-
nowość
Miłość jest blisko. Bracia Dreks. Tom 1 - ebook
Miłość jest blisko. Bracia Dreks. Tom 1 - ebook
Miłość. Nadzieja. Szczęście. Są blisko.
Wojtek Dreks niedawno spędził noc z kobietą, która – nie mogąc pogodzić się z odrzuceniem – zaczyna go prześladować. Za namową zaniepokojonej rodziny, w obawie o swoje bezpieczeństwo, wynajmuje agencję ochrony. Nie spodziewa się jednak, że jego bodyguardem zostanie… kobieta, i to jeszcze o głowę niższa od niego!
Iga Daniec – młoda, ambitna profesjonalistka – niekoniecznie ma ochotę czuwać nad zdrowiem i życiem jakiegoś zarozumiałego biznesmena. Szczególnie teraz, gdy mierzy się z własnymi problemami.
Od początku relacja Igi i Wojtka jest pełna napięć, a współpracy nie ułatwia wyczuwalna między nimi chemia. Czy uda im się dojść do porozumienia?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68742-33-6 |
| Rozmiar pliku: | 2,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Chciałabym, żeby wszyscy chłopcy zniknęli z powierzchni ziemi! Jak dinozaury po uderzeniu meteorytu!
– Wcale tego nie chcesz. Chłopcy są fajni, a bez nich byłoby na świecie nudno.
Odrywam zapłakaną twarz od poduszki i spoglądam na mamę ze zdumieniem.
– Nieprawda! – krzyczę. – Nienawidzę ich! Ciągle się ze mnie śmieją i nazywają tyczką! A ten okropny Mariusz krzyczy na korytarzu, że jestem płaska jak deska!
Mama kręci głową ze strapioną miną, ale gdzieś w jej oczach dostrzegam zalążek uśmiechu. Czuję na plecach delikatny dotyk jej ciepłej dłoni i z zażenowania ponownie padam na łóżko, wydając z siebie dźwięki rodem z Parku Jurajskiego.
– Kochanie, nie przejmuj się…
– Co mam zrobić, żeby dali mi spokój?! – Nie daję za wygraną i podrywam się ponownie, żeby usiąść na łóżku po turecku. – Mam się malować jak cała reszta dziewczyn w klasie? Wypychać sobie stanik skarpetkami? – Spoglądam w dół i tam, gdzie bardzo chciałabym zobaczyć dwie spore półkule, widzę ledwo widoczne wzgórki.
Jestem ostatnią dziewczyną w klasie, która zaczęła nosić stanik, a i tak robię to tylko po to, żeby się ze mnie nie śmiali. Spokojnie mogłabym jeszcze przez rok paradować w sportowym topie, bo bardziej zaawansowana konstrukcja nie miałaby czego podtrzymywać.
Mama chrząka i marszczy swoje cudowne brwi, ewidentnie próbując ułożyć w głowie jakąś sensowną odpowiedź, która mnie pocieszy.
– Masz dopiero czternaście lat. Twoje ciało się jeszcze zmieni. Daj sobie czas. – Dotyka mojego policzka i z czułością ściera spływającą po nim łzę. – Prawdę mówiąc, wszyscy przechodzicie dosyć… zwariowany okres w swoim życiu. To, co mówią ci chłopcy, teraz nie ma żadnego znaczenia. Jesteś mądra, błyskotliwa i pomocna – recytuje moje zalety, ale wcale mnie to nie pociesza.
– Wolałabym być śliczna i głupia jak Marlena – rzucam bezmyślnie. – I mieć takie cycki jak ona. – Wystawiam przed siebie ręce i pokazuję, jak łaskawa była dla jednej dziewczyny z mojej klasy Matka Natura.
Mama trąca mnie, a ja posłusznie opuszczam je na kołdrę.
– To się liczy – mówi z powagą, po czym bierze moją dłoń, odgina jeden z palców i przykłada mi do skroni. – Tego nie odbierze ci nikt, rozumiesz? Twojej zaradności i mądrości. To one są dla kobiety najważniejsze. Bo mając te wszystkie cechy, zawsze sobie w życiu poradzisz, bez czekania na to, aż jakiś chłopak zwróci na ciebie uwagę.
– Mówisz tak, bo sama zawsze byłaś piękna i kształtna. Tata cały czas powtarza, że nie ma na świecie piękniejszej kobiety niż ty.
Na jej alabastrowej szyi pojawia się różowy odcień świadczący o tym, że moje słowa ją zawstydziły.
– Ale kiedy ja poznałam twojego tatę, miałam ponad dwadzieścia lat – mówi spokojnie z błąkającym się na ustach uśmiechem.
– Co to ma do rzeczy? – Wycieram nos w rękaw bluzy, rozmazując smarki na czarnym materiale.
Mama nie komentuje mojego zachowania, ale z pewnością czuje się tak, jakby cofnęła się do czasów mojego dzieciństwa, gdy przechodziłam bunt czterolatka. Wtedy też rzucałam się na łóżko z płaczem i wycierałam zasmarkany nos w cokolwiek, co było pod ręką.
– To, że wszystko jest piękne we właściwym czasie, Iguniu. – Gładzi mnie po rozczochranych włosach. – Dzwonek szkolny brzmi denerwująco o ósmej, ale pięknie o piętnastej.
Czuję ukłucie w sercu, ale zastanawiam się przez chwilę nad tym, co powiedziała.
– Chciałabym być kiedyś dla kogoś dzwonkiem o piętnastej… – Gdy wypowiadam te słowa, orientuję się, jak żałośnie brzmią.
Mama nie może powstrzymać śmiechu. Ten cudowny dźwięk łagodzi nieco mój nastrój i sprawia, że również mam ochotę się zaśmiać.
– Moja mała wojowniczko. – Mama chichocze lekko, a jej ciało pochyla się w moją stronę. – Ty z pewnością nie będziesz dla nikogo dzwoneczkiem.
– A kim? – pytam z nieufnością, bo przecież nie robiłaby mi nadziei, by po chwili zmienić zdanie.
Mama układa usta w dzióbek i stuka w nie palcem, udając teatralnie, że się zastanawia.
– Ty będziesz jak piorun – mówi po chwili. – Jak mocny błysk, któremu towarzyszy trzęsący szybami huk. I stanie się tak, nawet jeśli twoje piersi nie urosną. Bo ktoś pewnego dnia pokocha cię taką, jaka jesteś.
Rozdziawiam usta. O kurde! Czuję się, jakby zdradziła mi najpilniej strzeżoną tajemnicę. Chyba mi się to podoba.
Tylko kiedy to się stanie?