Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Miłość na bogato. Zaczytany miliarder. Tom 3 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
13 października 2026
E-book: EPUB,
34,99 zł
Audiobook
34,99 zł
34,99 zł
3499 pkt
punktów Virtualo

Miłość na bogato. Zaczytany miliarder. Tom 3 - ebook

Przez całe swoje dorosłe życie byłem zadowolony.

Zadowolony z życia w pojedynkę, zadowolony ze swojej stresującej, ale niezwykle dochodowej pracy jako prawnik korporacyjny oraz zadowolony ze swojego beztroskiego, spontanicznego stylu życia.

Nie miałem pojęcia, że ktoś może zmienić moje nastawienie.

Niekończące się przygody z kobietami i praca już mi nie wystarczają, i jak powiedziała mi Ruby Rockford – najwyższy czas, żebym dorósł.

Aby zdobyć jej serce, potrzebny mi będzie plan – a że Ruby uwielbia czytać, postanawiam założyć klub książki i w ten sposób przyciągnąć jej uwagę.

Szykuj się, Ruby. Caplin Hawkins nadchodzi i sprawi, że nie będziesz w stanie mu się oprzeć.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8449-808-8
Rozmiar pliku: 5,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

RUBY

W wieku dwudziestu ośmiu lat ja, Ruby Rockford, doszłam do tego miejsca w życiu, gdy rozumiem, dlaczego niektóre kobiety – niektóre _bardzo inteligentne i mądre_ kobiety – wolą pozostać samotne i zamiast szukać szczęścia i towarzystwa mężczyzny, po prostu adoptują psa.

_Bardzo hau-hau-lernie śmieszne._

Myślicie, że żartuję? Nie żartuję.

Pozwólcie, że przedstawię wam sytuację.

Załóżmy hipotetycznie, że są dwie kobiety. Dla uproszczenia sprawy nazwiemy je Szczęśliwą Kobietą i Zirytowaną Kobietą.

Szczęśliwa Kobieta jest samotna. Nie obchodzą jej randki, a mężczyźni nie są punktem na jej liście. Ma świetną pracę, którą kocha, fantastycznych przyjaciół, subskrypcję Amazon Prime i Netflixa, a pies Fido jest jedynym facetem w jej życiu.

Fido jest bardzo dobrym psem.

Jest nauczony czystości, lubi długie spacery po Central Parku, a kiedy Szczęśliwa Kobieta wraca z pracy, Fido czeka i wita ją, machając ogonem. Ten puchaty kumpel nie kocha niczego bardziej niż ją i swoje piłki i nie przysparza jej żadnych zmartwień.

Zasadniczo w świecie Szczęśliwej Kobiety wszystko jest w najlepszym, kurwa, porządku.

Teraz przyjrzyjmy się Zirytowanej Kobiecie.

Zamiast Fido, ma mężczyznę… nazwijmy go po prostu Dupkiem. Ma pracę, którą kocha, i wspaniałych przyjaciół – ma nawet Amazon Prime i Netflixa – ale jej chłopak, pan Dupek, zawraca jej głowę swoimi bzdurami.

Nigdy nie dzwoni, kiedy obiecuje. Wysyła tak mieszane sygnały, że gdyby dodać do nich trochę wódki, wyszedłby niezły autorski drink, a jeśli chodzi o zaangażowanie, to raczej na nie nie licz, mała. Jemu chodzi tylko o pieprzone podrywanie, wielkie wyzwania, bo gdy już Zirytowana Kobieta trafi mu do łóżka, jego zainteresowanie zdecydowanie osłabnie.

To klasyczna opowieść o pięknej i łotrze, która w dzisiejszych czasach zdarza się cholernie często.

I zdarzyła się… mnie.

Bo nie jestem Szczęśliwą Kobietą w tej opowieści – nie, nie jestem nawet blisko.

Szczęśliwa Kobieta nie związałaby się z największym kobieciarzem w Nowym Jorku i nie oczekiwałaby, że to się uda. Ona ma Fido, na litość boską! Ona wie lepiej!

