Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Miłość z najwyższej półki - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
13 lutego 2026
3599 pkt
punktów Virtualo

Miłość z najwyższej półki - ebook

By ją zdobyć, trzeba po nią sięgnąć. A w tym ktoś musi ci pomóc.

Życie Matyldy, zbliżającej się do trzydziestki bibliotekarki, toczy się między regałami książek, spotkaniami z przyjaciółkami i rozmowami z neurotyczną mamą. Po związku zakończonym rozczarowaniem kobieta nie ustaje w poszukiwaniu miłości, choć niezdecydowanie i wrodzona naiwność znacznie jej to utrudniają.

Kiedy na jednym ze spotkań autorskich poznaje Jędrzeja Rusałkę – szarmanckiego autora bestsellerowych kryminałów – jej serce zaczyna bić mocniej, a codzienność nabiera barw. Przed Matyldą otwierają się drzwi do świata, o którym dotąd jedynie marzyła.

Sprawy jednak szybko się komplikują… Na drodze Matyldy nieoczekiwanie pojawia się nowy, fascynujący mężczyzna. Czy kobieta ulokuje swoje uczucia we właściwej osobie? A może już zawsze będzie dzielić życie z kotem Mińkiem bez wymarzonej drugiej połówki?

 

Miłość z najwyższej półki to pełna emocji, nadziei i niełatwych wyborów historia okraszona humorem oraz zwrotami akcji. Niezwykła opowieść rozgrywająca się pod trójmiejskim niebem.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-319-1
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ I

MATYLDA – JESIEŃ 2002

Podczas gdy całe miasto żyło filmem, Matylda spała jak zabita. Dochodziła jedenasta, a przed kasami w Gemini miłośnicy polskiego kina od rana walczyli o ostatnie bilety na projekcje konkursowe. 27. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni właśnie się kończył, pozostawiając kinomanom ostatnią szansę, żeby w jakikolwiek sposób zaznaczyć swoją obecność w tym doniosłym wydarzeniu. Nie było to może wydarzenie rangi lądowania na Księżycu, ale jednak jedno z najważniejszych dla polskiego kina, a przy okazji mieszkańców Trójmiasta. Co roku wrzesień rozpoczynał się nie tylko depresją powakacyjną, lecz także – na pocieszenie – cyklicznie odbywającym się tu pokazem polskich filmów. Do konkursu stawali reżyserzy, bardziej i mniej znani, prezentujący swoje dzieła w różnych kategoriach i liczący na uznanie krytyków oraz publiczności. Gwiazdy polskiego kina można było zobaczyć w tym czasie nie tylko na ekranie, ale również na ulicach Gdyni, Bulwarze, w restauracjach, kawiarniach i w Hotelu Gdynia, gdzie zatrzymywali się na czas festiwalu.

Droga do wejścia kompleksu Gemini zmieniała się w tych dniach w „aleję gwiazd”, którą dumnie kroczyli nie tylko uznani twórcy kina, lecz także ci, którym do sławy było, niestety, daleko. Znudzeni i sfrustrowani (przynajmniej niektórzy) podążali nią zatem również przedstawiciele mniej spektakularnych zawodów: księgowi, logopedzi, farmaceuci, nauczyciele i bibliotekarze, by choć raz w roku poczuć się bardziej „glamour”. Bądźmy szczerzy, kto z nas choć raz nie myślał, że jest stworzony do celów wyższych niż bycie częścią szarej masy zjadaczy chleba?

Gdyby Matylda nie padła wczoraj wieczorem po powrocie z biblioteki, gdzie pracowała, odkąd została absolwentką filologii polskiej Uniwersytetu Gdańskiego na specjalizacji edytorskiej, pewnie też dołączyłaby dziś do kroczących „aleją”. Ale była tak zmęczona, że nawet nie nastawiła budzika na sobotę rano, przez co szansa bezpowrotnie przepadła – na pewno w tym roku. Pozostawała jeszcze nadzieja, że organizatorzy nie zmyją tak szybko wymalowanej białą farbą „alei” ani że nie zmyje jej deszcz.

Matylda otworzyła najpierw jedno zaspane oko, a po chwili drugie. Ze snu wyrwał ją koszmar, w którym ktoś usiłował wywiercić jej dziurę w głowie, robiąc przy tym tyle nieznośnego hałasu, że ją obudził. Może i na jej szczęście, bo tym samym zaoszczędził jej dalszego ciągu sennego marzenia, które najwyraźniej rozwijało się w stronę horroru – gatunku, za którym Matylda jakoś szczególnie nie przepadała. Dużo bardziej wolałaby, żeby obudziły ją dzwony weselne ze snu z gatunku komedii romantycznej. Oczywiście Matylda, jako młoda, chociaż zbliżająca się do trzydziestki kobieta, znała już trochę życie i wiedziała, że snów się nie wybiera; nie pozostawało więc nic innego, jak tylko się z tym pogodzić.

Co do samego życia, Matylda nadal uparcie przekonywała siebie, że każdy jest kowalem swojego losu i że w przeciwieństwie do marzeń sennych wszystko, co przyszłość przyniesie, jest w jej rękach. I taką optymistyczną myślą zamierzała rozpocząć kolejny weekend swojego życia, kiedy dotarło do niej, że horror ze snu wcale się nie skończył, a przeszywający hałas nie ustał wraz z otwarciem oczu. Co więcej, jego spektrum wychodziło znacznie poza zaspaną i owiniętą papilotami głowę Matyldy, świdrując bezlitośnie ścianę przy łóżku. Ktoś, a ściślej mówiąc, nowy sąsiad, najwyraźniej postanowił akurat dziś rano rozpocząć remont. Oby tylko na niewielką skalę – Matylda miała nadzieję, że skończy się – przykładowo – na mocowaniu półek. Tak czy inaczej, hałas bez dwóch zdań zepsuł jej wolny sobotni poranek, który zamierzała spędzić w błogiej ciszy, w łóżku, z filiżanką rumiankowej herbaty i kolejnym odcinkiem _Rodziny Soprano _– nowo odkrytego serialu obyczajowego na HBO. Ale niestety – nie dziś.

Matylda ziewnęła, po czym wydała z siebie westchnienie niezadowolenia, przeciągnęła się i po chwili wahania niechętnie wystawiła nogi za krawędź łóżka. Prosto w kałużę! Ostatnio zdarzało się to dość często. Miniek, słodki i przymilny kocurek o czarnym jak smoła umaszczeniu, jeszcze czasem zapominał o istnieniu kuwety (lub celowo ją ignorował, żeby uprzykrzyć Matyldzie życie) i załatwiał swoje potrzeby przy łóżku, gdzie samowolnie zrobił sobie legowisko. Na nic było zachęcanie go do spędzenia nocy w miękkim, wygodnym (tak przynajmniej oceniała go Matylda) kojcu, który znajdował się w korytarzu. Miniek co wieczór udawał, że akceptuje to miejsce, po czym w nocy, kiedy nieświadoma niczego Matylda z błogością odpoczywała w ramionach Morfeusza, Miniek po cichutku opuszczał swoją „noclegownię”. Skradał się w stronę łóżka, gdzie zasypiał na drewnianej podłodze, zwinięty w małą, czarną kulkę. Rano, żeby zapewnić Matyldę o tym że i tym razem spędził noc w zakazanym miejscu, zostawiał po sobie ciepłą kałużę.

– Minieeeeek… – Matylda syknęła bardziej sama do siebie niż do Mińka, wycierając stopy chusteczkami, których pudełko zawsze stało na stoliku nocnym obok lampki. Przy okazji wytarła też kałużę z podłogi i ruszyła do kuchni. Miniek, jak co dzień (weekend czy nie weekend – dzień tygodnia nie miał dla niego żadnego znaczenia), w napięciu oczekiwał śniadania, a potem przekąski w nagrodę za swoje istnienie. Napięcie to było częścią zabawy, swoistą kokieterią ze strony Mińka, doświadczenie mówiło mu bowiem, że śniadanie jak zwykle zaraz pojawi się w misce. Jak dotąd nigdy nie zdarzyło się inaczej. Jego pani, piękna nawet z papilotami na włosach, nawet o szóstej rano i przed poranną toaletą, zawsze z tym samym entuzjazmem, a w niektóre dni nawet z prędkością błyskawicy, otwierała kuchenną szafkę w górnym prawym rogu, aby następnie wyjąć z niej Mińkowe śniadanie (a czasem i przekąskę).

Tym rytuałem zaczynał się każdy dzień w domu Matyldy i Mińka.

***

Po śniadaniu, które zazwyczaj składało się z tego, co ostało się w lodówce po ostatnich zakupach (w środę?), Matylda postanowiła nie odwlekać tego, co i tak trzeba było zrobić. Odważnie spojrzała bałaganowi w twarz i… I z powrotem opadła na kanapę. Przed nią roztaczał się widok, który uzasadniał rozpaczliwą chęć ucieczki w prokrastynację. Salon, w którym Matylda dopiero co pochłonęła wczorajszą bułkę z resztką konfitury truskawkowej (z obniżoną zawartością cukru), popijając ją białą kawą (bez cukru), przypominał pobojowisko. Na fotelu znajdującym się po przeciwnej stronie kawowego stolika leżała sterta ubrań z całego tygodnia. Matylda nie pierwszy raz nie wygospodarowała czasu, żeby systematycznie odkładać je z powrotem do szafy, w której za przesuwnymi drzwiami zdobionymi motywem gałązek kwitnącej wiśni z tęsknotą czekały na nie puste wieszaki. Jak zwykle zostawiła to sobie na wolne sobotnie przedpołudnie. Przenosząc wzrok w stronę połączonej z salonem kuchni, nie zdołała ominąć piętrzących się w zlewie brudnych naczyń. Na ich widok przez głowę Matyldy ponownie przemknęła karcąca myśl o swoim braku pragmatyczności, o którym bezsprzecznie świadczył bolesny brak zmywarki – urządzenia, które znacznie ułatwiłoby jej życie.

Dobrze, że mam chociaż pralkę, pomyślała z przekąsem, idąc dalej za swoim wzrokiem. Ten zatrzymał się na kuchennej podłodze, a dokładniej w ulubionej okolicy Mińka, gdzie stały dwie niewielkich rozmiarów miseczki: niebieska z motywem szarych myszek o podkręconych ogonkach i szara – bez równie porywającego motywu. Niejeden miłośnik zwierząt domowych (do których Matylda zaliczała również siebie) mógłby uznać ten widok za ucztę dla oczu (nawet pomimo braku jedzenia, o co Miniek zadbał, pochłaniając zawartość niebieskiej miseczki w zawrotnym tempie), gdyby nie porozsypywane dookoła resztki mokrej karmy (dziś z tuńczykiem) i szlaczek ułożony ze żwirku z kuwety, który Miniek nieustannie roznosił po całym mieszkaniu. Matylda, chcąc choć przez chwilę zapomnieć o wymagającej interwencji podłodze, przeniosła wzrok na pokryte kurzem (na szczęście cienką warstwą) półki przy oknie, a następnie na samotnie stojącą w donicy dracenę.

Była to roślina z natury niewymagająca. Do szczęścia potrzebowała jedynie umiarkowanego ciepła, dostępu do światła (z tego powodu Matylda postawiła ją przy oknie) i od czasu do czasu podlania, na co mogła liczyć, kiedy Matyldzie się o tym przypomniało. Dracena, prezent od rodziców, odwdzięczała się za troskę, nie sprawiając kłopotów. Stała lekko przekrzywiona w kierunku okna w zdobionej ratanową osłonką donicy, ciesząc oczy Matyldy, ilekroć otwierała drzwi mieszkania, oraz służąc Mińkowi jako drapak. Matylda odetchnęła z ulgą na myśl, że przynajmniej w zakresie pielęgnacji roślin nie spoczywa na niej żadna presja, i wyjrzała przez okno, odkrywając, że wymaga umycia, ale nie w trybie pilnym. Matylda zaplanowała mycie okien tradycyjnie na wiosnę, a szczęśliwie była dopiero połowa września, co dawało jej spory zapas czasu na przygotowanie się do tego karkołomnego przedsięwzięcia.

Ktoś mógłby uznać, że nazwanie mycia okien karkołomnym jest przesadą, ale wiązało się to z odsuwaniem ciężkiej donicy ze wcześniej wspomnianą draceną. Matylda wolała już nie myśleć o pozostałych oknach, do których dotarcie też wcale nie było sprawą łatwą. Wymagało to odsunięcia biurka, co odsłaniało nowe pokłady wcześniej niezauważalnej warstwy kurzu, okruchów, kawałków papieru, a nawet nieżywych owadów, które nie przetrwały w warunkach panujących w mieszkaniu. Matylda jednak postanowiła nie zagłębiać się w tak odległe, a do tego szczęśliwie przesłonięte zakamarki swojego M3 i skupić się jedynie na tym, co kłuło w oczy. Nie miała złudzeń, że daleko jej do wzorowej pani domu, pozostało jej więc wdrożenie planu B, czyli posprzątanie z grubsza i z wierzchu. Niestety nawet to wymagało determinacji oraz użycia niezbędnych urządzeń i akcesoriów, takich jak odkurzacz i mop (Matylda marzyła o iRobocie sprzątająco-mopującym, który czarną robotę zrobiłby za nią), a także ścierka (najlepiej sprawdzały się te z mikrofibry). Matylda dysponowała tymi ostatnimi, niestety dużo gorzej było z determinacją.

