-
nowość
Miłość na linii - ebook
Miłość na linii - ebook
Aiden Valentine, prowadzący Heartstrings, program radiowy z poradami na temat związków, już dawno przestał wierzyć w miłość. Jednak gdy pewna dziewczynka dzwoni po radę dla swojej mamy, Lucie Stone, wszystko zaczyna się zmieniać – rozmowa staje się hitem, a Heartstrings jest na ustach całego miasta.
Chcąc wykorzystać ten sukces, stacja proponuje Lucie, by razem z Aidenem prowadziła audycję. Społeczność Heartstrings ma jej pomóc znaleźć miłość. Całe Baltimore zaczyna śledzić jej sercowe rozterki, a słuchacze błyskawicznie wyczuwają rosnące napięcie na linii Aiden–Lucy…
I choć wszyscy pragną dla Lucy szczęśliwego zakończenia, rzeczywistość okazuje się dużo trudniejsza niż radiowa bajka.
Bestsellerowa opowieść o miłości, odwadze i wychodzeniu ze strefy komfortu, inspirowana kultową komedią Bezsenność w Seattle.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8399-549-6 |
| Rozmiar pliku: | 2,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
AIDEN
MIŁOŚĆ TO KŁAMSTWO.
Tak w każdym razie głosi napis nad drzwiami. Duże litery wyglądają jak wykaligrafowane. Brzegi upstrzone małymi serduszkami, w lewym dolnym rogu – ślad całusa. Wygląda to jak coś, co powinno wisieć przekrzywione w licealnym korytarzu, a nie śmiało deklarować upadek ludzkości podczas porannych godzin szczytu w kawiarni.
Są też serpentyny. Czerwone i białe, wystające z wiszących koszów przy oknie. Wirują gwałtownie to w jedną, to w drugą stronę za każdym razem, kiedy wchodzi ktoś z ulicy, i znów nieruchomieją w formie smutnych zwiędłych spiralek, gdy drzwi się zamykają.
Marszczę brwi, patrząc na czerwony balon ze znakiem X namalowanym pisakiem, drapię się po zaroście, czekając, aż do stolika wróci Jackson. Kobieta z torbą rozmiaru małego państwa trafia mnie w tył głowy, a ja krzyżuję ręce na piersi, wysuwając nogi do połowy przejścia, żeby chronić swoją przestrzeń. Jeśli Jackson zaraz nie wróci, to chyba zjem solniczkę. Zażyczyłem sobie croissanta, dwa bajgle i kawę wielką jak moja głowa, gdy tylko usiedliśmy. To zapłata za to, że wyciągnął mnie z łóżka o tej nieludzkiej porze.
Zwykle jestem zbyt zmęczony po nocnej zmianie, żeby odkleić się od poduszki przed dziesiątą. Ale Jackson się uparł, a kiedy upór nie wystarczał, zaczął mi grozić. Za bardzo mnie zaskoczyło to, jakich słów użył, żeby wymyślić odpowiednią wymówkę. W ciągu czterech lat wspólnej pracy w radiostacji nigdy nie słyszałem, by podniósł głos, a co dopiero by groził fizyczną przemocą, jeśli nie zgodzę się na spotkanie z nim w małej księgarnio-kawiarni dwie przecznice od jego domu.
„Przyjdź do Hochsztaplerki o ósmej” – powiedział. „Albo cię dorwę”.
Tak mnie rozproszyła ta niejasna groźba, że nawet nie spytałem, co to w ogóle za nazwa – Hochsztaplerka. Dobra dla pirackiego statku. Ale dla kawiarni?
Jackson przepycha się łokciami wśród tłoczących się przy blacie ludzi i siada na krześle naprzeciwko, na jednej ręce utrzymując tacę. Włożył szary sweter na koszulę w kratę, rękawy podwinął do łokci. Jest wymuskany i ogarnięty, każdy włos na swoim miejscu. Pewnie wstał o piątej, skończył trening przed szóstą, przed siódmą wypił swoją hipsterską kawkę. A ja mam na sobie bluzę, którą znalazłem przewieszoną przez barierkę łóżka. Chyba poplamioną sosem do spaghetti.
Gdy tylko przyszliśmy, udało nam się usiąść w boksie, chociaż napuchnięte fotele na wyższym poziomie wyglądają kusząco w otoczeniu półek wypełnionych od podłogi do sufitu używanymi książkami. Hochsztaplerka to nie tylko miejsce, gdzie ogłasza się uroczyście upadek miłości, ale też dom bogatej kolekcji literatury i najlepszych cruffinów w mieście. Czymkolwiek one są.
Jackson podaje mi kubek z kawą, minę ma pełną entuzjazmu.
– Widziałeś ten szyld?
– Nie da się go przeoczyć. – Podnoszę znów wzrok na napis nad drzwiami i kołyszące się wokół niego dekoracje. – Kupidynki bez głów to niezły akcent.
Jackson zestawia z tacy resztę naczyń.
– Co roku świętują tu antywalentynki. Pomyślałem, że ci się spodoba.
„Spodoba” to mocne słowo, gdy chodzi o zwisające z sufitu demoniczne amorki. Nie mogę oderwać wzroku od tego, który jest najbliżej nas. Jakoś udało mu się nie stracić głowy w tej masakrze i wciąż mnie obserwuje.
– Czy ludziom się podoba… coś takiego?
– Sądziłem, że to pasuje do twojego nastroju. – Unosi obie brwi i poprawia pięścią okulary na nosie. – No wiesz, twojego gównianego nastroju.
Kiedy Jackson zaczynał pracę w 101,6 LITE FM, nie użyłby nigdy słowa „gówniany” w swobodnej rozmowie. Chyba trzy lata spędzania ze mną każdego wieczoru wywarły na niego trwały wpływ.
– Subtelnie – mamroczę. Sięgam po bajgla, a potem zmieniam zdanie i jednak biorę croissanta. – To po to tutaj jestem? Chcesz mi wygłosić pogadankę o nastawieniu?
– A o czym innym niby miałaby być ta rozmowa?
– Sam nie wiem. – Dźgam palcem trzymany w dłoni wypiek. – Myślałem, że chcesz razem zjeść śniadanie. Zapytać, co u mnie słychać. Zrobić to, co robią razem przyjaciele.
– Ciekawe, że przypominasz sobie o naszej przyjaźni akurat wtedy, kiedy próbujesz się z czegoś wykręcić.
– Nie wykręcam się – mamroczę naburmuszony.
– No jasne, że się wykręcasz. Poza tym chciałem zjeść cruffina, ale wyprzedali je godzinę temu.
Następuje brzemienna cisza. Sugestia, że gdybyśmy spotkali się o siódmej trzydzieści, jak sugerował, to z radością jadłby teraz wymarzony wypiek. Odchrząkuję i przedzieram croissanta na pół.
– Wybacz straconego cruffina.
– Wybaczam. – Jackson chwyta odłożoną połówkę rogalika. – A teraz pogadajmy o tym, dlaczego co wieczór od szóstej do północy brzmisz tak, jakby odsysało ci duszę, kiedy masz udzielać porad miłosnych. Przez ciebie moje prognozy tracą słuchaczy.
– Twoje prognozy dobrze sobie radzą. – Nie mam wątpliwości, że codzienny raport Jacksona o pogodzie i ruchu drogowym to najpopularniejsza część naszego programu. – Poza tym co ja ci mam powiedzieć? Skończyły mi się rady. – Jestem pocztą głosową w ludzkiej skórze. Samoświadomą maszynką do wysłuchiwania żalów. Po sześciu latach prowadzenia _Heartstrings_, programu o miłości z telefonami od słuchaczy w Baltimore, odkryłem, że ludzie nie chcą, żeby im mówić, jak naprawić życie albo jak wziąć za nie odpowiedzialność. Chcą po prostu posłuchać własnego głosu i uzasadnić własny narcyzm.
Chcą też przez dwadzieścia sześć minut i trzydzieści dwie sekundy narzekać na to, że mąż źle ładuje zmywarkę.
Wzdycham.
– Martwi cię to, że moje nastawienie odbija się na programie.
Jackson się marszczy. Po obu stronach jego ust pojawiają się świeże bruzdy. Jedna rozmowa ze mną i jest starszy o dziesięć lat.
– To już nawet nie o to chodzi, stary. Wiem, że się odbija na programie. Rozmawiamy o tobie, Aiden. To podstawa tej całej przyjaźni, do której lubisz nawiązywać, ale którą rzadko praktykujesz. – Milknie i drapie się po brodzie. – Maggie mówiła też, że jeśli wszyscy będą dalej chodzić na paluszkach wokół ciebie i twoich delikatnych uczuć, to sama skopie ci tyłek.
Maggie, nasza szefowa w radiu, zawsze wali prosto z mostu.
– I oto cała prawda – rzucam zrezygnowany.
– Aiden – Jackson pochyla się do przodu, kąciki jego oczu i ust kierują się w dół pod wpływem grymasu – nazwałeś kogoś pieprzonym gnojem w środku audycji na żywo.
– Bo ten facet był pieprzonym gnojem. – Zanurzam croissanta w kawie. Trochę wylewa się z poobijanego kubka na wytarty blat stołu. Czuję większą więź emocjonalną z tą rozlaną kawą niż z jakąkolwiek osobą, która dzwoniła do radia w ciągu ostatnich trzech miesięcy. – Porównał kobiety do bydła, Jack.
Twarz Jacksona drga.
– No wiem. Ale już dzwonili do ciebie tacy słuchacze.
Krzywię się, a on wyrzuca do góry ręce w uniwersalnym geście mówiącym: „Stary, do cholery, daj spokój”.
– Nie mówię, że miał rację. To kompletna łajza, ale ty zawsze radziłeś sobie z takimi ludźmi, a nie… – Jackson przysuwa się bliżej, zerka mi przez ramię na otaczający nas tłum. Zniża głos: – A nie zaczynałeś bardzo pomysłową i obrazową tyradę o tym, co może zrobić ze swoją opinią. Maggie czeka na telefon od Federalnej Komisji Łączności. Myśli, że ujdzie nam to na sucho tylko dlatego, że to było po dziesiątej wieczorem, a ja przerwałem w połowie pilną informacją pogodową.
„Przerwałem” to eufemistyczny opis tego, jak dopadł pulpitu, wyrwał mi mikrofon i zaczął gadać o niżu atmosferycznym.
Pocieram twarz ręką.
– Mówiłeś, że zbliżają się burze. Nie było żadnych burz.
– Bo skłamałem! – krzyczy szeptem. – Zmusiłeś mnie do kłamstwa o pogodzie, Aiden.
Z trudem powstrzymuję śmiech. Wiem, jak poważnie Jackson traktuje swoją robotę. Chciał pracować w krajowym instytucie meteorologicznym, ale musiał rzucić studia, żeby zaopiekować się młodszymi siostrami, kiedy jego mama postanowiła dołączyć do objazdowego zespołu harmonijkowego. Został dla dziewczynek. Powiedział, że zasługują na to, by choć jedna rzecz w ich życiu była stała.
Jackson się we mnie wpatruje.
– Co się z tobą dzieje?
Wciąż zanurzam croissanta w kawie. Nie potrafię przestać.
– Nie wiem.
– Masz ostatnio krótki lont.
– Tak.
– Jesteś rozdrażniony.
– No.
– Warczysz na ludzi i chodzisz naburmuszony.
– Chyba trochę koloryzujesz, ale niech będzie.
Jackson unosi brew, jakby chciał powiedzieć: „Nazwałeś kogoś pieprzonym gnojkiem, a potem cisnąłeś kubkiem z kawą przez studio jak jakiś olimpijczyk”.
– Z rodziną wszystko w porządku? – pyta ostrożnie. – Czy twoja mama…
– Nic jej nie jest – przerywam mu. – Ma się dobrze. Rak w całkowitej remisji. Wszyscy mają się dobrze.
„Dobrze” zdawało się niemożliwością jeszcze pół roku temu. „Dobrze” zdaje się za małym słowem, by opisać ten balon napompowany ulgą, unoszący się pod moimi żebrami za każdym razem, gdy myślę o tym, że o mało co nie straciłem mamy. Znowu. O tym, jak do dupy było patrzeć na jej zmagania z chorobą. Znowu.
Wciskam kłykcie w skroń i próbuję wymazać obraz jej drobnego ciała na szpitalnym łóżku, z kablami podpiętymi do rąk i drgającym na ustach uśmiechem.
„Aiden, skarbie, wszystko w porządku. Nic mi nie jest”.
Potrząsam głową. Rak się cofnął. Lekarze są dobrej myśli. Raka już nie ma. Odchrząkam i zerkam na Jacksona.
– Rodzice są na objazdówce, żeby to uczcić. Wzdłuż wybrzeża. Planowali to, kiedy się leczyła, i teraz spełniają marzenie.
Ciągle wysyłają mi swoje zdjęcia przy znakach z nazwami różnych stanów. Rozpromienieni na plaży w Delaware, otuleni kurtkami. Identyczne wytarte czapki z daszkiem w Nowym Jorku. Mama tuląca do piersi torebkę z żelkami dżdżownicami przed wygiętym znakiem w New Jersey, w szydełkowanej czapce na włosach, które właśnie zaczęły odrastać. Zmarszczki na ich twarzach pogłębia nieposkromiona radość.
– Smutno ci, że cię to omija? Czy to dlatego jesteś takim dupkiem?
Potrząsam głową.
– Nie. Cieszę się ich szczęściem.
– No to o co chodzi? – pyta Jackson. – Co się z tobą dzieje?
Zataczam koło kubkiem do kawy. Jestem w rozsypce. Jestem takim uparciuchem, za jakiego uważa mnie Jackson. Trudno mi wyjaśnić przerażenie, które czuję za każdym razem, kiedy siadam przed pulpitem w studiu. Ten ciężar, który opada na mnie jak kamień zawsze, gdy wciskam czerwony migający przycisk, łączący mnie ze słuchaczami. To taki ból. Taki brak. Sam nie wiem. Moi rodzice są uosobieniem radości, a ja – obrazem egzystencjalnego lęku. Kiedyś uwielbiałem rozmawiać z ludźmi. Słuchać ich historii, dzielić się swoimi. Czułem dzięki temu więź.
Ale teraz jestem po prostu… wyczerpany.
– Sam nie wiem – mamroczę. – Jest…
Jest mi trudno – myślę, ale boję się to powiedzieć na głos. Boję się to urealnić. Jest mi trudno i nie mam pojęcia, co z tym zrobić. Jeśli w ogóle da się z tym coś zrobić. Chyba już nie kocham miłości, wypaliłem się po zbyt wielu pozbawionych życia rozmowach. Wypaliły mnie też gówniane okoliczności, w jakich znalazła się moja rodzina. Mam wrażenie, że za każdym razem, kiedy zaczynam liczyć, że wydarzy się coś dobrego, dopada mnie rzeczywistość. Już nie umiem być kimś, kto ma nadzieję.
Łatwiej kimś takim nie być.
Odrywam róg croissanta.
– Może powinienem pomyśleć o zmianie zawodu.
Między brwiami Jacksona pojawia się bruzda.
– Chyba sam w to nie wierzysz.
Wzruszam ramionami.
– Szczerze, stary? Trochę wierzę. – Opieram łokcie na stole. – Słyszałeś, co mówi Maggie na zebraniach. Program kiepsko wypada w statystykach. Sponsorzy nie chcą już tyle inwestować. Dzwoni do nas o połowę mniej słuchaczy niż dawniej, a każdy jest…
– Wymagający? – podsuwa Jackson.
– Nieszczęśliwy – mówię. Prowadzimy program o sprawach sercowych, w którym nie ma miłości.
Odchyla się na krześle.
– Wiem, ale… Maggie ma pomysły. Zaproponowała mnóstwo obiecujących nowych segmentów. Do tego publikuje program jako podcast, więc ludzie mogą słuchać, kiedy chcą.
– Podcast ma czternastu obserwujących – mówię. – Wśród nich moją mamę.
Parska śmiechem.
– I moje trzy siostry.
_Heartstrings_ od miesięcy nie przyciąga przyzwoitej liczby słuchaczy. Naprawdę ledwie się trzymamy.
Drzwi do kawiarni otwierają się z hukiem, między stolikami przetacza się chłodny podmuch wiatru. Jesteśmy tak blisko portu, że można się poczuć jak w środku wiru polarnego. Ludzie najbliżej wejścia narzekają chórem, a drzwi znowu trzaskają, dzwonki wydzwaniają skargę. Kupidynek z demonicznym spojrzeniem wpatruje się we mnie wściekle, dziko się kołysząc. Strzałę w naciągniętym łuku ma wycelowaną między moje brwi.
Jakie to poetyckie.
– Nigdy nie planowałem zostać w radiu na dłużej – mówię powoli. – Może w ten sposób wszechświat nakłania mnie do zmiany.
Jackson wyciąga rękę i zabiera resztkę mojego croissanta. Pozwalam mu na to.
– Że co? Zacząłeś wierzyć w znaki od wszechświata? Ty, który parskałeś śmiechem, kiedy Maggie sugerowała, żebyś zrobił segment z horoskopami?
– No bo horoskopy to bzdura.
Jackson przewraca oczami.
– Typowy Byk.
Ignoruję go.
– Coś się musi zmienić. – Chyba ja.
Ktoś przepycha się za mną, żeby dostać się do lady, dostaję łokciem między łopatki. Warczę i przesuwam się głębiej w boksie.
– Czy to koniec zleconego przez Maggie przesłuchania? Mogę zamówić drugiego croissanta?
Usta Jacksona zmieniają się w prostą linię.
– Pewnie. Powiem jej, że nie wiesz, co się dzieje, nie wiesz, czy zostaniesz w programie, ani nie wiesz, czy w ogóle jeszcze lubisz ludzi, mimo że prowadzisz najpopularniejszy wieczorny program radiowy w Baltimore.
– Kiedyś najpopularniejszy – odcinam się, kołysząc na boki do połowy pustym kubkiem z kawą i licząc, że za sprawą magii sam się napełni. – Teraz jesteśmy chyba za tym programem radia publicznego. Tym o kotach.
– _Kociaki w szczycie_?
– Właśnie.
Wydaje się zbity z tropu.
– On naprawdę jest o kotach?
Zerkam na niego z ukosa.
– A o czym niby miałby być, Jack?
– „W szczycie” brzmi trochę dwuznacznie – rzuca obronnie. – Poza tym to audycja wieczorna. Przestań tak na mnie patrzeć.
Parskam w prawie pusty kubek. _Kociaki w szczycie_ to program, podczas którego odtwarzane są piosenki zawierające w tekście słowo „kot”. Reszta audycji poświęcona jest porównaniom kociego żwirku i poradom, gdzie znaleźć najlepszą kocimiętkę w Baltimore i okolicach. To dziwnie kojące.
Widziałem ich statystyki. Mają trzy razy więcej słuchaczy niż my.
Wzdycham i opadam z powrotem na oparcie, ledwie unikając torebki, która przeleciała za moją głową. Od naszego przybycia tłok w tej małej kawiarni wcale nie zmalał, coraz więcej osób ciśnie się przy ladzie, żeby uciec przed ciężkimi chmurami napływającymi znad wody. Antresola nad schodami też pęka w szwach, ludzie siadają nawet na podłodze z otwartymi na kolanach książkami.
– Możesz uznać, że dopełniłeś obowiązku – mamroczę, patrząc, jak niebo za oknem nabiera stalowego koloru. Luty to ponury miesiąc w Baltimore, a bezgłowe kupidynki chyba nikomu nie poprawiają nastroju. – Zostałem odpowiednio skarcony. I tak dalej, i tak dalej.
– Nie o to chodziło w tej rozmowie.
Wiem, że nie o to, ale cień wstydu próbuje mnie przekonać, że tak. Nie miałem pojęcia, że ktoś oprócz mnie zauważył mój słabnący entuzjazm, chociaż wyładowanie frustracji poprzez ciśnięcie kubkiem z kawą przez studio nie było subtelnym sygnałem.
– Wiem – mówię. Jackson to mój przyjaciel, pewnie sam zaproponował, że wybada, co się dzieje, bo mu na mnie zależy. „Ta cała przyjaźń”, jak to ładnie ujął. – Postaram się poprawić. Masz rację. Może podcast nam posłuży. Zastanowię się, postaram się wymyślić coś nowego.
– A nie spróbowałbyś medytacji? – podpowiada. – Mam aplikację, możesz wypróbować.
Otwiera usta, żeby coś jeszcze dodać, ale przed szczegółami dotyczącymi jego rytuału medytacyjnego ratuje mnie nagły przeszywający dźwięk syreny okrętowej. Połowa ludzi w kawiarni się krzywi, druga połowa wydaje radosne okrzyki. Nasz stolik jest w tej kwestii podzielony.
– Co to jest, do cholery?! – przekrzykuję hałas, zasłaniając dłońmi uszy.
– Jeśli muszą zawołać kogoś po odbiór zamówienia więcej niż dwa razy, to włączają syrenę. – Jackson dalej miesza herbatę, jakby nie działo się nic nadzwyczajnego. Jakby irytująca syrena była czymś całkiem zwyczajnym. Może i jest. – Skoro jest już cicho, to baristka pewnie znowu wywoła klienta po imieniu.
Po drugiej stronie lady pojawia się blondynka. Jej twarz wykrzywia radość z własnej irytacji, w dłoni trzyma dużą mrożoną kawę. Podnosi ją wysoko, ledwie omijając łysą głowę klienta z nosem w książce.
– Brooks Robinson – woła niemal równie głośno jak syrena. – Mam kawę z mlekiem dla Brooksa Robinsona.
Tłum się rozstępuje, porusza. Ludzie czający się na antresoli wyglądają za balustradę. Słychać szmer zaciekawienia. Brooks Robinson to w Baltimore ważna osobistość.
– Myślisz, że to naprawdę on? – pyta Jackson. Przekręca się w boksie, żeby się lepiej przyjrzeć.
– Wątpię, żeby najlepszy trzeciobazowy wszech czasów pił sobie kawę z mlekiem we wtorkowy poranek w kawiarni, w której świętuje się antywalentynki.
Mój przyjaciel wzrusza ramionami.
– Nidy nie wiadomo.
Krzyżuję ręce na piersi.
– Jeśli tak, to spytajmy go, czy chce wystąpić w kiedyś najpopularniejszym wieczornym programie radiowym.
Jackson odwraca się do mnie z uśmiechem.
– I to jest nastawienie. Odrobina pozytywnego myślenia i zawrócimy ten statek.
Nie odpowiadam. O ile mi wiadomo, ten statek już leży na dnie oceanu.Rozdział 2
LUCIE
Coś jest w korytarzu.
Słyszę jakiś szmer czy szept albo… coś jakby ubrania obracające się w suszarce z garścią drobniaków, które Maya jakimś cudem zawsze zostawia w kieszeniach. Cichy szmer, a potem głuche łupnięcie.
Nie wiem, co to, kurde, jest.
Opuszczam książkę na pierś i siadam w łóżku. Za każdym razem, gdy myślę, że mi się zdawało, słyszę to znowu. Ale w pokoju Mayi jest ciemno, a jedyną rzeczą po tej stronie korytarza jest szafa na pościel, której nie zdołałam nigdy otworzyć szerzej niż na pięć centymetrów. Trzymamy w niej ręczniki do rąk. Pudełka z chusteczkami, których nie udaje nam się wydobyć. Inne drobne przedmioty, które można wyciągnąć przez małą szparkę.
O Boże… Czy nasza szafa jest nawiedzona? Czy mieszka w niej jakiś złośliwy duch, zirytowany tym, że nie umiem złożyć prześcieradła z gumką? Jeśli w tym domu straszy, to spalę je na popiół. Razem z Mayą przeprowadzimy się do kawiarni naprzeciwko. Nasze ubrania będą pachnieć jak bajgle z posypką z ziaren i zabójczo mocna kawa, ale będziemy wolne od duchów.
Wysuwam się z łóżka i biorę pusty kubek po herbacie, dzierżąc go jak broń. Nie mam pojęcia, co z nim zrobię, jeśli pojawi się przede mną mglista sylwetka wiktoriańskiej kobiety płynąca przez korytarz, ale dzięki niemu mam poczucie, że panuję nad sytuacją. Leciutkie.
Wychylam się zza drzwi, zerkając w dół schodów na drzwi wejściowe, żeby się upewnić, że dalej są zamknięte na wszystkie zamki. Złote światło ulicznej latarni przed budynkiem przesącza się przez witraże po obu stronach drzwi, rozświetlając nasz mały hol kalejdoskopem przytłumionych barw.
Wszystko jest na swoim miejscu. Buty równiutko poustawiane pod rzędem haczyków na ścianie. Moja torba do pracy obok plecaka Mayi.
Nie ma tam nic złowieszczego, żadnej zjawy.
Znowu słyszę ten odgłos, bliżej niż potencjalnie nawiedzona szafa na pościel. Odwracam gwałtownie głowę w stronę pokoju Mayi. Coś zostało wepchnięte w szparę między podłogą a drzwiami. Granatowe, jak kołdra z jej łóżka. Kolejny odgłos niesie się po drewnie. Tym razem śmiech. Brzmi dokładnie jak śmiech mojej dwunastoletniej córki. Mojej dwunastoletniej córki, która powinna spać w swoim łóżku pod kołdrą, a nie z kimś rozmawiać albo chichotać.
Na paluszkach zbliżam się do drzwi jej pokoju i przyciskam do nich ucho. Pomalowałyśmy je na blady róż z brokatowymi gwiazdkami, kiedy miała osiem lat, ale gdy miała jedenaście, stwierdziła, że są okropne. Próbowałam zedrzeć gwiazdki, jednak te najbardziej uparte wciąż tkwią w górnym rogu, gdzie nie dosięga żadna z nas, ich zblakłe koniuszki się podwijają.
– Nie wiem – rozlega się za drzwiami przyciszony głos Mayi. – Moja mama chyba nie byłaby zadowolona. – Nastaje długa cisza. – Nie no, wiesz… Masz rację. Teraz jej tu nie ma. A my zaszliśmy aż tutaj.
Kto to „my”? I w czym zaszli aż tutaj? Żołądek mi się ściska, panika chwyta mnie za gardło. Nagle przemykają mi przez głowę wszystkie potworne historie o nastolatkach, jakie czytałam w internecie. Sięgam do drzwi, jestem już tylko serią wywołanych strachem reakcji chemicznych. Mentosem wrzuconym do butelki z colą, wznoszącą się pianą czegoś potwornego. Otwieram gwałtownie drzwi, unosząc się gdzieś ponad ciałem w chmurze lęku. Mój kubek jakimś cudem trafia na drugi koniec pokoju, na miękki, zapadający się fotel, w którym lubi czytać Maya. Moje serce poleciało chyba razem z nim.
Maya krzyczy wniebogłosy w reakcji na moje wtargnięcie, koc, pod którym jest skulona, wije się wokół jej chudego ciała. Próbuje ukryć pod nim telefon, ale ja zrywam z niej koc i rzucam w tym samym kierunku co kubek. Właśnie stałam się bardziej przerażająca niż duch w szafie na pościel.
– Z kim rozmawiasz?! – wrzeszczę, czując, jak niepokój ściska mi gardło, jak od środka kłuje mnie strach. Wykorzystuję w tym momencie mniej więcej zero procent wiedzy z książek o empatycznym wychowaniu, które nałogowo wypożyczałam z biblioteki, kiedy młoda miała sześć lat, ale nic mnie to nie obchodzi.
Moja córka szepcze do telefonu w środku nocy, i w dodatku to ukrywa. Tak się zaczynają reportaże kryminalne.
Maya przecież niczego nie ukrywa. Każdą myślą, jaka wpadnie do jej ślicznej główki, od razu się ze mną dzieli. Nawet kiedy bardzo tego nie chcę. Okłamała mnie tylko raz: gdy była w trzeciej klasie i wszystkie jej pieniądze na lunch znikały w tajemniczych okolicznościach. Okazało się, że kupowała całej klasie precle. Codziennie. Nazywała to preclową imprezą. Powiedziałam jej, że musi przestać, a ona prawie dwa kolejne tygodnie cicho przez to płakała przy kolacji.
To dobre dziecko. O miękkim sercu. Odrabia lekcje. Pomaga w domu. Znosi moje czasami nieludzkie godziny pracy i nie prowadzi potajemnie rozmów ściszonym głosem z obcymi ludźmi w środku nocy.
Sięgam po jej telefon, a ona odsuwa go znów poza mój zasięg, tuląc do piersi. Oczy w kolorze mchu – dokładnie takie jak moje – otwierają się szerzej ze strachu.
– Nie – szepcze. – Nie możesz.
Słyszę niski głos po drugiej stronie, w tonie wznoszącym na końcu, jakby właśnie zadał pytanie. To ktoś o niskim głosie. Męski głos.
Męski głos rozmawia z moją nieletnią córką przez jej komórkę w środku nocy.
– Maya. – Próbuję wziąć wdech przez nos, wypuścić powietrze przez usta. – Daj mi telefon.
Jej palce zaciskają się na obudowie.
– To nie tak, jak myślisz – szepcze.
– Nie masz pojęcia, co teraz myślę.
– Właśnie, że mam. Masz minę jak wtedy, kiedy naoglądasz się programów kryminalnych. Pewnie myślisz, że powinnaś bardziej pilnować, ile korzystam z internetu, ale ja ci mówię, że to nie tak, jak myślisz.
Powoli podnosi telefon do ucha, nie odrywając ode mnie wzroku. Czuję się jak w punkcie kulminacyjnym jednego z tych pełnych przemocy filmów, które zawsze włączał mój tata, kiedy byłam mała. Czarny charakter trzyma uroczego puchatego pieska za oknem najwyższego piętra wieżowca. Nie wiem, czy ja jestem czarnym charakterem, czy pieskiem.
– Daj mi chwilę – mówi Maya do męskiego głosu po drugiej stronie.
Oko mi drga. Jestem czarnym charakterem. Tak, jestem czarnym charakterem, a to jest moment, w którym wkraczam do akcji.
– Nie masz żadnej chwili. Daj telefon – mówię tak spokojnie, jak tylko mogę, czyli nie dość spokojnie, bo Maya krzywi się, zerkając na mnie. Kiwa głową, a potem potrząsa, a potem znowu kiwa.
– Dobrze – mamrocze do siebie, wciąż kiwając. – Idzie to trochę szybciej, niż chciałam, ale dam sobie z tym radę.
– Z czym dasz radę? – warczę.
– Z tą rozmową – mówi Maya, potrząsając uniesionym telefonem. Rozmowa trwa od około dziesięciu minut, moje serce znowu zaczyna wywijać spanikowane fikołki. Ona rozmawiała z kimś dziesięć minut, podczas gdy ja leżałam w łóżku i rozważałam prawdopodobieństwo istnienia duchów z szafy. – To do ciebie.
– Co?
– Ten telefon. Jest do ciebie – powtarza spokojnie.
Liczba osób, z którymi rozmawiam, wynosi dokładnie cztery, a jedna z nich jest teraz ze mną.
– Świetnie. To mi go podaj.
– Tylko… – Zaciska usta. – Daj temu szansę, dobrze? Zachowaj otwarty umysł.
Mój umysł będzie bardzo otwarty, kiedy głowa mi eksploduje w samym środku tej sypialni.
– Daj telefon.
– Dobrze. – Przysuwa się na krawędź łóżka i podaje urządzenie. Jak specjalistka od rozbrajania bomb. – Spoko. Dzięki, mamo. Jesteś super.
– Nie podlizuj się – rzucam przez zaciśnięte zęby.
Wyciąga w górę drżący kciuk.
Podnoszę telefon do ucha. Dyszę jak smoczyca. Albo seryjna morderczyni. Smocza seryjna morderczyni. Wciąż biorę głębokie, głośne wdechy, próbując uspokoić bicie serca, ale to chyba nie działa.
– Kto… – Oblizuję usta i próbuję odchrząknąć. Chcę, by w moim głosie było słychać siłę. Chcę, by był przerażający. – Kto mówi, do cholery?
Cisza w słuchawce. A potem stłumiony dźwięk. Może kaszel. Albo śmiech.
Cały mój strach staje się malutką kulką, aż zmieniam się w uosobienie wściekłości.
– Powiedziałam coś śmiesznego?
– Na pewno za chwilę zrozumie pani moje rozbawienie – mówi nieznajomy po drugiej stronie. Nie wydaje się szczególnie zaskoczony, że miejsce dziewczynki, z którą rozmawiał, nagle zajmuje ziejąca ogniem kobieta. – Dobry wieczór. Nazywam się Aiden.
– Dobrze, Aiden. – Zerkam na córkę, siedzącą z podwiniętymi nogami, otuloną kocem w syrenkowy wzór. Mrugam i widzę ją jako czterolatkę, z nierównymi kucykami i bosymi stopami wiszącymi nad podłogą. Znów mrugam i ma swoje naście lat, przygląda mi się czujnie. – Dlaczego rozmawiał pan z moją córką o dziesiątej czterdzieści dwie wieczorem?
Znów cisza.
– Uwierzy pani, że to ona do mnie zadzwoniła?
– Nie obchodzi mnie to. – Zaczynam tracić nad sobą panowanie. – Nie obchodzi mnie, czy jest pan tajnym agentem i negocjuje z porywaczem. Ona ma dwanaście lat.
Maya z plaśnięciem zasłania dłońmi oczy, prycha i opada na łóżko.
– Nie podoba mi się to, co pani insynuuje – mówi on.
– A mnie się nie podoba to, co pan robi.
– Chwileczkę. Proszę mi pozwolić wyjaśnić…
– Czy ma pan w zwyczaju prowadzić późnonocne rozmowy z nieletnimi dziewczynkami?
– Nie mam w zwyczaju czegokolwiek z nieletnimi dziewczynkami – rzuca.
Bardzo mnie cieszy to, że głos mu się załamał. Aiden nie jest już rozbawiony. I dobrze.
– Nie jestem… – prycha, parska, wydaje z siebie serię innych odgłosów frustracji. – Chyba powinniśmy zacząć od nowa.
– Nie, dziękuję. Już dość długo pozwalam ciągnąć tę rozmowę. Rozłączam się.
– Proszę chwilę zaczekać.
– Na co?
– Na wyjaśnienie.
– Na pewno jest świetne, ale mnie nie interesuje.
Znowu wydaje z siebie burknięcie.
– To proszę spytać Mayi.
– O co?
– Skoro raczej nie uwierzy pani w to, co ja powiem, to proszę spytać Mayi, dlaczego rozmawia ze mną o dziesiątej czterdzieści trzy – mówi niskim głosem. Ochrypłym. Jak burza, która pojawia się nagle nad portem i zostaje, grzmoty dudnią jeden za drugim, aż powietrze zaczyna wibrować w kościach.
A może to mój gniew. Sama nie wiem. Mrużę oczy i odsuwam telefon od ust, zasłaniając mikrofon dłonią.
– Dołączyłaś do sekty? – pytam córkę. On gada jak sekciarz. A przynajmniej jak ktoś, kto należy do piramidy finansowej.
W milczeniu potrząsa głową.
– Czy to wołanie o pomoc?
Po jej ustach błąka się uśmiech, ma jednak dość rozumu, by go spacyfikować.
– Nie dla mnie – mamrocze.
– Co to ma znaczyć?
– Ma na myśli panią – wtrąca się Aiden. Ten głos mógłby może zadziałać na niczego niepodejrzewającą niewinną duszyczkę, jaką chciałby zwabić do swojego imperium olejków eterycznych, ale na mnie nie robi wrażenia. – To wołanie o pomoc, ale dla pani. Dlatego zadzwoniła.
– Pomoc w czym? – rzucam, zirytowana tym, że najwyraźniej nas słyszał.
Mam dziką ochotę się rozłączyć i wrzucić telefon do rozdrabniacza odpadków w kuchni. Cierpliwość mi się skończyła. Wyparowała. Rozniosła się w pył. Tkwi w tyciej szafie na pościel razem z ręcznikami i samochodzikami z pudełek po zapałkach, które wcisnęła tam Maya, kiedy miała sześć lat, i które zostaną tam po wsze czasy.
– Jestem gospodarzem audycji radiowej – mówi spokojnie Aiden. – Maya zadzwoniła z prośbą o poradę miłosną.
Dłoń zaciska mi się na telefonie.
– Poradę miłosną? Ona ma dwanaście lat.
– Nie zadzwoniła w swojej sprawie. Chodzi o panią. – Parska cicho z rozbawieniem. – Nazywam się Aiden Valentine, jest pani na antenie _Heartstrings_, lokalnej audycji o miłości.AIDEN VALENTINE: Witam w _Heartstrings._ Jesteś na antenie.
SŁUCHACZKA: Naprawdę? Teraz?
AIDEN VALENTINE: Tak. Właśnie w tej chwili.
SŁUCHACZKA: Super.
AIDEN VALENTINE: Brzmisz bardzo… młodo.
SŁUCHACZKA: Nie jestem aż taka młoda.
AIDEN VALENTINE: Młodsza od przeciętnego słuchacza.
SŁUCHACZKA: Przeciętna słuchaczka to pewnie pani imieniem Charlene, która myśli, że dodzwoniła się do chińskiej restauracji.
AIDEN VALENTINE: Coś w tym jest. Jak się nazywasz?
SŁUCHACZKA: Maya, ale nie dzwonię w swojej sprawie. Chodzi o moją mamę.