I w przeciwieństwie do mnie nigdy nie rzuciłaby się na oślep w gównozwiązek z mężczyzną, o którym sama wiedziałam – _wiedziałam, kurwa_ – że od początku będzie problemem.

To znaczy, jaka psychopatka decyduje się na faceta, który w całej swojej historii randkowej nigdy nie wyciągnął na zewnątrz nic poza swoim kutasem i oczekuje, że otrzyma od niego coś innego niż złamane serce?

Trzeba mieć wiele złudzeń, żeby to sobie wmówić i żeby samą siebie przekonać, iż jest się _tą_ kobietą – że to właśnie ty wywrócisz jego świat do góry nogami i skłonisz go do podjęcia zobowiązania – i jest to po prostu śmieszne.

Szczerze mówiąc, to niedorzeczne – absolutnie absurdalne, by myśleć, że taki facet się zmieni. Że przestanie zostawiać po sobie złamane serca tylko dlatego, że spotkał osobę, która ma odwagę i siłę woli, aby udawać, że nie ma na nią żadnego wpływu.

To irracjonalne myślenie w najlepszym wydaniu i wstydzę się przyznać… że to ja jestem niedorzeczna.

W końcu Caplin Hawkins jest mężczyzną, który wykorzystuje kobiety, łamie serca, jest kobieciarzem, boi się zaangażowania i nigdy się nie zmieni.

To fakty, które powinny być powszechnie znane.

Na przykład… pierwsze pytanie, które zadaje Sephora po przystąpieniu do programu lojalnościowego: „Jaki jest twój ulubiony odcień szminki? A czy słyszałaś o tym dupku Caplinie Hawkinsie?”.

Albo inspirujące cytaty na drewnianych tabliczkach rodem z Pinteresta, wiszących w każdym domu nad cholernym kominkiem. „Nie ma miejsca takiego jak dom, w którym nie ma Caplina Hawkinsa”.

Cholerna alarmowa wiadomość z Białego Domu wysyłana do każdego cholernego numeru w wolnym świecie powinna brzmieć – _Caplin Hawkins to cholernie zły pomysł._

Powiedzenie _mężczyźni to psy na baby_ jest całkowicie nieprawdziwe.

Caplin Hawkins nie jest psem. Psy nie łamią milionów pieprzonych serc.

Naprawdę powinnam była wiedzieć lepiej, a jednak… tak wyszło.

Dlaczego? Dlaczego nie byłam wystarczająco racjonalna, by zdać sobie z tego sprawę wcześniej – zanim pozwoliłam się złapać w sieć jego uroku i zabawnych komentarzy?

Zanim wpuściłam go do swojego łóżka i serca, a on zmienił moje życie na zawsze?

Zanim się zakochałam.

Bo teraz mam przerąbane. Zawsze już będę porównywać każdego mężczyznę, którego spotkam, do największego – dosłownie i w przenośni – kutasa, jaki kiedykolwiek pojawił się w moim życiu.

Jestem wielkim parującym truchłem po Caplinie Hawkinsie.

Poważnie. Służby oczyszczania miasta powinny się tu zjawić lada moment, by zeskrobać z chodnika moje bezużyteczne, zgniłe zwłoki.

Nie Fido. Moje.

Bardzo hau-hau-lernie śmieszne.

Nadal mi nie wierzycie?

Czytajcie dalej, sami się przekonacie.

Muszę was jednak ostrzec, żebyście byli ostrożni.

Bo na początku polubicie Capa. Będziecie myśleć, że jest uroczy, zabawny i seksowny. Sprawi, że będziecie się śmiać, chichotać i wachlować rzęsami, nawet jeśli zazwyczaj nie jesteście tym typem dziewczyn, które wachlują rzęsami.

Zauważycie, że się w nim zakochałyście.

Prawdopodobnie nie będziecie w stanie mu się oprzeć.

Ale nie dajcie się zwieść. To seksowny jak cholera wilk w owczej skórze. I kiedy w grę wchodzi Caplin Hawkins – zawsze, gdy w grę wchodzi Caplin Hawkins – istnieje naprawdę duże prawdopodobieństwo, że skończycie jako truchło na drodze.ROZDZIAŁ PIERWSZY

CAP

Na ekranie mojego komputera pojawia się powiadomienie kalendarza przypominające o rozmowie z klientem o nazwisku Gene Huffman, którą zaplanowałem na jutro, i przeklinam pod nosem.

Cholera. Sprawa Huffmana.

Wiedziałem, że mam w planach na jutro coś, co wymagało sprawdzenia, ale przy dzisiejszym chaosie w biurze aż do tej chwili nie mogłem sobie przypomnieć, co to było.

– Heather… Heidi… Hoda! – krzyczę szybko, próbując zwrócić na siebie uwagę nowej asystentki.

– Jezu Chryste – mruczy mi do ucha Milo Ives, założyciel i dyrektor generalny Fuse Technology. – Teraz wymagasz aliteracji w swoim haremie?

Przypuszczam, że niektórzy mogą uznać za nieodpowiednie rozmawianie przez telefon z dyrektorem generalnym wartego miliardy imperium bez poświęcania mu całej swojej uwagi, ale ja, Caplin Hawkins, jestem człowiekiem-orkiestrą.

Poza tym Milo jest jednym z moich najlepszych przyjaciół i po prostu godzi się z tym, że nie skupiam się na jakiejś umowie prawnej, którą chce, żebym dopracował, a która doda mu kolejne zera po przecinku do liczby na koncie. Ten człowiek ma wystarczająco dużo pieniędzy, aby wystarczyło mu na całe życie. Z pewnością brak możliwości przejęcia kolejnej firmy technologicznej nie będzie dla niego końcem świata.

Zasadniczo prowadzę swoje biuro w taki sam sposób, w jaki prowadzę swoje życie.

Nie mam partnerów, na których mógłbym się oprzeć, nie mam podwładnych, na których mógłbym liczyć, nie mam żony, przed którą muszę się tłumaczyć, gdy nie wracam do domu o określonej porze.

Podejmuję własne decyzje i wiem, że będę wykonywał pracę tak, jak chcę.

I to właśnie takie podejście doprowadziło mnie do miejsca, w którym teraz jestem.

W wieku zaledwie trzydziestu jeden lat jestem facetem – _dodam, że cholernie przystojnym _– który zbudował niezwykle udaną karierę jako prawnik korporacyjny.

Ale mam tylko tyle czasu, ile mam, godziny w ciągu dnia nie są nieskończone, w rezultacie zarówno w biurze, jak i w relacjach z kobietami, wielozadaniowość _zawsze_ się przydaje, niezależnie od tego, czy jest dobrze, czy źle postrzegana.

– Chciałbym, kurwa – mruczę, desperacko przeczesując zawalone wszystkim biurko w poszukiwaniu karteczki samoprzylepnej, którą gdzieś położyłem. Po dwudziestu czterech godzinach spędzonych w biurze, na każdym centymetrze powierzchni użytkowej leżą dokumenty, puszki Red Bulla i paragony z zamówień na jedzenie na wynos. – Próbuję sobie przypomnieć imię mojej asystentki i jestem prawie pewien, że zaczyna się na literę H.

– To Liz – odpowiada beznamiętnie.

Gdybyśmy nie rozmawiali przez telefon, na pewno objąłbym tego dupka: rękami wokół szyi. Ale w obecnej sytuacji, po prostu śmieję się sztucznie.

– Znam imię Liz, łajzo jedna. Ale Liz zdecydowała, że potrzebuje wziąć wolne, by urodzić dziecko, wierzysz w to? Jakby praca dla mnie nie była dla niej nieustającym urlopem.

Dziewięć miesięcy temu moja stała asystentka Liz, moja prawa ręka – idealna asystentka – postanowiła mieć dziecko. Tak jak każda inna cholerna osoba w moim życiu uległa pokusie ustatkowania się, małżeństwa i dzieci oraz życia zajebiście długo i szczęśliwie.

_Pffft._ Długo i szczęśliwie. Jakby przykuwanie się do jednej osoby na resztę życia miało przynieść szczęście. Gdyby tak było, rozwodem nie kończyłaby się niemal połowa małżeństw.

Szczerze mówiąc, nie rozumiem tego paskudnego zwyczaju i tak samo jak moi zakochani przyjaciele, którzy lubią wierzyć, że z nimi będzie inaczej, nigdy go nie zrozumiem.

W dodatku nastąpiło coś, co jest jeszcze bardziej irytujące – wybuchła epidemia macierzyństwa, która jest zdecydowanie gorsza. A odkąd Liz stała się jej częścią, naprawdę zaczęło mi to przeszkadzać.

Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic przeciwko dzieciom i cieszę się z powodu Liz i całego tego pierdololo, ale, do cholery, nie mogła wybrać gorszego momentu na prokreację.

– Nie sądzę, żeby można było nazwać urlop macierzyński wakacjami, Cap – rzuca Milo do mojego ucha. – Ona opiekuje się noworodkiem.

– Jeszcze nie – odpowiadam zirytowany. – Do terminu porodu zostały trzy dni. Mogłaby mieć na tyle taktu, żeby pracować do tego błogosławionego wydarzenia. Jesteśmy bardziej zawaleni niż kiedykolwiek, a ona zostawiła mnie samego.

Prycha.

– Naprawdę jesteś dupkiem, wiesz o tym?

– Nie, Milo. Jestem człowiekiem w potrzebie. To ogromna różnica. Minispódniczka McGee zamienia dziś moje życie w piekło i mam co najmniej dwadzieścia spotkań z ludźmi o wiele ważniejszymi od ciebie, do których nie jestem nawet w najmniejszym stopniu przygotowany.

Milo chichocze, a ja przebiegam w głowie wszystkie imiona na cholerną literę „H”, jakie kiedykolwiek słyszałem.

Helga.

Harper.

Haven.

Hillary. _Hillary!_

_Mamy to!_

– Hillary! – krzyczę zwycięsko.

– Jezu – mruczy Milo. – Te bębenki mi się jeszcze przydadzą, dupku.

Ignoruję go, gdy otwierają się drzwi do mojego biura, a w nich pojawia się Hillary z błyszczącymi ustami i na wysokich szpilkach.

– Wołałeś mnie? – pyta i w czarnej mini opiera biodro o framugę drzwi, po czym zaczyna piłować swoje pieprzone paznokcie.

Chyba sobie ze mnie jaja robi.

– Tak – niemal krzyczę, machając ręką, aby weszła do biura. – Musisz skoczyć do biblioteki prawniczej i zdobyć…

Zaciska usta, marszczy brwi i wydaje z siebie dźwięk, który dla wszystkich we wszechświecie, posiadających uszy, musi być odpowiednikiem tortury wodnej. Jest suchy i bulgoczący zarazem, a co najgorsze – nie ma nawet pozytywnej struktury.

– No, nie sądzę, żebym dała radę. – Przerywa piłowanie paznokci, aby spojrzeć na swój błyszczący złoty zegarek, podczas gdy mój mózg próbuje się wykrwawić. – Jest już czwarta, a o czwartej trzydzieści spotykam się z dziewczynami w SoHo na margarity.

_Margarity._

Zaciskam zęby, żeby nie krzyknąć tak głośno, że pękną od tego sięgające od podłogi do sufitu okna – w przeciwieństwie do bębenków Milo na nich mi zależy.

– Pracujemy tu długo. Na pewno Liz ci o tym powiedziała.

Między jej brwiami pojawia się mała zmarszczka.

– Liz?

– Kobieta, która zatrudniła cię jako tymczasową zastępczynię! – wyrzucam z siebie.

Nic na to nie poradzę, laska mnie wkurwiła.

Milo śmieje się mi do ucha tak głośno, że się rozłączam.

Żadnego __ „do widzenia”, __ żadnego __ „do zobaczenia, dupku”. Tylko głośne walnięcie słuchawką. Jestem pewien, że zrozumie aluzję.

Hillary podskakuje na ten dźwięk, upuszcza pilnik do paznokci i chwyta się za prawą pierś. Normalnie spodobałaby mi się taka pieszczota, ale teraz czuję tylko pulsowanie żyły na czole.

– Jestem z agencji pracy tymczasowej. Nie rozmawiałam z żadną Lizzy ani kimkolwiek innym.

_Co, do cholery? Liz nawet z nią nie rozmawiała?_

– Nieważne. Zapomnij o Liz. Zapomnij o margaritach. Chcę, żebyś została…

Kręci głową, zanim zdążę dokończyć zdanie.

– Nie mogę zawieść dziewczyn. Mamy dzisiaj babski wieczór pod hasłem _Sex and the City_, a ja jestem Samanthą. Chciałam być Carrie, ale Leslie powiedziała, że nie mam odpowiedniej budowy kości. – Wskazuje na swój skąpy strój, jakby to miało mieć dla mnie sens, i muszę mrugnąć trzy razy, zanim odpowiem zdaniem, które nie będzie zawierało słowa „kurwa”.

– Czy zdajesz sobie sprawę, że jestem twoim szefem? I że jesteś tutaj, by wykonywać swoją pracę, a czasami ta praca wymaga od ciebie zostania po czwartej? – pytam ze spokojem, którego z pewnością nie odczuwam.

Sprawa Huffmana trafiła już do CNN. To nie jest rozwodzik w sądzie okręgowym. I stanowczo potrzebuję, żeby w moim biurze wszystko chodziło jak w zegarku, jeśli nadal chcę być potężnym prawnikiem, za jakiego mają mnie wszyscy moi klienci. To dlatego do mnie przychodzą. Dlatego prezesi miliardowych spółek chcą mnie w swoich zespołach.

– Przykro mi, ale mam inne plany. Dziewczyny nie mogą dziś wieczorem obejść się bez Samanthy. To znaczy, nie miałoby to sensu, gdyby były tylko Carrie, Charlotte i Miranda. – Zupełnie niewzruszona wzrusza ramionami. – Może uda mi się zostać dłużej innego dnia.

Dobry Boże. Nic dziwnego, że pracuje w agencji pracy tymczasowej.

Nie czeka na moją odpowiedź. Zamiast tego schyla się, żeby podnieść pieprzony pilniczek do paznokci, wychodzi z mojego biura i zamyka za sobą drzwi.

Zaślepiony złością podnoszę słuchawkę i dzwonię do jedynej kobiety, której numer znam na pamięć. Do tej pory w moim życiu była stała. Niezmienna. Niezawodna. Telefon dzwoni trzy razy, zanim włącza się poczta głosowa, a ja czekam grzecznie na sygnał, który pozwoli mi mówić.

_Piiip._

– Liz, co się, do cholery, dzieje? Asystentka, którą mi przydzielono na czas twojej nieobecności, jeśli w ogóle można ją tak nazwać, jest całkowicie nie do przyjęcia. Piłuje cholerne paznokcie i gada o jakimś Sexy City i kobietach, o których nigdy nie słyszałem, a zamiast pracować, robi zdjęcia kawy i cycków. Musisz wrócić na kilka dni, dopóki nie znajdziesz dla niej zastępstwa. Oddzwoń do mnie, oddzwoń, oddzwoń.

Sam pomogę jej urodzić dziecko, jeśli to oznacza, że nie będę musiał mieć do czynienia z kobietą, która spędza dzień za biurkiem na robieniu selfie z dzióbkiem.

Spoglądam na zegar, żeby sprawdzić, która jest godzina, skoro nie ma tu Hillary, żeby mi o tym przypomnieć, bo ma te swoje cholerne margarity. Jego cyfry świecą swoją złowrogą czerwoną prawdą jak oczy demona.

Jest pięć po czwartej, a biblioteka prawnicza zamyka się o czwartej trzydzieści.

_Cholera jasna._

Podskakuję, zdejmuję marynarkę z wieszaka i zarzucam ją na ramiona, chwytam klucze, portfel i telefon i pędzę w kierunku drzwi biura. Kiedy wychodzę na zewnątrz, przy biurku Liz nie ma już tej mdłej, uwielbiającej margarity i piłującej paznokcie kobiety. Najwyraźniej po naszym spotkaniu Hillary skończyła pracę jeszcze wcześniej.

A może raczej Hell-ary? Jej obecność w moim biurze to jawny znak, że szatan postanowił wpaść i spieprzyć mi życie.

_Sukinsyn. Ten dzień to katastrofa_.

Nie mając innego wyjścia, muszę sam załatwić sprawę, więc biegnę do windy i sześć razy naciskam przycisk, jakby mój entuzjazm miał sprawić, że przyjedzie szybciej. Potrzeba cudu, żebym dotarł tam na czas. Ale nie osiągnę nic w sprawie Huffman Industries bez sprawdzenia parametrów jurysdykcji podobnej sprawy z tym samym sędzią, która odbywała się dziesięć lat temu, a obiecałem Gene’owi Huffmanowi jakieś informacje na jutro.

A ja dotrzymuję pieprzonych obietnic. Robię to, co mówię, i osiągam wyniki. To właśnie zaprowadziło mnie tak daleko – to sprawiło, że jestem najbardziej rozchwytywanym prawnikiem korporacyjnym w Ameryce Północnej – i nie ma mowy, żebym teraz obniżył loty.

Podjeżdża winda, wskakuję do środka i zaczynam maniakalnie naciskać przycisk zamykania drzwi.

Zamknęły się, w końcu, ale jestem prawie pewien, że właśnie potwierdziłem, iż przycisk zamykania drzwi nie robi nic innego, jak tylko świeci. Jest tam tylko po to, żebyś miał poczucie, że coś robisz.

Czas mija, a irytujący arsenał fletów gra w tle coś przypominającego muzykę pogrzebową – nigdy wcześniej tego nie zauważyłem.

_Dobrze, że nie usłyszałem tego po raz pierwszy w drodze do pracy_. Mógłbym to potraktować jako znak, że mogę żyć jeszcze bardziej lekkomyślnie.

Uśmiecham się na tę myśl. Moi przyjaciele posraliby się ze strachu, gdybym stał się jeszcze bardziej szalony, niż jestem obecnie.

Na szczęście, kiedy docieram do holu, mój kierowca stoi przy recepcji i rozmawia z ochroną. Podnosi wzrok, widzi mnie i przyzwyczajony do mojego tempa, natychmiast zaczyna iść do drzwi.

– Cześć, Vin – witam się, gdy otwiera mi drzwi do budynku.

– Panie Hawkins.

– Samochód na miejscu? – pytam, a on kiwa głową.

– Zaparkowałem tuż przed wejściem.

– Świetnie – mruczę, rozglądając się za autem. – Muszę dostać się do biblioteki prawniczej w ciągu piętnastu minut.

Ruch w Nowym Jorku zawsze jest okropny, ale Vinny Hugano jest najlepszym kierowcą, jakiego można sobie wymarzyć.

Nigdy się nie zdarzyło, żeby nie zawiózł mnie gdzieś na czas, bez względu na okoliczności. Mówię tu o przeszkodach typu latające świnie czy gruba śpiewaczka, nawet wtedy zawsze osiągał cel. Nie wiem, czy jest magiem, nieśmiertelnym, a może w jakiś sposób związał się z wampirami lub bóstwami, ale nie jestem na tyle głupi, żeby zaglądać Edwardowi Cullenowi w zęby.

Dlatego dzisiaj jestem prawie pewien, że mu się uda. Nasze szanse na punktualne przybycie zwiększa fakt, że biblioteka prawnicza znajduje się tylko pięć lub sześć przecznic dalej.

Vinny otwiera mi drzwi, a ja wślizguję się do środka, podczas gdy on okrąża przód i wsiada do samochodu od strony kierowcy. Suburban odpala, jeszcze zanim zdążę całkowicie zamknąć drzwi, i odjeżdżamy od krawężnika.

Wyjmuję telefon i przeglądam e-maile, a potem ponownie dzwonię do Liz. Po raz kolejny trafiam na pocztę głosową, ale tym razem nie zawracam sobie głowy pozostawianiem wiadomości. Po prostu będę dzwonił do niej, aż odbierze, jak tylko skończę tę sprawę.

W grupie czatu z moimi najbliższymi przyjaciółmi znajduję kilka nowych wiadomości tekstowych.

Thatch: _Dzisiaj jest wieczór pokerowy i lepiej, żebyście tam byli, błazny._

Kline: _To już chyba dwudziesta wiadomość, którą wysłałeś na temat wieczoru pokerowego w ciągu ostatniej doby. Rozumiemy, T. To dzisiaj. Będziemy._

Wes: _Planujesz wysłać zaproszenia z Etsy? Z informacją, żebyśmy potwierdzili udział i takimi tam?_

Thatch: _Nie kuście mnie. Wyślę ci do biura śpiewający telegram, Whitney._

Mądrale. Każdy jeden. Śmieję się do siebie i kontynuuję czytanie reszty wymiany zdań.

Trent: _Będziemy, Thatch. Wszyscy milion razy mówiliśmy, że będziemy._

Milo: _Cóż, większość z nas będzie. Cap może nie być w stanie przyjść, jest zawalony robotą. Liz jest na urlopie macierzyńskim, ale myślę, że jego nowa asystentka Hillary może zagrać kilka rund, gdy skończy margarity z dziewczynami._

Cholerny drań. Przewracam oczami i piszę odpowiedź.

Ja: _Och, biedny Milo. Czujesz się niepewnie, bo się rozłączyłem? Wiesz, że stary Cap nadal cię kocha, najdroższy._

Milo: _Och, dzięki, kochanie. To dla mnie wiele znaczy. I wiesz co? Nie powinieneś być dla siebie zbyt surowy, że obecnie załatwiasz własne sprawy, bo twoja nowa asystentka wyszła wcześniej z pracy i jest zajęta spożywaniem swojej pierwszej mar…_

Ja: _Zajebiście śmieszne, ha-ha._

Niestety, był blisko faktycznego stanu, ale nie musiał o tym wiedzieć.

Oczywiście moi cholerni przyjaciele nie przestają próbować mnie dręczyć.

Thatch: _Cap, zanim zaczniesz za bardzo zajmować się swoimi sprawami, możesz podesłać numer Hillary, żebym mógł do niej zadzwonić i zapytać, czy cię zastąpi? Nie możemy mieć braków w składzie._

Ja: _Lepiej weźcie dodatkowe pieniądze, bo zamierzam oskubać was do cna, dranie._

Blokuję ekran telefonu i się uśmiecham.

Jestem pieprzonym prawnikiem korporacyjnym. Mam doskonale pokerową twarz i nie ma wątpliwości, że dziś wieczorem ogram ich ze wszystkich pieniędzy.

_Tak, ale najpierw pójdziesz do pieprzonej biblioteki prawniczej, by znaleźć informacje, choć na tym etapie swojej kariery powinieneś płacić innym, żeby ich dla ciebie szukali…_

– Pierdolić ten dzień – wzdycham z irytacją. Nie byłem w bibliotece, by szukać materiałów do swoich spraw, od co najmniej pięciu lat.

Cholera, prawdopodobnie nawet dłużej.

Raczej dam sobie radę, ale naprawdę mnie to wkurza. Nie jestem już na tym etapie kariery. Przez większość ostatnich lat pracowałem po dziewięćdziesiąt godzin tygodniowo, by mieć pewność, że tak nie będzie.

Zatrzymujemy się przed imponującym architektonicznie budynkiem, w którym znajduje się biblioteka, a Vinny odblokowuje zamki. Po latach pracy dla mnie wie, że nie będę czekał, aż podejdzie i otworzy mi drzwi, i nawet nie próbuje zachowywać formalności.

Wysiadam i biegnę do wejścia. Przytrzymuję ciężkie, trzymetrowe drzwi dla wychodzącej kobiety i uśmiecham się do niej. Rumieni się, a część goryczy, którą czuję z powodu Hillary, znika.

Ogólnie rzecz biorąc, kocham kobiety.

Uwielbiam z nimi rozmawiać, pracować, słuchać ich, patrzeć na nie… i, do cholery, uwielbiam je pieprzyć.

Gdy są pochylone, mają uniesioną nogę, w pozycji misjonarskiej, na jeźdźca, na taczkę, na pieska, na łyżeczkę, pod prysznicem, przy ścianie – pieprzę kobiety w każdy sposób, w każdym miejscu i dbam o to, żeby dać im najlepszy seks, jaki miały w całym swoim życiu.

To właśnie sprawia, że tak obraźliwe jest, gdy pojawia się ktoś taki jak Hillary i nie wkłada absolutnie żadnego wysiłku, by wykazać się inteligencją. To nadaje reszcie kobiecej populacji bogiń ogólnie złą reputację i szczerze mówiąc, napierdala mnie od tego głowa.

Mijam marmurową recepcję w pośpiechu, ale szybkie kroki nie powstrzymują mnie przed zauważeniem oszałamiającej kobiety siedzącej za kontuarem. Ma blond włosy, delikatną skórę i różowo-czarną sukienkę w kwiaty, która zsuwa się z jednego z jej drobnych ramion, z opuszczoną głową pochyla się nad telefonem z parą słuchawek w uszach.

_Cholera, chłonę ten widok._

Jest tak skupiona na tym, co robi, że nie zauważa mnie, ale nie mam czasu, by zagadać. Bardzo bym chciał, ale zegar tyka.

Komputery są piętro wyżej, więc wbiegam po schodach po dwa stopnie naraz, aż docieram na górę, skręcam w prawo i kieruję się prosto do czytelni. Puste miejsce z przodu kusi.

Dochodzę do komputera, uruchamiam go myszką i zabieram się do pracy. Transkrypcja protokołu sądowego gdzieś tutaj jest, ale liczę, że wyszukiwanie wskaże mi gdzie.

Kiedy w końcu znajduję lokalizację półki, zamykam wyszukiwarkę, wychodzę z sali komputerowej i szybko odszukuję dokument. Gdy wyciągam z półki niebieską teczkę, jej grubość budzi mój niepokój.

Mam cholerną nadzieję, że do jutra rana uda mi się znaleźć to, czego szukam.

Przeglądam szybko strony, ale nie mam czasu na nic więcej. Do zamknięcia pozostało pięć minut, a tego rodzaju plików nie można zabrać ze sobą. Jeśli mam znaleźć to, czego szukam, będę musiał to zrobić dziś wieczorem, przeglądając kopie po wieczorze pokerowym z chłopakami.

Podjąwszy decyzję, pędzę do schodów prowadzących do głównego holu i schodzę po nich.

Ładna blondynka przy biurku nadal tam jest, patrzy w dół i bawi się materiałem sukienki, gdy się zbliżam. _Cholera, seksowne._ Jestem praktycznie zahipnotyzowany sposobem, w jaki jej paznokcie z francuskim manicurem poruszają się po materiale i co jakiś czas muskają jedwabiście gładką skórę jej smukłych nóg.

Szybko potrząsam głową i wracam do rzeczywistości.

Jest małą boginią, tak, jednak potrzebuję tych kopii bardziej niż kolejnego pieprzonego oddechu.

Ale kiedy nie podnosi wzroku od razu, mam zbyt dużo czasu, aby dokładnie przyjrzeć się jej pięknym rysom twarzy, i zanim zdążę się powstrzymać, pojawia się nowe wyzwanie.

_Jak zawrócić jej w głowie, żeby jej nie przestraszyć? A co ważniejsze, jak długo zajmie mi wejście w nią, gdy już będzie miała w głowie zawrócone?_

Chyba nieźle, że zawsze dość dobrze szła mi wielozadaniowość…
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij