Moim domem jesteś Ty - ebook
Piętnaście lat temu obiecali sobie, że jeśli los nie postawi na ich drodze nikogo innego, wezmą ślub. Nie z miłości — z przyjaźni. Teraz, gdy oboje są samotni, postanawiają dotrzymać słowa. Ale wspólne przygotowania do „rozsądnego ślubu” budzą coś, czego oboje się nie spodziewali: niewygodne wspomnienia, tłumione emocje i uczucia, o których dawno powinni byli zapomnieć. Czy można zacząć wszystko od nowa z kimś, kto zna każdą twoją ranę?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-060-1 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
— Tak to właśnie powinno wyglądać! Znacie się… jakieś pół życia, przetestowałaś go we wszelkich możliwych sytuacjach. A że nie jesteście parą? Trudno. Żeby wyjść za mąż, wcale nie trzeba darzyć faceta dozgonną miłością. Miłość platoniczna do przyjaciela w zupełności wystarczy. Wszystkiego mieć nie można — oznajmiła Olka zdecydowanym tonem i wychyliła się, żeby wziąć z miski cebulowego chipsa.
— Technicznie rzecz biorąc, to jednak znamy się mniej niż pół życia — mruknęłam, na co Olka przewróciła oczami z rozdrażnieniem, jakbym tymi wyliczeniami umniejszała wagę jej wypowiedzi.
Nieco zażenowana omiotłam wzrokiem ustawione na stole talerzyki i miski. Gotowanie nigdy nie należało do moich pasji. Także tym razem poszłam na łatwiznę, przywożąc z okolicznego marketu do domu rodziców gotowe przekąski — chipsy, krakersy, winogrona, sery i faszerowane papryczki. Z tego wytwornego zestawu najbardziej pracochłonne okazało się pokrojenie sera i ułożenie go na desce. _Trzeba było zrobić choćby przekąski z ciasta francuskiego_ — pomyślałam.
Sytuacja była zdecydowanie z gatunku tych, które wymagają większego rozmachu. Początkowo zmylenie zaproszonych gości — rodziców, brata i bratowej oraz przyjaciółki Olki — niezbyt wyszukanym poczęstunkiem wydawało mi się dobrym pomysłem, jednak teraz poczułam się głupio. W końcu i tak wszyscy wyczuli po moim niecodziennym zaproszeniu, że święci się coś dużego. Teraz za to rozmawiamy o moim rychłym zamążpójściu, popijając mrożoną kawą… cebulowe chipsy. Nieładnie, Marika.
— Olka, przez ciebie to akurat przemawia trwający rozwód, ale zakładam, że Marice właśnie o to chodzi. W sensie, o różne punkty widzenia. Prawda? — zwrócił się do mnie mój młodszy brat Wojtek, ale nie czekał na moją odpowiedź. — To kto następny? Mamo? Tato? — zapytał jeszcze, patrząc na rodziców.
— Hej, ale to prawda — obruszyła się Olka. Przeszła zza stołu na kanapę i usiadła na niej po turecku. — Szalona, romantyczna miłość po ostatniej akcji z Tomkiem wyszła mi już bokiem, więc jeśli kiedykolwiek wyjdę jeszcze za mąż, to tylko z rozsądku — zastrzegła, odrzucając do tyłu długie włosy i patrząc zadziornie na wszystkich.
No tak, cała Olka. Wydaje się pewna siebie i stanowcza, ale w gruncie rzeczy to bardzo ciepła, ufna i troskliwa osoba. Niestety jej prawie już były mąż okazał się być patologicznym kłamcą, na dodatek tonącym w skrywanych przed nią długach. Moja przyjaciółka nie wybaczyła mu ani jednego, ani drugiego.
— Córeczko — zaczęła mama ostrożnie, splatając dłonie na kolanach i prostując się. Najwidoczniej postanowiła udać, że nie słyszy zaczepnego komentarza Oli. — Wiesz, że bardzo lubimy Czarka. Zresztą, kto w naszym mieście go nie lubi? Chyba nie ma tu osoby, która nie miałaby choć jednego mebla z jego warsztatu. Chciałabym tylko, żebyś była pewna tego, co robisz i co możesz stracić. Może nie warto się poddawać i wychodzić za mąż z rozsądku? Za przyjaciela? To trochę za mało, żeby utrzymać małżeństwo — tu już do głosu mamy wkradła się nuta paniki, a ona sama spojrzała na mnie błagalnie.
— A ja bym chciała wiedzieć, czy ty będziesz z nim sypiać? — zainteresowała się nagle moja młodsza siostra Marcelina, która uczestniczyła w tym spotkaniu za pomocą kamerki na WhatsApp i, jak to ona, nie czuła oporów przed wyciągnięciem na światło dzienne wszystkich aspektów sprawy.
Mama aż się zapowietrzyła.
— Na Boga, Marcela. Nie wypada pytać o takie rzeczy dorosłej kobiety!
Na chwilę zapadła niewygodna cisza.
— Ale… będziesz? — spytała po krótkiej pauzie, a w jej oczach zobaczyłam ciekawskie chochliki.
— Oczywiście, że będzie — powiedziała Olka obojętnie. — Marika ma trzydzieści pięć lat i zapewniam panią, że Czarek nie jest jedynym mężczyzną, z którym prześpi się lub już przespała, nie będąc w nim beznadziejnie zakochaną. Prawda, Marika? Poza tym, ja bym wcale nie dała sobie ręki uciąć, że ona się w Czarku nie podkochuje. I to od lat.
Tego było już trochę zbyt wiele.
— Przepraszam was bardzo, ale nie będę z wami wszystkimi omawiać mojego życia intymnego — powiedziałam gwałtownie, czując, że ta rozmowa idzie za daleko.
Musiałam szybko interweniować, zanim Marcelina lub Olka postanowią opowiedzieć wszystkim o moich łóżkowych ekscesach. Może i byliśmy otwartą i zżytą rodziną, ale co za dużo, to niezdrowo.
— Pytam was o zdanie dlatego, że zależy mi na waszej opinii, nawet jeśli decyzja jest już podjęta. Bo jest — oznajmiłam twardo. — Ślub się odbędzie i to już postanowione. Poczułam, że mam ochotę się ustatkować i nie liczę na pojawienie się księcia na białym koniu. Chcę zmienić mieszkanie na większe, a sama nie zdołam wziąć kredytu na dwupoziomowe mieszkanie z tarasem. On też nie, a też by chciał. Niby możemy to zrobić razem bez ślubu, ale jednak ślub daje nam lepsze zabezpieczenie finansowe. A wiecie dobrze, że z Cezarym przyjaźnimy się od piętnastu lat. Przynajmniej od ostatnich trzech lat żadne z nas nie spotykało się już z nikim na dłużej. Dlaczego więc nie? Nie mam już ochoty szukać wielkiej miłości i liczyć na to, że ją spotkam. On też nie. Ile można liczyć na cud? Chcę tylko wiedzieć, czy będziecie po mojej stronie. To jak? Team Marika? — dodałam już łagodniejszym tonem, rozglądając się.
— Córcia, my zawsze jesteśmy team Marika — roześmiał się tata, jak zwykle rozładowując atmosferę. Powietrze w salonie od razu stało się lżejsze. Taka właśnie była supermoc taty. Objął przy tym ramieniem mamę, z której również w wyniku tego gestu wyraźnie zeszło napięcie. — Jesteś przecież dorosła. Uważam, że skoro tak postanowiłaś, to miałaś ku temu powody. Wiem, że to nie jest desperacka próba dopasowania się do społeczeństwa, bo przecież doskonale radzisz sobie sama. Ja jestem z tobą i odprowadzę cię nawet do ołtarza lub urzędu, jeśli tylko o to poprosisz — mrugnął do mnie.
— Ok, to chyba wszystko ustalone — powiedziała Olka rzeczowo. — Wszyscy są team Marika, tak? Bez wyjątków? Mogę już organizować wieczór panieński?
— Ja jestem — powiedział tata bez wahania.
— Ja też — dodała Marcela z ekranu telefonu.
— I ja — powiedziała mama po chwilę dłuższej przerwie, ale jednak stanowczym tonem.
— I my z Amelką oczywiście też — podsumował Wojtek. — Ale trudno nie zauważyć, że stara miłość nie rdzewieje — dodał, uśmiechając się błogo do swojej świeżo upieczonej żony, Amelii.
Przewróciłam oczami. Brat i bratowa znali się od podstawówki.
Amelia położyła ręce na mocno już zaokrąglonym brzuchu i odwzajemniła uśmiech.
— A nawet jak trochę rdzewieje, to nadal człowiek woli sprawdzone rozwiązania niż nowości. Każdy facet, choćby nie wiem jakie motyle i skowronki fruwały na początku, w końcu zaczyna szwankować, gubić skarpetki w drodze do kosza i chrapać przez sen. To ja już wolę stary model, przynajmniej wiem jak naprawiać… Swoją drogą, zrobiłbyś coś z tym chrapaniem — ziewnęła przeciągle, zwracając się do Wojtka. — Niedługo i tak będziemy musieli pożegnać się ze snem, wolałabym jeszcze skorzystać, póki mamy na to czas.
— Moja żona jak zawsze romantyczna — odburknął Wojtek, mimo woli trochę jednak rozbawiony. Pod każdym względem z trójki rodzeństwa to właśnie jemu życie idzie jak z płatka — wybrał najbystrzejszą i najładniejszą dziewczynę w klasie, poszedł z nią na studia i oboje ukończyli architekturę, następnie wzięli ślub i teraz wspólnie planują otworzyć rodzinny biznes architektoniczny. Na razie jednak Wojtek znalazł pracę w renomowanym biurze w Warszawie, gdzie zdobywa cenne doświadczenie pod okiem znanego w branży architekta. Nie da się ukryć, że na tle starszych sióstr jego życie było najbardziej uporządkowane.
— A Patryk już o wszystkim wie? Co on na to? — przypomniało się nagle bratu.
Patryk to młodszy brat mojego przyjaciela i narzeczonego w jednym, czyli Czarka. Nasi bracia chodzili razem do klasy, bawili się razem na podwórku i do dziś są najlepszymi przyjaciółmi. Dzięki nim się też poznaliśmy.
— Właśnie się dowiaduje — powiedziałam. — Specjalnie zaplanowaliśmy te rozmowy jednocześnie, żebyście nie zdążyli zabawić się z Patrykiem w głuchy telefon i zepsuć nam zabawę z patrzenia, jakie macie miny.
Moje myśli powędrowały w kierunku Cezarego. Jak sobie radzi? Czy jego rodzina z równym spokojem przyjęła wiadomość o naszej decyzji? Wątpiłam, żeby poszło tak dobrze jak u mnie, ale może nie było najgorzej.Cezary
Marika wiedziała, że ta sama rozmowa przebiegnie w naszych rodzinach w zupełnie odmienny sposób. Chociaż nasi rodzice się znają, a nawet darzą sympatią, to jednak od zawsze atmosfera w naszych rodzinnych domach była zupełnie inna. Dom Mariki mnie zadziwiał — tam wszyscy zdawali się nie tylko słuchać siebie nawzajem, ale też akceptować swoje wzajemne wybory i nie wartościować ich na lepsze i gorsze. Ja natomiast jestem synem pary sadowników spod Tarczyna, prowadzących gospodarstwo rolne, dystrybuujące jabłka do okolicznych sklepów i cukierni. Tutaj też od urodzenia mieszkam. Moi rodzice wyznają raczej tradycyjne wartości, dlatego spodziewałem się nieprzychylnych reakcji na bombę, którą zamierzałem zrzucić im dzisiaj na głowy. Wiedziałem, że ostatecznie zaakceptują mój wybór — nigdy nie umieli jednak zrobić tego od razu, zwykle poprzedzone to było zupełnie zbędnym i krzywdzącym upustem rozczarowania i pretensji. Postanowiłem więc załatwić temat krótko i konkretnie, bez zbędnych ceregieli. Nie zamierzałem dawać im zbyt wiele czasu na zepsucie mojego entuzjazmu.
Spojrzałem na rodziców oraz brata, którzy w odpowiedzi na moje nagłe wezwanie zajęli miejsca obok siebie przy stole i powiedziałem:
— Mamo, tato i Patryku, mam dla was informację. W lipcu żenię się z Mariką. Uprzedzając wasze pytania, nie wróciliśmy do siebie i nie zaczęliśmy spotykać się na nowo. Po prostu oboje uznaliśmy, że nie ma sensu dłużej czekać na miłość życia, a przyjaźń może być równie dobrym fundamentem małżeństwa. Uznaliśmy, że wyjdzie nam to na dobre — dogadujemy się, tak czy inaczej spędzamy razem mnóstwo czasu, a na randki i tak już od dawna nie chodzimy. A jak nawet chodzimy, to kończy się to tylko kolejną smętną dyskusją przy pizzy, że nie było warto. Zdaję sobie sprawę, że to może być wbrew wartościom, które wyznajecie, ale będę wdzięczny, jeśli okażecie trochę wyrozumiałości. Z czasem przekonacie się, że to świetne rozwiązanie.
Dawno już przemyślałem, jak to powiedzieć i jakich słów użyć, żeby okazać stanowczość i dać im do zrozumienia, że decyzja została już podjęta. Jednocześnie nie chciałem zabrzmieć obcesowo. Wstrzymałem oddech i spojrzałem na nich z wyczekiwaniem.
Mama skrzywiła się z niesmakiem.
— Dlaczego chcesz się ożenić akurat z Mariką? Przecież ona nawet nie ma solidnej pracy! I wydaje mi się, że nie pasuje do ciebie, nawet jak się na was spojrzy, to… eehh…
— Mamo, wiele razy ci tłumaczyłem, że copywriting to też zawód, a Marika prowadzi własną działalność i nie brakuje jej klientów — odpowiedziałem cierpliwie. — To, że pracuje z domu, nie oznacza, że pracuje mniej albo wcale. A do tego w niektóre popołudnia uczy dzieci hiszpańskiego w szkole językowej, więc naprawdę ma co robić. Co do jej wyglądu, mamy dwudziesty pierwszy wiek, tatuaże i kolorowe pasemka nikogo już nie szokują — zakończyłem spokojnie. Byłem przygotowany na takie komentarze. — A nie ciekawi cię, dlaczego chcę wziąć ślub z przyjaciółką?
— Masz już swoje lata, lepiej z przyjaciółką niż wcale. Poza tym wolę, żebyś jednak miał żonę, niż żebyś był sam albo… no wiesz… — wzruszyła ramionami mama.
— Albo z facetem, tak jak ja? — wtrącił łagodnie Patryk, uśmiechając się do niej. — Nie martw się mamuś, Łukasz mnie kocha i dba o mnie, ja o niego też.
Podziwiałem mojego młodszego brata za ten spokój i wyrozumiałość wobec staroświeckich poglądów rodziców. Dlatego właśnie chciałem, żeby był przy tej rozmowie. Kiedy ja zaczynałem się wściekać i pieklić, Patryk przypominał mi swoim nastawieniem, że rodzice chcą dla nas tylko dobrze.
— A co do ciebie — brat zwrócił się do mnie tonem, w którym pobrzmiewało politowanie — to uważam, że to super pomysł, ale wcale nie dlatego, że bierzesz ślub z przyjaciółką. Przecież ty ją kochasz, głąbie, tylko z jakiegoś powodu od piętnastu lat udajesz, że wcale tak nie jest. Gratulacje, w końcu poszedłeś po rozum do głowy. Ona też wierzy w to białe małżeństwo z najlepszym kumplem, czy jest bardziej domyślna od ciebie?
— Jakie białe małżeństwo… znaczy, ekhem — odchrząknąłem. — Nieważne. No oczywiście, że wierzy. Patryk, między nami nie ma absolutnie nic od dawien dawna, a w międzyczasie ona była nawet zaręczona. Nie ma tu żadnej bajki. Po prostu rozsądek i praktyczne względy, to wszystko.
Wtedy mama postanowiła całkowicie mnie zaskoczyć.
— Wiesz co, właściwie to dobrze. Nie będziesz sam, może ona faktycznie o ciebie zadba, ugotuje coś, posprząta. Skoro już i tak siedzi w domu… Sąsiedzi przestaną gadać, co taki przystojny i zaradny chłopak do tej pory robi sam. No i ślub będzie, wesele! — klasnęła w dłonie, ucieszona perspektywą zabawy i pokazania całej wsi, że syn się żeni.
No tak, mogłem się domyślić. Perspektywa zaimponowania sąsiadom połączona z organizowaniem imprezy weselnej to dla niej gratka. Jakiś czas temu — mniej więcej wtedy, kiedy Patryk zjawił się w domu z Łukaszem — mama zorientowała się, że jednak na jego weselu na pewno się nie pobawi. A przynajmniej nie w Polsce i nie w najbliższym czasie. Mnie natomiast już dawno spisała na straty, aż tu nagle przyniosłem dobre nowiny. Poczułem się jednak w obowiązku sprostować jedną rzecz.
— Mamo, wesele rzeczywiście będzie, chociaż niewielkie. Ale ślubu kościelnego nie planujemy, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że jest to czysty układ przyjacielski.
— JAK TO? — zagrzmiał nagle ojciec, do tej pory milczący. Z wrażenia aż wstał. — Synu, bój się Boga! Najpierw oznajmiasz nam ni stąd ni zowąd, że się żenisz, a teraz okazuje się, że żenisz się jak bezbożnik? A gdzie jakaś wiara, tradycja? Chcesz się żenić — żeń się, dorosły jesteś! Marika przecież śliczna dziewczyna… — mama zgromiła tatę wzrokiem. — To znaczy wiadomo, pod warunkiem że włosy pomaluje na jeden kolor jak normalny człowiek, ale w końcu ładna, zgrabna… — mama spojrzała z niedowierzaniem na tatę, który jakby skulił się pod jej spojrzeniem i wytracił impet. — Nie tak cię wychowaliśmy z mamą! Nie tak! — zakończył w końcu tyradę, chociaż daleko już mu było do grzmienia. Usiadł i odsapnął.
— Uspokoiłeś się już? — zapytałem spokojnie, odginając się na krześle, zakładając nogę na nogę i splatając ręce tuż nad karkiem. Zmęczyła mnie już ta rozmowa. — Z całym szacunkiem, tato, ale to moje życie i moje wybory. O ile dobrze się orientuję, póki nie robię nimi nikomu krzywdy, masz ograniczone, a właściwie to żadne prawo nimi sterować. Może kiedyś dojdziemy do tego, żeby ten kościelny ślub wziąć. Na razie szykuj się na cywilny. Garnitur masz?
— Kupię — burknął tata. — W końcu ślub syna, prawdopodobnie jedyny.
— Jedyny — potwierdził Patryk, wzdychając.
— No dobrze, skoro tak… — wtrąciła mama. — To w takim razie w czym mogę ci pomóc?
— Po prostu bądźcie przy mnie i szanujcie moje wybory, dobrze? — zapytałem, nieco przybity przebiegiem tej rozmowy.
— Dobrze — powiedzieli jednocześnie mama i Patryk.
Tata tylko kiwnął głową.
Westchnąłem. Tak było zawsze. Wiedziałem, że rodzice nie chcą dla mnie źle i finalnie będą musieli zaakceptować moje decyzje. Zanim to jednak nastąpi, padnie z ich strony kilka przykrych, nieprzemyślanych i niepotrzebnych słów, które zepsują nastrój nie tylko mnie, ale także im. Nawet Patryk oberwał rykoszetem.
— Swoją drogą — mamo, jak śmiesz krytykować kolor włosów Mariki? To ja farbuję jej włosy od kilku lat — wtrącił Patryk, udając oburzenie. On zdecydowanie szybciej umiał otrząsnąć się z przykrego efektu tych niefortunnych rozmów.
— Ojej, przepraszam synku — powiedziała zmieszana mama. — Po prostu wiesz, to wasze pokolenie funkcjonuje zupełnie inaczej niż nasze, nie mogę się przyzwyczaić…
— Najwyższa pora, mamo. Poza tym wypraszam sobie, moje pokolenie, a pokolenie Mariki i Czarka to dwa różne światy. Odnośnie mojego pokolenia, Wojtek już wie? — zainteresował się Patryk.
— Wie — powiedziałem, zerkając na telefon. Marika dzwoniła dziesięć minut temu, a potem wysłała wiadomość. — Leć i dzwoń do niego.
— To sayonara! — rzucił tylko Patryk i pomknął z telefonem do innego pokoju.
— Sayonara — mruknąłem pod nosem.
Pożegnałem się z rodzicami i również wyszedłem z salonu.Marika
— No i jak? — rzuciłam do telefonu, kiedy Czarek w końcu oddzwonił.
— Standardowo. Powiedziałem co miałem powiedzieć, ale zanim ktokolwiek przemyślał odpowiedź zwrotną, to zdążyli już zepsuć mi humor. Teraz czeka nas więc parę cichych dni, a potem zaczną się zachowywać jak gdyby nic się nie stało. A spodziewałaś się czegoś innego? — odpowiedział.
— Właściwie nie. Bardzo zły masz ten humor?
— Gdyby to wydarzyło się dziesięć lat temu, to miałbym gorszy. A dzisiaj, hhm… na skali od „zjadłbym coś niezdrowego i popił piwem” do „mam ochotę upić się na smutno” to zdecydowanie to pierwsze.
— A, to spoko, spodziewałam się czegoś gorszego. W takim razie przyjedź po mnie i pojedziemy do mojego mieszkania, myślę, że coś da się z tym zrobić.
— Ok, zbieram się.
— A gdzie jesteś? — w tle słyszałam jakieś trzaski, a Czarek mówił do telefonu jakby z daleka.
— Wiążę buty i za pięć minut jestem w Tarczynie — odpowiedział. — Jesteś na głośniku.
Rozłączyłam się i wróciłam do pokoju, w którym siedziała moja rodzina wraz z Olką. Kiedy weszłam, rodzice dyskutowali o czymś zawzięcie z Wojtkiem i Amelią, a Olka siedziała z telefonem w ręku i rozmawiała z Marcelą.
— Planujemy właśnie twój wieczór panieński — oznajmiła zadowolona Ola, która przestała już się ceregielić i położyła sobie na kolanach miskę z chipsami. Wetknęła sobie do ust całą garść i zaczęła chrupać.
— Chryste, dziewczyny, co za tempo. Dobra, niech wam będzie. Ale żadnych striptizerów, żadnych głupich zabaw w przekonywanie facetów, żeby przyszyli mi guzik czy postawili drinka, mało alkoholu. Zrozumiano?
— Jasne, już zapisuję — Marcelina chwyciła za notes i zaczęła coś pisać. — Zamówić panów w skórzanych stringach, baniak ginu z tonikiem, zrobić listę sprośnych zabaw na panieński… Coś jeszcze, Mari?
Pokazałam im obu język, a dziewczyny zaczęły się śmiać.
— Halo wszyscy, zgaduję, że sobie poradzicie? Ja lecę, zaraz przyjedzie po mnie Czarek. Musimy was trochę poobgadywać. A właściwie to bardziej jego rodziców, ale was jednak też.
— A możemy się z nim przywitać? — zapytała Olka, szczerząc zęby.
— O, to świetny pomysł! — dodała Marcela.
— Pod żadnym pozorem! — krzyknęłam. — Na razie, dzięki za wszystko. Zawsze mogę na was liczyć. Widzimy się niedługo.
Kiedy wyszłam, stary Passat Cezarego stał już na podjeździe domu moich rodziców.
— Cześć — powiedziałam, pakując się niezgrabnie do środka. — Opowiadaj.
Czarek przyciszył Damiano Davida z grupy Måneskin, który śpiewał swoje najnowsze „Baby said” i spojrzał na mnie. Już po doborze muzyki domyśliłam się, że jest zirytowany.
— Co mam ci mówić? Teoretycznie nic się nie stało. Mama coś tam pokręciła nosem, a finalnie ucieszyła się, że będzie mogła pobawić się na weselu syna. I pochwalić sąsiadom i rodzinie, bo przecież o to w tym wszystkim chodzi. O szopkę. Tata pokrzyczał coś na temat ślubu kościelnego, ale chyba bardziej dla zasady. Mi w końcu przejdzie, im też przejdzie. Wiesz co mnie irytuje? Że nie mogę od razu poczuć się zrozumiany, albo przynajmniej zaakceptowany. Najpierw muszę poczuć, że po raz kolejny ich zawiodłem. — powiedział z wyraźnym żalem w głosie.
Dłuższą chwilę milczałam. Było mi przykro, że wciąż go to spotyka i że przez takie sytuacje jak ta wciąż zmaga się z poczuciem, że nie spełnia czyichś oczekiwań. Byłam zdumiona — rodzice Czarka to byli naprawdę sympatyczni ludzie. Nie wiedziałabym nawet o tym, jak wyglądają ich wewnętrzne relacje rodzinne, gdyby nie moja przyjaźń z Czarkiem. Z jakiegoś powodu najwyraźniej bardzo zależało im na pozorach i opinii innych ludzi, co dawali odczuć zwłaszcza swoim synom.
Samo to było dla mnie niepojęte — Cezary od lat prowadził własny warsztat stolarski, w którym cała okolica zamawiała drewniane meble na wymiar. Był też przystojny, uprzejmy i solidny jak skała. Usamodzielnił się, mając niewiele ponad dwadzieścia lat i jedyne, co wciąż trzymało go przy rodzicach, to warsztat umiejscowiony na ich działce — spuścizna po dziadku. Oraz odpowiedzialność, którą czuł za wszystkich swoich bliskich. Oczywiście od dawna mógł sobie pozwolić na postawienie własnej stolarni, jednak wiedziałam, że darzy swoje miejsce pracy ogromnym sentymentem. Brat Czarka był za to właścicielem salonu fryzjerskiego, a jego talent do koloryzacji i pogodne usposobienie sprawiały, że bardzo chętnie odwiedzały go mieszkanki Tarczyna i okolic. Młodsze klientki podkochiwały się w nim, nie zdając sobie sprawy, że nie mają u niego szans. Zresztą, w obu braciach Dąbrowskich spokojnie można się było zakochać, o czym lata temu przekonałam się na własnej skórze.
— Co mogę dla ciebie zrobić? — zapytałam w końcu, kiedy już oderwałam się od swoich myśli.
— Nic. Zjeść ze mną pizzę i wypić piwo — poinformował mnie Czarek, zjeżdżając na dwupasmówkę.
Spojrzałam na niego z uśmiechem. Choć moje damsko-męskie uczucia do niego ostygły dawno temu, to jednak uwielbiałam jego spokój i poczucie humoru. Doceniałam, że przez wszystkie lata przyjaźni nauczył się rozmawiać ze mną szczerze i mówić wprost o swoich uczuciach i oczekiwaniach. Musiałam też przyznać, że mimo upływu lat nadal miał w sobie to coś — ten chłopięcy wdzięk, który przyciągał uwagę kobiet. Może chodziło o jego zielone oczy, może o blond włosy, które sprawiały wrażenie roztrzepanych i opadały mu miękko na czoło, a może o dołeczek w policzku — tego nie wiem. Cieszyłam się, że moim mężem będzie nie tylko mój najlepszy przyjaciel, ale też po prostu przystojny facet.
Do ulubionej pizzerii pod moim warszawskim mieszkaniem dojechaliśmy w ciszy, słuchając najnowszego krążka Måneskinu. Typowa muzyka w samochodzie mojego przyjaciela, wielbiciela cięższych brzmień. Widziałam, że Cezary uspokaja się i odpręża. Po odebraniu dużej quattro formaggi udaliśmy się do mojego dwupokojowego mieszkania, w którym od kilku lat spędzaliśmy wspólnie niemal każdy weekend. Był sobotni wieczór i wiedziałam, że Czarek wróci do siebie dopiero w niedzielę popołudniu. Nie zdążyłam jeszcze zdjąć butów, kiedy o nasze nogi zaczął się ocierać mój kot Saturn. Po kilku godzinach nieobecności byłam mu winna trochę przytulasów, drapania za uszkiem i, rzecz jasna, kilka kocich kabanosków. Jednak jak zawsze, kiedy byłam w domu z Czarkiem, puchaty futrzak ostentacyjnie wybrał właśnie jego.
— Wygląda na to, że nie mam wyjścia — oznajmił Cezary, pieszczotliwie drapiąc Saturna za uchem. — No już, twój ulubiony człowiek się tobą zajmie, a zapasowy przygotuje w tym czasie talerze, sztućce i sosy do pizzy, ok? — zamruczał do kota.
Przewróciłam oczami, mimo woli jednak rozbawiona. Kiedy po paru minutach Saturn zarządził koniec czułości i udał się na parapet, usiedliśmy do kolacji.
— Chciałabym tylko, żebyś wiedział — powiedziałam, odgryzając kęs pizzy i odsuwając ją od siebie. Ser z końcówki kawałka rozciągnął się na kilkadziesiąt centymetrów. — Że niezależnie od tego, jak się teraz czujesz, jesteś super gościem. Co więcej, twoi rodzice też o tym wiedzą i w gruncie rzeczy są z ciebie dumni. Z Patryka też. Mają naturę malkontentów i nie przewidują, jak ich słowa na was wpływają, ale chcą dla was dobrze — dodałam, kiedy już uporałam się z serem. Pizza jak zwykle była przepyszna.
— Wiem o tym. Dzięki. Chodzi o to, że kiedy jestem tutaj z tobą, w swoim warsztacie albo gdziekolwiek indziej, czuję się dorosłym mężczyzną znającym swoją wartość. Oni natomiast mają magiczną moc sprawienia, że czuję się jak pryszczaty nastolatek, któremu znowu nie udało się zaimponować dziewczynie — powiedział Czarek, odkrawając zgrabny kawałek pizzy nożem i przytrzymując go widelcem. — Ale nieważne, przywykłem i z każdym kolejnym razem obchodzi mnie to mniej. Serio. Zastanawia mnie co innego. Czy jako stateczna mężatka zaczniesz w końcu jeść pizzę jak człowiek, czy nadal będę zmuszony podziwiać twoje wyczyny z rozciąganiem sera na pół metra?
— Ja jem jak człowiek, to ty z jakiegoś powodu dalej uskuteczniasz te wygłupy z widelcami i nożami — powiedziałam, ostentacyjnie oblizując palec z sosu i sięgając po kolejny kawałek. Trochę sosu spadło mi na bluzkę. — Nie dość, że zapychasz mi zmywarkę dodatkowymi naczyniami, to jeszcze we własnym domu czuję się jak neandertalczyk.
— Mhm, bo w ogóle nim nie jesteś — powiedział wymownie Cezary, patrząc na plamę z sosu na mojej bluzce. — Z jakiegoś powodu zawsze nalegam, żebyśmy zabrali pizzę na wynos, nie zauważyłaś?
— To akurat dlatego, że jesteś domatorem. No i nie lubisz, kiedy kobiety się na ciebie gapią, bo jesteś z natury nieśmiały. Nie nabierzesz mnie.
— A niech się gapią. Jestem zaręczony — powiedział Czarek, wskazując na moją rękę. — Co prawda o pierścionku zapomniałem, o oświadczynach też, ale żonę będę miał.
Parsknęłam śmiechem.
— Opowiedziałeś w ogóle rodzince, jak to się stało, że postanowiliśmy się pobrać?
— Nie. Nikt nie spytał — wzruszył ramionami i sięgnął po piwo.
Byłam ciekawa, czy ktokolwiek w historii przyjaźni damsko-męskich podjął taką decyzję jak my. Znam wiele osób, które jako dwudziestoparolatkowie zawarły pakt ze swoim najlepszym przyjacielem czy przyjaciółką, że jeśli nadal będą singlami za kilka czy kilkanaście lat, to wezmą ze sobą ślub. Zawsze jednak kończyło się to tak samo — albo ich drogi rozchodziły się w naturalny sposób o wiele wcześniej i nie było już mowy nawet o przyjaźni, a co dopiero małżeństwie, albo poznawali swoje drugie połówki i po latach śmiali się z tych paktów. Wszyscy wiedzieli, że takie układy to ściema — ot, luźny żarcik do opowiadania w towarzystwie, anegdotka. Nikt nie brał tego na poważnie.
Ja też nie, aż do pewnego sobotniego wieczoru miesiąc temu.
Był początek maja. Właśnie kończył się długi weekend majowy, podczas którego wyjechaliśmy z Cezarym do agroturystyki w okolicach Kielc. Od kilku lat niemal wszystkie wyjazdy planowaliśmy wspólnie — nasi znajomi przeważnie mieli już dzieci i rodziny, a my nie chcieliśmy siedzieć w domach tylko dlatego, że jesteśmy singlami. Oczywiście również dlatego, że lubiliśmy spędzać ze sobą czas. Przez kilka dni na zmianę chodziliśmy po górach świętokrzyskich i leniuchowaliśmy. Przyjechaliśmy do domu w przedostatni wolny dzień i Czarek postanowił przenocować jeszcze u mnie, zanim kolejnego dnia wróci do swojego mieszkania w Tarczynie.
Zaczęło się niewinnie. Wypakowywałam właśnie swoje ubrania z walizki i wrzucałam je do pralki, kiedy Czarek rzucił jednym ze swoich typowych żartów.
— Mogłabyś wyprać też moje. Do jutra zdążą wyschnąć, zanim wrócę do siebie.
— Zapomnij. Śpisz w moim salonie, korzystasz z mojej toalety, ale prać twoich skarpet to na pewno nie będę. Mogłabym zrobić wyjątek tylko dla mojego przyszłego męża– mruknęłam, ustawiając program w pralce.
— A zatem już całkiem niedługo będę mógł się cieszyć tym przywilejem. Pamiętasz, dlaczego?
— Oświeć mnie, bo chyba coś mi umknęło.
— Dziesiątego czerwca są moje trzydzieste piąte urodziny, a dwudziestego ósmego czerwca twoje. Mówi ci to coś?
— Mówisz o naszym absurdalnym pakcie? — spojrzałam na niego z rezerwą, zdumiona, że tak luźno wspomniał o tej umowie. — W takim razie powinieneś tu już stać z pierścionkiem zaręczynowym, a nie z workiem brudnym ubrań. Trochę kultury, Czarek.
— Na razie musisz przyjąć worek brudnych ubrań. Albo dać mi dostęp do pralki, jak wolisz — rzucił nonszalancko, ale zauważyłam, że on również sprawiał wrażenie zaskoczonego własną bezpośredniością.
— Ja nic nie muszę. Ale niech ci będzie, wrzucisz sobie ubrania, kiedy moje pranie się skończy.
Kiedy tamtego dnia jedliśmy kolację, oglądając jakiś film w telewizji, wisiało między nami jakieś niedopowiedzenie, co rzadko nam się zdarzało. Oboje doskonale wiedzieliśmy, czym było ono spowodowane. Od piętnastu lat żadne z nas nie wracało nigdy do tematu naszego dawnego, młodzieńczego związku ani do tematu paktu, który zawarliśmy wtedy tuż po rozstaniu. Raz po raz zerkałam na Czarka, próbując wyczuć, czy również myśli o tym, co powiedział do mnie godzinę wcześniej, stojąc w progu łazienki. Nie mogłam jednak nic wyczytać z jego twarzy.
W końcu Cezary wyłączył telewizor.
— Mari, albo mam coś na twarzy, albo chcesz mnie zamordować i planujesz właśnie, jak to zrobić. Co się dzieje?
— Czarek, dlaczego wróciłeś do tematu naszego paktu o małżeństwie? — wypaliłam, zanim zdążyłam się rozmyślić.
Dłuższą chwilę milczał.
— Nie wiem. Jakoś tak mi się powiedziało. Ale… — zaczął z wahaniem, ale zamilkł. — Nieważne. Chcesz herbatę? — spytał, wstając trochę zbyt szybko i nie patrząc na mnie.
— Ale co? — powiedziałam, drepcząc za nim w stronę kuchni.
— Nieważne, to głupie.
— Przecież ci teraz nie odpuszczę. Gadaj.
— Nie wiem, chyba mi odbiło. Ale nie uważasz, że ten pakt akurat w naszym przypadku mógłby mieć sens? — powiedział w końcu z pewnym wysiłkiem, opierając się plecami o blat kuchenny i patrząc na mnie przenikliwie.
Przystanęłam, zupełnie zbita z tropu.
— Zwariowałeś? Mam wzywać pomoc? Egzorcystę?
— Nie, Mari, słuchaj. Przysięgam, nie myślałem o tym wcześniej, ale… przecież od lat jesteśmy sami. Spędzamy razem praktycznie każdy urlop, a na dodatek prawie każdy weekend. Jesteśmy jak stare dobre małżeństwo, tylko że nie uprawiamy seksu i pozwalamy sobie wzajemnie chodzić na randki z innymi. Na dodatek każde z nas chciałoby w końcu kupić większe mieszkanie, ale w pojedynkę to wcale nie jest łatwe przedsięwzięcie. Znamy się jak łyse konie, od lat wkurza nas w sobie to samo, ale to wytrzymujemy i właściwie całkiem dobrze nam idzie. Powiedz mi szczerze, czekasz jeszcze na księcia na białym koniu?
— Nie czekam. Ale… — zająknęłam się, bo poraziła mnie jego argumentacja. Wbrew wszelkiej logice, to miało sens. — Czarek, przecież… — podjęłam próbę po raz kolejny, ale zamilkłam. Spojrzałam na niego zdumiona.
— No właśnie. Może więc byłabyś gotowa zamiast księcia na białym koniu, zadowolić się stolarzem w srebrnym Passacie?
— Tak po prostu?
— No chyba tak. A chciałabyś jakoś nie po prostu? Sam się dziwię, że to mówię, ale… brzmi to dobrze. Co o tym myślisz?
— Zaskoczyłeś mnie. Możemy to przemyśleć i wrócić do tematu za tydzień?
— Sam siebie też zaskoczyłem… Możemy. Dobra, chodź. Na razie nie było tematu.
Kiedy wróciliśmy z herbatą na kanapę i włączyliśmy film, nadal było między nami dziwne napięcie, którego nie czułam od lat. Do kolejnego dnia nie rozmawialiśmy zbyt wiele, a kiedy Czarek pojechał do domu, padłam na łóżko i zaczęłam wyliczać w myślach plusy i minusy jego szalonego pomysłu.
Tak, spędzaliśmy razem dużo czasu. Przez ostatnie kilka lat wręcz absurdalnie dużo, jak na parę przyjaciół, których nie łączy nic więcej. Wzbudzało to niezdrowe zainteresowanie rodziny i znajomych oraz masę pytań, jednak zawsze mogłam szczerze odpowiedzieć, że nie ma między nami żadnej chemii i podtekstów. Naprawdę tylko się przyjaźniliśmy.
Tak, oboje chcieliśmy zmienić nasze niewielkie mieszkanka na większe.
Tak, wspólnie byłoby o wiele łatwiej to zrobić. To znaczy sprzedać jedno z naszych mieszkań i wziąć kredyt na większe, a drugie wynająć. Na wszelki wypadek.
Czy ja właśnie planowałam ślub z przyjacielem?
Starałam się nie nakręcać i pomyśleć o minusach. Czy będziemy w stanie wytrzymywać ze sobą więcej niż tylko weekendy i okazjonalne wyjazdy? _Oczywiście, że będziemy. Przecież to wielokrotnie testowałaś_ — podpowiadał natrętny głosik w mojej głowie. Co z seksem? Żadne z nas nie było przez ostatnich kilka lat w związku, ale zdarzały nam się sporadycznie jakieś przygody łóżkowe. Uczciwie rzecz biorąc, coraz rzadziej, a ostatnio praktycznie wcale, ale nadal mam dopiero trzydzieści pięć lat, nie chciałabym utkwić w białym małżeństwie w tak młodym wieku. Może związek otwarty? A może… poczułam, że pieką mnie policzki, kiedy przed moimi oczami stanęły mi obrazy, które przez ostatnie piętnaście lat trzymałam zamknięte na kluczyk w najciemniejszym zakamarku swojego umysłu.
Ciepła dłoń Czarka na moich plecach i zachłanne pocałunki na wąskim łóżku w moim dawnym pokoju. Film „Wszystko za życie”, który próbowaliśmy kilkakrotnie obejrzeć, ale nie mogliśmy się powstrzymać przed pieszczotami i zdejmowaniem z siebie ubrań. Do dziś nie obejrzałam tego filmu, bo na samą myśl o nim mam wypieki na twarzy. Dotyk miękkich, przydługich włosów Czarka, kiedy całował moją szyję, twarda wypukłość w jego dżinsach pomiędzy moimi udami, kiedy kładł się na mnie, ciężko oddychając. Nasze niedoświadczone, ale gorące i spragnione bliskości ciała, niesione pierwszą „dorosłą” miłością.
_Stop, przestań_ — pomyślałam i szybko wyszłam na balkon, żeby ochłonąć. Odchyliłam głowę i wplotłam palce we włosy nad czołem. Naprawdę oszalałam. Nigdy nie zaprzeczałam, że Cezary jest i był bardzo atrakcyjnym mężczyzną, ale pamiętałam też wyraźnie, z jakiego powodu nasz krótki związek nie przerodził się w nic większego. Ja pragnęłam zmian, szaleństw młodości, nowych doświadczeń i świeżych wrażeń. On — stałości i poczucia bezpieczeństwa. I choć od zawsze ceniłam lojalność Czarka, jego poczucie humoru i troskliwość, to jednak czas i splot wydarzeń pokazał, że nie ma dla nas wspólnej drogi — takiej, która nie zmuszałaby żadnego z nas do rezygnacji ze swoich marzeń. I tego należało się trzymać. Teraz sytuacja jest już inna, a my o wiele starsi, ale… nie wyobrażałam sobie, żeby ciepłe, platoniczne uczucie, które łączyło mnie z przyjacielem, mogło kiedykolwiek jeszcze zapłonąć ogniem. Zbyt wiele się już wydarzyło.
Przez kilka kolejnych dni w mojej głowie cały czas mimowolnie powstawała lista plusów i minusów małżeństwa z moim przyjacielem. Nie mogłam przestać o tym myśleć. Wiedziałam, że to szaleństwo, ale… poza kilkoma kwestiami, które musielibyśmy ustalić już teraz, cała ta idea coraz bardziej mi się podobała. Przecież chyba o to chodzi w małżeństwie, żeby się lubić, wspierać i spędzać ze sobą czas? To, że nie było nami typowego damsko-męskiego uczucia i pożądania, przestało wydawać mi się aż tak ważne. Ludzie latami tkwią w związkach, w których nawet się nie lubią, więc i tak byliśmy o kilka ważnych kroków dalej. Na plus były też wszelkie kwestie praktyczne, takie jak wspólny kredyt czy załatwianie różnych spraw w instytucjach publicznych.
Postanowiłam chwilowo ograniczyć kontakt z Czarkiem do minimum, żeby dać sobie przestrzeń na rozważania. Jednak kiedy i on milczał, zaczęłam zastanawiać się, czy przypadkiem nie żałuje swojej lekkomyślnej propozycji. Może rozważa właśnie, co strzeliło mu do głowy, że zasugerował coś tak głupiego i nie wie, jak z tego wybrnąć? A jeśli tak właśnie jest, to czy w takiej sytuacji możliwy jest jeszcze powrót do przyjaźni? Spanikowałam, chociaż rzadko mi się to zdarza. Dotarło do mnie, że traktowałam obecność Czarka w moim życiu jako coś pewnego i stałego, a przecież wcale nie musiało tak być. Uświadomiłam sobie, jak bardzo zależy mi na jego przyjaźni i że wizja życia bez niego jest dla mnie wstrząsająca.
Ostatecznie spędziłam długie godziny, nie mogąc opędzić się od czarnych scenariuszy. Wyobrażałam sobie, że Czarek przyjeżdża do mnie, ale jest wyraźnie skrępowany i przez cały weekend brakuje nam odwagi, żeby wrócić do tematu małżeństwa. Potem widujemy się coraz rzadziej, bo żadne z nas nie jest w stanie znieść tej niezręczności, która się między nami pojawiła. Aż w końcu całkowicie urywamy kontakt. Lata później wspominam swojego przyjaciela, chociaż od dawna już nie wiem gdzie jest i co robi, pijąc samotnie wino i zastanawiając się, który serial wypełni kolejny z wielu samotnych wieczorów. A jeśli nawet nie urwiemy kontaktu i nie wydarzy się nic wielkiego, ale Czarek znajdzie sobie kogoś, kogo pokocha i nie będzie miał już dla mnie czasu? A co jeśli nasz nietypowy, weekendowy układ ma swój termin ważności i on właśnie dobiega końca? Nigdy o tym nie myślałam. W mojej głowie pojawiła się myśl, że takie obsesyjne myśli i panika są zupełnie do mnie niepodobne, ale nie mogłam nad tym zapanować.
Kiedy więc w piątek Czarek jak gdyby nigdy nic napisał do mnie wiadomość, a wieczorem stanął w moich drzwiach, wielki kamień spadł z mojego serca. Niewiele myśląc przytuliłam się do niego z całej siły, łamiąc w ten sposób jedną z niepisanych zasad naszej przyjaźni — unikanie kontaktu fizycznego. Zignorowałam fakt, że mój przyjaciel był mokry od stóp do głów.
— Hej, zaczniesz w końcu zamykać drzwi na klucz? I co to za czułości? Wystarczy zaproponować ci ślub, a już wpadasz mi w ramiona na przywitanie? — zapytał Czarek rozbawiony. — Daj mi chociaż zdjąć kurtkę, przez tą ulewę przemokłem w drodze z samochodu do klatki schodowej. Jak na złość, zaciął się bagażnik i nie mogłem wyjąć torby — powiedział, ale odwzajemnił uścisk i trwaliśmy tak dłuższą chwilę.
— Przysięgam, w końcu kupię ci parasolkę, żebyś trzymał ją na wszelki wypadek w samochodzie — wymruczałam, czując pod policzkiem mokry materiał jego bluzy. — Nie wiem, co się ze mną dzieje — odsunęłam się od niego i zobaczyłam, że na bluzce mam wielkie mokre plamy. Chwilowo nie dbałam ani o te plamy, ani o to, co pomyśli Czarek. Ulga, że go widzę i że nie jest w wisielczym nastroju, była zbyt duża. — Chyba za dużo myślałam w tym tygodniu i przegrzały mi się zwoje mózgowe. Sorry.
— A nad czym tak myślałaś?
— Wiesz, nad czym.
— Wiem. To dobrze, bo ja też. Mari, ten temat ma potencjał do pozostania nieporuszonym przez kolejne dni i kolejne weekendy, a to by nie wyszło nam na dobre. Dlatego lepiej będzie to przegadać, zanim się rozmyślimy i zrobi się niezręcznie. Daj mi chwilę, przebiorę się tylko i porozmawiamy, ok?
— Ok, zamówię coś do jedzenia.
Przez moje czarne myśli nie pomyślałam ani o planach na ten weekend, ani o zakupach, ani o niczym innym. Usiadłam na kanapie i zamówiłam w aplikacji dwie porcje naszego ulubionego indyjskiego butter chicken z chlebkami naan, a potem przykryłam się kocem. Poczułam spokój, ale też ogromne zmęczenie — moje rozważania i dramatyczne scenariusze pochłonęły wszystkie moje siły. Dotarło do mnie, że przecież Czarek nie zerwałby ze mną kontaktu. Nie zrobiłby mi czegoś takiego po tych wszystkich latach. Co ja w ogóle sobie myślałam? Kiedy przyjaciel wyłonił się z łazienki w suchych dresowych spodniach i czarnym t-shircie, a jego wilgotne włosy opadały na czoło, spojrzałam na niego z jakimś nowym, nieznanym uczuciem, które nagle pojawiło się w moim sercu. Pomyślałam, że ta nagła czułość to po prostu fala ulgi, że nie stracę osoby, która jest mi obecnie najbliższa na świecie. Taka była prawda.
— Marika, żeby nie przedłużać — myśl co chcesz, ale ja nadal uważam, że wzbiłem się z tą propozycją na wyżyny geniuszu. Jeśli chcesz czekać na kogoś, kogo naprawdę pokochasz — uszanuję i zapytam ponownie za rok, za dwa albo trzy lata. Ale jeśli też uważasz, że warto się pobrać, zamieszkać razem i po prostu żyć na co dzień tak fajnie, jak zwykle żyjemy tylko w weekendy, to możemy wziąć ślub jeszcze dzisiaj.
Moje serce zrobiło fikołka z radości. Uświadomiłam sobie, że ono podjęło decyzję już tydzień temu i umysł niewiele miał do gadania. Zamierzałam się zgodzić.
— Dzisiaj to nie, nie zdążyłam odebrać sukni ślubnej od krawcowej — w odpowiedzi Czarek uniósł brwi. — Żartuję. Wchodzę w to, ale musimy ustalić kilka rzeczy. Na przykład co się wydarzy, kiedy któreś z nas się zakocha?
— Jakoś to rozwiążemy. Jeśli będzie trzeba, damy sobie wolność. No hard feelings. Ale przeglądając w myślach historię naszych randek i związków, wątpię, żeby to się wydarzyło. Chciałbym powiedzieć, że po tych wszystkich miłosnych porażkach mamy wygórowane wymagania, ale myślę, że z większym prawdopodobieństwem staliśmy się zbyt wygodni i nie chce nam się przechodzić przez te wszystkie fazy docierania się z kimś nowym. Nie wspominając o tym, że w naszym wieku motyle w brzuchu i strzały z dopaminy są już chyba niebezpieczne dla zdrowia.
— Też tak myślę, staruszku. Od stu lat nie byłam zakochana i raczej już nie będę — powiedziałam, ignorując przebłysk radości, że i Czarek nie przewiduje obdarzania kogoś szaloną miłością.
— Pieniądze? — spytałam.
— Wspólne konto na wspólne wydatki, a do tego każdy ma osobne.
— Zgoda. Święta?
— Będziemy planować na bieżąco i jeździć razem. Daleko nie mamy.
— Mieszkanie?
— Twoja decyzja.
— A zatem sprzedamy moje, wynajmiemy twoje i kupimy jedno większe w Tarczynie. Albo Grójcu. Z małym ogrodem. Takie, o jakim zawsze rozmawialiśmy, że byłoby fajnie mieć.
— Też tak pomyślałem, ale nie chciałem decydować o sprzedaży twojego mieszkania. Twoje mieszkanie plus moje oszczędności powinny dać nam możliwość zakupu czegoś fajnego.
— Zwłaszcza, że zmniejszą się wydatki na paliwo — wyszczerzyłam zęby. To planowanie miało w sobie coś fajnego. Czułam, że się rozluźniam i zaczynam układać w głowie nowe plany na przyszłość.
— No to zostało nam jeszcze jedno ważne pytanie — zaczął Czarek i po jego minie domyśliłam się, o co chce zapytać. Wyglądał na nieco zmieszanego i pocierał dłońmi o uda, jakby nie wiedział, co zrobić z rękami. — Seks?
— I tu dochodzimy do najważniejszego dylematu. Chociaż słowo „dochodzimy” jest tu niefortunne — dodałam, patrząc na niego wymownie i unosząc brwi. Mimo woli parsknął śmiechem, więc uznałam próbę rozładowania atmosfery za udaną. — Proponuję, żebyśmy w tym względzie nic nie ustalali i nie robili nic na siłę. Przez ostatnie lata zdarzało się, że sporadycznie z kimś sypialiśmy, więc i teraz tak może pozostać. Wiesz, o czym mówię. Związek otwarty, jak zwał tak zwał. Jesteśmy dorośli. A że tylko się przyjaźnimy, to nie będę o ciebie zazdrosna i vice versa. Byle nie w naszym wspólnym mieszkaniu — mrugnęłam do niego i, jak na ironię, poczułam dziwne ukłucie zazdrości. Co się ze mną działo?
— Ok, mi to pasuje — powiedział Czarek, chociaż przez jego twarz przemknął jakiś ledwo zauważalny cień. Widziałam, że jeszcze o czymś myśli. — A dzieci?
— Nie ma mowy — odpowiedziałam szybko. Chyba trochę za szybko, bo Czarek spojrzał na mnie podejrzliwie. — Jak chcesz mieć dzieci, skoro nie zamierzamy ze sobą sypiać? Miałeś na myśli adopcję? — dodałam łagodniej.
— Zapytałem, bo wiem, że kiedyś o nich marzyłaś. Nie myślałem o niczym konkretnym. Coś się zmieniło w tym względzie?
— Tak. Po prostu już nie chcę mieć dzieci. Dobry czas na macierzyństwo przeminął, już tego nie czuję. A Ty?
— Ja też chciałem być ojcem, ale prawdę mówiąc jakiś czas temu pogodziłem się z tym, że już nim nie będę. Mniej więcej wtedy, kiedy przestałem wierzyć, że kogoś odpowiedniego spotkam — powiedział Czarek, patrząc na mnie uważnie, jakby zauważając subtelną zmianę w moim zachowaniu.
— Ok, no to kwestię dzieci mamy z głowy.
_Panuj nad sobą_ — skarciłam się w myślach. Kiedy pomyślałam, jak wspaniałym ojcem mógłby być Czarek, serce mi się ścisnęło. Wiedziałam, że dałby swoim dzieciom bezwarunkową akceptację, której jemu brakowało w domu rodzinnym, a do tego całą tonę miłości i specyficznej, czarkowej troskliwości. Zrobiło mi się żal, kiedy zrozumiałam, że pogodzenie się z bezdzietnością to z jego strony kapitulacja. Co innego ja. Ja swoją szansę straciłam.
Poczułam, że nie wytrzymam dłużej rozmowy na ten temat. Zmusiłam się do uśmiechu. Na ratunek przyszedł mi dostawca naszej kolacji, który zadzwonił domofonem. Z ulgą wstałam i podeszłam, żeby mu otworzyć.
Myśli o tym, że jako małżeństwo moglibyśmy rozważyć okazjonalny seks ze sobą nawzajem, schowałam głęboko w zakamarkach umysłu. Tam, gdzie znajdowały się wszystkie wspomnienia z naszego związku. Ale skłamałabym, że o tym nie myślałam. Czarek bardzo mi się podobał. Był idealnie w moim typie — wysoki, dobrze zbudowany, z ujmującym uśmiechem, łagodnym spojrzeniem i dłuższymi, niesfornymi jasnymi włosami. Było też w jego naturalnym zapachu coś, co niegdyś przyciągało mnie jak muchę do miodu. Ale… nie mogłam pozwolić sobie na to, żeby o tym myśleć. Długo nie dawałam sobie przyzwolenia na rozpamiętywanie przeszłości i wierzyłam, że właśnie to było receptą na naszą udaną, wieloletnią, niepodszytą wzajemnym damsko-męskim przyciąganiem przyjaźń. Jeśli nasz małżeński układ ma dobrze działać, musimy znaleźć nowy sposób, żeby zbliżyć się do siebie i czuć swobodnie, ale nie wzbudzać dawnych emocji.
Po tamtej rozmowie i ustaleniu kilku kolejnych drobiazgów przeszliśmy do planowania ślubu, a nasza relacja powoli zaczęła się zmieniać. Na lepsze. Zachowywaliśmy się przy sobie inaczej i pozwalaliśmy sobie na więcej w swoim towarzystwie, ale po początkowym etapie delikatnej niezręczności nasze nowe zwyczaje stawały się coraz bardziej naturalne. Przenosiliśmy naszą platoniczną relację na nowy poziom i znosiliśmy stare bariery. Tak przynajmniej mi się wydawało. Kiedy więc miesiąc później, po złożeniu wizyt naszym rodzinom i poinformowaniu ich o ślubie siedziałam z Czarkiem przy kuchennym stole jedząc pizzę, czułam się lekka i szczęśliwa.