Miłość i śmierć, cierpienie i szaleństwo - ebook
Miłość i śmierć, cierpienie i szaleństwo - ebook
Nikt nie dąży do śmierci, jeśli jest mu w życiu dobrze
„Miłość i śmierć, cierpienie i szaleństwo” to zbiór dogłębnie poruszających opowiadań, które odkrywają mroczne oblicza ludzkiej psychiki. Karolina Weronika prowadzi czytelników przez świat potężnych uczuć, rozpadu i kryzysu, w którym trudno odróżnić ból od miłości, a pragnienie śmierci od tęsknoty za życiem.
Zawarte w tym zbiorze historie są szczere, przewrotne, a niekiedy groteskowe i wszystkie obnażają różne odcienie szaleństwa. Mówią o ludziach balansujących na krawędzi – współczesnych Werterach i Ofeliach, którzy doświadczają samotności i dla których własne myśli potrafią być największymi wrogami.
W tych opowieściach możesz się zatracić i dostrzec odbicia samego siebie. Zwłaszcza, jeśli widzisz więcej, czujesz mocniej i zadajesz pytania, na jakie nie ma prostych odpowiedzi.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-478-5 |
| Rozmiar pliku: | 614 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Byłam w klasie maturalnej, kiedy po raz pierwszy prawdziwie oszalałam.
Kwiecień. Ciepły, słoneczny dzień, przed południem. Nie, nie, a może to było jednak pięć lat później, po drugim epizodzie? Nie wiem, nie jestem pewna. Pamiętam jednak pewną ławkę. Po wizycie u psychiatry mama poszła coś kupić czy załatwić, ja zaś usiadłam na ławce, na ulicy Mickiewicza, na tak zwanym Manhattanie. Długo na nią czekałam, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Siedząc na tej ławce, widziałam dużo mijających mnie przechodniów. A ja byłam taka sama, samiuteńka, nie czułam się z tym jednak źle. Przeciwnie, było mi wtedy dobrze ze sobą. Byłam spokojna. Czułam nieważkość. Uśmiechałam się delikatnie, z zadziwiającą mnie miłością do samej siebie. Ciepły i jednocześnie orzeźwiający wiatr przyjemnie muskał mnie po twarzy, włosach. Słońce świeciło w oczy. Tak naprawdę było mi błogo nie z powodu wiatru i słońca, lecz dlatego, że strumień świadomości zalewający mój umysł był intrygujący, ważny, profetyczny. Jak błysk. Co ja dokładnie sobie wtedy myślałam, co wyobrażałam – nie pamiętam. Przypominam sobie jednak wrażenie: że to było fascynujące przeżycie, moja chwila, moje wspaniałe, cudowne pięć minut. Myślałam na pewno o przemijaniu, o tym, że za chwilę będę w zupełnie innym miejscu, że właśnie chwila ta uleci jak wiosenny wietrzyk. Na początku jednak mnie to nie przerażało – było melancholijnie przyjemnie, ekscytująco. Podobnie ekscytująca była pewność, że myśli moje są wyjątkowe, ponadprzeciętne, że najpewniej nikt z mijających mnie ludzi nie miał w głowie takich refleksji i może nigdy mieć nie będzie. Tymczasem mnie zalewały delikatnie przepływające inspiracje, intuicje.
Czułam się jak Susan, bohaterka Przerwanej lekcji muzyki, lub jej przyjaciółka Lisa, jak Donnie Darko, jak Sylvia Plath, jak Virginia Woolf. Czułam się wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju. I przez tę jedną chwilkę kochałam siebie. I choć cierpiałam w tamtym okresie życia bardzo, to byłam torturowaną, lecz jednocześnie wyrafinowaną, subtelną duszą. Myśli wylewały się z głowy, przepełnionej nadmiarem aluzji i skojarzeń literacko-filmowych oraz moimi własnymi refleksjami i wspomnieniami. Chciałam zatrzymać czas, zakodować go na zawsze. Wiedziałam, że gdy wróci mama, trzeba będzie wracać do samochodu i wtedy czar pryśnie, a moment ten się ulotni, stanie się odległym wspomnieniem. Jak więc zapamiętać tę chwilę, gdy siedzę na ławce i mam w sobie tak wiele odkrytych myśli? Czy w ogóle można jakoś zatrzymać czas, złapać go, uchwycić?
Przeczuwałam, że czas leci nieubłaganie, i kilka łez spłynęło mi po twarzy. Wiedziałam, że w moim dotkniętym chorobą umyśle ta myśl zaniknie, zmiesza się, pomyli z innymi, i przywołam ją przypadkiem może dopiero za jakieś dziesięć lat. Przeraziła mnie myśl, że gdy wstanę z ławki, nagle minie dziesięć lat! Że wspomnienia o Susan, Lisie, Donnie’m Darko, Sylvii Plath i Virginii Woolf, o locie nad kukułczym gniazdem, o miłowaniu samej siebie znikną jak mgła, bez mojej zgody. Wiedziałam, że może wrócą – że wrócą kiedyś na pewno – ale tylko wtedy, gdy będą tego chciały, gdy taki będzie kaprys Wszechświata. Wrócą przypadkiem, a ja zaleję się łzami nostalgii za tym minionym, utraconym dziesięcioleciem i znów usiądę na ławce odkrytych myśli.
7.07.2024To tylko krzynka krwi
Czerwcowy dzień ślubu i wesela Iwony i Filipa był ciepły, cichy, spokojny, niezapowiadający burzy. Ich święto odbyło się w atmosferze poezji, subtelnego humoru, ukojenia, wzajemnego szacunku oraz dającej się wszystkim odczuć czystej miłości, nieskażonej wcześniejszą cielesnością. Iwona dużo przeszła, a i Filip był także nieźle doświadczony przez życie. Ich połączenie się miało być symbolicznym odrodzeniem, przerwaniem więzów zła, nieszczęścia, cierpienia. Każdy (a szczególnie ich rodzice) autentycznie im kibicował, szczerze życząc powodzenia i wielu radosnych chwil.
Ich ślub był wydarzeniem przeżytym przez wszystkich bardzo duchowo, głęboko religijnie. Nie zabrakło pięknej, poruszającej do głębi homilii ani wzniosłych słów o tym, że miłość cierpliwa jest i łaskawa jest… Nie zabrakło też szczerych modlitw, łez wdzięczności, wewnętrznego poruszenia, zwrócenia się ku Stwórcy: „Boże, czy Ty widzisz jacy oni, ci młodzi ludzie, są piękni? Błogosław im, błogosław na wieki”. Młoda para również była wpatrzona w oblicze Chrystusa, ofiarując mu swoją przeszłość pełną cierpienia i prosząc o wyczekiwany czas łaski.
Wesele było inne niż wszystkie inne. Młodzi zdawali się ulepieni z innej gliny – intelektualiści, artyści, skrajni wrażliwcy, uduchowieni, delikatni, niewinni. Nie lubili ordynarnych oczepin ani zmysłowych tańców, nie umieli uzewnętrzniać na siłę swojej radości. Dlatego też byli nieco skrępowani, sztywni. Gdy to spostrzegli, jakoś z tego wybrnęli siłą swojej inteligencji. Pomogło im w tym poczucie humoru. Gdy nadszedł czas przemów, Iwona zaczęła swoją od cytatu z Księgi Judyty: „I Bóg go pokarał i oddał w ręce kobiety”, czym wywołała salwę śmiechu, szczególnie u tych, którzy dobrze ją znali i wiedzieli, że nie jest prosta, łatwa, lekka. Przeciwnie – była ciężka, skomplikowana, histeryczna, dźwigała brzemię różnych traumatycznych doświadczeń. Z kolei Filip odezwał się do niej następującymi słowami: „Kobieto, szaleją za tobą anieli. A wewnątrz jesteś gorsza niż stu diabłów. Wiedz jednak, że jestem w tobie do szaleństwa zakochany”.
Nadeszła w końcu ich noc poślubna. To miało być coś zgoła niezwykłego, czarownego, nie z tego świata. Gdy wreszcie po wielu trudach kilkunastoletniej znajomości znaleźli się sam na sam w atmosferze zbliżającego się seksu, byli nieco wyczerpani latami oczekiwania, choć oczywiście niezmiernie podnieceni i ciekawi. Iwona, choć drżąca, była bardzo szczęśliwa. Jej znękane trudami życia serduszko trzepotało z niecierpliwością i przejęciem. Była poruszona, nieśmiała, słodka, ładna i niezwykle zachwycająca w swojej niewinności. Zakochanemu w niej Filipowi ze zmęczenia zbierało się na żarciki, subtelnie ironiczne przytyki.
Po grze wstępnej i droczeniu się z Iwoną wziął ją w ramiona i pocałował długo, przeciągle, namiętnie. I zrobił coś jeszcze. Wypowiedział jak najbardziej niewinnie, bez cienia złośliwości takie słowa: „Leć jeszcze umyj ząbki”. I zaśmiał się szelmowsko, ciepło, przyjaźnie, po czym raz jeszcze pocałował Iwonę, tym razem w czoło. Ona zaś na jedną sekundę skamieniała. Zaśmiała się zaraz perliście, odpowiedziała mu coś błyskotliwie, choć nieco nerwowo, i delikatnie wyswobodziła się z jego objęć. Powiedziała, że przypomniała sobie, iż musi koniecznie napisać swojej przyjaciółce Paulinie pewną wiadomość. Obiecała, że wróci za chwilę, spragniona i gotowa. Piotr zaśmiał się wyrozumiale, pobłażliwie i pozwolił jej odejść. Rozsiadł się wygodnie w fotelu i zanurzył w słodkich rojeniach.
Iwona nie napisała tamtej nocy wiadomości do Pauliny. Idąc do drugiego pokoju, czuła się jak nieżywa: przegrana, złamana, przerażona, obolała. Wszystkie jej dawne lęki, fobie, obsesje, traumy uaktywniły się. Była całkowicie pokonana. Po chwili jednak doświadczyła ukojenia. Odetchnęła z ulgą, tak jakby była już po tamtej stronie.
Filip, wciąż pogrążony w swoich rojeniach, zdawał się tracić poczucie czasu. Przywoływał Iwonę w myślach i na głos, a gdy ta nie odpowiadała, zaśmiewał się z jej, jak sądził, zalęknienia i upajającej go niewinności. Z tych na wpół sennych rojeń wyrwały go dopiero krzyki ludzi na ulicy.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.