Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Miss Bee i duch ambasady - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
27 maja 2026
3670 pkt
punktów Virtualo

Miss Bee i duch ambasady - ebook

Eleganckie rauty, spotkania na szczycie… i niepokojące siły we włoskiej ambasadzie.

Londyn, 1925 rok. Leonida Bernabò znajduje wreszcie dla swojej żywiołowej córki Beatrice idealne zajęcie: posadę sekretarki we włoskiej ambasadzie. Miss Bee musi więc odnaleźć się zarówno w biurze, jak i podczas prestiżowych wydarzeń gromadzących londyńską i międzynarodową socjetę.

Do ambasady przybywają dyrektor florenckiej Galerii Uffizi oraz jego koleżanka archeolożka, a także syn ambasadora Edoardo i jego narzeczona Elisa. Na przyjęciu na ich cześć nie może zabraknąć angielskiej śmietanki towarzyskiej. To z kolei oznacza spotkanie z wicehrabią Julianem Lennoxem – którego Beatrice nadal darzy uczuciem – i jego przyszłą żoną, lady Octavią.

Miss Bee będzie miała jednak większe zmartwienia. W ambasadzie w ciągu kolejnych dni, a raczej nocy, dzieją się dziwne i przerażające rzeczy: nagłe hałasy, szepty w ciemnościach, niepokojąca obecność czająca się w wiekowym budynku. Czy to upiory? Siły nieczyste? I czy naprawdę istnieje duch ambasady? A może przyczyna jest bardziej przyziemna…?

Powieść idealna dla miłośników Sherlocka Holmesa, Downton Abbey, eleganckiej atmosfery międzywojennych salonów i sal balowych oraz… nawiedzonych londyńskich posiadłości.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68543-46-9

FRAGMENT KSIĄŻKI

WYSTĘPUJĄ

Beatrice Bernabò, 22 lata, córka profesora italianistyki na Uniwersytecie Londyńskim

Leonida Bernabò, jej ojciec

Clara Bernabò Blunt, jej starsza siostra, zamężna z Hugh Bluntem

Lucilla Bernabò, 9 lat, jej młodsza siostra

Pani Pratt, gosposia i kucharka rodziny Bernabò

W ambasadzie:

Gianandrea Verduno Conti, ambasador Włoch w Zjednoczonym Królestwie

Margherita Verduno Conti, jego żona

Edoardo Verduno Conti, jego syn

Elisa Cavaciocchi, narzeczona Edoarda

Amelia Cavaciocchi, matka Elisy

Ettore Amerighi, radca w ambasadzie

Mildred Herron, pokojówka

Jean March, pokojówka

Emily Jenkins, pokojówka

Kitty Jenkins, siostra Emily

Pani Taylor, gospodyni

Pan Aureli, kucharz

Laurent Drago, członek komitetu naukowego Galerii Uffizi

Sara Ordovàs, włoska archeolożka

Vita Giumarra, obywatelka włoska w Londynie

Pozostałe osoby:

Julian Lennox, jedenasty wicehrabia Warthmore

Archer Blackburn, nadinspektor Scotland Yardu

Carlo Scandiani, przyjaciel Leonidy

Federico Scandiani, jego syn

Lady Octavia Charteris, młodsza córka hrabiego Durrington

Lord James Charteris, hrabia Durrington1
AFRODYTA Z KNIDOS

Aby dojechać z South Kensington na Grosvenor Square, gdzie znajdowała się ambasada Włoch w Wielkiej Brytanii, Beatrice Bernabò musiała się przesiąść do kolejnego autobusu. Jeśli doliczyć kilka odcinków drogi na piechotę, w sumie zajmowało jej to jakąś godzinę.

Mimo to lubiła miejskie życie: to był jej codzienny rytuał dziewczęcej wolności.

Ledwie wsiadła do ogromnego brązowego pojazdu z pokaźnych rozmiarów reklamą Mazawattee – jednego z tych autobusów kursujących na lewo, za to wygodnego, a więc w sam raz – dostrzegła Emily Jenkins, dziewczynę, która podobnie jak ona niedawno podjęła pracę w ambasadzie jako pokojówka na zlecenie. Beatrice często ją spotykała. Ona też zapewne miała około dwudziestu lat; jej twarz była upstrzona piegami, rzęsy naturalnie długie, więc bardzo godne pozazdroszczenia, włosy w pięknej, świetlistej barwie pszenicy, a jej uśmiech sprawiał wrażenie szelmowskiego dzięki nieco krzywym zębom, które absolutnie niczego jej nie ujmowały.

– Zajęłam dla pani miejsce, widząc, że wsiada pani na Piccadilly – wyjaśniła dziewczyna, wskazując siedzenie.

Beatrice uznała to za wyborny przejaw uprzejmości. Przysiadła się więc do dziewczyny, zajętej właśnie zajadaniem ciasteczek, po które sięgała do małego blaszanego pudełka. Emily zdawała się nie przejmować spadającymi jej na brzuch okruszkami.

– Miss Bernabò, czy wie pani, kiedy zjawią się goście? – zapytała Emily.

– Jutro – odparła Beatrice.

Rzeczywiście, nazajutrz we włoskiej ambasadzie zapanuje ożywienie. Z wizytą przybędą dwaj członkowie komitetu naukowego Galerii Uffizi, aby w imieniu Królestwa Włoch domagać się zwrotu Afrodyty z Knidos – posągu z epoki helleńskiej, który, jak twierdziły Włochy, w osiemnastym wieku skradł odwiedzający Rzym angielski dyplomata lord Robert Charteris, czwarty hrabia Durrington. Posąg znajdował się aktualnie w Waterford House, pozostając własnością obecnego lorda Durrington, ojca lady Octavii Charteris.

– Ach tak, trzymamy ją w łazience – powiedziała Octavia, gdy Beatrice do niej zadzwoniła. W ten sposób Beatrice dowiedziała się, że pertraktacje między Włochami a Zjednoczonym Królestwem trwają od jakiegoś czasu, a ojciec Octavii, lord Durrington, istotnie został zaproszony do ambasady na rozmowy z członkami komitetu naukowego, córka zaś ma mu towarzyszyć.

Był to doprawdy cudowny traf.

– Jutro – powtórzyła Emily Jenkins – przybędzie także syn jego ekscelencji wraz z narzeczoną. Gospodyni, pani Taylor, nie pozwala nam się zbliżać do pokojów, mówi, że tylko pokojówka Mildred może dostąpić tego zaszczytu.

Jedyny syn ambasadora, Edoardo Verduno Conti, miał dwadzieścia sześć lat, studiował nauki ekonomiczne w Londynie i przebywał we Florencji z długą wizytą u panny Elisy Cavaciocchi, z którą był zaręczony od urodzenia, o ile nie wcześniej.

W ciągu blisko pięciu lat spędzonych w Londynie Beatrice natknęła się nań ledwie kilka razy przy okazji kolacji, co było jednak rzadką sposobnością, biorąc pod uwagę długoletnią przyjaźń Leonidy Bernabò z Gianandreą Verduno Contim. Zdaniem jej siostry Clary ambasador i jego małżonka Margherita starają się, by ich syn nie spotykał się zbyt często z siostrami Bernabò, a przynajmniej nie pielęgnował z nimi przyjaźni.

Tymczasem autobus przemierzał Regent Street w kierunku Oxford Street. Dzień był słoneczny, Beatrice zaś pomyślała: „Jeszcze trochę i nadejdzie wiosna”.

– Jak pani dotarła tu z Włoch, miss Bernabò?

Beatrice doskonale pamiętała swoją podróż sprzed pięciu lat. Po oficjalnym mianowaniu jej ojca Leonidy na stanowisko profesora na wydziale filologii włoskiej w Wielkiej Brytanii on, wraz z nią i jej obiema siostrami, Clarą i Lucillą, wsiedli do pierwszego pociągu z Florencji do Mediolanu, a tam do Simplon Orient Expressu, który od 1919 roku przejeżdżał tunelem Simplon.

Opisała Emily całą wyprawę, nie szczędząc szczegółów, których dziewczyna łaknęła, ponieważ nigdy nie wyściubiła nosa poza Anglię. Beatrice z przyjemnością wspominała wagon sypialny urządzony niczym wiktoriański salon, następnie postój w Paryżu („Mój Boże, Paryż!!!”, wykrzyknęła Emily), gwałtowne kołysanie między Calais a Dover – Lucilla zwymiotowała cały tort, który wcześniej zjadła; ciepły i kwaśny strumień czekolady nieodwracalnie zniszczył nowy płaszczyk – a potem pociąg do samego Londynu. Była to długa, męcząca podróż i – jak na ich skromne oszczędności – dość kosztowna, więc Beatrice zdawała sobie sprawę, jakie musiała budzić pragnienia w dziewczynie takiej jak Emily, która marzyła o przygodzie.

– W takim razie syn jego ekscelencji wraz z narzeczoną przyjadą porządnie zmęczeni.

– Możesz być tego pewna – skwitowała Beatrice, twierdząc, że sama jeszcze się nie pozbierała po tamtej podróży.

Albo prawdopodobnie nie: będą bowiem podróżować pierwszą klasą, otoczeni wszelkimi wygodami. Należało się spodziewać, że panna Cavaciocchi ma osobistą pokojówkę, która nosi jej bagaże, czego nie sposób przecenić, gdyby nieboraczkę dopadło lumbago.

– Miss Bernabò, mogę pani zadać ostatnie pytanie?

– Oczywiście – odparła Beatrice, rzucając okiem na Berkeley Square, jeden z jej ulubionych placów w całym Londynie.

– A tego ducha to pani czasem słyszy?

Beatrice oderwała wzrok od okna i odwróciła się w stronę Emily.

– Ducha? – powtórzyła zakłopotana.

– Ambasadę nawiedza duch, wszyscy o tym wiedzą!

– Pierwsze słyszę! Co to znowu za historia? – przynagliła Beatrice, która miała pewną słabość do opowieści gotyckich (przecież nie przypadkiem pochłaniała książki Caroliny Invernizio).

– Bardzo smutna historia, jak wszystkie o duchach – odrzekła Emily z konspiracyjną miną. – To duch lady Mary Ingham. Była córką przeraźliwie bogatego handlarza cukrem i przybyła z dalekiej wyspy, żeby poślubić pewnego hrabiego. Mieszkała tutaj, w tych samych pokojach, w których teraz pani pracuje.

Beatrice wyrwała się odpowiedź:

– Mnie się nigdy nie ukazała!

– Hrabia zamknął ją w szpitalu dla obłąkanych, bo mówiła, że widzi duchy… Ale po krótkim czasie musiał ją zabrać z powrotem do domu, bo okazało się, że jest w ciąży. Zmarła przy porodzie w trakcie potwornie zimnej nocy, przeklinając hrabiego i cały jego ród, i od tej chwili – dokończyła dziewczyna, teatralnie ściszając głos – lady Ingham nawiedza pałac, mroczna i przerażająca niczym duchy, które prześladowały ją przez całe życie.

Beatrice tak mocno pochłonęła ta opowieść, że niemal nie spostrzegła, jak dotarły na miejsce; błyskawicznie opuściły autobus, po czym przemierzyły serce Mayfair przy pogodzie, która wcale nie była angielska. Gdy pozdrowiły trzymających u wejścia straż wartowników, Beatrice z miejsca ruszyła do maleńkiego gabinetu, który jej przydzielono wraz z funkcją urzędniczki kancelarii dyplomatycznej. W praktyce sortowała korespondencję, a w razie potrzeby udawała się do biura poczty i telegrafu, aby wysłać wiadomości w imieniu któregokolwiek członka licznego korpusu dyplomatycznego. Korpusu, w którym panowała ścisła hierarchia, chociaż Beatrice jeszcze nie zdążyła się zorientować, jaka jest różnica, dajmy na to, między sekretarzem a radcą.

Ledwie powiesiła łososiowy żakiet z czesanej wełny, do którego wpięła broszkę w kształcie pszczoły, podarowaną jej przez Kita Ashbury’ego, otrzymała informację, że czeka na nią ambasador we własnej osobie.

Weszła do gabinetu Gianandrei Verduno Contiego, gdzie zastała również jego małżonkę, Margheritę, oraz Ettorego Amerighiego (i w tej samej chwili zastanowiła się, czy on jest sekretarzem, czy radcą). Mężczyzna, niezależnie od pełnionej przez siebie funkcji, przedstawiał właśnie pogłoski krążące na temat zbliżających się zaręczyn lady Octavii Charteris z generałem Neville’em Harclayem.

– Słyszałaś, Beatrice? – zapytała Margherita Verduno Conti, której uwagi nie uszły więzy przyjaźni łączące młodą Bernabò i arystokratkę.

Beatrice czuła się w obowiązku zaprzeczyć Amerighiemu.

– Panie sekretarzu…

– Radco – sprostował.

Cóż, może przynajmniej teraz już zapamięta. W takim razie kto jest sekretarzem? Może tamten młodzieniec w okularach jak denka butelek, zdecydowanie sympatyczniejszy od niego.

– Lady Charteris poślubi Juliana Lennoxa, wicehrabiego Warthmore. – Wypowiedzenie tego na głos niemal już nie sprawiało bólu, nie bardziej niż stwierdzenie, że zimą jest zimno, a latem gorąco.

– Jak to? – zapytał zdumiony ambasador.

Beatrice wzruszyła ramionami i odparła:

– Wiem to na pewno.

On i Harclay znali się dość dobrze: generał sympatyzował z faszystami i robił, co mógł, by znaleźć podobną partię w Anglii. Fatalne skutki braterstwa ich obu Beatrice odczuła na własnej skórze.

– Powinienem był sam to sprawdzić – oznajmił ambasador, podczas gdy Ettore Amerighi bladł coraz bardziej, wpatrując się w Beatrice z urazą.

Był to urodziwy, wysoki i dobrze zbudowany mężczyzna, z wciąż jasną i gęstą czupryną mimo zapewne przekroczonej pięćdziesiątki.

Verduno Conti i jego żona Margherita wymienili chytre spojrzenia, po czym Gianandrea dodał:

– Miałaś rację, Margherito, nasza Beatrice zna najpikantniejsze ploteczki z wyższych sfer. Pracowałaś przez jakiś czas dla ciotki wicehrabiego Warthmore, nieprawdaż? – ciągnął Verduno Conti.

– To był krótki, ale jakże przyjemny przerywnik.

– Och, rozumiem. I dobrze znasz jego lordowską mość, o ile się nie mylę. – W jego tonie kryła się aluzja.

Beatrice poczerwieniała, mimo to powiedziała z godnością:

– Tak, ekscelencjo. Niekiedy nasze drogi się krzyżowały.

Ileż ją kosztowało to jakże zimne tłumaczenie. Lecz czy w gruncie rzeczy fakty nie dowiodły, że nie chodziło o nic więcej? Jedną z niewielu pewnych rzeczy w jej w życiu było przekonanie, że ich drogi już nigdy nie mają się skrzyżować.

– Czy zaręczyny są oficjalne?

– Oficjalne i nieodwołalne.

– A kiedy będzie ślub? – indagował ambasador.

Beatrice chętnie dzieliła się swoją wiedzą, lecz w tym przypadku każde słowo zaczynało jej ciążyć.

– Daty jeszcze nie ustalono. – „Nie żeby to miało jakieś znaczenie”, powiedziała sobie w duchu.

– Czy mamy objąć zaproszeniem również lorda Warthmore? – zapytał ambasadora Amerighi.

Beatrice zalała fala emocji.

– Uczynienie tego w ostatniej chwili jest wulgarne – skwitowała Margherita.

– Pominięcie zaproszenia jeszcze bardziej – odparował jej mąż, wzruszając ramionami.

Ettore odwrócił się ku Beatrice i podał jej standardowy tekst gotowy do przepisania i doręczenia Julianowi Lennoxowi, wicehrabiemu Warthmore.

Wkrótce potem, zabierając się do wykaligrafowania jego nazwiska, Beatrice zastanowiła się, czy Julian rozpozna jej pismo.

Tymczasem na Queen’s Gate, przed opuszczeniem domu i udaniem się na Uniwersytet Londyński, gdzie wykładał filologię włoską, Leonida Bernabò kreślił list, którym wcale nie był usatysfakcjonowany.

Do Jego Ekscelencji Podsekretarza Stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych

Wasza Ekscelencja zechce mi wybaczyć, że zwracam się bezpośrednio do Pana, ale dotycząca mnie sprawa jest najwyższej wagi i moim zdaniem nie istnieje inny stosowny sposób na doprowadzenie do szczęśliwego rozwiązania.

Ja, Leonida Bernabò di Luigi, urodzony we Florencji w roku 1873, absolwent filologii klasycznej, obecnie jako profesor wykładam italianistykę na Królewskim Uniwersytecie Londyńskim.

Jako że zbliża się dla mnie moment przedłużenia prawa pobytu na angielskiej ziemi, uważam za konieczne rozwianie wszelkich Pańskich wątpliwości na temat moich rzekomych rozterek duchowych.

Leonida odłożył pióro na biurko i potarł oczy. Dopadły go mdłości.

Znajdował się w trudniejszej sytuacji, niż jeszcze do niedawna sądził. Zresztą czemu miałby się dziwić? Rok 1925 rozpoczął się pod znakiem kłopotów.

Nadeszła wieść, że Uniwersytet Londyński, gdzie wykładał od marca 1920 roku, domaga się od rządu włoskiego funduszy na odnowienie jego kontraktu. Pozycja Leonidy dosłownie wisiała na włosku, albowiem w Rzymie nie cieszył się wystarczającym szacunkiem, ponieważ uważano, że nie jest dostatecznie związany z ideologią rządu. Złożył ostateczną wersję listu, którą udało mu się sklecić z ogromnym trudem, i wsunął do kieszeni płaszcza. Gdy wyszedł z domu, powitał go osobliwie rozświetlony Londyn; miał zatem nadzieję, że Hugh, jego zięć, zadbał o wyprowadzenie jego córki Clary na powietrze, aby owe śmiałe promienie pieściły jej bladą i wychudłą twarz i ogrzały jej biedne, pogrążone w żalu serce.2
PANNA CAVACIOCCHI

Panna Elisa Cavaciocchi spodziewała się, że Londyn okaże się miastem pełnym zgiełku i szarym od mgły oraz sadzy.

Tymczasem zastały ją piękny słoneczny dzień, lśniące auta i czerwone autobusy, białe, wytworne domy, wielkie parki, a na skrajach ulic drzewa, które zaczęły się nieśmiało zielenić.

Nasadziła kapelusik na jasnowłosą główkę i odwróciła się twarzą do towarzyszącej jej matki, pani Amelii, nie wypadało bowiem, by dziewczyna podróżowała jedynie z narzeczonym.

– Czy to wszystko nie jest nadzwyczaj ekscytujące? W porównaniu z tym Florencja wydaje się potwornie nudna.

Edoardo wręczał właśnie suty napiwek gońcowi przed białymi kolumnami ambasady włoskiej.

– Nie przywiązuj się – odparł, spoglądając na nią z ukosa.

Elisa westchnęła; Edoardo z upodobaniem ciągle gasił jej entuzjazm. Powtarzał, że to dla jej dobra, bo ekscytacja może wypaczyć osąd, a wiadomo, dokąd wypaczony osąd by ją zaprowadził…

Tymczasem oto szła jej naprzeciw przyszła teściowa, wyższa niż przeciętna kobieta, o włosach koloru wyjątkowo agresywnej rudości, z ramionami wyciągniętymi do pachnącego uścisku.

– Dobrze wyglądasz, moja droga. Masz cudowną cerę – oznajmiła Margherita, po czym położyła jej dłoń na biodrach, jakby chciała sprawdzić ich miękkość; wiecznie biadoliła, że dziewczyna jest za chuda.

Elisa czuła się przytłoczona emocjami, toteż wsparła dłoń o inkrustowany jaspisem i lapis-lazuli marmurowy stolik stojący pod flamandzkim arrasem, który przedstawiał polowanie na dzika. Utkwiła wzrok w ukrytym wśród gałęzi dzikim wieprzu, podczas gdy kobiety gawędziły o podróży.

– Amelio, Eliso, przedstawiam wam miss Beatrice Bernabò.

Elisa posłała jej uśmiech: obecność rówieśnicy o miłej powierzchowności złagodziła jej napięcie. Spostrzegła, że Edoardo również skinął głową, jakby znał ją od dawna.

– Bernabò? – powtórzyła Amelia, przyglądając się uważnie dziewczynie, a następnie obrzucając Margheritę pytającym spojrzeniem. – Czy to aby nie córka biednej Virginii i Leonidy?

Panna Bernabò spiekła raka, gdy tymczasem Margherita przytaknęła:

– Owszem, młodsza.

Amelia odwróciła się i zmierzyła dziewczynę od stóp do głów.

– Jest pani do niej bardzo podobna, moja droga – powiedziała współczującym tonem. W rzeczywistości uporczywie wpatrywała się w bliznę na policzku Beatrice, zamaskowaną dobrym pudrem, który jednak nie zdołał jej całkiem ukryć.

– Podoba się pani praca tutaj, miss Beatrice? – zapytała z ciekawością Elisa. Więcej, była wręcz zafascynowana swoją rówieśnicą: wydawała jej się taka inna i… nowoczesna, miała niesamowite włosy, podobnie jak całą postawę, taką swobodną…

Elisa chętnie obcięłaby swoje w ten sam sposób, ale gdy głośno obwieściła ów pomysł przed Edoardem, ten odparował:

– Mowy nie ma.

– Tak, podoba mi się – odrzekła panna Bernabò, splatając blade palce.

– Dawno opuściła pani Florencję? – dopytywała Elisa.

– Jutro minie dokładnie pięć lat – odparła Beatrice.

– I od tamtego czasu pani nie wróciła? – Panna Bernabò pokręciła głową. – Nie tęskni pani?

– Tak, oczywiście… – Po jej niezbyt przekonujących słowach zapadło wszakże milczenie.

Tymczasem Amelia rozglądała się dokoła, jakby szukała osoby, której zabrakło. W końcu zapytała Margheritę:

– Twój brat Antonio już wyjechał?

Ambasadorową ogarnęło zniecierpliwienie: Amelia jak zwykle zachowywała się jak głupia gęś. Przyjaźniły się od zawsze, jednak tego rodzaju przyjaźnią, że jedna kocha drugą, a jednocześnie życzy, by spotkało ją coś złego.

– Owszem, Amelio. Zresztą dawno temu. Pewnie jesteście zmęczone – oznajmiła w końcu Margherita, zerkając w stronę piętra.

– Nie byłam tak zmęczona od porodu – stwierdziła Amelia.

Porównanie to nie przypadło do gustu Marghericie, która skrzywiła górną wargę i tylko powiedziała:

– Pokażę wam pokoje. Edoardo, ty zostań tutaj. Ojciec zaraz wróci.

Elisa skinęła mu na pożegnanie i oddaliła się w kierunku schodów.

Znajdowała się w ich połowie, gdy doznała niespodziewanego wrażenia. Wrażenia, które jednak dobrze znała.

Dotarłszy pod drzwi pokoju Elisy, Margherita przekręciła gałkę. Przez południowe okno torowało sobie drogę światło słoneczne.

– Odpoczywaj, moja droga – rzekła ze sztucznym uśmiechem, po czym wyszła, zamykając za sobą drzwi.

Gdy Elisa została w pokoju sama, rozejrzała się dokoła. Rozpięła kołnierzyk bluzki, a naszyjnik z pereł położyła na gzymsie kominka, w którym płonął ogień. W tej samej chwili usłyszała ciche zawodzenie, jakby wydobywające się z paleniska spod ziemi. A jednocześnie wrażenie trwało. Było niczym fala gorąca w głębi trzewi, któremu zarazem towarzyszą zimne dreszcze na skórze. Gdy nadchodził ów silny niepokój, nie dało się go pomylić z niczym innym.

Westchnęła i wyszeptała modlitwę do Matki Boskiej.

Wieczorem, zaraz po kolacji na Queen’s Gate, Lucilla bawiła się lalkami, z których dopiero co uczyniła swoje siostry. Była dla tych bladych lalek nianią pełną czułości, ale z odrobiną dziwactwa.

Leonida i Beatrice spierali się o to, które z nich pójdzie nazajutrz do Clary.

Najstarsza z sióstr Bernabò wracała do sił fizycznych i duchowych po stracie nienarodzonego dziecka. Było to wydarzenie tak dramatyczne, że cudem przeżyła, a jego ceną okazała się niemożność posiadania dzieci. Stało się to pod koniec grudnia i choć od tamtej pory upłynęły dwa miesiące, stan ducha Clary się nie poprawiał.

– Tęsknię za nią. Ja chciałabym pójść – rzekła właśnie Beatrice.

Leonida zastanowił się. Obdarzał średnią córkę prawie całkowitym zaufaniem, stała się ona jednak przedmiotem nieakceptowalnych plotek, których akurat na tym etapie należało skrzętnie unikać. Kto jest mu w stanie zaręczyć, że ten niepoprawny wicehrabia Warthmore nie zaczai się, kiedy Beatrice będzie wychodziła, wracała albo się przemieszczała, aby znów zastawić na nią sidła?

– Lepiej, żebym ja poszedł.

– W takim razie przynajmniej zaczekaj, aż skończę w ambasadzie, i pójdziemy razem.

Rozkład zajęć obydwojga z trudem dało się pogodzić i dlatego odwiedzali Clarę osobno.

Ponieważ obiekcje Leonidy wynikały z podejrzenia jakiejś upiornej intrygi między córką a tym libertynem Julianem Lennoxem, postanowił, że natychmiast pójdzie sam.

– Beatrice, moje najdroższe kochanie. Czy widziałaś się z lordem Warthmore?

Postawienie tego pytania wymagało od niego intensywnego wysiłku.

I było to pytanie podchwytliwe, ostatnia rzecz, jakiej Beatrice mogła się spodziewać.

– Nie – zapewniła skwapliwie.

Ojciec kontynuował, jakby się nie odezwała.

– Bo, widzisz, Gianandrea wyraził się jasno. Możesz zostać w ambasadzie pod warunkiem, że przestaną o tobie krążyć pewne pogłoski.

Beatrice zmarkotniała. A niech sobie krążą, gdybyż przynajmniej opierały się na minimum prawdy.

– Tato, wiesz lepiej ode mnie, że „plotka jest jak wiatru tchnienie…” Niezależnie od tego, jak postąpię.

– Oczywiście. Ale jeśli dajesz pretekst, szansa, że jest w niej ziarno prawdy, wzrasta.

– Nie daję pretekstu – odparła niczym echo, przygaszona.

Odkąd Clarę wypisano ze szpitala, Beatrice więcej nie widziała ani nie słyszała Juliana Lennoxa, a teraz jeszcze sądziła, że jej dwa jedyne doświadczenia miłosne, skądinąd bardzo różne i sprzeczne, w gruncie rzeczy były zbieżne: Kit potraktował ją nadzwyczaj źle, z kolei Julian, na swój sposób, aż nazbyt dobrze, choć mocno kontrowersyjnie. A na koniec i tak obaj odeszli.

Ona zaś odczuwała rozgoryczenie, że nigdy tak naprawdę niczego nie wybrała; zarazem odnosiła wrażenie, że znosząc humory i ulegając wyborom ich obu, nauczyła się czegoś bardzo istotnego. Nigdy więcej nie pozwoli na to, żeby jej los zależał od decyzji mężczyzny.

– Tym lepiej – odparł wcale nieprzekonany Leonida. Nadal dręczyło go poczucie winy, że pozwolił jej na ów długi pobyt w Alconbury. – Dobrze ci radzę, Beatrice, miej oczy i uszy otwarte.

Otwarte na co? „Dobre sobie!”, pomyślała z goryczą Beatrice.

– I wiedz, że nie zamierzam zmieniać tekstu mojego epitafium, który już ułożyłem.

Na wszelki wypadek Beatrice znała go na pamięć.

Tu spoczywa znakomity ojciec rodziny Leonida Bernabò; płonęła w nim wyłącznie miłość do latorośli, którym zostawił spuściznę ubogą w dobra materialne, za to obfitującą w reputację.

– Co zaś tyczy się Clary – ciągnął ojciec z powagą – pójdziemy razem w sobotę.

– Nie mogę. Będzie oficjalna kolacja dla delegacji z Florencji… Przecież ci o niej mówiłam.

– Ach, ci od greckiego posągu. Tak jakby we Włoszech nie było innych problemów do załatwienia.

– Dla twojej wiadomości będzie tam lord Warthmore, bo jak wiesz, żeni się z lady Charteris.

W Leonidę wstąpiła nadzieja. Nie, nie wiedział i bardzo się cieszył, że się dowiedział. Beatrice mówiła więc dalej:

– Na wieczór zaplanowano raut. – Zapewne byłoby lepiej, gdyby z niego zrezygnowała, ale to się nie liczyło, bo ona była i tak nieustannie rozdarta między pragnieniem, aby go więcej nie zobaczyć, a pragnieniem, by ujrzeć go znowu.

– Pewnie. To Włochy płacą…

– Mógłbyś pójść ze mną.

– Na kolację?!

– Tato, widzę, że masz ochotę się pokłócić – zauważyła Beatrice.

– Już ja wiem swoje… wiem swoje!

Beatrice pogładziła go po ramieniu, spostrzegając, że szwy na rękawie marynarki niezauważalnie się rozeszły. Musi pamiętać, żeby po powrocie z pracy je wzmocnić. Szyła, łatała i haftowała z talentem, a nawet wciąż wytwarzała abażury.

Tę aktywność Beatrice lubiła obecnie szczególnie. Nauczyła się jej od ich pierwszej gosposi, pani Wolfe, która z kolei zawodu wyuczyła się od męża. Zajęcie to narodziło się jako domowa rozrywka dla zabicia czasu, jako że tuż po przyjeździe do Włoch dziewczęta nie zdążyły zawrzeć wielu przyjaźni i większość godzin spędzały na nauce angielskiego. Beatrice mocno pochłonęło urządzanie własnej małej pracowni na poddaszu, gdzie pozostawała prawie przez cały wolny czas, a wyrabiane przez nią abażury były tak urocze, że udawało jej się sprzedawać je panu Finghamowi, kupcowi z Charing Cross. Teraz jednak mogła się im poświęcać wyłącznie w przerwach, choć Beatrice postrzegała swój etat w ambasadzie jedynie jako przejściowy i konieczny, by uciszyć ojcowskie obawy. Jej najgorętszym pragnieniem było rozwiązać umowę jak najprędzej i oddać się abażurom w pełnym wymiarze godzin.

Tymczasem Leonida ścisnął jej dłoń i obdarzył czułym uśmiechem, który wszakże stanowił jedynie przebłysk na jego pogrążonej w zadumie twarzy.

– Tato… Czy są jakieś wieści z Rzymu? – zapytała.

Leonida wzruszył ramionami i pokręcił głową.

– Chociaż jeśli chodzi o ciebie… Gianandrea zagwarantowałby ci stanowisko i również z tego powodu, powtarzam po raz kolejny, jest niezwykle istotne, żebyś…

– Nie musisz się obawiać.

– Na szczęście Clara, pomimo wszystkich nieszczęść, ma męża Anglika.

– Ale ty i Lucilla…

– Zawsze pozostaje jeszcze włoskie liceum w Konstantynopolu!

Leonida zrobił aluzję do propozycji otrzymanej od dawnego profesora uniwersytetu, ale kto zdrów na umyśle chciałby wyjechać do Konstantynopola i dać się wypatroszyć Turkom. Na litość boską.3
NIESPODZIEWANY GOŚĆ

Beatrice stanęła przed polakierowanymi na ciemnoniebieski kolor drzwiami domu swojej siostry w Blackfriars. Gdy zadzwoniła, otworzyła jej pani Shaw, pomoc domowa, którą Clara zatrudniła po swym ślubie.

– Jak się dzisiaj miewa pani Blunt? – zapytała, zdejmując kapelusz i poprawiając grzywkę.

– Jak zwykle, miss Beatrice – odparła tamta zgaszonym głosem.

Czyli nie za dobrze. Rozejrzała się: Hugh nie było w domu.

Weszła do saloniku; jego ściany pokryto tapetą Williama Morrisa, której, wiedziała o tym, Clara nie lubiła – to matka Hugh ją wybrała, a obydwie miały całkiem odmienne gusty.

Ukośnie przez okno widoczny był ruch na Blackfriars Bridge. Clara siedziała w fotelu i wpatrywała się w niego otępiałym wzrokiem. Spostrzegłszy obecność siostry, podniosła oczy i pomachała na powitanie.

Beatrice usiadła obok niej.

– Masz brudne włosy. Chcesz, żebym pomogła ci je umyć?

Z początku blizna po operacji ograniczała jej ruchy. W tej chwili to już nie mogła być dobra wymówka, toteż Clara odrzekła:

– Daję radę sama. Po prostu mi się nie chce.

– Albo mogłabyś ulec modzie i je obciąć.

Clara instynktownie ścisnęła w dłoni długi warkocz i pokręciła głową.

Beatrice zastanawiała się, co począć. Pobłażać jej i współczuć czy spróbować pokazać jakąś inną drogę?

– Claro, musimy iść naprzód…

– To idź.

– We właściwym czasie moglibyście pomyśleć o adopcji dziecka. Nie bylibyście pierwsi.

– To znakomity pomysł, dzięki. Nigdy na to nie wpadłam.

Zignorowawszy sarkazm, Beatrice podsunęła siostrze czekoladowe ciastko, które kupiła u Fortnuma and Masona. Clara popatrzyła łakomie, po czym wbiła w nie zęby, przymykając oczy z rozkoszy. Wyrwał jej się cichy jęk błogości.

– Dziękuję – powiedziała między kolejnymi kęsami. – Potrzebowałam tego, Bóg jeden wie, jak bardzo.

Beatrice zanotowała sobie w pamięci, by zawsze mieć je pod ręką.

– Teraz umyjemy włosy – oświadczyła, biorąc się pod boki i mierząc siostrę z góry na dół.

– Dla kogo? Widzisz tu gdzieś mojego męża?

– Dla ciebie.

Dokładnie w tej samej chwili, mimo że nawet nie wymieniły jego imienia, Hugh wrócił do domu. Jak zwykle miał tak wyniosłą minę, że Beatrice, zresztą nie po raz pierwszy, zadała sobie pytanie, co takiego widziała w nim jej siostra. A przecież połączyła ich miłość, tego była pewna, bo kiedy Clara poznała Hugh, mówiła wyłącznie o nim. Owszem, zgoda, był nieco szorstki i nie dość serdeczny, ale w końcu przyciągnięcie uwagi kogoś takiego stanowiło wyczyn, który tym mocniej napawał dumą.

– O, dzień dobry, Beatrice. Przyszłaś dotrzymać jej towarzystwa? Dzięki.

Hugh dzierżył w dłoniach najsmutniejszy bukiecik kwiatów, jaki można sobie wyobrazić, a Beatrice zauważyła, że siostra ledwie zaszczyciła go jednym spojrzeniem.

– Beatrice, przekażesz kwiaty pani Shaw, by włożyła je do wazonu? – zapytała Clara.

– Pewnie – odparła.

Zarazem usłyszała, jak Hugh mówi do żony:

– Wróciłem, żeby nie zostawiać cię samej, ale skoro jest twoja siostra…

– Ale ja właśnie wychodziłam – wtrąciła czym prędzej Beatrice. Nie żeby to była prawda, ale pomyślała, że jej siostra i szwagier powinni spędzać jak najwięcej czasu razem, skoro Hugh i tak często bywa nieobecny z powodu pracy.

– Nie, a właściwie dzięki, jeśli jeszcze trochę zostaniesz – odrzekł odrobinę władczo Hugh. – Skorzystam z tego, żeby wpaść do Barclays, na Lombard Street.

Już zdążył włożyć z powrotem płaszcz, który zapewne jeszcze nie ostygł.

– Do zobaczenia, moja droga – powiedział do żony, znikając w drzwiach.

– Szkoda, że nie umarłam – skwitowała sucho Clara, drobnym kroczkiem podążając za Beatrice do łazienki.

Florencja, 31 stycznia 1925 roku

Bernabò,

pesymizm wobec spraw w naszym kraju stał się już tragiczną rzeczywistością, zaś okoliczności skłaniają ku politycznemu działaniu, od którego nie sposób się dłużej odżegnywać.

Z własnych czynów rozliczam się wyłącznie przed Bogiem i wiem, że prędzej czy później zrobisz to samo. Musisz wszakże odnieść się teraz do pewnej prośby: Federico udaje się do Zjednoczonego Królestwa, a kiedy otrzymasz ten list, prawdopodobnie zdąży już dotrzeć na miejsce. Decyzja o podróży została podjęta nagle i nie zdołaliśmy Cię zawiadomić z wymaganym i stosownym wyprzedzeniem.

Jeśli prawdą jest, że ojciec chrzestny to ktoś, kto zapewnia powierzonej mu istocie duchowe przewodnictwo, tak samo prawdą jest, że ich losy stanowią jedność i że w najtrudniejszej chwili nie można się już wycofać. Proszę Cię o gościnę dla niego w Twoim domu.

To nie potrwa długo. Federico będzie uczęszczał do szpitala, żeby doskonalić swoje umiejętności. Nie sprawi Ci kłopotu.

Przyjmij wyrazy mojej wdzięczności,

Twój na zawsze oddany brat

Scandiani

Gdyby po powrocie z uniwersytetu Leonida zamiast listu zastał Carla Scandianiego czającego się, by rąbnąć go prosto w twarz miedzianą patelnią, zniósłby mniejsze męki. Prosić akurat jego, przy dwóch dziewczętach w domu, o gościnę dla dwudziestopięcioletniego wywrotowca, to był zamach na jego tętnice wieńcowe.

Doskonalenie umiejętności, a jakże. Leonida dobrze wiedział, że chłopak, który dopiero co ukończył medycynę, znajdował się pod stałym dozorem policji. Owszem, podawał go do chrztu, i owszem, od dzieciństwa traktował go jak syna, którego sam nie miał, ale przecież istniały granice podyktowane zdrowym rozsądkiem – granice, które przez Carla od zawsze musiał przekraczać.

Jednocześnie Leonida równie doskonale wiedział, że udzieli gościny Federicowi, nawet jeśli wieść o tym miała dotrzeć do uszu Gianandrei: gdyby odmówił, nie mógłby już spojrzeć na siebie w lustrze. I rzecz jasna dotrze, to nie było coś, co można długo utrzymać w tajemnicy. Leonida odwoła się do dawnej przyjaźni, która łączyła niegdyś także Carla i Gianandreę, i ubierze ją w absolutnie bezsporną neutralność. Tak, taką drogę należało obrać.

Pozostało ustalić, gdzie umieści chłopaka; był to twardy orzech do zgryzienia, który okrutnie go martwił. Nie mieli pokoju gościnnego. Do wyboru była klitka obok kuchni w suterenie albo poddasze Beatrice – jej zawalona abażurami rupieciarnia, oczywiście przy założeniu, że zgodzi się je odstąpić. Taką przestrzenią dysponowali, a chłopak będzie musiał się przystosować.

– Pani Pratt – zawołał. Gdy tylko gosposia się przed nim pojawiła, oświadczył: – Trzeba znaleźć łóżko polowe u handlarza starociami.

– Profesorze, ale ja robię sałatkę jarzynową.

O ile można ją było tak nazwać, ponieważ danie, które pani Pratt zwykle stawiała na stole, stanowiło mieszaninę wszystkiego jak leci.

– Nie ma pośpiechu. Tymczasem oczekujemy gościa i łóżko polowe zostanie ustawione w pokoiku na dole. Proszę poszukać także porządnego materaca, żeby to nie było gniazdo pluskiew sięgające epoki Tudorów. Dziękuję, pani Pratt.

– Profesorze, proszę sobie pozwolić powiedzieć, że niedobrze, żeby gościł pan w domu mężczyznę.

To była, rzecz jasna, prawda, ale dla samej przyjemności odgryzienia się Leonida rzekł:

– Kto pani powiedział, że to mężczyzna?

– Gdyby to była kobieta, spałaby razem z miss Beatrice, jak to zrobiła jej ekscelencja lady Charteris. A skoro ona się przystosowała, to każdy może się przystosować.

– Słuszna obserwacja, pani Pratt. Ale proszę się nie martwić. To zbyt długo nie potrwa.

– Kiedy przybędzie gość? Postaram się o młodego, ale sporego gołębia, żeby go przyrządzić z jajkiem, masłem i ozorkiem.

Leonidzie żołądek wywrócił się na drugą stronę.

– Dam pani znać.

Teoretycznie mógł przybyć w każdej chwili. Należało więc działać z wyprzedzeniem i z niewzruszoną niewinnością: gdy tylko Federico się pojawi, zawiezie go do ambasady.

Po powrocie do domu, nie pozwoliwszy sobie nawet na krótką pogawędkę z ojcem, Beatrice zaszyła się na poddaszu i przystąpiła do oklejania abażura wstążką. Niedawno na Oxford Street widziała wyeksponowane na wystawach tak zwane modernistyczne lampy, które uważała za okropne, zaś pan Fingham powiedział, że rynek abażurów nieco się kurczy. Nie dawało jej to spokoju i zachodziła w głowę, jak ludzie mogą woleć owe przedmioty o tak natarczywym wyglądzie od magicznego światła pięknego abażura.

W progu ukazała się pani Pratt, lekko zdyszana z powodu wspinaczki po schodach.

– Miss Beatrice, ma pani gościa.

– Kto to taki? – zapytała, nie podnosząc głowy znad abażura.

– Nadinspektor Blackburn.

Beatrice przerwała pracę, uświadamiając sobie, że wiadomość nie pozostawiła jej obojętną.

Nie przejęła się, chociaż w ciągu ostatnich miesięcy spotykała nadinspektora wyłącznie w związku z przykrymi sprawami, nigdy dla przyjemności. A ponieważ nie spodziewała się złych wieści, najprawdopodobniejsze wydawało się wyjaśnienie, że Blackburn wpadł z kurtuazyjną wizytą, ona zaś uznała, że taka ewentualność, choć trzeba by ją starannie zweryfikować, sprawiała jej radość.

– Czy ojciec jest w domu? – spytała panią Pratt.

– Nie, miss Beatrice, wyszedł z Lucy kupić książkę.

Odłożyła abażur, wygładziła fałdy sukni i zeszła na dół.

Archer czekał na nią, stojąc, ubrany w dzienny garnitur i śnieżnobiałą, dobrze wykrochmaloną koszulę. Jego kasztanowe włosy wydawały się delikatniejsze i jaśniejsze, zapewne dlatego, że były mniej sklejone niż zwykle.

Policjant przywitał ją skinieniem głowy pełnym szacunku.

– Dzień dobry, miss Bernabò.

– Dzień dobry, panie nadinspektorze – odparła. – Proszę, niech pan siada.

– Nie trzeba. Byłem w pobliżu i pomyślałem, że panią odwiedzę, aby zapytać o siostrę.

Tamtego dnia, gdy Clarę zabrano do szpitala, Beatrice znajdowała się akurat w towarzystwie nadinspektora Blackburna. Z jakąś tragiczną gotowością to właśnie on zawiózł autem ją i Leonidę do Szpitala Świętego Bartłomieja. Jak można się było spodziewać, nadinspektor okazał się dobrze wychowany, nazajutrz wysłał jej bilecik z pytaniem o stan zdrowia Clary, a po jakimś czasie kolejną wiadomość. Od tamtej pory Beatrice więcej go nie widziała ani nie słyszała.

– Na dworze jest zimno. Na pewno chętnie napije się pan herbaty – nalegała Beatrice.

Wobec tego Archer skinął potakująco głową i nieznacznie się uśmiechnął, siadając w jednym z foteli w małym salonie domu Bernabò.

– Moja siostra odzyskuje siły – podjęła Beatrice. – Dziękuję za troskę.

– A pani, miss Bernabò, jak się odnajduje w ambasadzie?

– Przypuszczam, że narzekaniem okazałabym własną niewdzięczność, toteż powiem tylko: świetnie – stwierdziła z emfazą.

Archer pozwolił sobie na jeden ze swych najrzadszych uśmiechów – jeden z tych, po którym na jego przystojnej twarzy ukazywały się dołeczki.

– Wie pan, dziwnie jest poruszać z panem tematy, które nie dotyczą…

– …nieboszczyków, kradzieży albo zaginięć – dokończył.

Właśnie weszła pani Pratt, niosąc tacę. Postawiła przed nimi rodowy srebrny imbryk, ten najcenniejszy, z rogowym uchem. Z dzióbka wydobywała się para, a pani Pratt nalała do filiżanek wody w absolutnym milczeniu.

Gdy sobie poszła, Archer zapytał:

– Zdążyła już pani poznać tam, w ambasadzie, pannę Emily Jenkins?

Beatrice osłupiała.

– Cóż, ja tak, naturalnie. Bardziej zaskakujące wydaje się to, że pan ją zna.

– Z powodów zawodowych – odparł. – Siostra panny Jenkins… zmarła jakieś kilka miesięcy temu.

– Och, nie wiedziałam.

– Wyobrażam sobie.

– I domyślam się, że była to smutna sprawa, skoro pan się w nią zaangażował.

– Żałuję, miss Bernabò, ale tak zarabiam na życie.

– W każdym razie – ciągnęła Beatrice – Emily nigdy nie pokazała po sobie smutku, chociaż przecież musi go odczuwać. Wydaje się zawsze w dobrym humorze.

– Proszę jej przekazać ode mnie wyrazy uszanowania. Jak również… – Archer zawahał się, w końcu jednak dodał z wyzywającym błyskiem w oku: – Proszę je przekazać również lordowi Warthmore, jeśli się pani z nim zobaczy.

Beatrice, która właśnie mieszała w filiżance herbatę z mlekiem, podniosła wzrok.

– Tęskni pan za nim, nadinspektorze? – zapytała prowokująco.

Archer posłał jej słodki uśmiech.

– Nie wątpię, że zdoła zabrnąć w kolejną moralnie nikczemną sytuację, zanim moja tęsknota stanie się nie do zniesienia.

– Wtedy zobaczy go pan przede mną.

W odpowiedzi zawierał się cały dojmujący smutek, jaki Beatrice odczuwała w głębi duszy. Archer popatrzył na nią tym swoim przenikliwym spojrzeniem, które ją onieśmielało, czy tego chciała, czy nie.

– Nadinspektorze, w pana obecności zawsze odnoszę wrażenie, że jestem w środku przesłuchania.

Przez jego twarz przemknął chwilowy cień żalu.

– Nie ma w tym nic z przesłuchania.

– Nie? Więc co to jest?

Archer pierwszy dopił herbatę. Wstał, wydając się nagle zakłopotany.

– Nic. To nic nie jest. A skoro nic, trwało nazbyt długo.

Beatrice poczuła się zmieszana. Również się podniosła, a nie będąc w stanie milczeć, powiedziała:

– Nadinspektorze, przykro mi…

– Niby dlaczego? Nie ma powodu – odrzekł. – Cieszę się ze spotkania z panią. Proszę o siebie dbać, Beatrice.

Potrafił poprawnie wymówić jej imię, ona zaś, słysząc je, doznała osobliwego wrażenia, jako że uczynił to po raz pierwszy. Dla niego zawsze była „miss Bernabò”, wydało jej się jednak, że zwracając się do niej po imieniu, skradł jakąś jej cząstkę.

– Pan też niech dba o siebie – odpowiedziała.

I dopiero gdy sobie poszedł, pomyślała: „A co to za dziwo właśnie się wydarzyło?”.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij