-
nowość
Modry: Wybuch gniewu - ebook
Modry: Wybuch gniewu - ebook
Mecenas znika bez śladu. Kilka dni później w jego kancelarii dochodzi do eksplozji. Podkomisarz Damian Modry jest przekonany, że to rutynowe śledztwo. Szybko jednak odkrywa, że ktoś jest gotów strzec swoich tajemnic za wszelką cenę. W miarę jak przybywa ofiar, a kolejne tropy prowadzą donikąd, granica między przyjacielem a wrogiem zaczyna się zacierać. A gdy w grę wchodzą uczucia, nawet najlepszy śledczy popełnia błędy. Nie każdy sekret powinien ujrzeć światło dzienne. Nie każdy zasługuje za zaufanie. I nie każdy wyjdzie z tej historii żywy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398192606 |
| Rozmiar pliku: | 199 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Cholera… coś dzwoni. Budzik? Nie, to niemożliwe, przecież specjalnie go wczoraj wyłączył… ale jednak coś dzwoni. Może to mu się tylko śni?
Głowa bolała go niemiłosiernie, zresztą trudno się dziwić po hektolitrach alkoholu, które wczoraj w siebie wlał. Coś nie przestaje pobrzękiwać, to chyba jednak telefon… Chociaż sygnał jest jakiś inny, jakby nie jego…
Modry zmusił się do otworzenia oczu. Widok nie napawał optymizmem, ale przynajmniej przypomniał sobie, co się działo poprzedniego dnia. A raczej się tego domyślił, bo pamięć nie chciała jeszcze zadziałać. Powoli podniósł się do pozycji siedzącej. Żołądek zareagował bardzo agresywnie na nieoczekiwaną zmianę położenia. Odczekał chwilę i wziął kilka płytkich oddechów. Brzuch dał się nieco udobruchać.
Powolnymi ruchami, aby nie pogorszyć bólu głowy, rozejrzał się po pokoju. Najwyraźniej spędził noc na podłodze i – z jakiegoś nieznanego sobie powodu – nie miał na sobie koszuli. Nieco dalej dostrzegł swoich towarzyszy. Leżeli w najróżniejszych pozycjach na każdym kawałku mebla, na jakim dało się zasnąć. Jeden z nich w najlepsze spał sobie rozwalony na kanapie, a jego wielki brzuch unosił się i opadał przy każdym oddechu. Dwóch innych drzemało na fotelach, a ich szyje powykręcały się w tak dziwacznych kierunkach, że gdyby nie głośne chrapanie każdego z nich, Modry zacząłby sprawdzać, czy jeszcze żyją. Pozostałe dwie osoby spały tak jak on – na jak najmniej wydeptanych fragmentach wykładziny. Dopiero teraz do jego nozdrzy doleciała nieprzyjemna woń, która wypełniała pomieszczenie, a której źródło, nie ma się co oszukiwać, stanowili oni sami.
Jak on nienawidził tego pokoju.
Wczorajszego ranka otrzymali radosną informację, że ich koleżanka, Barbara, urodziła w nocy dziecko. Maleństwo przyszło na świat nieco przed terminem, ale zarówno mama, jak i córka zniosły to nad wyraz dobrze.
Barbara, zwana też Topolą, pracowała z Modrym w jednym zespole w policji, w związku z czym czuł się zobowiązany odwiedzić ją w szpitalu. Wybrało się z nim kilku kolegów z innych wydziałów. Zaopatrzeni w wielkiego misia i różowe balony poszli do szpitala, aby świętować. Na krótką chwilę zapomnieli, że Baśka nie należy do osób wylewnych, więc pogoniła ich z sali, gdy tylko weszli. Czuli niedosyt celebrowania pojawienia się na świecie nowego członka policyjnej ekipy, dlatego postanowili pogratulować reszcie rodziny. Niestety Barbara nigdy nie ujawniła, kto jest ojcem dziecka, mówiąc, że zdarzyła się jej wpadka. Nie mogąc dotrzeć do świeżo upieczonego tatusia, uznali, że pogratulują świeżo upieczonemu bratu, czyli synowi Barbary z pierwszego małżeństwa.
Odczekali do wieczora i zaraz po służbie poszli do jej mieszkania, by posiedzieć chwilę z Kubą i sprawdzić, czy czegoś nie potrzebuje, po czym planowali grzecznie rozejść się do swoich domów. Okazało się, że chłopak radzi sobie doskonale. Pomimo że niedawno skończył szesnaście lat, zorganizował sobie zarówno posiłki od zatroskanych sąsiadek, jak i nocleg u kolegi. Przyjął policjantów, a po jakimś czasie się pożegnał i zostawił ich samych w mieszkaniu. Już prawie zaczęli się zbierać, ale przypomniało im się, że przecież należałoby wznieść toast za małą. Ktoś poszedł do sklepu po alkohol. Modry pamiętał, że uniósł pierwszy kieliszek za zdrowie maleństwa. Kolega z narkotykowego wzniósł drugi toast, tym razem za zdrowie mamy. Potem już tak jakoś samo poszło.
I w ten oto sposób znalazł się tu, gdzie się znalazł.
Uporczywy dzwonek nie dawał za wygraną. Dźwięk wiercił mu dziurę w czaszce, nie mając litości dla jego stanu. Z każdym kolejnym sygnałem niewidzialne wiertło wwiercało się coraz głębiej. Niech ten ktoś w końcu przestanie się dobijać!
Z trudem wyjął z kieszeni spodni swój telefon, choć doskonale wiedział, że to bez sensu. Tak jak przypuszczał, komórka rozładowała się na dobre.
Któryś z kolegów mruknął, żeby Modry wreszcie odebrał.
Zmrużył oczy i rozejrzał się raz jeszcze. Udało mu się zlokalizować uporczywie jęczący telefon. Wydawał je z siebie stary aparat stacjonarny, stojący na komodzie w przedpokoju. Modry, podpierając się o ściany, podszedł do źródła hałasu i odebrał.
– Ha–haalo? – zachrypiał do słuchawki, zdając sobie jednocześnie sprawę, jak bardzo chce mu się pić.
– Tu inspektor Majewski – zagrzmiał surowy głos w słuchawce. – Z kim rozmawiam?
– Z Damianem Modrym – wychrypiał ponownie, ale nagle coś sobie uświadomił. – Szefie, a czemu szefa tu nie ma? Przecież wczoraj szef tu był…
Dopiero gdy wypowiedział to na głos, usłyszał, jak tępo to brzmi.
– Bo w przeciwieństwie do NIEKTÓRYCH, po wypiciu toastu wróciłem do domu, zamiast chlać do nieprzytomności jak NIEKTÓRZY. I dzięki temu od rana jestem w pracy!
– Ahaa…
Zamierzał dodać coś więcej, ale nic mądrzejszego nie przyszło mu do głowy. Zupełnie, jakby nie wszystkie funkcje mózgu zdążyły się obudzić. Czy to możliwe, że mózg budzi się stopniowo? Skoro tak strasznie chce mu się pić, to ta część odpowiedzialna za pragnienie ewidentnie już nie śpi. Część, która odczuwa ból też jest już na chodzie, niestety. Myśli też już dosyć dobrze funkcjonują i formują się w pełne zdania w jego głowie, tylko dlaczego przekształcają się w bełkot, kiedy wychodzą z jego ust? Zastanawiające, jak działa ludzki mózg. Chyba właśnie odkrył jakąś teorię naukową.
Nie, to na pewno nie ma żadnego związku z alkoholem.
– Halo, jesteś tam? Modry! – krzyknął inspektor.
– Hm–mm?
Kolejna elokwentna wypowiedź. Więc to już pewne, część mózgu, która powinna mówić, śpi sobie jeszcze w najlepsze.
– Mamy prawdopodobieństwo porwania. Zbieraj się, zaraz ci podam adres.
– Ale dlaczego ja? – zapytał słabym głosem Modry. – Szefie, ja nie jestem w zbyt wyjściowym stanie…
– Słyszę – stwierdził sucho inspektor. – Ale skoro ty odebrałeś telefon, to ty jedziesz. Masz piętnaście minut.
„Cholera, piętnaście minut, dobre sobie” – pomyślał Modry.
Podczas jego rozmowy, koledzy zaczynali się budzić, ale jeden rzut oka wystarczył, żeby stwierdzić, że nie są w stanie prowadzić śledztwa. Zresztą, skoro szef wezwał jego, nie miał wyjścia, musiał się doprowadzić do stanu, w którym można się pokazać ludziom.
Poszedł do kuchni i zaczął pić wodę prosto z kranu, nie zawracając sobie głowy użyciem szklanki. Trochę lepiej, przynajmniej gardło już tak nie paliło.
Chlapał tak głośno wodą, że nie usłyszał, kiedy do kuchni wszedł Kuba. Modry nie zorientował się nawet, kiedy wrócił do domu.
– Wyglądasz jak zombie – powiedział chłopak, przyglądając mu się z niepokojem.
Podszedł do okna i odsłonił rolety, wpuszczając do pomieszczenia przeraźliwie jasne promienie. Modry jęknął, zasłaniając oczy dłońmi i skulił się, próbując ochronić się przed światłem. Niczym wampir, obawiający się, że słońce obróci go w marny pył.
Co za złośliwe dziecko.
Samo zamknięcie oczu nie wystarczyło, widział to okrutne, jasne światło nawet przez powieki. Odwrócił się tyłem do okna i po omacku chwycił pierwszy lepszy kubek, stojący obok zlewu, napełnił go po brzegi, po czym wypił zawartość jednym haustem.
– To co, może partyjkę na dzień dobry? – zapytał ironiczne Kuba i wyciągnął zza pleców szachownicę.
Kilka lat temu Modry nauczył go grać w szachy, a ten od razu zapisał się do kółka szachowego. Zaowocowało to kilkoma wygranymi turniejami i nieustanną rywalizacją między nimi. Modremu coraz trudniej przychodziło zwycięstwo, ale przecież nie przyzna przed samym sobą, że z łatwością pokonuje go szesnastolatek.
Innym razem, gdy zaczął trenować na siłowni, Kuba nie czekał ani chwili i również się zapisał, mówiąc, że ćwiczenia wspomagają prawidłowy rozwój młodzieży w jego wieku. Byłby w stanie to kupić, tylko dlaczego od tego czasu często musiał udowadniać, że potrafi zrobić więcej pompek niż chłopak?
Natomiast ostatnio, kiedy Modry zaczął nosić kilkudniowy zarost, a raczej, kiedy kilka dni z rzędu nie chciało mu się golić, Kuba od razu postanowił zapuścić taki sam. Do tej pory nie dopatrzył się efektów.
Poza nieskazitelnie gładką buzią Kuba charakteryzował się także nieco za długimi, blond włosami o mysim odcieniu i niesłychanie bladą cerą. Jego piwne oczy, zawsze nad wyraz skupione, ukrywały się za drobnymi okularami, opartymi na maleńkim nosie. Nie odbiegał wzrostem od Modrego, ale przez swoją nastoletnią, stereotypową chudość, sprawiał wrażenie wyższego niż w rzeczywistości.
Choć zainteresowania Kuby pasowały do typowych zainteresowań zwykłego nastolatka, bo oscylowały głównie wokół gier komputerowych i komiksów, to bywały momenty, kiedy potrafił przyprawić Modrego o ból w klatce piersiowej.
Kiedyś dla zabawy włamał się do bazy policyjnej. Nie dość, że się z tym nie krył, to jeszcze na podstawie przeczytanych notatek i raportów podzielił się z Modrym swoimi spostrzeżeniami na temat prowadzonego przez niego w tamtym momencie śledztwa. Ku rozpaczy Modrego, uwagi okazały się słuszne.
Przeszedł jednak samego siebie, gdy udało mu się podpiąć pod radio policyjne i przez kilka nocy z rzędu podsłuchiwał pojawiające się tam komunikaty. Modry nie miał zielonego pojęcia, jak chłopak to zrobił, ale skonfiskował mu cały własnoręcznie zbudowany sprzęt i oddał go technikom z komendy. Do dzisiaj nie wspomniał Baśce o pomysłach jej syna. Nie chciał zgadywać, którego z nich pierwszego obdarłaby ze skóry.
Zniecierpliwiony brakiem odpowiedzi Kuba potrząsnął głośno szachownicą nad uchem Modrego.
– Nie teraz, zbieram się do roboty… – odburknął Modry, wciąż stojąc do niego plecami. – Kuba, daj mi jakieś proszki, co? I gdzie jest moja koszula?
Chłopak wyjął z szafki tabletki przeciwbólowe i podał mu zwiniętą w kłębek koszulę. Modry nawet nie zauważył, że leżała w kącie kuchni. Wziął ją za szarą szmatę do podłogi.
Rozwinął wygnieciony kawałek materiału. Koszula nosiła ślady wszystkiego, co wczoraj jadł i pił, nie nadawała się do pracy. Może nigdy się specjalnie nie stroił, ale nawet on wiedział, że włożenie tego byłoby przesadą.
– Mogę ci pożyczyć jedną z moich koszulek – zaoferował Kuba. – Dam ci tę czarną, z Wiedźminem, jest najluźniejsza ze wszystkich! – powiedział i pobiegł prosto do swojego pokoju.
Powłócząc niechętnie nogami, Modry podszedł do lustra w przedpokoju. Ktoś zawiesił je na takiej wysokości, że mógł zobaczyć jedynie swoją szyję i wszystko poniżej. Pochylił się, opierając ciężko o ścianę. Wyglądał jeszcze gorzej, niż się czuł.
Gęste, ciemne włosy na samej górze kleiły się do czaszki, ale po bokach sterczały jak naelektryzowane. W lustrzanym odbiciu, bledszy niż zwykle odcień skóry, zlewał się z kolorem ściany za jego plecami. Spojrzał sobie głęboko w oczy. Opuchnięte i zaczerwienione ślepia patrzyły się na niego z wyrzutem. Nawet kolor tęczówek wyglądał na jaśniejszy niż zwykle, jakby alkohol wypłukał cały błękit i pozostawił jedynie lekki odcień szarości.
Lata spędzone na siłowni, sabotowane kiepską dietą i brakiem systematyczności, nie przynosiły oczekiwanych rezultatów, więc budowa, którą oglądał w lustrzanej tafli, odbiegała mocno od zamierzonej. Choć na w miarę szczupłej sylwetce pojawił się lekki zarys mięśni, to przecież nie dla takich efektów zaczynał w ogóle treningi. Nie tak powinien wyglądać policjant z prawdziwego zdarzenia. Na domiar złego, na klatce piersiowej odbił się wzór gęstego dywanu, na którym spędził noc. Nie pamiętał, dlaczego akurat tam zasnął, ani dlaczego nie dopchał się na kanapę albo chociaż na ten niewygodny fotel.
Mimo że spał w swoich dżinsach, to jakimś cudem ich nie wybrudził, nie pogniótł ani nie potargał. Nawet dobrze, może pójść w nich do pracy.
Pod lustrem na komodzie leżała ładowarka. Modry podpiął telefon i zamknął na chwilę oczy, starając się odgrodzić wszystkie zewnętrzne bodźce od siebie. Tak lepiej. Tylko niech mu wszyscy dadzą spokój.
Natychmiast usłyszał dźwięk SMS-a. Otworzył oczy, po czym zaraz zmrużył je mocno, żeby skoncentrować wzrok na świecącym ekranie. Szef zdążył już wysłać instrukcje, gdzie ma jechać i o kogo pytać. Pojawiło się też kilka wiadomości od jego kuzyna z pytaniem, kiedy go odwiedzi. No tak, odkładał tę wizytę już któryś weekend z rzędu, tym razem znów zapomniał. Kuzyna można na razie zignorować, ale szef raczej nie będzie tak wyrozumiały.
Zerknął raz jeszcze na wnętrze, w którym spał. Naprawdę nie znosił tego miejsca. Często przesiadywał u Topoli, ale do tego pomieszczenia zwyczajnie nie mógł przywyknąć.
Zastanawiał się często, co wywoływało w nim takie odczucia. Pokój, zresztą tak jak całe mieszkanie, urządzony został całe lata temu, kiedy rodzice Baśki, jeszcze jako młoda para, wili swoje wspólne gniazdko. W centralnej części stały modne w tamtych czasach kanapy w kwiaty, a na podłodze leżał wzorzysty, puchaty dywan. Ściany zamiast tapetą wyłożono prawie czarną boazerią, trudno wtedy dostępną. Na jednej z nich wisiał ogromny portret pewnej sędziwej kobiety, ale Modry nie miał pojęcia kogo obraz przedstawiał. Za każdym razem, kiedy się na nią patrzył, odnosił wrażenie, że ona też spogląda wprost na niego. Nie zdobył się nigdy na odwagę, aby zapytać, kim owa starsza dama jest.
Mimo wysokich okien w środku panowała ciemność. Szyby zasłaniały gęste, długie firanki, prawie całe zasłonięte ciemnozielonymi kotarami. W powietrzu nieustannie unosił się stęchły zapach starych mebli, dziś wyjątkowo wzmożony przez postalkoholowy wydech kilku mężczyzn.
W czasach młodości rodziców Baśki pokój ten reprezentował krzyk mody i elegancję. Problem tkwił w tym, że od prawie pięćdziesięciu lat nie zmieniło się tu nic.
Ani jedna podstarzała poduszka w kwiatuszki.
Nie potrafił sprecyzować czy to staroświeckie meble, czy może skrzypiąca na każdym kroku podłoga, czy może świdrujące spojrzenie groźnej damy z portretu, ale zawsze, kiedy znajdował się w tym miejscu, nie mógł oprzeć się wrażeniu, że ktoś tu umarł.
Modry stanął na środku pokoju i nasłuchiwał. Żaden z jego kolegów się nie ruszył. Dobrze wiedział, że już nie śpią, bo nieszczególnie starał się zachować ciszę. Wiedział też, że będą udawać twardy sen, dopóki on nie wyjdzie do pracy. Mógłby przysiąc, że widział, jak podkomisarz Molągwa zastrzygł uszami, kiedy obok niego przechodził. Przecież on jest szefem sekcji porwań, to idealna sprawa dla niego! Niechże się obudzi i sam jedzie do roboty! Modry stanął nad nim i pochylając się nisko, przypatrywał mu się z uwagą. Gapił się na niego, chcąc zmusić go w ten sposób do otworzenia oczu. Powieki podkomisarza nawet nie zadrżały. Szturchnął go jeszcze kilka razy w pokaźny brzuch. Też nic, nadal miarowo oddychał, perfekcyjnie imitując sen.
Miał jeszcze cień nadziei, że obudzi któregoś z pozostałych kolegów. Chodził od jednego do drugiego i wpatrywał się w nich intensywnie, próbując przyłapać ich na mrugnięciu albo na jakimkolwiek geście, który świadczyłby o tym, że nie śpią. Albo naprawdę zdążyli z powrotem zasnąć, albo każdy z nich powinien dostać nagrodę za najbardziej przekonującą grę aktorską.
Chyba że kobieta z obrazu zabiła ich swoim lodowatym spojrzeniem.Rozdział 2
Zgodnie z planem, po piętnastu minutach i szybkim prysznicu, Modry siedział w swoim samochodzie. Ubrany w koszulkę chuderlawego nastolatka pocił się w drodze do kancelarii, gdzie zgłoszono porwanie. Golenie i śniadanie sobie darował. Nie dzisiaj.
Na krótką chwilę rozbudziła się w nim iskierka nadziei, że po wczorajszej imprezie nie jest jeszcze w stanie siadać za kółkiem. Dmuchnął w przenośny alkomat wożony zawsze w samochodzie. Trzymał mocno kciuki, żeby wskazał zadowalający wynik. Nie mógłby wtedy jechać, cóż za idealna wymówka!
Jednak – jak na złość – aparat stwierdził, że poziom alkoholu w jego krwi jest niewielki i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby stawił się w pracy.
Sprawdził dwa razy. Jak pech to pech.
Choć po tych wszystkich latach spędzonych na treningach nadal nie mógł się pochwalić wymarzoną figurą, dziś wyjątkowo czuł się jak potężny kulturysta. Koszulka Kuby tak ciasno opinała jego ciało, że zaczął się zastanawiać, czy będzie w stanie kiedyś ją zdjąć. Twarz Geralta, która akurat wylądowała na jego klatce piersiowej, rozciągała się pod nienaturalnym kątem. Był świadomy tego, że niektórzy jego koledzy specjalnie noszą obcisłe ciuchy, by eksponować sylwetkę, i wyglądają w tym całkiem dobrze.
Wiedział też, że on w tym stroju wygląda jak idiota.
Liczył na to, że nie spotka tego dnia nikogo znajomego. Nie uśmiechało mu się tłumaczenie się ze swojego stanu nikomu. To Molągwa powinien tu jechać, nie on! Odda mu tę sprawę najszybciej jak to możliwe. W ramach koleżeńskiej uprzejmości może odbębnić to durne zgłoszenie i pogadać z osobą, która zgłosiła porwanie, ale całą resztę niech już sobie sam robi.
Wystarczy, że spisze zeznania, a później pójdzie do auta i zdrzemnie się parę godzin. Potem może wrócić na komendę i wypić całą wodę, jaką znajdzie po drodze.
Dość szybko zajechał pod budynek kancelarii, którą wskazał mu szef. Mimo dużego ruchu, udało mu się znaleźć miejsce parkingowe pod sklepem spożywczym, nieopodal kancelarii. Sprzedawca stał przed wejściem i zmiatał ledwo widoczny kurz z wycieraczki. Na widok Modrego, wychodzącego z samochodu, przesunął się w bok i zapraszającym gestem wskazał na drzwi.
– Świeże bułeczki, zapraszam!
Modry pokręcił tylko głową i poszedł dalej bez słowa. Zapach, który dochodził ze sklepu potwierdzał słowa sprzedawcy, ale jego żołądek znów zaczął się niebezpiecznie denerwować. Lepiej teraz nic nie jeść, nie chce przecież zwymiotować w eleganckiej kancelarii prawniczej.
Biuro mieściło się w ogromnym budynku, w centrum Katowic. Fasadę wykonano w całości z tafli gładkiego szkła, więc – w tak słoneczny dzień jak ten – odbijała ostre promienie prosto w oczy gapiącego się w górę Modrego. Ze złością potarł powieki i zamrugał parę razy. Nawet ciemne okulary nie pomagały. Oby tylko mieli wewnątrz klimatyzację, bo w taki upał w środku będzie zaduch jak w podgrzewanym terrarium.
Wjechał nowoczesną windą na drugie piętro. Układał sobie w głowie, co dokładnie powie Molągwie, gdy tylko wróci na komendę. Oby tylko nie próbował się z tego wymigać! Stary leń chętnie oddaje innym swoją robotę. Im dłużej o tym myślał, tym większe czuł zniecierpliwienie. Nie mógł się już doczekać, aż stąd wyjdzie, a jeszcze nawet nie przekroczył progu.
Wystawił spoconą twarz w kierunku sufitowego nawiewu powietrza, żeby złapać choć trochę chłodu podczas krótkiej podróży w górę. Całe szczęście innowacyjny budynek posiadał zainstalowaną klimatyzację, która – co najważniejsze – działała bez zarzutu.
Przed drzwiami wisiała złota tabliczka z napisem „Kancelaria prawna: Albert Okoński”. Żadnych partnerów, jedynie Okoński i tyle. Darował sobie pukanie i po prostu wszedł z impetem do sekretariatu. Na krótką chwilę oślepiły go promienie słońca, padające przez okno wprost na drzwi. Dopiero kiedy jego oczy przyzwyczaiły się do nowego źródła światła, dostrzegł na tle okna zarys kobiecej postaci.
Zajęta kopiowaniem sterty dokumentów na ogromnej kserokopiarce, stojącej pod oknem, nie dosłyszała dźwięku otwieranych drzwi. Maszyna wydawała głośne hałasy, skrzypiąc, piszcząc i warcząc przy wypluwaniu każdej kolejnej kartki.
Modry stał nieruchomo w wejściu i przyglądał się tej zjawiskowej postaci. Blask padający z okna oświetlał ją niczym anioła, który przyszedł pocieszyć jego umęczoną duszę.
Ubrała się dosyć skromnie, łącząc czarną, opinającą biodra spódnicę ze śnieżnobiałą bluzką, na której wyraźnie odznaczały się długie, czarne włosy, opadające na plecy w regularnych falach.
Tak bardzo skupiła się na swoim zajęciu, że zupełnie nie zareagowała na jego obecność.
Krzykliwa maszyna umilkła na chwilę, niedokarmiona odpowiednią ilością papieru. Nie chciał przestraszyć kobiety podkradaniem się. Wykorzystał więc moment ciszy. Głośno zamknął za sobą drzwi i podszedł do kontuaru recepcji.
Pomogło.
Dziewczyna w końcu spojrzała w jego stronę. Pod wpływem ruchu jej gęste włosy opadły na plecy niczym wodospad. Dojrzawszy klienta, zostawiła papiery przy drukarce i podeszła do biurka, będącego jednocześnie recepcją.
Gdy Modry zbliżył się do kontuaru, spojrzała na niego najbardziej niebieskimi oczami, jakie w życiu widział. Z wrażenia zapomniał, po co tu przyszedł. Patrzyła się na niego, mrugając wachlarzem długich rzęs i czekając na jego reakcję. Nie mógł przestać się w nią wpatrywać. Jej złocista skóra sprawiała wrażenie, że dopiero co wróciła z wakacji, a efekt ten jeszcze bardziej podkreślała biel bluzki. Na jej szyi wisiał subtelny, srebrny łańcuszek z ledwie zauważalnym krzyżykiem.
Nie znał się na tym kompletnie, ale jej twarz wyglądała tak świeżo i delikatnie, jakby żaden kosmetyk nie musiał poprawiać jej urody. Topola na pewno by teraz skrytykowała jej strój, makijaż albo fryzurę. Zawsze tak robiła, gdy napotykali piękne kobiety. On nigdy niczego nie komentował, zwykle kiwał tylko głową, żeby jej nie podpaść.
Stop! Dlaczego myśli teraz o Baśce?
– Mogę jakoś panu pomóc? – zapytała dziewczyna łagodnym tonem, spoglądając raz po raz na zniekształconą twarz Geralta na jego klatce piersiowej.
Zorientował się, że odkąd wszedł, nie powiedział ani słowa, tylko się na nią gapił.
– Tak… – odpowiedział, po czym odchrząknął i wyjął odznakę z tylnej kieszeni dżinsów. – Podkomisarz Damian Modry, przyszedłem w sprawie porwania, które państwo zgłosili.
– Porwania? Jakiego porwania? – zapytała dziewczyna, wyraźnie zaskoczona.
Zdezorientowany Modry wyjął z kieszeni telefon i sprawdził raz jeszcze adres, który dostał w wiadomości. Wszystko się zgadzało.
– Dziś rano zgłosili państwo porwanie Alberta Okońskiego, właściciela tej kancelarii. Czy dobrze rozumiem, że to pomyłka? – zapytał, modląc się w duchu, żeby to jednak nie okazało się pomyłką, bo wtedy stąd wyjdzie i już więcej nie zobaczy tej dziewczyny.
– Ja tego nie zgłaszałam… – powiedziała zdezorientowana. – Co prawda pana mecenasa nie ma w pracy od paru dni, ale rzadko bywa tu we wszystkie dni tygodnia.
Odłożyła plik dokumentów na drugą stronę biurka, po czym zwróciła się ponownie do Modrego. Mógłby przysiąc, że zobaczył blask słońca odbijający się w jej włosach, kiedy ruszała głową.
– Czy pracuje tu ktoś inny, kto mógłby zgłosić to porwanie?
– Tak, jest jeszcze księgowa, pani Tola Nowaczek, ale dziś jej nie będzie, oraz pan Czesław, ale rzadko przychodzi o tej porze.
Świetnie, zaczyna się robić coraz ciekawiej. Ktoś sobie z niego zażartował? Tylko kto? Przecież to sam inspektor dał mu to zgłoszenie. Można wiele o nim powiedzieć, ale na pewno nie to, że ma poczucie humoru.
– O której ten pan Czesław zaczyna pracę?
– O dziewiątej.
Modry zerknął na zegarek. Wskazywał ósmą trzydzieści.
– Pan Czesław ma dość specyficzny stosunek do swoich godzin pracy – dodała, widząc jego minę.
– „Specyficzny stosunek do godzin pracy”. – Uniósł z rozbawieniem brwi. – Muszę to zapamiętać i powtórzyć kiedyś swojemu szefowi… – powiedział pod nosem.
Mógłby przysiąc, że po tych słowach zobaczył mikroskopijny grymas na jej twarzy, jak gdyby chciała wybuchnąć śmiechem, ale szybko odwróciła głowę. Gdy spojrzała na niego ponownie, jej oblicze przyjęło uprzejmy, profesjonalny wyraz.
– Mogę na niego poczekać? – zapytał, bo nic więcej nie przychodziło mu w tej sytuacji na myśl.
– Oczywiście – odpowiedziała dziewczyna, lekko unosząc kąciki ust. – Zrobić panu kawy albo herbaty?
– Nie, nie, dziękuję – odpowiedział szybko.
Wolał nie ryzykować picia kawy na pusty żołądek.
Usiadł przy stoliku w kącie sekretariatu, przygotowanym dla oczekujących gości. Dziewczyna uśmiechnęła się jeszcze raz, a potem wróciła do swoich obowiązków. Siedziała przy biurku, zwrócona do niego bokiem, tworząc jakiś pokaźny dokument na komputerze. Znów nie zwracała na niego uwagi, więc mógł się bezkarnie przyglądać jej profilowi.
Miała w sobie coś wyjątkowego. Może to te błękitne oczy, a może długie rzęsy… Nie potrafił tego wyjaśnić. Musiał przyznać, że bardzo skutecznie podkreślała swoją zgrabną figurę tą spódnicą. Że też musiał ją poznać akurat dzisiaj. Zwykle nie pije alkoholu. Wiedział dobrze, że po imprezie jak ta wczoraj następnego dnia będzie nie do życia. Dlaczego się nie powstrzymał? Ciekawe, czy czuć od niego jeszcze alkoholem? Jak to dyskretnie sprawdzić, żeby nie zauważyła… Nie, nie da rady. Dziewczyna siedzi zdecydowanie za blisko, niecałe dwa, może trzy metry. Chyba nawet czuje zapach jej perfum.
– Jak ma pani na imię? – wypalił, zanim zdążył się pohamować.
Oderwała wzrok od monitora i rzuciła mu nieco zaskoczone spojrzenie.
– Magda… To znaczy, nazywam się Magdalena Tomczyk – odpowiedziała. – Proszę wybaczyć, że się nie przedstawiłam, ale trochę mnie pan dziś zaskoczył.
– Rozumiem. Ludzie często są zdenerwowani wizytą policji, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, żeby nikt nie wiedział o zgłoszeniu – powiedział z uśmiechem.
„Co ty wygadujesz?” – jęknął w duchu.
– Przykro mi, że tak się stało. Być może to pomyłka, ale wolałabym, żeby pan poczekał na pana Czesława albo zadzwonił do pani Toli, bo być może to któreś z nich. Chyba że przyjdzie sam pan mecenas Okoński, wtedy będziemy mieli pewność – dodała z uśmiechem.
– Tak – zaśmiał się. – Gdyby sprawy tak się wyjaśniały, nie miałbym pracy.
Nagle coś mu zaświtało w głowie. Powoli wracał jego zawodowy instynkt i nieśmiało próbował zdetronizować tę poimprezową, pijaną wersję, jaką był teraz.
– Czy mógłbym zobaczyć gabinet pana mecenasa? – zapytał, siląc się na nonszalancję.
Spodziewał się, że usłyszy odmowę, w końcu to jednak prawnik, ale – jak mawia Baśka – nie zaszkodzi spróbować.
– Oczywiście – odpowiedziała Magda ku jego ogromnemu zdumieniu, po czym wyjęła z szuflady klucz, wstała z krzesła i podeszła do drzwi, przy których siedział. – Mecenas zawsze każe wpuszczać klientów do gabinetu, nawet jeśli jego jeszcze nie ma. Myślę, że nie będzie miał nic przeciwko również pana wizycie.
– Ciekawe podejście… – wymamrotał pod nosem.
– Zapraszam.
Gdy przeszła obok niego, nareszcie mógł poczuć zapach jej perfum. Jak ona pachnie… Zaciągnął się głęboko mgiełką zapachu, która się za nią unosiła, po czym skarcił sam siebie. Co on wyprawia? Jest przecież w pracy. Może i jest jeszcze lekko pijany po wczoraj, ale najwyższy czas wytrzeźwieć.
Zauważył, że Magda jest dość wysoka. Sam nie należał może do olbrzymów, ale przyzwyczaił się do tego, że większość ludzi, a na pewno kobiet, jest od niego sporo niższa. Ona tymczasem, co prawda w wysokich szpilkach, sięgała mu aż do połowy głowy.
Usilnie starając się skoncentrować na pracy, wszedł za nią do pomieszczenia, gdy tylko uporała się z kluczem. Ledwo jednak przekroczył próg, w nozdrza uderzył go drażniący zapach. Magda najwyraźniej również nie była przygotowana na odór, bo cofnęła się gwałtownie, zatykając nos.
W powietrzu unosiła się woń chloru, tak intensywna, jakby ktoś wylał tu całą butelkę wybielacza. Nie mógł jednak zlokalizować źródła zapachu. Wyczuł też aerozol do odświeżania powietrza, zupełnie nie radzący sobie z atakującym go smrodem. Szybkim krokiem podszedł do okna i otworzył je na oścież.
Żołądek, nieprzygotowany na takie atrakcje, zaczął dawać złowrogie sygnały, jakoby chciał pozbyć się swojej zawartości. Oddychając przez usta, Modry rozejrzał się wokół siebie.
Gabinet Okońskiego został urządzony bardzo wystawnie. Gdyby nie panujący tu bałagan, już od progu onieśmielałby klientów. Wzrok przyciągało ogromne biurko, wykonane z ciemnego gatunku drewna, którego pochodzenia Modry nie znał. Wyglądało na drogie. Przy biurku stał ciemnobrązowy fotel z grubym obiciem. Krzesło z sekretariatu, na którym siedziała Magda, nie robiło aż tak imponującego wrażenia, jakby elementy należały do dwóch różnych biur.
Niewielka ilość mebli potęgowała jeszcze bardziej iluzję ogromnej przestrzeni. Małe szafki z tego samego ciemnego drewna znajdowały się tu jedynie po to, żeby zapełnić pusty metraż. Po przeciwnej stronie stała wielka kanapa w identycznym kolorze co fotel. Jej puchate obicie zachęcało, aby na niej na chwilę przysiąść albo się położyć. Na pewno jest miękka, w przeciwieństwie do dywanu, na którym spał w nocy. Gdyby tak na chwilę się położyć i zamknąć oczy… Nie, nie, nie… Jest w pracy, przecież jest w pracy!
Przed kanapą stał mały stolik kawowy z kilkoma pustymi filiżankami i szklankami, których zróżnicowany stopień zabrudzenia, mógł sugerować inną długość oczekiwania naczyń na umycie. Pod stolikiem Modry dojrzał do połowy opróżnioną butelkę whisky. Wyglądało na to, że Magda nie wchodzi tu, gdy nie ma szefa. Naczynia musiały stać nieruszone od kilku dni.
Obrzucając wzrokiem gabinet, kątem oka zauważył, że Magda przygląda się z kolei jemu. Obrócił się do niej tyłem i naciągnął dyskretnie gębę Geralta, żeby poluźnić ubranie i złapać trochę oddechu. Jeszcze trochę i będzie tak ciasno, że można będzie policzyć jego włosy na klatce piersiowej.
– Często jest pani sama w pracy?
– Przeważnie rano i zwykle, kiedy mecenas Okoński lub mecenas Cymbała są na rozprawach.
– Mecenas Cymbała? – powtórzył zdziwiony.
– Tak, pan Czesław też jest adwokatem.
– Naprawdę ma na nazwisko Cymbała? – Modry starał się powstrzymać śmiech. – Musi robić furorę w sądzie – mruknął do siebie.
– Jak go pan pozna, przekona się pan, że… A zresztą nieważne.
Jej mina zdradzała, że chciałaby powiedzieć coś więcej, ale powstrzymywała się od wypowiadania się źle o współpracownikach.
– A pan zawsze sam pracuje? – zapytała, chcąc zmienić temat.
– Nie, zwykle pracuję z partnerką, ale wczoraj urodziła – palnął bez zastanowienia.
– Och… W takim razie gratuluję – powiedziała Magda z wymuszoną grzecznością.
– Nie… Nie moja partnerka. Moja partnerka w pracy, wyłącznie w pracy! – powiedział szybko. – Ja nawet nie wiem, kto jest ojcem – dodał, zanim zdążył ugryźć się w język.
I po co to powiedział?!
Magda pokiwała głową ze zrozumieniem, powstrzymując śmiech.
Próbując wyglądać profesjonalnie, kontynuował oględziny. Tak bardzo nie chciało mu się pracować! Jest tyle innych rzeczy, o których teraz myślał, że robota zostawała daleko w tyle. Szybko jednak przypomniał sobie, że będzie musiał zdać raport przed szefem i od razu wrócił na ziemię.
Nad kanapą wisiały zdjęcia Okońskiego: jedno w todze, inne, na którym wymienia uścisk dłoni z jakimś starszym człowiekiem, kolejne, gdy siedzi na koniu, jeszcze inne na polu golfowym z kijem nad głową. Znaczna część przedstawiała po prostu jego samego, korzystającego z rozrywek ludzi zamożnych. Na większości nosił ten sam lub bardzo podobny garnitur, zawsze mocno wygnieciony.
Przyglądając się jego portretom, wywnioskował, że był średniego wzrostu, z nieznaczną nadwagą, charakterystyczną dla ludzi prowadzących siedzący tryb życia, z twarzą w kształcie kuli z odstającymi uszami, a na czubku pokrytą meszkiem ciemnych włosów. Często też bywał niechlujnie niedogolony. Zupełnie jak Modry dzisiaj.
Patrząc na twarz mecenasa, nigdy by nie zgadł, że Okoński jest człowiekiem inteligentnym. Jego małe, wąsko osadzone oczka koloru, którego nie dało się dostrzec na zdjęciach, nie potrafiły się skupić w tym samym punkcie na ani jednym zdjęciu. Na fotografiach, na których starał się przybrać zamyśloną pozę, sprawiał wrażenie człowieka, nieumiejącego dodać dwa do dwóch. No cóż, jednak pozory mogą mylić.
Modry usiadł przy wielgachnym biurku, którego blat pokrywały porozrzucane bez określonego ładu dokumenty różnego pochodzenia. Pomiędzy stertami papierów walały się długopisy, spinacze, żółte karteczki samoprzylepne i, o zgrozo, resztki kanapki z czymś, co kiedyś było tuńczykiem, a której smród został całkowicie pochłonięty przez ostry zapach chloru. Wyglądało na to, że utrzymywanie porządku nie zaprzątało głowy pana mecenasa.
Wziął do ręki jakiś dokument na chybił trafił.
– Mecenas Okoński nie lubi, gdy ktoś dotyka jego rzeczy – powiedziała szybko Magda. – To mogą być poufne dane klienta, mam nadzieję, że pan zrozumie… – dodała łagodniej.
– Jasne, nie ma sprawy.
Chciał jeszcze otworzyć ogromną szafkę w biurku, ale zamknięte drzwiczki ani drgnęły. Rozglądając się dyskretnie za kluczykiem, usłyszał łomot otwieranych drzwi wejściowych, gdy ktoś wpadł do kancelarii jak tornado_._
– Pani Magdo! Gdzie pani jest?! Dobrze pani wie, że nie może pani zostawiać sekretariatu bez opieki! – wołał ten ktoś niesłychanie irytującym głosem, dobitnie akcentując każde „s” i „z”.
– Przepraszam pana, to jest właśnie pan Czesław – szepnęła Magda do Modrego, po czym podbiegła do swojego biurka. – Dzień dobry, akurat rozmawiałam z policjantem, który przyjechał w sprawie porwania i…
– To się doskonale składa! – krzyknął pan Czesław, po czym spostrzegł Modrego, który niespiesznym krokiem wyszedł za Magdą z gabinetu. – Ooo… Witam, mecenas Cymbała – powiedział, przygładził włosy i zaśmiał się nerwowo.
Modry obrzucił młodego prawnika wzrokiem z góry na dół. Swoje mocno wystylizowane i wystrzyżone po bokach włosy w kolorze złoty blond ułożył w zawadiacką falę na czubku głowy. Jego skóra nosiła ślady samoopalacza, gdzieniegdzie krzywo nałożonego, zwłaszcza w okolicach szyi. Miał na sobie niesamowicie obcisły, bordowy garnitur, krawat w tym samym kolorze oraz granatową koszulę. Nogawki, modnie za krótkie, ukazywały prawie połowę gołych łydek i brak skarpetek.
– Podkomisarz Modry – przedstawił się sceptycznie, wyciągając odznakę. – Czy to pan zgłaszał porwanie?
– Tak! Oczywiście, że to ja! Zapraszam do mojego gabinetu, zaraz panu wszystko wyjaśnię – zawołał i popędził otwierać drzwi po drugiej stronie korytarza.
Dosyć niechętnie poszedł za mecenasem Cymbałą do jego gabinetu. Maleńki pokoik stanowił przeciwieństwo poprzedniego gabinetu, jak gdyby został przerobiony z innego pomieszczenia. Większość powierzchni zajmowało niewielkie dębowe biurko, a za nim wciśnięto regał z książkami o tematyce prawniczej. Na blacie, podobnie jak w sąsiednim wnętrzu, stało mnóstwo nieumytych kubków po kawie oraz małych misek z resztkami mleka lub jogurtu. Ohyda.
Zauważywszy, gdzie kieruje się wzrok Modrego, mecenas Cymbała zaczął pośpiesznie zbierać nieumyte naczynia.
– Pani Magdo, niech to pani posprząta. Jak może pani tu zostawiać taki bałagan? To nieprofesjonalne, niech się pani ogarnie! – zawołał szorstko.
– Przecież nie mam klucza do pana gabinetu, a pan go za sobą zamyka– odpowiedziała Magda, zbierając kubki.
Choć ton jej głosu brzmiał spokojnie, wyraz twarzy zdradzał, że najchętniej by roztrzaskała wszystkie naczynia na idealnie wystylizowanej głowie mecenasa.
Modry również z chęcią by je roztrzaskał na głowie mecenasa.
Cymbała nic nie odpowiedział, tylko westchnął, z dezaprobatą kręcąc głową. Widocznie oczekiwał od współpracowników umiejętności włamywania się do własnego gabinetu.
– Proszę, niech pan siada – powiedział mecenas, tym razem bardzo przymilnym głosem, zajmując miejsce przy swoim biurku. – Napije się pan kawy lub herbaty? Proszę wybaczyć, że sekretarka nic panu nie zaproponowała, sam pan widzi, jaka ona jest…
– Zaproponowała, ale dziękuję. Niczego się nie napiję – odpowiedział Modry coraz bardziej poirytowany. – Więc to pan zgłosił porwanie. Na jakiej podstawie stwierdza pan, że pana szef został porwany?
Wyciągnął z tylnej kieszeni dżinsów kajecik, w którym zwykle robił notatki z przesłuchań. Ku jego zaskoczeniu notes wgniótł się niemiłosiernie, a jeden z rogów zaginał się do środka. Czyżby spał, mając go cały czas w kieszeni? Teraz rozumiał, co go tak uwierało…
– Ponieważ mecenas Okoński od kilku dni nie odpowiada na telefony ani maile – wytłumaczył Cymbała, jakby stwierdzał najbardziej oczywistą rzecz na świecie.
– Może gdzieś pojechał? Na przykład na wakacje? – podsunął Modry.
– Wiedziałabym o tym. Poza tym wczoraj miała miejsce bardzo ważna rozprawa, a mecenas się nie zjawił. W ogóle nie dał znać klientowi, że nie przyjdzie. Chyba nie muszę dodawać, że to bardzo nieprofesjonalne, w ogóle nie w jego stylu.
Modry zapisał pobieżnie parę słów, nie podnosząc wzroku.
– Sprawdzał pan w jego mieszkaniu?
– Nie, no skąd – obruszył się Cymbała. – Przecież nie wiem, gdzie mieszka…
– Rozumiem. A dzwonił pan do jego rodziny, przyjaciół?
– Ma tylko brata, ale nie utrzymuje z nim kontaktu, a przyjaciół nie znam. Poza tymi z branży oczywiście.
– Oczywiście – powtórzył Modry, notując kolejne słowa.
Głowa bolała go coraz bardziej. Rozmowa z tym człowiekiem szła jak po gruzie.
– Czy poczynił pan jakieś kroki, żeby zlokalizować mecenasa?
– Zadzwoniłem do was – odpowiedział z dumą Cymbała.
– No tak… – powiedział zrezygnowany, ale nagle go olśniło. – Zaraz, ale dlaczego nie przysłano patrolu, jak do standardowego zgłoszenia? – zapytał bardziej siebie niż rozmówcę.
– No cóż, mecenas Okoński ma wiele znajomości… – powiedział Cymbała zawstydzonym tonem. – Dlatego poprosiłem o najlepszego ze wszystkich policjantów i przysłali mi pana! – powiedział z szelmowskim uśmiechem.
Modry westchnął. Tego było za wiele, tym bardziej, że jego cierpliwość została już dziś dość nadwyrężona.
– Jednak napiłbym się wody – powiedział Modry bez cienia uśmiechu.