-
nowość
Miłość ważna do wymeldowania - ebook
Miłość ważna do wymeldowania - ebook
Zofia przyjeżdża do nadmorskiego hotelu Marea tylko na siedem dni. Ma odpocząć przed przeprowadzką do Barcelony i rozpoczęciem najważniejszego etapu kariery. Maks próbuje ocalić rodzinny hotel, choć coraz mniej wierzy, że mu się uda. Dzieli ich niemal wszystko, łączy zaś uczucie, które od początku ma ustaloną datę ważności. Bez obietnic, bez planów i bez kontaktu po wyjeździe. Tylko czy miłość naprawdę kończy się w chwili wymeldowania? „Miłość ważna do wymeldowania” to pełen emocji romans o spotkaniu w najgorszym możliwym momencie, sekretach, które mogą zniszczyć rodzące się uczucie, oraz decyzjach, których nie da się odłożyć na później.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 664 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zegar nad recepcją wskazywał dziesiątą czterdzieści siedem.
Zofia zauważyła to od razu, chociaż od kilku minut robiła wszystko, żeby na niego nie patrzeć. Wpatrywała się w kartę do pokoju, w zarysowane krawędzie lady, w niewielką kałużę pozostawioną przez czyjeś mokre buty. Liczyła ziarenka piasku przyklejone do kół walizki. Czytała po raz trzeci informację o godzinach serwowania śniadania, choć nie miało to już dla niej żadnego znaczenia.
Do wymeldowania zostało trzynaście minut.
Tyle wystarczyłoby, żeby powiedzieć jedno zdanie.
Zostań.
Albo choćby nie wyjeżdżaj jeszcze.
Maks stał po drugiej stronie holu, przy drzwiach prowadzących do zaplecza. Miał na sobie tę samą granatową koszulę co poprzedniego wieczoru. Rękawy podwinął do łokci, a na prawym przedramieniu widniało płytkie zadrapanie. Zofia wiedziała, kiedy powstało. Pamiętała kroplę krwi na jego skórze, białą apteczkę otwartą na podłodze i własne palce drżące bardziej, niż powinny, gdy przyklejała plaster.
Nie patrzyła teraz w tamtą stronę.
Nie musiała.
Czuła jego obecność z irytującą dokładnością. Wiedziała, kiedy przesunął ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Słyszała szelest materiału, kiedy skrzyżował ramiona. Rozpoznała nawet jego oddech pośród przyciszonych rozmów gości i stukotu filiżanek dobiegającego z restauracji.
Przez siedem dni nauczyła się zbyt wielu rzeczy, o których miała zapomnieć natychmiast po wyjeździe.
Na przykład tego, że Maks milczał w inny sposób, kiedy był zły, a w inny, kiedy się bał. Że przed trudnym zdaniem zaciskał szczękę. Że kiedy chciał ukryć emocje, wkładał ręce do kieszeni. Teraz nie zrobił żadnej z tych rzeczy.
Po prostu stał.
I pozwalał jej odejść.
Irena przesunęła po ladzie wydruk rachunku.
„Wszystko się zgadza?” zapytała.
Zofia spojrzała na kwotę, choć mogła się tam znajdować dowolna liczba. W tej chwili zapłaciłaby bez pytania za siedem dni, siedem miesięcy albo siedem lat.
„Tak.”
Głos zabrzmiał spokojnie. Profesjonalnie. Tak samo jak podczas spotkań zarządu, gdy prezentowała strategie warte miliony i odpowiadała na pytania ludzi, którzy tylko czekali, aż popełni błąd.
Potrafiła kontrolować głos.
Szkoda, że nie potrafiła w ten sam sposób zapanować nad resztą ciała.
Palce miała zimne, choć w hotelowym holu było duszno. Po nocnej awarii nie działała klimatyzacja, a przez otwarte drzwi wpadało ciężkie, wilgotne powietrze. Pachniało morzem, mokrym drewnem i kawą. Gdzieś na piętrze pracowała pompa. Jej jednostajny warkot przypominał, że jeszcze kilka godzin wcześniej hotel wyglądał zupełnie inaczej.
Wtedy nie było czasu na myślenie.
Teraz mieli go aż za dużo.
Irena odwróciła ekran komputera, sprawdziła coś, po czym ponownie spojrzała na Zofię. W jej oczach nie było zwyczajnej uprzejmości pracownika żegnającego gościa. Było pytanie, którego nie zamierzała wypowiedzieć.
Zofia była jej za to wdzięczna.
Nie zniosłaby, gdyby ktoś zapytał, czy jest pewna.
Nie była.
Przez całe dorosłe życie uważała pewność za kwestię przygotowania. Jeśli człowiek zgromadzi wystarczająco dużo danych, porówna możliwości i przewidzi konsekwencje, właściwa decyzja musi stać się oczywista.
Tym razem miała wszystkie informacje.
Za trzy tygodnie Barcelona. Nowe stanowisko. Większa odpowiedzialność. Mieszkanie z balkonem wychodzącym na wąską ulicę, które oglądała już tyle razy na zdjęciach, że potrafiła odtworzyć w pamięci układ każdego pomieszczenia. Początek życia, na które pracowała od lat.
Po drugiej stronie znajdował się mężczyzna, który ją okłamał.
Mężczyzna, którego również okłamała.
Hotel stojący na krawędzi finansowej przepaści.
I uczucie, którego nie dało się wpisać do żadnej tabeli.
Decyzja powinna być prosta.
„Samochód już czeka” powiedziała Irena cicho.
Zofia skinęła głową.
Kierowca zaparkował przed wejściem kilka minut wcześniej. Widziała przez szybę fragment srebrnej maski. Wystarczyło przejść kilkanaście kroków, wsiąść, podać adres dworca i zamknąć za sobą drzwi.
Na zewnątrz świat działał normalnie.
Ludzie szli w stronę plaży z ręcznikami przewieszonymi przez ramiona. Dziecko w żółtej pelerynie skakało po kałużach. Starszy mężczyzna ustawiał przed kawiarnią tablicę z menu. Nad dachami krążyły mewy, zupełnie obojętne na to, że kończyło się coś, co jeszcze kilka dni temu nie powinno było się nawet zacząć.
Zofia wyjęła z portfela kartę do pokoju.
Dwieście czternaście.
Gdy pierwszy raz zobaczyła ten numer, był tylko oznaczeniem miejsca, w którym miała spać przez siedem nocy. Teraz przywoływał zbyt wiele obrazów. Drzwi balkonowe, które nie chciały się otworzyć. Mokre włosy Maksa. Kieliszek wina pozostawiony na parapecie. Śmiech tłumiony poduszką. Poranne światło na białej pościeli. Jego dłoń spoczywającą na jej talii, jakby była najnaturalniejszym miejscem na świecie.
Położyła kartę na ladzie.
Plastik uderzył o drewno zaskakująco głośno.
Maks podniósł wzrok.
Ich spojrzenia spotkały się po raz pierwszy od chwili, gdy Zofia zeszła na dół.
Nie uśmiechnął się. Ona również nie.
W jego twarzy zobaczyła zmęczenie, żal i coś jeszcze, czego nie potrafiła nazwać. Być może czekał. Być może liczył, że to ona pierwsza złamie ostatnią zasadę.
Mieli ich pięć.
Każda wydawała się rozsądna, kiedy zapisywali ją na hotelowej kartce, rozbawieni własną przezornością. Nie rozmawiać o przyszłości. Nie składać obietnic. Nie zmieniać planów. Nie szukać się po wyjeździe.
Nie przywiązywać się.
Tego ostatniego nie zapisali.
Najważniejsza zasada miała być oczywista.
Zofia wsunęła dłoń do kieszeni lekkiego płaszcza i zacisnęła palce na złożonej kartce. Nosiła ją przy sobie od poprzedniego wieczoru. Mogła zostawić ją w pokoju albo wyrzucić do kosza. Mogła podrzeć ją na drobne kawałki i patrzeć, jak atrament znika w mokrym piasku.
Zamiast tego zabierała ją do Warszawy.
To nic nie znaczyło, przekonywała samą siebie.
Ludzie zatrzymywali rachunki, bilety kolejowe i paragony z miejsc, do których nie zamierzali wracać. Kartka była tylko pamiątką. Dowodem krótkiej lekkomyślności. Przypomnieniem, że przez jeden tydzień potrafiła być kimś innym.
Kimś, kto nie planował każdego dnia.
Kimś, kto całował się podczas deszczu.
Kimś, kto uwierzył, że termin ważności może ochronić ją przed konsekwencjami.
„Zosiu.”
Maks wypowiedział jej imię tak cicho, że przez moment nie była pewna, czy naprawdę je usłyszała.
Irena odsunęła się od recepcji. Zniknęła na zapleczu, chociaż na biurku leżały dokumenty, a telefon właśnie zaczął dzwonić.
Zostali sami.
Zofia czekała.
Jedno zdanie. Tylko tyle.
Maks zrobił krok w jej stronę, po czym się zatrzymał.
„Szerokiej drogi.”
Poczuła, jak coś zaciska się pod żebrami.
„Dziękuję.”
Właśnie tak żegnali się ludzie, którzy przez przypadek siedzieli obok siebie w pociągu. Ludzie, którzy zamienili kilka zdań, pomogli sobie zdjąć walizkę z półki i po dotarciu na miejsce ruszali w przeciwne strony.
Nie ludzie, którzy kilka godzin wcześniej stali po kostki w lodowatej wodzie i próbowali uratować zalany hotel.
Nie ludzie, którzy znali smak swoich ust.
Nie ludzie, którzy leżeli obok siebie w ciemności, słuchając sztormu i oddechów, których żadne nie chciało przerwać pierwszym słowem.
Zofia chwyciła rączkę walizki.
Maks patrzył na nią, ale nie próbował podejść.
Być może to było lepsze. Gdyby znalazł się bliżej, poczułaby jego zapach. Gdyby jej dotknął, wszystkie racjonalne argumenty rozsypałyby się w jednej chwili.
Mieli umowę.
Romans kończył się wraz z opuszczeniem hotelu.
Bez wyjątków. Bez kontaktu. Bez żalu.
To ostatnie także nie zostało zapisane.
Odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia.
Kółka walizki podskakiwały na nierównych płytkach. Każdy stuk odbijał się od ścian holu. Zofia czekała, że usłyszy za sobą kroki. Wyobrażała sobie, że Maks dogania ją przy drzwiach, chwyta za rękę i mówi coś nierozsądnego. Coś, czego żadne z nich nie będzie potrafiło później cofnąć.
Dotarła do wycieraczki.
Potem do szklanych drzwi.
Nie usłyszała niczego.
Nacisnęła klamkę i wyszła.
Wilgotne powietrze przykleiło jej włosy do policzków. Morze było niewidoczne zza budynków, ale słyszała jego ciężki, równy szum. Po nocnym sztormie niebo zaczynało się przejaśniać. Pomiędzy ciemnymi chmurami pojawił się wąski pas błękitu.
Kierowca wysiadł i otworzył bagażnik.
„Na dworzec?”
„Tak.”
Oddała mu walizkę, po czym spojrzała przez ramię.
Maks stał za szybą.
Dzieliło ich zaledwie kilka metrów. Wystarczająco mało, żeby mogła wrócić. Wystarczająco dużo, żeby żadne z nich nie musiało niczego robić.
Zegar nad recepcją wskazywał dziesiątą czterdzieści osiem.
Zofia wsiadła do samochodu.
Dopiero kiedy hotel zniknął za zakrętem, wyjęła z kieszeni złożoną kartkę i rozprostowała ją na kolanach. Pięć zasad zapisanych naprzemiennie dwoma charakterami pisma. Na dole widniały ich podpisy i godzina zakończenia umowy.
Piątek, jedenasta zero zero.
Do tej pory pozostało jeszcze dwanaście minut.
Zofia zamknęła oczy.
Ich miłość wciąż była ważna.
Tylko żadne z nich nie zdecydowało się z niej skorzystać.ROZDZIAŁ 1. REZERWACJA DLA JEDNEJ OSOBY
Siedem dni wcześniej.
Zofia zorientowała się, że naprawdę przyjechała na urlop dopiero wtedy, gdy pociąg ruszył z Gdyni w stronę półwyspu.
Do tej chwili podróż przypominała kolejne zadanie do wykonania. Wstała o szóstej, sprawdziła pocztę, odpowiedziała na trzy wiadomości, których nadawcy mogli poczekać do poniedziałku, zamówiła samochód na dworzec i pojawiła się przy peronie dwadzieścia minut przed odjazdem. Miała bilet zapisany w telefonie, zapasową ładowarkę w bocznej kieszeni torby i wydrukowane potwierdzenie rezerwacji, choć od lat nikt nie prosił jej o papierowe dokumenty.
Wszystko przebiegało zgodnie z planem.
Tylko odpoczynek nie chciał się rozpocząć.
Siedziała przy oknie z laptopem na kolanach, obserwując przesuwające się za szybą domy, lasy i niewielkie stacje. Na ekranie widniała prezentacja dotycząca wyników jednego z hoteli sieci Vela. Wiktor poprosił, żeby przejrzała ją przed wyjazdem. Nie napisał, że oczekuje odpowiedzi podczas urlopu. Nie musiał.
Przez ostatnich osiem lat zdążyli wypracować system, w którym prośby brzmiały jak luźne sugestie, a sugestie miały terminy realizacji krótsze niż oficjalne polecenia.
Zofia poprawiła wykres, zmieniła dwa zdania i wysłała plik.
Dopiero wtedy zamknęła komputer.
Kobieta siedząca naprzeciwko obserwowała ją znad otwartej książki.
„Urlop?” zapytała.
Zofia spojrzała na stojącą przy jej nodze walizkę.
„Podobno.”
Kobieta uśmiechnęła się, jakby usłyszała coś zabawnego.
„Jedzie pani sama?”
Pytanie padło swobodnie, bez złych intencji, a jednak Zofia poczuła znajome ukłucie irytacji. Ludzie rzadko pytali samotnie podróżujących mężczyzn, dlaczego nikt im nie towarzyszy. Kobieta z walizką musiała natomiast dokądś uciekać, na kogoś czekać albo dochodzić do siebie po nieudanym związku.
„Tak.”
„To nawet dobrze. Człowiek przynajmniej robi to, na co ma ochotę.”
Zofia skinęła głową, choć nie była pewna, na co właściwie miała ochotę.
Urlop zaplanowała dopiero wtedy, gdy dział kadr przypomniał jej, że do końca roku powinna wykorzystać zaległe dni. Najpierw rozważała Barcelonę, ale uznała, że nie chce oglądać miasta jak turystka, skoro za kilka tygodni ma w nim zamieszkać. Potem sprawdziła loty na Sycylię, Kretę i Maderę. Każda z tych podróży wymagała jednak decyzji, rezerwacji i przygotowań, na które nie miała siły.
Ostatecznie wpisała w wyszukiwarkę trzy słowa.
Hotel nad morzem.
Marea pojawiła się na czwartej stronie wyników. Nie należała do żadnej sieci. Nie obiecywała luksusu, którego symbolem były marmurowe łazienki wyglądające identycznie w Warszawie, Berlinie i Madrycie. Na zdjęciach widać było jasny budynek z granatowymi okiennicami, drewniany taras i ogród porośnięty wysokimi trawami. Recenzje były dobre, ale nierówne. Goście zachwycali się atmosferą, śniadaniami i personelem, jednocześnie wspominając o skrzypiących podłogach, słabym zasięgu internetu oraz pokojach, które przydałoby się odnowić.
Zofia dokonała rezerwacji pięć minut później.
Siedem nocy. Pokój dwuosobowy do pojedynczego wykorzystania. Śniadania. Widok na zatokę.
Bez planu zwiedzania.
Bez listy restauracji.
Bez służbowego kalendarza.
Przynajmniej w teorii.
Telefon zawibrował na stoliku.
Nina wysłała wiadomość głosową.
Zofia założyła słuchawkę i nacisnęła odtwarzanie.
„Przypominam, że masz odpoczywać. To oznacza, że nie wolno ci przygotowywać raportów, sprawdzać recenzji hotelu ani zastanawiać się, jak zwiększyć przychody restauracji. Masz leżeć, jeść i patrzeć na morze. Możesz też poznać kogoś interesującego, ale nie będę stawiała nierealnych wymagań.”
Zofia uśmiechnęła się pod nosem.
Odpisała, że zamierza potraktować wszystkie zalecenia poważnie, po czym wyciszyła telefon.
Za oknem pojawiła się woda. Płaska, srebrzysta i niemal nieruchoma. Po jej powierzchni przesuwały się białe żagle, a nad trzcinami krążyły mewy. Krajobraz wyglądał tak spokojnie, że Zofia przez chwilę podejrzewała go o udawanie.
Spokój był czymś, czemu nie ufała.
Zazwyczaj oznaczał, że ktoś nie zauważył nadchodzącego problemu.
Kiedy pociąg zatrzymał się w Jastarni, większość pasażerów ruszyła w stronę wyjścia jednocześnie. W wąskim przejściu pojawiły się walizki, torby plażowe, dziecięce rowerki i dmuchany flaming, który uderzył Zofię w ramię. Jego właściciel, chłopiec w czerwonej czapce, przeprosił ją z powagą znacznie większą niż rozmiar wyrządzonej szkody.
Na peronie uderzył ją zapach rozgrzanego drewna, sosnowych igieł i morza.
Nie przypominał klimatyzowanego powietrza w biurze ani zapachu hoteli Vela, gdzie każda przestrzeń musiała pachnieć zgodnie z opracowanym dla sieci standardem. Tutaj aromaty nie zostały przez nikogo zaprojektowane. Mieszały się ze sobą bez kontroli.
Zofia wzięła głęboki oddech.
Po chwili w jej kieszeni ponownie zawibrował telefon.
Tym razem dzwonił Wiktor.
Przez kilka sekund patrzyła na jego nazwisko. Mogła nie odebrać. Oficjalnie przebywała na urlopie. Wszystkie pilne sprawy przekazała zastępcy, ustawiła automatyczną odpowiedź i wyraźnie zaznaczyła w kalendarzu datę powrotu.
Przesunęła palcem po ekranie.
„Cześć.”
„Jesteś już na miejscu?”
„Właśnie wysiadłam z pociągu.”
„Nad Bałtykiem?”
„W Jastarni.”
„Odważnie. Podobno cały przyszły tydzień ma padać.”
Zofia spojrzała w stronę bezchmurnego nieba.
„Prognoza pokazuje słońce.”
„W takim razie korzystaj. Dzwonię tylko na chwilę.”
W języku Wiktora chwila mogła oznaczać zarówno trzydzieści sekund, jak i pół dnia.
Zofia odsunęła się od grupy turystów i stanęła przy drewnianej tablicy z nazwą stacji.
„Prezentację wysłałam w pociągu.”
„Widziałem. Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć.”
Nie odpowiedziała.
Komplementy Wiktora zawsze miały drugie dno. Najczęściej oznaczały, że właśnie zrobiła coś, czego nie powinno się od niej oczekiwać, lecz czego od tej pory będzie się wymagało regularnie.
„Rozmawiałem rano z centralą” powiedział. „Barcelona jest praktycznie przesądzona.”
Zofia mocniej zacisnęła palce na rączce walizki.
Choć od tygodni przygotowywała się do wyjazdu, wciąż nie otrzymała ostatecznego potwierdzenia. Miała objąć stanowisko dyrektorki do spraw strategii dla południowej części Europy. Większy zespół, poważniejsze projekty i wynagrodzenie, które jeszcze kilka lat wcześniej wydawałoby jej się absurdalne.
Przede wszystkim jednak Barcelona miała być dowodem, że wszystkie późne wieczory, odwołane spotkania i weekendy spędzone nad arkuszami nie poszły na marne.
„Praktycznie?” zapytała.
„Zostały formalności. Ogłosimy decyzję po twoim powrocie.”
„Rozumiem.”
„Nie brzmisz, jakbyś się cieszyła.”
„Cieszę się. Po prostu stoję na peronie z walizką, a ktoś właśnie próbuje przejechać mi po stopie rowerem.”
Wiktor zaśmiał się.
„Dlatego powinnaś była wybrać hotel z naszej sieci. Przysłaliby po ciebie samochód.”
„Chciałam zobaczyć coś innego.”
„Zawodowe skrzywienie?”
„Urlop.”
„Oczywiście. W takim razie odpoczywaj. Za trzy tygodnie zacznie się prawdziwa praca.”
Rozłączył się, zanim zdążyła odpowiedzieć.
Zofia schowała telefon i przez chwilę stała nieruchomo pośrodku peronu. Powinna czuć ulgę. Barcelona była celem, który sama sobie wyznaczyła. Kiedy po raz pierwszy usłyszała o planowanym stanowisku, nie spała niemal całą noc z ekscytacji. W ciągu kilku dni znalazła mieszkanie, sprawdziła dzielnice, porównała ceny przeprowadzek i zaczęła uczyć się hiszpańskiego.
Teraz na myśl o wyjeździe czuła głównie zmęczenie.
Uznała, że to skutek ostatnich miesięcy. Wystarczy tydzień snu, świeżego powietrza i braku spotkań. Po powrocie wszystko znów stanie się oczywiste.
Hotel znajdował się niecałe dziesięć minut pieszo od stacji. Zofia mogła zamówić samochód, lecz postanowiła przejść. Walizka podskakiwała na nierównym chodniku, a jej kółka wydawały dźwięk, który po kilkudziesięciu metrach zaczął działać jej na nerwy.
Mijała niewielkie pensjonaty, smażalnie ryb i sklepy sprzedające parawany, kapelusze oraz plastikowe zabawki. Przed piekarnią ustawiła się długa kolejka. Na tarasie kawiarni ludzie pili kawę, chociaż dochodziło dopiero południe. Nikt nie patrzył na zegarek. Nikt nie sprawiał wrażenia, jakby za chwilę miał gdzieś biec.
Zofia szła szybciej od wszystkich.
Zwolniła dopiero wtedy, gdy zobaczyła tabliczkę z nazwą hotelu.
Marea stała nieco dalej od ulicy, za niskim drewnianym ogrodzeniem. Budynek wyglądał prawie tak jak na zdjęciach, choć biała elewacja zdążyła poszarzeć, a granatowa farba na okiennicach miejscami się łuszczyła. Przed wejściem rosły wysokie trawy kołysane przez wiatr. Na tarasie stały wiklinowe fotele z poduszkami w różnych odcieniach błękitu.
Zofia zatrzymała się przed furtką.
Pierwsze wrażenie nie było złe.
Nie było też dobre.
Było niejednoznaczne, a tego nie lubiła najbardziej.
Hotel miał charakter, lecz wymagał inwestycji. Zewnętrzne lampy należało wymienić. Deski tarasu powinny zostać odnowione. Szyld nad wejściem wisiał lekko krzywo. Donice były piękne, ale ustawiono je bez symetrii. Ktoś zostawił konewkę obok schodów.
Zofia sięgnęła po telefon.
Zdążyła otworzyć aparat, zanim przypomniała sobie wiadomość Niny.
Nie wolno ci sprawdzać recenzji hotelu ani zastanawiać się, jak zwiększyć przychody restauracji.
Schowała urządzenie do torebki.
To nie była kontrola jakości.
Po prostu zauważała rzeczy.
Nie potrafiła ich nie zauważać.
Weszła po trzech stopniach i otworzyła drzwi.
W holu panował przyjemny chłód. Pachniało drewnem, kawą i czymś cytrusowym. Naprzeciwko wejścia znajdowała się recepcja wykonana z ciemnych desek. Nad nią wisiał stary zegar z mosiężną ramą. Po lewej stronie ustawiono sofę oraz dwa fotele, z których każdy pochodził z innego kompletu. Na ścianach wisiały czarno białe fotografie przedstawiające Jastarnię sprzed kilkudziesięciu lat.
Nie był to wystrój, który przeszedłby przez dział projektowy Vela Hotels.
Zofia nie była jednak pewna, czy cokolwiek należałoby w nim zmieniać.
Za recepcją nikogo nie było.
Na ladzie stał niewielki dzwonek i tabliczka z napisem: Zaraz wracam.
Zofia spojrzała na zegarek.
Dochodziła dwunasta trzydzieści. Doba hotelowa rozpoczynała się o piętnastej, o czym wiedziała podczas rezerwacji, ale otrzymała wiadomość z informacją, że pokój powinien być gotowy wcześniej.
Postawiła walizkę obok fotela i nacisnęła dzwonek.
Dźwięk rozniósł się po pustym holu.
Nikt nie przyszedł.
Po minucie zadzwoniła ponownie.
W hotelu sieciowym pracownik recepcji nie mógł pozostawić stanowiska bez zastępstwa. Maksymalny czas oczekiwania na powitanie gościa wynosił trzydzieści sekund. Jeśli recepcjonista był zajęty, powinien przynajmniej nawiązać kontakt wzrokowy i poinformować, że za chwilę podejdzie.
Zofia usiadła.
Powiedziała sobie, że nigdzie się nie spieszy.
Po dwudziestu sekundach wstała i zaczęła oglądać fotografie.
Najstarsza przedstawiała kobietę stojącą przed budynkiem Marei. Hotel był wtedy mniejszy, pozbawiony bocznego skrzydła i tarasu. Kobieta miała na sobie jasną sukienkę, a obok niej stał chłopiec w zbyt dużych spodniach. Oboje patrzyli w obiektyw bez uśmiechu.
Pod zdjęciem ktoś umieścił niewielką tabliczkę.
Maria i Antoni Różyccy, lato 1968.
„Przepraszam, że musiała pani czekać.”
Zofia odwróciła się.
Za ladą stała kobieta po sześćdziesiątce. Miała krótko obcięte siwe włosy, granatową sukienkę i okulary zawieszone na cienkim łańcuszku. Nie nosiła identyfikatora. Zamiast firmowej apaszki zawiązała na szyi kolorową chustę w drobne kwiaty.
„Pomagałam jednej z pokojowych” wyjaśniła. „Rozlał się szampon w walizce gościa. Katastrofa na skalę krajową.”
Zofia nie wiedziała, czy kobieta żartuje.
Po chwili dostrzegła błysk w jej oczach.
„Mam rezerwację na nazwisko Maj.”
„Zofia Maj. Siedem nocy, pokój dwuosobowy, jedna osoba.”
To ostatnie zabrzmiało jak zwykła informacja, a jednak Zofia ponownie poczuła potrzebę wyjaśnienia, że samotny wyjazd nie był wynikiem osobistej tragedii.
Powstrzymała się.
Kobieta przesunęła palcem po ekranie komputera.
„Pokój jest już gotowy. Dwieście czternaście, na drugim piętrze. Z okna widać zatokę, jeśli sosna pozwoli.”
„Na stronie był zagwarantowany widok na wodę.”
„Woda tam jest. Sosna również. Rosła wcześniej niż hotel, więc nie miałam serca jej usuwać.”
Zofia spojrzała na kobietę, próbując ustalić, czy powinna zaprotestować.
„Jeśli widok nie będzie pani odpowiadał, znajdziemy inne rozwiązanie” dodała recepcjonistka. „Nazywam się Irena.”
„Zofia.”
„To już wiem.”
Irena uśmiechnęła się i podała jej formularz.
„Potrzebuję tylko podpisu.”
Zofia szybko przeczytała dokument. Zwróciła uwagę na brak zgody marketingowej, mało czytelną informację dotyczącą przetwarzania danych i długopis reklamujący firmę dostarczającą kawę. Podpisała się w wyznaczonym miejscu.
„Śniadanie serwujemy od siódmej trzydzieści do dziesiątej trzydzieści” powiedziała Irena. „Restauracja działa od trzynastej. O dwudziestej drugiej zamykamy główne wejście, ale karta otworzy boczne drzwi. Gdyby czegokolwiek pani potrzebowała, proszę dzwonić pod numer dziewięć.”
„A internet?”
„Hasło jest na karcie w pokoju. Zwykle działa.”
„Zwykle?”
„Kiedy wiatr wieje od zatoki, bywa kapryśny.”
„Internet?”
„Wiatr. Internet po prostu się do niego dostosowuje.”
Zofia spojrzała na nią z niedowierzaniem.
Irena nie wyglądała na zakłopotaną. Przeciwnie, sprawiała wrażenie osoby, która od dawna wie, że nie wszystko da się kontrolować, i uważa ten fakt za całkiem zabawny.
„Przyjechała pani pracować?” zapytała.
„Jestem na urlopie.”
Irena zerknęła na torbę z laptopem.
„Oczywiście.”
Zofia miała ochotę powiedzieć, że naprawdę zamierza odpoczywać. Zamiast tego odebrała kartę do pokoju.
„Czy ktoś może pomóc mi z walizką?”
„Już wołam.”
Irena wychyliła się przez drzwi prowadzące na zaplecze.
„Maks!”
Nie otrzymała odpowiedzi.
„Pewnie znowu jest na zewnątrz” mruknęła. „Proszę zaczekać chwilę.”
Zofia przypomniała sobie trzy minuty spędzone przed pustą recepcją.
„Poradzę sobie.”
„Na drugim piętrze nie ma windy.”
Zofia znieruchomiała.
„Na stronie widniała informacja o udogodnieniach dla gości.”
„W nowym skrzydle. Pani pokój znajduje się w starej części.”
„Nie można było o tym napisać podczas rezerwacji?”
„Można było. I prawdopodobnie należało.”
Irena powiedziała to bez próby obrony. Jej szczerość rozbroiła Zofię skuteczniej niż najbardziej wyćwiczone przeprosiny.
„Rozumiem” odparła.
Nie rozumiała.
Miała już w głowie listę zmian, które należałoby wprowadzić na stronie hotelu. Dokładniejszy opis pokoi. Czytelne oznaczenie skrzydeł. Informację o braku windy. Nowy formularz meldunkowy. Procedurę zastępstwa na recepcji. Kontrolę jakości połączenia internetowego.
Przyjechała niecałe dziesięć minut wcześniej, a Marea dostarczyła jej więcej uwag niż niektóre hotele po całym dniu audytu.
Powinna być zirytowana.
Tymczasem po raz pierwszy od wielu tygodni nie myślała o Barcelonie.
Z zewnątrz dobiegł metaliczny stuk, a chwilę później czyjś głos wypowiedział słowo, którego raczej nie umieszczano w podręcznikach hotelowej obsługi.
Irena westchnęła.
„To będzie Maks.”
„Pracownik techniczny?”
Recepcjonistka zawahała się na ułamek sekundy.
„Można tak powiedzieć.”
Wyszła zza lady i ruszyła w stronę drzwi. Zofia podążyła za nią, ciągnąc walizkę.
Na zewnątrz słońce odbiło się od jasnej elewacji. Przy ścianie stała wysoka drabina. Mężczyzna w szarym podkoszulku znajdował się kilka szczebli nad ziemią i próbował wyprostować przekrzywiony szyld. Jedną ręką przytrzymywał metalową ramę, a w drugiej trzymał śrubokręt.
Zofia zatrzymała się na schodach.
Mężczyzna odchylił się, ocenił efekt swojej pracy, po czym przesunął szyld jeszcze bardziej w lewo.
Teraz wisiał gorzej niż wcześniej.
„Maks” zawołała Irena. „Mamy gościa.”
„Minuta.”
„Pani Maj potrzebuje pomocy z walizką.”
„Powiedziałem, że minuta.”
Zofia zmrużyła oczy.
Nie lubiła czekać.
Nie lubiła niejasnych procedur, krzywych szyldów i pracowników, którzy nie przerywali naprawy, kiedy przybywał gość.
Najbardziej jednak nie lubiła ludzi przekonanych, że ich czas jest ważniejszy od czasu innych.
Spojrzała na mężczyznę stojącego na drabinie i pomyślała, że pierwszy dzień urlopu będzie znacznie dłuższy, niż zakładała.ROZDZIAŁ 2. CZŁOWIEK Z DRABINĄ
Mężczyzna na drabinie
Maks potrzebował dziesięciu minut, żeby zrozumieć, że śruba trzymająca szyld nie zamierza współpracować.
Była zardzewiała, wyrobiona i prawdopodobnie pamiętała czasy, kiedy jego ojciec potrafił jeszcze wejść na drabinę bez pomocy. Maks próbował obrócić ją śrubokrętem, potem kombinerkami, a na końcu siłą, choć wiedział, że właśnie wtedy najczęściej coś się psuło.
Szyld wisiał krzywo od wczorajszego wieczoru.
Większość gości nawet tego nie zauważała. Patrzyli na telefony, walizki i dzieci próbujące wyrwać się w stronę plaży. Maks zauważał jednak każde odchylenie. Krzywe drzwi, poluzowaną deskę, pęknięcie na ścianie. Odkąd wrócił do Marei, hotel przypominał mu człowieka, który za wszelką cenę stara się ukryć zmęczenie.
Z daleka wciąż prezentował się dobrze.
Dopiero z bliska było widać, ile kosztuje go zachowanie pozorów.
Telefon w kieszeni spodni zawibrował po raz trzeci.
Maks nie musiał spoglądać na ekran, żeby wiedzieć, kto dzwoni. Marta od rana próbowała nakłonić go do rozmowy o umowie. Najpierw wysłała wiadomość, potem zdjęcie dokumentu, a pół godziny później krótkie pytanie, czy zamierza ją nadal ignorować.
Zamierzał.
Przynajmniej do wieczora.
Przyłożył śrubokręt do śruby i ponownie spróbował ją obrócić.
„Maks” zawołała Irena. „Mamy gościa.”
„Minuta.”
Śruba drgnęła. Zaledwie odrobinę, lecz wystarczyło, żeby obudzić w nim nadzieję.
„Pani Maj potrzebuje pomocy z walizką.”
„Powiedziałem, że minuta.”
Usłyszał ciche westchnienie Ireny. Chwilę później dobiegł go stuk kółek przesuwanych po drewnianym tarasie.
Maks zerknął w dół.
Kobieta stojąca obok Ireny nie wyglądała na kogoś, kto przywykł do czekania. Miała na sobie jasne spodnie, białą koszulę i cienki płaszcz, zdecydowanie zbyt elegancki jak na spacer po nadmorskim miasteczku. Ciemne włosy związała nisko nad karkiem. Jedną dłoń zaciskała na rączce walizki, w drugiej trzymała kartę do pokoju.
Patrzyła na niego z chłodną cierpliwością.
Maks znał ten rodzaj spojrzenia.
Nie zawierało jeszcze skargi, ale wyraźnie ją zapowiadało.
„Poradzę sobie” powiedziała kobieta.
Chwyciła walizkę i pociągnęła ją w stronę wejścia. Jedno z kół zahaczyło o szczelinę pomiędzy deskami. Bagaż przechylił się gwałtownie.
Maks zszedł z drabiny szybciej, niż planował. Zeskoczył z ostatniego szczebla i złapał walizkę, zanim upadła na bok.
Kobieta puściła rączkę.
Przez moment stali naprzeciwko siebie, trzymając ten sam bagaż.
Z bliska jej oczy nie były chłodne. Miały ciepły, brązowy kolor, który zupełnie nie pasował do wyrazu twarzy. Maks pomyślał, że prawdopodobnie potrafiły wyglądać inaczej, kiedy ich właścicielka przestawała oceniać otoczenie.
Nie był jednak pewien, czy kiedykolwiek to robiła.
„Minuta jeszcze nie minęła” powiedział.
„Nie chciałam przeszkadzać.”
„Dlatego próbowała pani wnieść na drugie piętro walizkę ważącą tyle co mały samochód?”
„Nie waży aż tyle.”
Maks podniósł ją i od razu poczuł napięcie w ramieniu.
„Ma pani rację. Samochód byłby lżejszy.”
W kąciku jej ust pojawił się ledwie widoczny ruch. Nie był to jeszcze uśmiech, ale z pewnością coś do niego zbliżonego.
„Jestem Maks.”
„Zofia.”
„To też już wiem” wtrąciła Irena z satysfakcją.
Maks spojrzał na kartę w dłoni Zofii.
„Dwieście czternaście?”
„Tak.”
„Dobry pokój.”
„Podobno z widokiem na zatokę.”
„Zatoka jest.”
„Sosna również.”
Maks przeniósł wzrok na Irenę.
„Już zdążyłaś opowiedzieć o sośnie?”
„Uważam, że goście powinni wiedzieć, czego mogą się spodziewać.”
„Gdybyśmy informowali o wszystkim, nikt by tu nie przyjeżdżał.”
Zofia uniosła brwi.
„To interesujące podejście do prowadzenia hotelu.”
„Proszę się nie martwić. Najgorsze rzeczy odkrywamy dopiero po wpłaceniu zaliczki.”
Tym razem naprawdę się uśmiechnęła. Trwało to krótko, ale wystarczyło, żeby jej twarz zmieniła się całkowicie.
Maks poczuł coś, czego nie powinien był poczuć w odniesieniu do gościa zameldowanego zaledwie kilka minut wcześniej.
Ciekawość.
Podniósł walizkę i ruszył w stronę wejścia.
„Proszę za mną.”
Zofia weszła do holu, a potem zatrzymała się przy schodach.
„Naprawdę nie ma windy?”
„Naprawdę.”
„Na stronie hotelu nie było o tym informacji.”
„Nie ja zajmuję się stroną.”
„A kto?”
Maks obejrzał się na Irenę.
„Od trzech lat próbujemy to ustalić.”
Irena pokręciła głową i wróciła za recepcję.
Schody w starej części budynku były wąskie i strome. Maks znał każde wgłębienie w drewnie. Wiedział, na którym stopniu należało postawić nogę bliżej ściany i gdzie poręcz lekko się poruszała. Wielokrotnie obiecywał sobie, że ją naprawi. Zawsze jednak pojawiało się coś pilniejszego.
Dach nad kuchnią.
Zmywarka.
Pęknięta rura.
Rachunek, którego nie było z czego opłacić.
Wchodząc, czuł na plecach spojrzenie Zofii. Nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć, co widziała. Otarcie na ścianie. Nierówno położoną listwę. Lampę, której klosz różnił się od pozostałych.
Zatrzymał się na półpiętrze.
„Zawsze ogląda pani hotele w ten sposób?”
Zofia stanęła dwa stopnie niżej.
„W jaki?”
„Jakby za chwilę miała pani wystawić im ocenę.”
„Jestem gościem. Mam do tego prawo.”
„Goście zazwyczaj najpierw docierają do pokoju.”
„Być może pańscy goście są mniej spostrzegawczy.”
Maks powinien poczuć irytację.
Zamiast tego zainteresował się jeszcze bardziej.
„Pracuje pani w turystyce?”
Pytanie wywołało zmianę tak subtelną, że prawdopodobnie nikt inny by jej nie zauważył. Zofia odwróciła wzrok i poprawiła pasek torebki.
„W doradztwie.”
„Jakim?”
„Biznesowym.”
Była to odpowiedź wystarczająco szeroka, by mogła znaczyć wszystko, i wystarczająco krótka, by zakończyć rozmowę.
Maks ruszył dalej.
„Czyli zawodowo mówi pani ludziom, co robią źle.”
„Głównie pomagam im zauważyć problemy, zanim staną się zbyt drogie.”
„Brzmi mniej przyjemnie.”
„Zazwyczaj jest skuteczne.”
Na drugim piętrze skręcili w wąski korytarz. Przez otwarte okno wpadał zapach sosen i słonego powietrza. Białe zasłony unosiły się przy każdym podmuchu.
Maks zatrzymał się przed pokojem dwieście czternaście i przyłożył kartę do czytnika. Dioda zamigotała na czerwono.
Spróbował ponownie.
Czerwone światło.
Zofia nic nie powiedziała.
Jej milczenie było znacznie bardziej wymowne niż komentarz.
„Karty czasem wymagają cierpliwości” wyjaśnił.
„Czytnik wymaga wymiany.”
„To również.”
Za trzecim razem drzwi się otworzyły.
Maks wszedł do pokoju i postawił walizkę na drewnianym stojaku. Zofia zatrzymała się w progu.
Pokój dwieście czternaście należał do jego ulubionych. Nie był największy ani najlepiej wyposażony, ale zachował coś, czego brakowało pomieszczeniom w nowym skrzydle. Drewnianą podłogę odnawiał razem z ojcem. Jasne zasłony uszyła jego matka, kiedy jeszcze wierzyła, że Marea zostanie w rodzinie na zawsze. Nad łóżkiem wisiała fotografia zatoki wykonana przez Martę podczas jednego z zimowych sztormów.
Pokój nie był idealny.
Był prawdziwy.
Zofia weszła do środka i powoli rozejrzała się po wnętrzu. Maks obserwował jej twarz, czekając na ocenę.
„Jest mniejszy niż na zdjęciach” stwierdziła.
„Fotograf miał szeroki obiektyw.”
„Bardzo szeroki.”
„Mogę zaproponować inny pokój, ale nie będzie miał widoku.”
Zofia podeszła do drzwi balkonowych.
Szarpnęła za klamkę.
Drzwi nie drgnęły.
Spróbowała jeszcze raz.
„One również wymagają cierpliwości?”
„Tylko odpowiedniego podejścia.”
Maks stanął obok niej. Ich ramiona znalazły się niebezpiecznie blisko. Poczuł lekki zapach jej perfum. Cytrusy, coś kwiatowego i nuta, której nie potrafił rozpoznać.
Objął dłonią klamkę, uniósł ją odrobinę, a potem nacisnął biodrem na ramę. Drzwi ustąpiły z głuchym trzaskiem.
Do pokoju wpadło ciepłe powietrze.
„Wilgoć” powiedział.
„Brak konserwacji.”
„Nad morzem drewno pracuje.”
„W całym kraju pracuje. Nie wszędzie trzeba walczyć z drzwiami.”
Maks odwrócił głowę.
Zofia stała tak blisko, że widział niewielkie pieprzyki na jej policzku. Przez moment żadne z nich się nie poruszyło.
Jej spojrzenie zatrzymało się na jego twarzy, potem zsunęło na szyję i wróciło do oczu.
Pierwsza odsunęła się o krok.
„Widok rzeczywiście jest” powiedziała.
Wyszła na balkon.
Zatoka rozciągała się pomiędzy dachami i koronami drzew. Sosna zasłaniała część horyzontu, ale jej gałęzie tworzyły naturalną ramę dla srebrzystej wody. W oddali przesuwały się żaglówki. Na pomoście ktoś rozkładał czerwony ręcznik.
Zofia oparła dłonie na balustradzie.
Maks stanął w drzwiach.
Przestała rozglądać się po pokoju jak kontrolerka. Jej ramiona opadły, a twarz straciła napięcie. Wiatr poruszył pasmami włosów, które wysunęły się z upięcia.
Tak wyglądała lepiej.
Mniej doskonale.
Bardziej prawdziwie.
„Sosna bardzo przeszkadza?” zapytał.
„Nie.”
„Możemy ją przesunąć.”
Spojrzała na niego przez ramię.
„Bardzo zabawne.”
„Staram się.”
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.
Maks przypomniał sobie, że powinien wrócić do szyldu. Potem naprawić kran w pokoju sto siedem. Następnie sprawdzić dostawę do restauracji i odpowiedzieć Marcie. Lista obowiązków była wystarczająco długa, żeby nie musiał szukać powodów do pozostania.
Mimo to nadal stał w drzwiach.
„Długo pani zostaje?”
„Siedem nocy.”
„Sama?”
Pytanie wymknęło mu się szybciej, niż zdążył je powstrzymać.
Zofia odwróciła się w jego stronę.
„Czy samotne rezerwacje są tu czymś niezwykłym?”
„Nie. Irena po prostu zawsze wpisuje dwie osoby, kiedy słyszy pokój dwuosobowy. Czasem ktoś dojeżdża później.”
„Nikt nie dojedzie.”
„Rozumiem.”
„Naprawdę?”
„Nie mam zwyczaju kwestionować decyzji gości.”
„Tylko zadaje pan niepotrzebne pytania?”
„To część naszego niestandardowego podejścia do obsługi.”
W jej oczach pojawiło się rozbawienie.
„Przydałoby się państwu kilka standardów.”
„Mieliśmy. Nie przyjęły się.”
Maks odsunął się od drzwi balkonowych.
„Na stoliku jest hasło do internetu. Łazienka znajduje się po lewej. Ciepła woda działa przez większość dnia.”
Zofia spojrzała na niego podejrzliwie.
„To żart?”
„Tak.”
„Nie jestem pewna, czy panu wierzę.”
„Słusznie.”
Ruszył w stronę wyjścia, ale zatrzymał się przy drzwiach.
„Gdyby jednak pojawił się jakiś problem, proszę wybrać dziewięć na telefonie. Irena kogoś przyśle.”
„Pana?”
„Jeśli będzie miała pecha.”
„Miałam wrażenie, że zajmuje się pan szyldami i walizkami.”
„Zajmuję się wszystkim, czego nikt inny nie chce robić.”
„Czyli pracownik techniczny.”
Maks zawahał się.
Mógł ją poprawić. Powiedzieć, że hotel należał do jego rodziny, a od śmierci ojca połowa budynku, wszystkie długi i większość problemów formalnie należały do niego. Mógł wyjaśnić, że wrócił tylko na jeden sezon, żeby przygotować Mareę do sprzedaży.
Zamiast tego wzruszył ramionami.
„Można tak powiedzieć.”
Nie było to kłamstwo.
Przynajmniej nie w całości.
„W takim razie proszę dopisać drzwi balkonowe do listy” powiedziała Zofia.
„Już na niej są.”
„Od dawna?”
„Od zeszłego lata.”
„Imponujące tempo.”
Maks uśmiechnął się.
„Miłego pobytu, pani Maj.”
„Zofia.”
„Miłego pobytu, Zofio.”
Wyszedł, zanim zdążyła odpowiedzieć.
Dopiero na korytarzu wypuścił powietrze. Nie zauważył nawet, że przez ostatnich kilka sekund oddychał płycej.
Zszedł na dół i znalazł Irenę przy recepcji. Udawała, że porządkuje dokumenty, ale znał ją zbyt długo, żeby się nabrać.
„Co?” zapytał.
„Nic.”
„Patrzysz tak, jakbyś chciała coś powiedzieć.”
„Zwykle nie muszę niczego mówić. Sam dostarczasz wystarczająco dużo rozrywki.”
Maks odstawił śrubokręt na ladę.
„Pokój jest w porządku.”
„Nie pytałam o pokój.”
„Gość również.”
„Tego też nie pytałam.”
„W takim razie świetnie nam się rozmawia.”
Irena zdjęła okulary.
„Powiedziałeś jej, kim jesteś?”
„Pracownikiem technicznym.”
„Maks.”
„Nie powiedziałem, że nim jestem. Ona tak powiedziała.”
„A ty nie zaprzeczyłeś.”
„Przecież naprawiam tu wszystko.”
„Jesteś właścicielem.”
„Współwłaścicielem.”
„Tym bardziej powinieneś o tym pamiętać.”
Maks sięgnął po telefon. Na ekranie czekały cztery nieodebrane połączenia od Marty i wiadomość.
Musimy podpisać zgodę na analizę dokumentów. Vela nie będzie czekać do końca sezonu.
Szybko wygasił ekran.
„Właścicielem będę jeszcze przez kilka tygodni” powiedział.
Irena znieruchomiała.
Maks natychmiast pożałował tych słów. Kobieta znała go od dziecka i potrafiła wyciągać wnioski szybciej, niż było to wygodne.
„Co to ma znaczyć?”
„Nic.”
„Maks.”
„Marta chce uporządkować dokumenty. Tylko tyle.”
„Dokumenty porządkuje się przed kontrolą albo przed sprzedażą.”
„Muszę skończyć szyld.”
Chwycił narzędzia i wyszedł, zanim Irena zdążyła zadać kolejne pytanie.
Na tarasie powietrze wydawało się cięższe niż kilka minut wcześniej.
Maks stanął pod drabiną i spojrzał na hotel. Marea należała do jego rodziny od ponad pięćdziesięciu lat. Najpierw była niewielkim pensjonatem z sześcioma pokojami. Potem jego dziadkowie dobudowali piętro, rodzice nowe skrzydło, a Marta restaurację.
Każde pokolenie zostawiało tu pieniądze, czas i złudzenie, że następnemu będzie łatwiej.
Nie było.
Po śmierci ojca Maks przez dwa lata próbował utrzymać hotel na powierzchni. Sprzedał mieszkanie w Gdańsku, zrezygnował z pracy i wrócił do Jastarni. Naprawiał, oszczędzał, negocjował z dostawcami i przekonywał bank, że kolejny sezon rozwiąże ich problemy.
Nie rozwiązał.
Oferta Vela Hotels była rozsądna. Sieć przejmowała zobowiązania, gwarantowała zatrudnienie części personelu i pozwalała Marcie zachować restaurację przez dwa kolejne lata. Maks wiedział, że powinni się zgodzić.
Rozsądek nie potrafił jednak wyjaśnić, dlaczego na samą myśl o podpisaniu umowy czuł się tak, jakby przygotowywał hotel do pogrzebu.
Telefon ponownie zawibrował.
Tym razem odebrał.
„Wreszcie” powiedziała Marta. „Przeczytałeś dokumenty?”
„Jeszcze nie.”
„Wysłałam je trzy godziny temu.”
„Miałem pracę.”
„Wszyscy mamy pracę.”
Maks spojrzał na krzywy szyld.
„Nie podpiszę niczego bez prawnika.”
„Nikt cię o to nie prosi. To zgoda na wstępną analizę. Chcą zobaczyć pełne wyniki, umowy z dostawcami i prognozę rezerwacji.”
„Czyli wszystko.”
„Jeśli mamy sprzedać hotel, muszą wiedzieć, co kupują.”
Maks przesunął dłonią po karku.
„Porozmawiamy wieczorem.”
„Powtarzasz to od tygodnia.”
„Bo od tygodnia dzwonisz w najgorszym momencie.”
„Nie ma dobrego momentu, żeby pożegnać się z Mareą.”
Spojrzał na okna drugiego piętra.
Zofia stała na balkonie pokoju dwieście czternaście. Rozmawiała przez telefon, ale patrzyła w jego stronę. Gdy ich spojrzenia się spotkały, odwróciła się i weszła do środka.
„Wiem” powiedział.
„Co?”
„Wiem, że nie ma dobrego momentu.”
Po drugiej stronie zapadła cisza.
„Przyjadę jutro” oznajmiła Marta spokojniej. „Musimy podjąć decyzję.”
„Dobrze.”
„Irena coś wie?”
„Nie.”
„Nie ukryjemy tego przed nią długo.”
„Jeszcze kilka dni.”
„Maks, hotel nie przestanie istnieć tylko dlatego, że boisz się powiedzieć prawdę.”
„Wiem.”
Rozłączył się i schował telefon do kieszeni.
Potem wszedł na drabinę, odkręcił zardzewiałą śrubę i ustawił szyld prosto. Tym razem zajęło mu to mniej niż minutę.
Zszedł na ziemię i spojrzał w stronę balkonu.
Drzwi pokoju dwieście czternaście pozostawały otwarte. Biała zasłona poruszała się na wietrze.
Zofia miała zostać w Marei przez siedem nocy. Potem odda kartę, zabierze swoją ciężką walizkę i wróci do życia, o którym nie zamierzała mu opowiadać.
To dobrze, pomyślał.
Ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebował, była kolejna osoba, przed którą musiałby coś ukrywać.
Podniósł narzędzia i ruszył w stronę zaplecza.
Nie spojrzał już na balkon.
Przynajmniej nie od razu.ROZDZIAŁ 4. SIEDEM DNI BEZ JUTRA
Jedno wolne miejsce
Czerwona dioda zgasła, po czym ponownie zamigotała.
Maks odsunął kartę od czytnika i spojrzał na Zofię.
„Niech pan nawet nie próbuje żartować.”
„Nie miałem takiego zamiaru.”
„To dlaczego pan się uśmiecha?”
„Bo kiedy człowiek prowadzi hotel, ma do wyboru śmiech albo płacz.”
Strużka wody wypływająca spod drzwi stawała się coraz szersza. Zofia patrzyła, jak dociera do czubka jej buta.
„Może pan dokonać wyboru później?”
Maks schował kartę do kieszeni, uklęknął przy zamku i wyjął z kieszeni niewielki pęk kluczy.
„Myślałam, że wszystkie drzwi otwierają się kartą.”
„W teorii.”
„A w praktyce?”
„W praktyce zachowałem stare zamki, ponieważ nie ufam urządzeniom, które wymagają prądu, internetu i dobrego humoru.”
Wybrał jeden z kluczy. Zamek ustąpił natychmiast.
Gdy otworzył drzwi, woda rozlała się na korytarz.
Zofia weszła za nim.
Pierwszą rzeczą, którą zobaczyła, był mokry sufit. Woda spływała po ścianie między łazienką a pokojem, przesączała się wokół oprawy oświetleniowej i kapała na wykładzinę. Jedna z poduszek leżących na łóżku zdążyła już nasiąknąć.
Maks zatrzymał się w progu.
„Proszę niczego nie dotykać.”
„Mój laptop jest na biurku.”
„Zabiorę go.”
„Sama potrafię.”
Ruszyła do przodu, ale Maks złapał ją za przedramię.
„Na podłodze jest woda, a nad panią instalacja elektryczna.”
Zofia spojrzała na jego dłoń.
Puścił ją natychmiast.
„Wyłączę bezpiecznik i wtedy wejdziemy.”
„Mój komputer jest wart więcej niż cały ten pokój.”
„To nie było szczególnie miłe.”
„Nie miało być miłe. Miało być precyzyjne.”
Maks odwrócił się do Ireny, która właśnie pojawiła się na korytarzu z dwiema pokojowymi.
„Wyłączcie prąd w starym skrzydle. Przynieście ręczniki, wiadra i odkurzacz do wody. Muszę dostać się do pokoju nad nami.”
„Trzysta czternaście jest pusty” powiedziała Irena. „Goście przyjeżdżają wieczorem.”
„Już nie przyjeżdżają.”
Maks ruszył w stronę schodów.
Zofia weszła do pokoju.
„Powiedziałem, żeby pani poczekała.”
Zatrzymał się tak gwałtownie, że Irena niemal na niego wpadła.
„Prąd jest już wyłączony” odpowiedziała Zofia.
„Skąd pani wie?”
„Zgasła lampa na korytarzu.”
Nie czekając na jego reakcję, podeszła do biurka. Woda jeszcze do niego nie dotarła, ale zbliżała się szybko. Zamknęła laptop, odłączyła ładowarkę i wsunęła komputer do torby. Telefon oraz dokumenty leżały na stoliku przy łóżku. Te również zabrała.
Maks stał w drzwiach z zaciśniętą szczęką.
„Co?” zapytała.
„Nic.”
„Patrzy pan tak, jakby chciał pan coś powiedzieć.”
„Zastanawiam się, czy kiedykolwiek wykonuje pani polecenia.”
„Oczywiście.”
„Kiedy?”
„Kiedy są rozsądne.”
Pochyliła się, żeby wyciągnąć walizkę spod drewnianego stojaka. Jej kółka tkwiły w wodzie.
Zofia pociągnęła mocniej. Walizka przesunęła się nagle, a obcas jej sandała poślizgnął się na mokrej wykładzinie.
Nie zdążyła upaść.