Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Mistrz Tortur - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
6 czerwca 2026
34,00
3400 pkt
punktów Virtualo

Mistrz Tortur - ebook

Valdrim uchodzi za bezlitosnego mistrza tortur. Wysoki, czarnowłosy, o oczach zimnych jak lód, budzi przerażenie w każdym, kogo przesłuchuje. Nikt nie zna jego metod, lecz krążą pogłoski, że jednym spojrzeniem potrafi wyrwać z człowieka duszę. Kiedy oskarżona o czary Lydia trafia przed oblicze mistrza, jest przekonana, że to ostatnie chwile jej życia. Przerażona, ale i zdeterminowana, by nie dać się złamać, stawia mu czoła ze śmiałością, która zaskakuje wszystkich, a w nim budzi nie tylko podziw, ale i… pożądanie. W mrocznym lochu, przy nikłym blasku pochodni, między katem a więźniarką rodzi się napięcie, w którym strach splata się z fascynacją. Przesłuchanie staje się czymś więcej niż torturą – staje się rozgrywką, która może kosztować ich życie… lub serce. Zwłaszcza gdy Valdrim zostaje zmuszony oddać Lydię innemu mężczyźnie…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397713659
Rozmiar pliku: 9,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

MODLITWA O ŚMIERĆ

Ruiny klasztoru świętego Arama, 1087 rok

W tym miejscu Boga nie było. Wilgotne, popękane ściany klasztoru oddychały tylko pleśnią, zimnem i starym grzechem. Z wysokiego sklepienia, ciężkiego jak kamienna pokrywa grobu, spadały czasem krople wody, rozpryskując się na ziemi z cichym, miarowym stukiem.

Lydia siedziała skulona na wytartym sienniku i wpatrywała się obojętnie w szarą posadzkę. Chudymi ramionami obejmowała kolana, kołysała się rytmicznie, jakby sam ten ruch miał przynieść jej ukojenie.

Czuła, jak jej okryte lnianą koszulą plecy liże chłód, jak dreszcze wstrząsają jej ciałem, ale nie zważała na to.

Chciała umrzeć.

Nie pamiętała już, jak długo przetrzymywano ją w tej celi. Tydzień? Miesiąc? Rok?

Nic już nie miało dla niej znaczenia, ani czas, ani nawet własne życie. Odkąd straciła bliskich – kochającego męża i córkę, drobną, jasnowłosą istotkę, której śmiech wciąż rozbrzmiewał w jej głowie, jedyne, czego pragnęła, to śmierć.

Usilnie trzymała się myśli, że gdzieś tam, w zaświatach, znów będą razem. Że Cecilia tylko czeka, aż jej mama do niej dołączy, otoczy ją ramionami i przytuli.

Na samo wspomnienie dziecka łzy popłynęły jej po policzkach, a podbródek zadrżał. Zacisnęła dłonie w pięści i przymknęła powieki. Pozwoliła, by obraz dziewczynki, ostatni, który miała w pamięci zanim oskarżono ją o czary, przywarł do jej zbolałej duszy.

Sądziła, że Rosemarrow to jej dom. Że osada, w której się wychowała, znajdująca się nieopodal wierzbowych moczar i bukowego lasu to miejsce, w którym zazna szczęścia, zestarzeje się i umrze.

Myliła się. Spokojne życie nie było jej pisane.

Jej myśli przerwał odgłos kroków i męskiej rozmowy. Wychwyciła znajomy już, choć dziwnie służalczy teraz ton głosu przeora i inny, który odpowiadał mu zdawkowo, chłodno i jakby z niechęcią – nie wiedziała do kogo należał.

Podniosła głowę, gdy kroki zbliżyły się i zatrzymały przy kratach; światło pochodni wydobyło z mroku mężczyznę w długim, czarnym płaszczu, rzucając na niego cień i otaczając diabelską, niemal nadludzką poświatą.

Jego buty nie nosiły śladów błota, a mocne uda i szeroka klatka piersiowa rysowały się pod ciężką, starannie tkaną wełną; choć biła od niego władza i dostatek, jedyną widoczną oznaką jego statusu była klamra spinająca poły płaszcza.

Wstrzymała oddech, gdy jej spojrzenie sięgnęło twarzy. Surowe, ostre rysy trwały napięte w bezruchu, jakby wykuto je z granitu. Wąskie usta, twardy podbródek, czarne brwi i włosy stanowiły jedynie ponure obramowanie dla oczu: srebrnych, przenikliwych i bezlitośnie zimnych.

Jej serce na moment przestało bić.

Poczuła lodowaty strach, a potem ulgę.

A więc tak wygląda śmierć. Wreszcie po mnie przyszła.

Ale wtedy obok tajemniczej postaci dostrzegła braci pokutników i przeora, a wszyscy zdawali się widzieć go tak samo wyraźnie jak ona.

– To ta czarownica, o której mówiłem, panie. Posądzona o spółkowanie z diabłem. – Starszy pokutnik wysunął się na przód, jego ruchliwe oczy przylgnęły na chwilę do jej skulonej sylwetki, a potem znów spoczęły na mężczyźnie w czerni. Przeor rozcierał przy tym dłonie i wpatrywał się w niego intensywnie, jakby oczekiwał pochwały. – Próbowaliśmy wszystkiego, a mimo to nie zdradziła nam żadnych szczegółów. Rzuca tylko wyzwiska i oszczerstwa, śmieje się, jakby straciła rozum.

Usta Lydii drgnęły na te słowa. Gdyby została w niej choć szczypta próżności, w tej chwili gratulowałaby sobie w duchu niezłomności. Ale to, czy była odważna, czy tchórzliwa nie zwróciłoby jej ani córki, ani męża, a więc nie miało dla niej żadnej wartości.

Bezwiednie skierowała wzrok na twarz nieznajomego. Była ciekawa jego reakcji.

Czy dostrzeże w jego oczach pogardę? Ambicję, by być pierwszym, któremu uda się ją złamać? Czy jej upór będzie dla niego, tak jak dla innych, wymówką do okrucieństwa?

Przez dłuższą chwilę nie spuszczali z siebie wzroku. Jego spojrzenie było chłodne, nieodgadnione i badawcze, a jej uparte i dumne. Uniosła wyżej podbródek, podejmując w duchu decyzję, że nawet jeśli ten człowiek przybył tu po to, by ją zniszczyć, nie pozwoli mu się zastraszyć.

Niewiele już miała do stracenia, nie pozwoli, by odebrano jej godność.

Mężczyzna drgnął, jakby naprawdę wypowiedziała te myśli.

– To ja ocenię, kto tu stracił rozum.

Jego głos był głęboki i przenikliwy, jakby wydobywał się z dna studni. Zdawał się należeć do kogoś, kto nie ulega naciskom, kto bez wysiłku góruje nad innymi i kto osiąga to, co sobie zamierzy. Brzmiała w nim chłodna pewność siebie, ale też wyważona kontrola, która budziła jednocześnie respekt i grozę.

Lydia dopiero po chwili zrozumiała, że te słowa nie były skierowane do niej, lecz do przeora, który zarzucił jej ułomność.

Zmarszczyła brwi, bo gdyby nie surowy ton oprawcy mogłaby przysiąc, że jej bronił. Potrząsnęła głową, sama szydząc z własnych myśli. Może rzeczywiście zaczynała tracić rozum i dostrzegała wybawienie tam, gdzie nie miało prawa istnieć.

– Przyszedłeś się nasycić, panie śmierć? – rzuciła drwiąco. – Słyszałam o tobie. Milczący Oprawca… Święty z nożem w dłoni. – Głos miała słaby, drżący, ale nie z niedożywienia czy wycieńczenia. To był strach, udający odwagę. Lydia rozumiała, że drażniąc go, sprowadzi na siebie jego gniew i w konsekwencji – karę. I tego właśnie pragnęła. Chciała, by zakończył jej cierpienie. – Poznałam już takich jak ty. Widzicie zło tam, gdzie go nie ma. Zasłaniacie się zbawieniem dusz, a to w waszych czynach nie ma Boga.

Nie zareagował tak jak pozostali.

Jego twarz trwała w tej samej kamiennej ciszy, jakby obelgi i bluźnierstwa były mu równie obojętne jak jej oddech. Przez chwilę sądziła, że nie odpowie nic, ale w końcu się odezwał:

– Nie boisz się. – To były pierwsze słowa, które do niej skierował. Czy tylko jej się wydawało, czy ton jego głosu był nieco inny niż wtedy, gdy mówił do braci? Nie wybrzmiewała w nim tłumiona wrogość, raczej obojętność, jakby jej życie niewiele dla niego znaczyło.

Patrzył na nią uważnie, nieruchomo, jak czarny książę piekieł, który próbuje oszacować, ile warta jest jej dusza.

– Boję się – przyznała. – Ale strach nie czyni mnie twoją.

Kamienna dotąd twarz drgnęła, wąskie usta wygięły się w sardonicznym uśmiechu.

– Wkrótce się przekonamy.

Obrócił się na pięcie. Bracia, którzy stali za nim odsunęli się gwałtownie, wpadając jeden na drugiego.

Mężczyzna w czerni zmarszczył brwi i spojrzał na nich z góry.

– Przygotujcie mniejszą komnatę. A w niej wszystko, co potrzeba.

Lydia wiedziała, o jakim pomieszczeniu mówi – słyszała o nim od innych więźniów. Komnata pozbawiona okien, z żelazną obręczą przytwierdzoną do kamienia i belką, z której zwisały narzędzia tortur. Mówiono, że tamtejsze ściany pamiętają krzyk; że nawet gdy jest tam cicho, słychać echo tych, którzy już stamtąd nie wrócili.

– Tak jest, mistrzu – odparł przeor, zginając się w pół.

– Wiadra na krew się nie przydadzą – dorzucił oschle, jakby to był mało ważny szczegół. Lydia jednak słysząc te słowa, zadrżała i mocniej objęła się ramionami.

A więc stało się.

Podpisała na siebie wyrok.

Bracia rozpierzchli się, by w pośpiechu wykonać rozkazy mistrza. Ten spojrzał na nią raz jeszcze, a ona pomyślała, że właśnie rozważa, od czego zacząć tortury.

Przełknęła powoli ślinę i cofnęła się, przywierając plecami do ściany.

– Nie patrz na mnie tymi martwymi oczami! – krzyknęła w odruchu paniki. Nie było już odwrotu, a jej początkowa odwaga zaczęła się kurczyć pod zimnym spojrzeniem mężczyzny. – Nie ma w tobie ani diabła, ani Boga, tylko pustka!

Gardło zacisnęło się jej, dławiąc i tak już przyspieszony oddech.

Nie miała pojęcia, co ją czeka, nie wiedziała, do czego zdolny był ten potwór, ale jeśli wierzyć pogłoskom, należał do najbardziej poważanych w swoim fachu i znał się na zadawaniu bólu lepiej niż pokutnicy. Lydia codziennie była świadkiem niezliczonych tortur: słyszała syk przypalanego ciała, chrzęst miażdżonych kości, krzyki i jęki więźniów… Sama wielokrotnie ich doświadczała, a jej gładkie niegdyś ciało naznaczone było bliznami. Ale z czasem wszystko się goiło, a ona… wciąż nie umierała. Jakby jakaś niewidzialna siła trzymała ją przy życiu, jakby kazała jej trwać mimo cierpienia.

– Zabrać ją.

Krew odpłynęła jej z twarzy, gdy dwóch strażników weszło do celi.

To się zdarzy za chwilę, pomyślała przerażona. Kiedy podciągnęli ją gwałtownie do góry, jej ciało zareagowało odruchowo. Zaczęła się wyrywać i machać na oślep rękami, ale wtedy jeden z nich uderzył ją łokciem w żebra.

– Odpuść. To w niczym nie pomoże – usłyszała słowa mistrza.

Dwóch osiłków wywlekło ją przed celę, gdzie panował chłód tak przenikliwy, że poczuła go aż w zębach.

Kiedy postawiono ją przed mistrzem, uniosła wysoko głowę i, niewiele myśląc, splunęła mu w twarz. Przeor wciągnął ze świstem powietrze, strażnicy jęknęli i zamarli w bezruchu.

Lydia natomiast patrzyła prosto w oczy pięknego diabła, który miał być jej zgubą i wybawieniem jednocześnie.

Czekała, aż ją uderzy, aż zaklnie i jego twarz wykrzywi się z wściekłości. Chciała, by to nadeszło. By wreszcie pokazał swe prawdziwe oblicze, które kryło się za tą chłodną powściągliwością i nieludzkim wręcz opanowaniem.

Ale on był silniejszy, mądrzejszy i… jeszcze bardziej przez to przerażający.

Starł plwocinę z twarzy i spojrzał na kobietę, jakby po raz pierwszy naprawdę ją ujrzał.

Jego oczy błysnęły srebrem i pojawiło się w nich… zaciekawienie.

Lydia szarpnęła się do tyłu, próbując zmniejszyć dystans, lecz strażnicy mocno trzymali ją za ramiona.

Dopiero kiedy stała tak blisko swego oprawcy, dostrzegła, jak bardzo nad nią górował. Musiała wysoko zadzierać podbródek, by na niego patrzeć, a i tak czuła się mała i bezbronna. Na tym różnice między nimi się nie kończyły, ona – zmizerniała, odziana jedynie w strzępy starej tuniki, on – okazały i barczysty, obleczony w gruby kaftan, o którego cieple mogłaby jedynie pomarzyć.

Z bliska wydawał się młodszy, niż przypuszczała. W kącikach oczu miał drobne zmarszczki, na czole i między brwiami – głębsze; wąskie usta pozostały nieruchome, jakby obcy był im uśmiech. Mógł być jedynie kilka lat starszy od niej, a jednak biła od niego ciężka, mroczna dostojność, która dodawała mu wieku.

Kiedy odwrócił się do niej tyłem i dał znak strażnikom, by za nim podążyli, zrozumiała, że kara za jej zuchwały występek nie nadejdzie od razu.

Kątem oka dostrzegła przeora, który przyglądał się temu z napiętą uwagą, zbyt uważnie, by było to zwykłe zainteresowanie. Gdy uchwycił jej spojrzenie, powoli przeciągnął palcem po szyi i uśmiechnął się.

Lydia, wleczona do komnaty swego oprawcy, przypomniała sobie słowa:

„To ja ocenię, kto tu stracił rozum”.OBLICZE Z MARMURU

Pomieszczenie, do którego ją wprowadzono było ciasne i mroczne. Nierówne kamienie ścian zbierały wilgoć; chłód bił od nich jak ze studni. W rogu komnaty, pod otwartym kominem, tlił się żar w małym, żelaznym kociołku. Obok leżały dwa żelazne pręty: jeden prosty, drugi wygięty na końcu w kształt małego półksiężyca.

Na środku komnaty stał ciężki, drewniany stół, naznaczony ciemnymi plamami po zaschniętej krwi. Po bokach miał zamocowane pasy ze sztywnej, poprzecieranej od częstego użytkowania skóry.

Lydia z rosnącym przerażeniem przesuwała wzrokiem po jednej ze ścian – wyeksponowano na niej narzędzia: żelazny drut zwinięty w ciasną spiralę, kaganiec do rozpychania ust, kilka skórzanych batów oraz gruby kij z nabitymi na końcówkę żelaznymi ćwiekami.

Na sąsiedniej ścianie wbito w kamień dużą, ciemną obręcz, szeroką na długość dłoni. Tuż pod nią znajdowało się mniejsze kółko, przystosowane do przypięcia klamry lub pasa. Kamień wokół był wytarty, jakby ktoś często ocierał się o niego plecami.

Nie było tu niczego zbędnego. Żadnych ozdób. Żadnych znaków wiary.

Kiedy do nozdrzy dziewczyny dotarł zapach palonego ciała, zrobiło jej się niedobrze. Przerażenie podeszło jej do gardła.

W duchu straceńczej odwagi powtarzała sobie, że tortury nie mogą trwać wiecznie. Jej odporność na ból była niska, zazwyczaj traciła przytomność zanim pokutnicy zdążyli wymierzyć jej pełną karę.

Spojrzała na mężczyznę w czerni, który stał odwrócony do niej tyłem i rozglądał się po komnacie, sprawdzając, czy ma wszystko, czego potrzebuje. Swoją surową i niewzruszoną postawą wydawał się stapiać z pomieszczeniem, jakby był kolejnym narzędziem do wyrządzania krzywdy.

Lydia zadrżała, kiedy oszczędnym ruchem dłoni nakazał strażnikom przywiązać ją do żelaznej obręczy.

Znów próbowała się wyrwać, ale gdy zawiązano sznur wokół jej dłoni i gwałtownie podciągnięto do góry, krzyknęła z bólu. Czuła, jak ramiona wyrywają się ze stawów, a stopy ledwie muskają posadzkę – tylko na tyle, by mogła utrzymać resztki równowagi. Podpierała się na opuszkach palców, zawieszona w pułapce między jednym oddechem a drugim.

Zanim się spostrzegła, drzwi zatrzaśnięto i została sam na sam z oprawcą.

Serce podeszło jej do gardła, gdy zauważyła, że zaryglował drzwi.

Już nie wyjdę stąd żywa.

Ta myśl ją poraziła.

Mistrz powoli obrócił się w jej stronę. Jego sylwetka wydawała się jeszcze wyższa, ramiona szersze, a twarz – chłodna i nieprzenikniona. Zatrzymał wzrok na jej twarzy, a ona wciągnęła powietrze i na moment straciła równowagę. Zatańczyła nieporadnie na końcówkach palców, ból wykręconych barków sprawił, że w jej oczach pojawiły się łzy bezsilności.

Mistrz zmarszczył brwi i zbliżył się, a ona oczekując uderzenia, odwróciła głowę i zacisnęła powieki. Sznur napiął się boleśnie na jej nadgarstkach, ocierając boleśnie skórę.

Ale uderzenie nie nadeszło.

Mężczyzna zatrzymał się tuż przed nią. Poczuła subtelny zapach ciepłej skóry, drewna i piżma. Rozchyliła nieznacznie powieki, a wtedy przed oczami dostrzegła zawieszony na jego szyi rzemień z medalionem relikwią, który wysunął się spomiędzy połów czarnego kaftana. Zamrugała zaskoczona tym szczegółem.

A więc nie tylko ja kogoś straciłam.

Zanim zdołała się nad tym dłużej zastanowić, sznur na jej nadgarstkach rozluźnił się, a ona stanęła płasko na posadzce. Odetchnęła z ulgą. Ból w ramionach znacznie zelżał, i choć ręce wciąż miała uwięzione nad głową, nie czuła już, że musi walczyć o każdy oddech.

– Dziękuję – powiedziała odruchowo, a wtedy on zatrzymał się, jakby zdziwiło go to podziękowanie.

Uniosła głowę, ich spojrzenia skrzyżowały się.

Stał bardzo blisko, czuła, jak jego wykwintny kaftan ociera się o jej wymęczone, słabe ciało. Uśmiechnęła się drżąco, gdy gdzieś wewnątrz jej umysłu pojawiło się wspomnienie opiekuńczych ramion męża. Jedynego mężczyzny, którego kiedykolwiek kochała. Na krótki moment wyobraziła sobie, że człowiek, który przed nią stoi, nie jest oprawcą, lecz przyjacielem, który zaraz pozwoli jej złożyć głowę na swojej piersi i odpocząć.

Kontrast między pragnieniem, a rzeczywistością okazał się zbyt wyraźny. Ta chwila słabości sprawiła, że po jej policzkach potoczyły się łzy. Nie mogła ich nawet zetrzeć, bo ręce miała związane. Upokorzenie i niemoc zacisnęły się wokół jej serca, miażdżąc je powoli i odbierając jej resztki godności.

Nie odwróciła jednak wzroku. Patrzyła prosto w srebrzyste, połyskujące jak tafla zmrożonego jeziora źrenice, ukazując całą złość, bezsilność i pogardę, jakie wobec niego czuła.

On trwał nieruchomo, przyglądając się jej twarzy, jakby odkrywał coś po raz pierwszy.

A potem podniósł dłoń i kciukiem starł samotną łzę z jej policzka. Rozchyliła usta na znak protestu, ale zamiast słów wydobyło się z nich tylko ciche westchnienie. Świat wokół zamarł, a jej zmysły wyostrzyły się do tego stopnia, że w jednej chwili dostrzegła mnóstwo szczegółów, których do tej pory nie widziała. Niewielkie zmarszczki w kącikach jego oczu, zarys ust czy ciężki oddech, który unosił jego masywną pierś i barki. Miała wrażenie, że i on się jej przygląda, próbuje przeniknąć jej myśli.

Zaskoczona nagłym napięciem, próbowała zachować spokój, ale gdy przesunął dłonią po jej żebrach aż po plecy, zadrżała.

Zauważył to. Jego szczęki zacisnęły się, a w oczach pojawił się błysk pożądania.

Lydia wciągnęła powoli powietrze.

Strach mieszał się w niej z nagłym, zaskakującym dreszczem podniecenia, które uderzyło w nią z niespodziewaną siłą.

Odwróciła wzrok, nie mogąc znieść zdrady swojego ciała oraz świadomości, że dostrzegł jej reakcję.

– Rób to, co do ciebie należy, panie śmierć. Nie każ mi czekać – warknęła cicho.

Mistrz na moment znieruchomiał, a potem przycisnął ją do siebie tak mocno, że ledwie była w stanie oddychać. Czuła twardość jego ciała, głęboki oddech i napięcie, które wprost z niego kipiało.

Jej mięśnie napięły się, serce zamarło w jej piersi, a kiedy znów na niego spojrzała, dreszcz podniecenia przebiegł po kręgosłupie. Jego oczy nie były już zimne ani obojętne. Dostrzegła w nich wstrzymywane pożądanie, które było skupione wyłącznie na niej. Zsunął dłoń tuż nad krzywiznę jej pośladków, powoli, z premedytacją, a potem uśmiechnął się sardonicznie, z wyższością.

– A skąd wiesz, że właśnie tego nie robię?

W jej oczach błysnęły iskry.

– Próbujesz mnie złamać?

– To ty powiedziałaś, że strach nie uczyni cię moją.

– Bo tak jest.

– Strach to tylko jedno z wielu narzędzi – dodał i, jakby na potwierdzenie tych słów, przycisnął ją do siebie mocniej.

Gdy szorstka wełna otarła się o jej piersi, Lydia uświadomiła sobie, jak marną ochronę stanowią łachmany, które na sobie miała. Rozdarta do pasa koszula rozchylała się przy najlżejszym ruchu, a strzępy materiału zwisały bezwładnie.

Wstyd dawno przestał mieć znaczenie. Bracia pokutnicy nigdy nie patrzyli na nią pożądliwie, nagość budziła w nich odrazę. Jej ciało znaczyło dla nich tyle, co przeszkoda, którą należało złamać bólem.

Wtedy już nie myślała o sobie jak o kobiecie. Porzuciła poczucie przynależności do własnego ciała. Upokorzona na każdy możliwy sposób skryła się głęboko w swojej jaźni.

– Moje ciało jest dla mnie niczym – syknęła z tą pewnością siebie, którą wciąż podtrzymywał w niej żywy, niezłomny duch.

– Czyżby?

Uśmiechnęła się zuchwale.

– Nie możesz mnie złamać, bo wszystko, co najcenniejsze, znajduje się w mojej głowie. Nie zdołasz tam wniknąć, ani ty, ani inni podobni tobie zwyrodnialcy. Nie masz takiej władzy.

Ręka mistrza zaczęła przesuwać się powoli wzdłuż jej kręgosłupa.

Dziewczyna zacisnęła zęby, bo jego dotyk był zarazem torturą i przyjemnością, budził w niej dreszcze, których nie potrafiła opanować.

– Możesz mówić, co chcesz, ale mam nad tobą przewagę, o której nie masz pojęcia.

– Przyznaję, jesteś inny niż tamci, ale to nie znaczy, że lepszy. Jeśli zamierzasz mnie zniewolić, zrób to. Zobaczysz, że nic ci to nie da. Moje ciało jest martwe. – Choć w jej słowach pobrzmiewała odwaga, strach sprawiał, że zacisnęła dłonie na sznurze. Była całkowicie zdana na jego łaskę.

Mężczyzna odchylił się nieznacznie, tak, że między ich ciałami pojawiła się przestrzeń.

Spojrzeniem przylgnął do jej piersi, dobrze widocznych teraz w wycięciu koszuli. Choć niewielkie, były napięte i twarde z podniecenia.

– Twoje ciało nie wygląda na martwe – powiedział niskim, niemal mrukliwym tonem.

Lydia przełknęła powoli ślinę. Zmrużyła powieki, modląc się w duchu, by nie wykorzystał tej osobliwej bezsilności, jaką wobec niego czuła.

– Jest słabe, w przeciwieństwie do mego ducha.

– Jestem tym, który zajmuje się odnajdywaniem ludzkich słabości.

Otworzyła szeroko oczy. Widniały w nich wzburzenie i pogarda.

– Jesteś potworem.

– Być może – wypowiedział to tak obojętnym tonem, jakby naprawdę sam w to wierzył.

– Czy ta kobieta, po której nosisz medalion, wiedziała o tym?

Wyraz jego twarzy momentalnie się zmienił. Wyglądał teraz tak, jakby go spoliczkowała.

Natychmiast się od niej odsunął, wytrącony z równowagi. Chwilę później jego twarz znów była zimna i niewzruszona – lecz Lydia już wiedziała, że to tylko fasada.

Każdy ma duszę. Nawet ktoś, kto wygląda, jakby nigdy o niej nie słyszał.

Uśmiechnęła się z satysfakcją.

– Ja też znam twoją słabość, panie śmierć.

Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu. Chaotyczne, splątane myśli zdawały się targać jego umysłem, niewidocznie, lecz namacalnie.

Zbiła go z pantałyku.

A teraz czekała na reakcję. Żaden człowiek, nawet najbardziej opanowany, nie pozostanie spokojny, gdy wbije mu się nóż w otwartą ranę.

Mistrz obrócił się do niej plecami, zdjął płaszcz i odłożył go na stół. Podszedł do ściany, na której wisiały narzędzia tortur i zaczął się im przyglądać.

Lydia mimowolnie podążyła za nim wzrokiem. Było coś niepokojącego w tym, jak naturalnie wyglądał w tej scenerii. Ubrany od stóp do głów w czerń wyglądał jak kat, dla którego praca była jedynie ponurym obowiązkiem.

Z rosnącym niepokojem patrzyła, jak jego palce przesuwają się po metalowych hakach, drewnianych trzonkach i wyprawionych skórach. Niektóre z narzędzi brał do rąk, jakby sprawdzał jakość ich wykonania i ciężar. Jego ruchy były oszczędne, ale precyzyjne. Zdawał się całkowicie pochłonięty zadaniem, zupełnie zapominając o jej obecności.

– Nie boisz się, że teraz, kiedy znam twoją tajemnicę, użyję swoich zdolności i wykorzystam je przeciwko tobie? – Choć miało to brzmieć swobodnie, Lydia czuła, jak panika zaciska jej krtań.

Nawet się nie odwrócił w jej stronę.

– Nie masz żadnych zdolności.

Dziewczyna prychnęła.

– Nie słyszałeś? Jestem czarownicą.

Spojrzał na nią kątem oka.

– Kto tak twierdzi? Ty? Czy oni?

Lydia poruszyła się niespokojnie. Ta rozmowa zaczęła przybierać niecodzienny obrót. Od dawna wszyscy oskarżali ją o czary, a teraz ona ma mu udowadniać, że to prawda?

– Powinieneś się mnie bać, bracia pokutnicy obawiali się moich koligacji z diabłem. Wystarczy kilka słów, żebym rzuciła na ciebie urok…

Mistrz zdjął z haka skórzaną obręcz i obrócił się ku niej.

Na jego twarzy widniało pobłażliwe rozbawienie.

– To dlaczego jeszcze tego nie zrobiłaś?

Lydia otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła.

– Bo to… wyczerpujące – wydukała po chwili, odchrząkując, by wziąć się w garść i zabrzmieć groźnie, choć ręce miała zawieszone nad głową, a piersi na wpół odsłonięte.

– Wypowiedzenie kilku słów? Jest wyczerpujące? – Ciemna brew podjechała do góry.

– Tak. Jestem wycieńczona… – dodała bez przekonania. – Moje moce… znacznie osłabły.

– Mam w takim razie wielkie szczęście. – Podszedł do niej niespiesznie i spojrzał na nią z góry.

– Potrafię być groźna, zapytaj braci pokutników, ludzi, na których rzuciłam urok w Rosemarrow… – kontynuowała, spoglądając niespokojne na pas, który trzymał w ręce.

– I co mi zrobisz? Zamienisz mnie w żabę?

– Może przydarzyć ci się… jakieś nieszczęście – szepnęła złowieszczym tonem, po którym bracia pokutnicy zawsze robili znak krzyża.

Mistrz jednak wydawał się być niewzruszony jej groźbą. Oparł się o stół i skrzyżował przed sobą ramiona.

– Nieszczęścia zdarzają się bez przerwy.

– Jesteś gotów zaryzykować?

– Czy aby rzucić to zaklęcie, potrzebujesz rąk?

Lydia zamrugała kilkukrotnie, jakby nie pojmowała co do niej mówi.

– Mówili w wiosce… że widzieli, jak przygotowuję nieczyste mikstury…

– Do tego potrzebne są ręce – skomentował rezolutnie, ale w kącikach wąskich ust zatańczył wstrzymywany uśmiech.

Dziewczyna zmarszczyła brwi. Nie rozumiała go. Dlaczego się jej nie bał? Dlaczego nie wierzył w to, co mówili bracia?

– Widzieli też jak nocami spółkuję z diabłem – rzuciła, zuchwale unosząc podbródek.

– Są tacy, co właśnie mnie nazywają diabłem…

Oczy Lydii zrobiły się okrągłe z niepokoju.

– N-nie zamierzam z tobą spółkować!

Przechylił głowę na bok, czarne włosy zsunęły się po jego ramieniu.

– Czyżbym był za mało… – obracał w palcach skórzany pas, jakby się nim bawił – demoniczny?

– Nie rozumiem… – wymamrotała.

– Sama nazywasz mnie „panem śmierci”. W ustach domniemanej czarownicy to chyba komplement najwyższej wagi?

Lydia na moment zapomniała języka w gębie.

– Śmierć to nie diabeł, więc sam rozumiesz…

– Nie rozumiem. – Odbił się rękami od kantu stołu i stanął przed nią na rozstawionych nogach.

Dziewczyna cofnęła się, jej plecy dotknęły kamiennej ściany.

– Nie masz takich mocy, które… hm… cenię najbardziej – improwizowała.

Przysunął się bliżej, jego pierś znalazła się tuż przed jej oczami. Powietrze wokół niego pachniało czymś niepokojącym. Gdy nachylił się nad nią, instynktownie zacisnęła dłonie w pięści.

– W tej chwili znajdujesz się całkowicie w mojej mocy… – zamruczał, a potem objął jej kibić.

Lydia wstrzymała oddech.

– N-nie możesz mnie skrzywdzić bardziej, niż zrobili to inni – wyszeptała.

– Cokolwiek zdecyduję, nikt i nic mi w tym nie przeszkodzi. Ani twoje czary, ani modlitwy, ani twój przyjaciel diabeł. Wiesz dlaczego?

Dziewczyna ledwie była w stanie skupić się na jego słowach. Bliskość mężczyzny wytrącała ją z równowagi.

– D-dlaczego? – spytała ledwie słyszalnie.

Nachylił się do jej ucha.

– Bo żadne z nich nie istnieje.

Uniosła gwałtownie głowę, zszokowana jego słowami.

Ale słowa uwięzły jej w krtani, gdy zdała sobie sprawę, jak blisko znajduje się jego twarz. Wisiał nad nią niczym czarny jastrząb, lecz jego oczy nie były już tak obojętne jak wcześniej. Mieniły się niczym najpiękniejszy stop srebra, żywe i pełne emocji. Dostrzegła, jak przełyka powoli ślinę, jak jego spojrzenie błądzi po jej twarzy i zatrzymuje się na ustach.

– Masz ostatnią szansę, żeby rzucić na mnie zaklęcie. – Jego głos był schrypnięty.

– Zrobię to.

– Czy żeby rzucić na mnie czar, potrzebujesz ust?

Niewiele myśląc, oblizała wargi.

Jego źrenice rozszerzyły się.

– Tak.

– Tak… – jeszcze bardziej się nad nią nachylił, a potem ujął w palce jej podbródek i uniósł ku sobie.

Ich usta były tak blisko siebie, że niemal się nimi stykali. Zastygł na chwilę w bezruchu, jakby sycił się jej niepewnością.

Dziewczyna rozchyliła wargi, a wtedy jego dłoń zacisnęła się mocniej na jej talii. Gdy westchnęła, ich oddechy zmieszały się ze sobą. Gwałtowne ciepło rozeszło się po jej ciele.

Wystarczyłoby, że uniosłaby się na palcach, żeby go dosięgnąć. Ale nie zrobiła tego. Trwała w oczekiwaniu. Czuła, jak szorstka wełna jego kaftana drażni koniuszki jej piersi, jak gorąco jego ciała zamyka się wokół niej, jak dotyk jego palców zmusza ją do uległości bez najmniejszego nacisku.

Kiedy wreszcie nachylił się i otarł ustami o jej rozchylone wargi, nogi omal się pod nią nie ugięły. Te usta, które nie znały uśmiechu, wąskie i powściągliwe, wcale nie były zimne.

Były ciepłe, miękkie i bardzo zaborcze.

***

Valdrim nie wiedział, dlaczego to zrobił.

Coś w tej dziewczynie sprawiało, że jego pancerz ochronny kruszał. Nosił go od tak dawna, że nie pamiętał już, by kiedykolwiek był innym człowiekiem.

Dla niego wszystko miało czarno-białą barwę. Nic już nie było piękne, nic warte ochrony, nic warte wysiłku.

Razem z odejściem Diany odeszła też jego dusza. Teraz był jedynie pustą powłoką, wyschniętą gałęzią, bezmyślnym narzędziem, niezdolnym do jakichkolwiek uczuć.

Kiedy zobaczył tę dziewczynę, skuloną w celi, posiniaczoną i wyczerpaną, dostrzegł w niej swoje podobieństwo.

Rzucała śmiałe oszczerstwa, prowokowała go, ale on wiedział, że kierowała nią rozpacz.

Chciała umrzeć, tak samo jak on.

Wyczekiwała tego jak ptak świtu, ta myśl koiła ją, była jedynym stanem, który dawał jej pocieszenie.

Potem, kiedy został z nią sam na sam, dostrzegł coś jeszcze. Pod tą powłoką zrezygnowania wciąż tliła się niezłomna siła charakteru. Przesłuchiwał niezliczoną liczbę mężczyzn i kobiet, ale niewiele z nich miało choć cząstkę jej odwagi.

Może tego nie wiedziała, ale znajdowało się w niej więcej życia niż w niejednym człowieku, którego napotkał.

Zastanawiał się, jaka była, zanim oskarżono ją o czary.

Czy była radosna, pełna energii, szczodra i życzliwa wobec ludzi?

Czy była podobna… do jego ukochanej Diany?

Choć zdarzyło się to tak dawno, w jakiś sposób przypominała mu ją.

Kiedy zapytała, czy kobieta, którą stracił, też uważała go za potwora, nie miała pojęcia, jak blisko była prawdy.

Ale w jednym się myliła.

To nie Diana uważała go za potwora.

To on się za niego uważał po tym, co jej zrobił…CIEŃ PRZESZŁOŚCI

Lydia nie była w stanie pojąć, co się z nią działo.

Dlaczego to robił?

Dlaczego jego pocałunek sprawiał, że drżała na całym ciele? Przecież był jej katem, człowiekiem, za którym kroczyła śmierć, którego wszyscy bali się jak ognia piekielnego.

Coś w jej wnętrzu jednak drgnęło. Trwało to ledwie chwilę, bo zaraz ogarnęło ją przytłaczające poczucie winy.

Przez całe życie była wierna tylko jednemu mężczyźnie. Roderic był niezwykle przystojnym młodzieńcem, kobiety lubiły na niego patrzeć i traktowały go jak bożyszcze, ale dla niej zawsze był po prostu chłopakiem z sąsiedztwa, który od najmłodszych lat robił sobie z niej żarty i uprzykrzał życie. Jako dziewczynka nie rozumiała tych zaczepek, do czasu kiedy na Beltane – dorocznym świętowaniu nadejścia lata – pocałował ją pod starą wierzbą. Potem wszystko potoczyło się szybko, a ona, dziewczyna o przenikliwym spojrzeniu i czarnych włosach, była zdziwiona, że z całej wioski to właśnie ją obrał sobie na towarzyszkę życia. Zdziwienie ogarnęło nie tylko ją, ale i całe Rosemarrow. O uwagę Roderica zabiegało w tym czasie wiele ładniejszych i bardziej doświadczonych dziewcząt. Widziała, jak wskazują go palcami, chichoczą i podążają za nim w małych grupkach, licząc na jego zainteresowanie. Była wśród nich jedna, najpiękniejsza w całej wsi – Sigfrida, z długim do pasa warkoczem i pełnymi piersiami, które nieraz odsłaniała, nachylając się lub niedbale wiążąc koszulę. Na żniwach zawsze pracowała obok Roderica, na zabawach znikała z nim czasem w zaroślach i ludzie gadali, że mają się ku sobie. Plotki o ich romansie krążyły po całej wsi i długo wzbudzały zazdrość i ciekawość mieszkańców.

Lydia obserwowała to z boku, nieco zaskoczona gdy pewnego popołudnia, wracając do chaty z koszykiem grzybów, Roderic uparł się, że ją odprowadzi. Chwycił ją wtedy za rękę i szedł z nią przez całą wieś, wyprostowany i milczący, jakby robił to specjalnie, na pokaz.

Zazdrosna Sigfrida szybko rozpuściła plotkę, że Lydia musiała rzucić na Roderica jakiś czar, żeby zwrócił na nią uwagę. Przez długi czas chłopcy i dziewczęta naśmiewali się z niej i prowokowali ją, by i na nich rzuciła zaklęcie. Ale plotki ucichły, kiedy doszło do zaślubin. Miała wtedy szesnaście lat i nie widziała świata poza przystojnym, starszym od niej i bardziej doświadczonym Roderikiem.

Przez lata ich życie było szczęśliwe, choć Lydia ciągle słyszała kąśliwe uwagi innych dziewcząt. Uważały, że nie zasługuje na takiego męża, i że miejsce przy jego boku należy się Sigfridzie.

Słyszała plotki, jakoby nadal spotykali się ze sobą po kryjomu, ale nie wierzyła im. Kochała męża całym sercem i ufała mu bezgranicznie.

Kilka lat po ślubie przyszła na świat Cecilia. Ich gospodarstwo rozrastało się, a pola obficie rodziły. Przez długi czas los im sprzyjał, aż we wsi doszło do serii niefortunnych wypadków i wszystko zaczęło się rozsypywać…

Drgnęła, wracając myślami do teraźniejszości, do pocałunku, który sprowokował wspomnienia o młodzieńcu, którego kochała.

Kiedy mistrz uniósł głowę i spojrzał jej prosto w oczy, oboje byli zbyt oszołomieni, by coś powiedzieć. Choć z jego twarzy nie dało się wiele wyczytać, podejrzewała, że ten pocałunek nie był planowany.

Ale czy na pewno?

Nawet nie wyczuła, kiedy oplótł jej wokół talii pas z żelaznymi mocowaniami, unieruchamiając jej ciało i przytwierdzając je do obręczy przy ścianie.

Wstyd i upokorzenie zabarwiły jej policzki na różowo.

A więc to był podstęp, a ona dała się oszukać.

– Nigdy więcej mnie nie dotykaj – syknęła.

Przez jego obojętną twarz przemknął cień uśmiechu.

– Nie jesteś w pozycji, w której mogłabyś mi rozkazywać.

Lydia zacisnęła zęby. Szarpnęła się, ale teraz jej ruchy były jeszcze bardziej ograniczone. Szeroki rzemień dawał jej zaledwie kilka cali swobody.

– Lubisz unieruchamiać swoje ofiary? – Złość cisnęła się jej na usta, ale chyba najbardziej wyrzucała sobie w duchu słabość i chwilową przyjemność, którą poczuła, gdy ją pocałował.

– Lubię wszystko, co doprowadza mnie do zamierzonego celu. – Znów oparł się o stół i przyglądał się jej z rozmysłem.

– Sprawiło ci satysfakcję, że na ten krótki moment ci się oddałam, prawda? – Nie zamierzała udawać, że nic się nie stało. Postanowiła stawić mu czoła. Ten przeklęty diabeł i tak nie był kimś, przed kim mogłaby cokolwiek ukryć.

Spojrzenie srebrnych oczu zsunęło się po jej twarzy i zatrzymało na ustach. Zrobił to powoli, świadomie, dając jej do zrozumienia, że wciąż myśli o tym pocałunku.

Po jej ciele przebiegł nagły dreszcz. Szarpnęła się ponownie, pragnąc zakryć przed nim swoje ciało. Ciało, które reagowało na niego bardziej niż tego pragnęła.

Podczas tych rozpaczliwych zabiegów poły rozdartej koszuli znów się rozchyliły, ukazując jej piersi.

Oczy mężczyzny rozbłysły pożądaniem, linia szczęki napięła się.

Lydia, nie mogąc znieść swojej bezsilności, potrząsnęła głową i odwróciła wzrok.

Jeszcze nigdy nie czuła się przed kimś tak obnażona.

Wstyd i niezrozumiałe podniecenie sprawiły, że jej sutki stwardniały pod jego spojrzeniem.

Wiedziała, że ją obserwuje. A ona nie mogła zrobić nic, by się przed nim zasłonić.

– Nie patrz na mnie, ty przeklęty diable! – Głos jej się łamał. Nie rozumiała, co się z nią dzieje, oddychała płytko, jej piersi stały się jakby cięższe, wrażliwsze.

– A więc jednak jestem diabłem?

Z początku nie zrozumiała, o co pytał. Ale kiedy podszedł do niej, przenikając ją płonącym wzrokiem, omal nie zakrztusiła się własnym oddechem.

– Jesteś czymś o wiele gorszym! – rzuciła pierwsze, co przyszło jej do głowy.

Jego palce dotknęły nasady jej szyi, a potem zaczęły się powoli zsuwać.

Lydia przełknęła z wysiłkiem ślinę. Ten dotyk był tak delikatny, że aż bolał.

Skóra na jej piersiach jeszcze bardziej stężała. Zadygotała jak ktoś, kto czuje przeciąg na wilgotnej skórze.

Mistrz uśmiechnął się zuchwale.

– Chcesz mnie.

Te dwa słowa, wypowiedziane w półmroku komnaty tortur wybrzmiały jak prawda i oskarżenie jednocześnie.

– Nie bądź śmieszny.

Jego przenikliwe spojrzenie przesuwało się po jej twarzy, wychwytując każdą, najmniejszą nawet emocję. To sprawiało, że czuła się jeszcze bardziej na widoku, bezbronna, otwarta i krucha.

– Nawet tutaj, unieruchomiona i całkowicie zdana na moją łaskę… pragniesz mnie, a jednocześnie się mnie lękasz. – Jego głos przeszedł teraz do mrukliwego szeptu.

Palce bawiły się szorstką krawędzią tkaniny, która ledwie okrywała czubki jej piersi.

– Nie boję się ciebie ty… ty podły diable!

Przysunął się do niej, gwałtownie zniżając głowę.

– To brzmi jak zaproszenie.

Owionął ją piżmowy, nęcący zapach jego skóry. Jej źrenice rozszerzyły się.

– W-wcale nim nie jest! – Szarpnęła się, ale jedynie nadwyrężyła tym mięśnie.

– To o tobie chodzą słuchy, że spółkujesz z diabłem, a właśnie tak mnie nazwałaś, mała czarownico.

– Nie powinieneś się zająć wyrywaniem mi paznokci czy wierceniem dłutem w brzuchu? Ponoć jesteś mistrzem najbardziej wymyślnych i skutecznych tortur.

Odsunął się odrobinę, a potem niedbałym ruchem odgarnął jej z szyi kosmyk włosów.

mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij