Mój Człowiek - ebook
W centrum wydarzeń znajduje się ciężko ranny pan Mi. Jego ocalenie staje się ostatnią nadzieją dla tych, którzy wierzą, że przyszłość można jeszcze odmienić. Piąty tom serii „Mój Człowiek” to pełna napięcia opowieść o walce o życie, poświęceniu i poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: co naprawdę czyni człowieka człowiekiem — DNA, siła czy zdolność do zachowania współczucia?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dla młodzieży |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-915-4 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Nieprzyjemne uczucie, które ogarnęło pana Mi w trakcie rozmowy, ponownie przywołało ból.
Ciemna i sucha przestrzeń wewnątrz wąskiej ziemnej klatki, stworzonej przez pana Do za pomocą jego głosu, ściskała pana Mi niczym imadło, zamieniając jego więzienie w nagrobek. Nie miało sensu krzyczeć ani stawiać oporu. Pan Do celowo stworzył dla swojego brata klatkę z suchej ziemi w taki sposób, aby nie było w niej nawet odrobiny wilgoci.
Wszechogarniające poczucie beznadziei wypełniało świadomość tak potężnej istoty, jaką był pan Mi. Obmacywał dłońmi ściany klatki, lecz jego moc była bezużyteczna w przestrzeni pozbawionej wody.
Jedna z usłyszanych niegdyś przelotnie symfonii o beznadziejności życia zaczęła rozbrzmiewać w jego głowie, świadcząc o tym, że myśli o końcu zaczęły już przenikać do jego świadomości. Była to piękna, niezwykła melodia, która zachwycała go i była jego ulubionym utworem, zwiastującym koniec każdego świata.
Pamiętał, jak w czasach, gdy przybył, by podbić zadziwiający, pełen życia świat, poznając jego kulturę, natknął się na ten utwór nieznanego autora i zakochał się w tej melodii bez pamięci. Łamiąc ustanowione zasady, słuchał jej całymi dniami, aż z tamtego świata, którego była częścią, nie pozostało nic. Planeta, wypełniona betonem i nowymi mieszkańcami spragnionymi władzy, zamieniła się w pustkowie.
„Jakie to dziwne, że właśnie ta melodia przyszła do mnie w moich ostatnich chwilach” — przemknęło przez myśl pana Mi, który zaczął odczuwać duszność. W mięśniach pojawiło się lekkie zmęczenie, zakręciło mu się w głowie, powieki stały się ciężkie, a ciało błagało o odpoczynek.
Opadł na jedno kolano, godząc się z tym, że powietrze nieubłaganie ucieka z jego dopiero co zaczynających oddychać płuc.
Jego palce, które zdradliwie zsunęły się po ścianie, natrafiły na coś śliskiego, pokrywającego jej powierzchnię drobnymi kroplami. Niczym zaciekawione zwierzę opuścił dłoń niżej i wyczuł większe nagromadzenie cieczy. Poczuł rodzącą się w sobie nadzieję.
Skupiając całą swoją moc, skoncentrował uwagę na odnalezionej cieczy. Wykorzystując swoją wiedzę i doświadczenie, zdołał uformować wydłużone ostrze o czerwonym, jarzącym się blasku. Dopiero gdy światło stworzonej broni rozjaśniło niewielką przestrzeń, w której był uwięziony, wreszcie zrozumiał, co trzyma w dłoniach.
Przygasły blask w oczach potwora, który jeszcze niedawno wgryzał się w jego rękę, oraz resztki odruchów w martwej połowie ciała, oderwanej przez ziemną ścianę, wzbudziły w panu Mi współczucie.
— Śpij spokojnie. Twoja droga dobiegła końca. — Pan Mi zamknął martwemu psu oczy, okazując mu szacunek należny godnemu przeciwnikowi, który walczył z nim do samego końca.
Pan Mi wydobył całą krew z komórek psa, wysuszając jego ciało do postaci suchej powłoki.
W myślach podziękował potworowi za ocalenie i zaczął rozcinać klatkę, w której był uwięziony.
Cios za ciosem czuł, jak słabnie. Starał się nie nabierać zbyt wiele powietrza i przez większość czasu wstrzymywał oddech, lecz od czasu do czasu musiał zaczerpnąć powietrza. Ściana jednak nie ustępowała. Krwawy ślad pozostawiany przez sztylet coraz głębiej wrzynał się w jedną ze ścian, lecz nadal nie przynosiło to żadnego efektu.
Ogromny otwór wyciosany krwawym ostrzem miał już około pięćdziesięciu centymetrów głębokości, co świadczyło o tym, że ściany uformowane mocą pana Do były znacznie grubsze, niż Mi początkowo przypuszczał.
Z każdym kolejnym uderzeniem blask sztyletu stawał się coraz słabszy. Wraz z siłami pana Mi tracił on swoje właściwości — ostrze tępiło się, a ciosy stawały się coraz słabsze.
— Wybaczcie mi, siostry… Chyba już nie wrócę do domu… — wypowiadając te słowa, pan Mi z ostatnich sił wbił sztylet w powstałe wgłębienie, wkładając w ten cios wszystko, co jeszcze posiadał. Broń nie wytrzymała uderzenia i powróciła do swojej pierwotnej postaci, rozpadając się na krople ciemno-czarnej krwi, które zmieszały się z ziemią.
Na jasnej twarzy pana Mi pojawił się krwawo-ziemisty wzór pozostawiony przez rozpryskujące się krople.
Ten rozpaczliwy, ostatni cios otworzył drogę do wybawiającej ziemi, która zaczęła wsypywać się do klatki niczym nadzieja przenikająca do zamkniętej, mrocznej przestrzeni. Coś zimnego i wilgotnego dotknęło twarzy pana Mi, który klęczał już na kolanach, pogrążony w napadzie psychicznego uduszenia.
„Co to jest?” — pomyślał, wycierając twarz drżącą dłonią, lecz już w następnej chwili zrozumiał, że jest to jego bilet do wolności. Ziemia była mokra, a to oznaczało, że będzie mógł wykorzystać zawartą w niej wilgoć i wydostać się na zewnątrz.
Skoncentrował całą swoją moc i zaczął wyciągać wilgoć z ziemi, która przedostała się przez szczelinę, wydając przy tym piskliwe dźwięki niczym ranne zwierzę.
Ziemia, obficie przesiąknięta wodą, oddawała swoją wilgoć i wkrótce zdołał uformować wokół siebie kulistą sferę, jednocześnie osuszając większą część ziemi poprzez wyciąganie wilgoci ze wszystkiego, co w niej żyło. Woda nasycona energią pana Mi rozbłysła jasnym, błękitnym światłem. Teraz, wykorzystując swoją moc, zaczął rozszerzać jej granice i wkrótce kamienne ściany uformowane przez pana Do nie wytrzymały naporu od wewnątrz i pękły niczym skorupka jajka.
Wykorzystując swoją moc, skierował się ku górze, rozumiejąc, że powietrza, którego miał już bardzo niewiele, nie wystarczy, jeśli będzie wznosił się zbyt wolno. Był pogrzebany kilka kilometrów pod ziemią, pod ogromnym ciśnieniem, lecz kształt jego wodnej sfery działał niczym obracające się wiertło, minimalizując opór.
Jedynie dzięki swojej wytrwałości i niezwykłej odporności zdołał się wydostać. Gdy jego sfera przebiła się przez powierzchnię ziemi, wziął głęboki oddech. Mężczyzna poczuł, jak boleśnie jego ciało odbiera powietrze nowego świata, lecz był to przyjemny ból, świadczący o tym, że nadal żyje.
Melodia, natarczywa i dźwięczna, rozbrzmiewająca w jego głowie zaledwie czterema nutami ze świata, który pomógł zniszczyć, wciąż rozbrzmiewała niczym echo, przypominając mu, że znalazł się na granicy swoich sił i możliwości oraz że to właśnie jego brat — ten, którego najbardziej kochał i szanował — posłał go na pewną śmierć.
Ból zdrady wciąż pozostawał częścią jego samego. Nie chciał tego przyznać, lecz wiedział, że było to nieuniknione. Jego rodzina już dawno uległa rozłamowi. W każdym z nich kryły się własne ambicje i pragnienia.
Jednak zanurzeni w trującym roztworze stworzonym przez kastę najwyższych czuli, jak substancja pożerająca ciało i świadomość staje się częścią ich samych. Pogodzili się ze swoim losem, lecz teraz, gdy odzyskali tak długo wyczekiwaną wolność, nie chcieli jej ponownie utracić. Dlatego demony, które przez tak długi czas w nich drzemały, zaczęły się budzić, ukazując ich egoistyczne pragnienia.
Pan Mi, z natury tak pedantyczny i przywiązujący ogromną wagę do szczegółów, zawsze dostrzegał piękno świata. Teraz jednak przed jego oczami pojawiały się twarze ukochanych sióstr. Pamiętał tamte beztroskie dni, kiedy jeszcze nie zdawał sobie sprawy z własnej siły, kiedy nie trzeba było walczyć ani zabijać, by zdobywać kolejne światy. Były to piękne wspomnienia, którymi chciał wypełnić pustkę powstałą po zdradzie własnego brata.
Po jego ciele przebiegł zimny dreszcz, świadczący o tym, że przed chwilą uniknął losu pana Re. Gdyby wiedział, że przybycie do tego świata będzie kosztowało go utratę dwóch braci, nigdy nie zgodziłby się na propozycję pana Steve’a.
Jego jedynym pragnieniem było teraz wrócić do domu, opowiedzieć o zdradzie brata i ocalić przed nim swoje siostry.
„Zabiję cię, przysięgam, bracie” — krzyknął w myślach do pana Do, próbując rozejrzeć się po otaczającym go świecie.Rozdział 122. Utrata kontroli
Wodna sfera wyparowała. Teraz pana Mi otaczało jedynie jego ochronne pole energetyczne, lecz jego działanie nie wystarczało, by zagoić rany zadane mu przez brata podczas walki. Po raz pierwszy od bardzo dawna był tak ciężko ranny. Nie pamiętał już nawet, jak powinno czuć się ciało tak bardzo wyczerpane walką.
Przepełniały go uczucia rozczarowania, bólu i agresji. Już wcześniej odczuwał coś podobnego, lecz teraz emocje te nasiliły się i stały się jego osobistym cierpieniem. Chciał odnaleźć brata i go zabić, mimo że kochał go do szaleństwa. Dla niego, człowieka zmodyfikowanego genetycznie, tak głęboka więź i przywiązanie były słabością, czego był w pełni świadomy. Nawet jego pedantyczność i logika nie były w stanie mu w tym pomóc.
Lina, obserwując, jak pan Mi odzyskiwał siły, odczuwała strach na tak głębokim, podświadomym poziomie, że nie była w stanie nawet się poruszyć. Dla niej był potworem, jeszcze straszniejszym niż ona sama. Dziewczyna bała się choćby wyobrazić sobie możliwości tego prototypu, widząc jedynie kątem oka, jak walczył ze swoim bratem.
— To potwór… potwór… Muszę uciekać. Dlaczego moje cholerne nogi mnie nie słuchają? Ruszajcie się, ruszajcie! — krzyczała do samej siebie, próbując zmusić nogi, grzęznące w błocie, do ruchu. Jednak bez względu na to, jak bardzo starała się odpełznąć lub gdziekolwiek się ukryć, jej ciało, niczym posąg wykuty z marmuru, zostało sparaliżowane przez strach. Lina czuła przytłaczającą presję mocy istoty, której nawet nie znała.
Mike, pochłonięty bólem wynikającym z tego, co zaczął odczuwać za sprawą swojej mentalnej więzi z ojcem, nie był w stanie się poruszyć. Zupełnie nie obchodziło go to, co działo się wokół. Jedyne, o czym potrafił myśleć, to fakt, że więź z matką zniknęła, ojciec znajdował się w stanie krytycznym, a jakiś nieznany mężczyzna go chronił, choć jego motywy pozostawały dla niego całkowicie nieznane.
Znajdowali się w kałuży wody, która powstała po tym, jak pan Mi na chwilę utracił koncentrację i woda, która ich otaczała, opadła.
— Gdzie on jest? Gdzie jest mój brat? Gdzie jest Do?! — zaczął histerycznie krzyczeć pan Mi, zauważając, że bransoleta na jego nadgarstku, którą otrzymał od Steve’a, została całkowicie zniszczona. Oznaczało to, że droga powrotna do domu przestała istnieć. Nie będzie już mógł wrócić. Teraz był zupełnie sam w obcym świecie i nikt nie był w stanie mu pomóc.
Nikt nie potrafił odpowiedzieć na jego pytania. Jedynie przerażona Lina, próbująca wykrztusić cokolwiek drżącym, jąkającym się głosem i błagająca własne ciało, by zaczęło się poruszać, obserwowała, jak pan Mi rozgląda się wokół, próbując zrozumieć, kto jest jego wrogiem.
To zimne, mrożące duszę spojrzenie przerażało ją do szpiku kości. Nie rozumiała, dlaczego jej silne i wytrzymałe ciało zachowuje się tak, jakby do niej nie należało. Zwierzęcy lęk przed znacznie potężniejszym przeciwnikiem całkowicie ją sparaliżował.
Chris, który osłaniał własnym ciałem pana Mike’a, był jedynym, który potrafił oprzeć się przytłaczającemu strachowi emanującemu od pana Mi, wyłącznie dlatego, że nie wiedział, kim jest pan Mi, nie widział go podczas walki i nie zdawał sobie sprawy z tego, z jakim potworem przyszło mu się zmierzyć.
Krople spływające z jego mokrych włosów kapały na twarz Mike’a. W przemoczonym ubraniu czuł się niekomfortowo i przypuszczał, że Mike również odczuwa dyskomfort, ponieważ ciało chłopaka było zanurzone w wodzie do jednej czwartej.
Jedynym celem, jaki przyświecał temu chłopakowi, było dostarczenie Mike’a do jego pana. Wszystko inne nie miało dla niego najmniejszego znaczenia, nawet jeśli po drodze miał zostać bez rąk i nóg.
Pochłonięty swoją wściekłością pan Mi, ogarnięty gniewem i świadomością utraty brata, utracił kontrolę nad własnym ciałem. Wilgoć z powietrza zaczęła stopniowo zagęszczać się wokół jego ciała, tworząc nową, gęstszą wodną sferę, która formowała się jedynie w niektórych miejscach. Fragmenty wodnej sfery, które zdążyły już powstać, obracały się wokół ciała pana Mi, tworząc efekt odpychania i unosząc go w górę.
Woda otaczająca jego ciało miała bordowo-czerwony kolor z domieszką błękitnego światła jego czystej energii. Wewnątrz sfery zaczęły formować się kawałki lodu przypominające płatki drobnych kwiatów. Zmieszane z jego krwią nabrały różnych odcieni różu i bordo, a sam pan Mi, pochłonięty własną wściekłością, czuł, że jego ciało zostało zdradliwie zranione i nie jest w stanie się uleczyć.
W miejscach, gdzie krople wody stykały się z ziemią, zaczęły tworzyć się drobne, piękne lodowe wzory, zamieniając ziemię w fantazyjne lodowe rzeźby, a błoto w tych miejscach w martwe bryły lodu. Te śnieżne płatki o krwistym kolorze wirowały niczym śnieg zimą. Temperatura wokół spadła do zera stopni i oddech stał się widoczny.
Upadające obok dziewczyny śnieżne płatki przerażały Linę. Dziewczyna próbowała walczyć ze swoim strachem. Nadciągająca w jej stronę lodowa fala przerażała ją jeszcze bardziej, dlatego jej ciało z wielkim trudem zaczęło odpowiadać na wydawane przez nią polecenia. Tkwiąc w mokrej ziemi i błocie powstałych od ogromnej ilości wody, zaczęła się poruszać, powoli odpełzając przed zamarzającą falą zmierzającą w jej stronę.
— Gdzie on jest?! — Mi wciąż tracił nad sobą panowanie, nieustannie wykrzykując tylko jedno pytanie.
Chris był jedynym, który zachował trzeźwość umysłu. Widząc własny oddech i czując gwałtowny spadek temperatury, skierował swoją uwagę na nieproszonego gościa.
Jedyne, co przyszło mu do głowy, to odpowiedzieć na pytanie wykrzykiwane przez dziwnego nieznajomego. Nie odczuwał strachu o własne życie, dlatego niespecjalnie przejmował się zdolnościami pana Mi.
Wyprostował się dumnie, wstał na nogi i pomógł Mike’owi się podnieść, nie tracąc ani jednej okazji, by ocalić jego życie. Wciąż stał przed chłopakiem, osłaniając go własnym ciałem. Chronił go niczym Cerber swoich włości.
— Nie wiemy, kim jest pan Do, którego szukasz, ale wydaje mi się, że nie jesteśmy wrogami. Nie znamy cię i nie mamy obowiązku ci pomagać, ale wygląda na to, że jesteś ranny. Porozmawiajmy. Nie chcę, żeby ktokolwiek jeszcze ucierpiał.
Głupie słowa wypowiedziane przez naiwnego, niedoświadczonego człowieka zmodyfikowanego genetycznie wprawiły pana Mi w niewyobrażalną wściekłość.
Znajdując się w bezpiecznej odległości od wroga i poza zasięgiem jego mocy, Chris mógł pozwolić sobie na złośliwości i mówić wszystko, co tylko przyszło mu do głowy. Najważniejsze było dla niego to, by Mike pozostał bezpieczny.
Mike nie odrywał wzroku od jedynego człowieka, którego mógł teraz nazwać swoją rodziną. Jego ojciec leżał w błocie, lecz z tak spokojnym wyrazem twarzy, że sprawiał wrażenie, jakby po prostu odpoczywał.
Mały czerwony płatek opadł na czoło Nicka, a po całej twarzy mężczyzny zaczęły rozchodzić się niczym pajęczyna kryształy przezroczystego lodu, stopniowo pokrywając jego ciało od góry do dołu.
— Ojcze… Nie, przestań! — krzyknął Mike, rzucając się w stronę ojca, lecz Chris przezornie powstrzymał jego próbę. Chwycił Mike’a mocnym uchwytem, silnie obejmując jego tułów i nie pozwalając chłopakowi dotknąć ciała ojca, które zdążyło już pokryć się lodem.
Mike szarpał się tak mocno, że jego ręce i nogi bezwładnie wymachiwały w powietrzu. Chris trzymał go z taką siłą. Krople wody z przemoczonego ubrania Mike’a rozpryskiwały się na wszystkie strony, spadając na twarz i dłonie Chrisa.
— Spokojnie. Jemu już nie da się pomóc. — Chris puścił Mike’a.
Gdy tylko stopy chłopaka dotknęły ziemi, ten z całego zamachu uderzył Chrisa pięścią w nos. Chris wiedział, że Mike tak postąpi, dlatego nawet nie próbował się zasłonić.
— Ulżyło ci? — zapytał Chris, trzymając się za zakrwawiony nos.
Spojrzenie Mike’a przypominało jaguara przygotowującego się do skoku. Było zimne i wyrachowane. Teraz poczuł przenikliwy chłód przeszywający jego ciało aż do kości. Dreszcze przebiegające po jego ciele świadczyły o tym, że wydarzyło się coś, nad czym nie potrafił zapanować. Gdy wyrwał się z transu gniewu, zrozumiał, że przez cały ten czas przed nim stał wróg.
Obraz ojca zamieniającego się w bryłę lodu na zawsze odcisnął się w jego pamięci. On, bezbronny człowiek, nie mógł zrobić nic, podczas gdy potwór jedynie szyderczo się uśmiechał, krążąc nad nimi niczym kania.
Krwawy śnieżny płatek opadł na klatkę piersiową Anastazji. Dostrzegłszy to swoim zwierzęcym wzrokiem, chłopak zaczął błagać potwora o litość.
— Przestań, proszę. Nie powinniśmy mieszać się w wasze porachunki. Nie krzywdź nas z tego powodu. Proszę cię, nie rób tego. Przestań… przestań… — krzyknął Mike, padając na kolana i próbując zatrzymać proces przemiany Anastazji, lecz nic to nie dawało. Potwór go nie słyszał.
Potwór nadal krzyczał, tworząc w powietrzu śnieżne płatki, które, dotykając ziemi, zamieniały wszystko wokół w lód.Rozdział 123. Przebudzenie
Głośny, dźwięczny głos o przyjemnym, łagodnym brzmieniu oraz przyjazny wyraz twarzy, rozjaśniony ledwie dostrzegalnym uśmiechem — takim pani Fa zapamiętała Josepha. Tego dnia, gdy została stworzona, po raz pierwszy mroczne chmury wiszące nad jej światem rozstąpiły się, pozwalając jasnym promieniom słońca przeniknąć do zimnego, szarego świata. Właśnie takim fałszywym wspomnieniem Joseph obdarzył panią Fa podczas tworzenia jej inteligencji. Takie same fragmenty wspomnień zostały wszczepione do podporządkowanej części mózgu każdego z tej siódemki. Jedyną rzeczą, która łączyła te fałszywe wspomnienia, było to, że każde z nich przedstawiało ich piękne i niezwykłe narodziny, całkowicie odmienne od prawdy.
Joseph stworzył te wspomnienia celowo, aby zbudować między nimi silną więź psychiczną opartą na przyjemnych wspomnieniach z dzieciństwa i poczuciu rodzinnej bliskości.
Jednak bez względu na to, jak bardzo dziewczyna starała się wierzyć w to kłamstwo, znała prawdę. Razem ze swoimi braćmi i siostrami dorastała w ogromnych kolbach, zanurzona w pożywce i regularnie poddawana wyładowaniom elektrycznym stymulującym określone obszary mózgu. To właśnie dzięki tej stymulacji każdy z nich rozwinął niezwykłe zdolności oparte na fizjologicznych zjawiskach występujących w żywej naturze.
Teraz, pogrążona w głębokim śnie regeneracyjnym, uzyskała dostęp do tych wspomnień. Tak bardzo chciała wierzyć w piękne kłamstwo stworzone dla nich przez Josepha, lecz niestety prawdziwe wspomnienia przebijały się przez zasłonę pięknych obrazów. Pogrążona w głębokim śnie regeneracyjnym przypomniała sobie prawdziwy powód ich stworzenia. Od samego początku była bronią stworzoną do niszczenia światów wraz ze swoimi braćmi i siostrami.
Jedyną rzeczą, która pozostawała prawdą, było to, że łączyła ją z rodzeństwem bezwarunkowa więź. Odczuwała ich ból, ich radość i wszystko, co się z nimi działo. Eksperymenty Josepha okazały się tak udane, że nawet kasta najwyższych ludzi zmodyfikowanych genetycznie uznała tę siódemkę za zagrożenie. Obawiając się, że tak bezwarunkowa siła stanie się niekontrolowana, wydali rozkaz zniszczenia projektu wraz ze wszystkimi jego uczestnikami. Choć Joseph zrobił wszystko, by się temu przeciwstawić, nie zdołał ochronić swojego największego dzieła.
Jedyną rzeczą, jaką naprawdę mógł dla nich zrobić, było umieszczenie ich w truciźnie, która miała zabijać ich powoli, ponieważ nie potrafił natychmiast zniszczyć tak doskonałego stworzenia.
W rzeczywistości, gdy naukowcy tworzyli komory dla tej siódemki, Joseph celowo zastosował niewielkie stężenie trucizny, aby mogli przeżyć jak najdłużej. Miał nadzieję, że z czasem kasta zmieni zdanie albo napotka przeciwnika, którego nie będzie w stanie pokonać, i wtedy ta siódemka otrzyma szansę na powrót.
Z biegiem czasu spędzonego w zamknięciu wewnątrz kolb wypełnionych trucizną więź łącząca tę siódemkę zaczęła stopniowo zanikać.
Gdy tylko dziewczyna zaczęła uświadamiać sobie prawdziwe znaczenie czynu Josepha, jej komora zdradziecko rozpoczęła podawanie specjalnego roztworu wybudzającego.
— Proces pełnej regeneracji komórek został zakończony. Wszystkie układy organizmu funkcjonują prawidłowo. Uformowano elastyczny kombinezon ochronny na skórze z odpadów biologicznych — rozległ się elektroniczny głos w komorze pani Fa.
Jej oczy wreszcie się otworzyły, a dziewczyna była pełna sił i energii. Wszystkie obrażenia jej ciała zostały zregenerowane, a ona sama czuła się znakomicie.
Drzwi komory uniosły się ku górze i, wypuszczając cienką, przyjemną, sinawą smugę dymu, dziewczyna postawiła stopę na ziemi.
Podczas procesu regeneracji komora całkowicie zniszczyła ubranie znajdujące się na ciele dziewczyny, ponieważ było uszkodzone i zostało uznane za odpad biologiczny.
Znając tę wadę wszystkich komór regeneracyjnych, sztuczna inteligencja Steve zadbała o to, by pani Fa czuła się komfortowo po zakończeniu regeneracji. Ponieważ jednak zabrakło mu zasobów energetycznych, zdążył stworzyć jedynie wzmocnioną biologiczną zbroję pokrywającą całe jej ciało. Nie zdołał już wprowadzić poprawek ani stworzyć obuwia czy dodatkowych elementów ochronnych w postaci rękawic lub hełmu.
Dzięki temu, że komora przetworzyła odpady biologiczne, sam kombinezon został wykonany właśnie z nich, a następnie ulepszony i dopracowany przez program komory regeneracyjnej.
Dziewczyna od razu zauważyła siostrę siedzącą na odłamku gruzu. Wyglądała na wyczerpaną i zmęczoną. Nie od razu zrozumiała, dlaczego siostra wygląda tak, jakby dopiero co wróciła z rzezi, i nie zwróciła na to większej uwagi, z radością podchodząc do niej.
Jej siostra zasnęła, czekając na całkowitą regenerację. Teraz wyglądała jak małe dziecko — bezbronna i krucha, a jej głowa, oparta o fragment zburzonej ściany, otoczona była potarganymi we wszystkie strony włosami.
— Pewnie długo czekałaś — powiedziała pani Fa i delikatnie przesunęła dłonią po włosach i twarzy dziewczyny.
Dziewczyna natychmiast obudziła się pod wpływem dotyku siostry. Poczuła ciepło i miłość, które zawsze odczuwała w jej obecności. Gdy tylko zobaczyła twarz pani Fa, od razu mocno ją objęła.
Pani Fa poczuła dziwny dotyk na plecach, jakby obejmowały ją nie ręce kochającej siostry, lecz kikuty należące do kaleki.
Dziewczyna natychmiast przerwała uścisk i, chwytając siostrę za ręce, przeraziła się tym, co zobaczyła. Dłonie i palce dziewczyny były całkowicie zmiażdżone i zsiniałe. Świadczyło to o tym, że obrażenia powstały już jakiś czas temu i że przez cały ten czas dziewczyna znosiła ból, czekając, aż jej siostra odzyska przytomność.
Zimny dreszcz przebiegł po plecach pani Fa. Doskonale wiedziała, kto zrobił to jej siostrze.
— Co to monstrum ci zrobiło, siostro? Wybacz mi… Ja… byłam zbyt słaba, żeby go powstrzymać… Tak bardzo starałam się was chronić, ale…
Po policzkach dziewczyny popłynęły łzy. Po raz pierwszy od bardzo dawna pani Fa płakała. Nie pamiętała już, jakie to uczucie, lecz teraz ból był tak ogromny, że żadne cierpienie fizyczne nie mogło się z nim równać. Był to ból spowodowany możliwością utraty rodziny.
— Nie, wszystko w porządku, siostro. To tylko lekkie zadrapania, zagoją się. A ty? Zregenerowałaś się? Wreszcie odzyskałaś przytomność. Pamiętam, jak wyglądałaś, jak to monstrum cię wysuszyło… Ale nie zdołałam… nie zdołałam go pokonać. Wybacz mi.
Dziewczyna upadła przed siostrą na kolana, próbując wybłagać u niej przebaczenie za to, że okazała się zbyt słaba i nie zdołała pokonać potwora.
— Wybacz mi, że was nie ochroniłam… Błagam cię, siostro, wstań… Przecież wiesz, że to nie twoja wina. To wszystko… to monstrum… ono nas uwolniło. Nie miałyśmy wyboru. Gdyby nie przeklęty Joseph, który nas tutaj zamknął, nigdy nie znalazłybyśmy się w tym miejscu.
Dziewczyna pomogła siostrze wstać.
Mocno ją przytuliła, lecz chwila ulgi została przerwana — kolejna komora regeneracyjna oznajmiła zakończenie procesu regeneracji.Rozdział 124. Cena uporu
— Pełna regeneracja komórek została zakończona, panie Vix. Nowy kombinezon ochronny został uformowany — rozległ się elektroniczny głos wewnątrz kapsuły regeneracyjnej. Program doskonale znał materiał genetyczny swojego właściciela, dlatego fakt, że zregenerował się znacznie szybciej, niż pierwotnie przewidywano, nie był dla niego niczym zaskakującym.
Wpatrując się w dym wydobywający się z komory regeneracyjnej, który powoli rozpływał się w atmosferze niemal pozbawionej powietrza, dziewczyny nie zauważyły, że niebezpieczeństwo zdążyło już się do nich zakraść.
Potężne, silne dłonie Vixa zacisnęły się na szyjach dwóch drobnych dziewczyn. W pełni sił i energii po regeneracji w kapsule energetycznej Vix dysponował mocą zdolną zabić je na miejscu. Znacznie większą przyjemność sprawiało mu jednak obserwowanie, jak dusząc się, miotały się niczym ryby wyciągnięte z wody.
— Jak miło znowu oglądać wasze piękne twarze. Podejrzewam, że spodziewałyście się mojego powrotu znacznie później, a jednak oto jestem. Od tej chwili będziecie mi służyć wiernie i bez sprzeciwu. Jeśli któraś z was ponownie mnie zaatakuje, druga zapłaci za to własnym życiem.
Choć obie były niezwykle silnymi genetycznie zmodyfikowanymi kobietami, wciąż pozostawały kilkukrotnie słabsze od tego potwora. Wbijając paznokcie w rękę Vixa, pani Fa patrzyła na swoją siostrę, która nie była już nawet w stanie zaczepić poranionymi palcami o jego dłoń. Widząc, jak oczy siostry zaczynają zachodzić mgłą, była gotowa zrobić wszystko, by ocalić jej życie.
— Puść ją… — wydusiła pani Fa rozkazującym tonem, wciąż rozpaczliwie się szarpiąc.
Zawsze była wyniosła i nawet w tej sytuacji nie potrafiła się tego wyzbyć. Odzyskała swoje siły, lecz umysł Vixa nie poddawał się już jej kontroli. Bez względu na to, ile impulsów wysyłała w jego stronę za pomocą dotyku, żaden z nich już nie działał.
— Znowu twoje brudne sztuczki? Naprawdę jeszcze tego nie zrozumiałaś? Już od dawna nie podlegam kontroli twojego umysłu. Przewyższyłem cię, dlatego doskonale wiem, co zrobiłaś, kiedy twoje siostry uwolniły braci. Byłem ciekaw, jak daleko się posuniesz.
Słysząc te słowa, pani Fa poczuła, jak palce Vixa jeszcze mocniej zacisnęły się na jej szyi. Opuściła wzrok.
Jeśli wiedział o wszystkim, to dlaczego tak długo milczał? Ta przerażająca myśl przeszyła jej umysł. W jej spojrzeniu wybrzmiewały nuty rozpaczy i bólu.
— Skoro tak mnie prosisz, moja pani, puszczę cię.
Vix spełnił jej prośbę i odrzucił ją z taką siłą, jakby nic nie ważyła, rozbijając jej ciałem ścianę.
Przebijając swoim ciałem betonową ścianę, dziewczyna poczuła, jak jej kości zdradziecko pękają. Nawet ulepszona zbroja stworzona przez Steve’a nie zdołała ochronić jej przed takim uderzeniem. Upadła niefortunnie na rękę, łamiąc ją w kilku miejscach, jednak mimo to zdołała się podnieść, choć tylko na czworakach. Nie mogła oderwać wzroku od siostry, która wciąż znajdowała się w rękach potwora.
— Ale ty byłaś posłuszna. Kazałem ci czekać i czekałaś. Najpewniej czekałaś, aż twoje siostry odzyskają siły. A wiesz… nawet cię lubiłem.
Powiedział Vix, coraz mocniej zaciskając palce na szyi dziewczyny. Jej oczy zaszły już mgłą, a ona sama odczuwała przerażające duszenie, mimo że powietrze nadal docierało do jej płuc, a jej jabłko Adama zostało już zmiażdżone.
Pani Fa zakrztusiła się krwią i mimo licznych obrażeń próbowała zachować godność. Jej twarz była pokryta otarciami i ranami.
— Będę posłuszna… proszę… błagam… nie rób tego…
To było wszystko, co zdołała wykrzyczeć swoim ochrypłym, zakrwawionym głosem. Nadal nie potrafiła oderwać wzroku od siostry. Miała nadzieję, że potwór okaże litość, choć nie znał jej znaczenia.
— Skoro tak błagasz, oczywiście, że ją puszczę — powiedział Vix, uśmiechając się swoim okrutnym uśmiechem, który pani Fa znała aż za dobrze.
— Nie… siostro…
Dziewczyna poczuła nagły ból. Zdołała zebrać resztki sił i odwróciła głowę w stronę rannej siostry, która błagała potwora. Uśmiechnęła się i pogodziła z własną śmiercią. Przed odejściem chciała zapamiętać twarz pani Fa.
— No i proszę… puściłem ją.
Vix nie tylko złamał dziewczynie kark — oddzielił kręgi szyjne od kręgosłupa, całkowicie przerywając przepływ płynu mózgowo-rdzeniowego do mózgu.
Natychmiastowa śmierć.
— Nie! — wykrzyczała pani Fa, krztusząc się krwią. Opadła na kolana i pochyliła głowę nad ostrymi odłamkami betonu.
— Naprawdę umarła? — zdziwił się Vix, odrzucając ciało jej siostry w stronę pani Fa. Zrobił to z taką obojętnością, jakby wyrzucał śmieci, a nie ciało kogoś, kto jeszcze przed chwilą żył.
— A więc wy również jesteście śmiertelne, choć bardziej wytrzymałe od zwykłych genetycznie zmodyfikowanych ludzi. Mam nadzieję, że od teraz będziesz posłuszna, moja pani Fa. Doprowadź się do porządku i nie waż się spóźnić. Możesz się z nią pożegnać, ale przypominam, że jeszcze jedna z twoich sióstr znajduje się w komorze regeneracyjnej. Jeśli nie będziesz posłuszna albo ponownie spróbujesz swoich sztuczek na mnie, zrobię z drugą siostrą dokładnie to samo.
Vix natychmiast skierował się do wyjścia. Drażnił go zarówno zrujnowany budynek, jak i jego obecny wygląd. Preferował wystawne stroje, a ten kombinezon stworzony z biomasy nie był go godzien.
Dziewczyna poczuła, jak obok niej zadrżała ziemia — zmasakrowane ciało jej siostry upadło zaledwie metr od niej.
— Nie… To niemożliwe… — krzyknęła pani Fa, dotykając zakrwawionymi dłońmi swojej siostry. Widziała, że w oczach siostry nie pozostał już żaden płomień życia. Jej szyja była nienaturalnie wygięta, jakby wyrwano jej kręgosłup.
Nie zdając sobie jeszcze w pełni sprawy z tego, co się wydarzyło, przytuliła siostrę do piersi i niczym dziecko, które nie chce oddać swojej ukochanej zabawki, nie chciała rozstawać się z nią nawet na chwilę. Przypomniała sobie o jedynym sojuszniku, który jej pozostał, i zaczęła krzyczeć z całych sił. Zakrwawionymi ustami wymawiała imię jedynej osoby, której mogła zaufać.
— Steve, pomóż, proszę, błagam…
Dziewczyna krzyczała, trzymając siostrę w ramionach, lecz Steve się nie pojawił. Wciąż był zbyt słaby i nie mógł ukazać się nawet w postaci hologramu, choć bardzo chciał odpowiedzieć na wołanie dziewczyny.
— Wybacz mi, proszę… nie umieraj… Komora regeneracyjna wszystko naprawi… ja… ja ci pomogę…
Drżącym głosem błagała dalej, niosąc siostrę do komory regeneracyjnej. Jej nogi co chwilę się uginały, a ona nie zwracała uwagi na złamaną rękę. Wykorzystywała ją jako podporę, podtrzymując przedramieniem głowę siostry, a drugą, zdrową ręką niosła ją niemal jak małe dziecko, ostrożnie kołysząc w ramionach, ponieważ jej szyja była uszkodzona. Niosła siostrę, delikatnie podtrzymując jej głowę w nadziei, że wszystko da się jeszcze naprawić.
Ostrożnie ułożyła siostrę w komorze regeneracyjnej i opuściła pokrywę, pozostawiając na przezroczystym szkle krwawy ślad swojej dłoni.
Nacisnęła przycisk aktywacji, lecz urządzenie jedynie zaświeciło się na czerwono, nie reagując na polecenie rozpoczęcia regeneracji.
Dziewczyna coraz gwałtowniej naciskała przycisk zdrową ręką, lecz ten wciąż zapalał się na czerwono, aż elektroniczny głos oznajmił to, czego najbardziej bała się usłyszeć.
— Błąd. Błąd. Wykryto martwy obiekt. Regeneracja niemożliwa. Błąd. Błąd. Nie wykryto aktywności mózgu. Regeneracja niemożliwa. Błąd…
Komora wciąż migała czerwonym światłem, bezdusznie powtarzając te same słowa.
Pokrywa komory regeneracyjnej otworzyła się, a dziewczyna, która nie była już żywa, osunęła się prosto w ramiona swojej siostry.
Pani Fa opadła na kolana i, przyciskając siostrę do siebie, zaczęła zanosić się nieutulonym płaczem. Łzy zmieszane z własną krwią spadały na zimną, pozbawioną życia twarz siostry, a ona nie potrafiła wyrazić bólu, jaki czuła. Choć ich więź nie była już tak silna jak dawniej, poczuła, jak jej palec płonie, parzony ogniem straty. Jednak w porównaniu z bólem po utracie ukochanej osoby nawet to było niczym.
Teraz na jej dłoni znajdowały się już dwa pierścienie, a nadgarstek palił tak, jakby zanurzono go w kwasie. Świadomość znaczenia pierścieni na swoim palcu — zarówno pierwszego, jak i drugiego — pani Fa odczuła wraz z kroplą zimnego potu spływającą po plecach. Oznaczało to, że straciła już dwoje członków swojej rodziny, lecz była zbyt słaba. Nie była w stanie przeciwstawić się potworowi, którym stał się Vix.
Steve chciał pocieszyć panią Fa, chciał ją objąć i stanąć przed nią, lecz co mógł jej powiedzieć? Był jedynie hologramem. Dzięki kamerze monitoringu znajdującej się w komorze regeneracyjnej mógł obserwować cierpienie tej, do której zdążył się już przywiązać.
— Tak mi przykro…
To były jedyne słowa, jakie Steve zdołał wypowiedzieć, wykorzystując wbudowany moduł głosowy komory regeneracyjnej. Słowa te wyraźnie dotarły do uszu pani Fa. Wiedziała, do kogo należał ten spokojny głos, lecz nie widząc nikogo i rozglądając się dookoła, ciężko westchnęła, mocniej przytulając siostrę do piersi. Jasne czerwone światło komory regeneracyjnej, które do tej pory migotało, zgasło natychmiast po tym, jak rozległ się głos Steve’a. W ten sposób ominął zabezpieczenia komory regeneracyjnej — złamał cały jej system dla jednego jedynego zdania.Rozdział 125. Przestępca pierwszego poziomu
W chwili, gdy pan Vix się ubierał, do jego pokoju wszedł jeden z podległych mu żołnierzy.
— Przepraszam, że przeszkadzam, ale na nasze terytorium przedostał się przestępca pierwszego poziomu. To zdarzenie wymaga pańskiej natychmiastowej interwencji oraz przybycia do głównego centrum dowodzenia w celu przeprowadzenia dalszego przesłuchania i dochodzenia.
— Jaki znowu przestępca pierwszego poziomu? Dlaczego od chwili mojego przebudzenia wszystko mnie drażni? Wynoś się. Ale wcześniej wydaj rozkaz, żeby przygotowano mi samochód. Poprowadzę go osobiście.
Vix pozostawił tego młodzieńca przy życiu, ponieważ go lubił. Zawsze był uprzejmy, choć bardzo często przynosił złe wiadomości.
Chłopak wychodził na drżących nogach. Zawsze bał się swojego pana, mimo że służył mu już ponad dwadzieścia lat. To, z jaką łatwością Vix zabijał swoich podwładnych, napawało go przerażeniem. Nigdy nie mógł mieć pewności, że wiadomości, które przynosił, nie zakończą się jego śmiercią. Jednak jego pan był hojny i dobrze płacił swoim ludziom za milczenie oraz wierną służbę, dlatego chłopak zawsze starał się przezwyciężyć swój strach i przekazać panu wszystkie niezbędne informacje.
W zimnym, białym pomieszczeniu przebywał Joseph. Teraz wiedział już, co to znaczy być przestępcą i znaleźć się po drugiej stronie. Tak dobrze znał te białe ściany, lecz nigdy nie przypuszczał, że sam stanie się ich więźniem. Było to dla niego niczym déjà vu. Stworzył świat, w którym sam został własnym więźniem. Nie przewidział wszystkich konsekwencji odrodzenia i po odrodzeniu w nowym świecie stał się zwykłym człowiekiem bez ulepszonego genomu. Teraz naprawdę był przestępcą — bez kodu i bez tego, kim był w rzeczywistości. W tym świecie czekała go jedynie utylizacja jako źródła białka, a jego genialny umysł doskonale pozwalał mu to zrozumieć. Teraz znajdował się we własnym systemie.
Jego płuca z trudem oddychały ciężkim powietrzem wypełniającym pomieszczenie. Było ono zanieczyszczone i wielokrotnie przetworzone. Josephowi ciężko było oddychać i skupić się na tym, jak się wydostać albo przynajmniej ułożyć jakiś plan. Jego rozmyślania przerwało jaskrawe światło, które boleśnie uderzyło w siatkówki jego ludzkich oczu.
— Cóż za niespodzianka. Nigdy bym nie pomyślał, że zobaczę pana w tych murach.
Przenikliwy i kąśliwy, niczym trucizna, głos Vixa działał Josephowi na nerwy, mimo że jeszcze nie zdążył zobaczyć jego twarzy. Doskonale wiedział, do kogo należał ten odrażający głos. Był to najgorszy ze wszystkich przedstawicieli najwyższej kasty, których tak bardzo nie znosił.
— Panie Vix, czemu zawdzięczam ten zaszczyt, że odwiedził mnie pan w mojej celi?
Joseph siedział na podłodze, rozparty niczym zwierzę, ponieważ w tym miejscu nie było ani krzeseł, ani żadnych mebli, a żeby je stworzyć, potrzebny był odpowiedni dostęp i kod. Dlatego podłoga była całkiem wygodnym miejscem. Szyja Josepha bolała od noszenia ciężkiego hełmu z systemem doprowadzania powietrza, do którego nie był przyzwyczajony. W kilku miejscach pojawiły się czerwone ślady, które z czasem przybrały siny odcień, ponieważ ludzie, którzy go zatrzymali, nie obchodzili się z nim zbyt delikatnie i nie przepuszczali żadnej okazji, by go uderzyć albo kopnąć.
— Słyszałem, że schwytano przestępcę pierwszego poziomu. Przyszedłem więc zobaczyć potwora, który przekroczył granicę. A to tylko pan, Joseph. Jak to się stało, że geniusz stracił swój chip?
— To zbyt długa historia i zbyt skomplikowana dla twojego słabego umysłu. Jesteś przecież tylko potworem, którego sam stworzyłem.
Joseph mógł sobie pozwolić na złośliwości i przerywanie Vixowi, ponieważ doskonale rozumiał, że wciąż jest mu potrzebny. Vix nie posiadał technologii, które pozwoliłyby mu zdobyć wszystko, czego pragnął.
— Widzę, Josephie, że nadal jest pan równie złośliwy, mimo swojego obecnego położenia. Co może mi pan zaoferować w zamian za swoje nędzne ludzkie życie, skoro nie posiada pan nawet ulepszonego genomu? Proszę spojrzeć na swoje dane.
Vix pokazał Josephowi wyniki jego parametrów na swoim naręcznym tablecie. Czarno na białym było tam napisane, że jest jedynie człowiekiem bez ulepszonego genomu. Oznaczało to, że jest śmiertelny, będzie się starzał, chorował i w końcu umrze — od wszystkiego tego świat już dawno się uwolnił.
— Wiem o tym i bez twoich pouczeń. Jeden nieudany eksperyment sprawił, że stałem się taki. To nie znaczy, że nie mogę tego naprawić. Potrzebuję jedynie swoich zasobów, a całą resztę zdołam naprawić.
Joseph patrzył z pogardą na wyświetlane wyniki. Dla niego było to porównywalne z uderzeniem błotem prosto w twarz. Istota doskonaląca się przez tysiąclecia była teraz zwykłym śmiertelnym człowiekiem. Czy mogło być coś gorszego?
— Widzę, że jak na swoją sytuację jest pan wyjątkowo bezczelny. Co powstrzymuje mnie przed roztrzaskaniem pańskiej głowy o tę białą ścianę?
Vix chwycił Josepha za szyję i uniósł go wzdłuż ściany, przyciskając z taką siłą, jakby naprawdę zamierzał roztrzaskać jego głowę.
— Może i jesteś potworem, ale jesteś inteligentnym potworem. Rozumiesz, że jestem ci potrzebny. Znam twoje ambitne plany. Wiem też, co zrobiłeś z pozostałymi. Czy naprawdę myślałeś, że nie zauważyłem, jak kradłeś i udoskonalałeś swoje dzieło? A może sądzisz, że skoro nie posiadam już dawnych umiejętności i technologii, to nie zrozumiem, jak daleko zaszedłeś? Spójrz na siebie uważnie. Twoje ciało nie wytrzymuje takiej ilości pochłoniętej energii. Popatrz — twoja skóra zaczyna schodzić niczym u węża i wkrótce nie da się już tego procesu zatrzymać. Jestem ci potrzebny. Spójrz.
Joseph wyszeptał te słowa ledwie słyszalnym głosem. Czuł, jak palce Vixa coraz mocniej zaciskają się na jego gardle, i nie mógł nic zrobić. Jego stopy nie dotykały podłogi, co oznaczało, że nie wytrzyma tak długo. Choć był wysportowanym i silnym człowiekiem w kwiecie wieku, nie był w stanie przeciwstawić się sile genetycznie zmodyfikowanego człowieka.
— O czym ty mówisz? Ze mną wszystko jest w porządku.
Z uśmiechem na twarzy powiedział Vix. Nie wiedział jeszcze, że jego skóra rzeczywiście zaczęła schodzić i że przesadził z eksperymentami genetycznymi, nie znając ich konsekwencji.
— To spójrz w lustro. Po co miałbym cię okłamywać, skoro i tak możesz mnie zabić?
Vix nic na to nie odpowiedział. Po prostu odrzucił Josepha na bok. Nowe ciało Josepha było bardzo wrażliwe i odczuł każde uderzenie, każdy milimetr skóry stykający się z podłogą. Poczuł impuls elektryczny przeszywający jego mózg oraz ból, którego nigdy wcześniej nie doświadczył. Było to nieprzyjemne, piekące uczucie, które zmusiło go do przygryzienia wargi aż do krwi, aby powstrzymać krzyk i nie pokazać stojącemu obok potworowi, że sprawia mu to ból.
Vix rzeczywiście włączył kamerę w swoim tablecie i zauważył, że niewielki fragment skóry na jego szyi zaczął się oddzielać. Niczym zaciekawiony potwór pociągnął za niego i rzeczywiście skóra zaczęła schodzić, a w miejscu, z którego odpadła, pojawiła się dziwna struktura — ciemna, o nieprzyjemnym zapachu i odrażającym wyglądzie.
— Co to ma być? Wyjaśnij mi to!
Trzymając w dłoni kawałek skóry, który rozsypywał się na drobne fragmenty, zapytał Vix. Naprawdę niepokoiło go to, że komora regeneracyjna nie zdołała przywrócić jego organizmu do pełnej sprawności.
— To proces całkowitego samozniszczenia, który uruchomiłeś, niekontrolowanie pochłaniając energię innych genetycznie zmodyfikowanych ludzi. Twoje ciało umiera.
— Kłamiesz. Powiedz mi, jak to zatrzymać.
Vix pochylił się nad Josephem, próbując dostrzec fałsz w jego słowach.
— Jeśli zamierzasz łamać prawa natury, musisz znać ich pierwotne zasady. Złamałeś reguły i żywiłeś się tymi, których stworzyłem. Teraz ponosisz konsekwencje ich naruszenia. Mogę to naprawić, ale potrzebuję mojego chipa, mojego laboratorium i obiektów doświadczalnych. Jeśli naprawdę chcesz przeżyć i przy okazji zachować swoją przystojną twarz, musisz mnie słuchać.
Vix roześmiał się i chwycił Josepha za kołnierz.
— Za kogo ty mnie masz? Naprawdę myślisz, że tak naiwnie ci zaufam? Wiesz co? Teraz jesteś już tylko przestępcą pierwszego poziomu, przeznaczonym do utylizacji.
— Masz wybór. Możesz mnie zabić i stracić szansę na przywrócenie swojego ciała do normalnego stanu albo mi zaufać. Wybór należy do ciebie.
Vix po raz kolejny cisnął Josephem o ścianę. Tym razem Josephowi nie udało się ukryć bólu, który poczuł. Zdradził go strumień krwi, który wytrysnął z jego ust, barwiąc na czerwono białą podłogę znienawidzonego pokoju przesłuchań.
— Pozwolę ci pracować w twoim laboratorium, ale zostawię cię bez chipa. W ten sposób będziesz pod moją kontrolą.
Vix nie powiedział już ani słowa. Przekroczył leżące na podłodze ciało Josepha i zamknął za sobą drzwi.
— Cholerny drań… Nigdy bym nie pomyślał, że będzie aż tak owładnięty żądzą władzy — powiedział Joseph, wycierając krew z podbródka.Rozdział 131. Bezradność wobec potwora
Pan Do oczekiwał przybycia pana Vixa. Musiał się z nim spotkać. Jego siostry znajdowały się bowiem w niewoli tego potwora, a on chciał wymienić życie Josepha na ich wolność.
Niczym oszalałe zwierzę krążył po pomieszczeniu otoczonym ogromnymi ekranami, pogrążony we własnych myślach. Nagle poczuł przeszywający ból oplatający środkowy palec prawej dłoni. Ognistym śladem wypalił się na nim zielony pierścień z prostym kwiatowym wzorem, a coś ścisnęło jego serce tak mocno, że z trudem łapał oddech. Opadł na kolana i, dusząc się, chwycił za pierś. Ból był nieznośny i sprawiał wrażenie, jakby ktoś wyrywał z jego wnętrza część duszy, milimetr po milimetrze.
Nie rozumiał, co się dzieje, ale doskonale wiedział jedno — jedno z rodzeństwa właśnie zginęło. Przez całe stulecie, odkąd byli braćmi i siostrami, żadne z nich nie umarło. Tylko jedną z sióstr zabił własnymi rękami, czego do dziś gorzko żałował, lecz tym razem wyraźnie czuł, że jego siostra nie zginęła z jego winy i że wydarzyło się to zaledwie przed chwilą.
Podnosząc się z kolan, zacisnął pięść, próbując się uspokoić i opanować przed spotkaniem z potworem, z którym zamierzał zawrzeć układ. Nie wiedział jeszcze, że to właśnie ten potwór był przyczyną bólu, który teraz odczuwał.
— Co? Boli? Co prawda coś o tym czytałem, ale nigdy nie przypuszczałem, że wasza więź jest aż tak silna. Spóźniłem się na rozmowę, ale przekazano mi twoją wiadomość. Moja odpowiedź brzmi: nie. I tak mogę zdobyć wszystko, czego zapragnę, bez zawierania z tobą jakichkolwiek układów.
Pan Vix oczywiście widział wszystko, co wydarzyło się z panem Do. Było mu całkowicie obojętne, co tamten chciał mu zaoferować. Znacznie bardziej interesował go jego własny stan.
— Jak śmiesz?
Pan Do chciał uderzyć pana Vixa, lecz powstrzymał się, zaciskając pięść tak mocno, aż popłynęła krew. Paznokcie wbiły się głęboko w skórę, a przeszywający ból przebiegł mu po plecach niczym dreszcz. Nie uległ emocjom, ponieważ wiedział, że mogłoby się to skończyć znacznie gorzej, niż przypuszczał. Nadal nie odzyskał sił po walce z dwoma braćmi i nie wiedział, w jakim stanie znajduje się Mi.
— Zabiłem jedną z twoich sióstr. Naprawdę myślisz, że zainteresuje mnie twoja propozycja? No dobrze, przyprowadziłeś Josepha. I co z tego? Sądzisz, że pomogę ci zrealizować twoje plany albo uwolnię własne pożywienie? Nic z tego.
Na twarzy pana Vixa pojawił się obłudny uśmiech. Mógł sobie pozwolić na pokazanie swojego prawdziwego oblicza i nie musiał już niczego ukrywać przed panem Do.
— Ty pieprzony draniu. Wiedziałem, że zostawienie cię z moimi siostrami było niebezpieczne. Ale Fa zapewniała mnie, że sobie z tobą poradzi.
Pan Do zaczął drżeć. Tak bardzo pragnął zniszczyć pana Vixa, że każdy krok sprawiał mu ból. Opanowanie emocji było niezwykle trudne, ponieważ był związany z całym swoim rodzeństwem, a pierścień, który pojawił się na jego palcu, stanowił dowód, że potwór mówi prawdę i rzeczywiście zabił jedną z jego sióstr.
Przez wiele lat byli nierozłączni. Walczyli razem, szkolili się razem i nigdy wcześniej żadne z nich nie umarło. Ból był tak potężny, jakby umarła część jego duszy i ciała. Czuł cierpienie tak ogromne, że nogi odmawiały mu posłuszeństwa i miał wrażenie, że nie zdoła się uratować. Jeszcze chwila, a rozpłakałby się z bólu, lecz nie mógł pozwolić, by potwór to zobaczył.
— Masz na myśli tę? Tę idiotkę, która wiecznie pełzała u moich stóp? To tylko moje pożywienie i będę korzystał z niej, jak tylko zechcę. Nikt mnie nie powstrzyma — ani ty, ani twoi bracia. A może naprawdę myślałeś, że nie dowiem się, iż was uwolnili? Jaki z ciebie naiwniak. To wszystko było tylko grą. Wiedziałem o wszystkim. Kiedy Steve dał wam bransolety, aby wysłać was do innego świata, widziałem każdy szczegół. Zrobił to na mój rozkaz. Potrzebowałem informacji zwrotnej, a ponieważ sam nie miałem ochoty udawać się do obcego, nieznanego mi świata, wykorzystałem do tego was. Chciałem po prostu zobaczyć, jak działa legendarna drużyna, której wszyscy tak bardzo się bali. Oszukanie was było dziecinnie proste. Okazaliście się zwykłymi dziećmi — głupimi, naiwnymi i łatwymi do manipulowania. Muszę przyznać, że ta gra naprawdę sprawiała mi przyjemność. Spójrz na mnie. Naprawdę sądziłeś, że ktoś taki jak ja niczego nie wie? Jedynie udawałem naiwnego, głupiego narkomana. W rzeczywistości powinieneś doskonale rozumieć, że władzę zdobywa się wyłącznie poprzez strach, ból i straty.
Pan Vix był zarozumiałym głupcem, który zasmakował poczucia wyższości nad innymi. Przestał znać umiar. Świadomość, że żadne z istniejących liniowo żyjących genetycznie zmodyfikowanych istot nie jest już w stanie go pokonać, dawała mu poczucie absolutnej władzy.
Co do samego Do, nie wiedział, co odpowiedzieć na słowa pana Vixa. Był przekonany, że Steve jest ich sojusznikiem i że w odpowiednim momencie im pomoże. Okazało się jednak, że był jedynie marionetką — zwykłą sztuczną inteligencją w rękach potwora.
— Więc posłuchaj mnie, kolego. Jeśli chcesz żyć i chcesz, aby twoje siostrzyczki pożyły jak najdłużej, będziesz mi służył. Nieważne, jak brudną i odrażającą pracę ci zlecę — wykonasz ją. A teraz pora coś zjeść. Zastanowię się, której z twoich sióstr użyję tym razem. Obie są pyszne.
— Jak śmiesz…
Słowa pana Vixa wbiły się Do prosto w serce i przestał się powstrzymywać. Zakrwawioną dłonią chwycił pana Vixa za szyję, mocno zaciskając palce, lecz poczuł coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczył — siłę przeciwnika. Nie był w stanie nawet ścisnąć szyi tego potwora ani choćby go unieść. Ciało pana Vixa było tak ciężkie i potężne.
— Jesteś nawet zabawny. Nie wiem, czy warto zostawić cię przy życiu. Ale musisz się z tym pogodzić.
Mówiąc te słowa, Vix uśmiechał się. Bawiło go to, że pan Do, wiedząc o jego przewadze, wciąż próbował się mu przeciwstawiać.
Pan Vix odsunął dłoń Do od swojej szyi, jakby w ogóle go nie ściskała, po czym odrzucił ją na bok. Następnie poklepał go po ramieniu i odwrócił się, zamierzając odejść.
— Tak po prostu nie odejdziesz. Nie pozwolę ci.