Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Mistrzowie pokoleń - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
29 października 2025
39,00
3900 pkt
punktów Virtualo

Mistrzowie pokoleń - ebook

Lewandowscy, Szewińscy, Drzyzgowie, Wagnerowie, Gortatowie, Wszołowie, Legieniowie… Jaki wpływ ma sportowiec na sportowe losy swojego dziecka? Jest mu łatwiej już na samym początku czy przeciwnie – musi stawić czoła nieznośnej presji otoczenia? Czy rodzice, którzy żyli sportową rywalizacją, są w stanie ot tak przelać pasję albo talent na syna lub córkę, jeśli nawet tego nie planują lub wręcz nie chcą? Chodzi o kwestię genów czy bardziej o efekt wzrastania w domu, w którym sport wyczynowy był na pierwszym miejscu? To są dodatkowe szanse czy niedoceniane przeszkody, z którymi trzeba się uporać?

Oddaliśmy głos ludziom ze sportowych rodzin – często wybitnym, ale też takim, którym nie do końca udało się zmierzyć z pomnikami budowanymi przez rodziców. Mówią o swoich sukcesach i porażkach, tłumaczą się z życiowych wyborów w tym sportowym kontekście. Na wszystkie powyższe pytania oczywiście nie ma prostych odpowiedzi, lecz na podstawie opisanych historii każdy czytelnik może wyrobić sobie własne zdanie.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8250-548-1
Rozmiar pliku: 4,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Dzieciom pochodzącym z rodzin sportowych łatwo wpaść do szufladki z banalnym napisem „syn swojego ojca” albo „córka swojej matki”. Taka etykietka w sporcie przeszkadza, bo zachęca do bezlitosnego porównywania, które może zakłócić albo wręcz uniemożliwić rozwój kariery. „Nigdy nie będę taki jak ty” – powiedział trzynastoletni Artur do swojego ojca Andrzeja Wrońskiego, dwukrotnego złotego medalisty igrzysk olimpijskich w zapasach. Obaj należą do wielu bohaterów tej książki. Syn wielkiego mistrza wyrzucił z siebie twardą deklarację i poczuł ulgę, jakby uwolnił się od nieuchronnego przeznaczenia, na które się nie godził. Uznał, że brakuje mu podobnych zdolności, by udźwignąć brzemię oczekiwań, a nie chciał poświęcać się czemuś, do czego nie miał pełnego przekonania. Rola przeciętnego sportowca – zwłaszcza w kontekście wybitnych osiągnięć ojca – nie odpowiadała mu, w swoim życiu wolał się zająć czym innym.

Z kolei Grzegorz Wagner – którego rodzicami byli legendarny trener polskich siatkarzy oraz medalistka olimpijska – przyznaje równie dosadnie: „Tata nie chciał mieć syna siatkarza”. A jednak siatkarzem został i to takim, który zdobył mistrzostwo Polski i grał w kadrze narodowej. Poszedł drogą sportową, lecz na własnych warunkach. Tak wybrał, choć przyznaje, że w relacjach rodzinnych miało to swoją cenę, bo gdy zdecydował się na siatkówkę, ojciec się obraził i nie odzywał się do niego przez kilka lat. Wiele wskazuje, że paradoksalnie ten przejęty od ojca twardy charakter i upór pozwoliły mu wytrwać w postanowieniu oraz sprawić, że w sporcie osiągnął znaczące wyniki.

Czasem zapewne jest tak, że rodzic chce uchronić ukochane dziecko od sportowej kariery, bo dobrze wie, z jakim to wiąże się wysiłkiem, wyrzeczeniami i narażaniem na kontuzje. Mądrzy rodzice nie narzucają dzieciom własnych wyobrażeń o świecie, bo wiedzą, że lepiej skupić się na przygotowywaniu ich do dokonywania samodzielnych, odpowiedzialnych wyborów. Zarazem byli sportowcy zazwyczaj próbują podzielić się ze swoimi potomkami zdobytym doświadczeniem, wyczulić na czyhające pułapki, aby – jeżeli jednak pójdą ich sportowym śladem – nie popełniały podobnych błędów. I niekiedy przynosi to efekty: w rodzinie rośnie kolejny dobry sportowiec, jakkolwiek element przypadku, szczęścia albo pecha nigdy nie przestaje mieć znaczenia. Charakterystyczny przykład? Wybitna Irena Szewińska nie pchała synów w objęcia sportu, ale ten starszy, Andrzej, i tak dał się porwać siatkówce, grał na reprezentacyjnym poziomie. Kluczowy wybór był jego suwerenną decyzją, ale gdy już ona zapadła, rodzice zawsze go wspierali na każdy możliwy sposób.

Dzieci pod względem sportowej klasy potrafią się bardzo zbliżyć do poziomu matki albo ojca – tak jak piłkarz Euzebiusz Smolarek do swojego taty Włodzimierza albo siatkarz Fabian Drzyzga do Wojciecha. Są też tacy, którzy wychowując się w sportowym domu, sięgnęli niespodziewanych szczytów, takich w bajkowym stylu. Bo czy zajmujący się sportem rodzice Roberta Lewandowskiego mogli poważnie pomyśleć, że ich dziecko zostanie kiedyś najlepszym piłkarzem świata? A czy dwukrotny medalista olimpijski w boksie Janusz Gortat i jego żona Alicja – reprezentantka Polski w siatkówce – naprawdę zakładali, że garnący się do koszykówki syn zagra w finale NBA?

O takich sportowych losach mogły decydować geny, ale na pewno istniały też inne przyczyny. Oprócz talentu potrzebna była tytaniczna i cierpliwa praca, umiejętność korzystania z dobrych wzorców i dodatkowo pomyślny zbieg różnych życiowych okoliczności. A i to nie wszystko – zawsze niezbędna jest odporność na wspomniane szufladkowanie, czyli zawzięte wyłamywanie się ze schematów. Edukacja w sportowym domu może być bezcenna, ale w pewnym momencie zawsze staje się wyzwaniem – tak dla rodziców, jak i dla dzieci.

I przede wszystkim o wyzwaniach – ze sportowcami w roli głównej – jest ta opowieść. Są to historie spisane w większości przez doświadczonych dziennikarzy „Przeglądu Sportowego” – obecnych oraz takich, którzy w przeszłości współpracowali z najstarszą w Polsce gazetą sportową. Autorzy poszczególnych rozdziałów przeprowadzili wiele rozmów na temat odkrywania i rozpoznawania talentu także w kontekście rodzinnych „więzów krwi”, wykuwania formy, istoty ciężkiego treningu oraz blasków i cieni sportowej rywalizacji. Warto się dowiedzieć, co opisywani przez nich bohaterowie mają nam do przekazania. Mogą to być bardzo pouczające i pełne odkryć lekcje nie tylko dla tych czytelników, którzy interesują się sportem, bo poruszane kwestie zdecydowanie wykraczają poza sport.

Antoni BugajskiSIŁA NIE DRZEMIE W MASIE

Czy będąc synem mamy gimnastyczki i ojca lekkoatlety, można było nie zacząć uprawiać sportu? Pewnie można, ale Jacek Wszoła od najmłodszych lat palił się do aktywności fizycznej. Jako młody chłopak jeździł z ojcem na obozy treningowe. Ale… wszystko zaczęło się od gimnastyki. Oto opowieść podwójnego medalisty olimpijskiego w skoku wzwyż o tym, jak Roman Wszoła doprowadził go do wielkich sukcesów.

Mój ojciec uprawiał średnie i długie biegi. To były czasy powojenne i ambicja nie zawsze szła w parze z możliwościami treningowymi. Zapewnienie sobie odpowiednich warunków, wyżywienie, odpoczynek, ubiór na trening – to wszystko było niełatwe. Tato skończył studia w 1954 roku na AWF, ale zapalenie mięśnia sercowego wyeliminowało go z wyczynowego treningu. Zaczął więc uprawiać kulturystykę. Wyglądał lepiej niż przyzwoicie. Kiedyś wpadło mi w ręce zdjęcie, na którym widać, że miał solidną budowę, co z pewnością wymagało dużej pracy. Mama natomiast była gimnastyczką. Oboje po studiach trafili do szkół, gdzie byli nauczycielami wychowania fizycznego. Oprócz tego mama prowadziła zajęcia z gimnastyki sportowej w Legii, a ojciec w AZS był trenerem lekkoatletyki.

Rodzice uważali, że powinienem zająć się jakimś sportem, bo to jest dobre dla rozwoju młodego człowieka. Najpierw mnie, a potem moją siostrę, młodszą o dziesięć lat, wychowywali w tym duchu.

Brak tkanki i cienkie kości

Na początku była gimnastyka w czwartej klasie szkoły podstawowej. Dlaczego ta dyscyplina sportu? Gdy miałem dziesięć lat, trafiłem do prewentorium, gdzie zajmowano się dziećmi z problemami oddechowymi. Chyba to była szkarlatyna. Trafiłem tam na długie tygodnie. Wtedy jeszcze nie uprawiałem żadnego sportu. Ręce i nogi miałem chudziutkie. Później stało się to moim atutem.

U skoczków wzwyż siła nie drzemie w masie, lecz w dynamice. Brak tkanki tłuszczowej i cienkie kości to jest atut, ale wówczas o tym nie myślałem. Chętnie zgodziłem się na gimnastykę, którą trenowałem w Szkole Podstawowej nr 141 na Szaserów w Warszawie. Zacząłem jednak rosnąć i po wakacjach w szóstej klasie poczułem się słaby. Na tyle, że podczas treningu puściły mi ręce na kółkach i poleciałem na twarz. Wkurzyłem się i powiedziałem mamie, że nie będę chodził na zajęcia. To był zły sygnał. „Co to za sportowiec? Nie ma ambicji. Godzi się z porażką” – usłyszałem.

Styl, który ogarnął świat

Ale umiałem postawić na swoim i zrezygnowałem z gimnastyki. Na sport się jednak całkowicie nie obraziłem. Trafiłem w innej podstawówce, nr 55 na Grochowie, na zapalonego maniaka sportu i turystyki, magistra Jana Chojarczyka. Wybieraliśmy się z nim na rajdy piesze, rowerowe. Jedną trzecią Polski zaliczyliśmy ma rowerach między szóstą a siódmą klasą. Po lekcjach, gdzie uczył WF, były zajęcia Szkolnego Klubu Sportowego. SKS to był ważny element życia końca lat sześćdziesiątych i początku siedemdziesiątych. Zapewniał stabilność finansową nauczycielom i dostęp do wyższego poziomu dla tych, którzy chcieli mieć więcej aktywności niż tylko dwie lekcje WF tygodniowo.

Na zajęciach SKS zetknąłem się ze skokiem wzwyż. Był rok 1968. Wówczas podczas igrzysk olimpijskich w Meksyku Dick Fosbury triumfował w tej konkurencji, skacząc wymyślonym przez siebie stylem zwanym flopem. Wówczas nie mogłem zdawać sobie sprawy, że ten styl ogarnie świat w tak szybkim tempie. Gdy wygrywałem osiem lat później w Montrealu, w finale tylko dwóch zawodników skakało starym stylem przerzutowym.

A może byś wystartował?

Wracając do moich początków ze skokiem wzwyż, od paru lat już uczestniczyłem w obozach lekkoatletycznych organizowanych przez ojca. Tam nie tylko skakałem wzwyż, lecz także w dal i biegałem, również przez płotki. Nie miałem więc problemu z koordynacją, gdy trafiłem na zajęcia SKS prowadzone przez pana Chojarczyka. Ojciec, będąc nauczycielem WF, nie mógł poświęcić mi tyle czasu, by z Grochowa wozić mnie do szkoły na Saską Kępę, gdzie wówczas pracował. Czyli wprowadzaniem mnie do skoku wzwyż zajął się facet, który był nim zafascynowany. Jan Chojarczyk zaszczepił we mnie miłość do skoku wzwyż.

Prowokowany przez ojca, który mówił: „A może byś wystartował?”, zacząłem próbować swoich sił w zawodach. Najpierw jednak na wszystkich wrażenie zrobił mój wynik w skoku w dal, gdy mając 11 lat, poleciałem grubo ponad 3 metry, co na gościa, który okazjonalnie tylko coś ćwiczy, było dobrym wynikiem. „Weź skocz jeszcze raz, bo może czegoś nie widzieliśmy dokładnie, coś źle zmierzyliśmy” – słyszałem wypowiadane z niedowierzaniem słowa.

Zrobili większą salę

Pozostałem jednak przy skoku wzwyż. W siódmej klasie złapałem bakcyla i nie wyobrażałem sobie przyszłości bez lekkoatletyki i skakania. Poszedłem do szkoły średniej, do Technikum Łączności, gdzie dyrektorem był mój ojciec. Tam utworzył klasy sportowe. Miał dużo farta w życiu, bo ktoś, kto o czymś decyduje, umiał go słuchać. Ojciec mówił, że skoro to ma być szkoła sportowa, trzeba zrobić większą salę gimnastyczną. I ją zrobili. Przynajmniej 150 osób w tej szkole uprawiało sport poza godzinami lekcyjnymi, a moim trenerem był Stanisław Janowski. Tam to moje skakanie zaczęło się na poważnie. Choć już w podstawówce wygrywałem wszystko, w czym brałem udział. Dlatego w średniej szkole nie wyobrażałem sobie przyszłości bez lekkoatletyki. Ale pan Janowski ożenił się i wyjechał z Warszawy. Przejął mnie więc ojciec. Miałem wówczas 17 lat.

Jacek Wszoła słucha uwag swojego ojca i trenera Romana Wszoły.

Sznurki trzymał ojciec

Mieszkaliśmy na Grochowie. Ojciec, żeby nie burzyć mojego rytmu życia, postanowił nie wysyłać mnie na trening na AWF na drugi koniec miasta, gdzie zajęliby się mną jego koledzy. W 1974 roku w pierwszym starcie w połowie maja wyrównałem rekord Polski Edwarda Czernika w meczu międzypaństwowym i zakwalifikowałem się na mistrzostwa Europy w Rzymie. Za chwilę zaczynały się wakacje i nie było czasu na kombinowanie. Pojawiła się stabilizacja na poziomie reprezentanta kraju. Nie było czasu na zastanawianie się, z kim mam trenować. Sznurki w ręku trzymał ojciec. I bardzo dobrze, bo wiedział lepiej ode mnie, co trzeba zrobić. Tak rozkręciła się nasza współpraca. Nie poleciał wprawdzie ze mną na te mistrzostwa Europy, ale był już wówczas od trzech miesięcy moim opiekunem. Tam, mając 17 lat, zająłem 5. miejsce.

Daleko od siebie w Montrealu

Ojca nie było też przy mnie podczas mojego największego sukcesu, czyli triumfu w Montrealu w igrzyskach olimpijskich dwa lata później. To znaczy był, ale rywalizację obserwował z trybun, siedząc daleko od zeskoku. Wymyślono to ze względów bezpieczeństwa po ataku terrorystów na wioskę w Monachium cztery lata wcześniej. Dlatego środki ostrożności w Montrealu były dość rygorystyczne i odległość ode mnie do ojca była spora. Komunikacji nie było żadnej, bo trudno drzeć się przez pół stadionu. W dodatku przepisy nie pozwalały zbyt długo wpatrywać się w trybuny, nie mówiąc o krzyczeniu czegokolwiek w stronę zawodnika. To mogło spowodować dyskwalifikację. Taka fobia…

Jacek Wszoła triumfuje podczas igrzysk olimpijskich w Montrealu w 1976 roku. Młokos z Polski zaskoczył wszystkich.

Cztery lata później zdobyłem srebro olimpijskie w Moskwie. Wygrał zawodnik jednego konkursu, Gerd Wessig z NRD. Zdaję sobie sprawę, że tłum ludzi się dopingował. Nie tylko ten jeden biedny Wessig, bo są podobno dokumenty potwierdzające, żeNiemiec brał niedozwolone sterydy. Zresztą on mi kiedyś powiedział, że gdyby się nie zgodził, nie znalazłby się w kadrze i nie wystartowałby w igrzyskach olimpijskich… Wracając do pytania. Nie mam złych wspomnień z Moskwy. Podejrzewam, że gdybym skoczył 2,33 m i nawiązał walkę z Gerdem, następną wysokością byłoby 2,35 m i on też by to skoczył, bo wyglądał niesamowicie.

Nie chcesz, to nie rób

Jakie były moje relacje z ojcem? Na pewno jest trudniej szkoleniowcowi coś wyegzekwować, gdy trenuje własne dziecko. Gdy marudziłem, ojciec mówił: „OK, nie chcesz, to nie rób”. Może gdyby zamiast tego mówił: „U mnie nie ma, że nie chcesz czegoś zrobić”, wyniki byłyby inne. Ale potrafił przemówić mi do rozsądku. Kiedyś wbiegaliśmy z Kuźnic do Hali Gąsienicowej. Nienawidziłem gór. Gdybym jeszcze raz miał okazję uprawiać sport, w życiu bym w górach nie trenował. Ojciec był facetem nie do zajechania, a ja ledwo człapałem i marzyłem, by to podejście się skończyło. Ojciec był daleko przede mną i krzyczy: „Kto się przygotowuje do igrzysk, ty czy ja?”. I tak to powinno wyglądać. Żadnego odpuszczania, bo później przychodzi taki moment po porażce, gdy człowiek myśli: „Kurna, może czegoś mi zabrakło?”.

W 1980 roku Jacek Wszoła zdobył w Moskwie srebrny medal olimpijski. Przegrał tylko z Gerdem Wessigiem z NRD. Niemiec po latach przyznał się, że stosował niedozwolony doping.

W USA miałem raj

Ojciec miał ogromne wyczucie i oko do talentów. Tego nie da się ująć w ramy, opisać słowami. Co to znaczy „mieć oko”? To znaczy wszystko! Kto nie ma dobrego oka, nie będzie dobrym trenerem. Byłem jednym z wielu zawodników trenowanych przez ojca, którzy odnosili sukcesy. Sprinterzy Jurek Wieczorek i Grażyna Chodorek plus mnóstwo innych osób to jego wychowankowie. Prowadził mnie do końca kariery. Choć nie zawsze miał mnie pod ręką. Na początku lat osiemdziesiątych sporo wyjeżdżałem do USA, gdy zrozumiałem, że nie chciałbym spędzić kolejnego okresu przygotowawczego zimą w górach.

Mieszkałem w Emory University w Atlancie. W akademiku albo u profesora, którego specjalnością była wytrzymałość układu oddechowego. Sporo prac poświęcił maratonowi, ale interesował się też skokiem wzwyż. Pisał prace na temat fizjologii treningu. Korzystałem z tych jego zainteresowań, miałem do dyspozycji różne laboratoria. Dobrze jadłem, pogodę miałem świetną, bo zima w Atlancie trwa raptem kilka dni. Trenowałem tam przez kilka tygodni w doskonałych warunkach. U nas nie było niczego, a tam miałem raj. Ojciec się na to godził. To było dobre dla nas obu. Ten pobyt w USA resetował moją głowę, ale też ojca.

Wojna o buty

Potem był nieuchronny zjazd, gdy w drugiej części sezonu w 1980 roku zerwałem więzadła w stawie skokowym podczas zawodów w Poznaniu. Nie skakałem przez 15 miesięcy, kilka razy chciałem kończyć karierę, ale dzięki Piotrowi Nurowskiemu (w tamtych czasach był on m.in. prezesem PZLA, a potem pracownikiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych – przyp. red.) pustym samolotem w stanie wojennym poleciałem do USA, by tam się rehabilitować, właśnie w Atlancie. W 1982 roku powoli wracałem do dobrej dyspozycji fizycznej. Skoczyłem 2,24 m w Turynie, potem 2,28. Nagle w Atenach podczas mistrzostw Europy dowiaduję się, że muszę skakać w adidasach. A miałem kontrakt z Asicsem i skakałem w tigerach. Powiedziałem, że mam to w dupie i wysłali mnie do domu. Czy ojciec o mnie walczył? W 1982 roku trwał stan wojenny i sportem nie rządził przewodniczący GKKFiS Marian Renke, tylko jakiś komisarz. A z nim nie było żadnej dyskusji. Gdy zaczynał się finał, ja jechałem obok stadionu na lotnisko. Janusz Trzepizur zdobył wówczas srebro…

W kolejnym roku forma rosła. W Toronto skoczyłem 2,29 m, ale wieczorem dziwnie się poczułem, a leciałem do Edmonton na uniwersjadę. Okazało się, że mam zapalenie nerwu kulszowego i musiałem się wycofać. Męczyłem się strasznie. Poleciałem na pierwsze mistrzostwa świata do Helsinek. Miałem siłę na dwa, trzy skoki. Pokonałem 2,23, by opuścić 2,26. Nie skoczyłem już 2,29, a zrobienie tego w pierwszej próbie dawało brązowy medal. Strategia była dobra, tylko trzeba było skoczyć. Na drugi dzień, po tym jak dostałem zastrzyk, czułem się jak młody bóg. Niedługo potem w Londynie pokonałem 2,29, a w Zurychu 2,30…

Więcej radości niż kryzysów

Czy we współpracy z ojcem były takie kryzysy, że ktoś z nas mówił: „Mam dość”? Aż tak źle nie było, żeby różnica zdań mogła przerodzić się w otwarty konflikt. Czasami mówiłem: „To ja pieprzę to wszystko”, ale potem były telefony: „To o której trening?”. W naszym przypadku życie sportowe przenikało się z życiem prywatnym. A to nie jest łatwe. Czasami relacje rodzic – dziecko w sporcie są toksyczne, co widać najczęściej chyba podczas meczów tenisowych. U nas te relacje były zdrowe. Więcej było radości niż kryzysów. Frustracja i wszystkie konflikty mogą powstawać wtedy, kiedy niespełnienie celów nie ma żadnych podstaw racjonalnych. U nas nie było takiego momentu. Jeśli coś się działo źle, były ku temu racjonalne przesłanki, na przykład kontuzje. Wtedy próbowaliśmy budować wszystko od nowa, jak po tym nieszczęsnym wypadku w Poznaniu.

Charakter mam po kim? Na pewno nie po mamie. A czy po ojcu… Myślę, że tak. Potrafię się zaciąć i realizować swoje cele z pełną determinacją, co jest dobrą cechą w sporcie. I o ile nie przenosi się tego na zwykłe życie, to ta chęć dążenia do celu za wszelką cenę jest OK, bo przynosi owoce w postaci sukcesów.

Ryszard Opiatowski („Fakt”)

Roman Wszoła (lekkoatletyka)

Urodzony 3 maja 1932 (Bożawola)

Zmarł 14 lipca 2024 (Warszawa)

W latach 70. XX wieku był dyrektorem ds. spraw sportowych w Technikum Łączności w Warszawie. Równocześnie do 2009 był trenerem w sekcji lekkoatletycznej AZS-AWF Warszawa i trenerem syna Jacka Wszoły. W latach 1990–93 był wiceprezesem PZLA

Jacek Wszoła (lekkoatletyka)

Urodzony 30 grudnia 1956 (Warszawa)

Mistrz (1976) i wicemistrz olimpijski (1980) w skoku wzwyż. Halowy mistrz (1977) i wicemistrz Europy (1980). Mistrz uniwersjady (1977) i mistrz Europy juniorów (1975)UPARCI, TWARDZI I PRACOWICI

Nazwisko Gortat to silna marka. Janusz, który błyszczał w latach siedemdziesiątych, był jednym z najlepszych polskich pięściarzy wagi półciężkiej w historii. Jego syn Marcin to jedyny Polak w dziejach NBA, który awansował do finałów najlepszej koszykarskiej ligi świata, a drugi z synów, Robert, seryjnie zdobywał tytuły mistrzowskie w kraju w boksie.

„Robert, bij w wątrobę” – krzyczy jeden z kibiców. Robert (185 cm, 90 kg), wielokrotny mistrz Polski w boksie, mocno uderza swojego przyrodniego brata Marcina (211 cm, 110 kg). „Dawaj, Gortat, dawaj” – skandują głośno młodzi pięściarze siedzący blisko ringu. Były znakomity koszykarz prezentuje się w ringu nadspodziewanie dobrze, nieźle chodzi na nogach, próbuje trzymać na dystans starszego o 12 lat brata oraz wyprowadza ciosy. – To dzień z kategorii „niemożliwe nie istnieje” – mówi spiker. Tak wyglądał braterski pojedynek, który odbył się w październiku 2024 roku w Jaworznie podczas 5. edycji Turnieju Nadziei Bokserskich im. Janusza Gortata. – Szkoda, że nasz tata nie mógł tego zobaczyć – mówił po zakończonym starciu zdyszany Marcin.

Starcia z fenomenem

Silne uderzenie, szczelna defensywa i wyborna technika – to charakteryzowało Janusza Gortata, który dwukrotnie zdobył brązowy medal olimpijski w boksie oraz był wicemistrzem Europy. Mierzył 186 cm wzrostu i dlatego koledzy nazywali go „Długi”. Eksperci są przekonani, że polski fighter osiągnąłby w karierze więcej, gdyby na jego drodze nie stawał Mate Parlov, ikona jugosłowiańskiego boksu. Zawodnik Legii Warszawa regularnie z nim przegrywał, ale Parlov był fenomenalnym pięściarzem, mistrzem olimpijskim, świata, Europy, a później zawodowym czempionem.

Janusz Gortat dwukrotnie doszedł do półfinałów igrzysk olimpijskich. W 1972 roku w Monachium w drugiej kolejce pokonał na punkty Amerykanina Raymonda Russella.

Amerykanie robili wielkie oczy

W 1976 roku w półfinale igrzysk w Montrealu polski mistrz przegrał z wielkim Leonem Spinksem, którego nieoczekiwanie pokonał dwa lata wcześniej w Warszawie podczas meczu Polska – USA. Tą wygraną zaskoczony był sam… Gortat, bo przed pojedynkiem trenował mniej niż zwykle ze względu na przygotowania do sesji w warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego (w 1977 roku został magistrem WF). Spinks w Montrealu triumfował, a później zrobił furorę na zawodowych ringach. W 1976 roku w walce o pas mistrza zawodowców pokonał samego Muhammada Alego, wygrywając na punkty po 15-rundowej batalii.Powracając do występu Gortata w Montrealu – Polak w starciu ze Spinksem zmagał się z ogromnym bólem.

– Wcześniej w ćwierćfinale Argentyńczyk wybił mi zęby – wspominał. – Kiedy grając w NBA, mówiłem, że mój tata pokonał Spinksa, Amerykanie robili wielkie oczy. W Stanach Zjednoczonych zawsze szanowano medalistów olimpijskich, a zwłaszcza pięściarzy, bo boks jest tam sportem kultowym – zaznacza Marcin Gortat.

Surowe wychowanie

Janusz przez całą karierę był zawodnikiem wojskowego klubu – Legii Warszawa. A już wcześniej z domu wyniósł twarde zasady, jakim hołdował jego ojciec Michał. Jak przekonują synowie, w domach panował wojskowy dryl. – Tata był bardzo surowy, miał zasady i musiałem ich przestrzegać. W domu na posiłku, w szkole na lekcjach – zawsze należało być na czas, bo nie tolerował spóźnień. Od najmłodszych lat uczył samodzielności. Kiedy inni zawodnicy mieli problemy w szkole, trenerzy przychodzili do placówki i rozmawiali z nauczycielami, ja musiałem sam załatwić swoje sprawy. Po tym, jak tata rozwiódł się z moją mamą Elżbietą, przez półtora roku mieszkałem z matką. W Szczecinie miałem luz blues i to nie było jednak dobre, dlatego wróciłem do stolicy i zamieszkałem z tatą na warszawskim Mokotowie w kawalerce – wspomina Robert Gortat, rocznik 1972.

Po rozwodzie Janusz Gortat związał się z Alicją, mistrzynią kraju w siatkówce, reprezentantką Polski. W 1984 roku w Łodzi urodził się Marcin. – Przy tacie wszystko musiało być na czas lub nawet przed czasem. W domu było jak w wojsku, czyli łóżko musiało być porządnie pościelone, posiłki jedliśmy zawsze o tej samej porze i taką samą ilość. Były też przydziały słodyczy. Dostałem swoją część i musiało mi starczyć. Na dodatkową porcję nie miałem co liczyć – mówi wybitny koszykarz.

Cholernie ciężka harówa

Robert treningi pięściarskie rozpoczął w wieku 14 lat w Legii Warszawa, ale pierwszy pojedynek stoczył dopiero rok później. – W połowie lat osiemdziesiątych były całkiem inne przepisy niż współcześnie, 14-latek nie mógł wtedy wchodzić do ringu. Tata pokazywał mi różne techniki, ale nie był moim głównym trenerem. W tamtym okresie mnie to dziwiło, ale później zrozumiałem, że łatwiej ćwiczy się u osób, z którymi nie ma się tak bliskich więzów krwi. W Legii byli wyśmienici szkoleniowcy, m.in. Kazimierz Przybylski, Krzysztof Kosedowski, Bogdan Gajda czy Zbigniew Raubo. Ojciec nie był zadowolony, kiedy zacząłem trenować boks. Dlaczego? Wiedział, że to cholernie ciężka harówa – tłumaczy Robert, który od początku był porównywany do dwukrotnego medalisty olimpijskiego. Trenerzy przyznawali, że podobnie chodzi na nogach, dobrze uderza lewą ręką oraz ma też refleks.

– Nigdy jednak nie miałem tak mocnego ciosu, chociaż kilku rywali przewróciłem. W trakcie kariery słyszałem sporo różnych głosów, jak przegrałem jakąś walkę. Paplali, że to nie Janusz i nic ze mnie nie będzie. Kiedy szło mi dobrze, chwalono, że mam geny po tacie – wspomina syn olimpijczyka.

Jedyny taki Polak

Kiedy Marcin był dzieckiem, Janusz Gortat szkolił już zawodników warszawskiej Legii, w tym Andrzeja Gołotę. – Jeździłem z tatą na obozy bokserskie i bardzo przyjemnie je wspominam. Miałem okazję poznać znakomitych trenerów oraz pięściarzy, którzy osiągali później sukcesy. Nigdy jednak boks mnie tak nie pociągał, abym sam zaczął trenować. To był po prostu fajny dodatek do treningu koszykarskiego – przyznaje były zawodnik, któryw barwach Orlando Magic jako jedyny Polak w historii NBA awansował do finału rozgrywek.

Jakie Marcin odziedziczył cechy po ojcu? – Jestem tak jak tata uparty, pracowity, szybko nawiązuję kontakty, mam smykałkę do sportu – odpowiada.

Bez bata

W wieku 18 lat Robert warszawskie mieszkanie z ojcem w kawalerce zamienił na pokój w hotelu robotniczym w Ostrowcu Świętokrzyskim. – Przeszedłem z Legii do KSZO. Zamieszkałem w fajnym pokoiku i nie miałem bata nad sobą. Chciałem się usamodzielnić, sam się utrzymywałem, robiłem sobie jedzenie, prasowałem, sprzątałem. To była dla mnie dobra szkoła życia. Tego według mnie brakuje dzisiejszej młodzieży, która czasami nie wyjdzie na dwór na deszcz, bo boi się, że zmoknie – przyznaje Gortat, który w 1997 roku wygrał w kategorii lekkośredniej prestiżowy turniej Feliksa Stamma i został nawet uznany najlepszym pięściarzem całego turnieju. W tym samym roku zajął piąte miejsce w mistrzostwach świata.

Robert Gortat na przełomie XX i XXI wieku dominował na krajowych ringach. Pięciokrotnie wygrał indywidualne mistrzostwa Polski.

Później pięć razy był mistrzem Polski, wygrywał pojedynki na zawodowym ringu, ale nie udało mu się sięgnąć po medale najważniejszych imprez ani po prestiżowe pasy. – Kiedy zaczynałem karierę, marzyłem o takich sukcesach jak tata, niestety nawet nie pojechałem na igrzyska. Porównując się do ojca, jedynie w mistrzostwach świata wypadłem lepiej od niego, bo znalazłem się w ósemce. Tata nie należał do osób, które obdarzają komplementami. Pochwalił mnie chyba raz, jak zdobyłem pierwszy tytuł mistrza Polski w Zabrzu i zostałem wybrany najlepszym zawodnikiem całego turnieju – dodaje Robert.

Polski Młot

Marcin grał w NBA w Orlando Magic, Phoenix Suns, Washington Wizards i Los Angeles Clippers. W 2009 roku jego Orlando Magic w finale NBA przegrało z Los Angeles Lakers. W tym samym roku środkowy był też liderem play-off w NBA w skuteczności rzutów z gry. Specjalnością The Polish Hammer (Polski Młot – taki pseudonim nadali mu Amerykanie) były zbiórki, bloki oraz dobra gra tyłem do kosza.

Czy kariera koszykarska zrobiła wrażenie na jego ojcu? – Wątpię. Kiedy byłem na topie, tata był już starszym człowiekiem i nie zdawał sobie sprawy, na jakim poziomie są to sukcesy. Wiem jedynie, że był rad, kiedy grałem z orzełkiem na piersi. Nigdy też nie porównywaliśmy naszych osiągnięć, bo jak zestawić dwa medale olimpijskie z wicemistrzostwem NBA? W kwestii zarobków nawet nie podejmowaliśmy tematu, bo wiadomo, że za PRL sportowcy mało zarabiali, a w NBA stawki są wysokie – odpowiada były sportowiec, który zarobił na koszykarskim parkiecie miliony dolarów.

Rady starszego brata

Kiedy Marcin wychowywał się na osiedlu Bałuty w Łodzi, starszy brat Robert czasami go odwiedzał. – Nosiłem go na rękach. Widziałem Marcina na obozach, gdzie tata był trenerem. Pamiętam też, jak siedział na trybunach podczas mojej walki. Kiedy był zawodnikiem ŁKS Łódź i zastanawiał się nad transferem, radziłem mu, aby jechał za granicę, a nie wybierał polski klub. Spotykaliśmy się też na rozprawach sądowych, kiedy tata rozwodził się z mamą Marcina, Alicją – mówi Robert.

– Przypominam sobie, jak Robert u nas bywał. Zdarzało się, że razem biegaliśmy, chodziliśmy na siłownię, spotykaliśmy się w Łodzi, w stolicy czy też na zgrupowaniach sportowych – dodaje Marcin.

Hołd dla ojca

W 2005 roku, po tym jak Marcin podpisał kontrakt w NBA, razem z Robertem sparował w rękawicach bokserskich, a później rozegrali pojedynek koszykarski. Dwadzieścia lat później wyszli do ringu w Jaworznie i stoczyli walkę na dystansie trzech rund po dwie minuty, która zakończyła się remisem. Był to ich rodzaj hołdu dla zmarłego 19 grudnia 2023 rokuJanusza Gortata.

W październiku 2024 roku bracia Gortatowie stoczyli pojedynek bokserski. Walka stała na dobrym poziomie, a po ostatnim gongu kibice nagrodzili ich oklaskami na stojąco.

– Dwie dekady temu to była zabawa, ostatnio też miała być, ale ciosy były mocniejsze i bardziej je odczuwałem. Dało się je jednak zaakceptować, bo nie były to uderzenia, które mogły mi zrobić krzywdę. Robert nie bił na sto procent, ale nie było też wymachiwania i strzelania w powietrze. Widziałem, że kibice byli zadowoleni. Dobrze czułem się w ringu i cieszyłem się, że mogłem do niego wyjść podczas memoriału ojca. To był przede wszystkim hołd dla naszego taty – podkreśla wybitny koszykarz.

– Chcieliśmy uczcić pamięć taty i jestem pewny, że byłby z nas dumny, bo był to pojedynek na dobrym poziomie, oczywiście podczas niego nie było żadnych negatywnych emocji, nie chcieliśmy zrobić sobie krzywdy, ale pokazać solidny boks – dodaje Robert.

Przed tym starciem niektórzy zakładali nawet, że Robert specjalnie zleje Marcina, bo przez dłuższy czas byli pokłóceni. – „Przychylne” osoby zawsze się znajdą. Przez pewien okres byliśmy z Marcinem w konflikcie, ale przed śmiercią taty spotkaliśmy się, od razu rzuciliśmy się sobie w ramiona, uściskaliśmy i wyjaśniliśmy wszelkie nieporozumienia. Stoimy za sobą murem – zaznacza Robert.

– Nasze relacje bardzo się zmieniły. Mamy ze sobą stały kontakt, często rozmawiamy telefonicznie, widzimy się twarzą w twarz. Nasze braterstwo jest teraz na kompletnie innym poziomie – potwierdza Marcin.

Leszek Błażyński

Janusz Gortat (boks)

Urodzony 5 listopada 1948 (Brzozów)

Zmarł 19 grudnia 2023 (Czeladź)

Dwukrotny brązowy medalista olimpijski (1972, 1976), wicemistrz Europy (1973), sześciokrotny mistrz Polski indywidualnie

Robert Gortat (boks)

Urodzony 11 grudnia 1972 (Warszawa)

Pięciokrotny mistrz Polski indywidualnie (1998, 1999, 2000, 2002, 2003), pięciokrotny mistrz Polski drużynowo. Zwycięzca turnieju Feliksa Stamma (1997)

Marcin Gortat (koszykówka)

Urodzony 17 lutego 1984 (Łódź)

Wicemistrzostwo NBA (2009). Mistrzostwo Niemiec (2006), Puchar Niemiec (2004, 2005, 2007)POLSKI FUTBOL W STYLU SMOLARKÓW

Obaj szybcy, przebojowi, obaj uparci, pewni swego. Obaj z charakterem. Kto był lepszym piłkarzem? Włodzimierz mówił, że syn, Ebi twierdził, że ojciec. Na pewno Smolarek senior miał tę przewagę, że grał w złotych czasach polskiej piłki, podczas gdy Ebi w czasach kryzysu naszej reprezentacji.

Ebi niewiele pamięta z kariery ojca. Przez lata też chyba nie widział w niej nic specjalnego. Bo o ile ludziom nazwisko Smolarek kojarzyło się z wielkimi sukcesami polskiej piłki, dla małego Euzebiusza był po prostu tatą. Innego życia nie znał. Najlepsze czasy Włodzimierza przypadały na okres, gdy Euzebiusz był jeszcze malutki. Ostatni mundial z udziałem Polaków przed tzw. klątwą Bońka rozegrano, gdy Ebi miał pięć lat. – Wtedy tego nie rozumiałem. Wyjechał, jakiś czas go nie było, wrócił w meksykańskim sombrero na głowie i z pucharem za zdobytą bramkę. Dla nas był po prostu ojcem. A że był wielkim piłkarzem? No to dopiero przyszło wiele lat później – mówi Smolarek junior.

Po latach, gdy sam zaczął grać i odnosić sukcesy w reprezentacji Polski, porównywano go do ojca. Pojawiały się opinie, że jest nawet lepszy. Ale on zawsze uśmiechał się, patrząc na dziennikarzy ze zdziwieniem, nawet politowaniem. Bo już wtedy, jako dorosły człowiek, doskonale wiedział, że jego ojciec był zawodnikiem z najwyższej półki.

Ulubieniec kibiców

Smolarek senior do łódzkiego Widzewa po raz pierwszy trafił w 1973 roku. Ściągnął go pochodzący również z Aleksandrowa Mirosław Westfal. Trener młodzieży w Widzewie grał wcześniej w aleksandrowskim Włókniarzu razem z Ryszardem Smolarkiem, ojcem piłkarza i dziadkiem Ebiego.

– Rysiek poprosił, żebym wziął Włodka do Łodzi. We Włókniarzu możliwości się wtedy wyczerpały, nastąpił regres. Z kolei Widzew grał już w drugiej lidze. I choć wciąż był klubem dzielnicowym, to już wtedy mówiło się, że są plany stworzenia poważnej piłki. Wiadomo było, że robią tu dobrą robotę, idą ku lepszemu – opowiada Westfal.

Rodzina Smolarków w komplecie – żona Monika, mąż Włodzimierz oraz ich synowie Euzebiusz (z lewej) i Mariusz.

Smolarek jako 16-latek grał już w seniorach Włókniarza, było o nim głośno, choć nie można powiedzieć, żeby po cudowne dziecko ustawiały się kolejki. – Był po prostu ulubieńcem kibiców w Aleksandrowie i ich nadzieją na powrót do poważnej piłki. Mówiono tu, że razem ze Smolarkiem idą lepsze czasy. Dlatego miałem spore problemy w mieście przez to, że zabrałem Włodka do Łodzi – dodaje Westfal.

W drużynie juniorów Widzewa grał jako skrzydłowy. Jedna runda wystarczyła mu, żeby zostać najlepszym strzelcem drużyny prowadzonej przez Westfala. Błyszczał również w rezerwach, ale Ludwik Sobolewski, prezes i twórca potęgi Widzewa, musiał poświęcić któregoś z młodych utalentowanych graczy na rzecz wojska. Takie były czasy. Padło więc na 20-letniego napastnika Sławomira Klimaszewskiego, który poszedł do Zawiszy Bydgoszcz, i właśnie Smolarka, który wylądował w warszawskiej Legii.

„Ja muszę go tu mieć!”

Ówczesny trener rezerw Legii Władysław Stachurski tak wspomina początki Smolarka: – Pani Basia Masłocha z klubu załatwiała jakieś sprawy w PZPN i poprosiła pułkownika Zbigniewa Korola od nas z klubu, żeby przypilnować utalentowanego chłopaka z Widzewa. Wiadomo było, że my mamy pierwszeństwo wyboru, jeśli chodzi o piłkarzy przeznaczonych do wojska. Umieściłem Smolarka w jednostce w Modlinie razem z innymi młodymi talentami – Leszkiem Wroną, Witkiem Sikorskim i Bogusławem Oblewskim. Potem graliśmy mecz z pierwszym zespołem i Andrzej był pod jego dużym wrażeniem. Od razu zabrał go do pierwszej drużyny.

Smolarek od początku zrobił spore wrażenie na szkoleniowcach z Warszawy. – Wzięliśmy go na treningi, gdzie spisywał się bardzo dobrze, ale chciałem sprawdzić, czy ma charakter, dlatego odesłałem go na jakiś czas z powrotem do rezerw. To trwało tydzień lub dwa. My kończyliśmy treningi i szedłem na rezerwy, patrzyłem zza żywopłotu, żeby mnie nie widział. Chciałem zobaczyć, czy po zesłaniu do rezerw cały czas będzie nad sobą ciężko pracował. Nie zawiodłem się, dlatego szybko wrócił do pierwszego zespołu – opowiada Andrzej Strejlau.

Pod koniec sezonu 1977/78 Smolarek zagrał nawet trzy spotkania, a od kolejnego sezonu był już podstawowym graczem Legii. Szło mu na tyle dobrze, że klub z Łazienkowskiej po rundzie jesiennej zaproponował, żeby przeprowadził się do stolicy na stałe. Prezes Sobolewski nie ukrywał, że nie jest mu to na rękę, bo Smolarka widział wtedy jako bardzo perspektywicznego gracza.

– Prezes razem z Waligórą pojechali obserwować Smolarka w meczu z Lechem. Włodek strzelił wtedy gola, a Legia wygrała 3:1. „Sobol” po powrocie powiedział do mnie: „Westfal, ja muszę go tu mieć!” – opowiada trener, który w tym czasie był już asystentem Waligóry.

– W Legii grało wtedy trochę gwiazd – Deyna, Ćmikiewicz, Topolski, Janas, Kusto, Tadeusz Nowak… jednak Włodek w tej ekipie był bardzo potrzebny. Grał na lewej pomocy, biegał za trzech, walczył za dwóch. Na początku był niezdecydowany w sprawie powrotu – mówi Westfal.

Ścigał się z końmi

Sobolewski działał wówczas wielotorowo. Podczas któregoś sparingu Smolarek usłyszał, że woła go jakiś facet stojący za bramką. Gdy podbiegł bliżej, zorientował się, że to Stefan Wroński, kierownik drużyny z Łodzi. Po meczu wysłannik Sobolewskiego przekonywał go, że w ataku Widzewa dostanie pewne miejsce.

Problem polegał na tym, że piłkarz podpisał kontrakt na zawodowego żołnierza i wziął od Legii spore pieniądze. Po rozmowach z Wrońskim i Westfalem, jak twierdzi ten drugi, oddał pieniądze i zdecydował, że wróci. Gdy poinformował o swojej decyzji szefów wojskowego klubu, został natychmiast przeniesiony do jednostki w podwarszawskiej miejscowości Stara Miłosna, gdzie pracował w stajni. Stąd pseudonimy „Koniuszy” i „Karino” oraz legenda, że ścigał się z końmi, dzięki czemu wyćwiczył szybkość. Musiał dbać o wierzchowce wojskowych najwyższej rangi, m.in. generała Wojciecha Jaruzelskiego. Przebywał tam przez miesiąc.

Wojsko w końcu odpuściło i Smolarek zadebiutował w Widzewie 31 marca 1979 roku w meczu z GKS Katowice. Gdyby wówczas liczono zmarnowane przez niego okazje, Smolarek pewnie na lata stałby się rekordzistą Łodzi. Partaczył jedną za drugą.

Taniec w narożniku

To, co innych mogłoby zniszczyć, jemu dało impuls do pracy. W wywiadzie dla „Piłki Nożnej” wskazywał ten mecz jako jeden z najważniejszych w swojej karierze.

„Zrozumiałem wtedy, że jeszcze wiele muszę się uczyć, ćwiczyć aż do zapamiętania, inaczej będę piłkarzem przeciętnym, średniakiem. Uświadomiłem sobie dokładnie, że moją słabą stroną jest brak skuteczności. Na treningach starałem się każdą akcję kończyć strzałem, który trafia w światło bramki, choćby sytuacja była najmniej ku temu dogodna. I udało się, skuteczność przestała być moja piętą achillesową”.

To, co dalej, to już wielka historia polskiej piłki. To właśnie Smolarek, strzelając gola Peru na 1:0, zaczął marsz Polski po trzecie miejsce na mistrzostwach świata w 1982 roku, zaś jego taniec w narożniku w meczu z ZSRR zapisał się na najważniejszych kartach w kronikach naszego futbolu. Do dziś komentatorzy odnoszą się do tego niemal za każdym razem, gdy piłkarz przetrzymuje piłkę w tym miejscu boiska, zaznaczając, że robi to w stylu Włodzimierza Smolarka.

Patrzyłem na stadion Feyenoordu

Ebi Smolarek przyznaje, że ten wspomniany kult pracy był zawsze ich cechą rodzinną. – Tak jak tata zawsze wiedziałem, że ciężka praca to jedyny sposób. Musiałem się przebijać, udowadniać. Ile to razy słyszałem, że nie grałbym, gdybym nie nazywał się Smolarek. Wtedy mówiłem, że tata nie trzyma mnie za rękę na boisku. Gdy przeszedłem do Feyenoordu jako 12-latek i ćwiczyliśmy na boiskach treningowych, zawsze patrzyłem na stadion Feyenoordu, zwłaszcza gdy był mecz i świeciły się światła. Marzyłem o tym, żeby tam zagrać. Ojciec zawsze mówił, że to możliwe, ale… muszę pracować – wspomina Ebi.

Włodzimierz Smolarek często zabierał na dwór Ebiego (z lewej) i Mariusza, żeby pograć w piłkę.

– Tata czasem z nami grał, ale nie mogę powiedzieć, że prowadził mnie czy brata. Oglądał nasze mecze, sporo podpowiadał, dawał jakieś wskazówki, ale robotę zostawiał trenerom. My spędzaliśmy godziny na boisku, ale z bratem Mariuszem.

W rozmowie z Arkadiuszem Bartosiakiem i Łukaszem Klinkem na stronie wywiadowcy.pl Ebi opowiedział: „Tata zawsze potrafił oddzielać pracę od życia rodzinnego. On nigdy nie zmuszał mnie do grania. Sam wziąłem piłkę i zacząłem kopać, bez żadnego namawiania. Jak byłem mały, ojciec przychodząc do domu, nie dał po sobie poznać, czy mecz wygrał czy przegrał. W domu nie interesowało go to, co się działo na boisku”.

Piłkarzem nie zostaniesz

Mariusz zresztą też grał bardzo dobrze, wróżono mu karierę piłkarską, jednak tę przerwała paskudna kontuzja. – Staliśmy z Włodkiem na treningu i słyszeliśmy trzask łamanej nogi – wspomina Jan de Zeeuw, sąsiad Smolarków i potem dyrektor reprezentacji Polski za czasów Leo Beenhakkera.

Po przeprowadzce z Frankfurtu do Holandii zamieszkali w eleganckiej miejscowości Ouderkerk aan den IJssel, 15kilometrów od Rotterdamu. W tutejszym klubie Spirit Ebi rozpoczynał swoją przygodę, a jak się potem okazało, całkiem imponującą karierę piłkarską.

O ile ojciec był wybitnym talentem, o tyle Ebi przykładem niebywałej pracy, uporu i charakteru. Nie był piłkarzem, w którym zakochiwano się od pierwszego wejrzenia, musiał swoje wyszarpać. Zresztą gdy miał czternaście lat i od dwóch lat był już zawodnikiem Feyenoordu, koordynator akademii Arno Pijpers doradził mu: „Chłopcze, lepiej weź się za czytanie książek, przyłóż się do nauki, bo piłkarzem nie zostaniesz”. Ebi odparł krótko w charakterystycznym dla siebie stylu: „Możesz mówić, co chcesz, ale ja będę piłkarzem”.

Hołd dla ojca

Dwanaście lat później na stadionie warszawskiej Legii zagrał chyba najlepszy w swojej karierze reprezentacyjnej mecz. Ten słynny, gdy zgasło światło. Ebi strzelił Kazachstanowi trzy gole. Trenerem rywali był nie kto inny jak Pijpers. Ebi „zadedykował” mu te bramki w rozmowie z dziennikarzami. – Leo Beenhakker rozmawiał wtedy z Pijpersem na temat przyjazdu do Polski i wdrożenia tu systemu szkolenia. Ale ten się zdenerwował i odrzucił ofertę – wspomina ze śmiechem Jan de Zeeuw.

Smolarkowie, czyli najwybitniejszy duet ojcowsko-synowski w historii polskiego futbolu. Zarówno Włodzimierz (z prawej), jak i Euzebiusz byli gwiazdami naszej reprezentacji.

Ebi miał swój wielki czas w kadrze, był na ustach wszystkich, gonił ojca. Nie ukrywał, że to dla niego gra dla Polski.

Jeszcze jeden fragment wywiadu z portalem wywiadowcy.pl:

„Jaką reprezentację wybrałbyś, gdyby twój ojciec nie grał nigdy w barwach Polski?

Myślę, że w takim przypadku reprezentowałbym Holendrów. Moja gra w reprezentacji jest hołdem dla ojca. Nigdy tego nie ukrywałem. Miałem oferty gry w młodzieżówce holenderskiej, ale ze względu na tatę nie miałem wyjścia. Gram dla wszystkich Polaków”.

„Dostałem pozwolenie”

– Zawsze marzyłem, by grać dla kadry, ale myślałem, że szansa jest niewielka. Tak naprawdę dopiero gdy byłem starszy, doceniłem drogę, jaką przeszedł ojciec. Zobaczyłem, jak to jest trudne, ile trzeba włożyć pracy. A przecież on był dużo wyżej, był dwa razy na mistrzostwach świata, jest medalistą mundialu – mówi.

Smolarek senior zawsze pilnował dyscypliny. – Musieliśmy mieć czyste buty, poukładane rzeczy. Pilnował, żebyśmy nigdy się nie poddawali, oddawali serce w grze. Jednocześnie jako ojciec był wyluzowany. Na wszystko nam pozwalał, chodził z nami na ryby. Nie gadał dużo, ale lubił spędzać z nami czas – mówi.

Ojciec ojcem, ale czasem jednak objawiał się w nim też były piłkarz, lubił się przekomarzać, podpuszczał więc syna, udając poczucie wyższości.

– Był zawsze wesoły, lubił pożartować, pośmiać się. Mnie zawsze mówił, że jak chcę z nim pogadać o piłce, to muszę strzelić więcej goli od niego w kadrze. Jak zdobyłem bramkę numer 13 (tyle miał jego ojciec – przyp. red.), zapytałem go, czy mogę już wyrazić własne zdanie. Śmiał się, dostałem pozwolenie – mówi Ebi.

Choć młody Smolarek był w pewnym momencie gwiazdą pierwszej wielkości w naszej kadrze, senior nie był zbyt wylewny w wypowiadaniu komplementów.

– Ojciec nie mówił za dużo, był raczej wstrzemięźliwy w ocenach. Nie chwalił nas za bardzo. Potem burmistrz Uniejowa opowiadał, że oglądali razem mecz z Kazachstanem, gdy strzeliłem trzy bramki. Mówił, że ojciec był ze mnie bardzo dumny, płakał – wspomina.

W Holandii kochał tę pracę

Włodzimierz Smolarek zmarł młodo, w wieku zaledwie 54 lat…

– Nic na to nie wskazywało, nie chorował. Kompletnie nie byliśmy na to przygotowani, to było tak dziwne… Mieszkaliśmy wtedy w Holandii, ja byłem na treningu. Trener mi powiedział, że mówili w mediach, że tata nie żyje. Potem się okazało, że miałem kilka nieodebranych połączeń od Mariusza… Tata miał iść normalnie do pracy rano i nie wstał z łóżka. Szok – mówi Ebi.

Jan de Zeeuw uważa, że Włodzimierz nigdy nie powinien był wracać do Polski. – Gdyby został w Feyenoordzie, toby żył. On pracował tu od rana do wieczora, kochał tę pracę, zawsze był uśmiechnięty, to człowiek futbolu, analizował mecze, gadał o tym. Przekonali go, żeby przeszedł do PZPN, żeby wprowadził system szkolenia. Ale na miejscu okazało się, że właściwie nie ma dla niego zajęcia. Trzy dni przed śmiercią rozmawialiśmy i on mówi: „Jeżdżę o 7 do pracy, zaczynam o 10 od kawy… z koniakiem. Pokręcę się trochę, otworzę szufladę, zamknę szufladę i do domu”. Zarabiał pieniądze, ale nic nie robił. Wpadł w depresję. Dlatego zmarł – mówi de Zeeuw.

Tata był zbyt skromny

Zostały wspomnienia. – Pamiętam, że jako dzieci jeździliśmy do Polski z rodzicami, ludzie podchodzili do ojca, chcieli autografy. Był kimś. Myślę, że nie potrafił wykorzystać tej sławy. Tata był zbyt skromny. Nie bywał w mediach, w telewizji, ale to też były inne czasy niż teraz – ocenia Ebi.

I dodaje: – Któregoś dnia mój syn przyszedł ze szkoły, był taki dumny. Dzieciaki mówiły, że w grze FIFA 23 wśród legend jest zawodnik o nazwisku Smolarek. Ja tak naprawdę nigdy do końca nie zdawałem sobie sprawy z wielkości ojca. Dopiero kiedy zmarł, gdy w Uniejowie jednej ze szkół nadano jego imię, w Łodzi jego imieniem nazwano jedną z ulic, a wAleksandrowie powstał wielki mural z jego podobizną.

Marek Wawrzynowski (Przegląd Sportowy Onet)

Włodzimierz Smolarek (piłka nożna)

Urodzony 16 lipca 1957 (Aleksandrów Łódzki)

Zmarł 7 marca 2012 (Aleksandrów Łódzki)

W kadrze narodowej 60 meczów/13 goli, uczestnik mistrzostw świata 1982 (3. miejsce) i 1986 (1/8 finału), z Widzewem Łódź półfinał Pucharu Mistrzów (1982/83), mistrz Polski (1981, 1982), zdobywca Pucharu Polski (1985) oraz Pucharu Niemiec (1988). Piłkarz Roku wg „Piłki Nożnej” (1984, 1986)

Euzebiusz „Ebi” Smolarek (piłka nożna)

Urodzony 9 stycznia 1981 (Łódź)

W kadrze narodowej 47 meczów/19 bramek. Uczestnik mistrzostw świata (2006) i mistrzostw Europy (2008), zdobywca Pucharu UEFA z Feyenoordem Rotterdam (2002), Piłkarz Roku wg „Piłki Nożnej” (2005, 2006, 2007)
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij