Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Milion małych kawałków - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
13 listopada 2019
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Milion małych kawałków - ebook

Jedna z najbardziej poruszających powieści o narkomanii.

Ponad 5 milionów sprzedanych egzemplarzy! Najgłośniejszy skandal literacki ostatnich lat.

Mocna, brutalna, szczera do bólu, prawdziwa.

James budzi się na pokładzie samolotu z wybitymi zębami, złamanym nosem i rozciętym policzkiem. Nie wie, dokąd leci ani co się z nim działo przez ostatnie dwa tygodnie. Ma dwadzieścia trzy lata, od dziesięciu lat jest uzależniony od alkoholu, a od trzech – od narkotyków.

Kiedy zgłasza się na odwyk do najstarszego ośrodka w USA, chlubiącego się rekordowo wysoką skutecznością siedemnastu procent wyleczonych, lekarze nie wiedzą, jakim cudem wciąż żyje.

Narkomanię i alkoholizm da się pokonać, (…) zawsze istnieje droga do odkupienia, jeżeli człowiek jest gotów o nie walczyć.

fragment książki

Kategoria: Powieść
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8053-673-9
Rozmiar pliku: 2,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Od autora

Milion małych kawałków wiąże się ze wspomnieniami z mojego pobytu w ośrodku leczenia alkoholizmu i narkomanii. Tak jak zostało to ujawnione przez dwóch dziennikarzy ze strony internetowej, i później potwierdzone przeze mnie, w trakcie pisania książki ubarwiłem wiele szczegółów swoich doświadczeń i zmieniłem inne, aby, jak mi się wydawało, zrealizować nadrzędne przesłanie książki. Najmocniej przepraszam tych czytelników, którzy poczuli się rozczarowani moimi poczynaniami.

Po raz pierwszy usiadłem do pisania tej książki wiosną 1997 roku. Napisałem wtedy to, co obecnie stanowi jej pierwszych czterdzieści stron. Przestałem pisać, ponieważ nie czułem się gotów, aby kontynuować, nie czułem się gotów, żeby wyrazić część traumatycznych przeżyć, których doświadczyłem. Zacząłem ponownie jesienią 2000 roku. Pracowałem wtedy w branży filmowej i byłem bardzo niezadowolony z tego, co robiłem. Chciałem pisać książki, pisałem scenariusze. Odłożyłem tyle, żeby móc poświęcić osiemnaście miesięcy na napisanie tej książki.

Początkowo nie traktowałem tego, co pisałem, jako literaturę faktu ani beletrystykę, pamiętnik ani autobiografię. Chciałem wykorzystać swoje doświadczenia, żeby opowiedzieć historię o narkomanii i alkoholizmie, o powrocie do zdrowia, o rodzinie i przyjaciołach, wierze i miłości, o odkupieniu i nadziei. Chciałem napisać książkę, która w najlepszym wypadku odmieni czyjeś życie, pomoże ludziom w trudnej sytuacji, w jakiś sposób ich zainspiruje. Chciałem napisać książkę, która będzie relacją z walki, jaka rozgrywa się w umysłach i ciałach narkomanów i alkoholików, i będzie opowieścią o tym, dlaczego tak trudno tę walkę wygrać. Chciałem napisać książkę, która pomoże przyjaciołom i rodzinom narkomanów i alkoholików tę walkę zrozumieć.

W trakcie pracy nad książką pisałem głównie z pamięci. Korzystałem też z materiałów pomocniczych, takich jak dokumenty medyczne, notatki terapeutów i dzienniki, kiedy miałem do nich dostęp i kiedy ich treść była istotna. Chciałem, żeby fabuła książki wznosiła się i opadała, żeby miała strukturę dramatyczną, żeby miała napięcie charakterystyczne dla wszystkich wielkich opowieści. W całej książce zmieniałem wydarzenia i szczegóły. Niektóre z nich dotyczą mojego udziału w wypadku na przejeździe kolejowym, w którym zginęła moja koleżanka ze szkoły. Choć w rzeczywistości nie byłem bezpośrednio uwikłany w ten wypadek, wywarł on na mnie ogromne wrażenie. Inne zmiany dotyczyły czasu spędzonego w areszcie, który w książce wynosi trzy miesiące, podczas gdy faktycznie było to tylko kilka godzin, i niektórych wydarzeń natury kryminalnej, w tym aresztowania w Ohio, którego przebieg został podkoloryzowany. Przedmiotem dyskusji i debaty była też scena opisująca przebieg leczenia kanałowego, które odbywa się bez znieczulenia. Pisałem ten fragment z pamięci i mam dokumenty medyczne, które zdają się potwierdzać moją wersję wydarzeń. Moja relacja została jednak zakwestionowana przez władze ośrodka odwykowego, które utrzymują, że pamięć mogła mnie zawieść.

Oprócz tego imiona i cechy charakterystyczne wszystkich pacjentów i pracowników ośrodka występujących w książce, włączając w to zawody, wiek, miejsce zamieszkania, miejsce i okoliczności śmierci, zostały zmienione w celu ochrony anonimowości osób, z którymi dzieliłem tamten okres swojego życia. Uczyniłem to w duchu poszanowania prawa jednostki do prywatności, do czego byliśmy zachęcani podczas pobytu w ośrodku, jak również po jego opuszczeniu.

Dokonałem także innych zmian w opisie samego siebie, z których większość miała mnie przedstawić jako twardszego i odważniejszego, i agresywniejszego, niż byłem bądź jestem w rzeczywistości.

Ludzie radzą sobie z przeciwnościami na wiele różnych sposobów, sposobów, które są bardzo osobiste. Wydaje mi się, że jednym z nich jest wykreowanie fałszywego obrazu samych siebie, który pozwala im odnosić sukcesy i podejmować się rzeczy, których inaczej nie odważyliby się spróbować. Moim błędem – i jest to błąd, którego z całego serca żałuję – było opisywanie persony, którą wykreowałem, żeby dać sobie radę, a nie osoby, która doświadczyła tej historii. Ostatnio sporo dyskutuje się o naturze pamiętników, literatury faktu i beletrystyki. Debata ta nie wydaje się zmierzać ku końcowi. Wierzę i zdaję sobie sprawę, że niektórzy stanowczo się nie zgodzą z tym, iż formuła pamiętnika pozwala pisarzowi opierać się na pamięci, a nie na rygorystycznych dziennikarskich bądź historycznych standardach. Bazuje ona na wrażeniach i uczuciach, na indywidualnych wspomnieniach. Ten pamiętnik stanowi mieszankę faktów z mojego życia i pewnych ubarwień. To prawda subiektywna, przefiltrowana przez umysł wracającego do zdrowia narkomana i alkoholika. To w końcu opowieść, i to opowieść, jakiej nie byłbym w stanie napisać, nie prowadząc takiego życia, jakie prowadziłem. Nigdy nie spodziewałem się, że książka ta może stać się tak popularna, jak się stała, ani że sprzeda się w tylu egzemplarzach, w ilu się sprzedała. To doświadczenie było dla mnie szokiem, nauczyło mnie pokory, niekiedy mnie przerażało. Przez cały ten czas spotkałem się z tysiącami czytelników i czytałem listy wielu tysięcy innych, których książka ta głęboko poruszyła i których życie odmieniła. Najmocnej przepraszam tych wszystkich czytelników, których rozczarowałem, i mam nadzieję, że te rewelacje nie naruszą ich wiary w nadrzędny przekaz książki – że narkomanię i alkoholizm da się pokonać i że zawsze istnieje droga do odkupienia, jeżeli człowiek jest gotów o nie walczyć. Trzynaście lat po wyjściu z ośrodka w dalszym ciągu kroczę tą drogą w nadziei, że kiedyś tam w końcu dotrę.

James Frey

Nowy Jork

styczeń 2006Budzi mnie warkot silnika samolotu i czuję, jak coś ciepłego cieknie mi po brodzie. Podnoszę dłoń i dotykam twarzy. Nie mam czterech przednich zębów, mam dziurę w policzku, złamany nos i zapuchnięte na amen oczy. Otwieram je i rozglądam się i jestem z tyłu kabiny i nikogo koło mnie nie ma. Patrzę na ubranie i ubranie jest całe w kolorowej mieszance śliny, flegmy, moczu, wymiocin i krwi. Sięgam do przycisku i znajduję go i naciskam i czekam i trzydzieści sekund później pojawia się Stewardesa.

W czym mogę panu pomóc?

Dokąd lecimy?

Nie wie pan?

Nie.

Lecimy do Chicago.

Skąd się tu wziąłem?

Przyprowadził pana Lekarz i dwóch mężczyzn.

Coś mówili?

Rozmawiali z Kapitanem. Mieliśmy pana nie budzić.

Za ile lądujemy?

Mniej więcej za dwadzieścia minut.

Dziękuję.

Chociaż nie podnoszę wzroku, wiem, że się uśmiecha, i jest jej mnie żal. Niepotrzebnie.

Niedługo potem lądujemy. Rozglądam się, szukając rzeczy, ale nic nie mam. Nie mam biletu, bagaży, ubrań, portfela. Siedzę i czekam i próbuję zrozumieć, co się stało. Nic z tego.

Po wyjściu wszystkich Pasażerów wstaję i zaczynam iść w stronę drzwi. Po przejściu pięciu kroków znowu siadam. Nie utrzymam się na nogach. Zauważam moją przyjaciółkę Stewardesę i podnoszę dłoń.

Wszystko w porządku?

Nie.

Co się stało?

Nie mogę chodzić.

Jeżeli dojdzie pan do drzwi, to dam panu wózek.

Jak daleko są drzwi?

Niedaleko.

Wstaję. Zataczam się. Znowu siadam. Patrzę w podłogę i robię głęboki wdech.

Nic panu nie będzie.

Podnoszę wzrok, a ona się uśmiecha.

Proszę.

Wyciąga dłoń, a ja ją chwytam. Wstaję i wspieram się i pomaga mi przejść Korytarzem. Docieramy do drzwi.

Zaraz wracam.

Puszczam jej dłoń i siadam na stalowym mostku Rękawa, który łączy Samolot z Wejściem.

Nigdzie się nie wybieram.

Śmieje się i patrzę, jak odchodzi, i zamykam oczy. Głowa mnie boli, usta mnie bolą, oczy mnie bolą, dłonie mnie bolą. Bolą mnie różne nienazwane.

Pocieram brzuch. Czuję, jak nadchodzi. Szybkie i silne i palące. Nie da się zatrzymać, można tylko zamknąć oczy i się poddać.

Nadchodzi i wzdrygam się od smrodu i bólu. Nie mogę nic zrobić.

O mój Boże.

Otwieram oczy.

Nic mi nie jest.

Muszę wezwać Lekarza.

Nic mi nie jest. Proszę mnie tylko stąd zabrać.

Może pan wstać?

Tak, mogę wstać.

Wstaję i otrzepuję się i wycieram dłonie o podłogę i siadam na wózku, który dla mnie przyprowadziła. Przechodzi do tyłu i zaczyna mnie pchać.

Ktoś pana odbierze?

Mam nadzieję.

Nie wie pan.

Nie.

A co jeśli nikogo nie będzie?

Nie pierwszy raz, dam sobie radę.

Wychodzimy z Rękawa prosto do Wyjścia. Ani się obejrzę, jak stają przede mną Matka i Ojciec.

Jezu.

Mamo, proszę.

Mój Boże, co się stało?

Mamo, nie chcę o tym rozmawiać.

Jezu Chryste, Jimmy. Co się do Diabła stało?

Nachyla się i próbuje mnie objąć. Odpycham ją.

Mamo, po prostu chodźmy stąd.

Tata obchodzi wózek i staje za nim. Szukam Stewardesy, ale zniknęła. Wielkie dzięki.

Dobrze się czujesz, James?

Patrzę przed siebie.

Nie, Tato, nie czuję się dobrze.

Zaczyna pchać wózek.

Masz jakiś bagaż?

Matka w dalszym ciągu płacze.

Nie.

Ludzie się gapią.

Chcesz, żeby coś ci podać?

Chcę, żebyś mnie stąd zabrał, Tato. Po prostu mnie stąd kurwa zabierz.

Dojeżdżamy do samochodu. Wsiadam do tyłu i zdejmuję koszulę i kładę się. Tata prowadzi, Mama płacze, zasypiam.

Budzę się jakieś cztery godziny później. Mój umysł jest jasny, ale wszystko pulsuje. Podnoszę się i wyglądam przez okno. Zaparkowaliśmy na Stacji Benzynowej gdzieś w Wisconsin. Na ziemi nie ma śniegu, ale czuję chłód. Tata otwiera drzwi od strony Kierowcy i wsiada i zamyka drzwi.

Mam dreszcze.

Nie śpisz.

No.

Jak się czujesz?

Chujowo.

Mama poszła się ogarnąć i zrobić zakupy. Kupić ci coś?

Butelkę wody i parę butelek wina i paczkę papierosów.

Serio?

No.

Niedobrze, James.

Potrzebuję tego.

Nie możesz zaczekać.

Nie.

Matka się zmartwi.

Trudno. Potrzebuję tego.

Otwiera drzwi i idzie na Stację Benzynową. Kładę się z powrotem i patrzę w sufit. Czuję, jak tętno mi przyspiesza, i wyciągam dłoń i próbuję utrzymać ją prosto. Mam nadzieję, że się pospieszą. Dwadzieścia minut później butelek już nie ma. Siadam i zapalam fajkę i wypijam łyk wody. Mama się odwraca.

Lepiej?

Jeżeli chcesz tak to ująć.

Jedziemy do Domku.

Domyśliłem się.

Kiedy dojedziemy, postanowimy, co dalej.

Dobra.

Co o tym myślisz?

Nie chce mi się w tej chwili myśleć.

Kiedyś będziesz musiał.

No to poczekam na kiedyś.

Jedziemy na północ do Domku. Po drodze dowiaduję się, że moi Rodzice, którzy mieszkają w Tokio, są od dwóch tygodni w Stanach w interesach. O czwartej rano zadzwonił do nich mój przyjaciel, który był ze mną w Szpitalu, namierzył ich w hotelu w Michigan. Powiedział, że spadłem na twarz z Drabiny Przeciwpożarowej i że powinni się mną zająć. Nie wiedział, co wziąłem, ale wiedział, że było tego sporo, i wiedział, że nie jest dobrze. W nocy przyjechali do Chicago.

Więc co to było?

Co co było?

Co brałeś?

Nie bardzo wiem.

Jak możesz nie wiedzieć?

Nie pamiętam.

A co pamiętasz?

To i tamto.

Czyli co?

Nie pamiętam.

Jedziemy dalej i po kilku minutach nieznośnej ciszy dojeżdżamy. Wysiadamy z samochodu i wchodzimy do Domu i biorę prysznic, bo muszę. Kiedy wychodzę, na łóżku leży czyste ubranie. Wkładam je i idę do Pokoju Rodziców. Piją kawę i rozmawiają, ale przestają, kiedy wchodzę.

Cześć.

Mama znowu zaczyna płakać i odwraca wzrok. Tata patrzy na mnie. Czujesz się lepiej?

Nie.

Powinieneś się przespać.

Mam zamiar.

To dobrze.

Patrzę na Mamę. Nie potrafi spojrzeć mi w oczy. Oddycham.

Ja tylko.

Odwracam wzrok.

Ja tylko, wiecie.

Odwracam wzrok. Nie potrafię na nich spojrzeć.

Ja chciałem wam tylko podziękować. Że po mnie wyszliście.

Tata się uśmiecha. Bierze Mamę za rękę i wstają i podchodzą do mnie i obejmują mnie. Ich dotyk nie podoba mi się, więc się odsuwam.

Dobranoc.

Dobranoc, James. Kochamy cię.

Odwracam się i wychodzę z Pokoju i zamykam drzwi i idę do Kuchni. Przeglądam szafki i znajduję nieotwieraną dwulitrową butelkę whisky. Pierwszy łyk wywołuje mdłości, ale potem jest już w porządku. Idę do swojego Pokoju i piję i palę papierosy i myślę o niej. Piję i palę i myślę o niej i w pewnym momencie ogarnia mnie ciemność i pamięć mnie zawodzi.Z powrotem w samochodzie z bólem głowy i nieświeżym oddechem. Jedziemy na północny zachód do Minnesoty. Ojciec zadzwonił do paru osób i załatwił mi miejsce w Klinice i nie mam innego wyjścia, więc zgadzam się zostać tam na trochę, i na razie mi to odpowiada. Robi się zimno.

Twarz jest w gorszym stanie i upiornie spuchła. Z trudem mówię, jem, piję, palę. Jeszcze nie spojrzałem w lustro.

Zatrzymujemy się w Minneapolis, żeby spotkać się z moim starszym Bratem. Przeprowadził się tam po rozwodzie i zna drogę do Kliniki. Siada koło mnie z tyłu i trzyma mnie za rękę i to mi pomaga, bo się boję.

Wjeżdżamy na parking i parkujemy i kończę butelkę i wysiadamy i zaczynamy iść w stronę Wejścia do Kliniki. Ja i Brat i Matka i Ojciec. Cała Rodzina. Idziemy do Kliniki. Zatrzymuję się i zatrzymują się ze mną. Przyglądam się Budynkom. Niskie i długie i połączone. Funkcjonalne. Zwyczajne. Niepokojące.

Chcę uciec albo umrzeć albo się rozjebać. Chcę być ślepy i niemy i nie mieć serca. Chcę się wczołgać do dziury i nigdy nie wyjść. Chcę zmieść swoje istnienie z powierzchni ziemi. Z powierzchni jebanej ziemi. Biorę głęboki oddech.

Trzeba iść.

Wchodzimy do małej Poczekalni. Za biurkiem siedzi kobieta i czyta czasopismo o modzie. Podnosi wzrok.

Mogę w czymś pomóc?

Ojciec podchodzi i z nią rozmawia, a Matka i Brat i ja znajdujemy krzesła i na nich siadamy.

Trzęsę się. Dłonie i stopy i usta i tors. Trzęsę się. Z wielu różnych powodów.

Matka i Brat siadają koło mnie i biorą mnie za ręce i trzymają je i czują, co się ze mną dzieje. Patrzymy w podłogę i nic nie mówimy. Czekamy i trzymamy się za ręce i oddychamy i myślimy.

Ojciec kończy rozmawiać z kobietą i odwraca się i staje przed nami. Wygląda na zadowolonego, a kobieta rozmawia przez telefon. Ojciec klęka.

Zaraz zostaniesz przyjęty.

Dobra.

Wszystko będzie w porządku. To dobre miejsce. Najlepsze miejsce. Słyszałem.

Gotów?

Chyba tak.

Wstajemy i idziemy do małego Pokoju, gdzie za biurkiem z komputerem siedzi mężczyzna. Wychodzi nam na spotkanie i staje w drzwiach.

Przepraszam, ale musicie go tu zostawić.

Ojciec przytakuje.

Teraz go przyjmiemy, a potem będziecie mogli zadzwonić, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku.

Matka się rozkleja.

Jest w dobrym miejscu. Proszę się nie martwić.

Brat odwraca wzrok.

Jest w dobrym miejscu.

Odwracam się i przytulają mnie. Po kolei i mocno. Ściskając i obejmując, okazuję im tyle, ile potrafię. Odwracam się i bez słowa wchodzę do Pokoju, a mężczyzna zamyka drzwi i nie ma ich. Mężczyzna pokazuje mi krzesło i wraca do biurka. Uśmiecha się. Cześć.

Witam.

Jak się masz?

A jak wyglądam?

Nie najlepiej.

Czuję się gorzej.

Masz na imię James. Masz dwadzieścia trzy lata. Mieszkasz w Karolinie Północnej.

Tak.

Zostaniesz u nas na jakiś czas. W porządku?

Na razie.

Wiesz coś o Ośrodku?

Nie.

Chcesz się dowiedzieć?

Wszystko mi jedno.

Uśmiecha się, patrzy na mnie przez chwilę. Mówi.

To najstarszy Zamknięty Ośrodek dla Alkoholików i Narkomanów na Świecie. Został założony w 1949 roku w starym domu, który mieścił się tu, gdzie stoją teraz te Budynki, a są tu trzydzieści dwa połączone ze sobą Budynki. Wyleczyliśmy ponad dwadzieścia tysięcy Pacjentów. Mamy najwyższą skuteczność ze wszystkich Ośrodków na Świecie. W każdej chwili na sześciu Oddziałach, trzech męskich i trzech żeńskich, znajduje się od dwustu do dwustu pięćdziesięciu Pacjentów. Uważamy, że Pacjenci powinni przebywać tu tak długo, jak to konieczne, a nie na przykład tylko na czas trwania Programu dwudziestoośmiodniowego. Mimo że pobyt jest kosztowny, wielu Pacjentów trafiło tu dzięki finansowanym przez nas stypendiom i dotacjom. Nasze dofinansowanie sięga kilku setek milionów dolarów. Zajmujemy się nie tylko leczeniem Pacjentów, jesteśmy także jedną z lepszych Placówek Naukowo-Badawczych w dziedzinie Badań nad Uzależnieniem. Możesz uważać się za szczęściarza, skoro tu trafiłeś, i powinieneś być podekscytowany możliwością rozpoczęcia nowego rozdziału życia.

Patrzę na mężczyznę. Nie odzywam się. Patrzy na mnie, czeka, aż coś powiem. Moment zakłopotania. Uśmiecha się.

Jesteś gotowy zacząć?

Nie uśmiecham się.

Pewnie.

Wstaje i wstaję i idziemy Korytarzem. Mówi, ja nie.

Drzwi są tu zawsze otwarte, więc jeżeli chcesz, możesz wyjść. Nie wolno brać i jeśli zostaniesz przyłapany na braniu bądź posiadaniu narkotyków, zostaniesz odesłany do Domu. Do kobiet, oprócz Lekarek, Pielęgniarek i Personelu, wolno ci powiedzieć tylko cześć. Jeżeli złamiesz tę regułę, zostaniesz odesłany do Domu. Są jeszcze inne Reguły, ale na razie musisz znać tylko te.

Przechodzimy przez drzwi do Skrzydła Medycznego. Są tu małe Sale i Lekarze i Pielęgniarki i Apteka. Na szafkach są duże stalowe zamki. Prowadzi mnie do Pokoju. Jest w nim łóżko i biurko i krzesło i szafka i okno. Wszystko jest białe.

Stoi w drzwiach, a ja siadam na łóżku.

Za chwilę Pielęgniarka przyjdzie z tobą porozmawiać.

Dobra.

Dobrze się czujesz?

Nie, czuję się chujowo.

Polepszy ci się.

Jasne.

Zaufaj mi.

Jasne.

Mężczyzna wychodzi i zamyka drzwi i jestem sam. Bujam stopami, dotykam twarzy, dotykam językiem dziąseł. Jest mi zimno i robi mi się zimniej. Słyszę czyjś krzyk.

Drzwi otwierają się i do Pokoju wchodzi Pielęgniarka. Jest ubrana na biało, cała na biało, i trzyma podkładkę do pisania. Siada na krześle przy biurku.

Cześć, James.

Cześć.

Muszę zadać ci kilka pytań.

Dobra.

Muszę też zmierzyć ci tętno i ciśnienie.

Dobra.

Z jakich używek korzystasz na co dzień?

Alkohol.

Codziennie?

Tak.

O której godzinie zaczynasz pić?

Po obudzeniu.

Zapisuje to.

Ile pijesz dziennie?

Ile się da.

To znaczy ile?

Tyle, żebym wyglądał tak jak teraz.

Spogląda na mnie. Zapisuje to.

Czy bierzesz coś jeszcze?

Kokainę.

Jak często?

Codziennie.

Zapisuje to.

Ile?

Ile się da.

Zapisuje to.

W jakiej postaci?

Ostatnio crack, ale przez wiele lat w każdej dostępnej.

Zapisuje to.

Coś jeszcze?

Prochy, kwas, grzybki, metamfetaminę, PCP i klej.

Zapisuje to.

Jak często?

Kiedy tylko mam.

Jak często?

Parę razy na tydzień.

Zapisuje to.

Podchodzi i wyciąga stetoskop.

Jak się czujesz?

Fatalnie.

W jakim sensie?

W każdym sensie.

Sięga do mojej koszuli.

Mogę?

Tak.

Podnosi koszulę i przykłada mi stetoskop do klatki piersiowej.

Słucha.

Oddychaj głęboko.

Słucha.

Dobrze. Jeszcze raz.

Opuszcza koszulę i odsuwa się i zapisuje.

Dziękuję.

Uśmiecham się.

Jest ci zimno?

Tak.

Ma aparat do pomiaru ciśnienia.

Jest ci niedobrze?

Tak.

Zakłada mi opaskę na ramię, boli.

Kiedy ostatni raz brałeś?

Pompuje.

Jakiś czas temu.

Co i ile?

Wypiłem butelkę wódki.

Jak to się ma do twojej normalnej dziennej dawki?

Nie ma się.

Obserwuje wskaźnik i wskazówki się ruszają i zapisuje coś i zdejmuje opaskę.

Na chwilę cię zostawię, ale wrócę.

Patrzę w ścianę.

Musimy cię uważnie obserwować i pewnie będziemy musieli podać ci leki odtruwające.

Widzę cień i wygląda, jakby się poruszał, ale nie jestem pewien.

W tej chwili nic ci nie jest, ale chyba zaczniesz coś odczuwać.

Widzę kolejny. Nienawidzę tego.

Jeżeli będziesz mnie potrzebował, wezwij mnie.

Nienawidzę tego.

Wstaje i uśmiecha się i odstawia krzesło i wychodzi.

Zdejmuję buty i wchodzę pod kołdrę i zamykam oczy i zasypiam. Budzę się i zaczynam się trząść i zwijam się w kłębek i zaciskam pięści. Pot ścieka mi po torsie, rękach, nogach. Kłuje mnie w twarz. Podnoszę się i słyszę czyjś jęk. W kącie widzę robala, ale wiem, że go tam nie ma. Ściany zamykają się i rozszerzają zamykają i rozszerzają i słyszę je. Zatykam uszy, ale to nie wystarcza.

Wstaję. Rozglądam się. Nic nie wiem. Gdzie jestem, dlaczego, co się stało, jak uciec. Jakie jest moje imię, moje życie.

Zwijam się w kłębek na podłodze i miażdżą mnie obrazy i dźwięki. Rzeczy, których nigdy nie widziałem ani nie słyszałem, ani nie wiedziałem, że istnieją. Nadchodzą z sufitu, drzwi, okna, biurka, krzesła, łóżka, szafy. Nadchodzą z pierdolonej szafy. Mroczne cienie i jaskrawe światła i przebłyski niebieskiego i żółtego i czerwieni tak intensywnej jak czerwień mojej krwi. Zbliżają się do mnie i wrzeszczą na mnie i nie wiem, czym są, ale wiem, że sprzyjają robalom. Wrzeszczą na mnie.

Zaczynam się trząść. Trząść trząść trząść. Całe moje ciało się trzęsie i moje serce dygocze i widzę, jak wali mi w piersi, i pocę się i kłuje. Robale wpełzają na moją skórę i zaczynają mnie gryźć i próbuję je zabić. Szarpię skórę, wyrywam włosy, zaczynam się gryźć. Nie mam zębów i gryzę się i są cienie i jaskrawe światła i przebłyski i wrzaski i robale robale robale. Już po mnie. Już kurwa po mnie.

Krzyczę.

Szczam po sobie.

Sram w gacie.

Wraca Pielęgniarka i wzywa pomoc i przychodzą Mężczyźni w Bieli i kładą mnie na łóżko i przytrzymują. Próbuję zabić robale, ale nie mogę się ruszyć, więc żyją. We mnie. Na mnie. Czuję stetoskop i opaskę i wbijają mi igłę w ramię i przytrzymują mnie.

Ciemność mnie oślepia.

Nie ma mnie.Siedzę na krześle przy oknie i patrzę. Nie wiem, na co patrzę, i wszystko mi jedno. Jest ciemno i jest późno i nie mogę już spać. Leki przestają działać.

Wchodzi Pielęgniarka.

Nie możesz spać?

Mierzy mi ciśnienie i puls.

Nie.

Mamy tu Świetlicę.

Podaje mi leki.

Można pooglądać telewizję.

Podaje mi szlafrok i kapcie.

I można palić.

Odwracam się i wyglądam przez okno.

Przebierz się, to cię zaprowadzę.

Dobra.

Wychodzi i biorę leki i przebieram się i kiedy otwieram drzwi, czeka na mnie. Uśmiecha się i podaje mi paczkę papierosów.

Mogą być?

Uśmiecham się.

Dziękuję.

Idziemy do Świetlicy. Telewizor, dwie kanapy, głęboki fotel, kilka automatów. Telewizor jest włączony.

Chcesz coś do picia?

Siadam na fotelu.

Nie.

W porządku?

Przytakuję.

Dzięki.

Wychodzi i czuję, jak leki zaczynają działać. Oglądam telewizję, ale nic do mnie nie dociera. Palę papierosa. Piecze.

Wchodzi mężczyzna i podchodzi do mnie i staje przede mną.

Hej, Koleś.

Jego głos jest głęboki i mroczny.

Hej, Koleś.

Sznyty krzyżują mu się na przedramionach.

Mówię do ciebie.

Blizny biegną w poprzek nadgarstków.

Mówię do ciebie.

Patrzę mu w oczy. Są puste.

Co?

Pokazuje.

To mój fotel.

Odwracam się do telewizora.

To mój fotel.

Leki zaczynają działać.

Hej, Koleś, to mój fotel.

Nic nie dociera.

HEJ, KUTASIE. TO MÓJ JEBANY FOTEL.

Oglądam telewizję, a on oddycha ciężko i przychodzi Pielęgniarka. Jakiś problem?

Ten Kutas zajął mi fotel.

To może usiądziesz na kanapie?

Kanapa mi się nie podoba. Podoba mi się fotel.

James siedzi na fotelu. Jest jeszcze kanapa albo podłoga albo do widzenia. Zdecyduj się.

Jebać Jamesa. Każ mu spadać.

Mam wezwać Ochronę?

Nie.

No to się zdecyduj.

Podchodzi do kanapy i na niej siada. Pielęgniarka go obserwuje. Dziękuję.

Śmieje się i ona wychodzi i jesteśmy sami i oglądam telewizję i palę papierosa. Gapi się na mnie i obgryza paznokcie i mnie nimi opluwa, ale leki zaczęły działać i robali nie ma i jest mi wszystko jedno. Nic do mnie nie dociera.

Oglądam telewizję. Wszystko zwalnia. Zwalnia nie do poznania.

Obraz rozmywa się, głosy zanikają. Nic się nie dzieje, nic nie hałasuje, są tylko migoczące światła i symfonia cichnących głosów. Gapię się na światła, słucham głosów. Chcę, żeby zniknęły, a one trwają.

Powieki mi opadają. Zmagam się z nimi, ale nie chcą się podnieść. Reszta ciała idzie za nimi. Mięśnie wiotczeją i zsuwam się z fotela na podłogę. Podłoga mi się nie podoba i nie chcę być na podłodze, ale nie mogę się powstrzymać. Kiedy się zsuwam, powierzchnia fotela przytrzymuje szlafrok i obciera mi z tyłu nogi i szlafrok marszczy mi się w talii. Podnoszę rękę, żeby poprawić szlafrok, i dłoń mi opada. Mój umysł każe dłoni poruszyć się i mój umysł każe dłoni poprawić szlafrok ale mój umysł nie działa. Mój umysł nie działa i dłoń nie działa. Szlafrok zostaje.

Mężczyzna przestaje opluwać mnie paznokciami i wstaje i podchodzi do mnie i przez szczeliny między powiekami widzę, jak podchodzi. Wiem, że może ze mną zrobić wszystko, co będzie chciał ze mną zrobić, i wiem, że nie jestem w stanie go powstrzymać. Wiem, że jest wściekły, i wiem po jego sznytach i bliznach i oczach, że przypuszczalnie da upust wściekłości poprzez jakąś formę przemocy. Gdybym mógł się ruszać, tobym wstał i stawił mu czoło na jego zasadach, ale nie mogę stawić mu czoła na żadnych zasadach. Z każdym jego krokiem w moją stronę sytuacja wydaje mi się coraz bardziej klarowna. Może zrobić ze mną, co mu się żywnie podoba, a ja nie jestem w stanie mu przeszkodzić. Nie jestem w stanie mu przeszkodzić. Nie jestem w stanie.

Staje nade mną i patrzy na mnie. Nachyla się i spogląda mi w twarz i śmieje się.

Ale z ciebie brzydki Skurwysyn.

Próbuję coś odpowiedzieć. Mogę tylko stęknąć.

Gdybym miał ochotę, to mógłbym ci teraz skopać dupę. Rozjebać cię na jebaną miazgę.

Moje ciało jest bezwładne.

Ale chodzi mi tylko o jebany fotel.

Mój umysł nie działa.

I teraz go sobie kurwa wezmę.

Sięga do mnie i chwyta mnie za nadgarstki i wlecze po podłodze. Odciąga mnie od fotela w kąt Sali i zostawia leżącego twarzą do podłogi. Nachyla się i przykłada mi usta do ucha.

Mogłem ci skopać pierdoloną dupę. Zapamiętaj to sobie.

Odchodzi i słyszę, jak siada na fotelu i zaczyna zmieniać kanały w telewizorze. Codzienne podsumowanie sportu, reklamówka preparatu na porost włosów, nocny talk-show. Zostawia talk-show i śmieje się, kiedy się trzeba śmiać, i mamrocze do siebie, jakby chciał zerżnąć kogoś z widowni. Leżę twarzą do podłogi.

Jestem przytomny, ale nie mogę się ruszyć.

Serce mi bije i bije głośno i widzę je.

Włosie wykładziny wpija mi się w twarz i słyszę je.

Nagrane śmiechy z telewizji grzmią i czuję je.

Jestem przytomny, ale nie mogę się ruszyć.

Znikam.

Znikam.

Znikam.

Nadchodzi ranek i kiedy się budzę, mogę się ruszać i wstaję i szukam mężczyzny. Nigdzie go nie ma, jest za to wspomnienie i zostanie jeszcze na długo. To był zawsze mój problem. Nie zapominam.

Idę do swojego Pokoju i kiedy otwieram drzwi, widzę, jak Salowy kładzie na biurku tacę z jedzeniem. Spogląda na mnie i uśmiecha się.

Dzień dobry.

Dzień dobry.

Przyniosłem ci śniadanie. Myśleliśmy, że może będziesz głodny.

Dziękuję.

Jeżeli będziesz jeszcze czegoś potrzebował, zadzwoń.

Dziękuję.

Wychodzi, a ja oglądam jedzenie. Jajka, bekon, tosty, ziemniaki. Szklanka wody i szklanka soku pomarańczowego. Nie chcę mi się jeść, ale wiem, że powinienem, więc podchodzę do krzesła i na nim siadam i patrzę na jedzenie i dotykam twarzy. Wszystko jest ciągle spuchnięte. Dotykam warg i pękają. Otwieram usta i krwawią. Zamykam usta i ciekną. Nie chce mi się jeść, ale wiem, że powinienem.

Sięgam po szklankę wody i wypijam łyk, ale jest za zimna.

Sięgam po sok pomarańczowy i wypijam łyk, ale piecze.

Próbuję jeść widelcem, ale za bardzo kaleczy.

Przełamuję tost i wpycham sobie palcami kawałki do gardła. To samo robię z ziemniakami i jajkami i bekonem. Wypijam wodę, ale nie sok. Oblizuję palce do czysta.

Po skończeniu idę do Łazienki i wymiotuję. Próbuję to powstrzymać, ale nie mogę. Zwracam mniej więcej połowę jedzenia razem z krwią i żółcią. Jestem szczęśliwy, że zatrzymałem połowę jedzenia. To więcej, niż normalnie zatrzymuję.

Kiedy wracam do łóżka, do Pokoju wchodzi Lekarz. Uśmiecha się. Cześć.

Nosi tabliczkę z nazwiskiem, ale nie mogę jej odczytać.

Jestem Doktor Baker.

Uścisk dłoni.

Dzisiaj będę z tobą pracował.

Siadam na brzegu łóżka.

W porządku?

Patrzy na moją twarz, ale nie w oczy.

Tak.

Patrzę mu w oczy.

Jak się czujesz?

Jego oczy są dobre.

Mam już dość tego pytania.

Śmieje się.

Na pewno.

Uśmiecham się.

To są.

Podaje mi kolejne leki.

Librium i diazepam.

Biorę je.

To leki odtruwające i istotne dla leczenia, bo stabilizują pracę serca, obniżają ciśnienie i ułatwiają przetrwanie głodu. Bez nich mógłbyś mieć udar albo zawał, albo jedno i drugie.

Nachyla się i ogląda mój policzek.

Będziesz je brał co cztery godziny w zmniejszających się dawkach przez następne pięć dni.

Patrzę mu w oczy.

Przeprowadzimy kilka badań.

On już to widział.

I zaczniemy przygotowywać dla ciebie Program.

Dobrze.

Jednak najpierw musimy cię trochę poskładać.

Idziemy do Sali. Są tam jaskrawe fluorescencyjne światła i duży stół operacyjny i pojemniki z materiałami. Siadam na stole, a on wkłada parę lateksowych rękawiczek i bada mój policzek. Odrywa strupy. Otwiera mi usta. Jego palec przechodzi przez ranę. Bierze igłę i nić i każe mi zacisnąć pięści i zamknąć oczy. Nie zamykam ich i patrzę, jak igła przechodzi na wylot. Do środka i na zewnątrz. Policzek, warga, usta. Czterdzieści jeden razy.

Skończyliśmy, a on rozmawia przez telefon z Chirurgiem Szczękowym i siedzę na stole i trzęsę się z bólu. Czuję gorąco i nić i krew. Umawia się na termin i odkłada słuchawkę i zaczyna myć ręce.

Za parę dni zabierzemy cię do Miasteczka i poskładamy ci zęby. Dotykam szwów językiem.

Znam Dentystę i on się tobą zajmie.

Dotykam językiem resztek zębów.

Będziesz jak nowy.

Zostawiam język tam, gdzie jego miejsce.

Nie martw się.

Wkłada nową parę rękawiczek i odwraca się.

Teraz muszę ci sprawdzić nos.

Biorę głęboki wdech. Podchodzi i zaczyna oglądać mi nos. Dotyka go, a ja się kulę. Nie czuję policzka.

Nie jest dobrze.

Wiem.

Będę go musiał złamać i nastawić.

Wiem.

Im szybciej, tym lepiej, ale jeżeli chcesz, możemy zaczekać.

Im szybciej, tym lepiej.

W porządku.

Rozstawia stopy i zapiera się i kładzie obie dłonie na moim nosie. Chwytam brzeg stołu i zamykam oczy i czekam.

Gotów?

No.

Szarpie do przodu i do góry i słychać wyraźny trzask. Zimne białe światło przebija mi oczy i kręgosłup i stopy i z powrotem. Mam zamknięte oczy, ale płaczę. Krew cieknie mi z nozdrzy.

Teraz muszę go nastawić.

Dłonie poruszają się w bok i czuję, jak chrząstka porusza się z nimi. Znowu się poruszają. Czuję to. Wypycha do góry i chyba pasuje.

Czuję to.

Już.

Sięga po plaster, a ja otwieram oczy. Nakleja plaster na grzbiet nosa i utrzymuje chrząstkę na miejscu. Chyba dobrze się trzyma.

Bierze ręcznik i wyciera mi krew z twarzy i szyi, a ja patrzę w ścianę. Twarz mi pulsuje i ściskam brzeg stołu i bolą mnie dłonie. Chcę puścić, ale nie mogę.

W porządku?

Nie.

Nie mogę ci dać leków przeciwbólowych.

Domyśliłem się.

Librium i diazepam złagodzą ból, ale będzie boleć.

Wiem.

Przyniosę ci nowy szlafrok.

Dziękuję.

Odsuwa się i wyrzuca ręcznik do kosza na śmieci i wychodzi. Puszczam stół i trzymam dłonie przed twarzą i oglądam je. Trzęsą się, trzęsę się.

Lekarz wraca z Pielęgniarką i pomagają mi się przebrać i opowiadają o badaniach. Krew, mocz, kał. Muszą wiedzieć, jak bardzo zniszczyłem sobie wnętrzności. Na samą myśl czuję obrzydzenie. Wychodzimy i idziemy do innej Sali, w której też jest Łazienka. Szczam do kubeczka, sram do plastikowego pojemnika, igła wchodzi mi w ramię. To proste i łatwe i bezbolesne.

Wychodzimy i Oddział jest pełen ruchu. Pacjenci stoją w kolejce po leki, Lekarze przechodzą z Pokoju do Pokoju, Pielęgniarki noszą buteleczki i próbówki. Słychać hałas, ale wszędzie jest spokojnie.

Idę do swojego Pokoju z Lekarzem i siadam na łóżku. Siada na krześle i wypełnia kartę. Kończy pisać i patrzy na mnie.

Oprócz Dentysty najgorsze już za tobą.

Dobrze.

Zapiszę ci dwieście pięćdziesiąt miligramów amoksycyliny trzy razy dziennie i pięćset miligramów penicyliny VK raz dziennie. To zapobiegnie infekcji.

Dobrze.

Idź do Ambulatorium, tam dostaniesz leki, a jeżeli zapomnisz, Pielęgniarka cię znajdzie.

Dobrze.

Dziękuję, że wytrzymałeś.

Nie ma sprawy.

Powodzenia.

Dzięki.

Wstaje i wstaję i ściskamy sobie dłonie i wychodzi. Idę do Ambulatorium i staję w kolejce. Młoda kobieta staje przede mną. Odwraca się i spogląda mi w twarz. Mówi.

Cześć.

Uśmiecha się.

Cześć.

Wyciąga dłoń.

Jestem Lilly.

Biorę ją. Jest miękka i ciepła.

Jestem James.

Nie chcę puścić, ale puszczam. Robimy krok do przodu.

Co się stało?

Spogląda w stronę Ambulatorium.

Nie pamiętam.

Odwraca się.

Straciłeś przytomność?

No.

Krzywi się.

Kurde.

Śmieję się.

No.

Robimy krok do przodu.

Od kiedy tu jesteś?

Spoglądam w stronę Ambulatorium.

Od wczoraj.

Pielęgniarka piorunuje nas wzrokiem.

Ja też.

Pokazuję na Pielęgniarkę i Lilly odwraca się i przestaje mówić i robimy krok do przodu i czekamy. Pielęgniarka piorunuje nas wzrokiem i wręcza Lilly leki i kubek wody i Lilly bierze leki i pije wodę. Odwraca się i kiedy mnie mija, uśmiecha się i bezgłośnie mówi cześć. Uśmiecham się i idę do przodu. Pielęgniarka piorunuje mnie wzrokiem i pyta, jak się nazywam.

James Frey.

Spogląda na kartę i idzie do szafki i bierze leki i podaje mi je z kubkiem wody.

Biorę leki.

Piję wodę.

Idę do Pokoju i zasypiam i przez resztę dnia śpię i wpycham sobie jedzenie do gardła i stoję w kolejce i biorę leki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij