Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Milion smutnych atomów - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
10 lipca 2018
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Milion smutnych atomów - ebook

Amelia i Józef są parą od pięciu lat, oboje jednak czują, że nie jest już między nimi jak dawniej. Wydaje im się, że wciąż bardzo się kochają, mimo to coraz trudniej im odnaleźć wspólny język. Choć akcja powieści rozgrywa się w kilku ostatnich miesiącach ich związku, dzięki retrospekcjom możemy obserwować zmieniające się na przestrzeni lat stosunki między bohaterami.

W ich napięte relacje wkraczają kolejne osoby dramatu – śliczna i młoda koleżanka z pracy Józefa oraz nowy sąsiad, z którym Amelia zaczyna spędzać czas chętniej niż z własnym mężem.

Powieść jest smutną diagnozą współczesnej rzeczywistości, kiedy słowo „ja” coraz częściej zastępuje słowo „my”, stając się powodem rozpadu wielu małżeństw. Jest też historią ludzi, którzy, mimo że się kochali, nie potrafili być ze sobą.

Jagoda Wochlik w brawurowy sposób odziera instytucję małżeństwa z fałszywych osłonek, w które najczęściej ślepo wierzymy. Autorka w swojej powieści zrywa ze schematami i dodatkowo stawia czytelnika przed bolesną prawdą, że czasem nawet miłość nie jest gwarantem udanego związku.

Joanna Sykat, pisarka

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7674-780-4
Rozmiar pliku: 1 023 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Życie polega na niemarnowaniu biletów. Bilety do kina, bilety do operetki. Wieczorami siedział przy swoim laptopie i serfował po Internecie. Szukał, przeglądał, sprawdzał. „W Łodzi grają Jezusa. Pojedziemy?” Nawet nie podnosi oczu znad książki, kiedy odpowiada: „Możemy”. „W Chorzowie grają Dźwięki muzyki. Masz ochotę?”. „Czemu nie”. „W Poznaniu ponownie wystawią Upiora”. „Jeśli chcesz, możemy się wybrać”. Czasami przyłapuje się na tym, że w ogóle go nie słucha. Gdyby pewnego wieczoru, siedząc przy komputerze, zaproponował jej, by wyskoczyła przez okno, pewnie mechanicznie odpowiedziałaby: „Dlaczego nie? Możemy o tym pomyśleć”. Poznań. Łódź. Chorzów. Kraków. Bilety wyznaczały trasę ich wspólnego życia. Chyba tylko one ich jeszcze łączyły. Przecież nie można nie wykorzystać biletów, jeśli już się je kupiło.

Zastanawiała się, jak to się stało, jak to w ogóle było możliwe? Wydarzyło się zupełnie niezauważalnie. Bezboleśnie i chyba bez ich udziału. Czasami próbowała sobie uświadomić, określić moment, kiedy przepaść stała się niemożliwa do zasypania. Dzień, kiedy przestali się starać. A może on tak tego nie widział? Nie wiedziała. Kiedyś po prostu by go o to zapytała. Dziś… Dziś było dziś. To nie był ten dzień. To nie był ten czas.

Ostatni raz patrzy przez okno. Lubi ten widok. Spogląda z okna dwunastopiętrowego bloku na parking i śpieszących dokądś w swoich sprawach ludzi. Czuje się zamknięta, niczym królewna w wieży. Królewna czeka, aż przybędzie książę i ją uwolni. Zaraz. To nie ta bajka. Ona już znalazła swojego księcia. Tyle że w ostatecznym rozrachunku książę okazał się żabą. A księżniczka? Wiedźmą. Tak, była wiedźmą, dla niepoznaki zamkniętą w ciele trzydziestoletniej kobiety. Księżniczka i książę. Księżniczka i żaba? Żaba i wiedźma? Tak, to byłaby bajka o nich. Czuje się zamknięta w klatce. Nigdy nie przywykła do tego mieszkania. Kręci jej się w głowie, ma lęk wysokości. Czym prędzej odchodzi od okna.

Przechodzi przez pokój. Ściany mają głęboko fioletową barwę. Niczym opakowanie czekolady Milka. Takie kiedyś wybrała. Może. Tylko dlaczego? Nie bardzo pamięta. Wiele rzeczy „nie bardzo pamięta”. Choćby powody, dla których się tu znalazła. Podobno ten pokój jest jej. Podobno. Przecież wybrała tu każdy przedmiot. Łóżko, mały drewniany sekretarzyk, który zakupili na Allegro i ściągnęli aż spod Zakopanego, wiklinowe krzesło zwisające na mocnym sznurze z sufitu. Wszystko to było jej. Podobno. Wszystko było dziś tak straszliwie obce. Tak dawno. Tak niedawno. Zaledwie wczoraj.

Przechodzi koło lustra. W przelocie miga jej tyczkowata młoda kobieta. Już nie dziewczyna, ale do wieku średniego jeszcze sporo brakuje. To ten czas, kiedy jeszcze można się oszukiwać, że najlepsze przed nami, że wciąż mamy siłę i czas, by zmienić całe swoje życie. Kobieta w lustrze ma niewielkie kurze łapki wokół oczu. Jeszcze nie bardzo widoczne, ale już tam są, wie o tym. Kiedy zauważyła je po raz pierwszy, uderzyła ją myśl, że umiera. Dotąd starość była gdzieś obok. Dotyczyła nieznanych kobiet w autobusie, babć w beretach w sklepie, teściowej. Ale nie jej. Te siwe włosy, które tak bardzo odznaczały się na kruczoczarnej głowie? Och, to pewnie dlatego, że nie suszyła włosów. Tych kilka siwych nitek tylko dodawało jej uroku.

Zakłada płaszcz i wybiega z domu. Jej kroki dudnią, gdy idzie do windy. Na drugim piętrze wsiada sąsiad z yorkiem. Starszy pan, jednak nie na tyle stary, by być emerytem. Sympatyczny. Ma też sympatyczną żonę. Od początku ich znajomości dziwił się, w jaki sposób podchodziła do ludzi. Jeszcze zanim się tu przeprowadziła, mówiła „dzień dobry” jego sąsiadom, ludziom na ulicy. Taka po prostu była.

Wybiega z klatki schodowej. Jest szaro i zimno. W zasadzie tutaj zawsze jest jej zimno, nawet latem. Otula się szczelniej szalikiem, ale wiatr przenika ją aż do kości. Stara się nie rozglądać na boki. Zna drogę, to oczywiste, chodzi nią przecież niemal dzień w dzień od dwóch lat, mimo to czuje się tu obco. Nie u siebie. Nigdy nie była tu u siebie. Stara się być ze sobą szczera. Czy stało się tak, bo jest typem rośliny, którą wyjątkowo trudno się przesadza? Też. Może. Ale jeśli ma powiedzieć prawdę, tak, jak szczera starała się być kiedyś z nim, to specjalnie nie próbowała przemianować swojego statusu z „obcej” na „swoją”. Po dwóch latach nadal nie miała tu przyjaciół, a jej spotkania towarzyskie odbywały się wyłącznie na Skypie.

Przebiegła przez skrzyżowanie w niedozwolonym miejscu, by zaoszczędzić trochę czasu. Usłyszała w głowie głos męża. Mówił, że jest nieodpowiedzialna. Cóż, może był to jedyny rodzaj ekstrawagancji, na który jeszcze sobie pozwalała. Minęła miejsce pracy męża. Kiedyś, tak, pewnie były takie dni, pomachałaby z nadzieją, że może akurat wyjrzy przez okno i ją zobaczy. Dziś jedynie zdjęła rękawiczkę i spojrzała na złotą obrączkę połyskującą na jej palcu. Cieniutkie, złote kółeczko. Jedno z wielu ustępstw. Pierwsze z wielu. Nie ostatnie. Wciąż ustępowała. Kiedyś z miłości, dziś już tylko dla świętego spokoju.

A jednak jest tu, nadłożyła drogi, idąc do pracy. Jej ścieżka biegnie przecież w zupełnie innym kierunku. Nie jest pewna, czego właściwie oczekuje. I po co tu przyszła. Patrzy na swoją bladą dłoń o długich palcach. Na złote kółeczko, które ozdabia jeden z nich. Nie jest już pewna, czy chce je zdjąć i wyrzucić, uwolnić się od tego wszystkiego raz na zawsze, czy tylko przełożyć je na środkowy palec i wystawić w bardzo niecenzuralnym geście wprost ku oknom, za którymi rezyduje ten człowiek. Jej mąż.

Wraca pamięcią do tamtego dnia. Nie chciała tradycyjnej obrączki. Wolałaby z białego złota. Ale przecież złota obrączka to tradycja. Co ludzie powiedzą? Uległa. Jedyne, co udało jej się wytargować, to by kółko nie było zbyt szerokie. Gdyby jednak ktoś odpowiednio długo przyglądał się dłoniom jej i męża, spostrzegłby, że obrączki są nie do pary. Jej była cieniutka, męża – znacznie grubsza. Tak miało być. Ślubu właściwie też nie chciała. Nie potrzebowała, ale przekonał ją, że tak będzie łatwiej. I przyjęcia weselnego nie chciała. Boże, jak też się męczyła, ubrana jak lalka, wysmarowana tonami podkładów i pudrów niczym gejsza, posyłając przez cały dzień sztuczne uśmiechy i udając, że chce tam być. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy obie rodziny spotkały się w jednym miejscu. Straszliwie to było niezręczne. Oba rody patrzyły na siebie spod byka, oceniająco i nieufnie, ciesząc się, że więcej się nie spotkają. Właściwie było bardzo niezręcznie. Nie wiedziała, jak mąż, teraz już mąż, mógł tego nie zauważać. Wierciła się na krześle, cierpliwie znosiła wszystkie toasty i modliła się w duchu, żeby ta szopka, złożona na ołtarzu tradycji i oczekiwań społecznych, dobiegła wreszcie końca.

To wszystko doprowadziło ją tutaj. Do tej chwili, kiedy już nie macha. Patrzy na swoją obrączkę i zastanawia się, czy mąż ją zdradza. Dochodzi do wniosku, że chyba nie. Nie potrafiłby. Zastanawia się, czy to by ją bolało. Myśli o tym, czy upatrywałaby w tym swojej winy. Mężczyźni lubią usprawiedliwiać zdradę słowami, że szukali tego, czego nie mieli w domu. Bardzo proste. Nie, nie potrafiłby. Kobieta potrząsa głową. Nie miałby dość odwagi. A może? Przypomina sobie, że ciągle mówi o koleżance z pracy. Poznała ją na jednej z tych imprez, które ani ją bawią, ani interesują, ale jest zobowiązana na nie chodzić ze względu na niego. Czasami myśli, by nie pójść, by się zbuntować, i ta myśl ogrzewa jej serce. Taka mała rewolta. Zawsze jednak idzie. Może jej też brak odwagi. Może wie, że to by coś zmieniło. Wraca myślami do koleżanki z pracy jej męża. Partycja. Nigdy nie lubiła tego imienia. Ładna, miła. Rozważa na chłodno, czy pasowałaby do niego. Na pewno mieliby o czym rozmawiać. Ta sama branża, ta sama pasja, której ona zupełnie nie rozumiała. Nudziło ją to, czasami irytowało, gdy zatrzymywał oglądany film, by skomentować monetę, którą rzucił na stół główny bohater. No przecież dziewięćdziesiąt dziewięć procent oglądających nie wie, że tego franka wprowadzono do obiegu dwadzieścia lat później. Czy to naprawdę takie istotne? Na tyle, by zatrzymać film? Och, dla Patrycji na pewno byłoby. Podzielałaby jego święte oburzenie. Ją to jedynie śmieszyło. Tak, kiedyś śmieszyło, dziś bardziej irytowało.

Zastanawia się, jak to możliwe, że w ogóle się tu znalazła. Rozsądek? Wiedziała, że ma prawie trzydzieści lat i jeśli się nie zgodzi, pewnie już nigdy nie wyjdzie za mąż. Kiedyś uważała, że nie jest jedną z tych „głupich”, że nie da się wprzęgnąć w kierat społecznych oczekiwań. Ale potem… Potem zrodził się w niej ten strach. Strach, że jeśli nie teraz, to nigdy, że zostanie starą panną. Tą z obrazków z kotem, z której wszyscy skrycie się śmieją. Większość jej przyjaciółek miała już mężów, spora część miała też dzieci. I choć w głębi serca wcale nie pragnęła takiego życia, bała się społecznego potępienia, odstawania od normy.

Zgodziła się. Spakowała ćwierćwiecze swojego życia w pudła i wyjechała. Zaczęła nowe życie, w nowym miejscu, wśród zupełnie nowych ludzi. I nawet strategiczne rozmieszczenie dobrze znanych przedmiotów nic tu nie pomogło. A gdzieś z tyłu głowy pozostała myśl, że popełniła błąd, że lepiej było podjąć inną decyzję. Starała się przekonać samą siebie, że podjęła dobrą. Starała się wmówić samej sobie, że to był jej wybór. Chciała traktować to nie jak poświęcenie, lecz właśnie wybór. Oddała jedno, by zyskać drugie. Tyle że ciągle się zastanawiała, czy gdyby wybrała inaczej, jej życie byłoby teraz lepsze. Nie potrafiła uciec od porównań. A te jakoś zawsze wychodziły na niekorzyść. Jej. Męża. Rodziny. Miejsca.

Zastanawia się dlaczego. Co zaważyło? Strach? Niechęć do samotnego życia? A może to jego wina? Tak! Jak on pięknie potrafił mówić. Tak pięknie. Kiedyś… Kiedyś w ten sposób mogłaby się nabrać na wszystko. Przeczytała, że mężczyzna zakochuje się oczami, kobieta przez uszy. Może… Może to właśnie był ich problem. On spojrzał na nią i zobaczył coś, sama nie wiedziała co, może coś, czego w niej wcale nie było. A ona słuchała. Tak pięknie mówił. Do niej i o niej. Zanim odkryła, że za słowami nic się nie kryje, jest tylko wielka pustka, było już za późno. Już miała obrączkę na palcu.

Miłość? Tak, była miłość. Przecież musiała być. Nie można powiedzieć, że nie byli dobraną parą. Och, oczywiście, dzieliło ich sporo, choćby stosunek do pieniędzy, rodziny, samodzielności. Ale jakoś sobie z tym radzili. Kiedyś. Gdy jeszcze ze sobą rozmawiali. Teraz rozmawiali o biletach. Dawną bliskość zastąpiło przyzwyczajenie. Do codziennego robienia zakupów, do szykowania posiłków trzy razy dziennie, do spowiadania się sobie nawzajem z tego „jak nam minął dzień”. Tylko to dawne porozumienie, jakby rozciągnięte zbyt mocno, niczym bardzo cienka bibułka, wreszcie nie wytrzymało napięcia i rozpłynęło się w morzu codzienności. Nie sądziła, by różnili się w tym od większości małżeństw. Nie byli wyjątkowi, pod żadnym względem.

Przekręciła klucz w zamku i pchnęła drzwi. Dzwoneczek nad nimi zabrzęczał, oznajmiając jej wejście. Zastanawiała się, czy jeszcze go dziś usłyszy, czy też spędzi cały dzień w chłodnym, dość ciemnym pomieszczeniu. Przeszła przez salę, zdjęła płacz i odwiesiła go w sąsiednim pokoju. Nastawiła wodę na herbatę. Spojrzała z niechęcią na nowe pozycje, które nadeszły pod koniec tygodnia. Powinna ustawić je na półkach. Musi przejrzeć oferty wydawnictw w poszukiwaniu nowości, które mogłyby zainteresować czytelników. Dobrze byłoby, gdyby poodpisywała na maile, sprawdziła, czy coś nie sprzedało się przez Internet, zapakowała przesyłki.

– Jeśli ktoś mnie dziś zapyta o Pięćdziesiąt twarzy Greya, słowo daję, zacznę krzyczeć – ostrzega stojącą na półce powieść Marty Kisiel.

Zapala wszystkie światła. Księgarnię – wszystkie jej obite pluszem kanapy, królewskie fotele, wiszące na ścianach obrazy i zabytkowe kredensy – oblewa światło. Ze ścian uśmiechają się gliniane i ceramiczne aniołki, a promienie rzucane przez sztuczne oświetlenie załamują się w kamyczkach ręcznie wytworzonych wisiorków. Robi się przytulniej. Przejście do Narnii znów otwarto. Kolejny dzień czas zacząć.

***

– Dyrektorze, pańska żona stoi po drugiej stronie ulicy – stwierdza Patrycja.

Podnosi wzrok znad przeglądanych właśnie papierów. Rzeczywiście, widzi ją. Wygląda, jakby się wahała, czy przejść. Zastanawia się, czy to zrobi. Może wejdzie przed pracą, by się przywitać. Nie, na pewno nie wejdzie. Już nie. Może kiedyś. Przez chwilę myśli, co by zrobił. Ucieszyłby się? Tak, ale gdzieś w głębi czułby też zażenowanie. Przebiegła przez ulicę w niedozwolonym miejscu. Tyle razy prosił, by tego nie robiła! Ale ona nic, nigdy nie słucha, jest taka uparta. Ma to, zdaje się, po matce. Też była trudną kobietą.

Patrzy na nią. Nadal jest ładna. Młoda. Ma twarz królewny z bajek Disneya. Jasną cerę, niebieskie oczy i drobne dłonie. Nikt nie pomyślałby, że jest tak straszliwie niezgrabna. Ciągle się o coś potyka, zahacza, przewraca. Nie jest kobietą-mimozą. Grubokoścista, ciężko stąpa. Źle wygląda w dżinsach rurkach. Uwydatniają za dużą pupę i szerokie biodra. Gdy na nią patrzy, nie przychodzi człowiekowi do głowy, że jest słoniem w składzie porcelany. Przypomina sobie, jak wprowadzali się do nowego mieszkania. Tańczyli wtedy pośród nierozpakowanych pudeł. „Tańczyli” to zdecydowanie zbyt wiele powiedziane. Ruchy, które wykonywała, trudno było nazwać tańcem. Była zbyt sztywna, by dobrze tańczyć. Zbyt sztywna w tańcu i zbyt sztywna w łóżku. Miał nadzieję, że jeśli poświęci jej wystarczająco dużo uwagi i czasu, to się zmieni. Dziś już nie miał tych złudzeń. Niektóre rzeczy się nie zmieniają. Na pewno nie byli parą, która potrafiła się dopasować, dograć w „tych” sprawach.

Och, oczywiście, miała inne zalety. Tylko z czasem coraz trudniej mu było sobie przypomnieć jakie. Kiedyś wydawała mu się taka piękna. Ładnie się uśmiechała. Miała w sobie kruchość, która sprawiała, że chciało się ją chronić. Uwielbiał, gdy się śmiała. Kiedyś zrobiłby wszystko, byle tylko się zaśmiała. Kiedyś. Słowo klucz. Kiedyś. Dziś bardzo się starał, by dostrzec to, co kiedyś. Denerwowała go. W ogóle się nie starała. Jakby uznała, że skoro się przeprowadziła, nic mu już nie jest winna. Nie próbowała nawet się dopasować. Cały czas manifestowała swoją niezależność. Zachowywała się tak, jakby jednocześnie czuła się lepsza i gorsza od innych. Z jednej strony wyczuwał jej ukryte poczucie wyższości, z drugiej, gdy o sobie mówiła, w jej głosie pobrzmiewała pretensja, jakby miała siebie za kogoś gorszego albo jakby uważała, że w jego oczach jest kimś gorszym.

Wrócił pamięcią do czasu sprzed ślubu. Kumple go ostrzegali. Jeden – wieczny kawaler, drugi wpadł, więc musiał się żenić, ale w sumie źle na tym nie wyszedł. Mówili mu. Twierdzili, że kobiety po ślubie zmieniają się na gorsze. Nie wierzył. Sądził, że ich to nie spotka. W końcu tak dobrze się dogadywali. Wiedział, że może jej powiedzieć wszystko, poradzić się w każdej sprawie. Mógł liczyć na ironiczny komentarz. Szły w pięty, ale w sumie je lubił. Lubił, gdy bezczelnie i bezlitośnie z niego żartowała. Gdy byli sami. Tak, owszem. W towarzystwie? Nie, to było niedozwolone.

Mogłaby okazywać trochę więcej dobrej woli. Kiedy chodzili na imprezy (sam tego nie lubił, ale przecież jego praca tego wymagała! No dobrze, może jest trochę nieszczery, może jednak lubił, gdy go dostrzegali, pochwalili publicznie…), wciąż wyglądała na naburmuszoną. Nawet nie starała się ukryć, że jest straszliwie niezadowolona z tego, że musi tam być. Ciągle chodzi nadąsana, wiecznie marudzi. Niemal nie ma dnia, by nie strzeliła focha. A jeśli ma spokojny dzień, to jakby jej nie było. Mówi do niej, ale ona zdaje się nie słuchać. To chyba boli go najbardziej. Zawsze mieli ze sobą bardzo dobry kontakt. Mogli rozmawiać o wszystkim, całymi godzinami. To prawda, to głównie on mówił, ale nigdy jej to nie przeszkadzało. Tylko z nią mógł dyskutować na najdziwniejsze tematy, które nikogo nie obchodziły. Wyznała mu kiedyś, że gdy budzi się o trzeciej w nocy i nie może spać, zastanawia się, czy pingwinom jest zimno w stopy. Dyskutowali o tym cały wieczór. Bo czy pingwiny w ogóle mają stopy? By upamiętnić tę rozmowę, kupił jej kiedyś pluszową sowę w skarpetkach. Nazwała ją Oscar. A właściwie mówiła o niej „ten sów”. Maskotka do dziś siedziała na parapecie okna w jej pokoju. Bardzo ją lubiła. Kiedyś. Czy dziś Oscar w ogóle ją obchodził? Czy pamiętała, dlaczego go dostała? Lubił robić jej prezenty. Małe drobiazgi, choćby pojedynczy kwiatek albo jej ulubioną czekoladę, kupioną podczas popołudniowych zakupów.

Podnosi wzrok. Żółta czapka jego żony niknie właśnie za rogiem. Wypuszcza cicho powietrze. Nie może pozbyć się wrażenia, że odczuł ulgę, iż nie weszła. Co by wtedy zrobił? Przypuszczał, że wszyscy poczuliby się niezręcznie. Zastanawia się, czy dwa lata temu również poczułby zażenowanie, czy podszedłby, aby wziąć ją w objęcia. Na jego biurku ląduje cukierek w żółtym papierku. Podnosi wzrok. Śliczna blondynka, młodsza, realistyczniejsza i przede wszystkim ładniejsza (tak, ładniejsza!) wersja Charlize Theron, patrzy na niego i uśmiecha się.

– Odpłynąłeś, szefie.

Odpowiada uśmiechem. Bo dlaczego miałby się do niej nie uśmiechnąć?

***

Dzień mija jej pod znakiem „Greya”. Niby wie, że papier toaletowy zawsze będzie bardziej popularny od papieru czerpanego, ale z drugiej strony ją to denerwuje. Tak bardzo chciałaby, aby pytano ją o Zadie Smith, Sue Monk Kidd, Matthew Quicka. Choćby o Cobena albo Browna! Tymczasem oni wciąż przychodzili po „Greya”! Niech diabli porwą ten przeklęty film!

Ostatni raz spogląda na pomieszczenie. Lubi swoją pracę. Gdyby nie ona, zwariowałaby w tym przeklętym mieście. Największym sentymentem darzy czerwony tron stojący w głównej sali. Stamtąd przechodzi się do pokoju, gdzie w soboty odbywają się spotkania z dziećmi. Nie lubi dzieci, nigdy nie lubiła. Owszem, czasami przebierze się za księżniczkę i czyta bajki, naśladując głosy różnych stworzeń, ale niespecjalnie za tym przepada. Na szczęście szefowa to akceptuje i prosi ją o pomoc tylko w sytuacjach awaryjnych, kiedy panie, które zwykle prowadzą zajęcia, są chore lub z innego powodu nie mogą. W końcu ma przygotowanie pedagogiczne. Jest w stanie wytrzymać i przeprowadzić półtoragodzinne zajęcia. Znacznie bardziej lubi wybierać książki, doradzać klientom, tak, wtedy czuje, że może to miasto nie jest wcale takie złe. Gasi światła. Księgarnia „Bajka” niknie w mroku. Zamyka za sobą drzwi i wychodzi.

Do domu na osiedlu Wichrowe Wzgórze chodzi piechotą. To spory kawałek, ale tak woli. Sieciówkę kupuje tylko, kiedy jest już naprawdę zimno, ale nawet wtedy bezsensowne czekanie denerwuje ją czasami tak bardzo, że woli iść na piechotę. W trzech czwartych drogi zatrzymuje się zwykle, by wejść do marketu i zrobić zakupy. Ich życie zamknęło się w zasadzie w obrębie trzech osiedli. Osiedla Przyjaźni, gdzie mieściła się „Bajka”, osiedla Pod Lipami, gdzie w osiedlowym domu kultury kierownikiem był jej mąż, oraz Wichrowego Wzgórza, gdzie zamieszkali. A nie, było jeszcze czwarte, kolejne, położone tuż obok osiedle Zwycięstwa. Miejsce zamieszkania jego rodziców.

Wichrowe Wzgórze to była taka ładna nazwa. A jednak nie lubiła tego miejsca. Z okna jej pokoju ciągnął się widok na parking. Cud, miód, malina. Kiedyś poprosiła, by przeprowadzili się gdzie indziej. Może na Jeżyce? Tam jest tak ładnie. Secesyjne kamienice, klimat, historia ukryta w każdej cegle, w każdym grymasie twarzy płaskorzeźb zdobiących kamienice. Mąż popukał się w czoło. Stwierdził, że pod oknem cały czas jeździłyby im tramwaje, na Kaponierze wciąż trwają remonty, więc pewnie hałas byłby nie do wytrzymania. Zostali więc na Wichrowym Wzgórzu. Tam mijał im już trzeci rok małżeństwa.

Wielu rzeczy w swoim życiu starała się uniknąć. Jedną z nich była rola kury domowej. Chciała mieć w życiu pasję, chciała mieć cel, chciała… Wiele siły poświęcała „Bajce”. Pomagała szefowej wybierać książki, czasami również na sobotnie zajęcia, bo choć nienawidziła ich prowadzić, świetnie układała konspekty takich przedsięwzięć. Czytała notatki z tyłu książek lub same książki, by zawsze być zorientowaną, by wiedzieć, o co może pytać klient, by zawsze móc doradzić, coś zaproponować. A jednak miała wrażenie, że utknęła zamknięta w stereotypie kury domowej. Zarabiała mniej od męża, to ona kończyła wcześniej pracę, to ona czekała w domu z obiadem. Nie czuła się z tym dobrze. Choć przecież jej mężowi nie można było nic zarzucić. I tak trafiła lepiej niż większość kobiet. Nie musiała mu przypominać o wynoszeniu śmieci, z własnej woli zmywał naczynia. To prawda, robił wokół siebie makabryczny bałagan, ale starał się też po sobie sprzątać. To więcej, niż można oczekiwać od mężczyzny, wiedziała o tym.

Po wyjściu z marketu mogłaby prosto podziemnym, zaniedbanym przejściem przedostać się na drugą stronę ulicy, a stamtąd już tylko kawałek do domu. Mogłaby, ale nie chciała. Zawróciła do pasażu, gdzie w części warzywniczej znalazło się miejsce dla niewielkiej kwiaciarni. Zawsze lubi tamtędy przechodzić. Niby to przypadkiem, a tak naprawdę celowo. Patrzy na rośliny i jakoś jej lepiej. Tego dnia ma wyjątkową chandrę. Bywają takie dni, których jej mąż ani nie rozumie, ani zdaje się nie akceptować. Nie wie, skąd to się bierze ani dlaczego odchodzi w tym, a nie innym momencie. Tak po prostu jest, że nawiedzają ją dni, kiedy nie ma ochoty na kontakt z innymi, gdy najchętniej zwinęłaby się w kłębek i tak trwała, bezmyślnie patrząc w ścianę. Wtedy ma ochotę zamknąć się w pokoju i nikogo do siebie nie dopuszczać, bo i po co? Przecież i tak nie ma nikogo. Nikogo, kto by zrozumiał, że czasem człowiek po prostu chce być sam. Ale właśnie w tych chwilach on bywa wyjątkowo natarczywy. Chodzi za nią, wciąż chciałby jej towarzyszyć. Ciągle coś mówi. A ona tylko zaciska usta w ciasną kreskę, by czegoś nie powiedzieć, by nie wrzasnąć, że ma się zamknąć, dać jej święty spokój, że chce pobyć sama choć minutę. Zamiast tego milczy, uporczywie milczy. By nie powiedzieć choćby o dwa, choćby o jedno słowo za dużo.

Nagle je dostrzega. Drzewko pomarańczowe. Jest piękne i dość duże. Ma ładne, świetliste owoce, niczym małe słońca. Symboliczny skrawek raju. Patrzy i wyobraża sobie ogród. Zawsze chciała mieć dom z ogrodem. Róże (z całą pewnością nie miałaby do nich ręki i regularnie by płakała, gdyby obłaziły je mszyce), drzewa, między którymi wisiałby hamak, idealne miejsce do czytania książki. Trawnik. Skończyłoby się pewnie na tym, że musiałaby sama go kosić, bo on by się bał. Był dzieckiem miasta. Nie znosił robaczków, wszelkiej żywej natury. Na samą myśl o ślimakach wylegujących się na trawniku dostałby pewnie drgawek. Tak. Ogród, nawet niewielki, za domem. Skalniak gdzieś pod oknem. Majeranek, mięta i inne zioła, jak przystało na czarownicę. Westchnęła. Odłożyła to marzenie na półkę. Tak jak wiele przed nim. Marzenia, którymi z nikim się nie dzieliła. Bo i po co, co by to zmieniło? Nie byłaby ani bliższa, ani dalsza ich realizacji. Zamiast domu – bloki. Zamiast trawy – beton. Żyła w mieście i nic tego nie zmieni. Żadna siła, czy to zła, czy dobra, jej stąd nie wyrwie.

A jednak widzi je. Jest piękne. A pomarańczowe kule przypominają małe słońca oświetlające smutny, zapłakany świat. Przez moment nie potrafi uwierzyć, że nie jest plastikowe. Stoi tam sobie, zupełnie niewinnie, wśród tych wszystkich wykwintnych i dostojnych storczyków. Teraz taka moda. Na storczyki. A ono jest inne. Samotne, jedno jedyne. Wyciąga portfel. Już wie, że chce je ze sobą zabrać… Do domu? Nie, ona nie ma domu. Do tego mieszkania, w którym żyje. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów korzysta z karty, bo nawet nie ma ze sobą tylu pieniędzy. Wie, że jej mąż powiedziałby: „Oczywiście, kup je sobie, choć moim zdaniem jest stanowczo za drogie”. I tak jakoś, jak zawsze, słowa „moim zdaniem” przeczyłyby wyrazowi „oczywiście”. Zagryzłaby przy tym wargę. Nie powiedziałaby, że monety, które kolekcjonował, niejednokrotnie wypadały znacznie drożej. Nie powiedziałaby, że to są jej pieniądze i ma prawo robić z nimi, co chce. Nic by pewnie nie powiedziała. Może by go nawet nie kupiła. Nagle nachodzi ją myśl. Czy to już byłaby przemoc ekonomiczna? Sugerowanie jej, na co może, a na co nie powinna wydawać własnych pieniędzy…

Wyrzuca tę myśl z głowy. To nieważne. Teraz, dzisiaj, w tej chwili jest tu sama. On może kręcić nosem, ale wtedy doniczka będzie już stała na jej biurku. Kupuje roślinę, bo zawsze o takiej marzyła. Kupuje ją, bo owoce przypominają małe słońca. Dziesiątki małych pomarańczowych słońc. Wreszcie kupuje ją na pamiątkę powieści, którą kiedyś czytała. Jako dziecko? Nastolatka? Nie pamięta dokładnie. Czy to efekt starzenia się?

Kupuje roślinę za horrendalne pieniądze. Niezgrabnie niesie doniczkę do domu. Owoce nie pachną, to oczywiste. W mieście owoce nie pachną. Trawa nie pachnie. Gwiazd nie widać. W mieście rządzi beton, a na wysokość, na jakiej znajduje się jej (jej? Gruba nieścisłość!) mieszkanie, komary nie dolatują. Oczywiście w razie apokalipsy jak z amerykańskich horrorów, oni umrą pierwsi. Ale to nic. Teraz, dzisiaj, to nieważne. Idzie do domu. Niesie przed sobą swoje własne drzewko pomarańczowe. Wątpi, by mąż zrozumiał. Ale póki co, właśnie teraz, zanim wróci do domu, ten dzień nie jest taki zły. Może nie skończy się na tym, że wróci, zrobi sobie herbatę, zawinie się w koc i zagapi w ścianę.

***

Na piąte piętro wjeżdża windą. Ze schodów korzysta tylko wtedy, kiedy jest awaria albo gdy coś jej odbije i postanawia przejść na dietę. Wtedy chodzi po schodach. W ramach ćwiczeń. Nielichych ćwiczeń. Kilka lat temu (dwa? Trzy? Czas tak szybko leci) stare, skrzypiące windy wymieniono na nowe, z sympatycznym damskim głosem wyczytującym mijane piętra. Siatki z zakupami są ciężkie i szybko traci oddech. Wszystko przez to, że jest typową introwertyczką, tylko siedziałaby w książkach. Dlatego zmusza się do chodzenia do pracy na piechotę. Próbuje oszukać… siebie? Swoją nadwątloną kondycję? Otwiera drzwi. Mieszkają na końcu korytarza. Sąsiedzi z naprzeciwka to straszni bałaganiarze. Nigdy nie sprzątają korytarza, a pod ścianą od ich strony piętrzą się rzeczy. Stare koce, nakrętki od butelek, popsute zabawki, dziecięcy rowerek. Tego dnia spostrzega ze zdziwieniem, że wszystko zniknęło. Nie ma już bałaganu. Myśli sobie, że trochę za wcześnie na wiosenne porządki, zwłaszcza że jest listopad.

Idzie do kuchni, gdzie wypakowuje zakupy. Myje ręce i zabiera się za gotowanie obiadu. Lubi to. Lubi nowe smaki, wypróbowywanie kolejnych przepisów. To też rodzaj buntu. Tym razem przeciwko matce. W domu rodzinnym gotowało się tanio. Gotowało się tradycyjnie. Żadnych udziwnień. Ryż i makaron były szczytem ekstrawagancji. Dlatego też próbuje, sprawdza, testuje. Skwapliwie wykorzystuje wszystkie marketowe tygodnie: włoskie, chińskie, indyjskie, norweskie. Smakuje kurczaka tikka masala. Z zażenowaniem i zakłopotaniem kroi na sałatkę paluszki krabowe, uświadamiając sobie, że to kiedyś żyło i się poruszało (ta jedna myśl wystarcza, by nie jadła własnego wytworu). Robi tortille i kotlety z jajek, ziemniaków, soczewicy. Gotuje sos do makaronu z serkiem mascarpone. Większość tych dań zjawia się na ich stole tylko raz, bo mąż prawie niczego nie lubi. Nad większością z nich płacze, przekonana, że nie wyjdą, tak głęboko matka zakorzeniła w niej dwa przekonania: że czego się nie dotknie, na pewno jej się nie uda, i że nie należy marnować jedzenia.

Ryczypisk, jej rudy kot, leży na parapecie w kuchni i obserwuje ją spod przymkniętych powiek. Ma żółte oczy. Źrenice demona, jak jej się czasem wydaje. Nigdy się z jej mężem nie polubili. Mąż nie przepada za rudymi, no, chyba że to kobiety, bo te, co stwierdzała z żalem, podobały mu się wyjątkowo. Czasem miała wrażenie, że chciałby, aby przefarbowała się na rudo. Ale ilekroć patrzyła w lustro, nie umiała sobie siebie wyobrazić w innym kolorze włosów, może poza siwym. Ją też to czeka. Raczej prędzej niż później, bo w jej rodzinie wszyscy szybko siwieli. Jemu nie mieściło się w głowie, że kota można nazwać imieniem… myszy. Nawet takiej, która nosiła szablę.

Kiedy jest jej źle, lubi wracać do czasów, gdy między nimi było dobrze. Jeszcze teraz wciąż bywa dobrze. Na chwilę odrywa się od krojenia kurczaka i zamyka oczy. Wraca myślami do ich pierwszych wakacji. Wsiedli w tanie linie autobusowe i wybrali się na weekend nad morze. Chodzili po plaży, wchodzili do latarni morskiej, gonili fale. Lubi to wspomnienie. Ciepło na skórze, promienie słońca, zapach morza unoszący się w powietrzu. Smażone ryby, obficie skrapiane cytryną, jedzone na kolację. Zachód słońca i niezgrane próby robienia gwiazd na piasku. Włosy tańczące na wietrze i wpadające do oczu. Wtedy podarował jej ulubiony wisiorek. Nosi go codziennie od tamtej pory. Bezwiednie dotyka dłonią zadomowionego między obojczykami łańcuszka ze srebrną sową o bursztynowym brzuszku. Uwielbia ją do dziś. Przecież takich wspomnień ma więcej. Wspólnego śmiechu, radości z bycia razem. Pamięta kolor nieba, gdy zamiatali liście z trawnika za jej domem w Kaliszu. Wtedy pierwszy raz wziął ją za rękę. Jak to ona, jakimś cudem przyłożyła sobie trzonkiem. Chwycił jej dłoń, by obejrzeć skaleczenie. Pamięta, jak nosił ją na barana, co bardzo bulwersowało sąsiadkę. A matkę chyba jeszcze bardziej. „Po ile wy macie lat!?”. A oni tylko się śmiali. Pamięta, jak w zimny, szary dzień telepali się tramwajem na Sołacz, bo nie wiedzieć skąd przyszło jej do głowy, by zdradzić mu, że lubi karmić kaczki. Zadziwiające, jakie rzeczy człowiek zapamiętuje.

Pamięta, przecież pamięta. Więc dlaczego coraz trudniej sobie przypomnieć?

Ciąg dalszy w wersji pełnej
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij