Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Mikael. Oczy Królowej. Tom 1. Część 4 - ebook ePUB - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
30 marca 2026
24,00
2400 pkt
punktów Virtualo

Mikael. Oczy Królowej. Tom 1. Część 4 - ebook ePUB - ebook

Czwarta i ostatnia część futurystycznej sagi „Oczy Królowej”. Mikael, jako dawny obywatel Płuc, który świetnie zna się na tamtejszych zwyczajach i doskonale orientuje w terenie, został oddelegowany przez Gaspara do specjalnej misji. On i grupka jego ludzi mają wedrzeć się do farmy w Płucach, uratować tylu, ilu się da, a potem zniszczyć farmę i wrócić z kapsułami do Górskiej Twierdzy. W teorii plan wydaje się całkiem prosty, ale bohaterowie szybko natrafiają na trudności. Kiedy stają oko w oko z Laurą, wyrachowaną panią prokurator, Mikael zaczyna grać z nią w bardzo niebezpieczną grę, w której stawką jest życie jego oraz wszystkich jego ludzi. Czy uda im się wypełnić powierzone zadanie?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397680470
Rozmiar pliku: 674 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ I

Wciągnął powietrze w nozdrza i uśmiechnął się do swoich myśli. Już z daleka czuł znajomy zapach słonej wody.

Wydostali się z zarośli i zaczęli iść brzegiem samotnej plaży. Mikael prowadził, mianowany przez Gaspara na przywódcę ich drużyny. On i jego ludzie, których wybrał sobie do tej misji, najlepiej znali się na tym terenie, bo sami z niego pochodzili, więc to, że został ich przywódcą, wyszło dość naturalnie.

Zmierzali do niewielkiego portu, gdzie mieszkała przeważnie biedota. Znajdował się tam dość duży targ rybny i bazar z różnościami. Można tam było kupić nie tylko jedzenie, ale i sprzęt łowiecki. A przede wszystkim zasięgnąć języka.

Nie mogli tak po prostu wedrzeć się do farmy. Nie posiadali żadnego ciężkiego sprzętu i żadnego autolotu, tylko kilka karabinów, pistolety i paralizatory. Potrzebowali przecież porządnej maszyny, która pomieści przynajmniej kilkaset kapsuł z uśpionymi w środku niewolnikami, żeby ich przetransportować do Oczu Królowej. Tak brzmiał rozkaz Gaspara. Mieli dostać się do farmy, uratować tylu, ilu się da, a potem zniszczyć tę piekielną fabrykę śmierci.

Mikael nie martwił się o swoich ludzi. Byli silni i zaprawieni w boju. Ludzie Gaspara, którzy przeprowadzili akcję w kopalni w Sercu, również wyglądali na twardych. Polubił zwłaszcza Wracka, Zebulona i olbrzyma, Heliodora. Szli z nimi jeszcze With i Anna, których Mikael uratował w lesie przed zamarznięciem. Z początku obawiał się o dziewczynę, bo widać było, że nie jest przyzwyczajona do trudnych, wielogodzinnych marszy przez las. Mikael nie chciał jej zabierać, ale dziewczyna, jako jedyna była we wnętrzu farmy, znała kod dostępu i ludzi, którzy tam pracowali. Nie była tak sprawna i wytrzymała jak reszta, ale posiadała bezcenną wiedzę. Dał więc za wygraną i przyjął ją do swojej drużyny. Gdy widział, że Anna stara się ze wszystkich swoich sił, nie narzeka i nie robi im większych kłopotów, zaakceptował ją, a nawet polubił. Wnosiła w ich grupę trochę światła i dziewczęcego uroku.

Jej narzeczony, With, krążył dookoła niej jak satelita, pomagając jej we wszystkim, a czasem nawet nosząc ją na plecach, gdy opadała z sił. Widział, że bardzo mocno są ze sobą związani i jedno wspiera drugie. Bez przerwy trzymali się za ręce i rozmawiali ze sobą o wszystkim. Zachowywali się czasem jak dzieci.

Słońce prażyło tuż nad ich głowami, ale od morza powiewał przyjemny, chłodny wiatr. Powietrze było tutaj czyste, rześkie, niezanieczyszczone jeszcze miastem, które majaczyło już w oddali.

– Jak tu pięknie – usłyszał głos Anny. – Fale tak przyjemnie szumią…

– W naszej osadzie zazwyczaj woda była spokojna – odpowiedział jej With. – Było to dość nudne. Wiatr rzadko się zrywał, ale kiedy już się pojawiał, były to jedne z piękniejszych dni.

– Zachód słońca nad takim miejscem na pewno wygląda szalenie romantycznie – westchnęła. – Chciałabym go kiedyś zobaczyć…

– Zobaczysz i to nie raz – odparł jej Mikael. – Zatrzymamy się w małym porcie nieopodal. Może znajdziemy tam jakieś miejsce na nocleg, a jak nie, prześpimy się na plaży.

– Och, cudownie! – zawołała, klaszcząc w dłonie.

– Tam daleko są już pierwsze budynki portu – odparł Mikael. – Ale tu jest dość dziko. Wychowywałem się w takiej okolicy.

– Oo, wychowywałeś się tu? – zapytała Anna.

Mikael wzruszył ramionami i popatrzył dookoła.

– Mieszkaliśmy w takim domu przy plaży – powiedział. – Ojciec zajmował się połowem ryb, a matka nami, dziećmi. Było nas pięcioro rodzeństwa.

– Pięcioro? – zdziwiła się Anna. – I wszyscy byliście z jednej rodziny?

Mikael uśmiechnął się słabo.

– Tak, wszyscy od jednych rodziców – powiedział. – Sami chłopcy.

– I co się stało z twoimi braćmi? – zapytał With. – Gdzie oni teraz są?

Uśmiech Mikaela zbladł. Nie odpowiedział.

– Mikael? – zapytał jeszcze raz With.

– Może już wystarczy – Anna szepnęła do With. – Ciekawe, czy mnie dogonisz? – zawołała za to głośno. – No, spróbuj, zanim porwą mnie fale!

I puściła się pędem w stronę morza. With roześmiał się i pobiegł za nią. Anna miała na sobie długą, ciemnoczerwoną spódnicę do połowy łydek i krótką kurtkę, a na plecach plecak, tak jak wszyscy. Spódnica falowała za nią, szarpana wiatrem. With dobiegł do niej, zanim jej buty dotknęły zbliżającej się fali i porwał ją w ramiona, okręcając wokół. Zaśmiali się wesoło.

– No jak dzieci – skwitował Zebulon. – Ej! Nudzi wam się? – zawołał na nich.

– Nie! – krzyknął w odpowiedzi roześmiany With.

– Daj im spokój – odparł Wrack. – Przecież nic takiego nie robią. Już nie bądź taki zazdrosny.

– Ja zazdrosny? – obruszył się Zebulon. – Ja wcale nie jestem zazdrosny! Niby o co?

Wrack westchnął.

– Na przykład o to, że ty musiałeś zostawić swoją kobietę w Oczach, a oni tu mają siebie na co dzień.

Zebulon spoważniał.

– Ivona nie dałaby rady iść w takim stanie…

Mikael spojrzał na tę roześmianą dwójkę, która goniła się po plaży. Skurcz ścisnął mu serce. On też kiedyś tak gonił się ze swoją dziewczyną…

– Niech się sobą nacieszą – powiedział. – Póki mogą…

W oddali pojawiły się już pierwsze zabudowania Płuc. Mikael przystanął, wytężając wzrok.

– Za jakieś pół godziny będziemy na miejscu – oznajmił swoim ludziom. – Przygotujcie się. Będziemy udawać biedotę i drobnych cwaniaczków, którzy chcą coś uhandlować na targowisku, dlatego na wszelki wypadek schowajcie broń, ale miejcie ją w pogotowiu.

Oni pokiwali głowami. Dalej szli w milczeniu. Dotarli do ubogich chat zbudowanych z drewna. Na rozstawionych siatkach suszyły się ryby, kraby i inne morskie stworzenia. Ludzie o pomarszczonych i ogorzałych od słońca twarzach siedzieli przed swoimi chałupami i oprawiali ryby, patrząc na nich podejrzliwie. Mikael kłaniał się wszystkim starszym, tak jak nakazywał zwyczaj, a ci odpowiadali kiwnięciem.

– Dziwnie znów tu wrócić po tylu latach – stwierdził, kiedy mijali skromne chatki i ludzi krzątających się przy sieciach. – Niby wszystko jest takie same, ale jednak człowiek zupełnie inaczej na to patrzy…

– Bo to ty się zmieniłeś – powiedział Wrack.

Ubodzy rybacy wciągali swoje łodzie do wody i wypływali nimi w głąb morza. With przyglądał im się z zainteresowaniem.

– Może spotkasz tu jakichś swoich dawnych znajomych? – zagadnęła Anna.

Mikael popatrzył po domkach.

– Raczej mało prawdopodobne…

Zabudowań przybywało, a im bliżej byli portu, tym domy wyglądały na solidniejsze. Z daleka słyszeli już głośne rozmowy na rynku. Wiedział, że jego załoga złożona z około dwudziestu osób na pewno wzbudzi sporą ciekawość, dlatego chciał jak najszybciej wmieszać się w tłum.

– Chodźcie – polecił im, prowadząc ich za sobą na główny targ. – Zrobimy kółko i rozejrzymy się wokół.

Przedostali się na rynek. Na pomoście zbitym z desek stały liczne kramy z różnościami, a sprzedawcy głośno zachwalali swoje towary.

– Ryby! Świeże ryby! Dopiero co złowione!

– Kraby i małże!

– Może ośmiorniczkę dla pana? – zagadnął jeden ze sprzedawców, podsuwając im pod twarz talerz z ruszającymi się mackami.

– Nie, dzięki, wolę je martwe – odparł Zebulon, żartobliwie. – Żywe nie bardzo mi wchodzą.

– Nie ma problemu, zabijamy je na miejscu – zagruchał sprzedawca, wyciągając mały młotek.

– Nie jesteśmy głodni – odparł Mikael, pociągając za sobą Zebulona i resztę. – Uważajcie, bo oni tylko czekają aż ktoś się do nich odezwie, a potem już go tak łatwo nie wypuszczą – powiedział do nich cicho. – Gadkę najlepiej zostawcie mnie. Bywałem tu już nie raz i wiem, jak się trzeba z niektórymi obchodzić.

– Myślę, że dałbym sobie radę z takim spasionym sprzedawcą – skwitował Zebulon ironicznie, spoglądając na wielki brzuch mężczyzny, który zachwalał swoje ośmiorniczki.

– To nie o to chodzi – mruknął Mikael. – Nie możemy za bardzo rzucać się w oczy, a wdawanie się w bójki z handlarzami, to jest ostatnia rzecz, którą bym tu chciał.

– Dobra, panie szefie, to prowadź – powiedział Zebulon.

Znaleźli się w najruchliwszej części targowiska. Tłumy przeciskały się pomiędzy kramami, dzieci biegały między nogami dorosłych, w górze skrzeczały mewy. Panował tu zgiełk i hałas. Mikael rozglądał się, zastanawiając się, czy po dziesięciu latach spotka tu jakąś znajomą twarz. Dla niepoznaki udawał, że coś ogląda na bazarze, a potem nieznacznie skinął na resztę, aby zrobili to samo. Zebulon za to przysłuchiwał się kłótni dwóch kobiet, które stały nieopodal. Sprzeczały się między sobą o rodzaj jakiejś tkaniny, którą odmierzały długim kawałkiem drewna.

– Dwadzieścia punktów? Nigdy bym nie dała za taki łach takiego majątku! – zawołała jedna, starsza kobieta w średnim wieku. – Wezmę go, jeśli mi obniżysz cenę, przynajmniej o połowę.

Tęga i elegancko ubrana, widać było, że pochodzi z wyższych sfer. Sprzedawczyni za to należała do niższej kasty, E lub F, ocenił Mikael patrząc po jej ubiorze. Miała około czterdziestu lat i mysie włosy związane chustką w kok.

– Ale szanowna pani, pracowałam nad tą tkaniną cały tydzień, nie mogę jej już taniej sprzedać – odparła sprzedawczyni. – Proszę zatem wziąć mniejszy kawałek.

– Nie będę brała żadnego mniejszego kawałka, chcę tyle i po niższej cenie! – zagrzmiała.

– Ale nie mogę tego zrobić – powiedziała sprzedawczyni bezradnie.

Widać było po kupującej, że stać ją na o wiele droższe tkaniny, ale dziwnym trafem uparła się właśnie na tę.

– I tak ucięłaś mi jej za mało jak na tę cenę! – warknęła tamta. – Powinnam dostać dłuższą część!

– Dobrze ucięłam, musiało się coś pani pomylić – powiedziała sprzedawczyni, coraz bardziej przerażona napastliwością tej kobiety.

– Nic mi się nie pomyliło! – odburknęła jej tamta. – Ja dobrze widzę! To ty jesteś ślepa, _eFie_! Trzeba było nie oszukiwać na genach!

Mikael drgnął. Wyzywanie kogoś w ten sposób należało do najgorszych i najpodlejszych obelg.

– Nie oszukiwałam…! – jęknęła sprzedawczyni.

– Nie udawaj niewiniątka! – zawołała tamta. – Już ja cię dobrze znam _eFie_! Widziałam cię nie raz przy slumsach. Strażnicy wiedzą, że nielegalnie sprzedajesz biedocie towary, które należą się tylko tym z D?

Tamta zaczerwieniła się gwałtownie aż po czubki włosów i spuściła wzrok. Wyglądała, jakby miała się zaraz rozpłakać.

– Więc teraz siedź cicho i dawaj ten materiał po niższej cenie, inaczej na ciebie doniosę…!

– CHWILECZKĘ!

Pomiędzy kobiety wparował niespodziewanie Zebulon.

– To jest dokładnie to, czego szukałem! – wykrzyknął teatralnie, podskakując do eleganckiej kobiety z poziomu D i łapiąc za materiał, który trzymała. Przytknął go do twarzy i powąchał.

– Doskonały! – zawołał. – Hej, widzieliście to? – zawołał na nich.

Mikael spojrzał na niego zdumiony, nie rozumiejąc, po co robi z siebie takiego durnia, ale Anna pierwsza podchwyciła jego grę.

– Masz rację, jest doskonały! – zawołała żwawo, klaszcząc w dłonie. – Idealny!

– Rzeczywiście, to świetna okazja – dodał With, kiwając głową i uśmiechając się wesoło. – Bierz go, zanim tamta będzie chciała go kupić!

Mikael zobaczył zdumioną i jednocześnie zawziętą minę kobiety z D.

– Hej, zaraz, on jest mój! – zawołała, łapiąc za materiał i przyciągając go do siebie.

– Nie, nie, nie, ja go chcę kupić, droga pani, on mi się bardziej przyda – powiedział Zebulon tym swoim słodkim, przesadnie egzaltowanym tonem.

Odwrócił się do sprzedającej kobiety z F.

– Ile będzie za ten materiał, droga pani? – zagruchał.

– Dwadzieścia punktów – odparła kobieta, zmieszana zarówno jego nagłym wtargnięciem w ich sprzeczkę, jak i tym zainteresowaniem jej materiałem.

– Wspaniale! Rewelacyjna cena! Nigdy nie kupiłem tak świetnego materiału po tak niskiej cenie!

– Hej, zaraz, ja go kupuję! – odkrzyknęła tamta z D. – Ja go pierwsza zobaczyłam!

Zebulon spojrzał na nią podejrzliwie.

– Pani? Sądziłem, że łaskawa pani chciała odstąpić od transakcji?

– Nie, ja go kupuję, sprzedaj mi go, szybko! – zawołała na sprzedawczynię, wyciągając do niej rękę z identyfikatorem.

– To w takim razie targujmy się – odparł Zebulon zawadiacko. – Ja dam za niego dwadzieścia pięć punktów, co pani na to? – spytał z szelmowskim błyskiem w oku.

Tamta zawahała się, ale zaraz pojawiło się zacięcie na jej twarzy.

– To ja dam dwadzieścia osiem – odparła kobieta.

– Ooo, widzę, że pani jest dobra w te gierki – zawołał Zebulon. – To ja dam w takim razie trzydzieści! To najlepszy materiał, jaki dotąd spotkałem i jestem gotowy dać za niego wiele.

– Ach, tak?

Kobieta wypięła swoją pełną pierś i uśmiechnęła się cwanie.

– To zobaczymy, kto wygra – odparła. – Ja daję trzydzieści trzy!

– Trzydzieści pięć! – odparł Zebulon.

– Trzydzieści siedem!

– Czterdzieści!

Mikael obserwował tę wymianę zdań z coraz większym zdumieniem. Popatrzył na Annę, Witha, Wracka i resztę, którzy głośno zagrzewali Zebulona.

– Tak, dobrze, przebij to! – wołali.

Spojrzał na kompletnie zszokowaną sprzedawczynię, która stała z dłońmi uniesionymi do góry, jakby już nie wiedziała, jak się zachować i po prostu poddawała się temu, co się działo. Wokół targującej się dwójki zaczął gromadzić się tłumek ciekawskich. Mikael szybko to sobie przekalkulował. Za bardzo już zwracali na siebie uwagę.

Postąpił krok do przodu i chrząknął znacząco. Zebulon podchwycił jego spojrzenie.

– Sześćdziesiąt pięć, to moje ostatnie słowo – powiedział do kobiety.

– Siedemdziesiąt! – zawołała tamta triumfalnie.

Mikael znowu chrząknął i Zebulon zrozumiał. Westchnął ciężko i z wielkim bólem malującym się na jego twarzy, puścił materiał.

– Poddaję się – oznajmił uroczyście. – Wygrała pani. Przyjmuję z pokorą tę porażkę. Brawa dla tej pani za to, że tak dzielne ze mną walczyła i zwyciężyła! – zawołał i sam pierwszy zaczął klaskać.

Rozległ się szum oklasków i wiwatów. Po nim zaczęli klaskać pozostali gapie, łącznie z resztą z jego załogi. Mikael również zaczął bić brawo, kręcąc głową z niedowierzaniem.

Kobieta z D, widząc wokół siebie taki aplauz, uśmiechnęła się z wyższością i wyciągnęła rękę do sprzedawczyni, płacąc jej za materiał siedemdziesiąt punktów wprost na jej identyfikator.

– Dokonała pani wspaniałego zakupu, gratuluję – powiedział Zebulon, znów tym swoim słodkim, przymilnym tonem.

– Ja po prostu wiem, co jest dobre – odparła tamta, chowając szybko materiał do skórzanej torby.

Zebulon pokiwał głową.

– Oj, tak, widać, że ma pani świetny gust.

Tamta znów uśmiechnęła się z dumą.

– Może kiedyś znów się spotkamy na jakimś wspólnym targowaniu? – zagadnęła do niego zalotnie, mimo, że starsza była od niego przynajmniej o dwadzieścia lat.

Mikael zagryzł wargi, chcąc zdusić chichot, natomiast Zebulon z nienagannym wyrazem twarzy, nie zdradzając się w niczym, skłonił się kobiecie.

– Być może – odparł szarmancko. – Ale następnym razem mogę nie być tak spolegliwy – dodał, mrugając do niej jednym okiem.

Kobieta kiwnęła mu głową na odchodne i odeszła, zaczepiana po drodze przez swoje przyjaciółki w podobnym jej wieku, które chciały ją wypytać o szczegóły tego niezwykłego zdarzenia.

Poczekali, aż tłum się rozejdzie i Mikael podszedł do Zebulona.

– To było bardzo… – spojrzał na sprzedawczynię, która patrzyła z niedowierzaniem na swój identyfikator. – Bardzo szlachetne z twojej strony.

Zebulon wzruszył ramionami.

– Nie wiedziałem, że z ciebie taki czaruś – dodał ciszej.

– Cóż, będąc z moją kobietą musiałem nauczyć się niejednego – odparł wesoło Zebulon.

– Ją też tak oczarowałeś? – spytał.

– Coś ty! Przy niej nie miałem najmniejszych szans! – powiedział ze śmiechem. – To ona oczarowała mnie.

Mikael tylko się uśmiechnął.

– Miałeś w ogóle tyle punktów? – spytał go szeptem. – Gdyby, no wiesz, tamta wcześniej odstąpiła i musiałbyś zapłacić?

Zebulon parsknął śmiechem.

– Żartujesz? Ja nawet nie mam identyfikatora!

Mikael zaśmiał się cicho, nie mogąc się już powstrzymać. Spojrzał na sprzedawczynię. Kobieta podniosła na nich załzawione oczy. Widać było, że chciała im coś powiedzieć, ale tylko przełykała ślinę, bardzo wzruszona. Wyciągnęła rękę do Zebulona, a on podszedł do niej.

– Nie wiem, co powiedzieć… – zaczęła, bardzo zmieszana.

– Nie trzeba nic mówić – odparł lekkim tonem.

– Jak mogę się tobie odwdzięczyć, szlachetny panie? – zapytała. – Tobie i twoim przyjaciołom? – dodała, spoglądając na Mikaela i resztę, która zgromadziła się wokół niej.

– Po pierwsze, to nie jestem żadnym szlachetnym panem, tylko ty jesteś szlachetną panią, bo pomagasz innym z narażeniem swojej reputacji – powiedział.

Pokręciła głową.

– Ja nie mam żadnej reputacji, którą mogłabym narazić na cokolwiek – powiedziała. – My z F nie posiadamy czegoś takiego.

– A po drugie, nie musisz nam się niczym odwdzięczać – dodał Zebulon.

– Ale chcę! – zawołała gorąco. – Szlachetny panie, dzięki tobie zarobiłam w jeden dzień tyle punktów, ile nie dostałabym w tydzień! Pozwólcie, że chociaż was ugoszczę. Mam dom nieopodal, mieszkam sama, bo moje dzieci już dawno się wyprowadziły, a mężczyzna z którym byłam, odszedł ode mnie i zostało mi się po nich dużo pokoi. Powinniście się zmieścić wszyscy – powiedziała, przeliczając ich wzrokiem.

– Nie chcemy ci robić kłopotów – powiedział Mikael, występując do przodu. – Jesteśmy tu tylko przelotem.

– Tym bardziej pozwólcie się ugościć, choć na jedną noc! – poprosiła. – Teraz mam tyle punktów, że mogę kupić jedzenia dla całego wojska!

Zaśmiała się krótko, a Mikael uśmiechnął się w duchu na myśl o tym, jak bliska była prawdy.

– Mój dom stoi tam, przy wydmie, niedaleko plaży, osłonięty iglakami – powiedziała, wskazując na niewielkie wzniesienie, przy którym stał dość wysoki budynek o białych ścianach. – Mam tam też łąkę z trawą, na której można się przespać, gdyby w środku zabrakło miejsca. Noce teraz są takie ciepłe. Mogę wam tam posłać legowiska.

– Och, to byłoby wspaniałe! – zawołała podekscytowana Anna.

Zaraz jednak spojrzała niepewnie na Mikaela. On zastanowił się w duchu. Kobieta wyglądała na poczciwą i rozsądną, nie wyczuwał więc tutaj żadnej pułapki. Mając do wyboru nocleg pod gołym niebem, a w czyimś domu, nawet osłoniętym jedynie zwykłą zagrodą, wolał dla bezpieczeństwa wybrać to drugie.

– Cóż, myślę, że… Czemu nie? – odparł.

Anna pisnęła z radości i uścisnęła mocno Witha. Kobieta uśmiechnęła się radośnie.

– W takim razie chodźmy! – zawołała dziarsko, pakując swoje rzeczy do małego, przenośnego wózka.

– Nie będziesz dalej sprzedawać? – zapytał Zebulon, pomagając jej zbierać rzeczy z drewnianej lady.

– Nie, sprzedałam i tak już wszystko, co miałam – powiedziała szczerze. – Został mi się tylko ten kawałek, ale jest zbyt krótki, aby ktoś mógł go kupić – dodała, pokazując na jedwabiście gładki, szaro-błękitny materiał.

Mikael obrócił się na swoich towarzyszy.

– Chłopaki, na co czekacie? Pomóżcie tej pani zabrać swoje rzeczy – zakomenderował.

Do przodu wystąpili With, Obed i Heliodor.

– Och, nie trzeba… Nie trzeba – wyjąkała kobieta, czerwona na twarzy, kiedy zapakowali jej rzeczy do wózka.

Heliodor wziął cały wózek w swoje ramiona tak, jakby ważył tyle, co nic.

– Dokąd z tym idziemy, proszę pani? – zapytał swoim niskim, grubym głosem.

Kobieta, okropnie zmieszana, otarła twarz od łez.

– Och, proszę, mówcie mi po imieniu – powiedziała. – Jestem Joanna.

– A ja Heliodor – zagrzmiał, ruszając za nią z wózkiem w ramionach.

– Ja jestem Mikael.

– Ja Zebulon.

– Ja With, a to jest Anna…

Przedstawili się jej po kolei, dwadzieścia osób, a ona uśmiechała się do każdego z nich jak matka, witająca swoje dzieci. Od razu wzbudziła we wszystkich sympatię.

– Chodźcie, na pewno jesteście głodni – powiedziała, ruszając poprzez targ. – Zaraz zrobimy ucztę.

Poszli za nią, pełni entuzjazmu.

– Mamy bardzo podobnie do siebie brzmiące imiona – zagadnęła do niej Anna, zrównując z nią swój krok. – Ja jestem Anna, a ty Joanna.

– Ach, rzeczywiście – odparła kobieta, spoglądając na nią miło.

– Jesteśmy prawie jak rodzina – powiedziała Anna, uśmiechając się wesoło.

Joanna popatrzyła na nią.

– Jesteś bardzo ładną panienką – stwierdziła. – I masz zbyt dobre maniery, żeby pochodzić z F. Na pewno jesteś z wyższego poziomu. Jesteś z D?

– Och, ja jestem z…

Mikael spojrzał na nią znacząco.

– Och, czy to ważne, skąd jestem? – powiedziała lekko Anna. – To nie ma znaczenia, na jakim jest się poziomie. Najważniejsze, co ma się w sercu.

Mikael uśmiechnął się z zadowoleniem. Ta dziewczyna czasem naprawdę go zaskakiwała.

Opuścili targowisko i Joanna poprowadziła ich udeptaną drogą pomiędzy drewnianymi chatkami na wzniesienie, na którym znajdował się jej dom. Przeszli przez bramę i Mikael rozejrzał się wokół. Duży, piętrowy dom stał okolony ogrodem z iglaków i łąką po jednej stronie, a usypaną przez wiatr piaskową wydmą z drugiej. Miał stąd dobry widok na cały port. W oddali widział wieżowce Płuc i krążące wokół nich autoloty, wyglądające z tej odległości jak chmara much.

– Wejdźcie do środka, proszę! – zawołała Joanna, wprowadzając ich na tyły domu, tam, gdzie znajdowało się główne wejście z szeroką werandą.

W domu było znacznie chłodniej niż na dworze i Mikael odetchnął z ulgą. Rozejrzał się w środku. Dom, solidnie zbudowany z białego kamienia, posiadał szeroki hol, obszerną kuchnię i liczne pokoje. Rzeczywiście, kiedyś musiało tu mieszkać wiele osób. Teraz świecił pustkami.

Wtem, przez uchylone drzwi, dostrzegł wnętrze jednego z pokoi. Drgnął.

„Piętrowe łóżka…” – pomyślał, rzucając okiem na mebel. „Tak, jak było u mnie… Jak u mnie…”

Odwrócił szybko wzrok, bo zaczęło go ogarniać dziwne wzruszenie.

– Gdzie to położyć, proszę pani? – usłyszał dudniący głos Heliodora.

– Joanna! Mówiłam wam, żebyście mówili mi po imieniu – zawołała kobieta, krzątając się w kuchni.

– Może pomogę ci w gotowaniu? – zaproponowała Anna.

– Ja też! – podskoczył do niej With. – W mojej osadzie zazwyczaj delegowano mnie do kuchni.

– W osadzie? – zdziwiła się Joanna.

– Och, on miał na myśli w domu, w jego domu – dodała pospiesznie Anna. – Miał tam tak strasznie dużo rodzeństwa, że nazywali to osadą.

– Ach, tak? To tak jak u mnie… To tak jak u mnie, moje dzieci… – westchnęła.

Mikael wszedł do kuchni.

– Już cię nie odwiedzają? – zapytał.

Joanna pokręciła głową

– Dlaczego? – zapytała cicho Anna, dotykając delikatnie jej dłoni.

Joanna westchnęła i wzięła się do szykowania posiłku.

– Wszystko się zmieniło, kiedy mój mężczyzna poznał tamtą kobietę – powiedziała z bólem, wykładając na szeroki blat miski, talerze i garnki. – Ona zawróciła mu w głowie i odciągnęła go ode mnie, od dzieci i od… wiary – dodała cichutko.

– Wiary? – podchwycił Mikael, podchodząc do niej.

Ona spojrzała na niego bojaźliwie.

– Ja…

– Nie bój się nas, Joanno, nie wydamy cię – powiedziała łagodnie Anna. – My też jesteśmy chrześcijanami.

– Och… – westchnęła z ulgą i łzy popłynęły jej po twarzy. – Och, jak dobrze! Tak czułam, że musicie być chrześcijanami. Wszyscy macie takie piękne twarze.

Anna uśmiechnęła się promiennie, chwytając jej dłonie w swoje i ściskając życzliwie. Reszta drużyny Mikaela podeszła do nich bliżej, przysłuchując się ich rozmowie. Ci, którzy się zmieścili, weszli do kuchni, reszta stała w korytarzu, a część została na dworze, patrząc na nich przez otwarte na oścież okna.

– Nie musisz się niczego obawiać – powiedział Mikael. – My sami podróżujemy w ukryciu.

– Och, a dokąd podróżujecie? – zapytała.

– Do centrum – odparł. – Mamy tam parę spraw do załatwienia – wyjaśnił krótko.

– Może mogłabym wam jakoś pomóc? Mam tam parę życzliwych osób…

– Może – odparł. – Ale może najpierw my ci pomożemy. Powiedz nam, co mamy zrobić, żebyśmy wspólnie mogli zjeść posiłek. Nie możesz sama wszystkiego dla nas przygotować.

– Och, ja…

– Do moich ludzi trzeba mówić ostro, bo to twarde karki – powiedział.

Podszedł do Zenobiusza, który stał obok. Poklepał go po szyi.

– Nie krępuj się więc i wydawaj nam polecenia. Co mamy zrobić jako pierwsze?

– Och, no to gdybyście było tak uprzejmi, czy moglibyście wynieść te stoły na werandę? – zapytała niepewnie. – Żebyśmy mogli wszyscy razem zjeść.

– Słyszeliście? Do roboty! – zawołał Mikael.

Kilku z jego ludzi, w tym Wrack i Heliodor, złapali za stoły i wynieśli je.

– Co dalej? – zapytał Mikael.

Joanna, widząc jak szybko spełnili jej prośbę, nabrała większej śmiałości.

– Cóż i może jeszcze krzesła – powiedziała. – Zjemy na dworze, bo tu nie mam nigdzie tyle miejsca dla takiej liczby gości.

– Oczywiście – odparł, chwytając za pierwsze dwa krzesła. – Obed, Zenobiusz, do roboty!

Wynieśli krzesła na werandę i ustawili je równo przy stołach.

– Obed – Mikael złapał go za ramię, zatrzymując. – Rozstaw paru ludzi na tym wzgórzu – powiedział do niego cicho. – Niech obserwują teren.

– Tak jest – szepnął Obed i podszedł do swoich towarzyszy, przekazując im rozkaz.

Krzątali się, koordynowani przez Mikaela. Każdemu przydzielono jakieś zajęcie. Jedni pomagali w kuchni, inni na dworze. Kiedy już przełamali pierwsze lody, zaczęli czuć się w swoim towarzystwie coraz swobodniej, zwłaszcza Joanna, która coraz pewniej wydawała im polecenia. W międzyczasie Zebulon znalazł w zapuszczonym garażu Joanny niewielki, pięcioosobowy autolot.

– To twój pojazd? – spytał z zainteresowaniem.

Joanna wychyliła się przez okno, wyglądając na zewnątrz. Trzymała w dłoniach jakiś garnek z parującą zawartością.

– Och, tak, ale on stoi tu już tyle lat i chyba nie działa – odparła. – Zepsuł się jakiś czas temu, a ja nie mam do tego zupełnie głowy, więc no… zostawiłam go tak.

Zebulon obejrzał dookoła maszynę.

– Chyba da się coś z tym zrobić – stwierdził.

– Och…

– Joanno, czy już wyjmować z piekarnika? – zapytała z wnętrza kuchni Anna.

Joanna tylko westchnęła i natychmiast zniknęła w oknie, zajmując się swoimi sprawami. Mikael podszedł do Zebulona i oboje zajrzeli pod maskę autolotu.

– Zebulon, myślisz o tym samym, co ja? – zapytał go dyskretnie.

– O tym, że jak przetnę te kable i połączę je z wejściem do sieci w jej domu, a potem nastawię odpowiedni generator mocy, to będzie można go podładować i sprawdzić czy ruszy? – zapytał Zebulon, przyglądając się wewnętrznej konstrukcji pojazdu.

– Eee, no nie, choć i to też przeszło mi przez głowę – powiedział. – Mam na myśli to, że jeśli uda się go uruchomić, będziemy mogli szybko przemieścić się nim do centrum i tam rozpocząć polowanie na autolot, który zabierze kapsuły.

Zebulon spojrzał na niego, a potem na pojazd.

– Ale wejdą tu tylko cztery osoby – zauważył. – Co z resztą?

– Reszta zostanie tutaj – odparł. – Do miasta polecę tylko ja i paru moich najbardziej zaufanych ludzi.

– Czy załapię się do twojej elity? – spytał zaczepnie z cwanym uśmieszkiem.

Mikael spojrzał na niego życzliwie.

– Myślę, że tak – powiedział. – Jeśli tylko uda ci się naprawić autolot.

Zebulon wyszczerzył do niego zęby.

– Dobra, to zobaczę, czy da się rozruszać tę ptaszynę.ROZDZIAŁ II

Otworzyła drzwi swojego apartamentu, a światła natychmiast same się zapaliły.

– _Witaj, Lauro_ – odezwał się uprzejmy, męski głos.

Elegancka kobieta westchnęła ciężko i rzuciła swoją torebkę na fotel. Zdjęła garsonkę skrojoną na jej rozmiar z najnowszej kolekcji w kolorze seledynowym i zsunęła buty na wysokim obcasie. Odpięła urządzenie komunikacyjne, które miała przytwierdzone do skroni i rzuciła je tam, gdzie wcześniej torebkę. Wreszcie sama.

Rozmasowała kark i przymknęła oczy. To był ciężki dzień, tak jak wiele ostatnich dni. Praca prokuratora okręgu numer 7 była wymagająca, ale dawała jej dużo satysfakcji. Cieszyła się, bo dziś wreszcie zamknęła sprawę nielegalnego handlu bronią. Przez trzy miesiące przesłuchiwała wszystkich podejrzanych i dzięki swojej niezawodnej intuicji udało jej się zdemaskować głównego bossa zarządzającego całym przedsięwzięciem. Jutro miała jeszcze dopełnić wszystkich formalności, a potem czekał ją upragniony urlop. Planowała udać się na dziką plażę, ale tym razem sama, bez żadnego towarzystwa. Tyle ostatnio się działo, że marzyła o chwili spokoju. Poza tym, nie znalazła do tej pory godnego siebie towarzysza, który by się jej zanadto nie naprzykrzał.

Z rozbawieniem odnotowała, że wszystkie jej dotychczasowe związki wyglądały trochę jak jej praca. Najpierw spostrzegała jakiś interesując obiekt. Mogło to być w trakcie jakiejś rozmowy lub nawet na ulicy. Potem zdobywała o nim jak najwięcej informacji, łącznie z całą pulą genów i wszystkimi powiązaniami biznesowymi. Potem aranżowała spotkanie, ale tak, aby obiekt sądził, że sam wpadł na ten pomysł. Następnie przeprowadzała szczegółowy wywiad, ale znów, robiąc to w tak subtelny sposób, aby obiekt sądził, że to miła pogawędka. Następnie podejmowała decyzję, czy chce się z tym obiektem zabawić, czy też nie. Jeśli obiekt potrafił spełnić jej pragnienia, zachowywała go na kolejny raz. Miała kilka takich znajomości i z reguły kończyły się one po dwóch czy trzech spotkaniach. Jej najdłuższy związek trwał miesiąc, ale to tylko dlatego, że rzadko się widywali, bo oboje byli zbyt zajęci swoją pracą.

Z reguły nie dochodziło do momentu, w którym trzeba było podjąć decyzję, czy chce się z kimś być, czy też nie. O wiele łatwiej przychodziło jej przespać się z niemal obcym jej mężczyzną, niż rozmawiać z nim o swoim życiu. Pilnowała się, aby podczas takich spotkań nie mówić wiele o sobie. Tego nauczyła ją praca. Zawsze więcej słuchać, niż mówić i wyciągać z tego wnioski. I nikomu nie ufać.

Przeciągnęła się i boso przeszła do łazienki. Wzięła przenośne urządzenie i przytknęła je do twarzy, a to natychmiast zmyło jej makijaż, pozostawiając skórę przyjemnie odświeżoną. Popatrzyła na swoje odbicie w lustrze. Wyglądała na nieco zmęczoną, ale nadal atrakcyjną, jak na trzydziestojednoletnią kobietę. Krótkie włosy ścięte do linii szczęki, uformowane w elegancki bob, zafarbowane miała na kolor chłodnej platyny, który podkreślał szarość jej tęczówek. Dotknęła palcem lustra i wyświetliła kilka opcji nowej fryzury. Przesuwała palcem w powietrzu, zastanawiając się nad innym uczesaniem, które automatycznie dostosowywało się do kształtu jej twarzy w lustrze.

– Nie, nie, nie – mruknęła, odrzucając kolejne propozycje.

W końcu zamknęła okno informacyjne, stwierdzając, że jednak nie ma ochoty na takie zmiany i przeszła do kuchni. Na panelu uruchomiła bieżący posiłek, który sam zaczął się gotować. W międzyczasie sprawdzała swoje punkty. Już dawno miała uzbierany cały pakiet startowy i mogła aplikować. Od roku o tym myślała i ta myśl coraz bardziej wwiercała się w jej podświadomość.

Dziecko.

Dziecko to był skarb, zwłaszcza takie, które się samemu urodziło i miało twoje geny. Dziecku można było przepisać cały swój majątek, który inaczej w przypadku śmierci obywatela, przechodził na własność miasta. Dzieckiem można się było pochwalić w towarzystwie, bo ktoś, kogo było stać na własne dziecko, od razu zyskiwał prestiż w społeczeństwie. Naturalne dziecko od razu podwyższało status, zwłaszcza jeśli jego rodzice również pochodzili z wyższych sfer. Dzięki dziecku mogłaby wskoczyć na poziom B+, a może nawet na A, choć ten był zarezerwowany tylko dla elity i samych Wielkich Rządzących, ale kto wie, może… może…

– Cóż, może jeszcze nie teraz, ale w przyszłości…? – mruknęła.

Przeglądała w swoim identyfikatorze różne oferty z Chowu, ale nie znalazła niczego ciekawego. Chciała żeby jej dziecko było wyjątkowe, tak jak i ona, jednak w Chowie nie oferowano dużej różnorodności, ani zbyt dobrego rodowodu dziecka. Myślała więc o dawcy nasienia, ale profile kandydatów w Banku Spermy nie spełniały jej oczekiwań. Owszem, zdarzały się geny na bardzo wysokim poziomie, ale zazwyczaj zestaw cech wyglądu dawcy kompletnie ją odrzucał i rezygnowała z kandydata. Nie chciała, żeby jej dziecko było brzydkie.

Potem pomyślała, że może po prostu zamówi sobie odpowiednie dziecko, ale znów, sztucznie wyprodukowane zawsze obarczone było ryzykiem wystąpienia mutacji, a nie chciałaby, aby jej dziecko do końca życia musiało przyjmować serum. Jej dziecko musiało być _idealne_.

Dotknęła swojego brzucha, a potem podciągnęła koszulę i przyjrzała się sobie. Miała najlepszy czas prokreacyjny, wszystkie wyniki były w normie, posiadała doskonałą formę i sylwetkę, więc mogłaby bez problemu urodzić sama naturalnie. Miała do tego uprawnienia, odbyła kurs i odebrała zaświadczenie. Była gotowa na dziecko. Tylko skąd je wziąć?

Wiązanie się z jakimś mężczyzną na stałe, który byłby równocześnie ojcem jej dziecka, w jej przypadku nie wchodziło w grę. Nie chciała mieć dziecka _z kimś_, chciała mieć dziecko dla siebie samej. Nie potrzebowała do tego partnera życiowego. Mężczyźni byli zbyt nieprzewidywalni, mieli swoje własne życie i swoje poglądy. Próbowała nie raz i nigdy to nie wychodziło. Natomiast dziecko od razu przejęłoby wszystko to, czego by go nauczyła. Mogłaby wychować idealnego obywatela, doskonałego, bezbłędnego. Może zostałby prokuratorem, tak jak ona? A może nawet… Wielkim Rządzącym?

Przeszedł ją dreszcz ekscytacji na samą myśl o tym. Oczyma wyobraźni widziała już, czym będzie je karmić, w co będzie je ubierać i jakie zabawki będzie mu kupować, aby jak najlepiej zaprezentować jego wysoki status.

Ostatnio przyjaciółka namówiła ją na kupienie sobie niewolnika, najlepiej takiego wyłowionego z osady na oceanie, który spełniłby jej zachcianki prokreacyjne.

– Ci mają najzdrowsze geny – podpowiadała. – Tam nie znajdziesz żadnej mutacji.

Laura jednak kręciła nosem, gdy patrzyła na hologramowe postaci podczas relacji na żywo z targu niewolników. Większość z nich wyglądała na dzikusów, brudasów i… kretynów. Owszem, geny mieli niczym nieskażone, ale nie wyobrażała sobie takiego prymitywnego niewolnika paradującego w jej sterylnym salonie.

Westchnęła znów, zamykając hologramy na swojej dłoni. Nie wiedziała, co zrobić. Pyknęło na panelu i zdjęła garnek, nakładając sobie obiad na głęboki talerz. Taki pełnowartościowy posiłek złożony z naturalnie wyhodowanych warzyw, kaszy i najzdrowszego mięsa można było zdobyć jedynie z prywatnych zakładów przetwórczych za ogromną sumę punktów.

Rozsiadła się na kanapie, a przed nią rozwinął się składany stolik, na którym postawiła talerz. Machnęła ręką w stronę ekranu, uruchamiając go. Jadła, oglądając najnowsze informacje.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij