-
nowość
Minione życia - ebook
Minione życia - ebook
Pewnej burzliwej nocy do Piotra Wolskiego przybywa młoda Rosjanka – Nadia Prokotov. Mężczyzna zaskoczony porą niecodziennej wizyty każde jej się wynosić. Jednak słowa, które słyszy przez zamknięte drzwi sprawiają, że zaczyna on rozumieć, jak wiele ich łączy. Stare niedokończone rzeczy, o których Piotr wolałby zapomnieć, powracają do życia za sprawą najbliższej mu osoby – jego syna. Następne kilkanaście minut rozmowy determinują dalsze życie Piotra.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Powieść |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788377229101 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_Minione życia_
_Szkic do okładki: Anna Urszula Baran_
_Projekt okładki: Wojciech Baran._
_Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody autora._
_Wydanie trzecie – 2020 r._
_Mój statek odpływa rzeczywistość się sypie._
_Czy Ciebie odnajdę? … tak mało wiem._
_Znów uziemiony w świetle księżyca …_
_I choć noc taka młoda … ja tęsknię za dniem …_
_Czasie przeklęty wstrzymaj powozy._
_Otwarcie ci mówię … nie zmierzam gdzie ty …_
_Zostaw mój umysł młodością zmęczony_
_Zostaw me życie, ono ledwie już lśni._
_Zabrane marzenia nie czekają już na mnie._
_Znów zapomniałem - nie było mnie w nich_
_Odebrane z łatwością, stracone na starcie_
_Gdzie duma w milczeniu sypała się w pył._
PROLOG: SZEPT Z PRZESZŁOŚCI
Piotr od wielu lat unikał przepychu życia nocnego, jaki potrafiła ofiarować Warszawa swoim mieszkańcom. Był jedną z wielu osób, które nosiły blizny po przeszłych przeżyciach, blizny na tyle głębokie, że nawet czas nie bardzo potrafił sobie z nimi poradzić. To dlatego Piotr uciekał w apatię i strach, lecz przede wszystkim w samotność.
Tego wieczoru siedział obojętnie w wygodnym skórzanym fotelu, który stał na środku salonu, naprzeciw kominka. Zmęczone spojrzenie Piotra utknęło w spokojnym płomieniu, który zdawał się hipnotyzować go
swoim ciepłem i migoczącymi barwami. Mężczyzna nie myślał o niczym. Dzień, który przeminął, znów był pusty i nic nieznaczący, jak setki czy już może tysiące jego poprzedników. Za oknem deszcz swymi grubymi strumieniami dudnił w parapet. Dźwięk ten co jakiś czas milkł jakby w pokorze wobec narastających podmuchów wiatru. Lecz cała ta złowroga symfonia miała w sobie o wiele subtelniejsze przesłanie i Piotr je wyczuwał. To dlatego dzisiejszego popołudnia coś kazało mu opuścić jego gabinet wcześniej niż zwykle, pomimo natłoku spraw. Ten sam szept nakazał mu usiąść spokojnie w domu i po prostu czekać. Tego wieczoru ktoś przybył do miasta, a wraz z nim cała ta szalejąca na zewnątrz nawałnica.
Dziesięć minut po jedenastej rozległo się pukanie do drzwi. Pukanie to wyrwało Piotra ze stanu drzemki. Dźwięk był na tyle donośny, że mężczyzna upuścił kieliszek z niedopitym koniakiem na dywan...
– Cholera – wycedził przez zęby.
Wstał i stanowczym krokiem podszedł do biurka. Otworzył górną szufladkę, z której wyjął swój rewolwer. Delikatnie odciągnął kurek w broni, który ze szczękiem znalazł się w pozycji gotowej do strzału. Praca, którą wykonywał Piotr, nie należała do bezpiecznych. Znał wielu ludzi z branży, których chwilowy brak ostrożności kosztował dosłownie wszystko.
Podszedł do drzwi wejściowych i stanowczym głosem spytał:
– Kto tam?
Ledwie usłyszał kobiecy głos zza drzwi:
– Nazywam się Nadia Prokotov. Czy możemy porozmawiać?
Piotr przymrużył oczy w zastanowieniu, po czym odparł:
– Nie uważa pani, że to dość niestosowna pora na wizytę?
– Zdaję sobie z tego sprawę, jednak jestem już drugi dzień w podróży... Powiedziano mi, że może mi pan pomóc w pewnej kwestii...
– W jakiej kwestii?
Dyskutowali wciąż przez zamknięte drzwi.
– W kwestii Stołeczna – odparła dziewczyna.
Piotr w jednej chwili zbladł, jego duże oczy spojrzały z przerażeniem na ścianę. Jednak wzrok ten w istocie biegł o wiele dalej, biegł prosto w przeszłość, biegł w coś, o czym Piotr wolałby zapomnieć. Dawne wspomnienia odnalazły go znów, niczym upiory powoli osaczając jego głowę. Wiedział, że coś, co pochował cztery lata temu, zaczyna rościć swe prawa do życia. Ten ledwie słyszalny stukot spod ziemi znów chciał wyjść i zaczerpnąć powietrza... powietrza żywych.
– Czy jest pan tam jeszcze?
Piotr ocknął się w jednej chwili i otworzył drzwi. Jego oczom ukazała się młodziutka dziewczyna o bardzo drobnej budowie i wyjątkowo jasnej cerze. Jej szmaragdowozielone oczy były jakby lekko nieobecne, emanowały jakąś dziwną pustką.
Piotr przerwał chwilową ciszę:
– Teraz ja zadam pani pytanie. – Patrzył jej prosto w oczy i z wyjątkowym spokojem i powagą dodał: – Czy zdaje sobie pani sprawę z tego, w co pani brnie?
– Jeszcze do niedawna wydawało mi się, że tak, ale teraz wiem, że nikt nie doszedł tam, gdzie pan... nikt z żywych. – W jednej chwili łzy napłynęły jej do oczu. Łamiącym się już głosem ledwie wykrztusiła: – Tu chodzi o Marcina, on odnalazł pańskie notatki!
– Że co? – Otworzył szeroko usta, ale przez chwilę nie potrafił nic powiedzieć. Potem dodał: – Proszę wejść do środka!
Oboje znaleźli się w przedpokoju. Piotr wskazał Nadii sofę w salonie, po czym odparł:
– Proszę spocząć, zaraz do pani przyjdę.
Kiwnął głową i szybkim krokiem poszedł do pokoju obok, w którym trzymał wszystkie swoje archiwa prowadzonych spraw. Podszedł do szafki, której nie ruszał przez wiele lat, i spojrzał na nią jakby z obawą. W tej samej chwili wiatr za oknem się nasilił. Wibrujący dźwięk przeciągu, brzmiący jak chór duchów, był teraz
wyraźnie słyszalny w całym mieszkaniu. Piotr włożył kluczyk do drzwi i przekręcił go z lekkim zgrzytem. Nieoliwione już dłuższy czas zawiasy zaskrzypiały.
Piotr popatrzył z przerażeniem i niedowierzaniem.
– Jasna cholera...
Szafka była pusta.
Mężczyzna usiadł na podłodze i złapał się za głowę. W tym samym momencie Nadia weszła do pokoju.
– Nie znalazł pan, prawda?
– Nie znalazłem czego? – Podniósł głowę i spojrzał na dziewczynę.
– Archiwów. Wiem, że ich tam nie ma. – Spojrzała w okno, po czym ciągnęła spokojnie: – Osiem miesięcy temu byliśmy z pańskim synem w Warszawie. Tego dnia wiele o panu opowiadał.
Piotr spojrzał na nią z miną pełną żalu oraz skruchy, a ona kontynuowała:
– Najbardziej zaintrygowało mnie to, co mówił na temat pańskich poszukiwań w osadzie górniczej w Stołecznie. On wiedział, że papiery dotyczące sprawy trzyma pan nadal w swoim mieszkaniu, i – co było dla nas najważniejsze – miał również klucze. Wiedziałam wtedy, że Marcin nie powiedział mi wszystkiego na temat waszych stosunków. Nie wnikałam w to, dlaczego nie chce się z panem spotkać i po co te całe podchody.
Wolałam sobie wmówić, że wasze spotkanie mogłoby nasunąć kilka podejrzeń, a plan był prosty: poczekać, aż wyjdzie pan do pracy, następnie wejść do mieszkania i zabrać papiery, które kryły tajemnicę syberyjskiego złota oraz zaginięć żyjących tam ludzi...
– Czy tylko po to przyjechaliście do stolicy? – przerwał nagle dziewczynie.
– Tak – wyszeptała oraz opuściła głowę w akcie skruchy.
– Ale jak? To znaczy skąd to nagłe zainteresowanie sprawą i tą przeklętą kopalnią, którą zamknięto wiele lat temu? Czy potrafi mi to pani wytłumaczyć!? – podniósł lekko głos, następnie rozłożył ręce i spojrzał na dziewczynę, czekając na odpowiedź.
Nadia milczała chwilkę, po czym bardzo cichuteńko odparła:
– Michaił, nasz kolega z Uniwersytetu z działu geodezji, natknął się w bibliotece moskiewskiej na notatki dotyczące ziem wokół Stołeczna. Według tych zapisków tamtejsze okolice, a zwłaszcza strumienie, po prostu kipią od złota. Z dalszej części notatek wynikało, że rząd sowiecki wyraźnie zainteresował się wydobyciem kruszcu z tamtejszych rejonów. Sprawę oczywiście nagłośniono w gazetach, lecz później z niewiadomych przyczyn wszystko umilkło. Kopalnię odkrywkową zamknięto, a więźniów politycznych deportowano stamtąd do obozów na południu. Trop się urwał, ale tylko na kilka tygodni. – Nadia zamyśliła się, po czym westchnęła z lekkim uśmiechem i wyszeptała jakby do
siebie: – Kilka tygodni... Otóż po tym czasie na prywatce u kolegi Marcin poznał Michaiła. Jakby to wszystko było pisane. Tam oboje wypili sporą ilość wódki. Michaił mówił Marcinowi o tym, jak zdobędzie to bogactwo i ucieknie ze Związku Radzieckiego do Ameryki, wymienił parę razy nazwę „Stołeczno” i wspomniał o notatkach, na które natknął się w bibliotece. Marcin na początku bardzo sceptycznie podszedł do całej sprawy i nie odezwał się słowem. Bał się, że Michaił może pracować dla politycznej policji. Nikt przy zdrowych zmysłach nie mówi tak otwarcie o chęci wyjazdu na Zachód, nawet wśród przyjaciół i nawet po alkoholu. Lecz cała sprawa nie dawała Marcinowi spokoju i po kilku dniach odezwał się do Michaiła. Obu chłopców połączyła pasja, która miała doprowadzić ich do zguby. – Nadia skrzyżowała ramiona na piersiach, po czym zaczęła chodzić po pokoju i zbierać wszystkie fakty w jedną całość. – Po niedługim czasie, bo po paru dniach, do chłopców dołączyłam ja i dziewczyna Michaiła, młoda Ukrainka o imieniu Natasza. Wiedzieliśmy, że dokładna lokalizacja oraz prawdziwy przebieg wydarzeń są zapisane w notatkach ojca Marcina... w pańskich notatkach. – Nadia popatrzyła na Piotra poważnie, po czym opuściła wzrok. – Wtedy to właśnie oboje podjęliśmy decyzję o wyjeździe do Warszawy, a kilka dni później wszystkie notatki były już w naszych rękach...
– Chryste Panie... – przerwał Nadii stanowczo Piotr. – Przecież wyraźnie jest w nich napisane, dlaczego zamknięto kopalnie i dlaczego z moim kolegą z
Warszawy opuściliśmy to miejsce... To nas omal nie zabiło... – Popatrzył dziewczynie w oczy z grymasem.
– Północne ruiny... – odparła Nadia, wciąż patrząc w pustą szafkę biurka – jak to miejscowi panu opisali. To nas jeszcze bardziej zaintrygowało, pragnęliśmy zobaczyć to miejsce, pragnęliśmy stanąć twarzą w twarz z przebudzonymi upiorami.
– Dlaczego Marcin dzisiaj z panią nie przyjechał? – zmienił tok rozmowy. – Mógł odsunąć nasze kłótnie na bok i skonsultować się ze mną...
– Boże, pan o niczym nie ma pojęcia, prawda?
– Widocznie nie – odparł powoli.
– Kiedy pan ostatnio rozmawiał ze swoją żoną?
– Ostatni raz rozmawiałem... – Opuścił głowę. – ...czy może powinienem rzec: kłóciłem się z nią w dniu wyjazdu z Moskwy... jakieś osiem lat temu – dodał po dłuższej przerwie.
– W takim razie ona o niczym panu nie wspomniała. – Nadia rozwarła delikatnie usta, a jej zielone oczy zaczęły nerwowo błądzić po pokoju. Była wyraźnie zakłopotana. – Marcin razem z pozostałą dwójką studentów około trzech miesięcy temu zorganizowali wyprawę na te przeklęte ziemie. Od tamtej pory nikt nie ma z nimi żadnego kontaktu.
Piotr przymknął oczy. Chciał, aby cała rozmowa rozpłynęła się w spokojnych przestworzach percepcji,
chciał, aby wszystko okazało się tylko złym snem, aby jego błędy nie skrzywdziły tym razem nikogo... Nie tym razem... nie jego syna.
– Proszę mi wybaczyć – przerwała ciszę Nadia – ale nie wiedziałam, do kogo innego mogę się udać. Pański przyjaciel kazał mi się wynosić, gdy tylko usłyszał samą nazwę Stołeczno...
– Czy ma pani gdzie się zatrzymać na noc? – znów uciekł od tematu Piotr.
–Tak... Przed wyjazdem nadałam depeszę do mojego stryja, który mieszka w swojej posesji za miastem...
– Proszę mi wybaczyć, ale... chciałbym zostać sam... muszę ochłonąć i wszystko przemyśleć. Widzi pani, to, co zostawiamy za sobą, a czego nie kończymy, te wszystkie wielkie, a niekiedy też błahe sprawy zawsze do nas powracają w taki czy inny sposób... ale powracają. To jest tak, jakby każde nasze słowo i każdy gest niosły ten subtelny, ale i niewyobrażalny ładunek, który z niesłychaną łatwością i wirtuozerią komponuje naszą przyszłość. – Westchnął głęboko i spojrzał w okno.
Nadia patrzyła z rosnącym niesmakiem w podłogę. Tak wiele chciała jeszcze powiedzieć, lecz nie mogła. Pomimo młodego wieku zdawała sobie doskonale sprawę z tego, o czym Piotr mówił. Ból i wyrzuty sumienia targały nią już od wielu miesięcy, ale tylko ona jedna wiedziała dlaczego. Nie była z Piotrem do końca szczera, lecz potężne uczucie było tutaj niepokonanym strażnikiem tajemnicy.
– Nadia, co łączyło ciebie i Marcina? – spytał jeszcze na koniec.
– Był moim narzeczonym – odparła łamiącym się głosem.
Słowa te uderzyły Piotra niczym grom, przez chwilę nie docierało do niego to, co usłyszał. Jednego wieczoru ujrzał jak wiele wieczorów z życia najbliższych na świecie mu osób umknęło bez jego uwagi. Świat tymczasem mknął do przodu, nie czekając na niego i na jego chęci naprawy tego, co zepsuł osiem lat temu. On nigdy na nic nie czekał...
– Pójdę już – wyszeptała delikatnie. – Na stole w dużym pokoju zostawiłam swój numer telefonu.
Piotr tylko kiwną głową i odprowadził dziewczynę do drzwi.
Koniec prologuCHĘĆ POWROTU...
Po wyjściu Nadii dom znów wydał się pusty i mroczny. Piotr stał chwilę przy drzwiach, wsłuchując się w milknące echo jej kroków. Z krótkiego stanu otępienia wyrwał go wibrujący dźwięk zegara bijącego w dużym pokoju. Była już druga nad ranem, czas w dziwny sposób zwalniał swój naturalny bieg. Piotr wszedł ponownie do salonu i dorzucił belkę drewna do tlącego się leniwie kominka. Martwa czerwono-pomarańczowa poświata w pokoju przybrała żółtawą, migoczącą barwę, a skrystalizowane zazwyczaj cienie zaczęły tańczyć po pokoju niczym małe rozbawione diabliki. Trzeszczący i migoczący płomień rzucał na pokój ciepłą paletę barw, która wręcz w baśniowy sposób komponowała się ze starymi dębowymi meblami. Za oknem tymczasem deszcz powoli zwalniał swój impet. Krople, już nie tak wielkie, uderzały w parapet ze specyficznym blaszanym dźwiękiem. Wydawało się, że najgorsze już minęło, że zmęczona pogoda powolutku tuli się do snu i, tak jak całe miasto, w swym naturalnym rytmie wchodzi w ciszę i mrok. Cała ta atmosfera ciepła i chłodu oraz mroku i światła w swym niezdecydowaniu pytała: co dalej?
Ale to nieme pytanie padło w momencie, gdy odpowiedź już istniała. Piotr wiedział, co musi zrobić. Wiedział to już od dawna, albowiem życie dobitnie pokazywało mu dzień po dniu, że ścieżka, która została mu narzucona, była w istocie pozbawiona głębszego sensu.
Zegar wskazywał już w pół do trzeciej nad ranem, gdy Piotr udał się na spoczynek do pokoju obok. Nie ścielił nawet łóżka, okrył się narzutą i zasnął niemal natychmiast. Potrzebował wytchnienia od swojej świadomości i wszelkich problemów dnia. Lecz tej nocy Nadia raz jeszcze złożyła mu wizytę. Ujrzał we śnie starą spaloną cerkiew, wokół której znajdował się zwęglony las. Czarne i poskręcane konary martwych już drzew wyglądały niezwykle wyraziście na tle stalowoszarego nieba. Chmury skrywały cały widnokrąg niczym stary płócienny całun. Wisiały jak niemy świadek, rzucając ołowianą poświatę na kamienną świątynię i pobliski cmentarzyk. Piotr wyraźnie słyszał kobiecy szloch rozchodzący się echem w budynku. Bez namysłu podszedł do strzelistego portalu w kształcie zaostrzonego łuku. Drewniana brama miała na sobie ślady sadzy i paznokci, nie było to jednak dzieło ludzkich rąk...
Piotr powoli pchnął wrota, które zaskrzypiały, i niepewnie wszedł do wnętrza cerkwi, gdzie panowały półmrok i chłód. Wyraźnie wyczuwał tu smród gnijącego mięsa. Świątynia, w której się znalazł, miała kształt krzyża, w środku którego znajdowały się trzy ołtarze. Jeden z nich był usytuowany na samym końcu, dwa pozostałe zaś znajdowały się na ramionach krzyża. Przy głównym ołtarzu stał zakapturzony mnich, który trzymał w dłoni stary manuskrypt. Za plecami mnicha paliły się czerwone świece. Wszędzie wokoło unosiła się woń parafiny oraz ten specyficzny fetor. Płacz kobiecy wydawał się przenikać całe wnętrze, lecz Piotr nie był w stanie zlokalizować jego źródła. Niepewnie krocząc do przodu, zbliżył się do zakapturzonego mężczyzny, który bez słowa podniósł ramię i wskazał mu lewy ołtarz. W srebrzystym półmroku Piotr ledwie był w stanie dostrzec klęczącą pod ołtarzem kobietę, która kogoś trzymała w swych ramionach. To jej szloch przez ten cały czas roznosił się echem. Piotr ruszył w ich kierunku. W tym momencie przez wybite okna do środka zaczęło wpadać blade światło księżyca, które przybierało kształt podłużnych snopów. Jeden z tych widmowych słupów spoczął na dwóch osobach znajdujących się pod ołtarzem i wtedy dopiero Piotr ujrzał, że klęczącą istotą była Nadia.
Kobieta miała na sobie czarną suknię, która ścieliła się na kamiennej posadzce niczym rozgniewany ocean. Jedno z ramiączek było delikatnie zsunięte na smukłym, bladym ramieniu. Na udach Nadii leżały zmasakrowane zwłoki mężczyzny, które przyciskała do swego serca. Jedną dłonią podtrzymywała jego bezwładną już głowę tak, aby tulić swój załzawiony policzek do jego twarzy. Piotr początkowo nie był w stanie rozpoznać oblicza nieżyjącego, gdyż kruczoczarne włosy Nadii układając się jak strużki atramentu, spływały na twarze obojga młodych. Nagle dziewczyna jakby drgnęła, wyczuła, że ktoś im się przygląda. Powoli podniosła głowę i popatrzyła błyszczącymi w mroku oczami na Piotra. Mężczyzna znów poczuł na sobie to kocie szmaragdowe spojrzenie, lecz tym razem oczy te były jak najbardziej obecne. Nie było już w nich śladu pustki, były przepełnione smutkiem i cierpieniem.
– Lecz i co gorsza doświadczy... – wyszeptała z płaczem do Piotra i skierowała swój wzrok na nieżyjącego mężczyznę.
Wtedy to Piotr zorientował się, że na kolanach dziewczyny nie leży Marcin, lecz ktoś zupełnie mu obcy. Zdumiony odwrócił się w stronę głównego ołtarza, przy którym jeszcze chwilę temu stała zakapturzona postać. Teraz nie było tam już niczego prócz palących się świec. Ich żółte światło było zbyt słabe, by oświetlić całe wnętrze, i szybko ginęło w chłodnym i nieprzystępnym mroku.
Piotr opuścił głowę i skierował się ku głównemu portalowi, aby wyjść na zewnątrz. Kroki oraz oddalający się za jego plecami szloch roznosiły się echem po strzelistym, ponurym wnętrzu. Zaraz nad główną bramą mężczyzna zobaczył malutkie twarze demonów wyrzeźbione w kamieniu. Były żywe i uśmiechały się do niego z dziwną demoniczną kokieterią. Starał się unikać ich spojrzeń, lecz nie potrafił. Najbardziej niepokoiło go ich milczenie oraz uśmiech, który mógł zwiastować jakiś fortel, lecz gdy tylko dotknął jednej z kołatek głównej bramy, twarze zamarły w kamiennym milczeniu, a on znalazł się na zewnątrz.
Na dworze znów panował dzień. Piotr rozejrzał się wokoło. Jego wzrok przykuła łopata wbita w ziemię przy jednym ze świeżych grobów. Podszedł do kamiennej tablicy, na której odczytał napis: „Tato, ja żyję... Pomóż!!!”. Widząc te słowa, instynktownie chwycił łopatę i zabrał się za kopanie. Najpierw odgarniał warstwy srebrzystego popiołu wzbijającego się w powietrze i utrudniającego oddychanie. Powoli zaczynał słyszeć stłumione przez ziemię uderzenia w drewniane wieko trumny. Im głębiej kopał, tym uderzenia stawały się wyraźniejsze.
– Tato, pomóż, oni pochowali mnie za życia. – Usłyszał przytłumiony głos Marcina wydobywający się głęboko z ziemi. – Nie zostawiaj mnie, proszę!!! – Słowa młodzieńca przerodziły się w panikę. – Proszę!
W tym momencie Piotr przerwał kopanie, gdyż wyczuł kogoś nad swoją głową. Popatrzył w górę i ujrzał kilku mężczyzn ubranych w czarne szynele oraz kapelusze. Jeden z nich wyjął pistolet z kieszeni i wycedził przez zęby:
– Ty głupi skurwielu!
Wymierzył w czoło Piotra i pociągnął za spust. Lufa wypluła kulę z ogłuszającym hukiem i jasnym błyskiem. W tym samym momencie Piotr zerwał się z kanapy w swojej sypialni. Oddychał ciężko i powoli; czuł się tak, jak gdyby przebudzenie uratowało mu życie. Siedział teraz na krańcu łóżka z opuszczoną głową. Usta miał szeroko otwarte. Wydawało się, że delikatnie szczerzy zęby. Z każdym oddechem starał się zaczerpnąć więcej powietrza i uspokoić pobudzone adrenaliną serce.
Po dłuższej chwili podszedł do telefonu, aby zadzwonić do swojego starego wspólnika, z którym prowadził sprawę w Stołecznie. Kolejny telefon w przeszłość, kolejna wiadomość do ludzi, którzy za życia umarli. Podniósł słuchawkę i wykręcił numer.
– Marcin żyje. – Przed całą rozmową szepnął do siebie w skupieniu. Zaraz potem usłyszał znajomy głos w słuchawce.
– Tak, słucham.
– Witaj, Waldek, Piotrek z tej strony – odparł spokojnie.
– Pio... Piotrek? Chryste Panie, kopę lat! Co słychać u ciebie? – Waldek był wyraźnie podekscytowany.
– Jeszcze wczoraj mógłbym powiedzieć, że stara bieda, lecz po ostatniej nocy powiem... nowa bieda... Waldek, jest coś, o czym muszę z tobą porozmawiać. – Piotr spoważniał.
– Stołeczno?
– Nie inaczej.
– Cholera, oboje czuliśmy, że wcześniej czy później to do nas wróci. Nie lubię mieć racji. Odwiedziła cię ta Rosjanka, prawda? – spytał zaniepokojony Waldek.
– Owszem, wczoraj w nocy. Dlatego właśnie chcę się z tobą spotkać i porozmawiać.
– Lepiej, żeby Anna o tym nie słyszała. Lepiej, żeby...
– ...spotkać się gdzieś na mieście? – wtrącił Piotr.
– Dokładnie.
– Słuchaj, Waldek, mógłbyś przyjechać do mnie do biura?
– Jak najbardziej.
– Którą teraz mamy?
– Jedenasta dochodzi.
– Zajrzyj do mnie koło czternastej. Dobrze? – spytał Piotr.
– W porządku.
– W takim razie do zobaczenia.
– No, trzymaj się! – Umilkł na chwilkę, po czym szybko dodał: – Piotrek?!
– Tak?
– Miło, że się odezwałeś – powiedział ciepło Waldek.
– Mnie również miło było cię usłyszeć, przyjacielu – dodał na zakończenie Piotr i odłożył słuchawkę.NADIA
Nadia wyszła z kamienicy, w której mieszkał Piotr, zaraz po skończonej rozmowie z nim. Powietrze na zewnątrz było nadzwyczaj wyraźne i chłodne. Bruk starej ulicy, przy której znajdował się dom mężczyzny, błyszczał w smutnym rtęciowym świetle pobliskich latarni. Wszystko wokół milczało, słychać było jedynie dźwięk kropel lecących leniwie z nieba. Nadia rozejrzała się jeszcze błyszczącymi w mroku oczami po dwóch szeregach kamienic, które stały wzdłuż ulicy niczym milczące szare kolosy. Zatrzymała się na chwilę, aby przyjrzeć się ich ciemnym oknom, które bardziej przypominały wpatrzone w nią źrenice... martwe i smutne. Przez chwilę nie potrafiła się ruszyć z miejsca. Cała ta sytuacja już wiele miesięcy temu wymknęła się spod kontroli i ona dobrze o tym wiedziała, lecz wtedy nie musiała okłamywać niewinnych osób, narażając przy tym ich życie.
Ze stanu letargu wyrwało ją dźwięczące echo rozbitej gdzieś koło kosza butelki i sylwetka mknącego w ciemność kota. Dziewczyna ruszyła szybkim krokiem w stronę skrzyżowania, na którym stało czarne auto z już włączonym silnikiem. Wsiadła bez wahania na tylne siedzenie. Zaraz potem zapaliły się przednie lampy i samochód ruszył leniwie do przodu, mijając z lewej strony ulicę, przy której znajdował się dom Piotra.
– Coś tak stała jak zaczarowana? – odezwał się mężczyzna siedzący obok kierowcy, nie odwracając nawet głowy w kierunku Nadii. – Zadałem ci pytanie. Co, zapomniałaś jak się mówi po polsku?
– Łukasz, jedźmy... proszę – odparła cicho Nadia.
Mężczyzna nienawidził jej i dawał jej to wyraźnie do zrozumienia od momentu, w którym zostali sobie przedstawieni.
Cała trójka szybko opuściła miasto, jadąc główną drogą prowadzącą na północ od stolicy. Samochód swoimi lampami wnikał w mrok nocy niczym malutka łupinka. Było to jedyne auto, które mknęło po wilgotnej jeszcze od deszczu szosie. Niebo nad nimi powolutku strzępiło swoje chmury, odsłaniając całe legiony chłodnych gwiazd i tarczę księżyca. Wszystko wokoło zaczynało wdzięczyć się srebrzystobiałym światłem... trupie obłoki na niebie, korony bezlistnych jeszcze drzew oraz morza wilgotnych traw po obu stronach drogi.
Powietrze było chłodne i przejrzyste niczym górski kryształ, z łatwością pozwalało dostrzec odległe malutkie chatki, których okna majaczyły pomarańczowymi światełkami. Noc czysta i wyraźna niczym diament mieniła się teraz lśniącym srebrem i granatem.
Około dwudziestu pięciu kilometrów za Warszawą skręcili w lewo i dalej jechali już nieasfaltową trasą. Po drodze minęli stary kamienny kościółek, który przed rokiem uległ pożarowi. Jego postrzępiony, ugięty dach błyszczał białym światłem, mącąc w głowie chłodnym niepokojem. Nadia patrzyła jak zahipnotyzowana w milczące witraże, które przeszywał chłodny wiatr, szepcąc w języku tylko ziemi znanym. Kościół zawsze napawał serce Nadii zimnym lękiem, a ona nie potrafiła wyjaśnić dlaczego.
W końcu auto dotarło do niewielkiej posesji ogrodzonej ceglanym murkiem. Przejechało przez bramę i zatrzymało się na żwirowym placu. Nadia wyszła z samochodu pierwsza i nie czekając na Łukasza i szofera, skierowała się szybkim krokiem do głównego wejścia, w którym stał starszy mężczyzna.
– Jak minęła droga, Nadia? – spytał ciepło.
Ona nie mówiąc ani słowa, przeszła obok niego i zniknęła w środku. Mężczyzna spojrzał wyjątkowo poważnie na Łukasza.
– No co? – spytał Łukasz.
– Kark ci kiedyś skręcę, gówniarzu jeden. Zostaw dziewczynę w spokoju – powiedział wolno starszy mężczyzna. – Ona nie może się teraz załamać.
– Wiem...
– Wiesz – przerwał mu stanowczo – a i tak robisz swoje! – Wziął głębszy wdech, pokręcił głową, jakby brakowało mu słów, i powiedział: – Idź do środka, ja porozmawiam z Nadią.
– Tak, ojcze – odparł Łukasz i wszedł do domu.
Mężczyzna spojrzał na dwie osoby z bronią stojące przy bramie i skinął głową. W tym samym momencie brama została zamknięta. Postał jeszcze chwilę w drzwiach, napawając się chłodnym powietrzem nocy, po czym również wszedł do środka.
Miał opuszczoną głowę, gdy szedł przez długi, mroczny korytarz. Podłoga zrobiona z ciemnych drewnianych bali skrzypiała rytmicznie pod jego stopami. Wszystkie figury były już niemal rozłożone na szachownicy jego misternego planu.
Przeszedł jeszcze parę kroków i zatrzymał się przed drzwiami do pokoju dziewczyny. Widział delikatną smużkę rdzawego światła, które uciekało wąskim przesmykiem nad progiem. Wiedział, że Nadia nie śpi. Zapukał delikatnie.
– Nadia, to ja Marek. Czy mogę wejść?
Usłyszał, jak dziewczyna podchodzi do drzwi. Po chwili lekko je uchyliła.
– Przepraszam za mojego syna. Wiem, że często brakuje mu rozwagi. Czy możemy chwilkę porozmawiać?
Nadia spojrzała mu w oczy, po czym opuściła wzrok i odparła:
– Wejdź, proszę.
Marek wszedł do jej pokoiku, w którym panował przytulny półmrok, i usiadł przy kremowym biurku. Nadia usiadła na łóżku, które stało przy zasłoniętym oknie.
– Nadia, jeśli chodzi o Łukasza, to...
– Zdaje pan sobie sprawę z tego – przerwała mu stanowczo – że wszystko to niebezpiecznie zaczyna wymykać się spod kontroli? Narażamy kolejnego niewinnego człowieka, nie mówiąc mu całej prawdy.
– Obiecuję ci, że nic mu się nie stanie – odparł spokojnie Marek. – Masz na to moje słowo.
– Moje słowo? – Uśmiechnęła się, przecierając oczy. – Czy jest to to samo słowo, które gwarantowało mi powrót Marcina? Czy to to samo słowo, przez które stąpam po piekielnych czeluściach, będąc jeszcze żywą? – Popatrzyła na Marka, oczekując jakiejkolwiek odpowiedzi, choć i tak wiedziała, że jej nie usłyszy. – Nikt tak naprawdę nie wie, co czyha za zaułkiem budzącego się dnia. Nie wolno nam handlować ludzkim życiem, bawiąc się w bogów upadłego świata. Największe imperia padały, najbardziej niezawodne maszyny ulegały awarii. Nie ma planów czy rzeczy niezawodnych! To czysta fikcja. Czy jest pan gotów znów wziąć cudze życie na swoje sumienie? Bo ja na pewno nie, nawet w imię uczucia. Już i tak ledwo mogę patrzeć na swoje oblicze. Przeze mnie jedna niewinna osoba najprawdopodobniej nie żyje.
– Nie ma w tym twojej winy, nikogo do niczego nie zmuszałaś. – Przerwał na chwilkę, po czym pełnym troski głosem powiedział: – Posłuchaj, Nadia, wiem, że nie mogę obiecać ci kolei losu, to niezaprzeczalny fakt. Mogę ci jednak obiecać jedną rzecz. Jest nią moja postawa. Odnalezienie Marcina jest dla mnie priorytetową sprawą. – Pokiwał spokojnie głową, tak jakby chciał ją zapewnić, że wszystko jest pod kontrolą. – Możesz być pewna, że dołożę wszelkich starań, aby nikt na tym nie ucierpiał. Kocham was obojga, ale jak sama powiedziałaś, nie wolno nam ryzykować nawet w imię uczuć. Piotr zna jeszcze wiele informacji na temat Stołeczna, których nie ma w jego notatkach. Chcę tylko, aby mi je wyjawił. Wtedy będę mógł zorganizować drugą wyprawę w to miejsce. To tylko jedna krótka rozmowa. Nie ma potrzeby mówić mu całej prawdy, tak będzie najlepiej dla nas wszystkich. – Po tych słowach podszedł do łóżka i usiadł koło Nadii, popatrzył na nią oczami zbitego psa i powiedział: – Proszę, nie opuszczaj mnie teraz... Zaufaj mi – dodał już szeptem.
Nastała nieprzenikniona cisza. Po pokoju niosło się jedynie miarowe i spokojne tykanie starego zegara stojącego w przedpokoju. Ten wiekowy strażnik wciąż odmierzał czas, który tak wiele przyniósł i tak wiele zabrał. Odwieczna wymiana tego świata, który niczego nigdy nie potrafił zagwarantować, prócz dalszych przemian. Marek w tej ciszy wciąż przyglądał się Nadii, czekając ze zniecierpliwieniem na jakąś jej reakcję, ale ona wciąż torturowała go ciszą. Nie robiła tego specjalnie, ale sama nie bardzo wiedziała, komu i czemu może jeszcze ufać. Nie chciała też rzucać słów na wiatr i uspokajać Marka pustymi zdaniami o tym, że ufa mu w pełni. Nigdy nie należała do osób, które mącą komuś w głowie słodkimi słówkami. Była wyjątkowo twardą osobą, ale przy tym emanowała niepojętą kobiecą wrażliwością i delikatnością.
– Jeszcze ten jeden jedyny raz – wyszeptała, wciąż patrząc w podłogę. – Ten jeden raz dla niego. Wiem, że to niedorzeczne, ale ja wciąż wierzę, że on żyje... że Bóg ma go w swojej opiece.
– Nadia, znasz moje podejście do wiary. Ludzie tak szybko mnie jej pozbawili, że nie miałem nawet czasu, aby zastanowić się, czy słusznie. Chcę ci tylko powiedzieć jedną rzecz. Gdy zaczynamy żyć nieistniejącymi rzeczami, wtedy i nasze życie przestaje istnieć. Nie mam tutaj na myśli Boga, chodzi mi o to, że... – Westchnął głębiej, gdyż czuł, że wchodzi na niebezpieczny grunt. – Ty żyjesz teraz tylko tęsknotą. Musisz wziąć się w garść, nie możesz żegnać życia, mając jedynie dwadzieścia dziewięć lat. Im bardziej zgłębiasz temat bezsensowności, tym bardziej osacza ona twoją duszę. W tym wszystkim jest pewna iluzja, która cały czas mąci twój umysł, podszeptując ci, że w każdym momencie możesz uciec. Ale nasza psychika nie jest rzeczą, którą możemy sobie handlować do woli. Pewne zmiany zapadają tak głęboko, że później ucieczka staje się niemożliwa. Rzeczy zewnętrzne uciekają, a i w środku nie możemy się już niczego złapać. – Popatrzył na nią oczami pełnymi troski i dodał cicho: – I w pewnym momencie zostajemy nagle sami bez siebie. To jest chyba największe piekło, jakie istota ludzka może sobie stworzyć na tym świecie.
– Ale to jest silniejsze ode mnie... – wyszeptała Nadia. – Nie mogę przestać o nim myśleć, nie mogę tego tak zostawić, póki sprawa nie zostanie wyjaśniona. Choć wiem, że mogę się mylić, to wiem też to, że nawet najlogiczniejsze wyjaśnienia niczego tu nie wskórają. Serce wydaje się mieć swój własny szept, dużo silniejszy od pustej logiki.
– Zdaję sobie z tego sprawę. Musisz jednak być ciągle świadoma tego, na co się narażasz. Musisz spróbować, chociaż podjąć walkę. Nie poddawać się przed bitwą. Ci, którzy nie mają niczego do stracenia, są wbrew pozorom najsilniejszymi oponentami w walce z losem. Ktoś, kto nie boi się przegranej, najczęściej wygrywa, ponieważ jego ruchy są płynne i nieskrępowane strachem. Musisz wrócić do świata, a jeśli ci na nim nie zależy, to tym łatwiej to osiągniesz.
Nadia kiwnęła głową, chcąc w ten sposób powiedzieć, że spróbuje.
– Nie będę ci więcej czasu zajmował, bo na pewno chcesz wypocząć. Mnie również odrobina snu nie zaszkodzi.
Po tych słowach Marek wstał, podszedł do drzwi i zaraz po ich otwarciu odwrócił się i dodał kojącym głosem:
– Dobrej nocy ci życzę i proszę, pamiętaj, co ci powiedziałem.
– Postaram się. Dobrej nocy.
Mężczyzna wyszedł na przedpokój i spojrzał w prawo. Z pokoju gościnnego uciekało migoczące światło palącego się kominka – ktoś jeszcze nie spał tej nocy. Marek nie myśląc ani sekundy, podszedł w stronę salonu i wszedł do środka. W pokoju ujrzał siedzącego na skórzanej kanapie Łukasza, który trzymał w dłoni lampkę wytrawnego wina, lśniącego brylantową czerwienią. Szare zamyślone oczy chłopaka utknęły w kominku, łykając każdy ruch spokojnego płomienia. Marek przyglądał się chwilkę synowi, po czym odparł:
– Nie śpisz jeszcze?
Łukasz wyrwał się z zamyślenia i spojrzał na ojca. Prawą ręką przetarł twarz, jakby chcąc rozbudzić uśpioną przed chwilką świadomość.
– Ano nie. Udobruchałeś już ją?
Marek pokiwał głową i ruszył w stronę dębowego barku.
– To jest niesamowite, jak sumienie potrafi targać człowiekiem. – Stał odwrócony plecami do Łukasza i nalewając sobie przy tym kieliszek drogiej wódki, kontynuował: – Zawsze to w niej podziwiałem, jej siłę i niewinność. Te rzeczy normalnie nie chodzą w parze... nie na tym świecie.
– Ano malutka ma wielkiego ducha i tego nie można zaprzeczyć. – Patrzył w lampkę wina, którą przechylał z boku na bok, po czym podniósł wzrok i dodał: – Zdajesz sobie sprawę z tego, że jeżeli Piotrek spotka się z Waldemarem, to ona w zasadzie do niczego nie będzie nam już potrzebna? Cały plan runie w gruzach, a my będziemy musieli rozpocząć fazę drugą nieco wcześniej.
– Ona się z tym nigdy nie zgodzi...
– A po cholerę przejmujesz się jej „zgodzi” czy „nie zgodzi”? O co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi, tato?
– Jest częścią rodziny...
– Doklejaną! – zaznaczył z naciskiem Łukasz. – Jest coś jeszcze, prawda?
Marek na chwilkę umilkł, po czym podszedł w stronę fotela i cichszym nieco głosem zaznaczył:
– Jest jedyną osobą, która widzi we mnie jeszcze jakieś ludzkie odruchy...
– Ludzkie odruchy? – przerwał ironicznie Łukasz. – Nie rozśmieszaj mnie, proszę. Przypomnij mi, ile to już osób gryzie teraz piach przez ciebie. Nie wykluczając nawet członków tej twojej części rodziny. – Popatrzył Markowi głęboko w oczy z delikatnym demonicznym uśmiechem.
Po tych słowach twarz Marka zastygła nagle w zimnym jak stal spojrzeniu. Patrzył wyjątkowo wyraźnie na Łukasza, jak kobra gotowa do ataku, i odparł mocnym, ale przyciszonym głosem:
– Posłuchaj mnie teraz uważnie. Straciłem już żonę, straciłem jedno dziecko i jak widzisz, dobrze się z tym czuję, a ty, chcę zauważyć, ostatnio zbyt często mi podpadasz. Jeżeli nie chcesz, aby tobie również się coś stało, to radzę ci, abyś od tej pory robił wszystko to, co ci mówię. Stawka jest zbyt wysoka, abym pozwolił tobie czy komukolwiek innemu coś spieprzyć. Zrozumiano?
Łukasz wciąż patrzył na ojca, ale nie miał w oczach pokory. Skinął tylko delikatnie głową, aby pokazać, że wszystko doskonale pojmuje. Po tych słowach nastała krótka cisza, po której Marek jak gdyby nigdy nic spokojnie odparł:
– Tak więc jutro Piotr powinien zadzwonić do Nadii. Chcę go tutaj ściągnąć, aby z nim porozmawiać. Nadia poda mu adres i on na pewno przyjedzie, stawką w końcu jest jego syn. Chcę również, aby rola dziewczyny na tym się skończyła, ona nie może uczestniczyć w rozmowie. Zbyt wiele wysiłku i pieniędzy mnie kosztowało dowiedzenie się, jakimi informacjami on dysponuje, aby teraz grał przy niej idiotę. O ile szanuję Nadię, o tyle też wiem, że krępuje mi ręce. Będzie trzeba to jakoś zaaranżować i proszę, zostaw to na mojej głowie. Tak à propos, czy Piotr ma już ogon?
– Dwóch naszych chłopców pojedzie koło piątej nad ranem pod jego dom i tam już zostaną na czatach. Zastanawia mnie tylko jedna rzecz...
– A mianowicie? – Marek oderwał oczy od kominka i spojrzał na Łukasza.
– A co jeśli się mylimy? A co jeśli ten pamiętnik to tylko fikcja? Zwykła bajeczka dla kochających duchy romantyków.
– Bajka? – Uśmiechnął się starzec. – Podobnie jak bajka dotycząca potwora? Zbyt wielu carskich żołnierzy, bolszewików, no i moich ludzi to miejsce już pochowało, abym był gotów uwierzyć, że to zwykła bajeczka. Te drzewa i to błoto coś w sobie kryją. Według miejscowych legend gdzieś tam, na północy od najdalszych ludzkich osiedli, jest pogrzebane całe miasteczko i nikt się nie zapuszcza w te knieje, bo czeka tam tylko śmierć.
– Ale zdjęcia lotnicze niczego nie wykazały. Żadnych ruin, żadnych zabudowań, absolutnie nic!
– Tam coś jest, zaufaj mi. Jest to coś, czego nawet carom nie udało się odnaleźć.
– Złoto?
– Nie byłbym tego taki pewien. Bolszewicy i carowie szukali tam czegoś innego i na pewno nie było to złoto.
Łukasz spojrzał na ojca z przymrużonymi oczami, jakby dopytując się, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. Marek zauważył to spojrzenie i odparł krótko:
– Wszystkiego się dowiesz najprawdopodobniej jutro. Na razie nie chcę ci zatruwać głowy pustymi poszlakami. Ja wiem, co tam jest, i wie to jeszcze tylko garstka zaufanych mi osób. Obiecuję ci, że odpowiedzi nadejdą, i to już na dniach.
Łukasz patrząc na ojca, pokiwał tylko spokojnie głową. Nie podobało mu się to, że dowiaduje się wszystkiego niemal ostatni, wolał jednak przemilczeć ten fakt i nie kłócić się z Markiem, od dobrych kilku lat wręcz opętanym sprawą północnej osady. Wiedział, że ojciec nie zawaha się poświęcić teraz nikogo ani niczego w dojściu do celu. Zastanawiały go tylko dwie rzeczy. Pierwszą z nich były tajemnicze depesze przychodzące do Marka od ludzi pracujących dla niego w ZSRR. Łukasz czuł, że na coś się natknęli. Drugą sprawą było to, czego staruszek spodziewa się tam znaleźć. Chłopak wiedział już, że na pewno nie chodzi o złoto. A więc o co? Odpowiedź na pierwsze pytanie postawiła pytanie na drugą odpowiedź...ZIMNE WYRACHOWANIE
Marek stał samotnie przy oknie z bordowymi zasłonami, czekając ze zniecierpliwieniem na wieści od ludzi, których wysłał, aby śledzili Piotra. W pokoju panował półmrok i delikatny chłód. Minuty ciszy rozciągały się w nieskończoność, wywołując lekki niepokój w sercu Marka. Zdawał sobie sprawę z tego, że informacje, jakie dziś otrzyma, będą kluczowe i wpłyną na dalszy przebieg wydarzeń. Dlatego czuł tę specyficzną lekką pustkę w żołądku, która przyprawiała go o zawroty głowy.
Nagle ujrzał wyłaniające się z lasu światła samochodu, który po chwili wjechał z szumem na żwirowy plac posesji. Marek tylko uśmiechnął się delikatnie do siebie i wyszedł na ganek, aby przywitać dwóch mężczyzn, którzy wyszli z auta powoli i ociężale, jakby nie zwracając uwagi na panującą wokół ulewę.
– Dzień dobry, Marek – odparł głośno jeden z mężczyzn.
– Wejdźmy do domu, straszny ziąb dzisiaj – powiedział Marek, po czym gestem zaprosił mężczyzn do środka.
Po tych słowach cała trójka weszła do domu. Marek szedł z przodu i prowadził mężczyzn prosto do swojego gabinetu, który znajdował się na końcu korytarza na parterze. Gdy tylko weszli do pokoju starszy mężczyzna wskazał ręką dwa skórzane fotele i zamknął zasuwane drzwi.
– Napijecie się czegoś?
– Prosiłbym o odrobinę koniaku – odparł Tomasz.
Marek popatrzył pytająco na drugiego.
– Dla mnie również – odparł ze spokojem drugi mężczyzna. – Strasznie zmarzłem.
– Zapal światło, Jarek – powiedział Marek, po czym odkorkował zieloną butelkę.
Jarek tymczasem wstał z fotela i włączył światło. Starszy mężczyzna poczuł wyraźny aromat drogiego koniaku. Nachylił butelkę i rozlał ciemno-bursztynowy trunek do trzech kielichów o kulistym kształcie. Następnie odwrócił się, podał obu mężczyznom kieliszki i usiadł w fotelu.
– A więc... – Przerwał na chwilkę, aby skosztować odrobiny trunku. – Na czym stoimy? – Popatrzył przenikliwie na jednego, a później na drugiego rozmówcę.
– Jesteśmy sami? – spytał Jarek.
– W domu tak... Na posesji nie – dodał Marek, spoglądając w okno.
Jarek uśmiechając się delikatnie, pokiwał spokojnie głową, następnie spoważniał, spojrzał na Marka i odparł:
– Nie stało się nic, czego żeśmy nie przewidzieli. Piotr wyjechał po dwunastej do swojego gabinetu. Siedział tam około dwóch godzin. Na początku myśleliśmy, że był sam, ale jak się potem okazało, myliliśmy się.
– Spotkał się z nim jednak? – spytał poważnie starszy mężczyzna.
– Tak. Ale to nie wszystko...
– Doprawdy? – wtrącił lekko podenerwowanym głosem Marek.
– Obaj pojechali do kościółka. Co tam się stało, nie wiemy. Jechać tą dróżką za nimi... to tak jak podejść i spytać wprost, co kombinują.
– Jasna cholera – odparł Marek, odkładając kieliszek na stoliczek, następnie przetarł obiema dłońmi twarz i wstał z fotela.
Obaj mężczyźni przyglądali mu się w pełnej powadze, gdy podchodził do okna.
– Jednak nie obejdzie się bez drastycznych środków. Oto na czym teraz stoimy. Cała wczorajsza historyjka przestała się trzymać kupy, a co za tym idzie, on na pewno przestał ufać Nadii. To są błędy, które zostały popełnione osiem miesięcy temu, a za które teraz nam przychodzi płacić. Za chwilę będę musiał wykonać kilka bardzo ważnych telefonów i wszystko ustawić do jutra, do czternastej. Ja muszę mieć, kurwa, te notatki! – podniósł głos.
– A nie prościej byłoby wpaść z paroma chłopakami do jego mieszkanka i po prostu mu je zabrać? – spytał Tomasz.
Marek odwrócił się i spojrzał na niego, po czym odparł:
– Niestety nie. Notatek nie ma w jego mieszkaniu. Gdyby tam były, Marcin wykradłby je podczas swojego pobytu z Nadią w Warszawie. Zbyt wiele znaków zapytania mamy, abyśmy mogli sobie pozwolić na gwałtowne posunięcia. Tu trzeba rozwagi. Trzeba sprawić, aby on sam wyśpiewał wszystko jak na spowiedzi. – Uśmiechnął się złowrogo.
– No tak, ale w jaki sposób?
Jarek spojrzał najpierw na swojego przyjaciela, który postawił słuszne pytanie, a następnie na Marka, czekając na odpowiedź.
– Otóż każda istota na tym świecie posiada coś, czego nawet nie wyobraża sobie stracić. Dla Piotra tym czymś jest jego żona, z którą się rozstał wiele lat temu, ale wciąż czuje się zobowiązany, aby ją chronić, mimo że ona jest już z kimś innym i najprawdopodobniej ma go daleko gdzieś.
– Idealista? – rzucił lekko Tomasz.
Marek spojrzał na niego i pokiwał głową. Następnie dodał:
– Widzicie, ja nigdy nie gram z przeciwnikiem, którego w pełni nie poznam. To pozwala uniknąć wielu zaskoczeń.
A jednak nie wszystko dało się przewidzieć. W rozmowie uczestniczyły trzy osoby, ale słyszały ją cztery. Nadia stała pod drzwiami i podsłuchiwała rozmawiających mężczyzn od samego początku. Wiedziała już, że absolutnie nie może ufać Markowi, że stał się zagrożeniem dla Piotra i, co gorsza, dla jego rodziny. Zgodziła się na zbyt wiele, zaciągnęła tę grę zdecydowanie za daleko.
W tym momencie znalazła się na krawędzi wyboru, jednak pęd spowodował, że rozdarcie pomiędzy dwoma decyzjami trwało zaledwie ułamek sekundy. Nie czekając na finał rozmowy, poszła szybkim krokiem do salonu, aby zadzwonić do Piotra i ostrzec go przed wydarzeniami, jakie miały nastąpić.
Weszła do pokoju gościnnego i podeszła do hebanowego stołu, na którym stał telefon. Zaraz obok aparatu leżał czarny notes, w którym Marek zapisywał wszystkie ważne numery telefonów. Nadia doskonale wiedziała, że znajdzie w nim numer do Piotra. Przewertowała nerwowo kartki, gnąc niektóre w pośpiechu. W końcu zatrzymała się na jednej ze stron, na której dużymi czarnymi literami było napisane imię, nazwisko oraz kontakt do Piotra. Podniosła słuchawkę i wykręciła numer. Była przestraszona, wyraźnie czuła przyspieszoną akcję serca oraz swój drżący oddech.
Sygnał zdawał się przeciągać w nieskończoność, ale niestety nikt nie odbierał. Nadia odłożyła trzęsącą się ręką słuchawkę, po czym podniosła ją ponownie i jeszcze raz wybrała numer. Znowu cisza.
– Odbierz, cholera... – wyszeptała do siebie.
Łukasz schodził z góry po schodach, gdy usłyszał kogoś w salonie. Wyrwał się z chwilowego zamyślenia i odwrócił głowę, aby zobaczyć kto to. Ujrzał Nadię stojącą tyłem do wejścia i trzymającą w ręku słuchawkę. Zwolnił swój chwiejny krok i cicho zaczął się do niej zbliżać. Nadia wciąż go nie słyszała, gdyż była zbytnio zaabsorbowana telefonem.
Dziewczyna była ubrana w obcisłe jasne spodnie oraz delikatny czarny podkoszulek, który był na tyle krótki, że lekko eksponował ciało nad spodniami. Łukasz wchodząc do salonu, nie mógł oderwać oczu od jej wąskiej tali oraz podkreślonych bioder. Pożerał ją oczami, czując coraz większe podniecenie. Gdy znajdował się bardzo blisko niej, spytał:
– Do kogo dzwonisz?
Nadia podskoczyła przerażona, wypuszczając z dłoni słuchawkę, która spadła na stół ze specyficznym trzaskiem. Odwróciła się i odparła żywo:
– Chryste, Łukasz! Jedną dłoń przyłożyła do szyi, jakby próbując złapać oddech. – Przestraszyłeś mnie.
– Przepraszam, nie chciałem – powiedział z lekkim uśmiechem i zbliżył się do niej bardziej.
Nadia uświadomiła sobie, że na stole za nią wciąż leży otwarty notes Marka z telefonem do Piotra. Cofnęła się jeden krok, tak że uderzyła lekko pośladkami o krawędź stołu, i zaczęła po omacku szukać notesu. Łukasz również podszedł jeden krok i delikatnie przycisnął dziewczynę do stołu.
– A więc?
– A więc co, Łukasz? – Patrzyła na niego swoimi dużymi zielonymi oczami, ciężko przy tym oddychając. Była lekko sparaliżowana.
– Do kogo dzwonisz?
W tym momencie Nadia znalazła notes i szybko go zamknęła.
– Nie wiem, o czym mówisz. – Nabrała lekkiej pewności siebie, gdy usunęła dowody. – Dzwoniłam do Niny.
– Niny? – Łukasz oparł jedną rękę o blat stołu zaraz koło biodra dziewczyny i spytał: – Co u niej?
– Właśnie po to dzwoniłam, aby się dowiedzieć – odparła ironicznie, lecz wciąż czuła lekki niepokój.
Znała Łukasza i wiedziała, że potrafi być nieobliczalny. Łukasz tymczasem oparł drugą rękę o blat, odcinając dziewczynie drogę ucieczki. Stał teraz nachylony nad nią i patrzył jej głęboko w oczy.
– Łukasz, puść mnie, chcę iść do pokoju – powiedziała z niesmakiem.
– Myślałem, że chciałaś dzwonić. – Zbliżył obie dłonie do jej bioder.
Nadia odwróciła się zaskoczona i spojrzała lekko w dół, na jego ręce.
W tym momencie oboje usłyszeli głosy mężczyzn wychodzących z gabinetu. Łukasz uśmiechnął się do Nadii i powoli cofnął się o parę kroków. Dosłownie chwilę później Marek z mężczyznami wszedł do pokoju.
– Witaj, Nadia – odparł serdecznie. – Myślałem, że jesteś na mieście.
– Przełożyłam spotkanie – mówiła wciąż lekko oszołomiona.
– Wszystko w porządku? – spytał Marek.
– Tak, muszę po prostu odpocząć.
Po tych słowach Nadia wyszła szybko z salonu i poszła do siebie do pokoju. Mężczyźni słyszeli, jak trzasnęła drzwiami.
Marek spojrzał na syna pytająco. Łukasz wzruszył ramionami i zrobił pytającą minę.
– Usiądź. – Marek wskazał synowi fotel. – Właśnie cię szukałem. Jest robota, którą będziecie musieli jutro wykonać. Piotr spotkał się z Waldkiem.
Na twarzy Łukasza nie było widać żadnej reakcji, tak jakby w ogóle go to nie obchodziło.