-
nowość
-
promocja
Mimikra - ebook
Mimikra - ebook
Każdy chce czasem wtopić się w tło, nie pozostawić po sobie żadnego śladu.
Natalia jest pewna tylko dwóch rzeczy. Po pierwsze, że w latach 90. jej rodzice wypłynęli w rejs. Po drugie, że wróciła z niego tylko matka, a ojciec został uznany za zmarłego. Szuka więc odpowiedzi na długą listę pytań, odkrywając kolejne warstwy rodzinnej tajemnicy. Co stało się z ojcem? Czy skoczył? A może ktoś go zepchnął? I dlaczego jej mama wolała po prostu zapomnieć?
Zresztą Natalia też ma swoje sekrety. Nałogowo używa aplikacji randkowych, dzięki którym może udawać kogoś innego. Każda nowa znajomość to nowa życiowa historia, nowy zawód, nowe zainteresowania, nowe cechy charakteru. Aż do dnia, w którym poznaje kogoś, kto namawia ją, by kontynuowała prywatne śledztwo w sprawie zniknięcia ojca.
Mimikra zwyciężyła w konkursie Empik Go STORY na najlepszy scenariusz serialu audio.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8449-306-9 |
| Rozmiar pliku: | 5,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
To stało się niechcący – tak jak w autobusie, kiedy chwyta się za metalową poręcz, ale zamiast niej natrafia na ciepłą rękę innego pasażera. Ciało oblewa fala przerażenia, które przechodzi w obrzydzenie, a to zmienia się w tęsknotę. Nie miałam na to żadnego wpływu, po prostu tak wyszło. Stało się. Samo się.
Chłopak z aplikacji, z którym spotkałam się po raz pierwszy, zapomniał, jak mam na imię.
– Kamila, prawda? – rzucił na początku spotkania. Miał rzeczowy, pewny głos. Konferansjer, sprzedawca ubezpieczeń, doktorant na wydziale prawa. Jego twarz była zrelaksowana, uścisk dłoni mocny. Temperatura ciała nie mogła być wyższa niż trzydzieści sześć i sześć.
Przez sekundę się zawahałam. Można przecież łatwo obrócić to w żart, w mig wyjaśnić nieporozumienie. Parsknąć śmiechem tak głośnym, że odstraszy wszelkie znaki zsyłane przez los. Przełknąć ślinę, policzyć do trzech, wykazać odrobinę dobrej woli.
– Kamila – potwierdziłam.
I zupełnie bezmyślnie zaczęłam wplatać do mojej historii maleńkie koraliki nieprawdy. Nic ważnego – raczej nieszkodliwe głupoty. Powiedziałam, że urodziłam się w maju, a nie w kwietniu. Że od kilku lat chodzę na wspinaczkę. Że nie jem glutenu.
Słodkie, polukrowane kłamstewka, jak kokosowe draże, które pamiętałam z dzieciństwa.
Aplikacje randkowe stały się moim Disneylandem, w którym miałam wolny wstęp na wszystkie atrakcje. Zastąpiły nudne, pełne konwenansów umawianie się ze znajomymi znajomych. Wcześniej poznawałam chłopaków na wspólnych imprezach albo piknikach, na urodzinach albo wyjazdach, pilnie obserwowana przez koleżanki swatki. Przez to zawsze musiałam się starać, żeby zrobić dobre wrażenie. Nawet jeśli randka od samego początku nie rokowała, dla zachowania pozorów i tak męczyłam się co najmniej dodatkową godzinę. Z kolei później nie mogłam tak po prostu przestać odpisywać na wiadomości, bo znajomi mogliby się dowiedzieć i pomyśleć sobie o mnie jak najgorsze rzeczy. Że jestem egoistką. Że mam coś z głową.
Że wcale nie chcę się zakochać.
Dobrze, jeśli mężczyzna był w Warszawie tylko przejazdem, na wyjeździe służbowym lub w podróży. Jeszcze lepiej, jeśli był starszy – o dziesięć, piętnaście lat. Dzięki temu prawdopodobieństwo, że mamy jakichś wspólnych znajomych, malało praktycznie do zera. Nie obchodziło mnie, czy facet jest ładny czy brzydki, niski czy wysoki, czy ma żonę lub dzieci. Nie komentowałam obrączek pośpiesznie wpychanych do kieszeni lub porzucanych na blacie stołu. Dyskretnie odwracałam wzrok w inną stronę. Najczęściej obserwowałam sufit, szukając na nim pęknięć.
Nie chodziło tylko o seks – wiele spotkań nie kończyło się w łóżku. Jeśli mężczyzna chciał spotkać się kolejny raz, odpisywałam zazwyczaj, że jest mi przykro, ale między nami nie ma chemii. To usprawiedliwiało fakt, że ciągle używam aplikacji. Delikatnie zmieniłam tam swoje dane: zamiast Natalii stawałam się Iną – Pauliną, Eweliną, Karoliną, a od trzydziestu trzech lat odjęłam sobie trzy. Dodałam też dwa mało wyraźne zdjęcia z nałożonymi filtrami. Trochę za duże oczy, zbyt wyraźne kości policzkowe. Drobinki brokatu na powiekach, wyrzeźbiony łuk kupidyna. Wciąż ja, ale dziwnie daleka od oryginału.
Nie zależało mi, żeby koniecznie poznać miłość mojego życia. Po prostu przez chwilę chciałam poudawać kogoś innego.KAMIEŃ W WODĘ
Przez całe dzieciństwo mama powtarzała nam, że w mieszkaniu, na wypadek pożaru, zawsze musi być porządek. Przeciwieństwem porządku był chlew, a pomiędzy tymi dwoma punktami na skali nie było niczego. Szklanka na parapecie – chlew, niepościelone łóżko – chlew, odcisk mokrej stopy na podłodze – chyba sobie żartujesz. Mama miała jedną zasadę: gdyby nagle zaczęło się palić, a do środka wbiegliby na pomoc sąsiedzi i strażacy, ma być posprzątane. Albo gdyby stało się to, co widziała w amerykańskich filmach – gdyby zawaliła się jedna ściana budynku i każdy z ulicy mógłby zajrzeć do naszego mieszkania… Nie zamierzała pozwolić, żeby ktoś pomyślał sobie o naszej rodzinie coś złego. Za bardzo nas kochała.
W sobotę rano, stojąc przed lustrem, mówiła do swojego odbicia: „Muszę się odgruzować”, po czym brała pęsetę i krótkimi, szybkimi ruchami wyrywała sobie nadprogramowe włoski z brwi. Następnie do plastikowej miednicy nalewała gorącą wodę, wsypywała do niej zielonkawe sole kąpielowe i moczyła stopy, czytając „Claudię”.
Kiedy po tym, jak nakazała mnie i tacie dokończyć sprzątanie, znikała na dłużej w łazience, zawsze odgrywaliśmy tę samą scenkę.
– Oj tak, porządek musi być, jak w wojsku – deklarował donośnie tata, nie ruszając się z kanapy. Potem teatralnie zniżał głos: – Bo rano kapral wchodzi do sypialni i jak łóżko jest źle pościelone, to będzie dwadzieścia pompek!
Padał na podłogę, a ja siadałam na jego barkach i liczyłam powtórzenia.
– To już wiadomo, dlaczego tatuś ma takie umięśnione ramiona – mówiła mama, wchodząc do salonu z ręcznikiem na głowie i twarzą zaczerwienioną od szorowania mydłem.
Przez naburmuszenie przeświecał uśmiech. Wiedzieliśmy, że nie złości się naprawdę, że jedynie udaje. Tylko na to czekałam – wtedy przychodziła moja kolej, żeby wejść na scenę.
– Bo nie sprząta – deklamowałam i w zależności od humoru zmieniałam tonację. Czasami szeptałam, jakbym zdradzała sekret znany tylko nielicznym; czasami darłam się tak głośno, że aż tata ściągał mnie ze swoich pleców i zatykał mi usta.
Każda rodzina ma swój teatrzyk – głupie powiedzonka, tajne znaki, niewytłumaczalne przyzwyczajenia. Ta filiżanka jest tylko dla gości. Te nożyczki są wyłącznie do włosów. Częste mycie skraca życie. Wiercisz się, jakbyś miała owsiki. Na przeziębienie najlepsze są syrop z cebuli i kromka z czosnkiem. Odpoczniesz sobie po śmierci. Jak ktoś jeszcze raz dotknie mojego długopisu, to zatłukę.
Nasza trupa składała się z trojga aktorów, z których każdy był zadowolony ze swojej roli. Nie myśleliśmy o przebranżowieniu się, nie czekaliśmy na brawa od publiczności. Po prostu byliśmy. Codziennie wychodziliśmy na siedemdziesiąt metrów kwadratowych naszej lśniącej sceny przy ulicy Jaworzyńskiej 4 i zaczynaliśmy spektakl od nowa.
Rok 1997 to nowa konstytucja i przyjazd papieża do ojczyzny. Wydarzenia, które nawet nie zahaczają o dziecięcą świadomość, przelatują bokiem jak mikroskopijne owady. Jedyne, co pamiętam z tamtego czasu, oprócz kolorowej sieczki z kawałków Tabalugi, Kasztaniaków i Muminków, to powódź. W Warszawie ten kataklizm plasował się na pograniczu jawy i filmu katastroficznego – jako dziecko nie zdawałam sobie sprawy, że to wszystko dzieje się naprawdę. U nas po prostu padało, za to na ekranie telewizora przelewały się tony brudnej brązowej wody, pod którą znikały place zabaw, drzewa i budynki. Wszystko było na opak – na dachach domów siedzieli ludzie, ulicami płynęły pontony, powietrze rozrywał warkot helikopterów. Niebo było szare, a trawa pewnie niebieska, tylko pod wodą nie było jej widać. Gdzieś tam, we Wrocławiu, daleko od nas.
„Pokonamy fale!” – krzyczałam do mikrofonu zrobionego z pilota do telewizora i obserwowałam, jak mama wygląda przez okno na niebo, próbując wyczytać z niego, czy jesteśmy bezpieczni. Podobno byliśmy. Podobno.
W końcu pechowy lipiec się skończył i mogły zacząć się prawdziwe wakacje. Takie z festynami i watą cukrową, z poobijanymi kolanami, z zawodami w pluciu w dal pestkami czereśni. Widmo szkoły wciąż było na tyle daleko, że można było udawać, że to wcale się nie wydarzy, że lato będzie trwało wiecznie.
Tylko właśnie wtedy w naszej rodzinie zdarzyło się coś dużo gorszego niż chlew w pokoju, niż plama z barszczu na sukience, niż beknięcie przy stole. Gorszego niż pożar i szarańcza, niż cała ta powódź.
Zniknął tata.
Zniknął, czyli inaczej odszedł, wyszedł i już nie wrócił, uciekł, został porwany, zabił się, oszalał. Dziesiątki opcji, z których każda mogła być prawdziwa, ale żadna nie była, bo zabrakło ostatecznego potwierdzenia. Niezależnie od powodu efekt był ten sam: tata po prostu rozpłynął się w powietrzu.
To jedna z tych historii, którymi żyją brukowce. Wiadomo – najpierw przeskakujesz tę stronę, bo wiesz, że w czytaniu o nieszczęściach innych jest coś nieprzyzwoitego, ale po chwili wracasz, bo coś cię kusi i przyciąga, jak miska pełna czipsów, jak puszka otwartej Coli. Więc czytasz i myślisz, że to przejebana sprawa, a potem – skuszona ekskluzywnym wywiadem z gwiazdą, zafrapowany wynikami Lotto – zostawiasz mnie i mamę na wydrukowanych stronach. Dokładnie tak, jak zostawił nas tata.
Jego zdjęcie pojawiało się na pierwszych stronach gazet, jakby był jakimś gwiazdorem albo seryjnym mordercą. Wszystko odbyło się legalnie, ludzie z redakcji umieją wyłudzać takie rzeczy. Dzwonili do mojej mamy, a kiedy odmawiała udzielenia informacji, ciepłym, zatroskanym tonem zadawali to jedno pytanie, od którego nie dało się już uciec.
„Czy w takim razie nie chce pani znaleźć swojego męża?”
Pamiętam, jak rzuciła na stół duży album i z plastikowych okienek zaczęła wyszarpywać wszystkie zdjęcia. Spadały na drewniany blat jak mała lawina, wszystko się ze sobą mieszało – wycieczka do Zakopanego z pogrzebem dziadka – podpisy wykonane ładnym pismem mamy nie miały już żadnego znaczenia. Zostały na papierowych kartkach – idiotyczne notatki o tym, gdzie się było, co się jadło i jaka była pogoda.
Palcami zanurkowałam w błyszczących kolorowych fotografiach. Wybrałam najładniejszego tatę – ubrany w żółtą koszulę szeroko się uśmiecha, w ręce lśni mu kryształowy kieliszek z szampanem – i chociaż nie chciałam rozstawać się z tym obrazkiem, posłusznie podałam go mamie. Jednak ona miała innego faworyta – tata stoi lekko zgarbiony, ze zmarszczonym czołem, dziwnie naburmuszony, jakby patrzył pod słońce. Nieładny, brzydki, brzydal.
Próbowałam protestować, ale mama już zdecydowała. Na stół rzuciła argument, którego nie rozumiałam, ale intuicyjnie przeczuwałam, że może mieć znaczenie:
– Przecież nie może się uśmiechać na takim zdjęciu – powiedziała mama. – Jak by to wyglądało?
Oprócz brzydkiej fotografii taty od czasu do czasu gazety zamieszczały także zdjęcia zdjęcia mamy ze mną. Tych nie wybrałyśmy same, musiały wypaść z albumu kogoś znajomego. Zupełnie niechcący, uprzejmie donoszę, życzliwy. Na fotografii mama jedną ręką przytrzymuje sobie włosy rozwiewane przez wiatr, jakby nieudolnie próbowała naśladować Marilyn. Z kolei ja – w palemce związanej na czubku głowy – jestem zajęta ogromnym, czerwonym lizakiem. Z przodu brakuje mi dwóch zębów. Tak zapamiętali nas czytelnicy „Super Expressu”, „Życia Warszawy” i jeszcze paru innych gazet – wakacyjne trzpiotki, które w tej całej sytuacji mają jeszcze czelność się uśmiechać.
Oczywiście, żeby nie denerwować mamy, przynoszenie brukowców do naszego domu było zabronione. Mimo to zdjęcia taty widziałam w witrynach kiosków, w mieszkaniach koleżanek, a także w przychodni lekarskiej, kiedy ważono mnie i mierzono podczas obowiązkowego bilansu. Umiałam już czytać, dlatego zaczęłam żyć w dwóch światach: jednym było mieszkanie przy Jaworzyńskiej, a drugim wszystko to, co poza nim. W domu obowiązywała jedna wersja wydarzeń: to był nieszczęśliwy wypadek. Bez wnikania, jak do niego doszło; tata po prostu zniknął, a teraz dajcie nam żyć! Gazety z kolei chciały krwi – jasnoczerwonej, świeżutkiej, jeszcze pachnącej życiem.
Pojawiałyśmy się obok plotek o romansie gwiazd disco polo, przy sekcji z horoskopami, koło gołej baby – wszystko po to, żeby odnaleźć tego kogoś, kto nagle z taty i męża stał się zaginionym Edmundem K.
Nie pomogło.
Koleżanka mojej mamy miała szwagierkę, która pomagała w takich sytuacjach. Nie chodziło o zaginięcia, bo z tym nic się nie da zrobić, tylko – jak to nazywała – o rytuały przejścia. Wspierała głównie w przypadku rozwodów i zdrad, czyli wtedy, kiedy trzeba było kogoś metaforycznie uśmiercić, żeby zacząć na nowo. Koleżanka przekonywała mamę, że takie doświadczenie przecież nie zaszkodzi, a jeśli odmówimy, to szwagierce będzie przykro. Kobieta tak się stara, inaczej jej kanały energetyczne mogą się zatkać na amen. W końcu mama skapitulowała i poszłyśmy na spotkanie.
Musiałyśmy wyobrazić sobie trumnę, w której leżał tata, a potem wspólnie zasypać ją ziemią. Wymyślony pogrzeb, który nas uwolni. Ostatnie pożegnanie. W mojej wyobraźni ziemia była mokra i brązowa i pełno było w niej grubych, wijących się robaków. Wyobrażałam sobie, że jakimś cudem wpadają pod wieko trumny i włażą tacie do nosa i uszu. Łopata sama wyślizgnęła mi się z rąk. Dalej wyglądało to już jak z komiksu – słychać było głośne kichnięcie, drzwiczki trumny podskoczyły w górę, ziemia osypała się z włosów jak łupież. Zdziwiony tata usiadł w trumiennym dole, a ja wybuchnęłam śmiechem. Nasz kolejny występ, lepszy niż wszystkie żarty tego zdziwaczałego Benny’ego Hilla.
Nagle poczułam, że mama chwyta mnie za ramiona i mocno mną potrząsa. Tak bardzo nie chciałam otwierać oczu.
– Co cię opętało – wysyczała.
Wtedy dotarło do mnie, że to wszystko dzieje się naprawdę.
W pudełku, w którym trzymam rzeczy z dawnych lat – wszystkie zupełnie nieprzydatne, ale nie umiem ich wyrzucić – oprócz drewnianych koralików, które sprezentował mi mój pierwszy chłopak, kilku zdjęć z kolonii letnich i złotych myśli z początków gimnazjum jest także złożony w kostkę wycinek z „Życia Warszawy”. Na wypadek gdyby wszyscy zapomnieli, co się stało, chciałam mieć jakiś dowód.
Dowód, że Edmund K. kiedyś istniał.
Rajski rejs przemienił się w piekło.
Niezwykłe zaginięcie Warszawiaka
38-letni pan Edmund wybrał się na rejs po Morzu Śródziemnym i nigdy z niego nie wrócił.
17 sierpnia zaginiony i jego małżonka Hanna (35) wspólnie zjedli kolację w restauracji na statku. Z powodu choroby morskiej kobieta wróciła do kajuty wcześniej, pan Edmund miał zaraz do niej dołączyć. Tak się jednak nie stało. Pani Hanna odkryła to rano, gdy zobaczyła puste łóżko męża. Podczas poszukiwań na górnym pokładzie odnaleziono zmiętą marynarkę, jeden but, a także pusty portfel. Wszystkie te rzeczy należały do zaginionego. Mężczyzna przepadł jak kamień w wodę.
W tej historii pytania nasuwają się same: czy Edmund K. popełnił samobójstwo? Ale dlaczego miałby udawać, że w zdarzeniu brały udział osoby trzecie? A może stał się przypadkową ofiarą rozboju? Tej nocy, gdy zaginął, statek znajdował się pośrodku Morza Alborańskiego. Stosunkowo blisko zarówno Hiszpanii, jak i Maroka, ale nie na tyle blisko, by móc przedostać się na ląd, płynąc wpław. W takim wypadku trzeba przyjąć, że złodziej – a równocześnie morderca – był jednym z pasażerów lub członków załogi statku.
Pani Hanna uważa, że jej mąż nigdy nie myślał o ucieczce, nie miał także problemów psychicznych. „Mąż był współwłaścicielem firmy, nic wielkiego, produkcja śrubek, ale niczego nam nie brakowało” – powiedziała naszej gazecie zrozpaczona kobieta. „Mundek był bardzo radosnym człowiekiem, lubił żartować, prawdziwa dusza towarzystwa. My naprawdę byliśmy z mężem bardzo szczęśliwi”.
Pani Hanna prosi mężczyznę, żeby dał jej znak życia, w przeciwnym wypadku obawia się najgorszego – że został zepchnięty do morza przez nieznanego sprawcę.
Na tatę czeka w domu stęskniona Natalka.
Pamiętam, że jako stęskniona Natalka musiałam pójść na rozpoczęcie mojego pierwszego roku szkolnego zupełnie sama, bo mama nie chciała wyjść z mieszkania. Siedziała sztywno w posprzątanej na błysk kuchni, a ja niezdecydowana stałam w granatowej spódnicy i białej bluzce z kołnierzem. Delikatnie odrywałam skórki przy paznokciach i językiem tamowałam świeżą jasnoczerwoną krew. Mama patrzyła przed siebie; miała zaczerwienione oczy i usta zaciśnięte tak mocno, że dookoła porobiły się jej brzydkie małe zmarszczki.
– Pójdziesz sama, prawda? – nie przestawała mnie pytać i brzmiało to coraz mniej jak pytanie, a coraz bardziej jak nakaz. – Ja się ludziom nie mogę w takim stanie pokazać.
Nie zauważyła nawet krwi lejącej się ciurkiem po moich palcach i to było dla mnie najgorsze – ostateczny znak, że chociaż wygląda zupełnie tak samo, nie jest tą samą mamą, którą pamiętałam sprzed kilku tygodni.
To była jakaś inna kobieta, której nie znałam.
Dawniej, kiedy ja byłam w złym humorze, mama mówiła, żebym się uśmiechnęła, bo brzydko wyglądam. „Brzydula”, mówili z tatą, „Ale ta dziewczynka jest nieładna, a fe!”, a ja wbrew sobie unosiłam kąciki ust. Wtedy klaskali, a ja znowu byłam najpiękniejsza w całej Warszawie. Podeszłam więc troszkę bliżej do mamy, zakrwawione ręce przezornie chowając za sobą, i powiedziałam cichutko:
– Uśmiechnij się, bo taka jesteś brzydka.
Gdy zamykałam za sobą drzwi do mieszkania, po raz pierwszy w życiu usłyszałam, że moja mama płacze.
Każde zaginięcie jest inne, wszystkie są do siebie podobne. Różnią się okoliczności, ale schemat pozostaje ten sam – człowiek, który wydawał się częścią systemu, gromadzący wokół siebie przedmioty, zobowiązany terminami, nagle rozpływa się w powietrzu. Mimo umówionej wizyty w przychodni, na którą czekało się dwa lata, mimo zbliżających się urodzin jedynego syna. Domek z kart się rozsypuje, a gdy próbuje się ułożyć je od nowa, okazuje się, że jednej brakuje – konstrukcję można niby odbudować, ale zawsze w innej formie, nigdy mocniejszą. I tak stoi sobie pokracznie do pierwszego podmuchu wiatru, a potem w sekundę znowu się rozpada.
Zniknięcie mojego taty byłoby dokładnie takie samo jak inne zaginięcia – tak samo tragiczne, banalne i smutne – gdyby nie jeden szczegół.
Mojego zaginionego ojca ktoś widział.
Na posterunek w hiszpańskim mieście Kadyks zgłosiła się kobieta, która opisała dziwne spotkanie z obcokrajowcem. Wszystko wskazuje na to, że był to zaginiony Edmund K.
Gazeta dyndała pod daszkiem kiosku jak kiść winogron, a ja po raz trzeci literowałam pod nosem te same dwa zdania. Resztę artykułu zasłoniła mi głowa staruszka w kapeluszu; nie mogłam czekać, aż się przesunie, nie było czasu do stracenia – poleciałam do domu jak skrzydlaty posłaniec. Podczas slalomu między nierównymi płytami chodnika raz się przewróciłam – rozorane kolano szybko zaczęło pulsować bólem, ale to nie miało znaczenia. Maznęłam je poślinionym palcem i pobiegłam dalej. Wpadłam do naszej kamienicy, pognałam na trzecie piętro i już miałam zacząć dudnić pięściami w drzwi, kiedy zobaczyłam, że są uchylone.
Po cichu weszłam do mieszkania. Z salonu usłyszałam cieniutki głos babci Uli, mamy mojego taty.
– Czyli że co? – pytała. – To w końcu był Mundek czy nie?
Przykleiłam się do ściany przedpokoju; posłaniec przeistoczył się w przebiegłą agentkę jej królewskiej mości.
– Mamo, przecież powtarzam ci enty raz, co mi powiedział policjant. – Kroki mamy niosły się po parkiecie, jakby chodziła w kółko. – Jakaś kobieta z tego całego Kadyksu mówi, że rozmawiała z obcokrajowcem, który wyglądał, jakby się zgubił. Tyle.
– Przecież obcokrajowców to jest od groma w Hiszpanii, jacyś Turcy, Afrykańczycy! – krzyknęła babcia Ula. – Skąd ta kobieta wie, że to był Polak? Że to był mój syn?
Kroki ucichły. Przez chwilę w salonie panowała cisza.
– Bo był ubrany w takie wędkarskie spodnie, jakie miał Mundek – odpowiedziała w końcu mama.
– Jezus Maryja, czyli on żyje – wyszeptała babcia, a ja nie mogłam już dłużej czekać. Wbiegłam do salonu i wtuliłam się w jej chude stare ciało.
Przez resztę dnia próbowałam wypytywać mamę o szczegóły, ale mówiła, że nic więcej nie wie. „Lepiej nie robić sobie nadziei” – ostrzegała, ale ja nie przestawałam wirować na środku mieszkania. Szykowałam nowy układ taneczny na powitanie taty, potem brałam się za wycinanie laurki na jego cześć, a jeszcze później rzucałam się do szafy i zastanawiałam się, w co się ubiorę na jego przyjazd. Mama poszła spać wcześniej niż zwykle, ja – później. Wygrzebałam z regału zakurzony atlas geograficzny i zaczęłam go kartkować. Nazwa, którą przeczytałam w gazecie, wryła mi się w głowę jak magiczne zaklęcie.
Kadyks.
Ta nazwa brzmiała jak coś zakazanego, jak grzech, jak seks. A jednocześnie jak niebo, jak moje wybawienie.
A później wszystko rozpadło się na jeszcze więcej kawałeczków.
– To po prostu był ktoś inny. – Mama gładziła mnie po włosach, a ja nie mogłam przestać ryczeć. – Zbieg okoliczności.
Ze szczątkowych, podsłuchanych informacji nie byłam w stanie zbudować silnej linii obrony. Po prostu ciągle powtarzałam, że przecież to były spodnie tatusia, że on takie ma, że jeździ w nich na ryby.
– No właśnie – podchwytywała mama. – Na ryby, a nie w rejs. Tata ich ze sobą nie zabrał.
Odbijała wszystkie moje piłeczki, aż nie została mi ani jedna – oprócz mętnego wspomnienia nazwy hiszpańskiego miasta.
Informacja o obcokrajowcu w spodniach moro, którego rozpoznała kobieta z Hiszpanii, coś jednak zmieniła – sprawiła, że medialna wrzawa jeszcze bardziej przybrała na sile. W mieszkaniu ciągle rozlegał się przeszywający dźwięk telefonu. Na początku obie z mamą podbiegałyśmy do aparatu – naiwnie przekonane, że to tata dzwoni z odległego kraju, na którego terenie został wyłowiony. Że postanowił jednak ożyć.
Nigdy nie miałyśmy jednak racji.
– Dzień dobry, ja w sprawie zaginięcia – skrzeczał jakiś głos. – Jaka stawka jest za udzielenie wiadomości o tym panu? W sensie: ile pieniążków oferujecie?
Po paru godzinach telefon znowu dzwonił.
– W tej sprawie odczuwam bardzo negatywne wibracje, warto sprawdzić okolice Parku Skaryszewskiego – szeptał ktoś. – Dokładną lokalizację podam na życzenie.
– Proszę pani, ja nie kłamię – zarzekał się starszy mężczyzna. – Przecież ja chłopa widziałem ze dwa dni temu w Piotrusiu, pijany był jak bela.
To sprawiło, że pewnego dnia mama podeszła do gniazdka i odłączyła telefon z kontaktu. Pamiętam, że spojrzałam wtedy na nią przerażona i zaczęłam krzyczeć, że przecież tata się do nas nie dodzwoni. Mama postawiła na stole talerze z parującym obiadem.
– Jedz, bo wystygnie – rzuciła.
Kotlet i krwistoczerwone buraki jadłyśmy w całkowitej ciszy.
Od tamtego czasu nie uznaję dzwonków w telefonach. Nigdy nie mogłabym pracować w żadnym call center ani w miejscu, w którym odbiera się dużo telefonów. Moja komórka ma zawsze wyciszony dźwięk – odbieram, jeśli zauważę, że ktoś właśnie dzwoni. W innym wypadku oddzwaniam. Przegapiłam w ten sposób kilka rozmów kwalifikacyjnych i randek, ale niespecjalnie żałuję.
Mogę przynajmniej udawać, że już na nikogo nie czekam.
Nadszedł jeszcze jeden moment, który dał mi nadzieję.
W połowie września 1997 roku panował upał i przez miasto co chwila przetaczały się burze. Budynki i chodniki wciąż były nagrzane, chociaż niebo pokrywały ciemne chmury. Wydawało się, że miasto oddaje nagromadzone latem ciepło. Popołudniami często grzmiało. Pomruk burzy pęczniał i przykrywał szum przejeżdżających samochodów, klaksony i śmiech przechodniów. Kiedy niebo rozświetlała błyskawica, zaczynałam odliczanie i kończyłam w momencie, gdy następował grzmot. „W ten sposób możesz obliczyć, jak daleko od ciebie jest burza” – powiedział mi kiedyś tata. „Jeśli zdążysz policzyć do mniej niż pięciu, to znaczy, że jest już bardzo blisko”.
Tamtego września zazwyczaj udawało mi się policzyć do trzech, a po tym rozlegał się huk przypominający walące się drzewo. Mama pospiesznie zamykała wszystkie okna w mieszkaniu, odłączała od prądu telewizor i gasiła światła. W innym wypadku do mieszkania mógłby wpaść piorun kulisty, odbić się od ścian jak kauczukowa piłeczka, a potem spalić nas żywcem. Siedziałyśmy więc w męczącym zaduchu końca lata, bez filmów, gier ani muzyki, w pewien sposób przygotowane na to, że nadchodzi nasz koniec.
Tamtego wieczoru rozpętała się burza. Po wyłączeniu światła mieszkanie zalały grafitowe ciemności. Czułam się jak w sarkofagu i tylko pot spływający po plecach przypominał mi, że jeszcze nie jestem martwa. Mama przerwała przygotowywanie kolacji i zaczęła szukać ukrytych w kredensie świeczek. Pamiętam syk podpalanego knota, pierwsze krople wosku spływające po gładkiej powierzchni, mdły zapach parafiny.
Rozległ się dzwonek do drzwi.
Spojrzałam na mamę. Wyglądała jak zatrzymana w czasie – delikatnie otwarte usta, ręka z dogasającą zapałką zawieszona gdzieś w pół drogi. Wiedziałam, że myśli dokładnie to samo, co ja.
Wrócił tata.
Telefon z powodu wróżbitów i oszustów od kilku dni był odłączony, mama włączała go tylko wtedy, kiedy sama musiała gdzieś zadzwonić. To dlatego tata nie mógł nas wcześniej zawiadomić.
Chciałam pobiec do drzwi, ale mama mnie powstrzymała. Nie powiedziała ani słowa, ale ręką wykonała taki gest, jakby nakazywała psu siedzieć na miejscu. Zostałam więc w oświetlonej świeczkami kuchni, z grzmotami przewalającymi się za oknem – rozbrykany, ale posłuszny szczeniak.
To, co wydarzyło się później, pamiętam nie jako obrazki, tylko jako dźwięki. Szybkie kroki mamy w korytarzu, skrzypnięcie drzwi wejściowych, przyciszone głosy. A potem już tylko cisza.
Mama weszła do kuchni, a przed sobą trzymała duży bukiet kwiatów. Białe lilie, pomiędzy nie powtykane liście paprotki i gałązki z kremowymi kuleczkami. Żółta wstążka. Nie odrywałam wzroku od bukietu. Patrzyłam, jak ląduje w przezroczystym wazonie z odrobiną wody, jak odcina się na tle pomarańczowej poświaty świec. Rzucał ogromny cień na ścianę, większy od mojej głowy. Nic nie mówiłam, bo nic nie rozumiałam.
– Ktoś się chyba pomylił – powiedziała w końcu mama roztargnionym głosem. – Hanny jest dopiero w październiku.
Niebo przeszyła błyskawica. „Jeden” – zaczęłam odruchowo liczyć. Rozległ się głośny grzmot, jakby ziemia rozpadała się na pół. Burza była dokładnie nad nami.
Nigdy nie uwierzyłam w historię o imieninach.
Śledztwo utknęło w martwym punkcie. Podobno nie dało się ruszyć w żadną stronę: przesłuchania pasażerów statku nic nie dały, nikt więcej nie potwierdził, że widział ojca w Hiszpanii. Wszyscy powtarzali to samo cholerne określenie: „nieszczęśliwy wypadek”.
Zaczęłyśmy żyć tak, jakby taty nie było. Mama spakowała do worków wszystkie jego ubrania i wyniosła je na śmietnik. Pozbyła się kubka, w którym zawsze pił kawę. W jeden dzień opróżniła łazienkę z wszystkich męskich kosmetyków i dokładnie ją wyszorowała. W domu unosił się cytrynowy zapach płynu do czyszczenia. Nowy początek.
Ktoś podglądający przez szybę w salonie nasze życie bez ojca mógłby stwierdzić, że wszystko jest w porządku. Mama pracowała, ja chodziłam do szkoły. Ona codziennie gotowała obiady, ja codziennie je zjadałam. Obie spałyśmy po siedem, osiem godzin dziennie. Oparłam się pokusie bulimii – wyrzygania całej siebie, żeby odrodzić się na nowo; nawet nie spróbowałam narkotyków. Posłusznie odrabiałam lekcje, dostawałam dobre stopnie, chodziłam na zajęcia do domu kultury – tańce, malowanie, niemiecki. Wyglądało na to, że przygniótł nas słodki ciężar zwykłego życia.
Tyle tylko, że nieznajomy podglądający nas zza szyby pewnie by się nie domyślił, że wszelkie wspomnienia były u nas zabronione. Kiedy zaczynałam zdanie od: „Pamiętasz, jak byliśmy kiedyś z tatą…”, mama odpowiadała mi łagodnie: „Natalciu, przecież ty tego wcale nie pamiętasz”. W świecie mojej mamy pamięć była czymś plastycznym i zupełnie subiektywnym. Głupstwem, farmazonem, zachcianką, wartą niewiele więcej od snów. Z jej polecenia zapominałam więc o wspólnych wakacjach nad Bałtykiem, moich szóstych urodzinach, na które dostałam w końcu Barbie syrenkę, niedzielnych porankach, kiedy mogłam wkradać się do sypialni rodziców i kłaść między nimi. Zapominałam, że w soboty tata kupował mi jajko niespodziankę, a znalezioną zabawkę wsadzałam do jego kieszeni. W jego garniturze wylądował duszek, który świecił w ciemności, a w wędkarskich spodniach – gruby hipopotam. Chciałam, żeby figurki mogły zobaczyć trochę świata. Tata posłusznie je ze sobą nosił, chociaż mama zawsze narzekała, że kiedyś zatkają jej pralkę.
Jak odróżnić to, co wymyśliłam, od tego, co naprawdę mi się przydarzyło? Nie pozostało mi nic innego, jak zaufać mojej mamie.
Przez pierwsze miesiące zaraz po zaginięciu taty podskórnie liczyłam na to, że mama pęknie. Nie tylko ja. Przecież do tego przyzwyczaiły nas bajki Disneya – każda tragedia zmienia coś w życiu bohatera, odmienia go. Dlatego wszyscy cierpliwie czekaliśmy na jakiś maminy ruch, na załamanie, po którym nastąpi uzdrowienie. Nic takiego się jednak nie zdarzyło. Gdyby zaczęła wyć na środku ulicy, potem przeleżała tydzień w ciemnym pokoju, a następnie wstała i ogłosiła, że jej życie się skończyło, ale jakoś da sobie radę – wszyscy odetchnęlibyśmy z ulgą. Jednak mama ciągle trzymała gardę. Ci, którzy próbowali w jakiś sposób pomóc, odchodzili z kwitkiem – nie dała się namówić na leki wyciszające ani pobudzające, na terapię, na wódkę ani papierosy, na nowe hobby, na długie wakacje. Po prostu przez cały czas udawała, że taty nigdy nie było, ona jest Dziewicą Maryją, a ja jej niepokalanie poczętym dziecięciem. Może po prostu podczas rytuału przejścia zasypała tatę tak dokładnie, że aż zapomniała, iż kiedykolwiek istniał.
Niechętnie przyjmowała pielgrzymki skorych do pocieszania znajomych.
– Ja to sobie nie wyobrażam zostać samej – paplała pani Tereska, w międzyczasie połykając kolorowe galaretki obsypane cukrem. Przypominała dużą, utuczoną gołębicę. – Mówię do męża: „Jak przyjdzie do nas pani śmierć, to musi nas zabrać razem. Albo razem, albo mnie wpierw. Ale ja sama na pewno nie chcę zostać”. Boże broń, co to za życie. Prawda?
Z wyczekiwaniem spoglądała na mamę, która miała przytaknąć, powiedzieć, że takie życie nie ma już sensu, ale mama siedziała w ciszy, patrząc się w okno.
– Zachowują się, jakbym była śmiertelnie chora – skarżyła mi się po wyjściu płaczek. – A przecież nic mi nie jest. Życie płynie dalej, tak czy nie? Czy ja też mam się położyć w grobie?
Tak, dokładnie tak. Właśnie tego wszyscy od niej chcieli, ja także. Miała być męczennicą, która czeka na zaginionego męża tak, jak dzieci czekają na Świętego Mikołaja, chociaż w głębi serca wiedzą, że nie istnieje. Miała wziąć udział w hinduskim obrzędzie pogrzebowym i dać spalić się żywcem wraz ze zwłokami męża. W końcu nie bez powodu sati w sanskrycie oznacza dobrą żonę.
Tak się jednak nie stało i w końcu wyszło na jaw, że moja mama nie była dobrą żoną. Zbyt mało rozpaczała, za bardzo chciała udawać, że nic takiego się nie wydarzyło, że świat dalej się kręci.
– Przecież to nie ja umarłam! – wykrzyczała w końcu pani Teresce, która zbyt długo biadoliła o tym, jak nieszczęśliwa jest teraz moja mama.
Gołębica patrzyła na mamę przestraszona, ale nieustępliwa, przekonana o swojej racji. To mama musiała w końcu spuścić wzrok.
Raz przyszła do nas starsza kobieta z parafii. Zanim zamknęłam się w swoim pokoju, zdążyła jeszcze wręczyć mi obrazek z trójką pastuszków klęczących przed Najświętszą Panienką. Przez ścianę słyszałam, jak mówi do mamy:
– Takie problemy są tylko próbą. Sprawiają, że stajemy się silniejsi.
Mama przytaknęła, więc sąsiadka zaprosiła ją na różaniec i zaproponowała dołączenie do kółka parafialnego.
– Nikt pani nie zrozumie. Nikt, oprócz Jezusa – powiedziała z jakimś cierpieniem w głosie.
Kiedy wyszła z mieszkania, zostawiając po sobie zapach naftaliny, usłyszałam, jak mama mruczy coś pod nosem. Przyłożyłam ucho do drzwi.
– Skąd niby Jezus ma się znać na takich sprawach… – doszedł mnie jej głos.
W drugiej klasie ksiądz na lekcji religii powiedział nam, że pierwsza komunia to taki jakby mały ślub. Przyrzekamy miłość Bogu i tej więzi nie będzie można już zerwać. Dokładnie tak jak w małżeństwie, dodał. Właśnie tak sobie nas wyobrażam tego dnia – jak maleńkie, zalęknione panny młode, nasze kroki niosą się echem po ogromnym kościele. Satynowe sukienki wiszą na chudych ciałkach, zazwyczaj potargane włosy są ujarzmione przez wsuwki, spinki i wianki. Na rękach satynowe rękawiczki z perełkami, stopy upchnięte w przymałe buty z obcasikiem. Chórem skandujemy litanię pełną magicznych przedmiotów:
Zwierciadło sprawiedliwości, módl się za nami.
Stolico mądrości, módl się za nami.
Przyczyno naszej radości, módl się za nami.
Czubkiem języka zwilżamy spierzchnięte wargi, gubimy rytm, ale po chwili znowu dołączamy do anielskiego chóru:
Różo duchowna, módl się za nami.
Wieżo Dawidowa, módl się za nami.
Wieżo z kości słoniowej, módl się za nami.
Na dźwięk dzwoneczków rzucamy się na kolana, a wtedy drewniane ławy wpijają się nam w skórę i zostaje po nich czerwony ślad. Nasza ślubna pieczęć.
Od czasu moich zaślubin byłam żarliwą wyznawczynią. Codziennie modliłam się rano i wieczorem. Na początku szybko wyrzucałam z siebie prośby przyziemne: prosiłam o dobre oceny w szkole, o nową Barbie, o szczeniaczka, a dopiero na sam koniec pojawiała się niezmienna, najważniejsza formułka. Moje sekretne zaklęcie.
„Niech tata w końcu do nas wróci”.
Ileż można jednak błagać o to samo? Moje modlitwy po roku stały się coraz mniej gorliwe, zamiast prosić – już tylko tępo przepraszałam. Modlitwa zlewała się w ponurą, nieskładną melodię: przepraszam, że przeklinałam, że nie pomagałam mamie, że nie umyłam zębów przed spaniem, że wkładałam ręce do majtek. Z dziwną bezczelnością skanowałam obrazek z komunii wiszący nad łóżkiem – byli na nim Maryja, Józef i malutki Jezus przypominający bardziej dziewczynkę. Wpatrywałam się w ich blade twarze i wiedziałam, że Święta Rodzina mi nie pomoże. Są zajęci swoimi sprawami, przeprawianiem się przez pustynię, gadaniem z Trzema Królami, obserwowaniem spadających gwiazd. Z coraz większą niechęcią myślałam też o Bogu – nieustępliwym i surowym, niewrażliwym na prośby swojej największej fanki. Z okropną skołtunioną brodą przypominającą baranie futro. Pewnego wieczora, mając jakieś jedenaście lat, po prostu zdjęłam obrazek ze ściany.
– Spadł? – zapytała mama, gdy któregoś dnia weszła do pokoju.
Byłam niezdecydowana. Z jednej strony w takiej sprawie nie mogłam skłamać bez narażania się na zesłanie do piekieł, z drugiej czym innym jest ubliżanie Bogu w myślach, a czym innym przyznanie się do tego własnej mamie. W końcu zdecydowałam się na dyplomatyczne mruknięcie.
– Powiesić?
Tu już musiałam zareagować. Ostrożnie pokręciłam głową.
Zamiast wygłosić kazanie, mama westchnęła. Popatrzyła na mnie tak smutno, jak patrzy się na kogoś, komu spłonął dom. Albo na porzuconego przy drodze psa. Albo na dziecko, które właśnie przestało wierzyć w Boga.
Wciąż chodziłyśmy do kościoła, chociaż wiedziałam, że obie robimy to tylko dla zachowania pozorów. Mama witała się ze znajomymi parafianami skinieniem głowy i kierowałyśmy się do jednej z tylnych ławek. Siadałyśmy i było tak, jakbyśmy zapadały się w piasek; przynajmniej ja ulegałam dziwnemu znieczuleniu. Posłusznie klepałam wszystkie modlitwy, ale jednocześnie mój mózg próbował znaleźć sobie inne zajęcia – liczenie kolorowych szkiełek w witrażach, porównywanie łysin siedzących przed nami starszych panów, ukradkowe wąchanie modlitewnika. Pachniał jak ocet i stara skóra, a ja marzyłam o tym, żeby położyć jego kawałeczek na języku. Kiedy zbliżał się czas komunii, mama stawała się bardziej nerwowa. Nie chodziłyśmy do spowiedzi, co automatycznie wykluczało nas z dostępu do tego aktu miłosierdzia. Mama jednak pilnie obserwowała, kto ustawia się w kolejce po Ciało Chrystusa. Jeśli ktoś z naszej ławki nie ruszał się z miejsca, my też zostawałyśmy – głowy pokornie spuszczone, oddech pachnący żalem za grzechy. „W najbliższy piątek na pewno pójdę do spowiedzi” – miały obwieszczać nasze ciała. Jednak jeśli wszyscy posłusznie szli do komunii, mama również galopowała pod ołtarz, ciągnąc mnie za sobą.
– Nie chcę, żeby gadali – powiedziała, kiedy w końcu poprosiłam ją o wyjaśnienie tej logiki. – Zresztą jakie my możemy mieć grzechy.
Bezbarwny opłatek przylepiał mi się do podniebienia i ostatnie minuty mszy spędzałam zazwyczaj na gmeraniu językiem gdzieś na wysokości migdałków. A potem, na znak księdza, wstawałyśmy i wracałyśmy do domu. Po drodze mama kupowała nam po wuzetce, jakby w nagrodę za to, że znowu się udało. Że nikt nas nie zdemaskował.
O historii naszej rodziny nie mówiłam nikomu. Dzieciaki ze szkoły i z podwórka wiedziały dużo, głównie od swoich babć, które przeinaczały zdarzenia i dodawały nowe wątki, więc na kilka miesięcy przylgnęło do mnie miano trędowatej, od której można się zarazić brakiem ojca. Na szczęście z upływem lat to, co się wydarzyło, zaczęło rozpływać się we mgle pod naporem nowych śmierci, zaginięć, strajków i wojen, którymi codziennie karmiły nas gazety. Oglądaliśmy prezydenta USA przyznającego się, że ma kochankę, samoloty wbijające się w wieże na Manhattanie, umierającego papieża. Dwudziesta pierwsza trzydzieści siedem. Powoli wszyscy zapominali o tym, co się stało.
I tylko ja od czasu do czasu przypominałam sobie, że kiedyś miałam tatę. W każde urodziny gnana jakąś głupią nadzieją czekałam na kartkę od niego, wysłaną z małego państwa w Afryce albo Ameryce Południowej. Łudziłam się, że o mnie nie zapomniał.
Kilka lat później, kiedy kończyłam już podstawówkę, w mieszkaniu zaczęli pojawiać się inni mężczyźni, zazwyczaj starsi. Lekko szpakowate włosy, spore brzuchy, zadbane buty. Skórzane neseserki zostawiane w przedpokoju. Nieśmiało zachęcali, żeby nazywać ich wujkami. Czasami, z nudów, przysuwałam ucho do ściany i podsłuchiwałam toczące się w salonie rozmowy.
– Bo wiesz, Haneczko, naprawdę nie jest łatwo znaleźć kogoś, kto chce związku na poważnie – słyszałam głęboki głos wujka. – A ja już po prostu nie mam czasu do stracenia.
Nie słyszałam, co odpowiadała mama. Musiała mruczeć coś pod nosem – jakąś letnią odpowiedź, ani „tak”, ani „nie”, raczej coś pośrodku.
– No to może byśmy sobie razem gdzieś pojechali na wycieczkę, do jakiegoś Kołobrzegu czy na Hel? – Głos jeszcze bardziej się obniżał, pewnie tak, jak ręka wujka na maminym biodrze.
Wtedy zawsze parskałam cichutkim śmiechem, odklejałam się od ściany i szłam rysować komiksy. Wiedziałam to, czego wujek jeszcze nie podejrzewał – że właśnie wydał na siebie wyrok śmierci. Jeśli potencjalny kandydat choćby słowem wspomniał o morzu, jeziorze, jakiejkolwiek wodzie, nigdy więcej go nie widziałam. Na tej liście były też wędkowanie i wszystkie odmiany ryb. A zresztą nawet jeśli nie wspomniał, to po wyjściu wujka mama zawsze była smutna, wołała mnie do siebie i mocno przytulała.
– Taki naprawdę sympatyczny – powtarzała lekko zdziwiona, jakby odkryła jakiś nowy gatunek zwierzęcia. Potem szybko potrząsała głową. – Ale we dwie nam najlepiej.
I tak właśnie było – może nie najlepiej, ale jakoś. Prawie dało się zapomnieć, że kiedykolwiek na scenie występował z nami trzeci aktor.
Nagle stałam się dorosła – przerosłam mamę, a jej miniaturowe pantofle w porównaniu z moimi trampkami wydawały się bucikami Kopciuszka. Zauważyłam, że zmieniłam się nie tylko ja, ale też maminy wzrok. Albo inaczej – że jedno było konsekwencją drugiego. Kiedy mama myślała, że nie widzę, pospiesznie skanowała moje ciało, zatrzymując się czasami na włosach, twarzy albo nogach. Patrzyła ukradkiem, z ciekawością – tak, jak ogląda się pod basenowym prysznicem nagie ciała innych kobiet, kiedy ich oczy są zasłonięte pianą.
Na moje piętnaste urodziny dostałam od niej aksamitne pudełeczko przepasane wstążką. To był najjaśniejszy znak, że coś się zmieniło; w poprzednich latach prezentami były zawsze płyty, kubki, słowniki do angielskiego – artefakty z pogranicza świata dziecka i nastolatki. W pudełku, na poduszeczce, siedział dorosły pierścionek z małym zielonym oczkiem.
– Po pierwsze, nie rób żadnych głupot – powiedziała mama podczas uścisku, a ja szybko przytaknęłam, żeby nie musieć słuchać dalszej części kazania.
Wiedziałam, co zacznie mówić – bo wszystkie dziewczyny słyszały to już dobre kilka razy od zmieszanej pani na zajęciach z wychowania do życia w rodzinie. Że mamy się szanować; że jak kocha, to poczeka; że jesteśmy jak kwiaty, które w pewnym momencie stracą płatki. Skostniałe, martwe frazesy, które nijak miały się do pulsującego w nas życia.
– Po drugie, to ty wybierasz ich, a nie oni ciebie – kontynuowała mama, wciąż trzymając mnie w urodzinowym nelsonie.
Delikatnie, ruchem samych łopatek, próbowałam się z niego wyswobodzić. Bezskutecznie. Nie mogłam zrobić nic innego, jak tylko wymruczeć potwierdzenie maminego zaklęcia. Niech jej będzie, to ja wybieram ich.
– A po trzecie, masz mi obiecać, że nigdy nie będziesz go szukać – dodała cicho.
Przestałam się ruszać. Myślałam, że każe mi obiecać, że nie zajdę w ciążę z równolatkiem, że nie rzucę szkoły przed maturą albo cokolwiek innego z kategorii nieszczęść, które spadają na durne, nieostrożne młode dziewczyny.
Dotarło do mnie, że to jest moment naszego przymierza – dwóch dorosłych kobiet. Mama poruszyła zakazany temat, a mi przypadła kwestia rytualnej odmowy. Reżyser zasugerował kilka możliwych zakończeń – od zawadiackiego: „O czym ty w ogóle mówisz?”, przez banalne: „Oczywiście, że nie będę”, aż po dramatyczne: „Przecież tata nie żyje”.
Właśnie spełniało się moje marzenie – może przez jedno zdanie w końcu stałybyśmy się prawdziwą drużyną, ja i ona, a nie dwójką przestraszonych bramkarzy stojących na przeciwległych krańcach boiska. Nasz pakt, o którym już na zawsze mógłby mi przypominać pierścionek z zielonym oczkiem.
Wyślizgnęłam się ze słabnących objęć mamy i jak tchórz – dwulatka, trzylatka, piętnastolatka – uciekłam do swojego pokoju.
To właśnie wtedy po raz pierwszy wróciłam do sprawy zaginięcia mojego ojca.
Po co w ogóle o nim wspominała? Czy chciała wymusić na mnie obietnicę na wszelki wypadek? Albo próbowała zyskać pewność, że nie zmarnuję sobie życia na bezowocne poszukiwania? A może w ten sposób przyznała się, że wie więcej? W głowie tłukły mi się setki pytań. W każdym razie efekt był taki, jakby ktoś kazał mi nie myśleć o słoniu. Po tylu uśpionych latach duch mojego taty do mnie wrócił, delikatnie usiadł mi na ramieniu i zaciekawiony majtał nogami.