Miłość na pokaz - ebook
Trzeci tom cyklu o miliarderach z Lake Wisteria
Lily
Założenie konta w aplikacji randkowej miało mi pomóc znaleźć drugą połówkę. Udało się… przynajmniej na początku. W końcu zorientowałam się, że mężczyzną, z którym pisałam i w którym powoli zaczęłam się zakochiwać, jest nie kto inny jak wróg publiczny numer jeden całego Lake Wisteria, Lorenzo Vittori.
Moja siostra go nienawidzi. Matka każe mi na niego uważać. A ja? Ja wchodzę prosto w pułapkę uczuć, po czym unikam go przez cały kolejny rok.
Kiedy mój biznes zaczyna mieć problemy, jestem zmuszona dołączyć do drużyny Lorenza. Mam pomóc mu wygrać wybory na burmistrza Lake Wisteria, a on w zamian ochroni moją kwiaciarnię. Problem w tym, że powoli przestaje mi to wystarczać.
Lorenzo
Pięć miesięcy. Dwoje „zakochanych w sobie” ludzi. Jeden fałszywy związek z datą ważności. Nie brzmi to skomplikowanie… jednak problem w tym, że mnie i Lily Muñoz łączy wspólna historia.
Powinienem był odrzucić ten pomysł. Aranżowana relacja z kobietą, do której czuję więcej, niż chciałbym przyznać, to przepis na katastrofę. Mimo to zgadzam się na jej propozycję, bo od Lily zależy moja polityczna przyszłość.
Tylko co, jeśli z czasem ta miłość przestanie być jedynie na pokaz?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68647-41-9 |
| Rozmiar pliku: | 3,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
MIŁOŚĆ ZAARANŻOWANA PRZEZ LAUREN ASHER
+--------------------------------------+--------------------------------------+
| | Posłuchaj na Spotify: |
| | |
| | |
+--------------------------------------+--------------------------------------+
| | Love Arranged |
| | |
| | Playlista |
+--------------------------------------+--------------------------------------+
| | Flower Shop Pop |
| | |
| | Playlista |
+--------------------------------------+--------------------------------------+
| | Road Trip Requirement |
| | |
| | Playlista |
+--------------------------------------+--------------------------------------+
| | I Hate Running |
| | |
| | Playlista |
+--------------------------------------+--------------------------------------+
| | Dancing Around In The Kitchen |
| | |
| | Playlista |
+--------------------------------------+--------------------------------------+NOTA ODAUTORSKA
I OSTRZEŻENIE
DOTYCZĄCE TREŚCI
_Miłość na pokaz_ to powieść, którą można czytać w oderwaniu od cyklu, choć wydarzenia w niej przedstawione zazębiają się z akcją _Projektu miłość_ i _Miłości między wersami_, czyli pierwszej i drugiej części serii Lakefront Billionaires.
Niniejszy romans zawiera treści nieodpowiednie dla dzieci oraz porusza tematy potencjalnie trudne dla części czytelników. Bardziej szczegółowa lista ostrzeżeń znajduje się na stronie: https://laurenasher.com/lalbcontentwarnings/, dostępnej po zeskanowaniu poniższego kodu QR.
LORENZO
Aż do wczoraj lubiłem wyzwania. Dzięki nim wzrastałem, rozwijałem się, ale wtedy zjawiła się Ana. Przejrzała mój blef i zagroziła, że jeśli nie zjawię się na imprezie, wróci do domu z kimś innym.
Już wtedy wiedziałem, że przegrałem i że po tym wieczorze stracę ją na dobre.
_Nigdy nie była twoja._
Ignoruję niepokój wzbierający w piersi, zakładam maskę na twarz i wchodzę do zatłoczonego baru. Nigdy wcześniej nie widziałem takich tłumów w Ostatniej Kolejce. Lokal jest pełen ludzi w różnych przebraniach – wszystkie z nich wymagały dużo więcej wysiłku niż mój: czarna koszulka, dżinsy i podświetlana maska z neonowoniebieskimi szwami w miejscu oczu i ust.
Rozglądam się w poszukiwaniu kobiety, która zajmuje mój umysł, odkąd napisała do mnie po raz pierwszy. Przez ostatnie dwa miesiące nieustannie zastanawiałem się, czy każda dziewczyna, z którą rozmawiałem, to nie ona.
Dwa miesiące roztrząsania. _Zaprzeczania_. Prób dystansowania się od Any, za którą nie powinienem się uganiać, skoro uznałem, że nie zostanie moją fałszywą narzeczoną.
_Nie mógłbym jej tego zrobić._
Usiłowałem zerwać tę znajomość, ale bezskutecznie. Potem raz jeszcze, a i tak skończyłem dokładnie tam, gdzie chciała: wpatrując się w parkiet w poszukiwaniu kobiety w różowej, błyszczącej sukience i dopasowanym kowbojskim kapeluszu.
Skupiam się na wybranym obszarze. Wmawiam sobie, że jeśli nie znajdę jej w ciągu pięciu minut, to będzie znak.
Los chyba uwielbia stroić sobie żarty z mojego życia, bo w chwili, kiedy zaczynam odliczanie, tłum zaczyna się rozstępować. Jakby ktoś wbił niewidzialny klin w sam środek parkietu i rozsunął ludzi na boki, by ukazać mi Anę skąpaną w snopie światła jakiejś przypadkowej lampy.
Choć powinienem raczej nazwać ją _Liliana_.
Moje serce, które szwankuje, odkąd wszedłem do baru, przyspiesza. Bas głośnej muzyki dodatkowo wzmaga intensywne pulsowanie w moich uszach.
Robię krok w tył, a potem kolejny, przy trzecim się potykam i wtedy Lily spogląda mi prosto w oczy.
Gdy radosny, beztroski uśmiech rozszerza jej idealnie krągłe usta, wszyscy poza nią znikają, jakby zostali wypędzeni w cień. Jestem oszołomiony. Moje bezużyteczne ciało przeszło w tryb czuwania. Lily odwraca się w moją stronę.
Rusza pewnym krokiem w moim kierunku, a ja wgapiam się w nią, usiłując dojść do ładu z faktem, że moja Ana to w rzeczywistości nikt inny jak Liliana Muñoz.
To musi być jakiś szwindel. Nic tu się nie klei. Ktoś, kto wzbudza powszechną sympatię i emanuje dobrocią we wszystkim, co robi, nie może lubić kogoś takiego jak ja. Gdyby nie to, że Lily najwidoczniej rozpoznała moją maskę, uznałbym, że jej strój to wyłącznie zbieg okoliczności.
W żadnym z wyobrażonych scenariuszy Ana nie była tą niesamowitą kobietą, której uśmiech olśnił mnie blisko rok temu, kiedy w kościele wsunęła się na puste miejsce obok mnie i obdarzyła serdecznym spojrzeniem ciepłych, brązowych oczu.
_– Czyli to ty jesteś sensacją tygodnia, o której wszyscy rozmawiają – mówi._
_– Czuję, że masz tu znaczną przewagę, bo ja nie mam pojęcia, kim jesteś._
_Uśmiech nie znika z jej twarzy, jakimś cudem jest jeszcze radośniejszy niż wcześniej._
_– Lily Muñoz._
_Wyciąga rękę, a ja waham się, czy ją uścisnąć. Nie zwykłem dotykać innych, jeśli nie jest to absolutnie konieczne, nie lubię tego, ale im dłużej jej dłoń wisi w powietrzu, tym bardziej skłonny jestem ją chwycić._
_Kiedy to robię, fala nieznanej, rozgorączkowanej energii wystrzeliwuje w górę mojego ramienia i unicestwia wszelkie zmartwienia dotyczące fizycznego kontaktu._
_– Lorenzo Vittori. – Mój głos obniża się o oktawę._
_– Miło cię poznać, Lorenzo – odpowiada, moje imię w jej apetycznych ustach brzmi jak czysty grzech._
_– A więc – szepczę – muszę zapytać: co tak konkretnie o mnie mówią?_
_Śmieje się, czym sprawia, że czuję się bliżej nieba niż dzięki jakiejkolwiek mszy czy ewangelii._
_– Nie lubię plotkować._
_– Tylko słuchać plotek?_
_– Masz mnie._
_Puszcza mi oczko, a w moim brzuchu rozpętuje się chaos, gdy – nie wierzę, że to mówię – do lotu wzbija się chmara motyli._
Wspomnienie ulatuje, ale nieokiełznane uczucie pozostaje, gdy powoli przeszłość i teraźniejszość mieszają się w jedno.
– No proszę. Spójrzcie tylko, kto jednak postanowił przyjść. – Lily wiedzie palcem wskazującym przez środek mojej piersi, rozgrzewając moją skórę.
Milczę, bo nie jestem pewny, czy byłaby w stanie rozpoznać mój głos ze spotów kampanijnych wyświetlanych w lokalnej telewizji.
– Milczymy? – Kciukiem bawi się krawędzią mojej maski, a małym palcem łaskocze mnie po gardle.
Drżę – w żadnym wypadku nie jest to subtelna reakcja.
Jej uśmiech robi się niemożliwie szeroki.
– Niech będzie. Dobrze, że żeby tańczyć, nie trzeba gadać.
Splata swoje palce z moimi i ciągnie mnie na parkiet, czym sprawia, że zapominam o swoich granicach i zatracam się w muzyce.
I w _niej_.
Na dziesięć minut oddaję jej władzę. Dziesięć za krótkich minut, ale nim ulatują, obiecuję sobie kolejne pięć. A potem piętnaście zamienia się w trzydzieści i nagle okazuje się, że Lily prowadzi nas prosto ku katastrofie, gdy kieruje mnie przez tłum i korytarz na tyłach.
Wystarczy, że rzuca mi konspiracyjny uśmieszek przez ramię, i wszelkie wątpliwości względem tego, czy brnąć w to dalej, znikają.
Ludzie nie zwracają na nas uwagi; albo są zbyt zajęci obściskiwaniem się, albo rozpraszają ich znajomi, w czasie gdy czekają w kolejce do łazienki.
Nie mam pojęcia, dokąd idziemy, ale jakimś sposobem docieramy na zewnątrz. Drzwi awaryjne zamykają się z hukiem i po chwili stoję przyparty do nich plecami, a przed sobą mam Lily.
_Kiedy to stałeś się typem człowieka, który oddaje innym kontrolę?_ Niespokojny głos zakrada się i grozi, że zrujnuje tę chwilę.
_Nie jesteś sobą_, krzyczy mój instynkt.
_Uciekaj, zanim będzie za późno_, upomina mnie wcześniejszy głos, kiedy Lily niweluje odległość między nami i zbliża swoją pierś do mojej.
Gdy wsuwa dłoń pod maskę i kciukiem drażni moją dolną wargę, w jej oczach migocze łobuzerski błysk. Jeden ruch i atakuje mnie mrowienie. Bez większego namysłu kąsam opuszkę jej palca.
Jej uśmiech jest zniewalający. Lily chwyta mnie za brodę i całuje w plastikową maskę, udowadniając, że nie musi nawet dotykać moich warg, by po kręgosłupie przebiegł mi dreszcz.
Początkowo jest to przyjemne drżenie, które wkrótce przeradza się w prawdziwy paraliż, gdy dociera do mnie, że mam ochotę zerwać maskę, wbić swoje usta w jej i zatopić się w niej tak, by błagała o chwilę wytchnienia.
Wytchnienia, którego sam desperacko potrzebuję.
Wizja jej w moim łóżku, splątanej w mojej pościeli, niemającej na sobie nic poza śladami pozostawionymi przeze mnie na jej szyi, skutecznie powściąga moje fantazje.
Fałszywy związek pomiędzy dwiema osobami, które siebie pożądają, nie ma racji bytu. Zbyt wiele granic by się zatarło, wszystkie restrykcje, które sobie nałożyłem, zostałyby podważone.
Może nawet całkowicie zapomniane.
Dlatego nie mogę próbować stworzyć prawdziwego związku. Nie chcę, nawet jeśli przez ostatnie kilka miesięcy oszukiwałem sam siebie, że to możliwe.
Nawet z kimś tak niesamowitym jak Lily.
_Zwłaszcza_ nie z nią.
Już mam to zakończyć, kiedy ona pocałunkami znaczy drogę w dół mojego gardła, przez co pozbawia mnie tchu i słów.
_Żałosne_, powraca ten sam głos co wcześniej, tym razem głośniejszy.
Moje dłonie odnajdują jej biodra, jednak nie po to, by trzymać ją z daleka, jak początkowo zamierzałem, ale by przyciągnąć ją bliżej.
Uśmiecha się zaraz przy mojej napiętej skórze.
– Całą noc będziesz chować się za tą maską czy w końcu pokażesz mi, o kim marzyłam przez ostatnie dwa miesiące?
_Niech to._
Jej ciało dopasowuje się do mojego. Obejmuje mnie za szyję i bawi się paskiem przytrzymującym maskę.
– Bo choć chętnie zgłębiłabym moją nowo odkrytą słabość do masek, mam inny pomysł na dzisiejszą noc.
– To znaczy?
– Wolałabym ci pokazać.
Kiedy unosi moją maskę, jej oczy są tak niesamowicie jasne, tak pełne nadziei. Nie mogę jej powstrzymać, a może zwyczajnie nie wystarczyło mi siły. Lily w końcu staje twarzą w twarz z _Laurence’em_.
Robi wielkie oczy i rozchyla usta.
– Lo...
Wpijam się w nią ustami.
_Tylko jeden pocałunek na pamiątkę_, obiecuję sobie, rozkoszując się dreszczami przeszywającymi moje ciało, podczas gdy ona rujnuje moje wszystkie przyszłe pocałunki.
Równie dobrze mogłaby być moją pierwszą i ostatnią, ponieważ nikt z mojej przeszłości jej nie dorównuje i na pewno nie ma nikogo, komu uda się to w przyszłości.
Za ten ból, który zaraz jej zadam, zasługuję na o wiele gorszą karę. Otóż mężczyzna, o którym dwa miesiące marzyła... ten, którego chciałaby wpisać w swój trzydziestoletni plan... to nie ja.
_Mam nadzieję, że nigdy nie wybaczysz mi tego, że cię skrzywdziłem_, myślę sobie, kiedy Lily odpowiada na mój pocałunek z równym co mój entuzjazmem. Smakuje marakują i słodką pokusą – zakazana mieszanka, od której z łatwością mógłbym się uzależnić.
_Mam nadzieję, że znajdziesz dobry powód, albo i więcej, by mnie nienawidzić, i będziesz się ich trzymać_, dodaję bezgłośnie, wsuwając dłonie w jej włosy i odchylając jej głowę, bym mógł złupić jej usta.
_I mam nadzieję, że kiedyś przestanę nienawidzić samego siebie za to, że pozwoliłem ci odejść._
Kiedy się odsuwam, wiem, że to nie będzie możliwe, ponieważ to nie jest zwykła nienawiść.
_Gardzę_ tym słabeuszem, którym jestem, i niepokojem, z którym muszę walczyć. Tym samym, który nakazuje mi odepchnąć Lily, nie dlatego, że zasługuje na kogoś lepszego, ale dlatego, że ja nie stanę się lepszy.
Nie wiedziałbym jak. I nie chcę wiedzieć. Po części ze strachu. Jestem samolubny. Mój cel jest dla mnie zbyt ważny, bym dał się rozproszyć jakiejś fantazji, która tak naprawdę nigdy nie była moja.
Delikatnie obracam Lily, by stała przyparta plecami do drzwi, po czym zabieram dłonie z jej talii i robię krok w tył.
I jeszcze jeden.
Trzeci jest krótszy, a to z powodu zawodu malującego się na jej twarzy, ale nie potykając się, udaje mi się zrobić i czwarty, a potem piąty.
– Dokąd idziesz? – pyta udręczonym głosem, a mnie ściska w żołądku.
– To był fatalny pomysł – odpowiadam beznamiętnie. Bez emocji. Nie ma wątpliwości, w którym miejscu spektrum dupkowatości stoję.
– Co?
– Ty. Ja... To był błąd.
Wzdryga się, zasilając ciemną chmurę nienawiści, która wisi nade mną, dokądkolwiek pójdę.
Aż nazbyt dobrze znam to uczucie niechęci do samego siebie, które będzie kąsać mnie bezlitośnie, aż nie zamienię się w kłębowisko żalu. Nigdy niczego nie będę żałować tak, jak tego.
Wiem to od pierwszego kroku.
ANA:
Porozmawiamy o tym, co się wczoraj stało?
ANA:
Albo o tym, że jesteś, kurde, Lorenzem Vittori?
ANA:
Nie bądź dupkiem, porozmawiaj ze mną.
ANA:
Serio? Po dwóch miesiącach codziennych rozmów będziesz odczytywać moje wiadomości i zwyczajnie mnie ignorować?
ANA:
Odtrącasz mnie ze względu na Juliana i Rafę? Bywają nieco nadopiekuńczy, ale są całkowicie nieszkodliwi. Zaufaj mi. Dawno przestali angażować się w moje życie miłosne.
ANA:
Mogłabym odciągnąć cię na stronę w jakimś miejscu publicznym i zmusić do rozmowy, ale obawiam się tego, co mógłbyś powiedzieć. Niechętnie, ale przyznaję, że taka jest prawda.
ANA:
Kiedy zobaczyłeś mnie w schronisku i zachowywałeś się przed wolontariuszami, jakbyśmy się nie znali, poczułam się, jakbyś wyrwał mi serce i rozbił je na tysiąc kawałków. Teraz przypomina Twoje.
ANA:
Dobra, skoro chcesz udawać, że się nie znamy, niech będzie, też tak zrobię.
Listopad
ANA:
Od ostatniej wiadomości minęło trochę czasu, ale jestem trochę porobiona.
ANA:
Porobiona, czyli najebanaaa.
ANA:
Pijaniutka. Nawalona. Borracha.
ANA:
Siostra próbowała zabrać mi telefon, ale wróciłam, żeby powiedzieć Ci, że tęsknię.
ANA:
Po prostu...
ANA:
Telefon padł. Uuupsi.
ANA:
Nie chciałam dłużej udawać. Teraz też nie chcę. Laurence czy Lorenzo, nie obchodzi mnie to. Lubię Cię mimo wszystkich powodów, dla których nie powinnam, i przez to nienawidzę samej siebie.
ANA:
Dobra, to było żenujące, ale jeszcze gorzej wyglądałam, kiedy wszedłeś do mojej kwiaciarni i poprosiłeś o bukiet dla innej kobiety.
ANA:
W końcu zrozumiałam, że byłam dla Ciebie tylko wyzwaniem, a nie końcową nagrodą.
------------------------------------------------------------------------
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI
------------------------------------------------------------------------