Miny Florencji - ebook
Florencja to stan umysłu. Ta książka to głęboki i prawdziwy przewodnik po emocjach, sztuce i tajemnicach ukrytych w cieniu florenckich pałaców. Autorka zabiera Cię w podróż śladami wielkich mistrzów, zapomnianych zaułków i smaków, które zna tylko ten, kto naprawdę oddał Florencji swoje serce. Dowiesz się, jak pachnie to miasto o świcie, gdzie bije jego autentyczne tętno. Odkryj Florencję, jakiej nie pokaże Ci żadna wycieczka objazdowa. Spójrz na nią oczami kogoś, kto kocha ją bez pamięci.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-470-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_Dla pielgrzymów miłości jest to miejsce święte:_
_tu, w tym świetlistym powietrzu, łatwiej i czyściej płonie serce._
_Szczęście miłości jest tu wznioślejsze,_
_cierpienie — piękniejsze,_
_rozłąka — słodsza. _
__
Jeśli widzieć historię, to tu. Jeśli czuć oliwę i makaron, to tu. Jeśli smakować wino, to tu. Jeśli łączyć chleb i oliwę, to tu. Jeśli dotykać sztukę, to tu. Jeśli kochać, to tu. Nawet jeśli umierać, to tu — by zimą zimno nie było w ziemi — jak słyszałam.
Nigdzie indziej. Tu — być wszystkim i doświadczać wszystkiego. Wyglądać poza ulicę, poza okno, poza szybę, poza czytaną gazetę, poza róg budynku. I jeszcze coś.
Być kobietą, to tu.
Raj ma to do siebie, że jest idealny. Lecz zbyt to proste i nijakie stwierdzenie, gdyż nie do końca jest to jednoznaczne.
Florencja zdecydowanie nie jest najpiękniejszym miejscem na Ziemi. Wiele jej brakuje i nie skupia w sobie wszystkiego, co można by chcieć mieć na wyciągnięcie ręki. Ma też wiele niedoskonałości, wad i braków.
Ale Florencja uosabia elementy, aurę, klimat, okoliczności, historię, które sprawiają, że zwyczajna osoba, żyjąca zwyczajnym życiem, dostrzega, w odbiciu szarych dni, jakie ono jest wyjątkowe. I tylko Florencja na to pozwala. Tylko bycie tutaj uzmysławia to człowiekowi. Dlatego każdy tu odnajduje swoje szczęście i doznaje chwil intelektualnego, emocjonalnego i duchowego uniesienia. To czyni Florencja z człowieka, czego nie czyni żadne inne miejsce na świecie.
Tu robimy zwykłe, normalne rzeczy, które, nagle, w zaskakujący sposób, nabierają wyjątkowych cech. Same w sobie nie są wyjątkowe, są zwykłe, normalne, ale czynione w innych okolicznościach, z innym nastawieniem, z innym uczuciem w środku. Jest się przeświadczonym, że to najprawdziwsze z prawdziwych wersji, jakie można wygenerować na Ziemi. Nigdzie indziej — cokolwiek doznane tutaj — nie będzie jednocześnie bardziej oryginalne i nowe, a także zdumiewiająco powtarzalne, uosabiające oczekiwane wrażenie, za którym się tęskniło.
To za sprawą zmysłów. Zmysły definiują odczucia, wrażenie, a potem bardziej lub mniej rozsądną i logiczną interpretację i odbiór. Co zmysły wywołują, co z człowiekiem robią, do czego zmuszają, czego nie zabraniają, na co pozwalają, co przypominają, do czego skłaniają. Co w życiu zmieniają.
Gdyby wymyślono urządzenie, być może już takie jest, które jak promienie Roentgena, przeniknęłoby powietrze wokół w Toskanii, z pewnością to, co byśmy ujrzeli, nie byłoby zrozumiałe, ale wiedzielibyśmy, co w powietrzu się unosi, jakie składniki to powietrze zawiera. Powietrze wokół Florencji i w całej Toskanii jest gęste i życiodajne jak krew — jak składniki krwi, która daje życie organizmowi, tak powietrze nasycone jest wszystkim, co z ziemi wybucha, co z roślin, sadów, kwiatów, pól, drzew, owadów, podgrzewane upałem się wydobywa — jest w tym powietrzu. Jak krew, która daje życie Toskanii, Florencji i nam.
Nie ma takiej drugiej krainy, gdzie jest wszystko w jednym miejscu. Gdzie tak zmysły się budzą, gdzie wariują, gdzie pobudzają, gdzie ożywiają, gdzie leczą. No mącą, co tu dużo mówić. Mącą i mącą. I człowiek się zmienia. Kobieta się zmienia. Mężczyzna się zmienia.
Nie wiem, czy Toskania pachnie Florencją, czy Florencja Toskanią. Co przenika bardziej co. Ale jest to jedność. Co najdziwniejsze jednak w tej jedności — według mnie — będąc we Florencji, nie szukam Toskanii, a jeżdżąc poza Florencją, już w Toskanii, nie szukam jej tam. Są jednością, bez Toskanii nie ma Florencji, bez Florencji nie ma Toskanii, a jednak każdy z tych bytów ma swoją odrębność i indywidualność.
Gdy rozpatruję i porównuję oba te byty, i Florencja, i Toskania są dla mnie tak samo ważne. Ale Toskania to nie tylko Florencja. Florencja to jeden wielki, przepiękny, przeogromny kwiat. A kwiat to nasiona, rozpylane po całym regionie. Florencja jest jak pestka, a Toskania jak soczysty miąższ wokół niej.
Toskania to zatem wiele tysięcy florenckich nasion, które z wiatrem oderwały się od Florencji i padły to tu, to tam, dając początek miasteczkom i mieścinom, z których każde ma jakąś domieszkę Florencji, wyraźnie wyczuwalny zapach.
Florencja zawsze przodowała. Nie tylko w Toskanii. Przodowała wszędzie. We Włoszech, w Europie. Florencja zawsze była najlepszą w sobie reklamą.
Wiele składowych tego przodowania można wymienić i one też zostaną tutaj wyliczone. Florencja „zagarnęła” dla siebie wszystkie te dziedziny życia, w których inne miasta mogłyby czymś się wyróżnić. I może nawet próbowały, ale niestety, sukcesu nie udało się osiągnąć. Nie wytyczyły szlaków. Może pojedyncze, jakieś symboliczne lub bardzo wysublimowane gałęzie ludzkiej twórczości czy produkcji zaczepiły się gdzieś indziej. Ale to strzępy tego, co wydała z siebie Florencja.
_Dlaczego właśnie tam, dlaczego nie w Neapolu albo Wenecji, Mediolanie lub Rzymie?_
__
_Wszystkie te miasta były wystarczająco bogate i wyrafinowane, miały też wiele imponujących kontaktów z powodu prowadzenia handlu międzynarodowego. Jednak w każdym z nich było coś, co działało destrukcyjnie, co utrudniało nowatorstwo i ograniczało niezależność poglądów mogących wywołać tak gruntowną transformację, jaką był Renesans._
_ Florencja uważa się za quasi-demokratyczną republikę . Być może jednak to ten brak politycznej stabilności tak sprzyjał innowacjom. Miasto miało również długą tradycję mecenatu obywatelskiego. _
Niejedno wielkie miasto zadziwia w dzisiejszym świecie. Coraz nowocześniejsze, wyższe, błyszczące budynki czy hotele, stojące na głowie, bądź na piasku, by zadziwić, zaskoczyć, onieśmielić i przytłoczyć. I może większość takich miast jakiś swój cel osiągnęło. Do każdego z osobna należy ocena, czy strzeliste, szklane drapacze chmur, z kawiarniami na najwyższym piętrze, blask, światła, migotające neony, obrotowe, zjeżdżające, śmigające, latające, wymyślne schody ruchome, wejścia, wyjścia, podjazdy, parkingi, parki i centra rozrywki i sklepy — wypełniają definicję, jakże szeroką, idealnego miejsca „do bycia i rozrywki” jakkolwiek rozumianej. Nie do pracy, nie do odpoczynku, nie do jedzenia, nie do spania, nie do plażowania, nie do kupowania, ale do „całego bycia”. Do bycia „kompletnym”. Tylko każdy z osobna może stwierdzić, ile może potrwać nasycenie mózgu zdefiniowanymi dla niego podnietami. Nie miejsce tu ni pora rozprawiać o tym, co komu odpowiada, o gustach się bowiem nie dyskutuje.
Bezowocne wydają się tłumaczenia i próby przekonywania, bo ani to moje stwierdzenie, ani tym bardziej odkrycie, że świat coraz bardziej nieprzytomnie podąża w kierunku krótkotrwałych podniet. Po wielekroć krótkotrwałe to i od razu ulotne, by nie podsumować — prymitywne podniety, które nie mają w sobie niczego głębszego, przemyślanego, żadnej hierarchii ani historii. Nie pozostawiają nigdzie żadnego śladu ani koncepcji wyłonionej w pocie i bólu. Może i ktoś doznaje ekstremalnego wypoczynku i skrajnych emocji, siedząc w szklanej kawiarni w kształcie piramidy. Każdy ma inne życie, każdy inaczej wypoczywa i nie dla każdego Toskania, ani nawet Florencja, nie musi być niczym nadzwyczajnym.
Więc za co pokłon należy jej złożyć? By od razu w pytaniu wyeliminować wszelkie kontrzdania.
Za co? Czy Florencja jest nowatorska? Tak. Czy Florencja stworzyła wybitność? Tak. Czy Florencja wyniosła cywilizację na szczyty? Tak. Czy Florencja pokazała doskonałość umysłu człowieka? Tak. Czy Florencja stworzyła dzieła nieśmiertelne? Tak. Właśnie za to i za tysiąc innych pomniejszych dokonań.
I faktów, potwierdzonych historią, dziełami, na kartkach, na płótnach, w kamieniu, w ceramice. Wszędzie.
I nie tylko o fakty chodzi. W przypadku Florencji wyrażenie „suche fakty” w ogóle się nie sprawdzi. To tylko baza, która daje początek wyjścia do uzasadnionego, popartego właśnie faktami analizowania pod każdym innym kątem. Tu fakty są mokre, nasycone wonią, zapachami, które narodziły się pięćset lat temu i rosną, narastają, gromadzą się, potężnieją, zagęszczają się i pomimo upływu czasu spowijają Toskanię z Florencją w jej środku. Jak florenckie freski, zasychają szybko, zamykają czas i wrażenia, słowa i myśli, i już nic nie można w nich poprawić. Tak i Florencja ma zamknięte wszystko, co było w kopule nie do naruszenia. I tak jak chodzimy wokół fresków, można je podziwiać, marudzić, kiwać głowami, zachwycać się lub odejść. Ale nic nie można zmienić. Ideału się nie udoskonala i z nim się nie dyskutuje. Kocha i tylko kocha. Absolutnie nie nienawidzi.
Jakowaś kontrowersja, jakiś paradoks, jakiś wręcz dysonans nieodparcie wiąże się z estymacją wartości tego wszystkiego, co zrodziła Florencja. Z jednej strony twarda historia i fakty, które notarialnie wręcz przystawiają pieczęć poświadczenia prawdy. Z drugiej strony — emocje, powodowane nieograniczonym pięknem, które bez walidacji krążą w umysłach i sercach odwiedzających Florencję osób. I chociaż problem ze zmysłami jest zawsze jeden i ten sam — nie mają one nic wspólnego z merytoryką, argumentami, sensem, logiką, przewidywalnością czy tym podobnym, to jakże łatwo i niewinnie i niepowściągliwie można oddawać się infantylnym zachwytom, gdy ciągle z tyłu głowy mamy tego potwierdzenie w faktach.
Wymóg merytoryczności, którym obciążone są z zasady wszystkie książki odnoszące się do miejsc geograficznych, zabytków, miast lub regionów, jest w sposób utarty nieodłączonym elementem sukcesu udanej pozycji. Wiarygodność wszystkie pęta i jednocześnie hamuje wszelkie niepohamowane, rwące się myśli czy gesty. Jak potwierdzić wiarygodność odczuć, jak ją autoryzować i przekazać światu, że odczucia są autentyczne i faktycznie nieszablonowe. To chyba jedyne, co ludzkości zostało — zmysły i uczucia, szał namiętności i autentyczności, nieweryfikowalne uczucia i myśli, które umykają weryfikowalnym danym.
Myśląc o weryfikowaniu życia i człowieczeństwa, nie mogę nigdy zapomnieć o rozmowie, jaką toczył John Nash, oświadczając się przyszłej żonie, kiedy podał w wątpliwość miłość jako coś nieweryfikowalnego, co nie ma dowodu. Poprosił swoją wybrankę o dowód na to, że miłość istnieje, wybieg był nadzwyczaj zmyślny.
_—_ _Jak duży jest Wszechświat?_
_— Duży._
_— Jak duży?_
_— Ogromnie._
_— Skąd to wiesz?_
_— Wszystkie dane na to wskazują._
_— Ale jesteś pewny? Widziałeś granice Wszechświata?_
_— Nie._
_— Tak samo jest z miłością. _
Zatem uczucia, zmysły i myśli związane z Florencją, jak i każdym obiektem miłości, są nie do zweryfikowania. Mnogość reakcji bowiem czyni je nieweryfikowalnymi i jednocześnie tak bardzo ludzkimi.
By książka taka o cechach przewodnika była wiarygodna, musi stać za nią niewątpliwie cała masa źródeł, przekopanych faktów i danych, najlepiej, żeby wnosiła jeszcze coś nowego, odkrywczego — coś w stylu znaleziska wykopanego spod gruzów, jak niedawno buty Michała Anioła. W każdej kolejnej książce o Florencji pojawiają się nowe fakty, które doprowadzają do oczywistego wniosku, że Florencja jest niezwykła.
Wszakże co nowego można w tym mieście odkryć? Z jednej strony z pewnością jest wiele do odkrycia, w regionie, gdzie zaledwie kilkanaście procent wykopalisk jest uwidocznionych, a reszta nadal spoczywa pod ziemią. Ale z drugiej, czy odkrywanie ciągle czegoś nowego jest lepsze niż kochanie tego samego na nowo, miłością stałą i nie do podważenia?
Nie jestem niestrudzonym badaczem, bo nie wydaje mi się, że Florencja potrzebuje czegoś nowego, że jej czegoś brak. Florencja — Florencji czar oparty jest na wszystkim naraz. Mnogość odczuć i czas podszyty przeszłością i wyjątkowością, głód za nią, spokojnie obejdzie się bez kolejnych odkryć. Nie wiem bowiem, czy jestem w stanie odkrywać coś, co ma w sobie tyle zachwycających rzeczy, nie pora chyba odkrywać kolejne. Zachwycanie się Toskanią — Florencją nie jest niczym ani odkrywczym, ani wysublimowanym. Po prostu jest czymś oczywistym. Czymś bardziej oczywistym niż jej odkrywanie.
Beletrystyka emocjonalna — piśmiennicze powiązanie opisów miejsc z podkreśleniem subiektywnych odczuć autora — raczej taki gatunek literacki przychodzi mi na myśl. Moja książka jedynie „zaczepia” o fakty historyczne. Muska, a muśnięcie to delikatne jest. Nie ma przytłoczyć. Fakt jest też taki, że nie da się poruszać we Florencji, bez trzymania się ukutych haseł, podstawowych dat, najważniejszych nazw i najznamienitszych nazwisk. Stanowią one pewien wręcz uszlachetniający szkielet, na którym wszystko się trzyma w bardziej konkretnych granicach. Nie poruszamy się po pustyni, ale terenie, gdzie każde ziarnko owej pustyni to wszakże punkt do odniesienia. Każde ziarenko jest tak samo ważne, że samo sobie wytycza szlak. Ale ziarenek jest tyle, że do piramidy nawet nie znajdziemy drogi, gdyż tak wiele znajdziemy po drodze. Mnogości atrakcji nie sposób zliczyć. Daty i temu podobne okoliczności usadawiają wydarzenia w epoce. Bez historii nie sposób przenieść się mentalnie tam, gdzie piękna stolica Toskanii — Florencja, postrzegana przez nas obecnie jako światowa perła wszystkiego, zawiązała się. To Wenus, która stoi w perle, z rozwianymi lokami, nie wyszła z niej przecież przed chwilą. Historia ma tu więc dużo do powiedzenia. W pewnym sensie najwięcej. Bo wszystko, co we Florencji podziwiamy, skądś się wzięło.
Nie umieszczając, z przesadną częstotliwością, numerycznych faktów, dat, nazwisk i nazw w centrum swojego zamysłu na książkę, od zupełnie innej strony chciałam podążać w stronę Florencji i swoiście badać jej niezwykłość — wejść do tego miasta i nie pamiętać wszystkiego, co o nim napisano. Tylko odkryć je po swojemu. Czy zatem nie tak samo jak inni? Nie sądzę. Nie sądzę, by pamiętano, że w tym wszystkim Florencja jest kobietą.
Ilekroć słyszę „po swojemu”, od razu widzę przed oczami „mało wiarygodnie dla innych”, bo polegać będę na tym, co nie jest wiarygodne — na zmysłach, tam gdzie mnie prowadzą, to co podpowiadają, tam gdzie wzrok wiedzie. Subiektywnie. A jak subiektywnie, to — przychodzi mi na myśl — nieprawdziwie. A jednak, w przypadku Florencji, w oparciu o wspomniane zmysły — to właśnie subiektywne odczucia dopiero oznaczają dla mnie jak największą prawdziwość i autentyczność. Nic, co jest na pozór ulotne, nieuchwytne, odczuwane, nigdzie indziej nie jest tak autentyczne jak we Florencji właśnie. Każdy Florencję poczuje inaczej. Zachwyt dla oczu, dla nosa, ust, skóry, umysłu. Z niczym (prawie z niczym) nie jest porównywalny moment, gdy stawiam stopę na toskańskiej ziemi, gdy ogarnia mnie niewytłumaczalny komfort i spokój, niemający żadnej konkretnej genezy.
Czy zachwyt powinien być stonowany? A może adekwatny do wieku? A może nie taki impulsywny i opanowany? A najlepiej ukryty? Głupota. Najczystsza. Lub dorosły prymitywizm świętego przekonania, że to, co niepokazywane, jest prawdziwe. Prawdziwe to drzemie w nas dziecinne, bo tylko to jest autentyczne. Nie wiem, jaki sposób zachwycania się jest właściwy. Właściwy dla siebie, dla innych. Z pewnością różnimy się, każdy ma inne wyobrażenia, każdy czego innego oczekuje i każdy w inny sposób realizuje swoje potrzeby i wówczas w indywidualny dla siebie sposób wypełnia definicję, która jest jednak nie w pełni spisana.
Zachwyt jest dziś nie tyle deficytowy, co infantylny, i może dlatego deficytowy? Co pierwsze? Automatycznie zachwyt jest deficytowy, ponieważ go unikamy? Zachwycać się nie wypada. By nie było za infantylnie, za słodko. Za słodko o Florencji. Może cytaty autorytetów, podróżników, znawców nadadzą temu zachwytowi zacną wartość, choć trochę zniwelują poziom dziecinnego podekscytowania? Czy okrzyk „ojej!” jest bardziej wartościowy niż odczyt w sali wykładowej? Kto to definiuje? Kto każe się zachwycać lub nie? A co się stanie, jeśli się czymś zachwycimy, a ktoś to zobaczy? To nas określa? To może lepiej nie? A w związku z tym jak żyć, a tym bardziej odpoczywać, gdy nie można się zachwycać? Czemu zachwyt zawsze jest infantylny? Czyżby zachwycać się nie wypadało? Czy kupno obrazu za kilka milionów jest czymś dojrzalszym niż okrzyk na widok tegoż obrazu w muzeum? Jaka postawa jest bardziej niedojrzała? Głupia…? Któryż zachwyt jest bardziej autentyczny? Prawdziwy? A który naturalny? A jak wypada się zachwycać?
**
Ograniczenie odczuwania. By treść była poważna, sucha i zwięzła, szorstka i konkretna, gdyż to w powiązaniu z moim, jak już się przyznałam, infantylnym zachwytem nada spokojnego tonu wyważonej opowieści o pięknym mieście.
Ale nie, nie… Z uwagi na to, że według mnie Florencja to idealne miasto dla czczenia kobiecości, a kobiety z zachwytu powinny sobie pokrzyczeć. Trudno powiązać mi swoje odczucia i zakuć w kajdany, gdy chodzę po uliczkach, skąpana w słońcu i oliwnym pocie na skórze. Zakłopotana w pewnym sensie swoim zachwytem, który poza rumieńcami i młodzieńczym wyrzutem histaminy zdradza moje zakochanie, zwróciłam się o „pomoc” do wszelkich możliwych i dostępnych autorów, którzy kiedykolwiek dotknęli temat Florencji. Nazwisk szacownych nie brak i co dla mnie ważniejsze — poważnych, dostojnych mężczyzn, z pewnością z mniej egzaltowaną naturą niż ja. Herbert, Goethe, Henry James, Stendhal… Te wtrącone cytaty czcigodnych owych dżentelmenów to jedynie próba stonowanego podkreślenia aury Florencji, której ja — nieliteracka kobieta — nie potrafię oblepić zacnie poetyckimi frazami.
Jakże bardzo się rozczarowałam, a jednocześnie jak to rozczarowanie okazało się dla mnie ulgą, że nie uczestniczę w jednoosobowej halucynacji. Zbiorowa również nie stanowi umysłowej nobilitacji żadnego rodzaju, ale przynajmniej lekko od szaleństwa odżegnuje. Stoicka powaga, którą próbowałam w sobie wyhodować, prysnęła w jednej chwili, gdy wertowałam kartka po kartce kolejne źródła, szukając zwątpienia autorów w cud Florencji, i by samej się trochę ostudzić. Nie sądziłam, że w źródłach znajdę tak wiele wypowiedzianych opisów miasta zawierających słowo „kocham”. Wyrażana wprost miłość do Florencji przez pisarzy polskich, angielskich, francuskich i amerykańskich wydaje się nie mieć sobie równych i równie wyczerpujących. Aż czasem sama w lekkiej konfuzji podziwiałam czyjś zachwyt wprost. Nadmienię — pisarzy mężczyzn głównie.
Przy ostatniej wizycie nieopodal florenckiej katedry puściły mi emocje całkowicie. Stanęłam początkowo spokojnie i świadomie. W lipcowy wieczór obróciłam się na pięcie wokół własnej osi: idylliczny, wpasowany doznaniami i pełnymi uczuciami malowniczy obraz dopełniała upalna pogoda, jednak nie męcząca, snujący się grajkowie i śpiewający tenorzy w zaułkach świątynnych murów, toczące się wolno setki ludzi, krążących niczym naturalne satelity. Wszyscy jak na gumce od majtek — w pasie pięknej Duomo.
**
Ogarnął mnie żal, że nie widzimy, jak wiele nie widzimy. Że nie widzimy Florencji. Wiemy coś tam, ale nie widzimy jej, nie czujemy. A to skarb. Większość nas wpada w pułapkę braku. A w jeszcze większą, gdy próbujemy ten brak uzupełnić. Nieustanna gonitwa za uzupełnieniem tych braków daje mylne wrażenie, że po osiągnięciu celu, już niczego nie będzie brakować. Pojawiają się inne braki. Wracamy do stanu sprzed braku. Bezmyślne zapełnianie czasu podszyte konsumpcją i automatyzm w robieniu przyjemności SOBIE stają się wszakże przygnębiająco normalne. Z czasem — celem życia. Gdy nastaje BRAK, życie traci sens. Sensem staje się BRAK. No to trzeba nadrabiać braki, w znany sobie sposób. Jakikolwiek, czymkolwiek i szybko. Dlaczego młoda para — nie każda rzecz jasna — poświęca większość swojej energii na wyszukanie najbardziej nietypowego i zaskakującego miejsca na podróż poślubną? Czy z ukochanym/ukochaną nie wystarczy jechać choćby i pod szałas? Czy szczęście wymaga reklamy? Czy miłość wymaga reklamy? Obnoszenia się? Czy miłość i szczęście muszą być wystawione na widok publiczny, by zostały uznane za wartościowe? Dlaczego obnoszenie się ze wszystkim ma wypełniać definicję szczęścia? Czy szczęście eksponowane w celu wytknięcia komuś braku szczęścia ma być szczęściem? Czy to nie jakiś labirystyczny, pełen zaułków, obłęd? A gdzie w tym jest człowiek? Czy jego obecność tylko sama w sobie nie jest szczęściem…?
Przecież to ukochana osoba tworzy raj dla Ciebie. Raj jest z kimś, a nie gdzieś. Raju z kimś nie kupi się za żadne pieniądze. Straszny banał. Ale w raju z kimś niestraszne żadne piekło. W sercu czy na ziemi. Bez względu na to, kto je opisuje, przez ile kręgów Dantego trzeba iść.
Jeśli jedziesz do Toskanii — szukaj raju — znajdziesz. Znajdziesz coś, o czym nie wiedziałaś/eś, że za tym tęsknisz.
Gdy kochasz kogoś, wszystkie emocje zachowujesz tylko dla siebie. Bo tylko Ty je rozumiesz, tylko Ty umiesz je tak skonfrontować z codziennym życiem, i dzięki tej osobie to codzienne życie nie jest takie codzienne. Ale ono jest Twoje, z tym kimś w tym codziennym życiu, które staje się niezwykłe dzięki tej Osobie.
Gdy kochasz coś, pilnujesz tego, dbasz o to, starasz się by było w Twoim pobliżu jak najczęściej.
Gdy kochasz miasto, często o nim myślisz, wspominasz, chcesz do niego wracać i wracać do tego stanu, który osiągasz, będąc tam. Czy jest duże, czy jest znane. Jest „Twoje”, bo tam uchwyciłaś/eś te szczęśliwe chwile. Chwytać je trzeba, bo ulecą, bo miną.
Florencja to miasto, które kocham. Chwytam je więc zmysłami, bo według mnie, tylko tak można oddać jej piękno. A czasem jak się uda, właśnie za pomocą zmysłów, można je zabrać ze sobą do domu, by zmysły pomagały wprowadzić się na sekundę w stan błogości i ciepła, właśnie bez zmysłów nieosiągalny w zimie, w samotności.
Kocham to miasto zmysłami, tym co tam widzę, jak się tam czuję, co czuję, co smakuję. Kocham ją zmysłami.
Florencja to dużo więcej niż miasto o ciekawej historii, niezwykłych zabytkach, unikalnych walorach. I naturalne jest to, że chyba niewielu zaczyna się interesować Florencją ze względu na jej bez wątpienia ciekawą przeszłość. Przede wszystkim najpierw uwagę przyciąga jej niezwykła teraźniejszość. I ta teraźniejszość z czasem uzmysławia, że warto by cofnąć się do przeszłości, by dowiedzieć się, co sprawiło, że jest taka jak teraz.
Florencja od razu robi wrażenie na wszystkich. Zakładam się, że bez wyjątku. (No może…) I wspominanie o niej już mi nie wystarcza. Tyle rzeczy jest dla mnie zachwycających, że zaczynam zapominać o jednych, pamiętać o drugich, dostrzegać jeszcze inne. Wracać do tych pierwszych i określać je na nowo.
Czyste piękno ginie zdecydowanie za szybko. Ale to właśnie we Florencji można się przekonać, że naprawdę istnieje, i to w wielu formach.
Czystość Florencji to jej czyste piękno w sztuce, która tam spoczywa. _Wenus_ Botticellego, _Dawid_ Michała Anioła, kopuła Katedry Matki Boskiej Kwietnej Brunelleschiego…
Czystość wina… doskonałość nasycenia wina szczepem pod nazwą Krew Jowisza_._ Doskonałość smaku, koloru, formy, konsystencji…
Czystość oliwy… z doskonałych drzew, owoców dojrzewających w doskonałym słońcu…
Czystość miast… mających duszę, ślady historii, broniące tożsamości, odrębności, a jednak scalające się z resztą…
Czy my, ludzie, też do tego piękna się zaliczamy? Ponoć tworzymy tyle tego piękna, a już podziwianie go to nie dla nas zgoła obszar, ani czas, ani ochota.
Ostatnio, rzec można, niechlubnie raczej niszczymy, niż tworzymy. Raczej giniemy, niż się rodzimy. Raczej nic nie robimy, niż coś robimy. Raczej nic nie zmieniamy. Albo zmieniamy za dużo, lub w złą stronę, jakby w szale błędów i braku sprawczości, prowadząc do zniszczenia. Wiemy, wiemy i nic z tego nie wynika. Umiemy, umiemy i dalej nic z tego nie powstaje. Za wolno, za mało stanowczo, za mało pewnie, za mało zdecydowanie. Za dużo rzeczy, chwil, emocji nam umyka. Chwile, a czasem całe życie. Nie ma równowagi, spokoju, wytchnienia.
A Florencja i Toskania? Przypomni. Przypomni i znajdzie się. Może nie wszystko, ale na pewno przypomnimy sobie, jak brzmi nasze hasło, jak je powiedzieć, by dla nas sezam Florencji się otworzył. Eureka!
Często sama łapię się na tym, że umyka mi to, co za darmo. Przychodzi opamiętanie — na zawołanie wszystko doceniam. Trudno zatrzymać się na dłużej, gdy na chwilę opamiętania nie znajdujemy chwili. Nie wiem, czy to paradoks, czy wręcz śmieszność, że dziś, żeby wypić na letnim śniadaniu na trawie kubek świeżego krowiego mleka i zjeść ziemniaka z ogniska, trzeba albo za grube fundusze wyprowadzać się na wieś, i do tego jeszcze zamieszkać w wysublimowanym domu w odpowiednio wiejskim stylu, albo słono zapłacić w restauracji za ziemniaka z grilla dosuszonego suszarką (sama to widziałam).
Gdy przyjeżdżamy do Florencji, znajdujemy tam wszystko to, czego nam brak, i to od razu. I do tego od razu wiemy, że nam tego było brak. Ciepło i zapachy koją nas i poszarpane nerwy. Słońce i radość innych ludzi są zaraźliwe. Co chwilę napotykane dowody starości, świetności i historii uspokajają. Tu nie trzeba się leczyć z nerwów ani szukać oddechu. Miasto od razu wprowadza w inny stan. Spowolnienie, spokój, ale jednocześnie radość i beztroska.
Taka jest Toskania. Taka jest Florencja.
Piękna, tajemnicza, nieodkryta, zaskakująca, delikatna, urocza, smukła, smakowita, romantyczna, solidna, niepokonana, nieogarniona.
**
Do napisania tej książki zachęciła mnie moja Mama oraz moi Bliscy. Gdy rozmawiam z nimi o podróżach, temat zawsze schodzi na Florencję. Nie nudzi powtarzanie ciągle tych samych opisów zakątków, sytuacji, spostrzeżeń. Różne i różnie wspominamy miejsca, ale gdy pojawia się Florencja, nikt nie panuje nad tym, co mówi i jak szybko. Gadamy o niej w każdym momencie, gdy jest nam smutno, radośnie, ciepło, zimno. Każdy wtrąca coś od siebie, ale cała reszta rozumie.
Liczba wypowiadanych zdrobnień, słóweczek, określeń i uśmiechów przy takiej rozmowie jest niezliczona. I właśnie ktoś, kto nie był we Florencji, takiej rozmowy za cholerę nie zrozumie.
Ostatnio, na jednym ze spotkań, w naszym towarzystwie pojawiły się osoby, które nie były we Włoszech. Grunt do rozmowy się znalazł. Powiastki o Florencji się rozwinęły. Każdy z nas dał się ponieść chwili i wrzucał co rusz jakieś swoje krótkie wspomnienia, z wypiekami na twarzy, czy to po alkoholu, czy to z podniecenia towarzyszącemu żarliwemu opowiadaniu. Po chwili jedna z osób, które nie były we Florencji, zapytała mnie: „Nawijasz bez końca o Florencji, no ale powiedz, co cię tak w niej ruszyło”. A ja na to: „Nie wiem…”.
Cóż może być trafniejsze… Cudu nie można określić tysiącem słów, gdy za cudem budynków idzie tysiąc zmysłów, skojarzeń, odczuć i wspomnień indywidualnych dla każdego. Każdego z osobna.
Praktycznie książkę tę można teraz zamknąć, bo żadna z książek nie da odpowiedzi na powyższe pytanie. Bardzo proszę. Proszę ją zamknąć.
Spakować się i otworzyć ją w drodze do Florencji.
Może zbyt pochlebiam sobie, gdyż kimże jestem, by zachęcać do czegoś, przekonywać, co jest dumą świata od setek lat. Nie jestem historykiem ani znawcą Florencji w jakiejkolwiek skali. Ale mogę powiedzieć, że znam ją zmysłami. Nie jestem Florencją. Jestem kobietą i widzę ją oczami, czuję dotykiem, mlaszczę ze smakiem i wchłaniam zapachem. I tego właśnie nie da się poznać, czytając jakąkolwiek książkę, więc…
Ponownie — proszę ją zamknąć — i tam jechać.