No cóż, trzeba się zabrać. Z tą zagrzewającą do boju myślą Matylda, mimo wszystko niechętnie, postanowiła oderwać swoje ważące pięćdziesiąt pięć kilogramów i przywdziane w piżamę ciało od miękkiej kanapy. Chcąc być szczerą, musiała przyznać, że wspomniana waga nie do końca oddawała prawdziwy stan rzeczy. Co prawda, przez długie lata tyle właśnie ważyła, ale zaległości w gimnastyce (ciągły brak czasu) i trudna do opanowania słabość do słodyczy (głównie lodów waniliowych) przyczyniły się do wzrostu wagi, a tym samym przejścia w większą rozmiarówkę (z trzydzieści sześć na trzydzieści osiem).Tłumaczyło to, dlaczego oderwanie się od kanapy przychodziło jej z coraz większym trudem, choć działo się tak głównie wtedy, kiedy chodziło o sprzątanie. No ale kiedyś trzeba zacząć.

Już miała wstać, gdy nagle ekran spoczywającego obok niej na kanapie telefonu pojaśniał, a zaraz po tym rozległ się charakterystyczny dźwięk „ping”. Był to oczywiście domyślny dźwięk wiadomości tekstowej. Matylda planowała zmienić go na bardziej wymyślny, lecz jakoś nie mogła się za to zabrać. Zaintrygowana i w głębi duszy zadowolona, że może opóźnić sprzątanie, rzuciła okiem na ekran telefonu z nadzieją, że czeka ją jakaś miła niespodzianka. Była dopiero na początkowym etapie nawiązywania nowych, potencjalnie rokujących znajomości, ale przecież nigdy nie wiadomo. Życie pisze nieprzewidywalne scenariusze, a los singielki w każdym wieku (niezależnie od orientacji; Matylda uważała się za heteroseksualną) może odmienić się w każdej chwili. Może brzmiało to nieco naiwnie, ale Matylda póki co postanowiła oprzeć swoje życie na takiej właśnie teorii. Tak więc z nadzieją spojrzała na ekran i w tym samym momencie doznała rozczarowania. Nadawcą wiadomości okazał się (niestety!) Mirosław – poznany w zeszłym miesiącu na portalu randkowym trzydziestodwuletni mało atrakcyjny kawaler.

Mirosław był nauczycielem informatyki i miłośnikiem żużla. Żadne z tych zajęć nie fascynowało Matyldy, a na pewno nie na tyle, żeby kontynuować temat po zakończonej, i do tego niespecjalnie udanej, randce. Mirosław jednak najwidoczniej, w przeciwieństwie do Matyldy, odczuwał niedosyt.

Hej, Mati. Masz plany na dziś? Może masz chęć się spotkać i pogadać?

Perspektywa wysłuchania kolejnego monologu na temat nadchodzących wyścigów motocyklowych i planu lekcyjnego w szkole, w której Mirosław pracował, za bardzo jej nie pociągała. Jednak z drugiej strony nie miała żadnego planu na sobotni wieczór. Może to i lepsze niż siedzenie w domu przed telewizorem i objadanie się słodyczami, pomyślała, chwaląc siebie w duchu za rozsądne podejście. Po drugie, może powinna dać mu jeszcze szansę. To prawda, że kiedy zobaczyła go pierwszy raz przed Jazz Cafe z rękami w kieszeni szarej jesiennej kurtki, jego widok nie wbił jej w ziemię. Ani też ziemia nie zapadła się pod nią, kiedy na przywitanie pocałował ją w policzek (może i dobrze, dzięki temu nadal twardo na niej stała). Z randki, która trwała coś ponad godzinę, wróciła raczej znudzona. Może jednak oceniła go zbyt surowo? Po chwili zastanowienia, która przy okazji odsunęła w czasie (nie)cierpliwie czekające sprzątanie, Matylda odpisała:

Hej, dlaczego nie? Co proponujesz?

Postanowiła poczekać chwilę i zobaczyć, co w odpowiedzi przyśle Mirosław, kiedy nagle usłyszała świdrujący dźwięk dochodzący z drugiej strony ściany. Kątem oka zobaczyła, jak Miniek, który do tej chwili spokojnie wygrzewał się na parapecie w przedpołudniowym słońcu, na odgłos wiertarki zerwał się niczym oparzony, skoczył na kanapę, a z niej z prędkością strzały pobiegł do sypialni. Nowy sąsiad najwyraźniej nie zamierzał skończyć na przymocowaniu półek. Jeśli tak ma wyglądać dzisiejsza sobota, to może dobrze, że Mirosław się odezwał, pomyślała.

Czekając na odpowiedź, ułożyła sobie w głowie plan dnia: sprzątanie, zakupy, szybki obiad, a na koniec randka. Spotkanie, nie randka, poprawiła się w myślach Matylda i kiedy już podnosiła się z kanapy, na ekranie Panasonica pojawiła się ikonka nowej wiadomości.

20.00? Może tym razem w Pueblo? Moglibyśmy coś zjeść. Rezerwować?

Godzina mi pasuje, miejsce też.

OK.

Do wieczora.

Ku jej rozpaczy remont za ścianą wyraźnie się rozkręcał. Narastający dźwięk wiertarki świdrował już nie tylko ścianę, lecz także jej głowę, i stawał się nie do wytrzymania. Matylda postanowiła dać sąsiadowi czas do jutra. Jeśli to się nie skończy, będzie musiała coś z tym zrobić, co raczej nie zapowiadało udanego początku sąsiedzkiej znajomości.

***

Matylda nerwowym ruchem poprawiła swoje kasztanowe loki. Trzeba przyznać, że zakup papilotów był strzałem w dziesiątkę – efekt był lepszy niż zadowalający. Odkąd pamiętała, zawsze pragnęła być posiadaczką kręconych włosów. Teraz z dumą założyła jeden z niesfornych loków za ucho. Przy okazji poprawiła swój ulubiony jesienny szalik typu melanż, opatulając się nim mocniej – wieczór był piękny, bezwietrzny, ale czuć już było w powietrzu jesienny chłód.

Restauracja Pueblo znajdowała się w centrum Gdyni. Matylda kochała swoje miasto, w którym mieszkała od dzieciństwa, i teraz z uczuciem zachwytu i nostalgii patrzyła na oświetloną latarniami ulicę. Humor psuł jej jednak fakt, że stała przed restauracją już od dobrych kilku minut, czekając na Mirosława, który się spóźniał. Z każdą minutą zachwyt i nostalgia ustępowały uczuciu irytacji. Już zamierzała pójść, kiedy w końcu zobaczyła, jak wyłania się zza rogu ulicy. Flegmatycznym krokiem zbliżał się w jej kierunku, ubrany w zbyt obcisłą szarą kurtkę, jeansy i ciemne sportowe buty. Na głowie miał beżowy kaszkiet, który nie był zbyt twarzowy i nie dodawał mu urody. Na widok Matyldy jego twarz pojaśniała szczerym uśmiechem.

– Przepraszam za spóźnienie, ale chyba niedużo się spóźniłem? Z dziesięć minut?

Matylda zbyła uwagę Mirosława.

– Wchodzimy?

Mirosław, wyczuwając nutkę irytacji w głosie Matyldy, szybko znalazł zarezerwowany stolik i nieco niezgrabnie usadowił się na kolorowym krześle w stylu meksykańskim. Matylda powiesiła płaszcz na stojącym pod oknem wieszaku, a następnie zaczęła studiować menu. Nie mając pojęcia, jak potoczy się wieczór, na wszelki wypadek zamówiła tylko zupę meksykańską (specjalność kuchni) i zieloną herbatę. Mirosław natomiast miał ochotę na konkrety, o czym świadczył wybór tortilli z szarpaną wołowiną z dodatkiem dzikiego ryżu, serwowanej z trzema rodzajami pikantnych sosów. Zamówienie przyjął kelner o urodzie idealnie pasującej do meksykańskiej restauracji. Śniada cera, brązowe oczy, lśniące fale czarnych jak smoła włosów i nieśmiały wąsik od razu przyciągnęły uwagę Matyldy. Przystojny kelner obdarował ją jednym z tych uśmiechów, które rozbroiłyby każdą kobietę, a ona w odpowiedzi posłała mu równie czarujący uśmiech, po czym z żalem odprowadziła go wzrokiem – aż po kolorowe drzwi kuchni. Następnie przeniosła spojrzenie na siedzącego naprzeciwko Mirosława. Nie ma co ukrywać, że wypadał dość blado w porównaniu z kelnerem – zarówno w przenośni, jak i dosłownie. Matylda jednak postanowiła stawić czoła rzeczywistości.

– Jak minął dzień? – zapytała uprzejmie.

Mirosław westchnął głęboko. Zmarszczył czoło i wykrzywił usta. Albo dzień nie należał do udanych, albo pytanie Matyldy nie przypadło mu do gustu. Niestety cofnąć go już nie było jak.

– Ciężko – wydobył z siebie zbolałym tonem. – Czuję, że znowu się przeziębiłem. Mam nadzieję, że pamiętasz, gdzie pracuję?

Matylda w odpowiedzi skinęła głową.

– W sali informatycznej jest duszno, więc muszę wietrzyć co przerwę. A jak wywietrzę, to spada temperatura i się zaziębiam.

Na dowód swych słów Mirosław wyjął z kieszeni paczkę chusteczek, wyciągnął jedną i wydmuchał nos.

Matylda nie miała pomysłu, co odpowiedzieć. Zupa i tortilla z dodatkami nie nadchodziły, a nad stołem zawisła niezręczna cisza.

– To niedobrze – skomentowała niezbyt może odkrywczo. – Bardzo niedobrze.

– No niedobrze – podchwycił Mirosław. – Sytuacja w zasadzie wydaje się bez wyjścia. Jak nie wietrzę, jest duszno, a jak wietrzę, to w sali robi się zimno i łapię katar – powtórzył dla jasności Mirosław.

– No tak, faktycznie nieciekawie – odpowiedziała Matylda, ukradkiem spoglądając na zegarek.

Zamówione dania najwyraźniej nadal były w fazie przygotowania, a rozmowa utknęła w martwym punkcie. Istniała szansa, żeby ją ożywić, gdyby Mirosław wpadł na pomysł, żeby zapytać Matyldę o jej dzień. Niestety pytanie się nie pojawiało i kiedy Mirosław po raz trzeci z rzędu wydmuchał nos, Matylda postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce.

– A jak tam żużel? – zapytała z nieco udawanym zainteresowaniem, nie wiedząc do końca, jakiej odpowiedzi oczekuje.

Jednak pytanie wyraźnie wywołało efekt ożywienia na twarzy Mirosława, który z entuzjazmem zaczął rozprawiać o trwających zawodach. Prawdopodobnie z powodu emocji na chwilę zapomniał o swoim przeziębieniu i kiedy kelner z uśmiechem (ach, co to był za uśmiech, pomyślała wtedy Matylda) postawił na stole najpierw zupę meksykańską i herbatę, a następnie tortillę z dodatkami, Mirosław dopiero się rozkręcał.

Matylda z początku słuchała, próbując nawet znaleźć w sprawozdaniu Mirosława coś interesującego, o co ewentualnie mogłaby dopytać w celu podtrzymania rozmowy, ale po piętnastu minutach się poddała. Doszła do wniosku, że jedyne, co jej pozostało, to zaoszczędzić sobie przygotowania kolacji w domu, i udając, że nadal słucha, zajęła się stygnącą zupą. Mirosław natomiast tak pogrążył się w monologu, że zdawał się zapomnieć o głodzie. Tortilla leżała na talerzu nietknięta, podobnie jak dziki ryż i pikantne sosy.

– Może miałabyś ochotę wybrać się ze mną na wyścigi żużlowe w przyszły weekend? – zakończył Mirosław propozycją, jak sądził, nie do odrzucenia.

– A dokąd? – zapytała Matylda, choć z góry wiedziała, że i tak nie pojedzie (nawet gdyby sąsiad miał wiercić od rana do wieczora i we wszystkich ścianach jednocześnie).

– Do Grudziądza, to niedaleko.

– Raczej nie dam rady.

– Myślę, że mogłoby cię to zaciekawić. – Mirosław nie dawał za wygraną. – Nie wyobrażasz sobie nawet, jakie to są emocje! Ostatnim razem, jak byłem z kolegami…

I tu Mirosław wpadł w kolejny monolog, ale tym razem Matylda już nawet nie udawała, że słucha. Na szczęście przypomniał sobie o tortilli i kontynuował, łącząc opowieść z przeżuwaniem (co, jak się łatwo domyślić, nie wyglądało apetycznie, ale dawało nadzieję na szybsze zakończenie wieczoru). Matylda w tym czasie wodziła oczami po restauracji, obserwując, co dzieje się za plecami Mirosława, i niecierpliwie czekając, aż ta nieudana randka dobiegnie końca. Co za strata czasu, myślała, z zazdrością obserwując zakochaną parę siedzącą w pobliżu, która właśnie złożyła zamówienie. Oboje byli bardzo młodzi, mogli mieć może dwadzieścia lat. Wpatrzeni w siebie, dotykali swoich dłoni, cicho rozmawiając. Słowem, przy ich stoliku działo się wszystko, za czym Matylda tak tęskniła i na co (to wiedziała na pewno) nie mogła liczyć w związku z Mirosławem. Zdecydowanie ich znajomość nie ewoluowała w tym kierunku.

Kilka minut po godzinie dwudziestej drugiej Matylda stała już na przystanku, czekając na autobus. Chwilę wcześniej odrzuciła propozycję odwiezienia do domu. Mirosław pocałował ją w policzek i poczłapał (niestety w oczach rozczarowanej Matyldy tak to wyglądało) w stronę parkingu, gdzie zostawił samochód.

***

Po randce z Mirosławem Matylda długo nie mogła zasnąć. Podczas gdy Miniek tradycyjnie udawał, że zamierza spędzić noc w kojcu, Matylda rozmyślała o kolejach swojego życia. A raczej o wertepach, które sama sobie zgotowała. Może była dla siebie trochę zbyt surowa, ale w myśl motta, że każdy jest kowalem swojego losu, musiała przyznać, że częściowo ponosi winę za taki stan rzeczy. Wszystko mogło być inaczej i zamiast nieudanej randki z Mirosławem mogła spędzić tę sobotę z kimś, komu by na niej szczerze zależało. Z kimś, kto nie zanudzałby jej monologiem o zawodach żużlowych, tylko w pierwszej kolejności zainteresowałby się jej dniem. Z kimś, kto nigdy w życiu nie pozwoliłby jej stać samej na przystanku o tej porze.

Niestety nie było już drogi powrotnej. Zasypiając, myślała, jak bardzo chciałaby znów poczuć się bezpieczna i kochana. Zamiast tego musiała zadowolić się snem, który często powracał. Jeździła w nim autobusem po nieoświetlonych ulicach, bez określonego celu, nie wiedząc nawet, gdzie dokładnie jest. Miasto zawsze było obce, nieprzyjazne i puste. Drogi były nieoznakowane, bez drogowskazów.

***

Niedzielne przedpołudnie upłynęło Matyldzie na słodkim leniuchowaniu. Na szczęście nikt ani nic nie zakłócało błogiego spokoju – może oprócz wiadomości od Mirosława, w której zapytywał ją, czy ma ochotę spotkać się w tygodniu przed jego wyjazdem na zawody żużlowe. W przeciwieństwie do niej najwyraźniej widział potencjał w ich znajomości. Matylda grzecznie odmówiła i w zasadzie uznała to za odpowiedni moment, żeby wykasować jego numer telefonu z listy kontaktów. Kolejna randka z Mirosławem nie wchodziła w grę.

Po południu postanowiła uporządkować balkon, na którym wciąż jeszcze od lata stał stolik, a wraz z nim dwa wiklinowe krzesła. Było już zdecydowanie za zimno na przesiadywanie tam wieczorami, na co zresztą Matylda i tak nie miała już czasu, może poza weekendami. Wynosząc krzesła i stolik, mimo woli zerknęła na sąsiedni balkon. Bez wątpienia remont dopiero się zaczynał – stały tam dwa duże kartony z kaflami oraz rząd desek i drewnianych listew. Obok w niewielkiej skrzyni znajdowały się narzędzia. Matylda wychyliła się, żeby zajrzeć głębiej. Okno balkonowe było lekko uchylone, ale nie na tyle, żeby można było dojrzeć, co dzieje się w środku.

Z Mińkiem plączącym się u nóg, Matylda wróciła do salonu i zaległa w fotelu z kubkiem gorącej kawy z mlekiem i porcją lodów stracciatella oraz z niedawno rozpoczętą powieścią kryminalną Harlana Cobena _Nie mów nikomu_. O tej porze dnia do salonu wpadało dużo światła, co stwarzało doskonałe warunki do czytania. Mając tuż obok Mińka, który uskuteczniał popołudniową drzemkę na kanapie, Matylda otworzyła książkę na sto dwudziestej trzeciej stronie, przenosząc się niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki do Park Avenue, gdzie z głównym bohaterem – Davidem – usiłowała rozwiązać zagadkę zniknięcia jego żony. Matylda z zainteresowaniem przerzucała stronę po stronie, podczas gdy Miniek zdążył już się wyspać, dojeść resztki obiadu z niebieskiej miseczki w myszki i zrobić obchód całego mieszkania. Nie zabrało mu to dużo czasu ze względu na to, że miało ono mniej więcej czterdzieści dwa metry kwadratowe. Ostatecznie zniknął w niewielkiej wnęce obok garderoby, gdzie stała kuweta, podczas gdy Matylda zbliżała się do końca strony sto siedemdziesiątej trzeciej. Zarówno ona, jak i Miniek wiedzieli, że nic ani nikt nie jest w stanie zepsuć im tego leniwego i szczęśliwego w sumie popołudnia – ani sąsiad (dziś nie wiercił), ani Mirosław (na szczęście milczał), ani listonosz (była niedziela), ani nawet koniec świata (nic go dziś nie zapowiadało).

***

Poniedziałkowy poranek jak zwykle wynurzał się z chaosu. Matylda zaspała, pomimo że ze snu próbowały wyrwać ją aż dwa budziki. Kiedy w końcu zerwała się z łóżka, znów wpadła w kałużę pozostawioną rankiem przez Mińka na dowód niesubordynacji wobec swojej opiekunki, żywicielki i sponsorki w jednym (a nawet do pewnego stopnia towarzyszki życia). Biegnąc do łazienki, rzuciła okiem na swoje zaspane odbicie w lustrze. Nie trzeba było się dłużej przyglądać, żeby zobaczyć, że kładzenie się spać z niedosuszonymi (z lenistwa) włosami nie było dobrym pomysłem. A nawet więcej – było bardzo złym pomysłem. Matyldzie nie chciało się poprzedniego wieczora zakładać papilotów i efekt był taki, jaki właśnie widziała w lustrze – plątanina kasztanowych strąków, z których każdy zdawał się żyć własnym życiem. Do tego podpuchnięte powieki i szara cera – z dnia na dzień tracąca ślady letniej opalenizny. Brakuje tylko opryszczki, pomyślała.

Wzięła szybki prysznic, niedbale związała włosy i nałożyła błyskawiczny makijaż. Musnęła rzęsy czarnym tuszem, wklepała podkład, a na powieki nałożyła grafitowy cień (może zatuszuje opuchliznę). Usta pociągnęła różowym błyszczykiem. Końcowy efekt może nie był oszałamiający, ale do zaakceptowania. Już miała się ubierać, kiedy przypomniała sobie, że Miniek nie dostał jeszcze swojego śniadania. Faktycznie, stał przy miseczce, oczekując go bez względu na okoliczności. Kiedy pochłaniał karmę (niestety znowu z tuńczykiem – Matylda zanotowała w pamięci, że czas odwiedzić osiedlowy sklep zoologiczny), pospiesznie wciągnęła ciemne jeansy i włożyła golf. Zerknęła jeszcze na Mińka, który właśnie wskakiwał na kanapę, sprawdziła, czy nie zostawiła za sobą potencjalnego zagrożenia w postaci na przykład włączonego żelazka (na wszelki wypadek, bo przecież nie prasowała) czy lejącej się wody z kranu i w końcu wyszła z mieszkania.

Już na schodach usłyszała, że dzwoni jej telefon. Jakimś cudem zdołała szybko znaleźć go w torebce i odebrać połączenie. Całe szczęście, bo dzwoniła kierowniczka biblioteki miejskiej, w której pracowała – pani Aldona.

– Dzień dobry, pani Matyldo. Jest już pani na pewno w pracy?

Że też, jak na ironię, musi o to pytać właśnie dziś, kiedy akurat zaspałam i wyjątkowo się spóźnię, pomyślała Matylda.

– Dzień dobry, prawdę mówiąc, w drodze. Miałam dziś rano małą awarię i wyszłam później.

W sumie można by uznać wydarzenia każdego poniedziałkowego poranka za „małą awarię”. Już sam fakt wstawania o szóstej rano był jak spadające na dom nieszczęście, nie mówiąc o całej reszcie (na przykład brak czasu na śniadanie). Matylda jednak miała wątpliwości, czy pani Aldona widzi to podobnie. Siląc się na spokój, zapytała:

– A coś się stało?

– Nic, o czym byśmy nie wiedziały, pani Matyldo. Dzwonię, żeby upewnić się, że pamięta pani o jutrzejszym wieczorze autorskim. Dziś wszystko musi być dopięte na ostatni guzik.

O matko, spotkanie autorskie! Matylda wolną ręką uderzyła się w czoło i cicho syknęła. Trzeba obdzwonić, kogo się da, żeby sala nie świeciła pustkami, dopracować wywiad, zamówić kwiaty, poczęstunek…

– Tak, oczywiście, że pamiętam. – Matylda starała się, żeby jej głos zaprzeczył stanowi faktycznemu. Prawda bowiem była taka, że Matylda przez weekend wyparła ze świadomości wszelkie myśli o pracy. – Już prawie wszystko jest przygotowane – dodała z udawanym spokojem.

W głowie czuła już natłok myśli związanych z tym, ile będzie miała dziś roboty, a co gorsza, właśnie do niej docierało, że będzie musiała zostać po godzinach.

– Proszę jeszcze na wszelki wypadek zadzwonić do naszego autora i przypomnieć mu adres oraz godzinę. A kwiaty kiedy pani odbiera?

Kwiaty. Trzeba potwierdzić zamówienie.

– Myślę, że najlepiej będzie jutro.

– Jak pani uważa. Zaproszenie do Towarzystwa Bibliotekarzy zostało wysłane?

To jedno, na szczęście, było już z głowy.

– Tak, oczywiście.

– Dobrze byłoby już dziś przygotować salę – zasugerowała kierowniczka.

– Tak, też o tym myślałam – odparła Matylda i było to prawdą.

Niestety to właśnie oznaczało konieczność pozostania w pracy po godzinach. Na szczęście nie ją jedną czekał dziś taki los.

– No dobrze. Widzę, że nad wszystkim pani czuwa – podsumowała ze spokojem w głosie pani Aldona, podczas gdy Matylda wypatrzyła nadjeżdżający autobus.

– Tak, oczywiście. Wszystko będzie gotowe.

– Proszę wieczorem o telefon. Liczę na panią, pani Matyldo!

Tymi słowami kierowniczka zakończyła rozmowę, a Matylda wraz z innymi pasażerami wyruszyła z przystanku.

***

We wtorek wszystko czekało już tylko na przybycie znanego autora kryminałów, Jędrzeja Rusałki. Miał on zaszczycić swoich fanów oraz niecierpliwie go oczekujący zespół pracowników Biblioteki Miejskiej wraz z kierowniczką o godzinie osiemnastej. Matylda oczekiwała go najbardziej niecierpliwie – głównie z tego powodu, że była zmęczona przygotowaniami i chciała już być w domu. Wyszła wczoraj z biblioteki chwilę przed godziną dwudziestą, kiedy postawiła w sali krzesło dla ostatniego gościa. Teraz, siedząc obok pani Aldony w pierwszym rzędzie, marzyła o dwóch rzeczach: żeby coś zjeść i żeby spotkanie już się skończyło. Zerknęła na kwiaty dla gościa. Bukiet, który miała mu osobiście wręczyć po zakończonym wywiadzie (z którego prowadzenia udało jej się jakoś wymigać), stał w wazonie, prezentując się świeżo i stosownie do okazji.

Cały zespół czekał w pogotowiu, by przywitać i przedstawić (raczej dla formalności) zacnego gościa. Na szczęście dzięki nadprzyrodzonej niemal determinacji Matyldy było komu. Wczoraj godzinami wydzwaniała do czytelników zapisanych do biblioteki, zachęcając do udziału w spotkaniu i sprytnie dorzucając informację o darmowym, ale jakże wyśmienitym poczęstunku oraz możliwości wygrania książki Rusałki z autografem. Matylda podejrzewała, że ze wszystkich tych atrakcji to poczęstunek stanowił największą zachętę. Teraz, czując motyle w brzuchu, bynajmniej niespowodowane miłosnym uniesieniem, lecz głodem (od drugiego śniadania nie miała czasu nic zjeść), pożerała wzrokiem mini kanapeczki umieszczone na srebrnej tacy z nóżką. Apetyt Matyldy pobudzały najbardziej te z wędzonym łososiem, sałatą i jajkiem. Na tacy obok, w towarzystwie termosów z kawą i herbatą, stały mini desery w postaci kremów i ciast, wobec których także nie pozostawała obojętna. Można było zauważyć, że nie tylko ona spogląda na nie wygłodniałym wzrokiem. Niestety najpierw obowiązki, potem przyjemności… Na szczęście na pięć minut przed osiemnastą w drzwiach biblioteki stanął nie kto inny, a sam Rusałka, ze swoją najnowszą powieścią w ręce. Książka ta, o czym za chwilę mieli przekonać się wszyscy zebrani, nosiła tytuł _U bram zła_ i zapowiadała serię kryminałów, których części łączyła postać detektywa Chrapkowskiego.

Na widok Rusałki kierowniczka ruszyła w jego kierunku, obrzucając po drodze dumnym spojrzeniem wzorowo przygotowaną salę. Poza eleganckimi krzesłami, na których siedzieli czytelnicy, i stołem z przekąskami Matylda ustawiła dwie pokaźnych rozmiarów sztalugi z oprawionymi w ozdobne ramy plakatami promującymi powieści gościa oraz spotkanie autorskie. Z tyłu sali, za plecami czytelników, znajdowały się białe regały eksponujące dzieła Rusałki oraz powieści kryminalne innych autorów. Przy nich stał niski stolik, a na nim zapalone świece, co tworzyło przyjemny nastrój. Na dużej korkowej tablicy zawieszonej za regałami, wśród przypiętych suszonych liści (które Matylda zebrała, wracając wieczorem z biblioteki), widniał plakat o treści:

SPOTKANIE AUTORSKIE

ZE ZNAKOMITYM AUTOREM POWIEŚCI KRYMINALNYCH

JĘDRZEJEM RUSAŁKĄ.

Może nie było to zbyt oryginalne, lecz zważywszy na fakt, że Matylda przygotowywała ten plakat w nocy poprzedzającej spotkanie i naprędce drukowała go rano w pracy, i tak nie był najgorszy. Najważniejsze dla Matyldy było to, że udało się czymś zapełnić od miesięcy pustą tablicę, na czym zyskał ogólny wygląd sali.

– Myślę, że nie trzeba nikomu przedstawiać znanego ze swoich powieści kryminalnych Jędrzeja Rusałki – rozpoczęła pani Aldona.

Na to rozległy się oklaski, przerywane atakiem kaszlu jednego z czytelników. Niestety zaczynał się okres grypowy i coraz więcej osób zaczynało chorować, co Matylda zauważyła, podróżując do pracy i z pracy środkami komunikacji miejskiej.

– Dzień dobry państwu. Jestem mile zaskoczony tak liczną publicznością – odezwał się Rusałka z udawaną skromnością. – Mam nadzieję, że państwa nie zanudzę…

– Ależ skąd! – Pani Aldona, jak zawsze na miejscu, pospieszyła z taktowną odpowiedzią. – Wszyscy niecierpliwie czekamy na fragment powieści. Ale czy na początku zgodziłby się pan odpowiedzieć na kilka pytań?

– Oczywiście i z przyjemnością – odpowiedział Rusałka, po czym zasiadł w przygotowanym specjalnie dla niego skórzanym fotelu.

Obok stała wysoka lampa, którą pani Aldona niezwłocznie włączyła, aby umożliwić Rusałce czytanie (sam blask świec mógłby nie wystarczyć).

– W takim razie zacznijmy – zarządziła kierowniczka, na co, jak na komendę, biedna Ela (wyznaczona do roli prowadzącej wywiad) usiadła nieśmiało obok autora i nieco za cichym, nieśmiałym głosem zadała pierwsze pytanie.

Matylda nie skupiła się jednak na wywiadzie, lecz na samym Rusałce, który przyjąwszy pozę gwiazdy, rozprawiał o swojej powieści. Trzeba przyznać, myślała, że wygląda całkiem przyjemnie. Ciemne, lekko przyprószone siwizną włosy, ładnie zarysowane, gęste brwi, lekko śniada cera, zadbane zęby i męskie rysy prezentowały się nadzwyczaj atrakcyjnie, zwłaszcza w klimatycznym świetle. Rusałka miał na sobie błękitną koszulę, brązową marynarkę w stylu vintage i jeansy – wszystkie elementy stroju idealnie do siebie pasowały. Jego głęboki, niemal hipnotyzujący głos sprawiał, że Matylda powoli odpływała gdzieś daleko, poza mury biblioteki.

– Pani Matyldo!

Matylda ocknęła się z rozmyślań, nie bardzo wiedząc, co może od niej znowu chcieć kierowniczka. Powędrowała jednak wzrokiem za spojrzeniem pani Aldony, który bez żadnych wątpliwości był skierowany w stronę stojących w wazonie kwiatów.

– Kwiaty! – wysyczała z irytacją kierowniczka.

Kwiaty! Matylda doznała nagle olśnienia i natychmiast chwyciła stojący nieopodal bukiet. Dopiero wtedy usłyszała głośne brawa, którymi publiczność nagradzała Rusałkę. Zgrabnie chwyciła kwiaty i dostojnym krokiem (na ile było to możliwe po całym dniu pracy), pośród oklasków, ruszyła w stronę autora. Ten z uśmiechem przyjął bukiet, całując ją przy tym w rękę. Pomimo że Matylda uważała ten gest za staroświecki, w wykonaniu Rusałki bynajmniej jej nie przeszkadzał. Kiedy nachylił się nad jej dłonią, uderzyła ją woń przyjemnych męskich perfum i sama tym zaskoczona poczuła, że się rumieni.

Wracając do domu, wciąż myślała o Rusałce. Bez dwóch zdań miał w sobie coś interesującego, czego zdecydowanie brakowało Mirosławowi (który, Bogu dzięki, już trzeci dzień się nie odzywał).

***

Co drugą sobotę Matylda spędzała z koleżankami jeszcze z czasów studiów. Spotykały się w jednej z najstarszych w Gdyni kawiarni, Delicje, mieszczącej się w czteropiętrowej kamienicy przy ulicy 10 Lutego. Na dole znajdowała się cukiernia, gdzie można było kupić ciasta na wynos. Do części kawiarnianej wchodziło się schodami, które prowadziły do zdominowanego ciemnym różem i złotem wnętrza w staromodnym stylu. Wystrój kawiarni nie zmieniał się praktycznie wcale na przestrzeni lat, podobnie jak menu, które było prawie identyczne jak to z czasów, gdy odwiedzali to miejsce pierwsi Gdynianie.

Matylda jak zwykle przyjechała pierwsza i tradycyjnie zajęła największy stolik z tyłu z dwiema kanapami i krzesłem. Duży stół był kluczowy, ponieważ celem spotkań, oprócz aspektu towarzyskiego, była rozmowa o książkach, które przyjaciółki przynosiły ze sobą. Agata, która była pomysłodawczynią tego przedsięwzięcia, nazwała je Book Clubem i tak zostało. Matylda wyciągnęła z torby _Nie mów nikomu_ autorstwa Harlana Cobena i zaczęła przeglądać menu, kiedy zobaczyła przez okno Magdę i Aurelię.

– Hej! – Dziewczyny przywitały się z Matyldą, całując ją w policzek.

– A Agata będzie? – zapytała Matylda.

– Nie, Agata jest chora, niestety. Nie wysłała ci wiadomości?

– Nie, nic nie dostałam.

– No dobra, co zamawiamy? – zapytała Aurelia, studiując menu, a ściślej sekcję deserów. – Trzy kawy latte, oczywiście, i…? – ciągnęła.

– Może weźmiemy lody? – zaproponowała Matylda.

– Ja odpadam – odezwała się od razu Magda.

– A to dlaczego? – zainteresowała się Aurelia.

– Jestem na diecie bezcukrowej.

Matylda zrobiła zdziwione oczy.

– Od kiedy!?

– Od tygodnia.

– I jak dajesz radę? – zapytała Aurelia, uprzedzając Matyldę, która właśnie zamierzała zadać to samo pytanie.

– Jakoś daję. Muszę schudnąć przed ślubem.

– A sukienkę już masz?

Matylda i Aurelia wbiły w Magdę zaciekawiony wzrok.

– Jeszcze nie jest gotowa. Ale Robert ma już garnitur. Kupiliśmy wczoraj.

– No, no… – Aurelia pokiwała głową.

Magda wychodziła za mąż w styczniu. Jej przyszły mąż, podobnie jak ona, był po rozwodzie. Poznali się na portalu randkowym i dlatego Magda za wszelką cenę próbowała przekonać Matyldę, żeby nie zaprzestawała poszukiwań partnera przez internet. „To działa, popatrz na mnie” – powtarzała Matyldzie, ilekroć ta traciła nadzieję na spotkanie bratniej duszy.

Ale Matylda jak dotąd nie miała szczęścia. Od zerwania z Michałem nic jej nie wychodziło. Początkowo sądziła, że nie jest jeszcze gotowa na nowy związek. Ale prawda była taka, że nie mogła spotkać nikogo, z kim mogłaby go stworzyć. Przed Mirosławem była już na kilku podobnie nieudanych randkach. Mężczyźni, których poznawała na portalach randkowych, nie prezentowali sobą nic poza dość interesującym profilem (i to nie zawsze). Niektórzy rozczarowywali już samym wyglądem. Matylda nie miała w tym względzie szczególnych wymagań, ale liczyła chociaż na to, że w rzeczywistości będą przynajmniej przypominać siebie ze zdjęcia profilowego. Niestety zdarzało się, że kandydat, który pojawił się na randce, był nie do poznania. Owszem, spotykała mężczyzn o przyjemnej powierzchowności, ale niestety okazywali się albo nudni, albo w związkach (o których otwarcie mówili lub je ukrywali), albo było jakieś inne „ale”, które stawało na przeszkodzie. Matylda zazdrościła Magdzie udanego związku. Kibicowała przyjaciółce i życzyła jej jak najlepiej, sama pragnąc dla siebie tego samego.

– A jak się udał wieczór autorski z Rusałką? – zapytała Aurelia, miłośniczka powieści kryminalnych. Dziś, podobnie jak dwa tygodnie temu, też położyła na stole kryminał, tym razem _Śmierć na Nilu_ Agathy Christie.

– No właśnie! – podchwyciła Magda, która z kolei przepadała za lekką literaturą kobiecą.

Matylda pokrótce opowiedziała o żmudnych przygotowaniach i samym spotkaniu.

– Ten Rusałka to całkiem przyjemny człowiek – podsumowała. – No i ciekawy autor.

– A czytałaś już jego najnowszą powieść? – zapytała Magda.

– Czytałam poprzednie. Tej jeszcze nie, ale mam taki zamiar.

– Kupię ci pod choinkę.

Magda uwielbiała kupować książki w prezencie i Matylda miała ich już dużo w swojej kolekcji. Tylko pokręciła głową, bo właśnie zabrała się za swoje lody i nie chciała mówić z pełnymi ustami. Nie chcąc tak szybko przerywać rozkoszy pochodzącej z kubków smakowych, odczekała chwilę i w końcu z żalem przełknęła.

– Mamy ją w bibliotece. Rusałka podarował nam kilka egzemplarzy.

– No dobra, co dziś mamy do omówienia? – zapytała Aurelia i spojrzała na książki leżące na stole.

***

Matylda wracała ze spotkania pogrążona w myślach. Jak zawsze miło spędziła sobotnie przedpołudnie w towarzystwie swoich najlepszych przyjaciółek. Jednak tylko ona wracała teraz do pustego mieszkania (na szczęcie miała Mińka, który zawsze wiernie na nią czekał i łasił się do nóg już od progu). Aurelia była w udanym małżeństwie, podobnie jak Agata, a Magda za trzy miesiące wychodziła ponownie za mąż… Matylda spacerowym krokiem zbliżała się do przystanku, a przez głowę przechodziły jej różne myśli. Jak Michał spędza to sobotnie popołudnie? Czy przygotowuje z żoną obiad, a może zabiera dziś rodzinę do restauracji? Niewykluczone, że gdyby teraz przeszła całe Śródmieście i zajrzała do każdej, zobaczyłaby gdzieś uśmiechniętą twarz Michała, nachyloną nad menu wśród otaczającej go rodziny. Wiele razy zastanawiała się, czy jest szczęśliwy, a nawet jeśli jest, czy wraca czasem do niej myślami.

Idąc w górę ulicy Świętojańskiej, stwierdziła, że wcale nie ma ochoty wracać do domu. Pogoda była piękna, a zza chmur właśnie wyjrzało jesienne słońce. Opatuliła szyję szalikiem i skręciła w stronę Bulwaru.

***

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij