-
nowość
-
promocja
Miss Bee i zimowy książe - ebook
Miss Bee i zimowy książe - ebook
Kryminalna zima w Alconbury Hall na angielskiej prowincji – polowania, tajemnicze zniknięcia, burze śnieżne i… burze uczuć.
Derbyshire, grudzień 1924. Tego roku Boże Narodzenie w Alconbury Hall, wiejskiej posiadłości rodziny Lennoxów, jest wyjątkowo zimne. Tak zimne, że nawet obficie lejąca się sherry nie jest w stanie rozgrzać serca lady Millicent Carmichael, dyktującej swoje nieprzyzwoite wspomnienia nowej sekretarce Beatrice Bernabò, zwanej Miss Bee. Jej serce z kolei rozgrzewa żar młodości. A może to zasługa Juliana Lennoxa?
Rezydencja żyje ustalonym rytmem zgodnym z wielowiekowymi angielskimi tradycjami, a rozmowom przy kolacjach akompaniuje trzask polan w kominkach. W doborowym towarzystwie jednym z gości jest niesłychanie przystojny rosyjski arystokrata Alexander Aliankow, ponury i chłodny jak na zimowego księcia przystało.
Jednak mimo pozornie sielskiej świątecznej atmosfery Beatrice czuje narastające napięcie. Przerodzi się ono wkrótce w ciąg bardzo nieprzyjemnych zdarzeń, a oskarżenie o kradzież to zaledwie początek… Czy Miss Bee zdoła rozwiązać kolejną zagadkę kryminalną w kręgach angielskiej socjety?
| Kategoria: | Sensacja |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68542-29-5 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Beatrice Bernabò, 22 lata, córka profesora italianistyki, która przeprowadziła się z Florencji do Londynu
Leonida Bernabò, jej ojciec
Clara Bernabò, jej starsza siostra, żona Hugh Blunta
Lucilla Bernabò, 9 lat, jej młodsza siostra
Pani Pratt, gosposia i kucharka rodziny
W Alconbury:
Lord Julian Lennox, jedenasty wicehrabia Warthmore
Lady Octavia Charteris, młodsza córka hrabiego Durrington, zaręczona wcześniej z Alastairem, jednym ze starszych braci Juliana
James Charteris, hrabia Durrington, ojciec Octavii
Millicent Lennox zwana też lady Carmichael, wdowa, ciotka Juliana, siostra dziewiątego wicehrabiego Warthmore
Alexander Aliankow, rosyjski książę przebywający na emigracji po rewolucji lutowej w Rosji, krewny lady Carmichael
Neville Harclay, generał armii Jego Królewskiej Mości w stanie spoczynku
Sir Percival „Percy” Wade, długoletni przyjaciel Alastaira Lennoxa
Georgiana Wade, żona Percy’ego
Maggie Wade, 7 lat, córka Percy’ego i Georgiany
Sir Horace Westbrook, historyk i przyjaciel Lennoxów
Hester Westbrook, córka sir Horace’a
Lady Louisa Lennox, matka Juliana
Lady Charlotte Lennox, młodsza siostra Juliana
Sir Louis Nettleby, właściciel Nettleby House, posiadłości graniczącej z Alconbury
Dexter, majordomus
Mary, pokojówka lady Carmichael
Pozostałe osoby:
Archer Blackburn, nadinspektor Scotland Yardu
Clarissa Walden, pielęgniarka, wolontariuszka w Bombaju
Christine Walden, jej siostra
Carlo Scandiani, przyjaciel Leonidy
Gianandrea Verduno Conti, ambasador Włoch w Zjednoczonym Królestwie
Margherita, jego żona1
SHERRY FLIP CIOTKI MILLICENT
W Alconbury Hall właśnie świętowano Boże Narodzenie. Zważywszy na to, że posiadłość sprawiała wrażenie ilustracji wyjętej z książki z bajkami, o tej porze roku atmosfera stawała się tam niemal magiczna. Pokryte szronem trawniki w ogrodzie mieniły się blaskiem, a – mimo wcześnie zapadającego zmierzchu – rozległą siedzibę otaczało ciepłe światło obietnic.
Beatrice Bernabò rozpierało szczęście, że dane jej było znaleźć się w tym miejscu.
– Zapisałaś dokładnie wszystko, co ci podyktowałam? Słowo w słowo?
Lady Millicent Carmichael, która zatrudniła ją w charakterze osobistej sekretarki, zdawała się całkowicie odporna na zalew naiwnej słodyczy towarzyszącej świątecznej atmosferze. Czułość okazywała jedynie Fanny – brzydkiej jak siedem nieszczęść małpce, którą przed sześcioma miesiącami przywiózł jej z Indii bratanek Julian. Lady Carmichael miała do niego wyraźną słabość.
W praktyce zadaniem Beatrice było spisywanie wspomnień damy, które miały zostać później wydane anonimowo, aby – jak twierdziła sama zainteresowana – „doprowadzić co niektórych do białej gorączki”. Dziewczyna uznawała je z jednej strony za nieco gorszące, z drugiej zaś za dość zabawne, jako że styl milady charakteryzował się swoistą niedbałą perfidią.
Siedząca za biurkiem Beatrice właśnie potwierdziła ostatnie zapisane słowa.
– Tak, pewna kobieta medium zapewniła waszą dostojność, że jest pani reinkarnacją madame de Pompadour. Czy zechce pani wyjaśnić, co oznacza pojęcie „reinkarnacja”?
– A co tu jest do wyjaśniania?
– Być może nie wszyscy wiedzą, o co chodzi.
– Ty możesz nie wiedzieć, bo pochodzisz z zacofanego, katolickiego kraju.
Beatrice nie lubiła wysłuchiwać obelżywych uwag pod adresem nieszczęsnej, acz urokliwej Italii, znajdującej się w owym czasie w szponach brutalnej, prostackiej dyktatury, ale starała się powstrzymywać przed komentowaniem stwierdzeń lady Carmichael.
– Ty też jesteś wcieleniem kogoś innego. Albo czegoś innego – Millicent podjęła przerwany wątek. – Dusza może wcielać się nawet w minerały, wiesz o tym?
– Na przykład w diamenty? – zainteresowała się Beatrice pochylona nad kartkami, które usiłowała uporządkować.
Ciężko opadające powieki Millicent sprawiły, że zmrużyła oczy. Tę swoją dotkliwą bolączkę próbowała tonować za pomocą okładów z lodu, żywiąc nadzieję, że pewnego dnia ktoś odkryje jakiś skuteczniejszy środek. Byłaby gotowa zapłacić za niego każdą cenę. „Tak naprawdę wciąż jest bardzo piękną kobietą. Ma jedwabistą, niemal pozbawioną zmarszczek skórę, a włosy, choć farbowane, wyglądają naturalnie i młodo. Jej ciało jest jędrne, a dłonie gładkie”, pomyślała Beatrice.
– Nie wierzysz mi, prawda?
– Chyba po prostu obawiam się innego życia niż to, które przypadło mi w udziale. Przecież mogłoby się okazać mniej wygodne czy mniej szczęśliwe.
Lady Carmichael instynktownie zmarszczyła czoło, lecz niemal natychmiast się zreflektowała, przybierając neutralny wyraz twarzy: jak dżumy powinna przecież unikać takich grymasów, aby zachować gładką skórę.
– Cieszę się twoim szczęściem, skoro uważasz, że to najlepsze życie, jakie może ci się przytrafić.
„Jakżeby mogło być inaczej?”, pomyślała Beatrice. Wszystkie jej zmysły działały należycie, a ona potrafiła czerpać radość z każdego z nich. Mieszkała w takim wyjątkowym mieście jak Londyn, miała ciepły dom i sypiała w pachnącej pościeli. Żyła w świecie, który świętował Boże Narodzenie. Flirtowała od rana do wieczora.
Lady Carmichael wyrwała ją z zamyślenia prośbą:
– Moja droga, czy mogłabyś mi przynieść szklaneczkę mojego sherry flip?
Rzeczywiście dobiegała już czwarta po południu, a koktajl na bazie wiśniówki oraz syropu cukrowego i jajek, z cienką warstwą startej gałki muszkatołowej na wierzchu, stanowił okryty tajemnicą podwieczorek arystokratki, utajniony do tego stopnia, że milady nie życzyła sobie, aby to służba przygotowywała jej ten napój. Nie miała do nich zaufania i obawiała się, że wieść o jej przyzwyczajeniu dotrze do uszu bratowej, lady Louisy Lennox, matki Juliana. Obie panie od zawsze gorąco się nie znosiły, a Millicent zupełnie nie dbała, by zachować to w tajemnicy.
– Oczywiście, proszę pani.
Kiedy Beatrice podniosła się z krzesła, poczuła na sobie wzrok lady Carmichael. Dama już dawno zdążyła jej obwieścić, że jest zbyt chuda i blada, Beatrice nie miała więc złudzeń, iż znajdzie w jej oczach cień aprobaty.
– Przygotuj drinka również dla siebie.
– Dobrze, proszę pani.
„Brakuje mi tylko alkoholu o czwartej po południu. Jakbym nie miała i tak wystarczającej ilości powodów, żeby czuć się podchmielona, odkąd tu jestem”, pomyślała Beatrice.
Uchyliła jedno z okien, zostawiając wąską szparę, aby przewietrzyć pomieszczenie, gdzie unosił się zapach kwiatów, którym nie zmieniono wody, po czym chwyciła za klamkę. Wychodząc, zdążyła jeszcze mruknąć „zaraz wracam” i w tej samej chwili podskoczyła jak oparzona – przestraszona głośnym wrzaskiem: „Haaa!”.
Dostrzegając Juliana, wybuchła:
– Ale z ciebie diabelskie nasienie!
Poza niebudzącym wątpliwości faktem przynależności do grona licznego potomstwa Lucyfera Julian Lennox był również jedenastym wicehrabią Warthmore oraz właścicielem Alconbury Hall. Zaledwie dwa lata starszy od Beatrice, chętnie przychylił się do jej prośby i skutecznie zajął się przekonaniem ciotki, aby zatrudniła dziewczynę. Dla Beartice Bernabò, urodzonej we Włoszech córki profesora italianistyki na Uniwersytecie Londyńskim i przyjaciela ambasadora Włoch w Zjednoczonym Królestwie, alternatywą mogła być tylko praca w ambasadzie rodzinnego kraju, wobec czego zajęcie w Alconbury wydawało się tysiąc razy atrakcyjniejszą propozycją.
Julian zaśmiał się cicho.
– Czekałem na panią. Najwyższy czas na sherry flip ciotki.
– Prawie o nim zapomniała. Miał pan zamiar czatować pod drzwiami przez pół godziny?
– Nigdy nie zapomina napić się po południu.
Beatrice przyjrzała mu się dokładniej. Julian miał na sobie średniowieczną kolczugę, co sprawiło, że poczuła się zakłopotana bardziej niż zwykle. Czasami nosił ubrania nieprzystające do okoliczności i uważał, że to zabawne. „W języku angielskim – pomyślała Beatrice – istnieje odpowiednie słowo pasujące do wicehrabiego: quirky”. Niestety, nie mogła sobie przypomnieć włoskiego odpowiednika.
– Dlaczego tak się pan ubrał?
– Bronię swoich włości – odpowiedział z całą powagą.
– Nie jest panu zimno?
– Panienko, moje ciało nigdy nie przestaje płonąć.
Nie należało z entuzjazmem przyjmować tak krępujących żartów. Beatrice dobrze o tym wiedziała i rzuciła mu wyniosłe spojrzenie.
– Mogę się dowiedzieć, co pan teraz zamierza? Zejdzie pan ze mną do kuchni?
Lord Warthmore zawahał się przez chwilę.
– Chyba lepiej nie.
– Milord nie odwiedza niskich sfer?
– Nie chcę wprawiać służby w zakłopotanie.
– Cóż za wspaniałomyślność!
– Istotnie, służące mnie uwielbiają.
– Może dlatego, że wszystkie je pan uwodzi?
Julian zaczął udawać, że poważnie rozważa taką ewentualność.
– Wszystkie? – bąknął, przyjmując zadumany wyraz twarzy, następnie rozpoczął liczenie na palcach, szeptem wymieniając żeńskie imiona.
– Och, proszę przestać… – przerwała mu Beatrice i ruszyła w stronę kuchni, zmuszając go, by podążył za nią. Lord zwykle poruszał się w specyficzny sposób, jakby stąpał po chmurach, tym razem jednak przyspieszył kroku.
– Nie jest pani ciekawa, co mam do powiedzenia?
Beatrice odwróciła się.
– Co chciał mi pan powiedzieć, wasza lordowska mość?
– Chciałbym zaprosić panią na spotkanie.
Dziewczyna podniosła wzrok.
– Ach tak?
– Dziś w nocy.
Teraz patrzyli sobie w oczy. Szarozielone tęczówki wicehrabiego w słabym świetle przybierały ciemny odcień dna morskiego. W oczach Beatrice zabłysły bezczelne ogniki.
– Będziemy sami? – zapytała.
Jego lordowska mość nie krył oburzenia.
– Oczywiście, że nie. Za kogo mnie pani uważa?
Beatrice dobrze wiedziała, że żartuje, lecz przygryzła tylko dolną wargę i uściśliła:
– Spotkanie jest dla dwojga, a wystarczą trzy osoby i już mamy party.
– W porządku, może być party. Dziś w nocy w ogrodzie zimowym.
– Kto tam będzie?
– Och, ci co zawsze. Oczywiście kuzyn Alexander i reszta narwańców z sąsiedztwa.
Alexander Aliankow był synem jednej z sióstr lorda Carmichaela, która poślubiła rosyjskiego księcia. Po rewolucji przeprowadził się z rodzicami do Anglii, korzystając z przywilejów, jakie dawało mu odziedziczone po matce obywatelstwo. Był nieprzyzwoicie przystojny, a jednocześnie naznaczony śladem melancholii i nieszczęścia na wzór jednego z braci Karamazow. Lady Carmichael czuła do niego szczere przywiązanie, a Julian nazywał go kuzynem, choć w rzeczywistości nie łączyły ich więzy krwi.
– A Octavia? – Beatrice zainteresowała się obecnością lady Octavii Charteris, która ostatnio stała się niemal jej przyjaciółką.
Julian pokręcił przecząco głową.
– Octavia jest w żałobie, kiedy tak jej wygodnie.
Beatrice zdawała sobie sprawę, że Julian ma na myśli swojego starszego brata Alastaira, narzeczonego Octavii, który zmarł w lutym. Wicehrabia odziedziczył po nim tytuł, włości i masę kłopotów. To było też pierwsze Boże Narodzenie bez Alastaira i Beatrice, nie po raz pierwszy, zastanawiała się, jak Julian radzi sobie z żałobą. On sam unikał tego tematu, co pozwalało się domyślać, że nadal bardzo przeżywa stratę, chociaż stara się tego nie okazywać.
– A poza tym ona nie cierpi przyjęć. Czyli jej nie będzie – dodał.
– Spróbuję z nią porozmawiać, może uda mi się ją przekonać.
W międzyczasie dotarli na koniec długiego korytarza kończącego się schodami prowadzącymi do kuchni.
– A panna Hester Westbrook? – nie dawała za wygraną Beatrice.
– Nie sądzę, by wiedziała o przyjęciu. Przynajmniej nie ode mnie.
– Julianie, jest pan nieuprzejmy.
– Ależ skąd. Po prostu myślę, że o tej porze będzie już spała.
– Jeśli się dowie, zrobi jej się przykro. O co chodzi? – zapytała, dostrzegając, że lord wpatruje się w nią oczami wąskimi jak szparki.
– Martwi się pani o samopoczucie córki swojego pretendenta? – Julian intonacją podkreślił ostatnie słowo odnoszące się do sir Horace’a Westbrooka, wdowca i ojca Hester, przyjaciela lady Lennox z lat młodości. Mężczyzna o urodzie płetwonoga rzeczywiście sprawiał wrażenie oczarowanego urokiem Beatrice, pomimo że ta była niewiele starsza od jego jedynej córki.
– W naszych czasach poważny pretendent jest towarem nie do pogardzenia.
– Mógłbym się za panią wstawić – oświadczył lord z anielską miną.
– Naprawdę? Mógłby pan? Jak to miło z pana strony. Wolałabym jednak, gdyby się pan wstawiał u księcia Aliankowa.
Julian przyjął odpowiedź bez mrugnięcia okiem, udając zamyślenie, po czym odparł:
– Zapomniałem o pani fatalnych skłonnościach do blondynów o melancholijnym usposobieniu.
Beatrice zachmurzyła się na chwilę, jak zresztą za każdym razem, kiedy przypominała sobie Kita Ashbury’ego, który był rasowym blondynem, a czasami bywał też nieco melancholijny. Jakiś czas temu żywiła przekonanie, że jest w nim zakochana. I chociaż zapewne nie była to prawdziwa miłość, to wspomnienie nadal paliło jej trzewia. Na domiar złego Kit był najlepszym przyjacielem Juliana.
– Ma pan od niego jakieś wieści?
Nie było potrzeby wymieniania imienia. Żadne z nich nie miało wątpliwości, że Kit w jakiś sposób ciągle stoi między nimi. Z informacji Beatrice wynikało, że obecnie przebywa w Indiach i nikt nie zna daty jego powrotu. Jednak nawet gdyby wrócił do kraju, nic by to nie zmieniło, gdyż już wcześniej zniknął z jej życia, pozostawiając po sobie różne wspomnienia, zarówno piękne, jak i te mniej przyjemne oraz broszkę w kształcie pszczoły, z którą Beatrice nigdy się nie rozstawała. Teraz też miała ją wpiętą w kołnierzyk bluzki.
– Nie, żadnych wieści. A pani? – rzucił ostrożnie.
Beatrice pokręciła głową, próbując zachować obojętność, podczas gdy on pochylił się, by uchwycić jej spuszczony wzrok.
– Wobec tego uroczyście wykluczam ten temat z naszych rozmów raz na zawsze.
Zresztą biorąc pod uwagę, jak potoczyły się wówczas dalsze wydarzenia, żadne z nich nie było mu winne lojalności. A mimo to oboje zachowali się wobec niego przyzwoicie.
Przytaknęła, uznając, że to słuszna propozycja. Julian wyciągnął rękę do broszki w kształcie pszczoły, jakby chciał ją odpiąć, ale Beatrice go powstrzymała. Nie rozstawała się z klejnotem, bo przypominał jej o przykrościach, jakich doświadczyła ze strony Kita i jego matki Minervy, a w konsekwencji wyżej ustawiła sobie poprzeczkę: niełatwo się zakochiwała, ale też trudniej było ją zranić. Jeszcze nie wiedziała, czy to lepiej, czy gorzej, ale czuła, że powinna pamiętać o tej zasadzie również w relacjach z wicehrabią Warthmore.
– Nie – ucięła – broszka zostaje na swoim miejscu.
Julian westchnął głęboko i przyglądał się jej w milczeniu. Cofnął dłoń, unikając zbędnych komentarzy. Po prostu zmienił temat:
– Jeśli będzie pani dłużej zwlekać, ciotka zostanie abstynentką.
– Julianie… zanim się pożegnamy, chciałabym zadzwonić do mojej siostry Clary. Nie ma pan nic przeciw temu?
– Oczywiście, że nie. A jak ona się czuje?
Beatrice powiedziała mu kiedyś, że jej starsza siostra źle znosi ciążę, a ona bardzo się tym martwi.
– Wygląda na to, że dobrze. To jeden z tych przypadków, gdy brak wiadomości to już dobra wiadomość.
Pokiwał głową ze współczuciem i dodał tylko:
– Nie będę pani zabierał więcej czasu. Zobaczymy się przy kolacji i później w nocy.
– Jesteśmy umówieni.
I rzeczywiście, spotkali się ponownie podczas kolacji. Zasiedli do stołu w trzynaście osób, jak nakazywała rodowa tradycja Lennoxów. Rodzinny wieczór w konwencji black tie.
Lady Louisa Lennox, matka Juliana, ubrana w ciemnofioletową suknię w stylu edwardiańskim, z rzadka udzielała się w rozmowie. Natomiast siedzący naprzeciwko sir Horace Westbrook perorował niestrudzenie przez cały czas.
– Etrurię zamieszkiwali przedstawiciele niezwykle rozwiniętej cywilizacji, która zdominowała niemalże cały Półwysep Apeniński. Niestety, jak to zwykle bywa, Etruskowie zostali wyparci przez inne plemiona, dzikie i prymitywne, ale za to bardziej waleczne i okrutne. Jednakże prawdziwy dylemat tkwi w następującej kwestii: czy wierzyć Herodotowi, według którego Etruskowie przybyli do Italii z Lidii w Azji Mniejszej, czy też przyjąć wyjaśnienie Dionizjusza z Halikarnasu utrzymującego, iż pochodzili z samego Półwyspu Apenińskiego?
Miejsce obok historyka zajął książę Alexander posługujący się doskonałą angielszczyzną na poziomie rodzimego użytkownika, którym zresztą był, lecz ze śladem słowiańskiego akcentu nadającym mu cechy wyniosłości. W ciągu ostatnich tygodni Beatrice odkryła łączące ją z księciem podobieństwo, gdyż oboje byli cudzoziemcami i w związku z tym, pomimo serdeczności i nienagannych manier, z jakimi ich przyjęto i traktowano, nie znajdowali się na swoim miejscu. Ród Alexandra stracił władzę, a jego tytuł ani w Anglii, ani w Rosji nic już nie znaczył, natomiast Beatrice bez wątpienia była przedstawicielką mieszczaństwa.
Siedziała obok Octavii, która sprawiała wrażenie tajemniczej i niepokojącej niczym martwa bogini, gdy patrząc na Alexandra, szepnęła jej do ucha:
– Dopuszczam myśl, że znowu mogą mi się podobać chłopcy.
– Rzeczywiście odznacza się nieziemską urodą – stwierdziła Beatrice, gdyż nie można zaprzeczać niepodważalnym faktom.
– Georgiana Wade dosłownie pożera go wzrokiem. Nawet jej mąż to zauważył.
Sir Parcival Wade był młodszym synem markiza Sutherland i najlepszym przyjacielem Alastaira Lennoxa. Z żoną Georgianą wychowywali siedmioletnią córkę, Maggie. Oboje wzbudzali w Beatrice nieustającą sympatię, ponieważ charakteryzował ich całkowity brak sztuczności w zachowaniu.
– Tak uważasz?
– Moją ulubioną rozrywką jest obserwowanie ludzi, którzy nie zdają sobie z tego sprawy. Percy jest załamany. Cóż jednak może zrobić? Wyższość księcia jest porażająca. A miłość łączy się z cierpieniem.
– Octavio – zaczęła Beatrice z zamiarem zmiany tematu – przyjdziesz na party dziś w nocy? Bardzo cię proszę.
– Nie cierpię przyjęć.
– Wiem, Julian mi powiedział. Mimo to przyjdź.
– Nudzi mnie przyglądanie się, jak z nim flirtujesz – rzekła Octavia.
– To aż tak widać? – zapytała Beatrice zmieszana.
Octavia rzuciła jej ironiczne spojrzenie.
– Ależ skąd, nic nie zauważyłam – odrzekła z sarkazmem.
Beatrice się zaczerwieniła. Wiedziała, że niewinna gra z Julianem może naruszyć ustalone granice. Jednak jeśli zbliżając się zbytnio do ognia, ryzykowała oparzenie, gotowa była zapłacić tę cenę.
Tymczasem lady Carmichael, siedząca u szczytu stołu jak najdalej od znienawidzonej bratowej Louisy, postanowiła przyłączyć się do rozważań sir Horace’a. Niezależnie od wieku, którego nikt dokładnie nie znał, była najpiękniejszą kobietą przy stole. Suknia o barwie szampana i diadem we włosach mieniły się blaskiem w słabym świetle kandelabrów.
– Chyba się nie mylę, że język etruski nie został, jak dotąd, rozszyfrowany?
– Jeszcze nie i jestem szczęśliwy, że wspomina pani kwestię stanowiącą właśnie przedmiot moich badań. Robię wszystko, by zrozumieć ten język – odpowiedział sir Horace, rozpływając się w poczuciu pychy.
Słysząc rozmowę, jego córka Hester uśmiechnęła się z dumą i czułością:
– Tatuś już nauczył się łaciny.
Lady Carmichael otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.
– Ależ to naprawdę godne podziwu!
– Miss Bernabò podziela moją pasję do łaciny – oświadczył sir Horace, zwracając się do Beatrice, która zaczerwieniła się jeszcze bardziej, gdy zauważyła, że Julian mierzy ją wzrokiem.
– Czyżby? – odezwał się wicehrabia z przekąsem.
Sir Horace odwrócił się w jego stronę.
– Właśnie tak! – potwierdził.
– Tylko na poziomie podstawowym – broniła się Beatrice.
– Chodzi oczywiście o poznawanie języka… łacińskiego – ciągnął niewzruszenie Julian.
– Oczywiście – warknęła groźnie Beatrice.
Nie mogła sobie wybaczyć tamtej nieostrożności. Znała łacinę, bo musiała się jej uczyć w szkole, ale teraz pamiętała już tylko podstawy. Przecież z pewnością nie powiedziała tego, by zrobić wrażenie na sir Horasie, po prostu niekiedy takie małe kłamstewka same wymykają się z ust, a ona nie przypuszczała, że ta przechwałka zwróci się przeciwko niej.
– Czy moglibyśmy usłyszeć coś po łacinie? – zaproponowała panna Hester Westbrook z zachęcającym uśmiechem.
Chcąc zyskać na czasie, Beatrice otarła usta żakardową serwetką z Flandrii, w końcu jednak wydukała:
– Concordia parvae res crescunt, discordia maximae dilabuntur.
Leonida często powtarzał tę maksymę swoim córkom, kiedy przyłapywał je na kłótniach: w zgodzie najmniejsze rzeczy nabierają znaczenia, w niezgodzie największe ulegają zniszczeniu.
– Sallustio!¹ – wykrzyknął sir Horace z radością.
– Włoska wymowa jest niezrównana – stwierdziła natomiast z podziwem panna Hester.
– Jestem pod wrażeniem znajomości języka, jaką pani prezentuje – rzekł w końcu Julian.
Wszystko skończyło się zabawą: Percy Wade zaproponował, by każdy z biesiadników przypomniał jakąś łacińską maksymę, i sam zaczął od pecunia non olet², co większość przyjęła oklaskami, choć Beatrice nie bardzo rozumiała powód. Sir Horace wystąpił z powiedzeniem: dura lex sed lex³, po czym rzucił wyzwanie wicehrabiemu:
– Wasza kolej, milordzie.
Julian pomyślał przez chwilę, opróżnił kieliszek i patrząc na Beatrice, powiedział:
– Si non caste, tamen caute.
Jeśli nie cnotliwie, to przynajmniej ostrożnie.
Ciotka Millicent wybuchła śmiechem.
– Znasz tylko to jedno powiedzenie. Mogę się założyć.
Lady Louisa pokręciła głową z dezaprobatą, ale nikt nie wiedział, czy bardziej potępia syna, czy szwagierkę.
Pierwszą rundę zakończyła Octavia, wypowiadając sentencję: o tempora, o mores⁴, którą wzbudziła wśród obecnych dreszcz niepokoju. Niektórzy rzucali też w jej stronę współczujące spojrzenia w stylu „biedna lady Octavia”.
Tymczasem Beatrice drżała z niecierpliwości. Kolacja powoli dobiegała końca i zbliżał się czas spotkania w ogrodzie. Jednocześnie delektowała się oczekiwaniem… Przynajmniej do czasu, gdy lady Carmichael poprosiła ją o odprowadzenie do pokoju, skarżąc się na pierwsze symptomy zbliżającego się bólu głowy.
W takich momentach lady Carmichael stawała się ofiarą skrajnego wyczerpania i chociaż Beatrice nie była w istocie jej damą do towarzystwa, nigdy nie odmawiała pomocy.
Lady Carmichael pożegnała biesiadników i zawołała Mary, swoją pokojówkę, aby pomogła jej się rozebrać.
– Beatrice, bardzo proszę, zostań ze mną – powiedziała cicho po tym, jak nakazała Mary zgasić światła i pozostawić jedynie zapaloną małą lampkę dającą wystarczająco blasku, by poodpinać guziki z tyłu sukni. Na końcu pokojówka ostrożnie zdjęła diadem z głowy swej pani.
– Idź do kuchni i przygotuj mi okład z lodu – rozkazała jej lady Carmichael, zmierzając w stronę łóżka, na które opadła niczym suchy liść.
– Już idę, milady.
Beatrice stała w półcieniu przy posłaniu, nie wiedząc, jak się zachować. Kobieta nie pozwoliła jej odejść, chociaż wyglądało na to, że powoli zapada w sen. Jednak po chwili dziewczyna usłyszała szelest prześcieradła i jakby ruchy osoby szukającej po omacku czegoś w pościeli. Potem rozległ się głos lady Carmichael:
– Beatrice, podejdź bliżej. – Poczuła wsuwany w dłoń klucz. – Proszę cię, odłóż diadem na swoje miejsce. Do sejfu na dnie szafy.
– Oczywiście – odpowiedziała spokojnie Beatrice, chociaż aż gotowała się z niecierpliwości. Według jej obliczeń party w zimowym ogrodzie musiało się już rozpocząć.
Otworzyła drzwi szafy pomalowane na oliwkowy kolor, znalazła czarną żelazną skrzynkę i – wytężając w półmroku wzrok – po kilku próbach zdołała wsunąć klucz do dziurki i odemknąć zamek. Szybkim ruchem położyła diadem na wyściełanym filcem dnie sejfu. Zamknęła skrzynkę i wróciła do wezgłowia milady.
– Dziękuję, moja droga – szepnęła kobieta i, nie otwierając oczu, wyciągnęła dłoń po klucz.
– Teraz pewnie chciałaby pani odpocząć… – Beatrice postanowiła podjąć ryzyko, mimo że dobrze wiedziała, iż za chwilę Mary wróci z kuchni z lodowym kompresem.
– Dobranoc, moje dziecko.
Beatrice odetchnęła z ulgą. W końcu była wolna.
Teraz dopiero zacznie się zabawa.------------------------------------------------------------------------
¹ Salustiusz – imię męskie wywodzące się z języka łacińskiego (ten, który przynosi pozdrowienie); niektórzy badacze uważają jednak, że słowo pochodzi z języka etruskiego, a jego znaczenie nie jest znane. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
² Pecunia non olet (łac.) – Pieniądze nie śmierdzą.
³ Dura lex sed lex (łac.) – Twarde prawo, ale prawo.
⁴ O tempora, o mores (łac.) – O czasy, o obyczaje.