Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Miłość i śmierć, cierpienie i szaleństwo - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
31 marca 2026
40,99
4099 pkt
punktów Virtualo

Miłość i śmierć, cierpienie i szaleństwo - ebook

Nikt nie dąży do śmierci, jeśli jest mu w życiu dobrze

„Miłość i śmierć, cierpienie i szaleństwo” to zbiór dogłębnie poruszających opowiadań, które odkrywają mroczne oblicza ludzkiej psychiki. Karolina Weronika prowadzi czytelników przez świat potężnych uczuć, rozpadu i kryzysu, w którym trudno odróżnić ból od miłości, a pragnienie śmierci od tęsknoty za życiem.

Zawarte w tym zbiorze historie są szczere, przewrotne, a niekiedy groteskowe i wszystkie obnażają różne odcienie szaleństwa. Mówią o ludziach balansujących na krawędzi – współczesnych Werterach i Ofeliach, którzy doświadczają samotności i dla których własne myśli potrafią być największymi wrogami.

W tych opowieściach możesz się zatracić i dostrzec odbicia samego siebie. Zwłaszcza, jeśli widzisz więcej, czujesz mocniej i zadajesz pytania, na jakie nie ma prostych odpowiedzi.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-478-5
Rozmiar pliku: 614 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Ław­ka od­kry­tych my­śli

By­łam w kla­sie ma­tu­ral­nej, kie­dy po raz pierw­szy praw­dzi­wie osza­la­łam.

Kwie­cień. Cie­pły, sło­necz­ny dzień, przed po­łu­dniem. Nie, nie, a mo­że to by­ło jed­nak pięć lat póź­niej, po dru­gim epi­zo­dzie? Nie wiem, nie je­stem pew­na. Pa­mię­tam jed­nak pew­ną ław­kę. Po wi­zy­cie u psy­chia­try ma­ma po­szła coś ku­pić czy za­ła­twić, ja zaś usia­dłam na ław­ce, na uli­cy Mic­kie­wi­cza, na tak zwa­nym Man­hat­ta­nie. Dłu­go na nią cze­ka­łam, ale wca­le mi to nie prze­szka­dza­ło. Sie­dząc na tej ław­ce, wi­dzia­łam du­żo mi­ja­ją­cych mnie prze­chod­niów. A ja by­łam ta­ka sa­ma, sa­miu­teń­ka, nie czu­łam się z tym jed­nak źle. Prze­ciw­nie, by­ło mi wte­dy do­brze ze so­bą. By­łam spo­koj­na. Czu­łam nie­waż­kość. Uśmie­cha­łam się de­li­kat­nie, z za­dzi­wia­ją­cą mnie mi­ło­ścią do sa­mej sie­bie. Cie­pły i jed­no­cze­śnie orzeź­wia­ją­cy wiatr przy­jem­nie mu­skał mnie po twa­rzy, wło­sach. Słoń­ce świe­ci­ło w oczy. Tak na­praw­dę by­ło mi bło­go nie z po­wo­du wia­tru i słoń­ca, lecz dla­te­go, że stru­mień świa­do­mo­ści za­le­wa­ją­cy mój umysł był in­try­gu­ją­cy, waż­ny, pro­fe­tycz­ny. Jak błysk. Co ja do­kład­nie so­bie wte­dy my­śla­łam, co wy­obra­ża­łam – nie pa­mię­tam. Przy­po­mi­nam so­bie jed­nak wra­że­nie: że to by­ło fa­scy­nu­ją­ce prze­ży­cie, mo­ja chwi­la, mo­je wspa­nia­łe, cu­dow­ne pięć mi­nut. My­śla­łam na pew­no o prze­mi­ja­niu, o tym, że za chwi­lę bę­dę w zu­peł­nie in­nym miej­scu, że wła­śnie chwi­la ta ule­ci jak wio­sen­ny wie­trzyk. Na po­cząt­ku jed­nak mnie to nie prze­ra­ża­ło – by­ło me­lan­cho­lij­nie przy­jem­nie, eks­cy­tu­ją­co. Po­dob­nie eks­cy­tu­ją­ca by­ła pew­ność, że my­śli mo­je są wy­jąt­ko­we, po­nad­prze­cięt­ne, że naj­pew­niej nikt z mi­ja­ją­cych mnie lu­dzi nie miał w gło­wie ta­kich re­flek­sji i mo­że ni­g­dy mieć nie bę­dzie. Tym­cza­sem mnie za­le­wa­ły de­li­kat­nie prze­pły­wa­ją­ce in­spi­ra­cje, in­tu­icje.

Czu­łam się jak Su­san, bo­ha­ter­ka Prze­rwa­nej lek­cji mu­zy­ki, lub jej przy­ja­ciół­ka Li­sa, jak Don­nie Dar­ko, jak Sy­lvia Plath, jak Vir­gi­nia Wo­olf. Czu­łam się wy­jąt­ko­wa, je­dy­na w swo­im ro­dza­ju. I przez tę jed­ną chwil­kę ko­cha­łam sie­bie. I choć cier­pia­łam w tam­tym okre­sie ży­cia bar­dzo, to by­łam tor­tu­ro­wa­ną, lecz jed­no­cze­śnie wy­ra­fi­no­wa­ną, sub­tel­ną du­szą. My­śli wy­le­wa­ły się z gło­wy, prze­peł­nio­nej nad­mia­rem alu­zji i sko­ja­rzeń li­te­rac­ko-fil­mo­wych oraz mo­imi wła­sny­mi re­flek­sja­mi i wspo­mnie­nia­mi. Chcia­łam za­trzy­mać czas, za­ko­do­wać go na za­wsze. Wie­dzia­łam, że gdy wró­ci ma­ma, trze­ba bę­dzie wra­cać do sa­mo­cho­du i wte­dy czar pry­śnie, a mo­ment ten się ulot­ni, sta­nie się od­le­głym wspo­mnie­niem. Jak więc za­pa­mię­tać tę chwi­lę, gdy sie­dzę na ław­ce i mam w so­bie tak wie­le od­kry­tych my­śli? Czy w ogó­le moż­na ja­koś za­trzy­mać czas, zła­pać go, uchwy­cić?

Prze­czu­wa­łam, że czas le­ci nie­ubła­ga­nie, i kil­ka łez spły­nę­ło mi po twa­rzy. Wie­dzia­łam, że w mo­im do­tknię­tym cho­ro­bą umy­śle ta myśl za­nik­nie, zmie­sza się, po­my­li z in­ny­mi, i przy­wo­łam ją przy­pad­kiem mo­że do­pie­ro za ja­kieś dzie­sięć lat. Prze­ra­zi­ła mnie myśl, że gdy wsta­nę z ław­ki, na­gle mi­nie dzie­sięć lat! Że wspo­mnie­nia o Su­san, Lisie, Don­nie’m Dar­ko, Sy­lvii Plath i Vir­gi­nii Wo­olf, o lo­cie nad ku­kuł­czym gniaz­dem, o mi­ło­wa­niu sa­mej sie­bie znik­ną jak mgła, bez mo­jej zgo­dy. Wie­dzia­łam, że mo­że wró­cą – że wró­cą kie­dyś na pew­no – ale tyl­ko wte­dy, gdy bę­dą te­go chcia­ły, gdy ta­ki bę­dzie ka­prys Wszech­świa­ta. Wró­cą przy­pad­kiem, a ja za­le­ję się łza­mi no­stal­gii za tym mi­nio­nym, utra­co­nym dzie­się­cio­le­ciem i znów usią­dę na ław­ce od­kry­tych my­śli.

7.07.2024To tyl­ko krzyn­ka krwi

Czerw­co­wy dzień ślu­bu i we­se­la Iwo­ny i Fi­li­pa był cie­pły, ci­chy, spo­koj­ny, nie­za­po­wia­da­ją­cy bu­rzy. Ich świę­to od­by­ło się w at­mos­fe­rze po­ezji, sub­tel­ne­go hu­mo­ru, uko­je­nia, wza­jem­ne­go sza­cun­ku oraz da­ją­cej się wszyst­kim od­czuć czy­stej mi­ło­ści, nie­ska­żo­nej wcze­śniej­szą cie­le­sno­ścią. Iwo­na du­żo prze­szła, a i Fi­lip był tak­że nie­źle do­świad­czo­ny przez ży­cie. Ich po­łą­cze­nie się mia­ło być sym­bo­licz­nym od­ro­dze­niem, prze­rwa­niem wię­zów zła, nie­szczę­ścia, cier­pie­nia. Każ­dy (a szcze­gól­nie ich ro­dzi­ce) au­ten­tycz­nie im ki­bi­co­wał, szcze­rze ży­cząc po­wo­dze­nia i wie­lu ra­do­snych chwil.

Ich ślub był wy­da­rze­niem prze­ży­tym przez wszyst­kich bar­dzo du­cho­wo, głę­bo­ko re­li­gij­nie. Nie za­bra­kło pięk­nej, po­ru­sza­ją­cej do głę­bi ho­mi­lii ani wznio­słych słów o tym, że mi­łość cier­pli­wa jest i ła­ska­wa jest… Nie za­bra­kło też szcze­rych mo­dlitw, łez wdzięcz­no­ści, we­wnętrz­ne­go po­ru­sze­nia, zwró­ce­nia się ku Stwór­cy: „Bo­że, czy Ty wi­dzisz ja­cy oni, ci mło­dzi lu­dzie, są pięk­ni? Bło­go­sław im, bło­go­sław na wie­ki”. Mło­da pa­ra rów­nież by­ła wpa­trzo­na w ob­li­cze Chry­stu­sa, ofia­ru­jąc mu swo­ją prze­szłość peł­ną cier­pie­nia i pro­sząc o wy­cze­ki­wa­ny czas ła­ski.

We­se­le by­ło in­ne niż wszyst­kie in­ne. Mło­dzi zda­wa­li się ule­pie­ni z in­nej gli­ny – in­te­lek­tu­ali­ści, ar­ty­ści, skraj­ni wraż­liw­cy, udu­cho­wie­ni, de­li­kat­ni, nie­win­ni. Nie lu­bi­li or­dy­nar­nych ocze­pin ani zmy­sło­wych tań­ców, nie umie­li uze­wnętrz­niać na si­łę swo­jej ra­do­ści. Dla­te­go też by­li nie­co skrę­po­wa­ni, sztyw­ni. Gdy to spo­strze­gli, ja­koś z te­go wy­brnę­li si­łą swo­jej in­te­li­gen­cji. Po­mo­gło im w tym po­czu­cie hu­mo­ru. Gdy nad­szedł czas prze­mów, Iwo­na za­czę­ła swo­ją od cy­ta­tu z Księ­gi Ju­dy­ty: „I Bóg go po­ka­rał i od­dał w rę­ce ko­bie­ty”, czym wy­wo­ła­ła sal­wę śmie­chu, szcze­gól­nie u tych, któ­rzy do­brze ją zna­li i wie­dzie­li, że nie jest pro­sta, ła­twa, lek­ka. Prze­ciw­nie – by­ła cięż­ka, skom­pli­ko­wa­na, hi­ste­rycz­na, dźwi­ga­ła brze­mię róż­nych trau­ma­tycz­nych do­świad­czeń. Z ko­lei Fi­lip ode­zwał się do niej na­stę­pu­ją­cy­mi sło­wa­mi: „Ko­bie­to, sza­le­ją za to­bą anie­li. A we­wnątrz je­steś gor­sza niż stu dia­błów. Wiedz jed­nak, że je­stem w to­bie do sza­leń­stwa za­ko­cha­ny”.

Na­de­szła w koń­cu ich noc po­ślub­na. To mia­ło być coś zgo­ła nie­zwy­kłe­go, cza­row­ne­go, nie z te­go świa­ta. Gdy wresz­cie po wie­lu tru­dach kil­ku­na­sto­let­niej zna­jo­mo­ści zna­leź­li się sam na sam w at­mos­fe­rze zbli­ża­ją­ce­go się sek­su, by­li nie­co wy­czer­pa­ni la­ta­mi ocze­ki­wa­nia, choć oczy­wi­ście nie­zmier­nie pod­nie­ce­ni i cie­ka­wi. Iwo­na, choć drżą­ca, by­ła bar­dzo szczę­śli­wa. Jej znę­ka­ne tru­da­mi ży­cia ser­dusz­ko trze­po­ta­ło z nie­cier­pli­wo­ścią i prze­ję­ciem. By­ła po­ru­szo­na, nie­śmia­ła, słod­ka, ład­na i nie­zwy­kle za­chwy­ca­ją­ca w swo­jej nie­win­no­ści. Za­ko­cha­ne­mu w niej Fi­li­po­wi ze zmę­cze­nia zbie­ra­ło się na żar­ci­ki, sub­tel­nie iro­nicz­ne przy­ty­ki.

Po grze wstęp­nej i dro­cze­niu się z Iwo­ną wziął ją w ra­mio­na i po­ca­ło­wał dłu­go, prze­cią­gle, na­mięt­nie. I zro­bił coś jesz­cze. Wy­po­wie­dział jak naj­bar­dziej nie­win­nie, bez cie­nia zło­śli­wo­ści ta­kie sło­wa: „Leć jesz­cze umyj ząb­ki”. I za­śmiał się szel­mow­sko, cie­pło, przy­jaź­nie, po czym raz jesz­cze po­ca­ło­wał Iwo­nę, tym ra­zem w czo­ło. Ona zaś na jed­ną se­kun­dę ska­mie­nia­ła. Za­śmia­ła się za­raz per­li­ście, od­po­wie­dzia­ła mu coś bły­sko­tli­wie, choć nie­co ner­wo­wo, i de­li­kat­nie wy­swo­bo­dzi­ła się z je­go ob­jęć. Po­wie­dzia­ła, że przy­po­mnia­ła so­bie, iż mu­si ko­niecz­nie na­pi­sać swo­jej przy­ja­ciół­ce Pau­li­nie pew­ną wia­do­mość. Obie­ca­ła, że wró­ci za chwi­lę, spra­gnio­na i go­to­wa. Piotr za­śmiał się wy­ro­zu­mia­le, po­błaż­li­wie i po­zwo­lił jej odejść. Roz­siadł się wy­god­nie w fo­te­lu i za­nu­rzył w słod­kich ro­je­niach.

Iwo­na nie na­pi­sa­ła tam­tej no­cy wia­do­mo­ści do Pau­li­ny. Idąc do dru­gie­go po­ko­ju, czu­ła się jak nie­ży­wa: prze­gra­na, zła­ma­na, prze­ra­żo­na, obo­la­ła. Wszyst­kie jej daw­ne lę­ki, fo­bie, ob­se­sje, trau­my uak­tyw­ni­ły się. By­ła cał­ko­wi­cie po­ko­na­na. Po chwi­li jed­nak do­świad­czy­ła uko­je­nia. Ode­tchnę­ła z ulgą, tak jak­by by­ła już po tam­tej stro­nie.

Fi­lip, wciąż po­grą­żo­ny w swo­ich ro­je­niach, zda­wał się tra­cić po­czu­cie cza­su. Przy­wo­ły­wał Iwo­nę w my­ślach i na głos, a gdy ta nie od­po­wia­da­ła, za­śmie­wał się z jej, jak są­dził, za­lęk­nie­nia i upa­ja­ją­cej go nie­win­no­ści. Z tych na wpół sen­nych ro­jeń wy­rwa­ły go do­pie­ro krzy­ki lu­dzi na uli­cy.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij