mym wa­go­nie, w któ­rym te­raz sie­dzi­my, zgi­nął mi port­fel. Zwró­cił mi go ja­kiś pi­ja­ny mło­dzik. Wy­glą­dał łu­dzą­co po­dob­nie do cie­bie…

Lu­cas po­czuł, jak żo­łą­dek pod­cho­dzi mu do gar­dła. Mimo to sta­rał się za­cho­wać spo­kój.

– Fakt, ostat­nio pi­łem spo­ro, ale nie przy­po­mi­nam so­bie, że­bym po­dró­żo­wał tym me­trem ani spo­tkał pana w ta­kiej sy­tu­acji – od­po­wie­dział, choć głos mu lek­ko drżał.

Męż­czy­zna ode­tchnął, ale w jego oczach wciąż tli­ła się nie­pew­ność.

– Na­stęp­ne­go dnia zo­ba­czy­łem w wia­do­mo­ściach swo­je zdję­cie jako po­dej­rza­ne­go o za­mor­do­wa­nie star­ca, któ­ry sie­dział w są­sied­nim wa­go­nie. Co wię­cej, jako po­ten­cjal­ne­go świad­ka wi­dzia­no ko­goś, kto był cho­ler­nie po­dob­ny do cie­bie.

Lu­cas po­czuł zim­ny dreszcz na ple­cach.

– Za­pew­niam pana, to na­sze pierw­sze spo­tka­nie, poza tym przy ka­sie. Nie sły­sza­łem o żad­nym in­cy­den­cie przy­po­mi­na­ją­cym ten, o któ­rym pan mówi.

Męż­czy­zna przez chwi­lę przy­glą­dał mu się uważ­nie, po czym ski­nął gło­wą.

– Może to tyl­ko zbieg oko­licz­no­ści… Prze­pra­szam, że pana nie­po­ko­iłem.

Wstał bez sło­wa i prze­szedł do in­ne­go wa­go­nu. Lu­cas ode­tchnął z ulgą, ale nie­po­kój nie znik­nął.

Jego tok my­śli prze­rwa­ło na­głe po­czu­cie, że musi opu­ścić wa­gon. In­stynkt, któ­ry wcze­śniej kie­ro­wał go do me­tra, te­raz na­ka­zy­wał mu iść da­lej. Jak­by ktoś lub coś mia­ło nad nim kon­tro­lę, pod­niósł się i wy­siadł na naj­bliż­szej sta­cji. Szedł przed sie­bie pro­wa­dzo­ny nie­zna­nym im­pul­sem. My­ślał o roz­mo­wie z ele­ganc­kim nie­zna­jo­mym.

„To nie mógł być sen… Mu­szę się do­wie­dzieć, co na­praw­dę wy­da­rzy­ło się tam­tej nocy. Kim jest ten ta­jem­ni­czy sta­rzec, któ­ry mnie prze­śla­du­je?”.

Przy­spie­szył kro­ku, na­pę­dza­ny zło­ścią i fru­stra­cją. Nie­na­wi­dził po­czu­cia bez­sil­no­ści i bra­ku kon­tro­li. Nie za­uwa­żył na­wet, kie­dy zde­rzył się z me­ta­lo­wym słu­pem la­tar­ni. Ból prze­szył jego gło­wę, a przed ocza­mi za­tań­czy­ły mu ciem­ne pla­my. Stra­cił przy­tom­ność.

Obu­dził się w zna­jo­mym ba­rze, tym sa­mym, w któ­rym wcze­śniej roz­ma­wiał z bar­ma­nem. Tym ra­zem byli tyl­ko we dwóch. Lu­cas trzy­mał w dło­ni szklan­kę, do któ­rej bar­man wła­śnie na­le­wał te­qu­ilę. Gwał­tow­nie mach­nął ręką, strą­ca­jąc na­czy­nie na pod­ło­gę. Szkło roz­pry­sło się z brzę­kiem.

– Bę­dziesz mu­siał za to za­pła­cić, ko­le­go – oznaj­mił bar­man zim­nym to­nem.

Lu­cas spoj­rzał na nie­go zdez­o­rien­to­wa­ny.

– To nie ma sen­su… – wy­szep­tał, czu­jąc na­ra­sta­ją­ce prze­ra­że­nie. – Jak tu tra­fi­łem?

– Na­praw­dę my­ślisz, że to efekt al­ko­ho­lu? – za­py­tał bar­man, a w jego oczach po­ja­wił się ta­jem­ni­czy błysk.

– Dziś nie pi­łem ani kro­pli. Do dia­bła, co się dzie­je?

– Ktoś cię tu przy­pro­wa­dził. Dziw­ny je­go­mość. Wy­da­je mi się, że się zna­cie.

Lu­cas po­czuł, jak dreszcz prze­bie­ga mu po ple­cach.

– Opisz go. Jak wy­glą­dał?

– Czar­ne wło­sy, brud­na bro­da. No­sił łach­ma­ny, ja­kich na­wet naj­bied­niej­si by nie wło­ży­li.

– To nie ma sen­su… Co tu się w ogó­le dzie­je? – mruk­nął pod no­sem Lu­cas.

– Cza­sa­mi praw­da jest dziw­niej­sza niż fik­cja – stwier­dził spo­koj­nie bar­man.

Lu­cas spoj­rzał na nie­go uważ­nie i za­uwa­żył prze­ra­ża­ją­cy, nie­ludz­ki uśmiech – do­kład­nie taki sam, jaki wi­dział na twa­rzy zja­wy w me­trze. Ser­ce za­czę­ło bić mu jak sza­lo­ne, a po cie­le prze­bie­gła gę­sia skór­ka.

– Co, do cho­le­ry… Cze­go ode mnie chcesz?

Bar­man bez sło­wa prze­su­nął w jego stro­nę sta­ry szki­cow­nik, z któ­re­go uno­sił się odór zgni­li­zny.

– No weź go! Do­kończ, co za­czą­łeś! – syk­nął z iry­ta­cją.

Lu­cas drżą­cą ręką się­gnął po le­żą­cy przed nim no­tes.

– Co mam z nim zro­bić? – za­py­tał zdu­szo­nym gło­sem, ale nie otrzy­mał od­po­wie­dzi.

Otwo­rzył ze­szyt i za­uwa­żył, że na­pis na pierw­szej stro­nie, wcze­śniej nie­czy­tel­ny, te­raz był ja­sny i przej­rzy­sty. Mimo stra­chu wro­dzo­na cie­ka­wość zmu­si­ła go do prze­czy­ta­nia tre­ści.

Na­pi­sy czę­ścio­wo za­spo­ko­iły jego cie­ka­wość, lecz jed­no­cze­śnie uczy­ni­ły zda­rze­nia ostat­nich dni jesz­cze bar­dziej mro­żą­cy­mi krew w ży­łach. Na pierw­szej stro­nie było na­pi­sa­ne:

I. Wzgardź li­to­ścią i sła­bo­ścią, al­bo­wiem są one za­ra­zą, któ­ra to­czy sil­ne­go.

III. Szczę­ście znaj­dziesz w trium­fie, lecz ni­g­dy w po­ko­ju.

V. Bądź do­brym żni­wia­rzem, a nie zbrak­nie ci ziar­na na za­siew.

VIII. Pra­gnij wię­cej i wię­cej, al­bo­wiem pod­bój ni­g­dy ukoń­czo­nym nie jest.

XVII. Bądź jak po­ryw no­we­go wia­tru – nisz­czą­cy i twór­czy za­ra­zem.

Po prze­czy­ta­niu ta­jem­ni­cze­go wpi­su Lu­cas po­czuł, że jego umysł ogar­nia cha­os. Był roz­dar­ty i zdez­o­rien­to­wa­ny, nie wie­dząc, co my­śleć ani jak za­re­ago­wać. Przez dłuż­szą chwi­lę wpa­try­wał się w za­pi­sa­ną stro­nę, pró­bu­jąc po­jąć jej zna­cze­nie. W koń­cu pod­niósł wzrok, chcąc za­py­tać bar­ma­na o sens tych słów. Ku swo­je­mu zdzi­wie­niu zo­rien­to­wał się, że jest cał­kiem sam. Wo­kół nie było ży­wej du­szy, co pa­ra­dok­sal­nie przy­nio­sło mu pew­ną ulgę, choć jed­no­cze­śnie jego li­sta py­tań sta­wa­ła się co­raz dłuż­sza i bar­dziej pa­lą­ca.

Roz­glą­da­jąc się ner­wo­wo po pu­stym wnę­trzu baru, po­sta­no­wił zi­gno­ro­wać to, co prze­czy­tał na pierw­szej stro­nie, i przej­rzeć ko­lej­ne kart­ki szki­cow­ni­ka. To, co uj­rzał, przy­pra­wi­ło go o dresz­cze. Na na­stęp­nych trzech stro­nach zo­ba­czył swo­je wła­sne ko­mik­sy z me­tra i ra­dio­wo­zu – do­kład­ne od­wzo­ro­wa­nie wy­da­rzeń, któ­re prze­żył.

– Wie­dzia­łem, że to na­praw­dę się sta­ło… – szep­nął z mie­sza­ni­ną prze­ra­że­nia i fa­scy­na­cji.

Wró­cił do prze­wra­ca­nia stron, ale szyb­ko tego po­ża­ło­wał. Ko­lej­ne kart­ki wy­peł­nia­ły ilu­stra­cje przed­sta­wia­ją­ce wy­da­rze­nia od mo­men­tu po­wro­tu do domu: po­now­ne spo­tka­nie ze star­cem, roz­mo­wę z biz­nes­me­nem. Naj­bar­dziej nie­po­ko­ją­ce było jed­nak to, że szki­cow­nik sa­mo­czyn­nie za­czął two­rzyć nowe ry­sun­ki. Lu­cas za­marł, gdy za­uwa­żył, że stro­ny za­peł­nia­ją się sce­na­mi z jego ak­tu­al­nych po­czy­nań. Wszyst­kie ry­sun­ki wy­glą­da­ły tak, jak­by były wy­dra­pa­ne tę­pym na­rzę­dziem na po­wierzch­ni skó­ry, spod któ­rej wy­pły­wa­ła ciem­no­bru­nat­na krew, wy­peł­nia­jąc ma­ka­brycz­ne ry­ci­ny.

Strach i dez­orien­ta­cja na­ra­sta­ły z każ­dą chwi­lą. Na ostat­niej za­ry­so­wa­nej stro­nie zo­ba­czył sie­bie sie­dzą­ce­go przy ba­rze, prze­glą­da­ją­ce­go ze­szyt, a nad nim po­ja­wi­ła się czar­na po­stać z upior­nym uśmie­chem – tym sa­mym, któ­ry wi­dział wcze­śniej. Prze­ra­ża­ją­cy pro­ces za­trzy­mał się, jak­by cze­ka­jąc na jego ko­lej­ny ruch.

Z bi­ją­cym ser­cem za­mknął szki­cow­nik i po­sta­no­wił na­tych­miast opu­ścić lo­kal. Gdy tyl­ko skó­rza­na okład­ka do­tknę­ła bla­tu, roz­legł się zło­wro­gi, prze­ra­ża­ją­cy śmiech, któ­ry prze­szył go dresz­czem. Nie­świa­do­mie ści­snął ze­szyt w dło­ni, czu­jąc, jak zim­ny pot spły­wa mu po ple­cach.

Od­wró­cił się i za­marł. Przed nim sta­ła czar­na, zgar­bio­na po­stać, któ­rej cień zda­wał się nie mieć koń­ca. Jej oczy błysz­cza­ły w mro­ku, a ci­chy re­chot wy­do­by­wa­ją­cy się z gar­dła wy­peł­niał ci­szę po­miesz­cze­nia. Lu­cas, z tru­dem ła­piąc od­dech, wy­krztu­sił drżą­cym gło­sem:

– Kim… kim ty je­steś? Cze­go ode mnie chcesz?

Nie mo­gąc po­wstrzy­mać na­ra­sta­ją­cej pa­ni­ki, krzyk­nął z roz­pa­czą:

– Dla­cze­go, do cho­le­ry, mnie to spo­ty­ka?!

Zja­wa prze­rwa­ła swój re­chot. Po chwi­li mil­cze­nia, któ­ra wy­da­wa­ła się wiecz­no­ścią, od­po­wie­dzia­ła ni­skim, szorst­kim gło­sem:

– Czy te­raz już wie­rzysz? Czy na­dal bę­dziesz się łu­dzić, że to tyl­ko sny?

– Kim ty je­steś?! Dla­cze­go aku­rat mnie to spo­ty­ka?! Co to za prze­klę­ty szki­cow­nik?! Dla­cze­go… – za­czął Lu­cas, ale zja­wa unio­sła dłoń, prze­ry­wa­jąc mu.

– Za­da­jesz wie­le py­tań, mło­dy czło­wie­ku… Zbyt wie­le – rze­kła z nutą roz­draż­nie­nia. – Inni nie byli tacy ga­da­tli­wi.

Bar po­now­nie wy­peł­nił się jej ci­chym re­cho­tem, któ­ry zda­wał się od­bi­jać echem od ścian.

– Jak to „inni”? Nie je­stem je­dy­ną oso­bą, któ­rej to się przy­tra­fia?! – Lu­cas po­czuł, jak pa­ni­ka mie­sza się z cie­ka­wo­ścią, a głos za­czy­na mu drżeć.

– Za­słu­gu­jesz na dru­gą szan­sę… Lecz każ­da szan­sa ma swo­ją cenę.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij