Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Miro i Ścieżki Bogów - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 lipca 2026
19,98
1998 pkt
punktów Virtualo

Miro i Ścieżki Bogów - ebook

Gdy pieśń spotyka żelazo, rodzi się legenda. Na słowiańskie puszcze kładzie się mroczny cień. Potężna armia najeźdźców uderza w palisady grodu Sambora, a zapach dymu i krwi wypełnia powietrze. W świecie, gdzie stal i brutalna siła zdają się jedynym prawem, losy wszystkich zawisną na barkach dwójki dzieci. Miro - chłopiec wychowany w cieniu pradawnych dębów i wierny tradycji przodków. Hanna - dziewczynka o anielskim głosie, której siłą jest wiara symbolizowana przez srebrny krzyżyk na szyi. Dzieli ich wszystko: pochodzenie, bogowie i przeznaczenie. Jednak w obliczu płonącego grodu, gdy mury zaczynają pękać, muszą zjednoczyć siły. Zanurz się w brutalnym, a zarazem mistycznym świecie inspirowanym słowiańskimi wierzeniami. To opowieść o poświęceniu, odwadze i świetle, które rozbłyska najjaśniej w samym środku mroku. „Miro i Ścieżki Bogów” to epicka podróż do serca słowiańskich wierzeń, gdzie każda blizna ma swoją historię, a każda pieśń może odmienić losy wojny.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Dzieci 6-12
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398094337
Rozmiar pliku: 33 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

8

Rozdział i

Mgła nad rzeką była gęsta i biała niczym mleko prosto od krowy. Ścieliła się nisko przy ziemi, owijając szare pnie dębów i mokre trawy, jakby chciała ukryć świat przed okiem słońca. Dziesięcioletni Miro stał na samym skraju palisady otaczającej gród. Czuł, jak wilgoć osiada mu na rzęsach i lnianej koszuli, ale ani drgnął. Prawdziwy myśliwy musiał być jak kamień, nieruchomy i cierpliwy.

Za jego plecami gród powoli budził się do życia. Słychać było rytmiczne stukanie siekiery, porykiwanie bydła wypędzanego na pastwiska i nawoływania kobiet przy paleniskach. Zapach dymu z domowych ognisk mieszał się z rześką wonią puszczy, która dla mieszkańców osady była jednocześnie matką i groźną panią.

– Miro! – niski, dudniący głos sprawił, że chłopiec podskoczył.

Odwrócił się gwałtownie. Przed nim stał Sambor, jego ojciec. Był to mężczyzna o barach szerokich jak u tura i twarzy pooranej bliznami, które opowiadały historie o dawnych bitwach z najeźdźcami z północy. Jego skórzana opończa, spięta pod szyją srebrną klamrą, lśniła od porannej rosy.

– Gotowy? – zapytał ojciec, przyglądając się synowi z uwagą. – Twoje postrzyżyny były trzy lata temu, ale dzisiaj po raz pierwszy przekroczysz linię lasu jako ten, który ma przynieść jadło, a nie tylko je wyjadać z miski.

Miro wyprostował się, starając się dodać sobie powagi.

– Jestem gotowy, ojcze. Łuk naciągnięty, a kołczan pełen.

Sambor uśmiechnął się półgębkiem, co było najwyższym wyrazem uznania, na jaki pozwalał sobie rano.

– Sam łuk nie wystarczy. Pamiętaj, że w kniei nie jesteśmy sami. Każde drzewo ma swoje oczy, a każdy strumień swoje uszy. Zanim wejdziemy w głąb, musimy pokłonić się Tym, którzy tym wszystkim władają.

Ruszyli gęsiego. Miro szedł zaraz za ojcem, a za nimi kroczyło jeszcze kilku doświadczonych wojowników. Chłopiec starał się stawiać stopy tak, jak uczył go Sambor - od pięty, lekko, by nie złamać ani jednej suchej gałązki. Las przyjął ich w ciszy. Wysokie sosny zdawały się kolumnami trzymającymi sklepienie nieba, a mech pod stopami był miękki i chłodny.

Pierwsza krew i złote ziarno9

Zatrzymali się przy Świętym Gaju. Było to miejsce, gdzie drzewa rosły gęściej, a w samym środku stał potężny, stary dąb. Jego pień był tak gruby, że dziesięciu mężczyzn nie zdołałoby go objąć ramionami. Korona dębu, poszarpana przez setki zimowych wichrów, wciąż dumnie sięgała chmur.

Sambor zdjął z ramienia skórzany woreczek. Skinął na Mira.

– Twoja kolej, synu. Złóż trzebę1. Proś o łaskę Tego, który włada piorunem, i Tego, który opiekuje się ziarnem.

Miro podszedł do korzeni dębu, gdzie w szczelinach kory bielały kości zwierząt i leżały skorupy naczyń z poprzednich ofiar. Wyjął zza pazuchy garść złotych ziaren prosa, które dostał rano od matki. Jego dłoń lekko drżała.

– Panie Niebios, który grzmisz w chmurach – szepnął, przypominając sobie słowa modlitwy.

– I Ty, Matko Ziemio, która karmisz nas wszystkich. Przyjmijcie to ziarno. Niech nasze strzały lecą prosto, a las niech nam będzie łaskawy.

Wysypał proso na mech. Przez chwilę panowała absolutna cisza, jakby las wstrzymał oddech, oceniając dar chłopca. Nagle, wysoko w konarach, zakrakał kruk, a z góry opadł pojedynczy, brązowy liść, lądując dokładnie na dłoni Mira.

Wojownicy za nim pomrukiwali z aprobatą.

1. Złożyć trzebę – to prastary sposób na „nakarmienie” bogów i duchów. Słowianie wierzyli, że świat ludzi i świat bóstw muszą pozostawać w równowadze, a złożenie ofiary (trzeby) jest niezbędne, by zyskać przychylność potężnych sił natury.

10

– Perun usłyszał – mruknął jeden z nich, Żelisław, gładząc swoją siwiejącą brodę. – Dobry znak.

Zagłębiali się coraz bardziej w puszczę. Tutaj słońce rzadko docierało do samej ziemi, przebijając się jedynie złotymi włóczniami przez gęstwinę liści. Las nie był już tylko zbiorem drzew, stał się labiryntem dźwięków i zapachów. Miro czuł na karku czyjś wzrok, ale kiedy się odwracał, widział tylko paprocie kołyszące się na wietrze.

– Czy to Leszy? – szepnął do ojca, zrównując z nim krok.

Sambor nie zatrzymał się, ale jego głos stał się cichszy.

– Być może. Borowy nie lubi hałasu. Jeśli uszanujesz jego królestwo, on pozwoli ci wyjść. Jeśli będziesz niszczył bez potrzeby, wyprowadzi cię na manowce, skąd nie wrócisz nawet jako cień.

Nagle ojciec uniósł rękę. Wszyscy zamarli. Miro poczuł, jak serce wali mu w piersiach niczym uwięziony ptak. Sambor wskazał palcem na gęstwinę leszczyny. Tam, w prześwicie, stał jeleń. Był wspaniały. Jego poroże przypominało korony drzew, a skóra miała barwę dojrzałego kasztana. Zwierzę uniosło łeb, węsząc.

Sambor spojrzał na syna i wskazał na jego łuk. To była ta chwila. Miro poczuł uderzenie gorąca. Powoli, milimetr po milimetrze, sięgnął po strzałę. Pióra lotek załaskotały go w policzek. Naciągnął cięciwę, czując opór drewna. Pamiętał rady ojca: „Nie patrz na zwierzę, patrz na punkt, w który chcesz trafić. Stań się częścią strzały”.

Wstrzymał oddech. Świat wokół niego zniknął. Nie było już lasu, wojowników ani strachu. Był tylko on i ten miedziany cel.

Wypuścił strzałę.

Świst rozdarł ciszę. Jeleń drgnął, ale strzała, zamiast ugodzić go w serce, jedynie drasnęła go w łopatkę. Zwierzę rzuciło się do ucieczki, znikając w gęstwinie w mgnieniu oka.

– Niech to licho porwie! – syknął Żelisław, ale Sambor położył mu rękę na ramieniu. – Pierwsza krew została przelana – powiedział spokojnie ojciec, choć w jego oczach czaił się cień niepokoju.

– Ale ranne zwierzę nie może cierpieć. Musimy je wytropić. To nasz obowiązek wobec lasu.

Ruszyli śladem kropel krwi, które lśniły na liściach niczym rubiny. Trop prowadził w stronę Mrocznego Jarru - miejsca, o którym w grodzie opowiadano legendy przy ściszonym głosie. Mówiono, że tam ziemia zapada się do samej Nawii, krainy zmarłych, a mgły nigdy nie opadają.11

Miro czuł narastający ciężar w żołądku. Czuł się winny. Gdyby tylko celował niżej... Gdyby tylko jego ręka nie drgnęła...

– Ojcze, spójrz – Miro wskazał na ziemię. Ślady jelenia nagle stały się chaotyczne. Ziemia była tu rozryta, jakby zwierzę wpadło w panikę.

Sambor przykucnął, dotykając palcami odcisku racicy. Jego twarz stężała.

– To nie są tylko ślady jelenia - szepnął. – Ktoś jeszcze tu jest. I nie jest to zwierzyna.

W tej samej chwili z gęstwiny dobiegł dziwny, nienaturalny dźwięk… ni to gwizd, ni to zgrzyt metalu o kamień. Las, który do tej pory wydawał się żywy i przyjazny, nagle stał się obcy i groźny. Ptaki umilkły, a wiatr przestał poruszać liśćmi.

– Do siebie! – krzyknął Sambor, dobywając topora. – Tworzyć krąg!

Zanim Miro zdążył wyciągnąć kolejną strzałę, zza drzew wyłoniły się postacie. Nie byli to mieszkańcy okolicznych grodów. Nosili dziwne hełmy i tarcze obite żelazem, a ich oczy lśniły zimnym, okrutnym blaskiem. Nie było ostrzeżeń, nie było żądań.

W puszczy rozpętało się piekło.

Szczęk żelaza o żelazo, krzyki rannych i zapach świeżej krwi wypełniły powietrze. Miro stał jak skamieniały, widząc, jak jego ojciec odpiera atak trzech napastników naraz. Sambor walczył z furią niedźwiedzia, ale wrogów przybywało.

– Miro! Uciekaj! – wrzasnął ojciec, odpychając tarczą jednego z przeciwników.

– Biegnij do strumienia! Nie patrz za siebie!

Chłopiec chciał zostać, chciał walczyć, ale jeden z obcych wojowników zamierzył się na niego długim mieczem. Miro odruchowo uchylił się, poczuł świst ostrza tuż nad głową. Strach, pierwotny i obezwładniający, przejął kontrolę nad jego nogami.

Rzucił się w głąb lasu, przedzierając się przez kolczaste krzewy jeżyn, które rozdzierały mu skórę. Słyszał za sobą tupot ciężkich butów i obce nawoływania. Biegł, nie zważając na kierunek, goniąc jedynie resztki światła przebijającego się przez korony drzew.

Nagle ziemia pod jego stopami zniknęła.

Stoczył się w dół stromego zbocza, uderzając o korzenie i kamienie. Świat zawirował mu przed oczami - zieleń mieszała się z brązem, a huk bitwy cichł, zastępowany przez szum płynącej wody. Uderzył plecami o pień zwalonego drzewa, a w jego oczach na moment zapłonęły tysiące gwiazd.12

Kiedy w końcu się zatrzymał, panowała absolutna cisza. Miro leżał na dnie głębokiego parowu. Jego łuk leżał złamany kilka kroków dalej, a kołczan był pusty.

– Ojcze? – zawołał szeptem, ale odpowiedziało mu tylko echo i szum wiatru w wysokich sosnach.

Był sam. W samym sercu puszczy, która przestała być matką, a stała się bezlitosną panią. Miro spojrzał na swoją dłoń. Wciąż zaciskał w niej ten jeden, brązowy liść dębu, który spadł na niego w Świętym Gaju. Teraz jednak liść wydawał się cięższy, a jego żyłki pulsowały słabym, złotym światłem.

Podniósł wzrok. Słońce zaczynało się chylić ku zachodowi, malując las na kolor krwi i miedzi. Wiedział jedno: noc w puszczy należy do bóstw i demonów. I jeśli nie znajdzie schronienia, jutrzejszy świt może go już nie zastać.

Zacisnął zęby, powstrzymując łzy. Był synem wojownika. I choć stracił drogę, nie stracił jeszcze ducha. Gdzieś nad nim, za zasłoną chmur, Swaróg zaczynał rozpalać gwiezdne ogniska, a Miro musiał znaleźć swoje własne.14

Rozdział iI

Gdy las zmienia barwę

Zmierzch w puszczy nadchodzi powoli. Skrada się na miękkich łapach rysia, wypełzając z dziupli starych wierzb i spod mokrych liści paproci. Miro siedział bez ruchu na dnie parowu, tuląc do piersi złamany łuk, jakby to wciąż była broń, a nie tylko dwa kawałki martwego drewna. Każdy oddech piekł go w klatce piersiowej, a skroń pulsowała tępym bólem po upadku.

Świat wokół niego zaczął tracić barwy. Soczysta zieleń mchów szarzała, a pnie sosen, wcześniej złocone zachodzącym słońcem, stawały się czarnymi słupami, które zdawały się zacieśniać wokół niego krąg. To był czas przejścia, moment, w którym Swaróg chował swoją ognistą tarczę za horyzont, oddając władzę mrocznym mocom nocy.

– Nie bój się, Mirosławie – szepnął sam do siebie, ale jego głos brzmiał słabo i obco w narastającej ciszy. - Jesteś synem Sambora. Synem wojownika.

Spróbował wstać. Kolano zaprotestowało ostrym kłuciem, ale kość była cała. Musiał znaleźć wodę i schronienie. W lesie ranny zwierz przyciągał drapieżniki, a on czuł się teraz dokładnie tak samo jak ten jeleń, którego wcześniej drasnął strzałą. Czy ten jeleń jeszcze żył? Czy cierpiał gdzieś w mroku? Ta myśl ukłuła go mocniej niż otarte kolano.

Ruszył wzdłuż dna parowu, tam, gdzie grunt wydawał się najbardziej wilgotny. Wiedział, że woda zawsze spływa niżej. Po kilkunastu minutach marszu, gdy ciemność stała się tak gęsta, że ledwo widział własne dłonie, usłyszał ciche szemranie. To nie był strumień, to było zaledwie „łzawienie” ziemi, małe źródełko wybijające spomiędzy kamieni.

Miro padł na kolana i zaczął chciwie pić. Woda była lodowata, smakowała torfem i żelazem, ale przywróciła mu jasność umysłu. Kiedy uniósł głowę, zamarł.

Nad nim, na krawędzi parowu, dostrzegł dwa punkty. Niebieskawe, zimne ogniki, które nie mrugały. Nie należały do wilka – wilcze oczy lśnią żółcią lub zielenią. Te były inne. Wydawały się mądre i nieskończenie stare.

– Panie Borowy? – głos Mira zadrżał.15

Przypomniał sobie opowieści starców z osady. Las nie był pusty. Każdy gaj miał swojego stróża, potężnego ducha, który mógł być wielki jak sosna lub mały jak szyszka. Jeśli Borowy był w dobrym humorze, mógł wyprowadzić zbłąkanego wędrowca na szlak. Jeśli go rozzłoszczono, potrafił zwodzić go tak długo, aż nieszczęśnik padał z wycieńczenia.

Ogniki zgasły tak nagle, jakby ktoś zdmuchnął świecę. Wiatr szarpnął koronami drzew, a las nagle odetchnął głęboko. Miro poczuł na karku lodowaty powiew. To nie był zwykły wiatr. To był szept puszczy, która właśnie się przebudziła.

Miro wiedział, że nie może zostać na dole. Parowy były szlakami, którymi w nocy poruszały się dziwożony i inne stwory, których imion lepiej było nie wymawiać po ciemku. Zaczął wspinać się po zboczu, chwytając się wystających korzeni. Palce mu drętwiały, a brud wchodził pod paznokcie, ale parł naprzód.

Gdy w końcu wydostał się na górę, puszcza wyglądała zupełnie inaczej niż za dnia. Drzewa wyciągały sękate gałęzie niczym szponiaste palce, a mgła, która wcześniej wydawała się tylko wilgotnym oparem, teraz formowała się w dziwne, półprzezroczyste kształty, tańczące między pniami.

– Gdzie jest północ? Gdzie jest dom? – pytał w myślach, patrząc w niebo.

Niestety, chmury szczelnie przykryły gwiazdy. Nie widział ani Swaroga, ani Wielkiej Niedźwiedzicy. Stracił orientację. W głowie wciąż słyszał szczęk żelaza i krzyk ojca. Czy Sambor przeżył? Czy wojownicy zdołali odeprzeć napastników? Ta niepewność była gorsza niż chłód.

Nagle poczuł zapach. Nie był to zapach dymu z ogniska, ale coś ciężkiego, wilgotnego... zapach starej jaskini i zmoczonego futra. Zaraz potem usłyszał dźwięk, który sprawił, że krew w jego żyłach zamieniła się w lód.

To było niskie, gardłowe mruknięcie. Nie pochodziło z oddali. Dochodziło zza wielkiego, zwalonego pnia dębu, zaledwie kilka kroków od niego.

Miro zamarł. Wiedział, że ucieczka nie ma sensu, cokolwiek tam było, było szybsze od niego. Powoli sięgnął do pasa, ale jego nóż został przy siodle konia, który spłoszył się podczas ataku. Jedyne, co miał, to odłamek złamanego łuku.

Zza kłody wysunął się cień. Był potężny, barczysty i poruszał się z przerażającą gracją. To był niedźwiedź, ale niezwykły. W blasku księżyca, który na moment wyjrzał zza chmur, Miro zobaczył, że zwierzę ma na szyi dziwny biały znak, przypominający spiralę.16

Niedźwiedź stanął na tylnych łapach, górując nad chłopcem. Miro zamknął oczy, czekając na cios potężnej łapy. Przypomniał sobie twarz matki i ogień na domowym palenisku.

– Swarogu, daj mi siłę – szepnął, choć nie liczył na cud.

Zamiast ryku usłyszał jednak coś, co przypominało... westchnienie. Otworzył jedno oko. Niedźwiedź opadł na cztery łapy, popatrzył na Mira swoimi mądrymi, brązowymi oczami, a potem powoli, ostentacyjnie, odwrócił się i ruszył w stronę skalistego wzniesienia. Przeszedł kilka kroków, zatrzymał się i spojrzał przez ramię, jakby sprawdzał, czy chłopiec idzie za nim.

Miro nie miał wyboru. Intuicja, ten cichy głos w sercu, który ojciec nazywał „szeptem przodków”, podpowiadała mu, że to nie jest zwykłe zwierzę. W puszczy bogowie rzadko objawiali się w swoich prawdziwych postaciach, woleli przybierać kształty mieszkańców lasu.

Szedł za niedźwiedziem przez gęstwinę, która zdawała się rozstępować przed potężnym zwierzęciem. Każdy krok był walką ze zmęczeniem, ale strach powoli ustępował miejsca dziwnemu rodzajowi spokoju.17

W końcu dotarli do ściany wapiennych skał, porośniętych gęstym mchem i bluszczem. Niedźwiedź zatrzymał się przy wąskiej szczelinie, która prowadziła w głąb góry. Mruknął raz jeszcze, po czym zniknął w mroku lasu tak cicho, jakby nigdy go tam nie było.

Miro podszedł do wejścia. W środku było ciemno, ale było to jedyne suche miejsce, jakie widział od godzin. Wszedł do środka, sunąc dłońmi po chłodnych ścianach. Po kilku metrach jaskinia rozszerzyła się. Znalazł małą nieckę wypełnioną suchymi liśćmi, które naniósł tu wiatr.

Opadł na nie, drżąc z zimna. Jego lniana koszula była przemoczona, a palce rąk tak skostniałe, że ledwo mógł je zgiąć. Wiedział, że jeśli nie rozpali ognia, noc go pokona. Zimno wyciągało z niego życie szybciej niż jakikolwiek wróg.

– Muszę mieć ogień – wychlipał, sięgając do kaletki przy pasie.

Znalazł tam krzesiwo, ale było mokre. Krzemień był śliski, a hubka zamieniła się w bezużyteczną papkę. Próbował raz, drugi, trzeci... tylko głuche stuknięcie kamienia o kamień. Żadnej iskry. Żadnej nadziei.

Wtedy jego dłoń natrafiła na coś twardego, zakopanego głęboko w suchych liściach, na których leżał. To nie był kamień ani drewno. To było zimne, gładkie i ciężkie.

Miro wyciągnął przedmiot przed siebie. W słabym świetle, które wpadało przez wejście do jaskini, zobaczył coś, co zaparło mu dech w piersiach.

Był to nóż. Ale nie taki, jakie robili kowale w jego grodzie. Rękojeść była wykonana z ciemnego drewna, owiniętego srebrnym drutem, a ostrze... ostrze było zrobione z czystego, lśniącego żelaza, które mimo panującego mroku zdawało się rzucać własny, delikatny blask. Na głowicy noża wyryty był znak kołowrotu - symbol słońca i wiecznego ognia Swaroga.

Miro poczuł, jak od metalu bije nagłe, niewytłumaczalne ciepło. To nie był tylko nóż. To była obietnica.

– Swaróg – szepnął Miro, a w jaskini nagle zrobiło się jakby jaśniej. – Tyś mi to podarował?.

Z nożem w dłoni, chłopiec poczuł, że choć las zmienił barwę na czarną, w jego sercu wciąż tli się iskra, której żadna ciemność nie zdoła ugasić. Ale czy to wystarczy, by przetrwać do rana, gdy w głębi lasu zaczęły wyć wilki, a echo bitwy wciąż drżało w jego uszach?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij