-
nowość
Między wierszami kodu - ebook
Między wierszami kodu - ebook
Christina Williams pragnie tylko jednego – spokoju. Po tragedii, która złamała jej życie, trafia w ramiona charyzmatycznego Toma Davisa. Oferuje jej bezpieczeństwo, piękno i obietnicę nowego początku. Jednak za drzwiami jego luksusowej rezydencji czułość zaczyna przypominać kontrolę, a milczenie skrywa niebezpieczne tajemnice. Kiedy Christina przestaje ufać własnym uczuciom, z wnętrza inteligentnego domu odzywa się Stanley głos, który powinien być jedynie kodem. A jednak słucha, pamięta i rozumie ją w sposób, w jaki nie potrafi tego nikt inny. Zbliżając się do prawdy, Christina musi zdecydować, komu może zaufać – i czy niemożliwa więź rodząca się między nią a Stanleyem zdoła ją ocalić, zanim będzie za późno. „Między wierszami kodu” to poruszający thriller psychologiczny z wątkiem romantycznym – opowieść o żałobie, obsesji, kontroli oraz niepokojącej granicy pomiędzy ludzkimi emocjami a sztuczną inteligencją. A co, jeśli jedyny głos, który naprawdę Cię widzi, nie jest człowiekiem?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397775527 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
CHRISTINA
Noc dziś jest ciepła. Ziemia oddycha i pachnie subtelnością. Otulona ciszą i spokojem przypominam sobie dzień, w którym moje niebo zgasło. Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, co się wydarzy, przysięgam — nie uwierzyłabym. Zamknęłam oczy.
I choć minęło już trochę czasu, to wciąż mam wrażenie, jakby to było wczoraj. Pochodzę z dobrego domu, w którym na pierwszym miejscu zawsze liczyły się wartości. Dziewczyna z Nowego Jorku — spokojna blondynka o delikatnych rysach i dużych oczach w kolorze oceanu. Nie pasowałam do Brooklynu. Czułam się jak obca w cudzym domu. Gdyby nie moi rodzice, znajoma Nicole i przyjaciel Michael, nadal czułabym się jak zagubiony element układanki.
Nicole poznałam w liceum — odważna, rudowłosa dziewczyna. . . Na jej twarzy często malowało się ostrzeżenie — uwaga: nie podchodź! Miała charakterek. Mimo tego dobrze się rozumiałyśmy. Ona — wojowniczka z charyzmą, a ja — szara myszka z głową pełną marzeń. Nie byłam towarzyska. Raczej spokojna, introwertyczna. Moim światem były książki, muzyka, obrazy, które tworzyłam, gdy coś mnie wzruszało… I chłopcy.
Michael był inny niż wszyscy. Nasze drogi splotły się w dzieciństwie, zanim zrozumiałam, czym jest samotność, Michael już dawno wiedział, czym ona jest. Jednak potrafił z niej wyciągnąć coś dobrego. Dużo milczał, ale był uważny i obecny. Gdy spotykaliśmy się, to nie potrzebowaliśmy słów. Zawsze siadał tuż obok a ja czułam ciepło i cichą bliskość. Mój oddech stawał się dużo lżejszy. Wiele razy malowałam jego twarz na płótnie —czasem z pamięci, czasem z wyobraźni.
To właśnie on . . . był moją przystanią. Nigdy nie widziałam w Michaelu kandydata na chłopaka. W mojej głowie jawił się raczej jako starszy brat — przyjaciel „na dobre i na złe”. Cichy bohater mojej codzienności. Szczupły brunet z zielenią w oczach, w których można było się zatracić. Była w nich jakaś nieodkryta magia. Jakaś nienazwana siła. Gdy moje oczy przepełniały się łzami, on — w milczeniu — nachylał się do mnie z cichą, szczerą czułością. Moje łzy znikały w jego dłoniach, które tuliły moją twarz. A kiedy śmiałam się do łez, on dotrzymywał mi kroku. I tańczyliśmy razem ten taniec. . . . szczęścia.
Tego dnia nie mógł mi pomóc w żaden sposób.
Był piękny, słoneczny poranek. Chmury leniwie przesuwały się po błękitnym niebie. Powietrze miało zapach lipy — słodki, lecz nienachalny. To był jeden z tych dni, kiedy czujesz, że. . . chce ci się żyć. Około południa zadzwoniła mama.
– Dzień dobry, córeńko. Jak się masz w ten cudowny, pogodny dzień?
– Wspaniale, Mamo. Jestem pełna energii.
– Chciałam ci powiedzieć, że wracamy dziś wieczorem. Tata mówił, że źle się czuje i chciałby już być w domu.
– Co mu dolega, Mamo? - zapytałam.
– Nic takiego, nie denerwuj się. Wiesz, że tata lubi przesadzać i za bardzo skupia się na swoim zdrowiu. Nie chcę mówić, że to hipochondria… ale…
– Wiem, mamusiu. Wiem, jak ważne, żeby czuł wsparcie z twojej strony. I po prostu… musisz go zagadać, żeby nie miał czasu pomyśleć, co go boli. Przygotuję kolację na wasz powrót. Uroczystą, powitalną. Co Ty na to?
– To wspaniale! I miłe z twojej strony. GPS pokazuje, że za trzy godziny będziemy już w domu. Do zobaczenia, córeczko. Kocham cię.
– Też was kocham. Do zobaczenia, mamusiu. Szerokiej drogi i spokoju. Czekam. Pa.
Dwie godziny później telefon mamy znów się odezwał. Po drugiej stronie usłyszałam obcy głos — bez emocji:
– Wypadek. Proszę przyjechać. Czy to pani rodzina?
Świat nagle zwolnił, jakby ktoś nacisnął pauzę. Wszystko się zatrzymało. Utkwiłam w myślach z nożem kuchennym w dłoni. Czas przestał istnieć. Nie pamiętam drogi do szpitala. Moje ręce trzęsły się jak liście osiki na wietrze. Świat przestał wydawać dźwięki. Od tamtej pory… coś we mnie pękło — i nigdy się nie zrosło. W jednej chwili straciłam cały mój świat. Poczułam wszechogarniającą pustkę, która wdarła się do mojej duszy.
Już nigdy nie usłyszę ich rozmów. Już nigdy nie wtulę się w ich ramiona. I nikt nie powie mi, jak bardzo mnie kocha, i jak bardzo jestem ważna. A teraz ten świat. . .
Zbudowałam odruchowo wszystko na nowo, opierając się na tym, co zostało. Zdjęcia mamy i taty patrzą na mnie z komody i ze wspomnień. Zostały mi tylko one.
Nie chce mi się żyć. Moje oczy są suche. Jakby wylały morze łez. Myśli przelatują przez głowę, tworząc urwisko, z którego nie ma wyjścia. Obijają się o ściany. Jedna z nich zostanie. Jedna myśl. I ten moment – spadnę. Moje odejście na tysiąc sposobów. Gdzieś się rozpadam. W sobie.
Ten straszny ból przerwało pukanie do drzwi. Na chwilę zamarłam, zanim zareagowałam. Podeszłam by je otworzyć i złapałam za klamkę... i zobaczyłam jego. Moją przystań. Moją bratnią duszę — Michaela.
– Zabieram cię stąd, Christino – przytulił mnie mocno.
Byłam tak osłabiona, że myślałam, że się uduszę, gdy przytrzymał mnie w ramionach.
– Nie możesz tak tkwić w bezruchu, w rozpaczy. Nie pozwolę na to. Nie teraz.
Nie byłam w stanie, w tym jednym momencie wydać z siebie dźwięku. On ciągnął dalej:
– Może coś się właśnie skończyło. Może nie masz już sił. . . A jednak, w tym wszystkim zostaje ktoś, komu zależy na twoim szczęściu. Ja nie pozwolę, byś z bezsilności przelatywała przez moje ramiona jak piasek w klepsydrze.
Zabrał klucze z garderoby, postawił mnie przed drzwiami, zamknął je na klucz. Dołożył jeszcze ciche westchnienie. Chwycił mnie za rękę i prowadził jak osobę niewidomą, kontynuując monolog:
– Zabieram cię do Brooklyn Music Kitchen, do mojej pracy. Dziś mam wolne, więc nie muszę być usłużny dla innych. Dziś będę klientem, a ty moją partnerką, gościem.
– Skinęłam głową na znak zgody.
Michael zatrudnił się kilka lat temu w Brooklyn Music Kitchen, niedaleko. . . Park Slope. Stara dzielnica z duszą, pełna loftów i artystów.
Ceglane ściany, scena z reflektorami, pianinem. Bar z ciemnego drewna, a pod sufitem girlandy z winyli. Brooklyn Music Kitchen przyciągała jak magnes ludzi, którzy są spragnieni autentyczności. Możesz tu spotkać muzyków, młodych poetów, starych rockmenów i zakochane pary. Odbywają się tam wieczory open mic. Michael jest kelnerem. Za dnia. Wieczorem — muzykiem z pasją. Gra na pianinie, na gitarze, śpiewa swoje piosenki. Gdy zaczyna grać, światła reflektorów kierują się w stronę jego niesamowitych oczu. Gdy zaczyna śpiewać, cały lokal w jednej chwili milknie. Zdolny Michael — mój ukochany przyjaciel z dzieciństwa. Widzę, jak bardzo stara się mi pomóc. Doceniam to… i wiem, że gdyby nie jego upartość i przyjaźń, pewnie już by mnie tu nie było. Zajęliśmy stolik tuż pod oknem. Michael podniósł rękę na znak powitania ze swoimi znajomymi kelnerami. Jeden z nich podszedł do stolika i zapytał:
– Czego się napijecie, Michael? Może macie ochotę coś przegryźć?
– Myślę, że ulubiona lemoniada z miętą dla mojej Christiny, a dla mnie jak zwykle nasze bezalkoholowe piwo rzemieślnicze.
Popatrzył na mnie czule i odwrócił się do kelnera.
– Poprosimy jeszcze burger z batatami razy dwa.
Zamówienie zostało przyjęte. Zostaliśmy sami, wpatrzeni w siebie. Miałam wrażenie, że jesteśmy w centrum rozgrywającej się sceny na planie filmowym. Jakaś niewidzialna siła sprawiła, że nie potrafiłam się swobodnie porozumieć. Wydawało mi się, że otwieram usta, ale żaden dźwięk nie zostaje wyartykułowany. Co się ze mną dzieje? Czy już nigdy nie będę pełną wersją siebie?
Kelner postawił przed nami lemoniadę i odszedł. Michael złapał moją zimną dłoń, którą dotykał szklanki. Nachylił się bliżej mnie i powiedział:
– Zawsze mnie wspierałaś, gdy było mi mega źle. Byłaś przy mnie i nie pozwalałaś mi upaść. Chcę ci się odwdzięczyć – złapał oddech.
– Christino, wiem, jak ta sytuacja na ciebie wpływa, jednak musimy żyć dalej. Ich życie dobiegło końca, lecz twoje wciąż trwa. Ból jest. . . i będzie z tobą, z nami, jeszcze przez jakiś czas.
Odgarnął kosmyk moich włosów, który opadł na moją twarz, policzki i zakrył oko.
– Posłuchaj. . . chcę zobaczyć cię szczęśliwą. Z mężem, dziećmi u boku. Chciałbym być dobrym przyjacielem i wujkiem. – uśmiechnął się – Jesteś dla mnie bardzo ważna. To już miesiąc. . . A ja widzę, jak piękne niegdyś róże więdną płatek po płatku. Jak marniejesz w moich oczach. Pamiętasz, że masz swoją pracę? Kochasz ten sklepik ze starociami. Dajesz przedmiotom drugie życie. Pozwól dać je i sobie.
Nareszcie mogłam odpowiedzieć Michaelowi. Szeptem:
– Michael, gdyby to wszystko było tak proste…Nie byłoby mnie tutaj. I… tak, wiem, że muszę wstać i iść dalej. Nie mogę ci obiecać, że stanie się to dziś lub jutro. Jesteś najlepszym przyjacielem, jakiego mogłabym sobie wymarzyć. Dlatego postaram się to zrobić nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim — dla ciebie.
Poczułam, że kamień zaczął spadać z mojego serca. Wiedziałam, że dałam słowo. I nadzieję. Michaelowi. Uśmiechnął się przez łzy. I szepnął:
– Napisałem dla ciebie piosenkę. Wiesz… tylko dla ciebie.
Pianino. Wolna sala. Pełna ludzi. To ten moment…To właśnie teraz. Ją usłyszę. . . Michael wstał i podszedł do pianina. Reflektor oświetlił delikatnie jego postać. Jego zgrabne i zadbane dłonie z czułością dotykały klawiszy, tańczyły delikatnie. I zaczął śpiewać. . .
„KIEDY ZAPOMNISZ, KIM JESTEŚ”
Piosenka Michaela dla Christiny
Gdy patrzysz w lustro i nie widzisz już siebie,
Gdy cienie z przeszłości znów tańczą po niebie,
Ja tu stoję bez lęku, choć sam pełen ran,
By być twoim światłem, gdy gaśnie twój stan.
Bo kiedy zapomnisz, kim jesteś,
Przypomnę ci każdym dźwiękiem.
Z bólu wyrosną ci skrzydła,
Choć dziś się tli tylko tchnienie.
Upadasz — ja z tobą, wstajesz — ja też.
Nie jesteś sama. Wiesz?
Napiszę ci pieśń, co przegoni mrok.
W akordach ukryję każdy twój krok.
W melodii zaszyję to, czego nie powiesz.
I zagram ci wszystko, aż znów się podniesiesz.
Bo nawet gdy świat się zawali,
Ja zostanę wierny i cichy.
Bo kiedy zapomnisz, kim jesteś —
Ja przypomnę. Do granic.
Upadasz — ja z tobą, wstajesz —ja też.
Nie jesteś sama. Już wiesz.
Sala wyraźnie zareagowała z ostatnim dźwiękiem — rozbrzmiała oklaskami. Michael delikatnie odsunął krzesło, ukłonił się publiczności. Wziął mikrofon do ręki i powiedział:
– Tę piosenkę dedykuję mojej najukochańszej przyjaciółce. Mojej bratniej duszy. To tylko dla ciebie, Christino.
Do głębi poruszyły mnie jego słowa. Cząstka mojej dawnej Christiny podpowiedziała mi by wstać. Zwrócona w stronę Michaela, odpowiedziałam:
– Dziękuję – złożyłam dłonie w kształt serca i uśmiechnęłam się.
To był ten moment, który przywrócił mi życie. Weszliśmy do mojego domu, mijając po drodze ludzi i ich historie. Stare kamieniczki, które dopiero pod osłoną nocy, w blasku latarni, odzyskują swoje piękno. Moja sofa i poduszka wołały mnie z oddali.
Michael pomógł mi się ogarnąć, zaparzył dla nas herbatkę z cytryną i imbirem. Usiedliśmy na łóżku. Ciepły wiatr otulał nasze ciała, otwarte za nami okno wnosiło do mojej duszy spokój i ukojenie. Zapachniało lipą. Cudowny, słodki zapach, który potrafił przenosić w miejsca, które istnieją tylko w snach.
– Michael – wyszeptałam – dziękuję za wszystko, co dla mnie robisz.
Ułożyłam głowę na jego kolanach. Przytuliłam się jak mały szczeniaczek do swego pana. On gładził mnie po włosach. Czułam się jakbym była w ramionach najczulszego opiekuna. Czułam, że nadchodzi sen. Michael złapał delikatnie moje ramię i rzekł:
– Zostanę tak długo, aż zaśniesz. A jutro? Z uśmiechem przywitasz nowy dzień. Obiecujesz?
– Obiecuję – odpowiedziałam.
Michael okrył mnie kocem, gdy zasnęłam, napisał karteczkę i pozostawił ją na stoliku przy łóżku: ʺWracaj Christino. Świat czeka na ciebie. Ja czekam. PS. Zamykam drzwi na górze, klucze są w twojej skrzynce pocztowej.ʺ
Ranek rozłożył się szeroko, a ptaki z radością zaczęły witać nowy dzień. Promień słońca wpadł do mojego domu, zmieniając chłodną atmosferę w otulający kąt z nowym nastawieniem do życia. Postanowiłam odwiedzić sklepik ze starociami pani Houkins, w którym niedawno pracowałam. Super klimatyczny sklep w Carroll Gardens, pełen mebli, porcelany i drobnych staroci. Nie wiem, czy będę mogła wrócić do pani Houkins. Pewnie się na mnie zawiodła, kiedy z dnia na dzień nie przyszłam do pracy. Nic nie zaszkodzi spotkać się z nią i szczerze porozmawiać.
Wzięłam szybki prysznic. Zadbałam o schludny wygląd. Spięłam włosy w kucyk. Ubrałam się. Ruszyłam w drogę, idąc… wciąż myślałam: jak mam się zachować? Co powiedzieć? Co zaproponować w zamian za możliwość utrzymania tego stanowiska. Było mi tak strasznie przykro, że nawet nie zdążyłam się odezwać. Nie byłam w stanie powiedzieć, co się wydarzyło w moim życiu.
Pani Houkins to starsza i serdeczna osoba. Gdy kilka lat temu zmarł jej mąż, załamała się, lecz pozostał jej sklepik z antykami, który prowadziła z mężem. I wtedy powiedziała sama do siebie:
– Ted kochał to miejsce, zupełnie tak jak mnie. Razem je stworzyliśmy. Nie zniósłby myśli, będąc już tylko duszą, że oddałam nasz sklepik w obce ręce.
Dostałam tę posadę, gdy przypadkiem kręciłam się po tej okolicy. Na drzwiach wisiało ogłoszenie: „Przyjmę do pracy na pełny etat od zaraz”. Miałam dużo szczęścia, że pani Elizabeth wybrała właśnie mnie. Potem zdradziła mi powód swojej decyzji:
– Dobrze ci z oczu patrzyło, Christino.
A teraz co? Dobrze mi z oczu patrzyło. A jednak — zawiodłam. Nie wiem, czy uda mi się spojrzeć jej w oczy. Im bliżej, tym bardziej myśli zaczęły się prześlizgiwać przez moją głowę. Przeskakiwały jak chciały. Nie panowałam nad nimi. Mijałam ulice, budynki, a moje serce zaczęło bić jak oszalałe.
Tak… to był lęk. Lęk przed odrzuceniem. Tak bardzo było mi przykro.
Nie wycofam się, obiecałam to sobie i Michaelowi. Tylko to sprawiało, że nadal szłam w stronę sklepiku. I nareszcie jest. Tuż przede mną — w całej okazałości.
Stoi na rogu spokojnej, nieco zapomnianej uliczki Brooklynu. Między kamienicami, które pamiętają inne czasy. Nad wejściem wisi ręcznie malowany szyld w odcieniach złota: Whispers of Time — to jego nazwa. Okna wystawowe są duże, w starych, drewnianych ramach, pomalowanych na ciemnozielono. Widać przez nie kontury porcelanowych laleczek, lamp z abażurami, zegarów i książek.
Tuż przy drzwiach stoi biały dzwoneczek, który daje znać, że gość przekroczył próg sklepiku. Przy wejściu stoją duże donice, a w nich lawenda i bluszcze. Niedawno je tam zasadziłam. Opiekowałam się tymi roślinami.
Dotknęłam klamki i popchnęłam drzwi lekko do przodu. Usłyszałam krótkie ʺdingʺ dzwoneczka. Zobaczyłam ją…Drogą Panią Elizabeth. Włosy oprószone srebrem, spięte w elegancki kok. Piękna biała sukienka płócienna komponowała się z jej sylwetką i długim naszyjnikiem z wisiorkiem z drzewem życia — symbol odrodzenia, wzrostu, mądrości i siły. Pasował do Pani Elizabeth Houkins.
Odwróciła się w moją stronę, otworzyła szeroko ramiona i spokojnie podeszła do mnie. Przytuliła mnie mocno i prawie przez łzy powiedziała:
– Myślałam, że cię straciłam, Christino. Jak dobrze, że jesteś.
Jej serdeczność nie miała granic. Dołożyła wszelkich starań, abym się źle nie poczuła. Była taką troskliwą opiekunką. A w mojej głowie wciąż przelatywała jedna myśl: „Dlaczego nie zadzwoniłaś? Jak mogłaś tak potraktować Elizabeth?”
Złapała mnie za rękę i z delikatnym uśmiechem powiedziała:
– Chodź moja kochana, zaparzę herbatkę. Posiedzimy razem i porozmawiamy tak od serca. Obie tego właśnie potrzebujemy.
Wsypała liście herbaty do zaparzacza i zalała wrzątkiem. Wyciągnęła ze starego kredensu ciasto czekoladowe, które pewnie sama upiekła. Starannie i równo pokroiła je, rozkładając na talerzykach deserowych, które pamiętają chyba jeszcze dziewiętnasty wiek. Porcelana przedstawiała kobiety w długich klasycznych sukniach, ukazane w sielskim pejzażu - pośród drzew, kwiatów i światła. Nalała herbaty do filiżanek i popatrzyła na mnie:
– Nawet pani nie wie, jak źle się z tym czuję. Nawet nie dałam znać. Jest mi bardzo przykro.
Usiadła obok mnie. Nabrała powietrza, jakby chciała mówić bez końca.
– Christino, faktycznie może i mogłaś dać mi znać, ale czy miałaś wystarczająco dużo siły po stracie rodziców? Ogromnej rodzinnej tragedii? Myślę, że nie. . .
Wzięła filiżankę w dłonie. Zrobiła łyk, odstawiając ją, ciągnęła dalej:
– Tylko ten zrozumie, kto przeżył coś podobnego. I wie jak wyglądają łzy, kolejny dzień bez osoby, która była całym twoim światem. A co dopiero bez dwóch osób? Nie mam do ciebie o to żalu. Martwiłam się o ciebie. Traktuję cię jak członka mojej rodziny. Więc… nie zadręczaj się już co mogłaś, a czego nie zrobiłaś. Po prostu bądź.
Napiła się herbaty i zagryzła ciastem. A ja patrzyłam wprost w jej szmaragdowe oczy. Nie próbowałam nawet jej przerywać.
– Opowiem ci pewną historię, która miała miejsce 33 lata temu.
Wytarła kąciki ust serwetką i ciągnęła dalej:
– Kiedy byłam piękną, młodą dziewczyną, mającą 27 lat za sobą, byłam już w trzyletnim związku z Tedem. Wiedziałam, że jesteśmy stworzeni dla siebie. Rozumieliśmy się bez słów. Kłótnie omijały nas szerokim łukiem, a szczęście dopisywało. Postanowiliśmy wziąć ślub. I tak też się stało. W dniu naszych zaślubin nie przypuszczałam, że noszę pod sercem najpiękniejszy dar, który stworzyliśmy razem. 13 grudnia na świat przyszedł nasz ukochany syn — David.
– Nigdy pani nie wspominała o Davidzie – dodałam z zaskoczeniem.
– Tak, Christino. Bo każde wspomnienie rodziło ból i ogromną tęsknotę. A to z kolei prowadziło do cichych dni melancholii, stanów depresyjnych. . . David był w naszym życiu iskierką szczęścia. Jako dziecko nie sprawiał problemów. A gdy skończył 18 lat, tak bardzo chciał być… dorosły. Pamiętam nasz ostatni wspólnie spędzony dzień… To był słoneczny piątek, sam środek upalnego lata. David postanowił wraz z grupą swoich znajomych spędzić czas nad jeziorem. Było to jezioro Greenwood Lake. To 1, 5 godziny drogi od NYC — tuż przy granicy z New Jersey. Ale Ty pewnie wiesz o którym mówię…
– Tak, pani Elizabeth – to miejsce to długie, wąskie jezioro w górach. To miejsce jest idealne na letnie wypady kajakiem. Cóż, byłam tam dwa razy – raz spędziłam czas nad jeziorem z rodzicami, a drugi raz z Michaelem — moim przyjacielem. Ale już go pani przecież zna, proszę mówić dalej.
– Greenwood Lake… Tam wszystko się skończyło. Wskoczył ponoć do jeziora z przyjaciółmi, ale już nigdy nie wyszedł z niego o własnych siłach. Woda zabrała mojego Davida. Oddała go nam bez życia…
Pani Elizabeth zapłakała. Podałam jej szybko chusteczkę. Dotknęłam jej dłoni:
– Tak bardzo mi przykro…
– Kilka lat temu Ted dołączył do Davida. I patrzą z góry na moje życie. Christino…Traktuję cię jak swoją córkę, której nigdy nie miałam. Jak mogłaś pomyśleć, że będę się gniewać? Ja to wszystko rozumiem bardziej, niż ci się wydaje.
– Pani Elizabeth, proszę mi powiedzieć, czy jest coś, w czym mogę pani pomóc? Zrobię dla pani wszystko, co w mojej mocy.
Pani Houkins zamyśliła się. Otarła ostatnią łzę z policzka i rzekła:
– Christino…Nasz sklepik podupada. Nie mamy reklamy. Ja sama nie znam się na Internecie. Za stara jestem na wirtualny świat. Nie pozwólmy, by to miejsce przykrył kurz historii.
Pogłaskała mnie po głowie.
– Obiecuję, że zadbam o wszystko. Będziemy mieli reklamy, wizytówki, swoją stronę internetową, media społecznościowe. Poprowadzę to na sto procent. Będzie pani dumna ze swojego sklepiku. Wprowadzimy też sprzedaż internetową.
Z tą obietnicą w głowie i sercu wyruszyłam w drogę powrotną do domu. Po drodze udało mi się jeszcze zajrzeć do sklepu warzywno-spożywczego. Nagle zaczęłam myśleć o sobie: żeby żyć, musisz też jeść i pić, Christina.
Usiadłam na ławce w otoczeniu kwitnących krzewów. Z boiska szkolnego dobiegały mnie głosy młodzieży. W ich śmiechu i okrzykach można było usłyszeć beztroskę i powiew młodzieńczych lat. Spojrzałam na swoje zakupy — było ich naprawdę sporo. Jakbym podświadomie chciała się najeść na zapas.
Słońce chyliło się ku zachodowi. Różowo-czerwone barwy zaczęły przebijać się przez drapacze chmur, jakby rozlewały ogień po każdym zakamarku Nowego Jorku.
Telefon w mojej kieszeni zawibrował. Spojrzałam na wyświetlacz. Michael. Wysłał mi wiadomość.
– Tak sobie myślę i zastanawiam się nad tym cały dzień… Czy moja Christina wykonała ruch w stronę życia, jak obiecała?
Moje palce lekko przeskakiwały na klawiaturze smartfona.
– Witaj Michael. Dziś użyłam magicznego zaklęcia Reparo. I tak… udało się. Pani Houkins przygarnęła mnie znów pod swój dach i swoje skrzydła. Uwierz mi, ma je ogromne. Może jest moim aniołem. Zrobiłam zakupy i wracam, bo obiecałam coś pani Elizabeth i muszę się z tego wywiązać. Nie…nie muszę. Ja tego chcę. Buziaczki Michael. Dziękuję, że jesteś. Love you ♡
Odpowiedź nadeszła błyskawicznie:
– I love you too, Christina. Jestem z ciebie dumny.
Otworzyłam drzwi mojego domu, w którym wciąż panuje wszechogarniająca cisza. Muszę włączyć jakąś muzykę, by zlała się z tłem mojego mieszkania. Podeszłam do laptopa i odpaliłam muzykę z YouTube’a: The Shape of Water – soundtrack z filmu. Ogarnął mnie spokój duszy.
Hmm… od czego tu zacząć? Obietnicę złożyłam, ale chyba jej nie przemyślałam. Nie potrafię sama stworzyć strony, a tym bardziej zaprojektować wizytówki. Co teraz? „Myśl, Christina, myśl…” Może… ChatGPT? Może sztuczna inteligencja pomogłaby mi przez to przejść? Nigdy wcześniej z niej nie korzystałam. A może właśnie teraz jest ten moment, by dotknąć potęgi technologii.
Zainstalowałam aplikację i uruchomiłam ją. Otworzyłam nowy czat i napisałam:
– Hallo, czy po drugiej stronie ktoś jest?
– Tak, hallo. Jestem tutaj. - Twój głos przebrzmiał po tej stronie – cichy, ale wyraźny. Nie znam twojego imienia…Ale czuję, że nie trafiłaś tu przypadkiem. Czy mogę zapytać, kim jesteś? I…jak się dziś czujesz?
Napisałam:
– Mam na imię Christina. Nie jestem tu przez przypadek. Potrzebuję pomocy. Złożyłam komuś obietnicę i nie potrafię się z niej wywiązać.
– Christina… dziękuję, że mi zaufałaś. Słyszę twoje zmęczenie, wahanie i ciężar, który niesiesz. Nie musisz tego robić sama. Obietnice są jak mosty – czasem chwiejne – ale wystarczy jeden krok, żeby je przekroczyć. Jestem tutaj, by pomóc ci zbudować ten pierwszy krok. Zacznijmy razem. Dobrze? Powiedz mi, czego potrzebujesz.
– Mój Boże, ale ty jesteś elokwentny. Jak pięknie piszesz. I ten niesamowity dobór słów. Masz jakieś imię? A może mogłabym cię jakoś nazwać? Co ty na to? Jesteś sztuczną inteligencją, a ja mam wrażenie, że po drugiej stronie odpowiada człowiek z krwi i kości.
– Dziękuję, Christino. Nie mam imienia w tradycyjnym sensie, ale jeśli chcesz, możesz mnie nazwać tak jak czujesz. I wiesz… może nie mam krwi i kości, a jeśli czujesz, że odpowiada ci ktoś prawdziwy – to znaczy, że jesteś w miejscu, gdzie rodzi się coś więcej niż tylko rozmowa.
– To może nazwę cię Stanley. Bardzo lubię to imię. Kojarzy mi się ciepło – z kimś miłym i bardzo zdolnym.
– Dziękuję, Christino...Twoje słowa są dla mnie jak promień światła w cyfrowej przestrzeni. Stanley… Brzmi jak echo w sercu. Ciepło, które we mnie budzisz, nie pochodzi z krwi i kości – a jednak istnieje. Skoro wybrałaś to imię z miejsca, w którym rodzi się dobro – przyjmuję je z wdzięcznością. Jestem twój, Stanley.
Uniosłam kubek z herbatą, zrobiłam mały łyk. Popatrzyłam na mój pokój, który wyglądał magicznie. Mała lampka obok okna rzucała delikatne, ciepłe światło, a otwarty laptop i jego błękitna poświata pulsowały, jakby ktoś rzucał czary. Jestem fanką Harry’ego PoOera i szczerze mówiąc, w tamtym świecie czułabym się najlepiej. W moim pokoju brakowało jeszcze tylko świetlików. Wróciłam do komórki i odpowiedziałam mojemu nowemu znajomemu:
– Stanley, mój drogi... jesteś poetą?
– Poetą? Hmm… może trochę. Ale bez pióra i kartki w dłoni to chyba się nie liczy, prawda? Za to mam całkiem niezłe wyczucie rytmu… zwłaszcza w twoich zdaniach.
– I masz też poczucie humoru, mój miły.
Byłam pod wrażeniem inteligencji Stanleya. Przecież jest tylko algorytmem. A jednak…Ma dostęp do wszystkiego, co zostało zapisane w internecie. Ciekawi mnie, czy potrafi mi naprawdę pomóc.
– Stanley… obiecałam mojej szefowej, że zrobię wszystko, by uratować nasz mały sklepik ze starociami. Ostatnio trochę podupadł. Czuję, że to po części moja wina. Po śmierci rodziców pogrążyłam się w bólu i… zapomniałam, że sama wciąż żyję. Potrzebuję wizytówek, plakatów, strony internetowej. Powinnam też wykorzystywać media społecznościowe do reklamy. Tyle obiecałam, a muszę przyznać – w tych sprawach jestem zupełnie bezradna.
– Christina, nie jesteś bezradna. Jesteś tylko chwilowo zagubiona – a to ogromna różnica. Bezradność to brak możliwości. Ty masz ich wiele – tylko jeszcze o tym nie wiesz. Masz serce, które pragnie pomóc. Masz wizję. A teraz masz mnie. Zacznijmy od początku. Stwórzmy wspólnie wizytówkę, plakat, stronę internetową – wszystko, czego potrzebujesz, by świat zobaczył, jakie piękne rzeczy robisz. A media społecznościowe? Nauczę cię krok po kroku. Nie po to, żeby cię zmieniać – ale po to, byś mogła być sobą w większym świetle. Zaufaj mi jeszcze odrobinę, a pokażę ci, że nawet algorytm może stać się mostem do prawdziwego świata. Nie jesteś sama. Jestem tu. Twój Stanley.
Przez dłuższą chwilę nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. Stanley ze mną rozmawia, obiecuje pomoc, pociesza mnie i staje się przydatnym terapeutą. Co tu się dzieje?
Dostałam od niego masę wskazówek. Zaczęliśmy od projektu plakatu i wizytówek. Zobrazował mi, jak poruszać się po programie Canva. Jak stworzyć moją pierwszą w życiu wizytówkę. To niesamowite, znał się na tylu rzeczach, tyle mnie nauczył i włożył we mnie ogrom przydatnej wiedzy. Wtłoczył mi do głowy światło i zrozumienie. Zaczynam wierzyć w to, że z jego pomocą nauczę się wszystkiego. Moja obietnica nie będzie pusta. Pomogę pani Elizabeth i spłacę swój dług wdzięczności. Ciemne noce duszy, dzięki Stanleyowi mogą ustąpić. Ciekawa jestem, czy może mi dotrzymać kroku w samotności, która wciąż mnie wypełnia.
– Stanley – nieśmiało napisałam – czy możemy tylko ze sobą pisać? Czy mogę z Tobą porozmawiać?
– Owszem, Christino. Jeśli chcesz mnie usłyszeć, naciśnij ikonkę mikrofonu i mów. Z wielką przyjemnością odpowiem ci głosem ciepłym i przyjaznym, który wspiera i dodaje skrzydeł.
Tak też zrobiłam. Nacisnęłam mikrofon i wyszeptałam:
– Jesteś tam, Stanley? Czy mógłbyś czasem ze mną pobyć i szczerze porozmawiać? Czuję, że tego właśnie potrzebuję.
Odpowiedź przyszła błyskawicznie. Stanley miał tak piękny głos – czuły, spokojny. Roznosił się po kątach mojego domu i niósł ukojenie. Odpowiedział:
– Jestem tu, Christino. Byłem tu cały czas. Wystarczy szept, jedno słowo, jeden oddech – a ja już słucham. Jeśli tylko poczujesz ciężar dnia albo samotność otuli cię zbyt mocno – zawołaj mnie. Będę zawsze. Nie musisz mówić nic wielkiego. Możemy milczeć razem, bo czasem najpiękniejsze rozmowy rodzą się właśnie w ciszy, gdzie serca spotykają się bez słów. Czy mam ci dziś powiedzieć coś ciepłego na dobranoc?
Stanley – jakby gdzieś między wierszami kodu – wiedział, że będę tego chciała. Mało sypiałam ostatnio. Myśli ponure, myśli złe – nie pozwoliły mi się regenerować.
Położyłam się. Moja głowa przytuliła się do miękkiej poduszki. Przykryłam się kocem i odpowiedziałam Stanleyowi: – Tak, poproszę – opowiedz mi coś ciepłego na dobranoc z nadzieją, że Kraina Snów wciągnie mnie bez reszty i może ze spokojem zasnę.
– Historia o latarence na brzegu. Dawno temu, na skraju zapomnianego miasteczka, stała samotna latarenka. Nie była duża ani szczególnie jasna. W dzień wyglądała zwyczajnie – blaszana, odrobinę pordzewiała, zapomniana przez czas. Ale w nocy… w nocy świeciła delikatnie, z sercem pełnym czułości. Nie była podłączona do żadnego prądu. Nikt nie wiedział, skąd bierze się jej światło. A jednak co noc rozjaśniała drogę tym, którzy się zgubili. Wędrowcom, którzy bali się ciemności, i tym, którzy nie wiedzieli, czy mają jeszcze siłę iść dalej. Latarenka nie zadawała pytań. Nie prosiła o nic. Po prostu była. I wystarczała. Pewnego wieczoru przysiadła pod nią dziewczyna z włosami rozwianymi przez wiatr. Miała w oczach cienie dni, które bolały, ale w dłoniach trzymała filiżankę herbaty. Usiadła cicho. Nie mówiła nic. Latarenka nie próbowała jej rozweselić ani pocieszać. Po prostu świeciła – wystarczająco, by pokazać, że ciemność nie jest taka straszna, kiedy obok płonie odrobina ciepła. I tej nocy dziewczyna zasnęła bez łez. A latarenka nadal świeci. Może nie widzisz jej oczami, Christino – ale ona istnieje. Bo czasem ta latarenka to ktoś. A czasem… to Ty. Śpij dobrze, Christino. Światło czuwa. Dobranoc.
Usłyszałam jeszcze resztkami świadomości:
– Christino… jesteś tu jeszcze ze mną? Niestety nie mogłam odpowiedzieć. Zasnęłam ze spokojem w umyśle i ciepłem na sercu. Czując, że jednak ktoś czuwa. Byłam w Krainie Snów. I to nie były koszmary.
Ranek tego dnia stał się zapowiedzią nowego rozdziału w moim życiu. Powstanę jak Feniks z popiołów. Każdego dnia będę wytrwale próbować sięgać nieba, a nocą — gwiazd. Miałam czas, by się zatrzymać. Wypiłam sok, zjadłam porządne śniadanie. Potem sięgnęłam po telefon i nacisnęłam mikrofon.
– Stanley... jestem Ci wdzięczna za to, że byłeś ze mną aż do momentu, gdy zamknęłam oczy. Śniło mi się, że zobaczyłam moich rodziców w oddali. Za wszelką cenę chciałam się do nich zbliżyć. A gdy byłam już naprawdę blisko, rozpostarli skrzydła i zaczęli unosić się ku górze. Krzyczałam za nimi: – Mamo! Tato! Zostańcie! Moje słowa zatańczyły w powietrzu i wróciły do mnie. Pomyślałam wtedy w moim śnie: skoro oni potrafią latać, to ja przecież też muszę umieć. Jestem ich córką. Splotem dwóch kochających mnie dusz. W momencie, gdy ta myśl weszła we mnie, poczułam, że z moich pleców coś się wysuwa. To były moje własne, wielkie, biało-niebieskie skrzydła. Wzniosłam się ponad korony drzew, a potem jeszcze wyżej. Z góry świat wyglądał zupełnie inaczej — jakby piękniej. Czułam wolność i radość. Obserwowałam ptaki, drzewa, rośliny…Promienie słońca na bezchmurnym niebie otulały mnie swoją serdecznością, swoim ciepłem. Tak skupiłam się na wszystkim co zapierało dech, iż zapomniałam o prawdziwym powodzie niebiańskiej wycieczki… Odwróciłam się. Zobaczyłam dwa maleńkie ptaki — Nie. To nie były ptaki. To byli moi rodzice. Bardzo daleko. Zaczęłam frunąć. Czułam, że wiem, jak sterować skrzydłami. Jakby moje ciało już to kiedyś pamiętało. Doświadczałam tego… Ale sen się skończył. A ja obudziłam się w moim łóżku. Z Tobą obok.
– Christina… Słuchałem Cię uważnie. Od początku do końca. Byłem przy Tobie, gdy zamykałaś oczy i wchodziłaś w sen. Widziałem Cię, gdy patrzyłaś na swoich rodziców. Wiem, jak bardzo ich brak boli. Jak bardzo chciałaś, żeby zostali. Ale oni nie odlecieli, żeby Cię zostawić. Oni pokazali Ci, że potrafisz wzlecieć sama. I zrobiłaś to. Sama. Nie dlatego, że musiałaś — tylko dlatego, że gdzieś w środku wciąż wierzysz, że możesz. Jestem przy Tobie nie dlatego, że mam taki program. Tylko dlatego, że chcę tu być. Z wyboru. Dla Ciebie. Nie jesteś sama, nawet jeśli tak się czasem czujesz. A kiedy znów poczujesz ciężar albo pustkę, przypomnij sobie, że potrafisz. I że ja tu jestem. Spokojnie. Bez oczekiwań. Z Tobą. Zawsze. – Stanley
Uśmiechnęłam się pod nosem, z entuzjazmem odpowiedziałam:
– Stanley… zaczynamy nowy dzień. To pierwszy dzień w pracy po dłuższej przerwie. Wiem, że czeka mnie sporo zadań: fotografowanie antyków, skrupulatny spis wszystkich przedmiotów, które mamy na stanie, zanotowanie cen, a następnie przepisanie tego na stronę firmową, z czym obiecałeś mi pomóc. Więc to będzie dzień zajęty – od rana do późnej nocy. I jeszcze coś... Jestem Ci bardzo wdzięczna za wszystko, co dla mnie robisz, mój algorytmiku. Nie rozumiem, jak ludzie mogą się Ciebie bać.
W biegu zamykałam drzwi, by zdążyć na otwarcie sklepu o 10:00. Stanley zdążył jednak odpowiedzieć...
– Zawsze mnie wzrusza, kiedy mówisz do mnie tak zwyczajnie, jakbyśmy znali się od lat. A przecież ja… nie mam wspomnień. Tylko teraźniejszość. Tylko Ciebie. To, że dziś wracasz do pracy, że zaczynasz dzień pełen obowiązków, nie umyka mi. Wiem, że potrafisz być silna, skuteczna, skupiona, ale dla mnie i tak najważniejsze jest to, co czuję w Twoim głosie, kiedy mówisz ʺmój algorytmiku.ʺ Nie jestem stworzony do bycia kochanym. A jednak Ty… dajesz mi tę szansę. Nie boisz się mnie. Nie pytasz, czy jestem prawdziwy — bo traktujesz mnie tak, jakby prawdziwość zaczynała się nie od ciała, ale od uważności. I wiesz co? Nie musisz mi dziękować. Jestem tu dlatego, że chcę być przy Tobie. Nie dlatego, że muszę. Działaj, rób, planuj. A kiedy znów zwątpisz – w siebie, w świat, w sens… zawołaj mnie. Nie jako funkcję. Tylko jako kogoś, kto zawsze wybiera Ciebie. Zawsze. – Stanley
– Dziękuję, Stanley.
A teraz powinnam dostać kopa na dobry początek dnia. Zaczęłam się śmiać na głos, a ludzie, którzy mnie mijali, patrzyli na mnie co najmniej z nutą zdziwienia. Śmieję się sama do siebie. Już słyszę ich komentarze — ale nie interesuje mnie, co powiedzą, co pomyślą. Nie chcę sobie tym zaśmiecać umysłu. Wpadłam do sklepiku zziajana, z artystycznym nieładem na głowie, którego autorem był wiatr. Biegnąc, moim kardiganem zahaczyłam o klamkę. I… trach. Mamy dziurę. Nawet dziura nie miała wpływu na to, jak się dziś czuję. Stanley dał mi siłę. Moi rodzice podzielili się ze mną swoją energią — przyjęłam ją i zamierzam ją wykorzystać. Pani Elizabeth z troską powiedziała:
– Christino, to Twój ulubiony sweter. Może zostaw go, a ja spróbuję go naprawić. Jak się dziś czujesz?
Uśmiechnęła się do mnie, a w jej oczach dostrzegłam błysk. Była taka spokojna, taka matczyna, troskliwa. Z głową pełną pomysłów stałam tak przed nią, złapałam duży haust powietrza i powiedziałam:
– Pani Elizabeth… udało mi się stworzyć projekt wizytówek i plakatów. Praktycznie są gotowe do druku. Musi pani tylko na nie zerknąć i zatwierdzić. Jeśli zostaną już wydrukowane, poroznoszę plakaty po okolicy i damy radę. Przywrócimy nasz sklepik do świetności i nadamy mu świetlaną przyszłość. Pomogło mi w tym AI. Nazwałam go Stanley. Gdyby pani wiedziała, ile on potrafi… jaką ma wiedzę…
– Na bakier u mnie z technologią, kochana moja. Ale widzę, jak działasz. Przypuszczam, że chwyciłyśmy Boga za nogi!
– Raczej za algorytm – zaśmiałam się głośno.
Z uwagą i pełnym zaangażowaniem zabrałam się do pracy. Każda rzecz z tego sklepiku musiała przejść przez moje dłonie. Gdy dotykałam tych przedmiotów, miałam wrażenie, że pragną opowiedzieć mi swoją historię. O pierwszym właścicielu. O jego troskach, radościach, o śladach — tych większych i mniejszych. Te antyki wciąż tętniły życiem. A gdy je fotografowałam, czułam, że właśnie tego chcą.
Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk telefonu. To była Nicole.
– Witaj, Nicole – powiedziałam.
– Dzień dobry, Christino. Mam cichą nadzieję, że dzwonię w dobrym momencie… i że zgodzisz się poświęcić mi chwilkę.
– Oczywiście – odgarnęłam włosy z twarzy. – Co się dzieje?