Mimika - ebook
Mistrzowski psychothriller niemieckiego mistrza gatunku.
Przepraszająca historia policyjnej konsultantki, która w obliczu największego zagrożenia nie może już ufać sobie samej.
Jedyną osobą, której powinnaś się bać, jesteś… ty.
Wystarczy drobne drgnięcie kącika ust, najmniejsza zmiana w źrenicy, by „odczytać” prawdziwe oblicze człowieka: Hannah Herbst jest cenioną i najbardziej doświadczoną niemiecką ekspertką od rezonansu mimiki twarzy, specjalizuje się w ukrytych sygnałach wysyłanych nieświadomie przez ludzkie ciało. Jako policyjna konsultantka przyczyniła się już do skazania wielu brutalnych przestępców.
Od pewnego czasu Hannah zmaga się jednak z konsekwencjami utraty pamięci i właśnie wtedy zostaje skonfrontowana z najbardziej przerażającym przypadkiem w swojej karierze: całkowicie niewinna kobieta przyznaje się do bestialskiego zamordowania swojej rodziny. Z masakry ocalał tylko jej syn Paul. Po przyznaniu się do winy matce udaje się uciec z więzienia. Wygląda na to, że szuka syna, aby dokończyć swoją „morderczą misję”.
Hannah Herbst ma do dyspozycji tylko krótkie nagranie video, czy to pomoże jej skazać matkę i uratować Paula? Odtwarzająca plik Hannah z przerażeniem odkrywa, że morderczynią uwiecznioną na nagraniu jest ona sama…
„Prawdziwy mistrz swojego rzemiosła.”
Chris Carter
Chris Carter
-
„Jeden z najbardziej sugestywnych autorów kryminałów.”
Karin Slaughter
Karin Slaughter
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8439-114-3 |
| Rozmiar pliku: | 2,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
JEŚLI JEDYNĄ OSOBĄ, KTÓREJ MUSISZ SIĘ BAĆ, JESTEŚ TY…
Hannah budzi się przykuta do łóżka. Nie wie, gdzie się znajduje i dlaczego jest uwięziona. Nie wie nawet, kim jest. Niczego nie pamięta.
Mężczyzna, który jej towarzyszy – najwyraźniej porywacz – odpowiada na wszystkie pytania w jeden sposób: pokazuje nagranie z policyjnego przesłuchania, w którym kobieta przyznaje się do zamordowania swojej rodziny. Poza synem, który zniknął.
Hannah Herbst, specjalistka od interpretowania ludzkiej mimiki, wielokrotnie pomagała organom ścigania w ujęciu niebezpiecznych przestępców. Teraz musi odczytać własną mowę ciała – nieświadomie wysyłane sygnały – by odkryć, czy podczas przesłuchania mówiła prawdę i co właściwie się stało. A także żeby wydostać się z rąk psychopatycznego porywacza, który zagraża nie tylko jej, ale również jej synowi.SEBASTIAN FITZEK
Autor ponad dwudziestu bestsellerowych thrillerów, z których wiele zostało sfilmowanych; przez 6 lat z rzędu najlepiej sprzedający się pisarz w Niemczech. Jego powieści publikowane są w 37 krajach, a ich łączna sprzedaż osiągnęła 20 milionów egzemplarzy. Zadebiutował w 2006 roku _Terapią_ (nakręcony na jej podstawie miniserial można obejrzeć na platformie Prime Video). W 2017 roku otrzymał Ripper Award (Europejską Nagrodę za Literaturę Kryminalną). Sebastian Fitzek mieszka z rodziną w Berlinie.
www.sebastianfitzek.dePROLOG
– Zimno mi, mamo.
– To minie.
Sześciolatka dygotała. Powinna mieć na nogach rajstopy, ale w domu było jak w piecu… Dlaczego przed wyjściem z domu nie umiemy sobie wyobrazić, jak zimno może się zrobić już po kilku minutach na dworze?
Zwłaszcza jeśli długo nie można się ruszać.
– Możemy wracać?
– Nie podoba ci się wycieczka?
– Na kamieniach jest twardo.
– To minie – powiedziała matka, ale dziewczynka w to wątpiła. Jutro na pewno będzie miała wszędzie siniaki. – Po prostu leż.
– Jak długo jeszcze?
– Aż ci powiem.
Głos mamy drżał, jakby marzła, ale nie chciała się przyznać. Zresztą już od rana brzmiał dziwnie. Może znowu była w szpitalu i dostała złe wiadomości? Za pierwszym razem, gdy mamy nie było przez wiele tygodni i wypadły jej włosy, też mówiła dziwnym głosem. Jakby była jednocześnie wściekła i smutna. Może ona też czuła drgania, które przenosiły się na klatkę piersiową i struny głosowe?
– Mamo? – zapytała dziewczynka, gdy nabrała pewności, że te drgania to nie wymysł.
– Tak?
– Słyszę dziwny hałas.
– Nie zwracaj na niego uwagi.
Dlaczego nie? Od pół godziny nie działo się nic poza tym, że lodowaciejące i drętwiejące ręce oraz nogi robiły się coraz bardziej obce. Dziewczynka poczekała jeszcze trochę i powiedziała:
– Hałas. Robi się głośniejszy.
– Nie bój się. Po prostu leż.
Mama ujęła jej dłoń. Ale inaczej niż zawsze. Tak, jak chwyta się jakiś przedmiot. Zaborczo.
Dziewczynka odwróciła się w ciemności do matki, która na nią patrzyła. Blask księżyca rozświetlał oczy mamy i córka miała wrażenie, że się w nich odbija. Nie umiałaby powiedzieć, czego boi się bardziej: tego, co dostrzegała na twarzy matki, czy jej słów.
– Jednego nie wolno ci zapomnieć.
– Czego, mamo?
– Powstałaś ze mnie. Jesteś moją krwią i ciałem.
Zimno nocy i lód w oczach mamy tworzyły niepokojącą jedność. Dziewczynka chciała odwrócić głowę, ale nie była w stanie – jakby źrenice matki były magnesami trzymającymi jej spojrzenie na uwięzi.
„Gdzie się podziała miłość, z którą zawsze na mnie patrzyłaś?”, miała ochotę zapytać. Oczy matki kojarzyły jej się teraz z zamarzniętym jeziorem.
Drgania odwróciły jej uwagę. Obejmowały już całe ciało.
– Zamknij oczy – nakazała matka. – I niezależnie od tego, co się stanie, otwórz je dopiero wtedy, gdy ci powiem.
Dziewczynka posłuchała; sparaliżowana strachem, ujrzała bowiem we wzroku matki coś, czego przez całe życie będzie próbowała nie widzieć.
Leżały w milczeniu obok siebie, podczas gdy hałas narastał, a drgania robiły się coraz nieprzyjemniejsze.
Nagle matka odezwała się rozkazującym tonem:
– Nigdy nie zapomnij: ty i ja jesteśmy takie same! Jesteśmy jedną i tą samą osobą! – Choć były bardzo blisko siebie, musiała wykrzyczeć te słowa z powodu hałasu i drgań.
Świat wokół brzmiał tak groźnie, że dziewczynka zignorowała te słowa i otworzyła oczy. Ujrzała niebo znacznie jaśniejsze niż przed kilkoma minutami, gdy się kładły.
– Mamo? – Odwróciła się do matki, nie była jednak w stanie zobaczyć jej twarzy, tak bardzo coś ją oślepiało.
Miała ochotę krzyczeć i uciekać – najlepiej równocześnie.
Za późno. Było już na to za późno.
Ciało miała zbyt odrętwiałe, żeby wstać.
Zimno nasypu kolejowego, na którym leżała, paraliżowało ręce i nogi. A reflektory pędzącego na nie przez ciemność pociągu towarowego były dużo, dużo za blisko.1
27 LAT PÓŹNIEJ
HANNAH HERBST
Spokojnie.
Zbyt spokojnie.
O tej porze Hannah słyszała śmiech i krzyki dzieci zwykle już na ulicy – jeśli miała szczęście znaleźć miejsce parkingowe w pobliżu przedszkola w Zwergenwaldzie. Choć większość mieszkańców tutejszych willi miała garaże, czasami musiała kilka razy objeżdżać kwartał domów, aż coś się zwolniło. W godzinach szczytu, gdy piłkarze spieszyli się na pobliskie boiska, a uczniowie znajdującej się w sąsiedztwie szkoły czekali na odbierających ich rodziców, bywało, że w eleganckim Westendzie wszyscy stawali „na trzeciego” jak w porze dostaw w centrum miasta. Dziś jednak Hannah zapowiedziała, że odbierze Paula wcześniej, dzięki czemu mogła dowolnie wybrać miejsce na parkingu przed parterowym budynkiem ewangelickiego przedszkola.
Niezwykłe, ale brama nie była domknięta. Zaniepokojona Hannah odruchowo dotknęła szyi. Coś tu się nie zgadzało i to COŚ obejmowało jej gardło zimnymi palcami.
Jeszcze nigdy nie pozwolono jej wejść na teren przedszkola bez wpisania kodu. Każdy stosował się do tej zasady bezpieczeństwa i czekał przy wchodzeniu i wychodzeniu, aż brzęczyk umilknie i brama będzie prawidłowo zatrzaśnięta, tak by żadne dziecko nie mogło wybiec na ulicę.
Czyżby pojechali na wycieczkę?
Gdyby tak było, kierowniczka Myrte coś by powiedziała, gdy Hannah opowiadała jej rano o wielkim dniu. Zamierzali pojechać całą rodziną do Drezna, na otwarcie wystawy nowych zdjęć Richarda. Właśnie dlatego mieli zabrać wcześniej ze szkoły także Kyrę, córkę Richarda z pierwszego małżeństwa.
Cisza trwała dalej także po tym, jak Hannah otworzyła drzwi do przedsionka.
Przyjrzała się ogłoszeniom. W jednym z nich informowano, że Wolf Schlagmann, nowy praktykant, chciałby, żeby dzieci zwracały się do niego per Wolle. Obok jego zdjęcia wisiała kartka z zapowiedzią ponownego rozpoczęcia wychowania muzycznego. Jutro będzie pływanie. Na dziś nie przewidziano żadnych pozaplanowych zajęć.
Hannah otworzyła następne drzwi, za którymi znajdowała się szatnia. Wisiały tu – mniej lub bardziej porządnie – kurtki kilkanaściorga dzieci, na półkach leżały ubrania na zmianę, a na dole stały buciki.
Tu nie było już cicho, ale niewidzialna pętla zacisnęła się jeszcze mocniej wokół szyi Hannah. Jeszcze nigdy nie słyszała w przedszkolu takich odgłosów jak te wwiercające jej się teraz w uszy. Całkowicie nie pasowały do miejsca, w którym dzieci powinny być radosne. Owszem, dochodziło tu nieraz do wybuchów złości i napadów płaczu, na przykład gdy jedno z dzieci potknęło się i rozbiło sobie kolano. Co jednak mogło być powodem nieprzerwanego dźwięku, w którym po uważnym wsłuchaniu się można było wyodrębnić szepty, pojękiwania i płacz?
Hannah ruszyła przez szatnię w kierunku głównej sali, otworzyła drzwi i zobaczyła szalonego porywacza. I usłyszała jego słowa.
– Mówcie, kto to był! – wrzasnął. – Inaczej zabiję was oboje!2
Może dwudziestopięcioletni chudzielec stał pośrodku sali, znajdującej się między pomieszczeniami poszczególnych grup przedszkolaków a kuchnią. O tej porze używano tego miejsca jako jadalni, w powietrzu unosił się więc zapach ziemniaków z rozmarynem i ciecierzycy. Na małych stolikach stały pełne talerze. Dzieci, które powinny jeść, stały skulone przy fortepianie, a przed nimi klęczały na podłodze wychowawczynie Myrte i Anja, które starały się objąć ramionami jak najwięcej maluchów.
– Nie patrzcie tam, odwróćcie głowy, patrzcie w podłogę – szeptały opiekunki dzieciom, nie mając odwagi podnieść głów.
Porywacz stał pośrodku sali, w miejscu, w którym w grudniu zawsze ustawiano choinkę, i trzymał jedną ręką dwoje dzieci za kołnierze.
„Czkawka mózgu”, tak Hannah opisała później mężowi pulsowanie, które poczuła w głowie na widok zagrażającego życiu niebezpieczeństwa. Miała wrażenie, że pod sklepieniem jej czaszki w nierównych odstępach gwałtownie kurczą się miliardy komórek, raz za razem przerywając ciąg myśli.
Dziewczynką w ręce porywacza była… tak… Samira, ciemnowłose dziecko z błyszczącymi zielonymi oczami, zawsze ze wstążką we włosach. Dziś miała czerwoną, pasującą do sukienki z Myszką Miki. Samira chlipała i jęczała tak, że serce się rozrywało.
Chłopiec obok milczał, choć to do jego skroni porywacz przyciskał lufę pistoletu. Hannah nie musiała się zastanawiać, jak ma na imię chłopiec. To był Paul. Jej pięcioletni syn.3
– O Boże… – wydyszała niemal bezgłośnie Hannah. Niewidzialne dłonie wokół szyi ledwie pozwalały jej oddychać. Nikt nie zwrócił na nią uwagi. Ani wychowawczynie, ani Paul, ani uzbrojony porywacz, który właśnie wrzasnął:
– Które z was rozpowiadało te kłamstwa?!
Hannah miała wrażenie, jakby z jej głowy próbowała wystrzelić struga myśli.
Znam go. Dopiero co go widziałam.
Twarz Wolfa – _mówcie mi Wolle_ – była wykrzywiona jak maska jakiegoś prymitywnego ludu i niczym nie przypominała zdjęcia uśmiechniętego młodzieńca z CV, które wisiało na tablicy ogłoszeń.
Na informacyjnych stronach internetowych już za kilka godzin pojawi się wiadomość, na którą tradycyjne gazety będą potrzebowały całej doby: o tym, jak Zabójca z Przedszkola wtargnął z bronią w ręku do jednego z przedszkoli w mieście i zachowywał się jak szaleniec.
_Kto się boi złego Wollego?_ – napisał dziennikarz, któremu nieznane było pojęcie robienia z siebie durnia.
Wolf „Wolle” Schlagmann został przez jedno z dzieci – nigdy nie dowiedziano się które – oskarżony o to, że je obmacywał w trakcie popychania na huśtawce. Zdarzenie miało miejsce już kilka dni temu. Kierownictwo przedszkola zawiesiło praktykanta do chwili wyjaśnienia sprawy i nie tylko zapomniało zdjąć z tablicy jego ogłoszenie, ale także nagrało wiadomość o zawieszeniu na jego pocztę głosową. Pech chciał, że odsłuchała ją żona Wolfa Schlagmanna, która była w zaawansowanej ciąży. Ponieważ w małżeństwie układało się nienajlepiej, stało się to kroplą przepełniającą czarę i przyszły ojciec został wyrzucony ze wspólnego mieszkania. Równocześnie plotka rozeszła się wśród przyjaciół i znajomych Schlagmannów i dotarła do Studium Pedagogiki Społecznej, gdzie studiował Wolle.
Opuszczony i zniesławiony, uznał, że życie się dla niego skończyło, zarówno prywatnie, jak i zawodowo. To, czy rzeczywiście zbliżył się w niewłaściwy sposób do któregoś z dzieci, nie zostało nigdy wyjaśnione, niezaprzeczalne było jednak to, że jest człowiekiem o skłonnościach do silnych napadów agresji i nie powinien w pracy zbliżać się do dzieci. Wszystko wskazywało na to, że Wolle miał predyspozycje do patologicznej agresywności, a ogarnięty wściekłością działał na oślep i bez kontroli. Samira i Paul nie byli świadomie wybranymi zakładnikami. Mieli jedynie pecha, że znaleźli się akurat pod ręką.
Paul.
Kierował wzrok w stronę matki, ale był tak odrętwiały, że wyglądało to tak, jakby patrzył przez nią na wylot. Jak znieczulony. Hannah pomachała mu i pokręciła głową. Nie za gwałtownie, by nie zwrócić na siebie uwagi porywacza.
Dobrze, pomyślała. Widzi mnie.
Postanowiła użyć komunikacji niewerbalnej. Jej najlepsza przyjaciółka Telda powiedziała kiedyś, że to, jak Hannah potrafi komunikować się z najbliższymi bez użycia strun głosowych, jest zbliżone do telepatii. Ta druga osoba musiała być oczywiście odpowiednio wrażliwa, ale odkąd Paul zaczął się interesować zawodem mamy, nieustannie z nim ćwiczyła.
– Chronię cię! – zasygnalizowała mu, dwa razy mocno zaciskając powieki i otwierając je po sekundzie.
„Mamo, co robisz w pracy?”, zapytał Paul po raz pierwszy mniej więcej przed rokiem. „Czytam w twarzach”, odparła.
Wysunął do przodu piegowaty nos i z szelmowskim uśmiechem zapytał: „No? A co widzisz w mojej?”.
„Radość, ciekawość… i to, że twój pokój znowu przypomina pole bitwy”.
Skończył wtedy dopiero cztery lata, a już chciał znać szczegóły. Wytłumaczyła mu wszystko dokładnie. To, że jako specjalistka od mimiki zwraca uwagę na najdrobniejsze ruchy mięśni twarzy. Na ruchy warg i podbródka, oczu i nosa, brwi i czoła. Na tak zwane mikroekspresje, którymi człowiek nawet po długim treningu nie jest w stanie kierować siłą woli i które trwają nie dłużej niż mrugnięcie okiem.
„W ten sposób poznajesz, czy ktoś kłamie?”.
„Albo się boi, czuje obrzydzenie, cieszy się albo smuci”.
Albo czuje się bezradny i równocześnie jest gotowy do ataku. Tak jak w tej chwili Wolle. Który nadawał jasny komunikat: nie mam nic do stracenia. Tacy są najniebezpieczniejsi.
„Resobanc mimozy? – powtarzał Paul. – Po co te głupstwa?”.
Chichotał, gdy wsadzała mu przez koszulkę palec w pępek i nazywała go „Mądraloludem”. Robiła to stanowczo za często, ale jego parskanie śmiechem było przemiłe i brzmiało jak gulgot noworodka, czysty i piszczący.
„Pracuję między innymi dla policji i sądu. Czasami nie wiedzą dokładnie, czy ktoś jest naprawdę zły. Wtedy biorę udział w rozmowach z taką osobą i patrzę, czy wyraz jej twarzy pasuje do tego, co mówi, czy nie”.
W przypadku Wollego nie było wątpliwości. Wszystkie sygnały były zgodne.
Podskakujące do góry wewnętrzne końce brwi: bezradność. Przenikliwe spojrzenie: wściekłość. Znajdował się na skraju wybuchu. Był tuż przed odebraniem kilku osobom życia. Pytanie tylko: komu najpierw?
Paulowi czy Samirze?
Musiała działać. Natychmiast!
– Hej! – zawołała i tym razem została zauważona.
Porywacz jedynie na nią zerknął, ale wzrok Paula zatrzymał się na niej na dłużej.
Dobrze, pomyślała. Dokładnie tak!
_Przypomnij sobie, co ci pokazywałam_ – przekazała synowi, poruszając bezgłośnie ustami, i przystawiła sobie palec do skroni. – _Przypomnij sobie._
Paul ciężko oddychał, ale skinął głową. Odczytywał z oczu matki, co chce mu przekazać.
Jako ostrożny ojciec, Richard uważał te ćwiczenia za przedwczesne, ale zdaniem Hannah na ćwiczenie empatii u dzieci nigdy nie było zbyt wcześnie. A studiowanie mimiki właściwie nie jest niczym innym: obserwator uczy się interpretować czyjeś emocje, nawet jeśli ten ktoś nic nie mówi. I tak, jak Richard nauczył Paula jeździć na rowerze i fotografować, tak ona zapoznała syna z podstawami języka ciała.
_Co ćwiczyliśmy?_
Chłopiec ponownie skinął głową. Zrozumiał. Odczytał to w jej spojrzeniu. Hannah dziękowała Bogu, że tak wcześnie zaczęła wyostrzać jego zmysły.
Pokazała palcami na swoje oczy, potem na Wollego.
_Tak, o to chodzi. Patrz na niego! Nie odwracaj wzroku! Nawiąż kontakt wzrokowy!_
Lekcja pierwsza: szczerość! Wytrzymać kontakt wzrokowy.
Jej zdaniem człowiek najdalej zachodzi w życiu dzięki prawdzie. A tę poznaje się u ludzi nie po słowach, lecz po mimice.
Nic nie robi wrażenia bardziej szczerego niż wytrzymanie kontaktu wzrokowego z równoczesnym otwartym okazaniem swoich uczuć – tego nauczyła Paula.
Tak jest w relacjach ze szkolnymi kolegami, potem podczas rozmowy z nauczycielką, a jeszcze później, gdy nadejdzie na to czas, w trakcie pierwszej randki. Ucząc Paula, Hannah miała w głowie wszystkie te sytuacje. Nie walkę na śmierć i życie w przedszkolu.
_Tak, dobrze. Dokładnie tak!_
Gdy Paul szarpnął porywacza za mankiet koszuli, serce załomotało jej w piersi jak pięść w drzwi.
– Czego? – rzucił Wolle, patrząc na jej syna.
Lufa pistoletu była skierowana dokładnie między oczy chłopca, ten jednak nie popełnił błędu. Udało mu się to, do czego niezdolna była Samira, której oczy były niemal niewidoczne spod łez, a ciałem wstrząsał płacz. Ktoś, kto nie był profesjonalistą – do tego tak zaślepionym jak Wolle – mógł to interpretować nie tylko jako strach przed śmiercią i poczucie bezradności, ale też jako oznakę poczucia winy.
Natomiast mimika Paula sprawiała, że wyglądał niewinnie jak aniołek. Był smutny i przestraszony, ale uczciwy. A ponieważ chłopcu udało się wytrzymać hipnotyzująco przenikliwe, wściekłe spojrzenie zrozpaczonego i gotowego do przemocy mężczyzny, ten podjął decyzję. Podświadomie. Zadziałały pozaświadome regiony mózgu i wychowawca uwierzył Paulowi, gdy ten powiedział:
– Niczego nie zrobiłem, Wolle.
Czyżbym wtedy w ogóle dopuściła do siebie możliwość śmierci syna? Hannah jeszcze po latach zadawała sobie to pytanie, gdy myślała o tym zdarzeniu. Czyżby przeprowadziła selekcję? Sprawiła, że dzięki temu, co wiedziała o mimice, jej dziecko wydało się bardziej niewinne od dziewczynki? Żeby pocisk ominął Paula i wbił się nie w jego głowę, lecz Samiry?
Bo to przeciwko dziewczynce skierowała się w tym momencie cała wściekłość Wollego. Puścił Paula. Chłopiec nie odbiegł jednak, choć matka dawała mu znaki. Nawet gdy wrzasnęła, syn stał w miejscu. Nie patrzył porywaczowi w oczy, lecz wbijał wzrok w pistolet, którego lufa po krótkim obrocie dłoni oparła się o skroń Samiry.
Hannah nie usłyszała trzasku mechanizmu. Nie usłyszała też strzału. Mimo to na winylowej wykładzinie nagle zaczęła się rozlewać krew.
Wyjaśniło się to dopiero później. Kiedy pojawiła się sprawa scyzoryka, którego Paul nigdy nie powinien był zabrać z szuflady Richarda, nie wspominając o zaniesieniu go do przedszkola.
„Chciałem z Markiem porzeźbić w drewnie”, zeznał później Paul.
W każdym razie wykorzystał moment, kiedy Wolle przestał się nim interesować, by wbić mu ostrze w udo. Dzięki temu w ostatniej chwili uratował życie Samirze. Gdy lekarze kliniki Virchow walczyli o życie wychowawcy, dziewczynka była już w domu cała i zdrowa.
Winylową wykładzinę na podłodze przedszkola dało się bez trudu wyczyścić. Już następnego dnia nie było śladów zaburzonego psychicznie sprawcy, który niemal zastrzelił dziecko.
Krew płynęła już tylko we wspomnieniach Hannah.
Straszliwe obrazy stopniowo traciły intensywność, miało jednak minąć siedem lat, aż przestały ją prześladować w snach.
I to tylko dlatego, że zastąpiły je obrazy jeszcze straszniejszego koszmaru, który nastąpił w nocy z dwunastego na trzynastego października w domu Herbstów.4
SIEDEM LAT PÓŹNIEJ
DOM HANNAH, RICHARDA,
PAULA I KYRY HERBSTÓW
NOC Z 12 NA 13 PAŹDZIERNIKA
Pewien seryjny zabójca powiedział kiedyś, że zabicie człowieka jest łatwe. Trudne jest życie z tym czynem.
Ciekawe, czy to prawda.
Pierwsze pchnięcie, prosto w serce, wymagało niemal nadludzkiego samozaparcia. Nawet jeśli było szybko po wszystkim, a Kyra niczego nie zarejestrowała. Piętnastolatka wydała z siebie tylko jedno – ostatnie – westchnienie.
Następny w kolejności był ojciec. Umierał głośniej. Cisza, która nastąpiła po ostatnim oddechu, była bardziej ogłuszająca niż walka ze śmiercią Richarda.
W ciemności sypialni rozszedł się zapach żelaza, który oblepiał drobne włoski w nosie. Plamki księżycowego światła, wpadające przez okna na pierwszym piętrze, jakby się zagubiły; malowały scenerię na kolor rtęci. Cienie tańczących gałęzi podskakiwały na jasnym dywanie, który chciwie wchłaniał krew skapującą z noża w drodze ku korytarzowi.
Jakże śmiesznie wyglądały drzwi do drugiego pokoju dziecięcego. Oklejone zieloną folią z napisem czarnym fontem Edding:
Od moich 12 urodzin obowiązuje pukanie!
Paul
No to tyle. Jest już późno, a zabijanie wymaga wysiłku. Głośne ziewnięcie zagłuszyło ciche skrzypienie otwierających się powoli drzwi do ciemnego pokoju dziecięcego.
Gdzie znajdował się ostatni na tę noc cel.
Hannah budzi się przykuta do łóżka. Nie wie, gdzie się znajduje i dlaczego jest uwięziona. Nie wie nawet, kim jest. Niczego nie pamięta.
Mężczyzna, który jej towarzyszy – najwyraźniej porywacz – odpowiada na wszystkie pytania w jeden sposób: pokazuje nagranie z policyjnego przesłuchania, w którym kobieta przyznaje się do zamordowania swojej rodziny. Poza synem, który zniknął.
Hannah Herbst, specjalistka od interpretowania ludzkiej mimiki, wielokrotnie pomagała organom ścigania w ujęciu niebezpiecznych przestępców. Teraz musi odczytać własną mowę ciała – nieświadomie wysyłane sygnały – by odkryć, czy podczas przesłuchania mówiła prawdę i co właściwie się stało. A także żeby wydostać się z rąk psychopatycznego porywacza, który zagraża nie tylko jej, ale również jej synowi.SEBASTIAN FITZEK
Autor ponad dwudziestu bestsellerowych thrillerów, z których wiele zostało sfilmowanych; przez 6 lat z rzędu najlepiej sprzedający się pisarz w Niemczech. Jego powieści publikowane są w 37 krajach, a ich łączna sprzedaż osiągnęła 20 milionów egzemplarzy. Zadebiutował w 2006 roku _Terapią_ (nakręcony na jej podstawie miniserial można obejrzeć na platformie Prime Video). W 2017 roku otrzymał Ripper Award (Europejską Nagrodę za Literaturę Kryminalną). Sebastian Fitzek mieszka z rodziną w Berlinie.
www.sebastianfitzek.dePROLOG
– Zimno mi, mamo.
– To minie.
Sześciolatka dygotała. Powinna mieć na nogach rajstopy, ale w domu było jak w piecu… Dlaczego przed wyjściem z domu nie umiemy sobie wyobrazić, jak zimno może się zrobić już po kilku minutach na dworze?
Zwłaszcza jeśli długo nie można się ruszać.
– Możemy wracać?
– Nie podoba ci się wycieczka?
– Na kamieniach jest twardo.
– To minie – powiedziała matka, ale dziewczynka w to wątpiła. Jutro na pewno będzie miała wszędzie siniaki. – Po prostu leż.
– Jak długo jeszcze?
– Aż ci powiem.
Głos mamy drżał, jakby marzła, ale nie chciała się przyznać. Zresztą już od rana brzmiał dziwnie. Może znowu była w szpitalu i dostała złe wiadomości? Za pierwszym razem, gdy mamy nie było przez wiele tygodni i wypadły jej włosy, też mówiła dziwnym głosem. Jakby była jednocześnie wściekła i smutna. Może ona też czuła drgania, które przenosiły się na klatkę piersiową i struny głosowe?
– Mamo? – zapytała dziewczynka, gdy nabrała pewności, że te drgania to nie wymysł.
– Tak?
– Słyszę dziwny hałas.
– Nie zwracaj na niego uwagi.
Dlaczego nie? Od pół godziny nie działo się nic poza tym, że lodowaciejące i drętwiejące ręce oraz nogi robiły się coraz bardziej obce. Dziewczynka poczekała jeszcze trochę i powiedziała:
– Hałas. Robi się głośniejszy.
– Nie bój się. Po prostu leż.
Mama ujęła jej dłoń. Ale inaczej niż zawsze. Tak, jak chwyta się jakiś przedmiot. Zaborczo.
Dziewczynka odwróciła się w ciemności do matki, która na nią patrzyła. Blask księżyca rozświetlał oczy mamy i córka miała wrażenie, że się w nich odbija. Nie umiałaby powiedzieć, czego boi się bardziej: tego, co dostrzegała na twarzy matki, czy jej słów.
– Jednego nie wolno ci zapomnieć.
– Czego, mamo?
– Powstałaś ze mnie. Jesteś moją krwią i ciałem.
Zimno nocy i lód w oczach mamy tworzyły niepokojącą jedność. Dziewczynka chciała odwrócić głowę, ale nie była w stanie – jakby źrenice matki były magnesami trzymającymi jej spojrzenie na uwięzi.
„Gdzie się podziała miłość, z którą zawsze na mnie patrzyłaś?”, miała ochotę zapytać. Oczy matki kojarzyły jej się teraz z zamarzniętym jeziorem.
Drgania odwróciły jej uwagę. Obejmowały już całe ciało.
– Zamknij oczy – nakazała matka. – I niezależnie od tego, co się stanie, otwórz je dopiero wtedy, gdy ci powiem.
Dziewczynka posłuchała; sparaliżowana strachem, ujrzała bowiem we wzroku matki coś, czego przez całe życie będzie próbowała nie widzieć.
Leżały w milczeniu obok siebie, podczas gdy hałas narastał, a drgania robiły się coraz nieprzyjemniejsze.
Nagle matka odezwała się rozkazującym tonem:
– Nigdy nie zapomnij: ty i ja jesteśmy takie same! Jesteśmy jedną i tą samą osobą! – Choć były bardzo blisko siebie, musiała wykrzyczeć te słowa z powodu hałasu i drgań.
Świat wokół brzmiał tak groźnie, że dziewczynka zignorowała te słowa i otworzyła oczy. Ujrzała niebo znacznie jaśniejsze niż przed kilkoma minutami, gdy się kładły.
– Mamo? – Odwróciła się do matki, nie była jednak w stanie zobaczyć jej twarzy, tak bardzo coś ją oślepiało.
Miała ochotę krzyczeć i uciekać – najlepiej równocześnie.
Za późno. Było już na to za późno.
Ciało miała zbyt odrętwiałe, żeby wstać.
Zimno nasypu kolejowego, na którym leżała, paraliżowało ręce i nogi. A reflektory pędzącego na nie przez ciemność pociągu towarowego były dużo, dużo za blisko.1
27 LAT PÓŹNIEJ
HANNAH HERBST
Spokojnie.
Zbyt spokojnie.
O tej porze Hannah słyszała śmiech i krzyki dzieci zwykle już na ulicy – jeśli miała szczęście znaleźć miejsce parkingowe w pobliżu przedszkola w Zwergenwaldzie. Choć większość mieszkańców tutejszych willi miała garaże, czasami musiała kilka razy objeżdżać kwartał domów, aż coś się zwolniło. W godzinach szczytu, gdy piłkarze spieszyli się na pobliskie boiska, a uczniowie znajdującej się w sąsiedztwie szkoły czekali na odbierających ich rodziców, bywało, że w eleganckim Westendzie wszyscy stawali „na trzeciego” jak w porze dostaw w centrum miasta. Dziś jednak Hannah zapowiedziała, że odbierze Paula wcześniej, dzięki czemu mogła dowolnie wybrać miejsce na parkingu przed parterowym budynkiem ewangelickiego przedszkola.
Niezwykłe, ale brama nie była domknięta. Zaniepokojona Hannah odruchowo dotknęła szyi. Coś tu się nie zgadzało i to COŚ obejmowało jej gardło zimnymi palcami.
Jeszcze nigdy nie pozwolono jej wejść na teren przedszkola bez wpisania kodu. Każdy stosował się do tej zasady bezpieczeństwa i czekał przy wchodzeniu i wychodzeniu, aż brzęczyk umilknie i brama będzie prawidłowo zatrzaśnięta, tak by żadne dziecko nie mogło wybiec na ulicę.
Czyżby pojechali na wycieczkę?
Gdyby tak było, kierowniczka Myrte coś by powiedziała, gdy Hannah opowiadała jej rano o wielkim dniu. Zamierzali pojechać całą rodziną do Drezna, na otwarcie wystawy nowych zdjęć Richarda. Właśnie dlatego mieli zabrać wcześniej ze szkoły także Kyrę, córkę Richarda z pierwszego małżeństwa.
Cisza trwała dalej także po tym, jak Hannah otworzyła drzwi do przedsionka.
Przyjrzała się ogłoszeniom. W jednym z nich informowano, że Wolf Schlagmann, nowy praktykant, chciałby, żeby dzieci zwracały się do niego per Wolle. Obok jego zdjęcia wisiała kartka z zapowiedzią ponownego rozpoczęcia wychowania muzycznego. Jutro będzie pływanie. Na dziś nie przewidziano żadnych pozaplanowych zajęć.
Hannah otworzyła następne drzwi, za którymi znajdowała się szatnia. Wisiały tu – mniej lub bardziej porządnie – kurtki kilkanaściorga dzieci, na półkach leżały ubrania na zmianę, a na dole stały buciki.
Tu nie było już cicho, ale niewidzialna pętla zacisnęła się jeszcze mocniej wokół szyi Hannah. Jeszcze nigdy nie słyszała w przedszkolu takich odgłosów jak te wwiercające jej się teraz w uszy. Całkowicie nie pasowały do miejsca, w którym dzieci powinny być radosne. Owszem, dochodziło tu nieraz do wybuchów złości i napadów płaczu, na przykład gdy jedno z dzieci potknęło się i rozbiło sobie kolano. Co jednak mogło być powodem nieprzerwanego dźwięku, w którym po uważnym wsłuchaniu się można było wyodrębnić szepty, pojękiwania i płacz?
Hannah ruszyła przez szatnię w kierunku głównej sali, otworzyła drzwi i zobaczyła szalonego porywacza. I usłyszała jego słowa.
– Mówcie, kto to był! – wrzasnął. – Inaczej zabiję was oboje!2
Może dwudziestopięcioletni chudzielec stał pośrodku sali, znajdującej się między pomieszczeniami poszczególnych grup przedszkolaków a kuchnią. O tej porze używano tego miejsca jako jadalni, w powietrzu unosił się więc zapach ziemniaków z rozmarynem i ciecierzycy. Na małych stolikach stały pełne talerze. Dzieci, które powinny jeść, stały skulone przy fortepianie, a przed nimi klęczały na podłodze wychowawczynie Myrte i Anja, które starały się objąć ramionami jak najwięcej maluchów.
– Nie patrzcie tam, odwróćcie głowy, patrzcie w podłogę – szeptały opiekunki dzieciom, nie mając odwagi podnieść głów.
Porywacz stał pośrodku sali, w miejscu, w którym w grudniu zawsze ustawiano choinkę, i trzymał jedną ręką dwoje dzieci za kołnierze.
„Czkawka mózgu”, tak Hannah opisała później mężowi pulsowanie, które poczuła w głowie na widok zagrażającego życiu niebezpieczeństwa. Miała wrażenie, że pod sklepieniem jej czaszki w nierównych odstępach gwałtownie kurczą się miliardy komórek, raz za razem przerywając ciąg myśli.
Dziewczynką w ręce porywacza była… tak… Samira, ciemnowłose dziecko z błyszczącymi zielonymi oczami, zawsze ze wstążką we włosach. Dziś miała czerwoną, pasującą do sukienki z Myszką Miki. Samira chlipała i jęczała tak, że serce się rozrywało.
Chłopiec obok milczał, choć to do jego skroni porywacz przyciskał lufę pistoletu. Hannah nie musiała się zastanawiać, jak ma na imię chłopiec. To był Paul. Jej pięcioletni syn.3
– O Boże… – wydyszała niemal bezgłośnie Hannah. Niewidzialne dłonie wokół szyi ledwie pozwalały jej oddychać. Nikt nie zwrócił na nią uwagi. Ani wychowawczynie, ani Paul, ani uzbrojony porywacz, który właśnie wrzasnął:
– Które z was rozpowiadało te kłamstwa?!
Hannah miała wrażenie, jakby z jej głowy próbowała wystrzelić struga myśli.
Znam go. Dopiero co go widziałam.
Twarz Wolfa – _mówcie mi Wolle_ – była wykrzywiona jak maska jakiegoś prymitywnego ludu i niczym nie przypominała zdjęcia uśmiechniętego młodzieńca z CV, które wisiało na tablicy ogłoszeń.
Na informacyjnych stronach internetowych już za kilka godzin pojawi się wiadomość, na którą tradycyjne gazety będą potrzebowały całej doby: o tym, jak Zabójca z Przedszkola wtargnął z bronią w ręku do jednego z przedszkoli w mieście i zachowywał się jak szaleniec.
_Kto się boi złego Wollego?_ – napisał dziennikarz, któremu nieznane było pojęcie robienia z siebie durnia.
Wolf „Wolle” Schlagmann został przez jedno z dzieci – nigdy nie dowiedziano się które – oskarżony o to, że je obmacywał w trakcie popychania na huśtawce. Zdarzenie miało miejsce już kilka dni temu. Kierownictwo przedszkola zawiesiło praktykanta do chwili wyjaśnienia sprawy i nie tylko zapomniało zdjąć z tablicy jego ogłoszenie, ale także nagrało wiadomość o zawieszeniu na jego pocztę głosową. Pech chciał, że odsłuchała ją żona Wolfa Schlagmanna, która była w zaawansowanej ciąży. Ponieważ w małżeństwie układało się nienajlepiej, stało się to kroplą przepełniającą czarę i przyszły ojciec został wyrzucony ze wspólnego mieszkania. Równocześnie plotka rozeszła się wśród przyjaciół i znajomych Schlagmannów i dotarła do Studium Pedagogiki Społecznej, gdzie studiował Wolle.
Opuszczony i zniesławiony, uznał, że życie się dla niego skończyło, zarówno prywatnie, jak i zawodowo. To, czy rzeczywiście zbliżył się w niewłaściwy sposób do któregoś z dzieci, nie zostało nigdy wyjaśnione, niezaprzeczalne było jednak to, że jest człowiekiem o skłonnościach do silnych napadów agresji i nie powinien w pracy zbliżać się do dzieci. Wszystko wskazywało na to, że Wolle miał predyspozycje do patologicznej agresywności, a ogarnięty wściekłością działał na oślep i bez kontroli. Samira i Paul nie byli świadomie wybranymi zakładnikami. Mieli jedynie pecha, że znaleźli się akurat pod ręką.
Paul.
Kierował wzrok w stronę matki, ale był tak odrętwiały, że wyglądało to tak, jakby patrzył przez nią na wylot. Jak znieczulony. Hannah pomachała mu i pokręciła głową. Nie za gwałtownie, by nie zwrócić na siebie uwagi porywacza.
Dobrze, pomyślała. Widzi mnie.
Postanowiła użyć komunikacji niewerbalnej. Jej najlepsza przyjaciółka Telda powiedziała kiedyś, że to, jak Hannah potrafi komunikować się z najbliższymi bez użycia strun głosowych, jest zbliżone do telepatii. Ta druga osoba musiała być oczywiście odpowiednio wrażliwa, ale odkąd Paul zaczął się interesować zawodem mamy, nieustannie z nim ćwiczyła.
– Chronię cię! – zasygnalizowała mu, dwa razy mocno zaciskając powieki i otwierając je po sekundzie.
„Mamo, co robisz w pracy?”, zapytał Paul po raz pierwszy mniej więcej przed rokiem. „Czytam w twarzach”, odparła.
Wysunął do przodu piegowaty nos i z szelmowskim uśmiechem zapytał: „No? A co widzisz w mojej?”.
„Radość, ciekawość… i to, że twój pokój znowu przypomina pole bitwy”.
Skończył wtedy dopiero cztery lata, a już chciał znać szczegóły. Wytłumaczyła mu wszystko dokładnie. To, że jako specjalistka od mimiki zwraca uwagę na najdrobniejsze ruchy mięśni twarzy. Na ruchy warg i podbródka, oczu i nosa, brwi i czoła. Na tak zwane mikroekspresje, którymi człowiek nawet po długim treningu nie jest w stanie kierować siłą woli i które trwają nie dłużej niż mrugnięcie okiem.
„W ten sposób poznajesz, czy ktoś kłamie?”.
„Albo się boi, czuje obrzydzenie, cieszy się albo smuci”.
Albo czuje się bezradny i równocześnie jest gotowy do ataku. Tak jak w tej chwili Wolle. Który nadawał jasny komunikat: nie mam nic do stracenia. Tacy są najniebezpieczniejsi.
„Resobanc mimozy? – powtarzał Paul. – Po co te głupstwa?”.
Chichotał, gdy wsadzała mu przez koszulkę palec w pępek i nazywała go „Mądraloludem”. Robiła to stanowczo za często, ale jego parskanie śmiechem było przemiłe i brzmiało jak gulgot noworodka, czysty i piszczący.
„Pracuję między innymi dla policji i sądu. Czasami nie wiedzą dokładnie, czy ktoś jest naprawdę zły. Wtedy biorę udział w rozmowach z taką osobą i patrzę, czy wyraz jej twarzy pasuje do tego, co mówi, czy nie”.
W przypadku Wollego nie było wątpliwości. Wszystkie sygnały były zgodne.
Podskakujące do góry wewnętrzne końce brwi: bezradność. Przenikliwe spojrzenie: wściekłość. Znajdował się na skraju wybuchu. Był tuż przed odebraniem kilku osobom życia. Pytanie tylko: komu najpierw?
Paulowi czy Samirze?
Musiała działać. Natychmiast!
– Hej! – zawołała i tym razem została zauważona.
Porywacz jedynie na nią zerknął, ale wzrok Paula zatrzymał się na niej na dłużej.
Dobrze, pomyślała. Dokładnie tak!
_Przypomnij sobie, co ci pokazywałam_ – przekazała synowi, poruszając bezgłośnie ustami, i przystawiła sobie palec do skroni. – _Przypomnij sobie._
Paul ciężko oddychał, ale skinął głową. Odczytywał z oczu matki, co chce mu przekazać.
Jako ostrożny ojciec, Richard uważał te ćwiczenia za przedwczesne, ale zdaniem Hannah na ćwiczenie empatii u dzieci nigdy nie było zbyt wcześnie. A studiowanie mimiki właściwie nie jest niczym innym: obserwator uczy się interpretować czyjeś emocje, nawet jeśli ten ktoś nic nie mówi. I tak, jak Richard nauczył Paula jeździć na rowerze i fotografować, tak ona zapoznała syna z podstawami języka ciała.
_Co ćwiczyliśmy?_
Chłopiec ponownie skinął głową. Zrozumiał. Odczytał to w jej spojrzeniu. Hannah dziękowała Bogu, że tak wcześnie zaczęła wyostrzać jego zmysły.
Pokazała palcami na swoje oczy, potem na Wollego.
_Tak, o to chodzi. Patrz na niego! Nie odwracaj wzroku! Nawiąż kontakt wzrokowy!_
Lekcja pierwsza: szczerość! Wytrzymać kontakt wzrokowy.
Jej zdaniem człowiek najdalej zachodzi w życiu dzięki prawdzie. A tę poznaje się u ludzi nie po słowach, lecz po mimice.
Nic nie robi wrażenia bardziej szczerego niż wytrzymanie kontaktu wzrokowego z równoczesnym otwartym okazaniem swoich uczuć – tego nauczyła Paula.
Tak jest w relacjach ze szkolnymi kolegami, potem podczas rozmowy z nauczycielką, a jeszcze później, gdy nadejdzie na to czas, w trakcie pierwszej randki. Ucząc Paula, Hannah miała w głowie wszystkie te sytuacje. Nie walkę na śmierć i życie w przedszkolu.
_Tak, dobrze. Dokładnie tak!_
Gdy Paul szarpnął porywacza za mankiet koszuli, serce załomotało jej w piersi jak pięść w drzwi.
– Czego? – rzucił Wolle, patrząc na jej syna.
Lufa pistoletu była skierowana dokładnie między oczy chłopca, ten jednak nie popełnił błędu. Udało mu się to, do czego niezdolna była Samira, której oczy były niemal niewidoczne spod łez, a ciałem wstrząsał płacz. Ktoś, kto nie był profesjonalistą – do tego tak zaślepionym jak Wolle – mógł to interpretować nie tylko jako strach przed śmiercią i poczucie bezradności, ale też jako oznakę poczucia winy.
Natomiast mimika Paula sprawiała, że wyglądał niewinnie jak aniołek. Był smutny i przestraszony, ale uczciwy. A ponieważ chłopcu udało się wytrzymać hipnotyzująco przenikliwe, wściekłe spojrzenie zrozpaczonego i gotowego do przemocy mężczyzny, ten podjął decyzję. Podświadomie. Zadziałały pozaświadome regiony mózgu i wychowawca uwierzył Paulowi, gdy ten powiedział:
– Niczego nie zrobiłem, Wolle.
Czyżbym wtedy w ogóle dopuściła do siebie możliwość śmierci syna? Hannah jeszcze po latach zadawała sobie to pytanie, gdy myślała o tym zdarzeniu. Czyżby przeprowadziła selekcję? Sprawiła, że dzięki temu, co wiedziała o mimice, jej dziecko wydało się bardziej niewinne od dziewczynki? Żeby pocisk ominął Paula i wbił się nie w jego głowę, lecz Samiry?
Bo to przeciwko dziewczynce skierowała się w tym momencie cała wściekłość Wollego. Puścił Paula. Chłopiec nie odbiegł jednak, choć matka dawała mu znaki. Nawet gdy wrzasnęła, syn stał w miejscu. Nie patrzył porywaczowi w oczy, lecz wbijał wzrok w pistolet, którego lufa po krótkim obrocie dłoni oparła się o skroń Samiry.
Hannah nie usłyszała trzasku mechanizmu. Nie usłyszała też strzału. Mimo to na winylowej wykładzinie nagle zaczęła się rozlewać krew.
Wyjaśniło się to dopiero później. Kiedy pojawiła się sprawa scyzoryka, którego Paul nigdy nie powinien był zabrać z szuflady Richarda, nie wspominając o zaniesieniu go do przedszkola.
„Chciałem z Markiem porzeźbić w drewnie”, zeznał później Paul.
W każdym razie wykorzystał moment, kiedy Wolle przestał się nim interesować, by wbić mu ostrze w udo. Dzięki temu w ostatniej chwili uratował życie Samirze. Gdy lekarze kliniki Virchow walczyli o życie wychowawcy, dziewczynka była już w domu cała i zdrowa.
Winylową wykładzinę na podłodze przedszkola dało się bez trudu wyczyścić. Już następnego dnia nie było śladów zaburzonego psychicznie sprawcy, który niemal zastrzelił dziecko.
Krew płynęła już tylko we wspomnieniach Hannah.
Straszliwe obrazy stopniowo traciły intensywność, miało jednak minąć siedem lat, aż przestały ją prześladować w snach.
I to tylko dlatego, że zastąpiły je obrazy jeszcze straszniejszego koszmaru, który nastąpił w nocy z dwunastego na trzynastego października w domu Herbstów.4
SIEDEM LAT PÓŹNIEJ
DOM HANNAH, RICHARDA,
PAULA I KYRY HERBSTÓW
NOC Z 12 NA 13 PAŹDZIERNIKA
Pewien seryjny zabójca powiedział kiedyś, że zabicie człowieka jest łatwe. Trudne jest życie z tym czynem.
Ciekawe, czy to prawda.
Pierwsze pchnięcie, prosto w serce, wymagało niemal nadludzkiego samozaparcia. Nawet jeśli było szybko po wszystkim, a Kyra niczego nie zarejestrowała. Piętnastolatka wydała z siebie tylko jedno – ostatnie – westchnienie.
Następny w kolejności był ojciec. Umierał głośniej. Cisza, która nastąpiła po ostatnim oddechu, była bardziej ogłuszająca niż walka ze śmiercią Richarda.
W ciemności sypialni rozszedł się zapach żelaza, który oblepiał drobne włoski w nosie. Plamki księżycowego światła, wpadające przez okna na pierwszym piętrze, jakby się zagubiły; malowały scenerię na kolor rtęci. Cienie tańczących gałęzi podskakiwały na jasnym dywanie, który chciwie wchłaniał krew skapującą z noża w drodze ku korytarzowi.
Jakże śmiesznie wyglądały drzwi do drugiego pokoju dziecięcego. Oklejone zieloną folią z napisem czarnym fontem Edding:
Od moich 12 urodzin obowiązuje pukanie!
Paul
No to tyle. Jest już późno, a zabijanie wymaga wysiłku. Głośne ziewnięcie zagłuszyło ciche skrzypienie otwierających się powoli drzwi do ciemnego pokoju dziecięcego.
Gdzie znajdował się ostatni na tę noc cel.
więcej..