Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Mój kochany android - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 stycznia 2026
36,35
3635 pkt
punktów Virtualo

Mój kochany android - ebook

Leo jest niszowym, acz poczytnym pisarzem romansów Boys Love. Nie było to jego życiowe marzenie, choć lubi pisać o romantycznych relacjach i gorących zbliżeniach. Największy absurd? Leo jest aseksualny, nie wierzy w miłość ani w szczęśliwe zakończenia. Pisanie pomaga mu nie popaść w apatię, gdy każdy dzień wydaje się podobny. Wtedy dostaje propozycję współpracy. Tajemniczy projekt Cole. Rozwój algorytmu preferencji. Nauka prostego, czystego zachwytu nad światem. Co może pójść nie tak? (18+)

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-258-0
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Przedmowa

Cofnijmy się na chwilę do roku 2019, kiedy powstawała ta książka.

Do czasów, gdy świata jeszcze nie zmroziła pandemia, nikt nie słyszał o ChacieGPT ani o generowaniu obrazów przez sztuczną inteligencję. A jednak ludzkość już wtedy — nie po raz pierwszy w historii — zachwycała się humanoidalnymi androidami.

Czy był to zachwyt nad ideą, iż ktoś (a może coś?) mógłby spełnić wszystkie nasze marzenia? Czy pragnienie zrozumienia na ponadludzkim poziomie?

Pewnie wszystkiego po trochu.

W roku 2025 ta miłość zaczyna jawić się jako wizja znacznie mroczniejsza.

Właśnie dlatego zdecydowaliśmy się pozostawić ten tekst w niezmienionej formie — naiwnie uroczej i niewinnej, patrzącej na rozwój technologii z niemal romantycznym zachwytem.

To dla mnie wyjątkowa książka. Pełna emocji, które po latach wybrzmiewają jeszcze głośniej. Przekazuję ją w Wasze ręce z nadzieją — i z nutą trwogi.

Mam nadzieję, że pozwoli Wam na chwilę zachwytu.Rozdział 1

_Trzymałem go za rękę. Jego dłoń była gorąca, niemalże jak wspomnienie naszego pierwszego wspólnego lata. Wtedy myślałem, że to będzie krótka, chwilowa znajomość. Za bardzo się bałem, by chociażby pomyśleć, że między nami może być coś więcej. Nie wierzyłem, że jeszcze kiedyś będę potrafił komukolwiek zaufać. Dopiero teraz, po tylu latach, w końcu byłem tego pewny. Że ten facet jest mi przeznaczony._

_— Powiedz mi… — zaczął, patrząc mi w oczy. Wiedział, że nie umiałbym uciec, gdy świdrował mnie tym swoim błękitnym, porażającym spojrzeniem. — Czy zostaniesz ze mną? Już na zawsze? Zaopiekuję się tobą. I nikt cię nie skrzywdzi._

_Serce zabiło mi mocniej. Wyrywało się do niego tak samo, jak całe moje ciało._

_— Po tym wszystkim, przez co razem przeszliśmy? Jak mógłbym odpowiedzieć inaczej?_

_Rozpromieniłem się, ściskając mocniej jego dłonie. Zrobił krok do przodu i pochylił się. Zamknąłem oczy. Poczułem otaczający mnie zapach drogich perfum, a na ustach słodki, gorący pocałunek._

_I wcale nie chciałem, żeby trwał wiecznie. Chyba pierwszy raz, od kiedy zgodziłem się, by mnie pocałował. A wszystko dlatego, że teraz wiedziałem, że przed nami całe życie. I jeszcze wiele, wiele pocałunków._

_Na horyzoncie zachodziło słońce. Pierwsze w naszym nowym, wspólnym domu i pierwsze na naszej wspólnej drodze życia._

Zapisałem plik i przetarłem zmęczone oczy. Zegarek w laptopie wskazywał czwartą po południu. Do deadline’u miałem jeszcze tydzień, ale ulżyło mi, że wyrobiłem się przed czasem. Miałem teraz kilka dni, by przeczytać całość i upewnić się, że wszystko brzmi sensownie.

Oparłem się o krzesło i przymknąłem oczy. Powróciło znajome uczucie, zaciskające się na sercu i powodujące nieprzyjemny dyskomfort. Pojawiało się zawsze, ilekroć pozwalałem sobie na cień satysfakcji z ukończenia książki. A co, jeżeli to się nie sprzeda? Może tym razem przesadziłem z ilością słodyczy? A może powinienem zrobić to trochę ostrzejsze? Z kolei gdybym spróbował dać tam więcej seksu, albo nawet lekkie BDSM, zastanawiałbym się, czy tego nie jest za dużo. Byłem w pułapce. Pisarskiej pułapce, gdzie każdy krok prowadził mnie w przepaść niekompetencji.

Osunąłem się pod biurko, na szarą, miękką wykładzinę. Przylgnąłem do niej twarzą i nagle cały świat sprowadził się do kawałka podłogi i fragmentu ściany. Rozmyślałem, jednocześnie czując, jak moja psychika tonie, pozwalając demonom dotrzeć do mojego umysłu i udowodnić mi, że nie nadaję się na pisarza. Rozmyślałem, wpatrzony w jasną farbę. Aktualnie nawet ona wydawała mi się ciekawsza niż patrzenie na laptop.

W całym domu pracownia była jednocześnie moim ulubionym i najbardziej znienawidzonym pomieszczeniem, w zależności od tego, jaką miałem wenę. Potrafiłem siedzieć w niej całymi tygodniami, wychodząc tylko po to, by spełniać najbardziej podstawowe potrzeby biologiczne, a później czuć mdłości od samego mijania drzwi do niej.

Podniosłem się na łokciu i na oślep zacząłem przejeżdżać ręką po biurku. Chwyciłem leżący tam telefon i zabrałem go ze sobą na ziemię. Wybrałem pierwszy kontakt na liście, podpisany „Alex”. Nacisnąłem zieloną słuchawkę i czekałem, licząc impulsy.

— Wiesz, Leo, że jesteś jedynym pisarzem, który sam do mnie dzwoni? Wszystkich innych to ja muszę ścigać. — Jego głos był łagodny i spokojny. Wyobraziłem sobie, jak odbiera telefon, siedząc między stertami papierów, czy czymkolwiek zajmowali się redaktorzy.

— Cześć, Alex…

— Nie, nie, nie, nie — jęknął nagle głos w słuchawce, robiąc się nagle dużo bardziej skupiony — Nie rób mi tego, nie mów mi, że znowu masz kryzys twórczy. Ja wszystko rozumiem, ale deadline masz za tydzień i…

— Skończyłem pisać. — W słuchawce najpierw rozległa się cisza, a potem wyraźne westchnienie ulgi.

— Błagam, nie strasz mnie tak więcej. Co się stało?

— Nie czuję, żeby to było to. Mam wrażenie, że to jest…

— Do bani?

Pokiwałem głową, świadomy, że Alex tego nawet nie zobaczy. Wiedziałem jednak, że to poczuje. A kolejne westchnienie po drugiej strony słuchawki wydawało się to potwierdzać.

— Leo, mówisz tak o każdym twoim tekście. Czytałem całość, oprócz kilku ostatnich rozdziałów, i wszystko jest super. To jest bardzo dobre.

— Ale jeżeli nie jest …?

— Leo, błagam, nie osłabiaj mnie. Nie teraz, nie tydzień przed zabraniem tekstu do redakcji. Słuchaj, większość twoich książek to hity, ta też będzie. Nie masz się czym martwić.

— To tylko parę wątpliwości odnośnie do zakończenia… i fabuły. I bohaterów.

— Wiesz, czego ci brakuje? Tak naprawdę? Wyjścia z domu. Spotkaj się ze znajomymi, znajdź sobie chłopaka.

— Ha? Skąd niby pomysł, że jestem gejem?

Zmarszczyłem brwi, patrząc z wyrzutem w spód biurka, jakby to tam stał redaktor. Czekałem, a między nami zapadła dziwna, nieprzyjemna cisza.

— A nie jesteś? — zapytał w końcu. W jego głosie dało się słyszeć wyraźną konsternację. Ten fakt tak mnie zszokował, że nawet nie wiedziałem, co mam odpowiedzieć.

— Nie, oczywiście, że nie.

Ponownie cisza, tym razem trochę dłuższa. Potrafiłem sobie wyobrazić, jak Alex gorączkowo szuka odpowiednich słów, by wybrnąć z niezręcznej sytuacji. Mimo ewidentnego zaskoczenia, gdy się odezwał, jego głos był opanowany.

— Wybacz, mój błąd. Jakoś uznałem, że skoro piszesz gejowskie romanse, to… no wiesz.

Powinienem się oburzyć za tę sugestię. Niby dlaczego _boys love_ miałoby być domeną kobiet i gejów? Nie miałem jednak energii na to, żeby się irytować.

— Tak szczerze to nawet nie wiem, czy jestem hetero. — Patrzyłem beznamiętnie na spód biurka, krzesła i kawałek białego sufitu, którego nie zasłaniały. Wszystko to wydawało się takie… puste. Mimo tego, że wiedziałem, że z drugiej strony mam mój typowy bałagan. — Znaczy… Nie podobają mi się faceci. Chociaż oczywiście mogę stwierdzić, że są przystojni. Tak samo, jak dziewczyny. Ale nie czuję tego „czegoś”. Nie potrafię sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek czułem. Mam wrażenie, że ludzie byli dla mnie od zawsze niewidzialni. Może po prostu jestem aseksualny? Nawet nie wiem, czy kiedykolwiek byłem zakochany. Może nie potrafię kochać? I dlatego wyżywam się na książkach, które piszę? Bo tak naprawdę nikt mnie nie chce, więc tworzę alternatywne rzeczywistości, gdzie ktoś taki jak ja ma szansę na miłość?

W pierwszej chwili odpowiedziała mi całkowita apatia, nieco zagłuszona, przez przyspieszone bicie serca. Nawet jeżeli bardziej je czułem, niż faktycznie słyszałem.

— Zapisałeś się do terapeuty, jak ci mówiłem?

— Myślałem, że mówiłeś, że mam pisać do ciebie, jak będę potrzebować pomocy.

— Nie. — Westchnął ciężko. — Powiedziałem, że ja nie będę twoim terapeutą, ale możesz do mnie dzwonić, jak będziesz potrzebować pomocy. — Znowu zamilkł, zbierając myśli. — Chcesz teraz pogadać o twojej orientacji?

Potrzebowałem chwili, żeby się zastanowić. Czy powinienem powiedzieć coś więcej? Wszystko co czułem, już zostało powiedziane. Brak odpowiedzi Alex zrozumiał idealnie.

— Może daj sobie chwilę, by się z tym uporać. Orientacji nie stwierdza się na podstawie jednego dnia. Jeżeli będziesz chciał o tym porozmawiać, możesz na mnie liczyć. Chociaż nie powiem, żebym się na tym jakkolwiek znał.

— Będę o tym pamiętał.

— I nie przejmuj się książką, to tylko chwilowe załamanie. Wyślij mi ostatnie kilka rozdziałów, powiem ci, czy są dobre i ewentualnie co poprawić. Ale jestem pewny, że to będzie kolejny hit. Nie stresuj się i postaraj o tym nie myśleć. A zanim zabierzesz się za kolejny tekst, zrób sobie trochę przerwy. Skoro nie randka, to może spotkaj się ze znajomymi?

— Wszyscy moi znajomi mają kogoś. Żyjemy w świecie, w którym twój status społeczny określa to, czy i z kim się umawiasz. Masz dziewczynę? Jesteś super. Nie masz? Jesteś smutnym nerdem, który nie radzi sobie nawet w towarzystwie innych nerdów.

— Leo?

— Tak?

— Znajdź sobie kogoś. Albo idź do terapeuty. Spotkaj się z przyjaciółmi, idź na imprezę, wyluzuj się przy alkoholu, ale na litość boską, pozwól mi pracować.

— Przepraszam.

— Po prostu… po prostu przestań się nad sobą użalać. I odpocznij trochę. Czekam na twój tekst. Trzymaj się.

Rozłączył się, pozostawiając mnie samego. Odłożyłem telefon na bok i skuliłem się na miękkiej wykładzinie. Czułem taką przeraźliwą pustkę. Jakbym wraz ze skończeniem książki, stracił kawałek serca, które wypełniała. Została po niej pusta, smutna dziura.

Alex miał rację. Musiałem wyjść z domu. Zawsze, gdy za bardzo pogrążałem się w pracy, łapałem doła. Byłem tego doskonale świadomy, ale wcale nie pomagało mi to wyjść z bagna, w którym wydawałem się tonąć. Jak miałem się oderwać? Kochałem pisać. Nawet wtedy, gdy tego nienawidziłem.

Od tygodnia chciałem umówić się z Kennym, ale ledwo odpisywał na moje wiadomości i zbywał mnie krótkim: „nie teraz, może później, jestem zarobiony” czy „kocham cię, Leo, ale nie mam dla ciebie czasu”. W ostatnim okresie dał radę tylko napisać, że jest zajęty, bo codziennie się spotyka ze swoją dziewczyną.

Zabolało. Chociaż nie byłem pewny, czy mam prawo czuć się zraniony. Czy nie powinienem po prostu zaakceptować, że w tym świecie nawet po dziesięciu latach będę w jego hierarchii niżej, niż każda dziewczyna, którą obdarzy uczuciem? Czy sam postawiłbym nowo poznane zauroczenie nad wieloletnią przyjaźń?

Chyba nie.

Chciałem z nim o tym porozmawiać, ale zbyłby mnie tekstem, że tylko tak mi się wydaje. A ja uśmiechnę się i będę udawać, że mu wierzę. By mógł odezwać się, gdy będzie tego potrzebował.

Może to faktycznie ja byłem zepsuty? Zagubiony w seksualnym świecie, szukający po prostu kogoś, kto będzie obok. Bez obietnic, bez związków, bez niczego. Przyjaciela, który będzie dla mnie. Ale moi przyjaciele zawsze wybierali miłość, a ja chyba nie potrafiłem się zakochać.

Zastanawiałem nad tym, co powiedziałem Alexowi. Ta myśl towarzyszyła mi od dłuższego czasu, ale dopiero, gdy wypowiedziałem ją na głos, wydawała się nabrać znaczenia. Jakbym wcześniej spychał ją na dno podświadomości, a dopiero teraz ją wydobył. Jak przy użyciu magicznego zaklęcia.

Wywlokłem się spod biurka i wróciłem na krzesło. Poczułem się przytłoczony. Laptop wydawał się moim więzieniem. Jasne meble w klimacie podróży i kawowe ściany były ładne, gdy je kupowałem, ale w tej chwili wydawały mi się za bardzo… znajome. Zbyt dużo czasu spędziłem w pokoju, wychodząc z niego tylko do kuchni albo łazienki. Ewentualnie przedpokoju, by odebrać pizzę czy kurczaka. Alex chyba miał rację. Musiałem stąd wyjść. Musiałem spędzić trochę czasu z ludźmi.

Spojrzałem raz jeszcze na tekst. Cóż za ironia losu, że pisarz tworzący opowiadania BL, pełne pasji i miłości, nie potrafił zbliżyć się ani do dziewczyny, ani do chłopaka. Zaśmiałbym się gorzko, gdybym nie był tak zdołowany.

A jednak byli tacy, co lubili moje książki. Czy to przez pryzmat historii, czy wątków między mężczyznami. Niektórzy kochali moje książki. Trochę im tego zazdrościłem.

Czasami się zastanawiałem, czy mam prawo pisać o miłości, jeżeli dla mnie to było puste słowo otoczone tysiącem górnolotnych frazesów. Wyobrażałem sobie romantyczne spacery, oglądanie zachodów słońca, wspólne pikniki i randki, ale sam nigdy nie byłem ich częścią. Bardziej czujnym obserwatorem stalkującym biedną, homoseksualną parę, by przełożyć ją na karty moich powieści. A może po prostu nie nadawałem się do tego świata? Umiałem go opisywać, ale nie umiałem w nim żyć?

Pokręciłem głową. Znowu za bardzo dałem się porwać myślom. Naprawdę musiałem się od tego uwolnić. Nim jednak to zrobiłem, sprawdziłem tekst jeszcze kilka razy, za każdym zmieniając niektóre zdania, coś kasując, coś dodając. Gdy zdałem sobie sprawę, że znowu wpadam w wir nieustannego poprawiania tekstu, który nie jest zły, zapisałem plik i go zamknąłem, nim w oczy rzuciło mi się kolejne zdanie, które mogłoby być lepsze.

Odpaliłem pocztę i wybrałem kontakt podpisany „edytor”. Załączyłem plik z ostatnimi rozdziałami i chwilę wpatrywałem się w puste miejsce na wiadomość. W końcu zacząłem pisać.

_„Cześć, Alex,_

_Przepraszam za ten dzisiejszy telefon. Fakt, trochę przesadziłem. Stwierdziłem, że spotkam się ze znajomymi, o ile znajdą dla mnie czas. No i chcę zacząć się trochę socjalizować. Obiecuję, że zrobię to, nim zacznę pisać cokolwiek nowego._

_A tymczasem masz tu ostatnie rozdziały. Nie jestem co do nich całkowicie pewny, zakończenie może być trochę przesłodzone, ale w razie czego mogę je skrócić. Na przykład już bez opisu zachodzącego słońca. Powiedz, co o tym myślisz, mogę to jeszcze poprawić, przed deadline’em. A ja postaram się pożyć, nim znowu zatonę w pracy._

_Czekam na odpowiedź._

_Leo”_

Zamknąłem oczy. Nie patrzyłem na laptop, gdy klikałem „wyślij” i jeszcze kilka sekund potem. Dopiero po czasie je otworzyłem. Nad odebranymi mailami pojawił się kadr z informacją o wysłanej wiadomości.

Odetchnąłem z ulgą. Cokolwiek miało się nie stać potem, miałem to już za sobą. Osunąłem się ciężko na krześle i rozmasowałem obolałe ramiona. Dałem sobie chwilę, nim rzuciłem okiem na skrzynkę pocztową, skoro już się zalogowałem. Większość wiadomości było typowym spamem o jeździe próbnej, darmowych próbkach, promocjach na książki i tak dalej. Parę było od fanów o dziwnych treściach i tytułach w rodzaju: „Kocham cię”, „Sprawdzisz mój tekst?”, czy „Jestem ogromną fanką twoich książek”. Uwielbiałem wszystkie te wiadomości, ale teraz nie miałem siły ich czytać. Szczególnie, że od jakiegoś czasu ta bardziej pesymistyczna część mnie przewidywała, że za niewinnie wyglądającymi tytułami maili kryją się groźby śmierci i wyzwiska za „demoralizowanie młodzieży”, jakie zdarzało mi się otrzymywać.

Propozycje od wydawnictw też chwilowo zignorowałem. Usunąłem niepotrzebny spam i w oczy rzuciła mi się wiadomość o tytule: „Projekt — prosimy o pilny kontakt”. W adresie, z którego to przysłali, znajdowała się nazwa znanej firmy elektronicznej „neWord”. Kojarzyłem ją z nowatorskich rozwiązań, popularnych telefonów i innowacji, ale nigdy za bardzo się nią nie interesowałem. Spodziewałem się po prostu chamskiej reklamy, ale coś w tym „prosimy o pilny kontakt” zwróciło moją uwagę na tyle, bym powstrzymał się od usunięcia wiadomości. Przy okazji zganiłem siebie za naiwność, że to może być coś więcej.

Burczenie w brzuchu przypomniało mi, że nadszedł czas obiadu. W każdej innej sytuacji zamówiłbym coś na wynos, ale ukończenie książki sprawiło, że miałem ochotę pobyć trochę z dala od laptopa. Nawet jeżeli tylko w kuchni. Wziąłem telefon i opuściłem pracownię.

W pierwszej chwili słońce prawie mnie oślepiło. Musiałem zasłonić oczy, by uchronić je przed bólem. Już zdążyłem zapomnieć o zasłanianiu rolet, które sprawiały, że nawet w środku dnia było u mnie wyraźnie ciemniej.

Wyjście z pracowni prowadziło prosto na antresolę. Ta z kolei unosiła się nad głównym pokojem, zajmującym cały parter i będącym połączeniem kuchni, jadalni i salonu. Na piętrze miałem w sumie tylko wejście do sypialni, pracowni i kawałek przestrzeni, gdzie urządziłem sobie bibliotekę. Znajdowała się tuż przy lewej ścianie wypełnionej oknami wychodzącymi na panoramę miasta. W teorii całość powinna wyglądać czysto i jasno, ale wszędzie wciąż walały się pudła, luźne stosy książek i codzienne rzeczy, porzucone w połowie przekładania ich do szafek.

Zszedłem na dół, do aneksu kuchennego, by przejrzeć, czy mam cokolwiek, z czego się da zrobić obiad. Trochę jedzenia miałem. Całe szczęście, uwięziony w domu, traktowałem wyjścia do sklepu niemal jak rozrywkę czy sport. A w każdym razie sposób na złapanie trochę świeżego powietrza.

Przypomniawszy sobie o tym, otworzyłem okna, wpuszczając do środka ciepły powiew wiatru. Spojrzałem do lodówki. Znalazłem paczkę sera, którego data ważności powoli dobiegała końca, a w szufladzie z przyprawami udało mi się odnaleźć suszone drożdże. Zdecydowałem się przygotować pizzę, jako nagrodę za ciężką pracę.

Gdy drożdże powoli rosły w piekarniku, wskoczyłem na blat kuchenny, usiadłem na nim po turecku i sięgnąłem po telefon. Wiedziałem, że to kwestia dni, jak nie lepiej, nim znowu wpadnę w wir pracy. Musiałem wykorzystać ten czas, jak radził Alex. Z listy internetowych grup wybrałem tę podpisaną „grupa wypadowa 1”. Nazwa nie była specjalnie kreatywna, ale było to lepsze od podpisu „gówno” obok zdjęcia moich znajomych. Zmiana nazwy nie przypadła wszystkim do gustu, ale finalnie została.

Leo: Hej, chłopaki, mam teraz trochę wolnego, może jakaś impreza? Dawno się nie widzieliśmy.

Matt: A od kiedy pisarze pracują? xD

Przewróciłem oczami po przeczytaniu wiadomości. Matt był tak czarujący, jak zawsze, odkąd go znałem.

Leo: Przynajmniej ja nie siedzę w fotelu, słuchając paplaniny innych ludzi.

Matt: Praca psychologa to zupełnie coś innego!

Leo: Pisarza też. Napisałbyś coś kiedyś, to byś zobaczył.

Matt: Zaproponowałbym ci, żebyś spróbował przeprowadzić terapię, ale z twoim „nienawidzę psychologów”, jakoś sobie tego nie wyobrażam.

Leo: Nie moja wina, totalnie zasłużyliście sobie na moją antypatię.

Matt: O kurwa, pan pisarz zna trudne słowa, no brawo. xD

Leo: To piszesz się na spotkanie?

Matt: Jasne, bardzo chętnie. Piątek?

Sprawdziłem szybko w kalendarzu, jaki mamy dzień tygodnia. Całe szczęście na razie miałem kilka miesięcy spokoju od spotkań autorskich. Pewnie przynajmniej do czasu, aż będzie trzeba promować nową książkę. W każdym razie, najbliższy czas miałem raczej wolny.

Leo: Może być piątek. Jak innym pasuje, to mnie też”

*Dominic dołączył do chatu*

Dominic: O, jakaś impreza?

Matt: Leo wziął wolne od siedzenia przy laptopie. Masz czas w piątek?

Dominic: Tak, kończę pracę o szóstej, to może ósma? U kogo?

Rozejrzałem się po mieszkaniu. Chciałem zaprosić tutaj chłopaków, ale niedobrze mi się robiło na myśl, że w ciągu dwóch dni miałbym ogarnąć to wszystko. A tym bardziej nie chciałem spraszać ich do takiego syfu.

Leo: U mnie odpada. Jeszcze się nie rozpakowałem do końca. Dajcie mi z tydzień, nim zaczniecie do mnie wpadać.

Matt: Może być u mnie.

Dominic: No to ustalone. Ktoś jeszcze ma przyjść?

Matt: Ja biorę swoją dziewczynę, ty możesz wziąć swoją. I może Kenny też? Siódemka to akurat idealnie na małą imprezę.

Skrzywiłem się przy ostatniej wiadomości. Nie oczekiwałem takiego obrotu spraw. Głupio liczyłem na to, że spotkamy się w trójkę, czy czwórkę, w każdym razie w naszym własnym gronie. Szczególnie, że nigdy nie miałem specjalnej okazji (ani zbyt dużej ochoty) bliżej poznać żadnej z nich, a kojarzyłem je tylko z tego, z kim się umawiały.

Znowu naszły mnie melancholijne myśli.

Czy w ogóle miałem prawo oczekiwać od nich, że dalej będziemy po prostu grupą kumpli, a nie całością, w którą wliczały się też ich dziewczyny? Może to było normalne, że w pewnym momencie traktowało się przyjaciół i ich partnerki jako jedność, zamiast pojedynczych jednostek? Chciałem móc się przy nich bawić tak świetnie, jak wtedy, gdy umawialiśmy się tylko z chłopakami, ale jakoś nie umiałem. Czułem się zagubiony i niepotrzebny, nawet jeżeli żaden z przyjaciół z pewnością nie chciałby, żebym się tam czuł.

Kto wie, może łatwiej by mi się żyło, gdybym sypiał z każdym, zmieniał partnerów i partnerki jak rękawiczki i na każdą imprezę brał inną osobę. Wtedy byłbym pewnie jeszcze podziwiany. A teraz byłem tym, co zawsze jest przyczyną nieparzystej liczby osób na przyjęciu.

Matt: Hej, Leo, napisz do Kennego, czy ma czas w piątek, bo pewnie zanim wejdzie na chat, to zdążymy urządzić przyjęcie gwiazdkowe. xD

Leo: Jasne, zaraz do niego napiszę. Ostatnio jest dość zajęty, ale może da radę wpaść.

Matt: To ekstra, widzimy się w piątek. Na razie.

Poświęciłem chwilę na sprawdzenie innych wiadomości i powiadomień na stronach, gdzie byłem zalogowany i spojrzałem na drożdże. Ładnie urosły, piana już prawie zaczęła się wylewać z kubka. Włączyłem jedną ze składanek proponowanych mi przez YouTube’a i zacząłem ugniatać ciasto.

Pogrążając się w myślach, nie mogłem pozbyć się nieprzyjemnego uczucia. Dlaczego byłem taki… taki… taki inny? To wcale nie tak, że chciałem być sam. Bardziej chciałem, żeby wszyscy inni też byli sami. Wtedy spędzałbym czas z osobami, które lubię, a nie z ich osobami towarzyszącymi. To bolało. Tym bardziej, im boleśnie zdawałem sobie sprawę, że to ja jestem problemem, a nie oni.

Dlaczego tylko w książkach życie może być idealne? Każdy kto chciał, znajdował tam swoją miłość, a reszta żyła swoim życiem bez przeczucia, że coś stracili. Jakby to zresztą wyglądało, gdyby pod koniec jedna z pobocznych postaci, która nie ratuje świata i ludzi, nagle by poczuła, że zrobiła za mało? Że nic nie osiągnęła? Że teraz kujon, z którym się przyjaźnili, jest bohaterem, a on zostaje sam. Nie, tego nikt by nie kupił. Co to za happy end, który nie angażuje wszystkich pozytywnych bohaterów?

Włożyłem gotowe ciasto do ciepłego piekarnika i umyłem ręce. Dopiero wtedy przypomniałem sobie o Kennym.

„Hejka. Robimy małą imprezę z Mattem i Dominiciem, chcesz może wpaść?”, napisałem w SMS-ie.

„Jasne, bardzo chętnie! Zabiorę Ginny ze sobą, dobra?”.

Nie chciałem tego. Chciałem mieć kogokolwiek, z kim będę mógł pogadać bez skrępowania, że zaraz jego dziewczyna się upomni o uwagę.

„Jasne. Chyba każdy z chłopaków kogoś przyprowadza”.

Zastanawiałem się czasami, czy męczyła ich wszystkich moja obecność. Czy wykluczają mnie podświadomie, albo nawet nieświadomie, przez mój brak dziewczyny i prawdopodobnie niepewną, ciężką do stwierdzenia orientację? Naszła mnie myśl, ilu aseksualistów ma podobne wątpliwości. Czy wszyscy są tak zagubieni i nieporadni, czy to ja nie umiałem się odnaleźć w tym świecie?

Coś we mnie uderzyło. Coś więcej niż tylko strach i wątpliwości, do których musiałem przywyknąć w najbliższych dniach. Przynajmniej do czasu, aż Alex nie zaakceptuje ostatnich rozdziałów. Teraz to było przeczucie. Luźna myśl, tak niewyraźnie zakorzeniona w moim umyśle, że w pierwszej chwili nie mogłem się jej chwycić.

Nalałem sobie wody do szklanki i chwilę się w nią wpatrywałem.

— A co, jeżeli — zacząłem niepewnie, próbując w brzmieniu mojego głosu wyłapać to, czego szukałem. — Nie jestem jedyny? Jeżeli nie tylko ja nie radzę sobie w życiu? Jeżeli inni też są… zagubieni?

Każde z tych słów wydawało się mieć swoje własne, wyjątkowe brzmienie dźwięczące mi w uszach. Przymknąłem powieki, chwilę skupiając się na ciemności. Nagle nić myśli przemknęła po podświadomości. Chwyciłem się jej desperacko i wyciągnąłem na światło świadomości. Otworzyłem szeroko oczy.

A gdyby tak… napisać historię o osobie aseksualnej? Odseparowanej od tak naturalnej rzeczy, jaką jest seks i nie potrafiącej się odnaleźć wśród seksualnych przyjaciół? Ale homoromantycznej, żeby nie odchodzić od mojego gatunku. Potrafiącej się zakochać, cierpieć z powodu zawodu miłosnego, tym bardziej wyraźnego, gdy nie może drugiej stronie dać tego, czego oczekują wszyscy ludzie seksualni.

Czułem dreszcz ekscytacji przebiegający po skórze. Jakbym jechał pisarskim rollercoasterem. Jeżeli kończenie książki było bagnem, w którym tonąłem, to zaczynanie nowej przypominało kolejkę górską.

Ludzie aseksualni są niewidzialni, nawet jeżeli wszyscy wiedzą, co to słowo oznacza. Dla ludzi seksualnych — abstrakcję. Kogoś pozbawionego uczuć, odciętego od świata, kogoś, kto nie potrzebuje relacji towarzyskich, nie kocha i nie chce być kochany.

_Zupełnie jak ty_, przypomniała mi ta bardziej kąśliwa część natury.

Aseksualny gej? Nie, z tego w literaturze się jeszcze nie korzysta. To byłoby ciekawe. Sporo osób woli jednak romantyczne historie, pełne seksualnego napięcia, ale bez pokazania niczego wprost. Oczywiście z drugiej strony były osoby, które mogłyby czytać same sceny seksu, ale cóż, każdy styl miał swoich przeciwników i zwolenników. Chociaż moja ostatnia powieść była raczej urocza niż perwersyjna, napisanie o aseksualiście byłoby czymś zupełnie nowym. Przynajmniej dla mnie. Tworzenie sytuacji jednoznacznych seksualnie dla odbiorcy, ale zupełnie normalnych i aseksualnych dla głównych bohaterów.

Nie, miałem chwilowo odpuścić pracę. Pokręciłem głową, odrywając się myślami od nowej książki. Przynajmniej do poniedziałku miałem mieć wakacje. Obiecałem to Alexowi. Chociaż pomysł już teraz utknął mi w głowie i wiedziałem, że tak łatwo z niego nie zrezygnuję.

*

Skończyłem przygotowywać pizzę i zjadłem ją przy odpalonym na laptopie filmie. Kusiło, żeby zacząć pisać, ale obiecałem sobie i Alexowi, że zrobię przerwę. Zresztą, sam tego potrzebowałem, żeby chociaż trochę się odciąć od ostatniego tekstu.

Po prostu oglądałem film biograficzny o życiu w arabskim haremie i starałem się nie przekładać tego na potencjalną książkę. Dopiero gdy zjadłem pizzę, film się skończył, a napisy końcowe poinformowały, że główna bohaterka wróciła do rodziny i żyje szczęśliwie, przypomniałem sobie o poczcie i tajemniczej wiadomości, która tam czekała. Nie spodziewałem się niczego konkretnego, ale i tak włączyłem maila, aktualnie jedynego nieotwartego — „Projekt — prosimy o pilny kontakt”.

_Szanowny panie Evans,_

_prosimy o potraktowanie tej wiadomości poważnie. Nie jest to ani reklama, ani żart, nawet jeżeli tak to zabrzmi._

_Został Pan wytypowany do specjalnego programu finansowanego przez neWord. Nasi specjaliści przejrzeli Pana książki i stwierdzili, że doskonale nadaje się Pan do zadania, które chcielibyśmy powierzyć. Jest ono bardzo odpowiedzialne i wymaga dużej cierpliwości oraz wrażliwości. Uznaliśmy, że Pańskie zdolności do opisywania i postrzegania świata idealnie się do tego nadadzą. Szczegóły pozna Pan, gdy wyrazi Pan zainteresowanie projektem. Zapraszamy na stawienie się w naszym biurze w poniedziałek o godzinę szóstej wieczorem. Prosimy o potwierdzenie daty spotkania w odpowiedzi na tego maila albo dzwoniąc na podany numer telefonu._

_Pozdrawiamy i czekamy na kontakt._

_NeWord_

Wpatrywałem się w wiadomość dłuższy czas. Brzmiała całkiem wiarygodnie, chociaż nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to jakiś dziwny żart. Bo co niby miałem wspólnego z elektroniką? I na co im moje zdolności w opisywaniu świata?

Próbowałem wymyślić jakieś racjonalne wyjaśnienie, dlaczego właściwie mogliby mnie potrzebować. Może tworzyli jakąś aplikację dla niewidomych, która opisuje rzeczywistość? Albo jakiś laptop skierowany domyślnie dla pisarzy?

Szukałem rozwiązań i odpowiedzi, by utwierdzić się w przekonaniu, że to coś więcej niż żart. Gdyby ten mail nie brzmiał tak poważnie, naprawdę pomyślałbym, że to tylko reklama. A może za dużo sobie obiecywałem? Może po prostu liczyli na jakąś współpracę? Może chcieli pojawić się w jednej z moich książek, a ja niepotrzebnie sobie dopowiadałem ukryte znaczenie? Targany wątpliwościami sięgnąłem po telefon i wystukałem na nim numer podany w mailu.

— Biuro neWord, w czym mogę służyć? — Usłyszałem uprzejmy, kobiecy głos, wysoki i pogodny.

— Umm… Dzień dobry, czy to firma neWord? — powiedziałem pierwsze, co przyszło mi na myśl i od razu tego pożałowałem, czując, jak zaczynam się peszyć i stresować. Szczęśliwie kobieta po drugiej stronie telefonu uprzejmie zignorowała moją nieporadność.

— Tak, w czym mogę pomóc?

— Emm… Dostałem maila z państwa biura. Nazywam się Leo Evans i…

— Oczywiście, rozumiem. Dostałam informację, że powinnam spodziewać się telefonu od pana. Chciał pan potwierdzić wizytę czy poprosić o jej przełożenie?

— Ja… yyy… Chciałem się dowiedzieć, o co w tym chodzi… — Byłem skołowany, nie wiedziałem, czego się spodziewać i właściwie w jakiej dokładnie sprawie dzwonię.

— Wszystkiego dowie się pan na spotkaniu. Czy godzina zaproponowana w mailu panu odpowiada?

Tajemniczość całej tej sytuacji tylko bardziej mnie intrygowała. Czułem, że zaczynam się niezdrowo ekscytować, jakbym faktycznie mógł oczekiwać czegoś niesamowitego. Pewnie przez to nie mogłem się zmusić do innej odpowiedzi.

— Cóż, wydaje mi się, że tak…

— Jest pan zainteresowany przyjściem? Pojawienie się na spotkaniu nie jest równe ze zgodą na wzięcie udziału w projekcie.

— W takim razie… Tak, chciałem potwierdzić moje przyjście.

— Doskonale. Czekamy w takim razie na pana w poniedziałek o szóstej wieczorem w głównym biurze neWord. Dokładny adres dostał pan w mailu. Na koniec prosiłabym w imieniu całego biura, żeby w miarę możliwości nie mówił pan nikomu o tym spotkaniu. Dyskrecja w tym wypadku jest dla nas kluczowa. Nie stanowi to problemu? — Na końcu jej wypowiedzi z pewnością był znak zapytania, ale powiedziała to tonem, który sugerował, że to nie miało prawa stanowić problemu.

— Czemu właściwie?

— Ten projekt jest dość poufny. Jeżeli opowie pan komuś o nim, nie będziemy mogli z panem współpracować. Rozumie pan?

— Tak, rozumiem.

— Cieszę się. Czy mogę pomóc w czymś jeszcze?

— Nie, chyba nie. Dziękuję.

— Ja również. Do zobaczenia w poniedziałek.

Dziewczyna się rozłączyła, a ja wciąż stałem, lekko oszołomiony, ze słuchawką przy uchu. To wszystko faktycznie brzmiało tak abstrakcyjnie, czy to ja byłem przewrażliwiony? Może tego typu firmy współpracowały z pisarzami, a po prostu ja się nigdy tym nie interesowałem? W teorii było to całkiem możliwe. Jako pisarz gatunku boys love rzadko dostawałem jakiekolwiek inne propozycje współpracy, niż wydania moich tekstów.

Zżerała mnie ciekawość, ale póki co musiałem uzbroić się w cierpliwość. Potrzebowałem sobie zająć kilka najbliższych dni, przynajmniej do piątku, by nie myśleć za dużo o pisaniu. Spojrzałem na stertę książek czekających na swoją kolej na szafce nocnej i już wiedziałem, co zrobić, by czas szybciej mijał.Rozdział 8

Z błogich objęć snu bezlitośnie próbował wyrwać mnie budzik. Przerzucałem się z boku na bok, starając pozostać w świecie sennych marzeń. Niestety, dźwięk alarmu jak na złość nie chciał zamilknąć.

Wyciągnąłem rękę i na oślep chciałem włączyć drzemkę. Nim zdążyłem to zrobić, muzyka zamilkła. Ściągnąłem poduszkę z głowy i podniosłem wzrok. Mimo zaspania, spodziewałem się zobaczyć Cole’a przy moim łóżku, więc zdziwiłem się, gdy go tam nie było.

Ledwo dostrzegłem w kącie ruch, tuż poza zasięgiem mojego wzroku. Zarejestrowałem wysoką postać i podskoczyłem przerażony, nim rozpoznałem w niej androida. Przyłożyłem dłoń do piersi i westchnąłem. Jakby maraton horrorów nie wystraszył mnie już wystarczająco…

Spojrzałem na postać zmęczony i lekko skołowany. Przetarłem oczy i z trudem usiadłem na łóżku. Cole wyglądał nieco niepokojąco, wpatrując się we mnie z daleka. Nie potrafiłem stwierdzić, czy nie wygląda jeszcze bardziej przerażająco niż gdy był tuż przy moim łóżku.

— Dlaczego tam stoisz?

— Powiedziałeś, że mam nie stać przy tobie, gdy się budzisz. Czy taka odległość jest wystarczająca, żebyś czuł się komfortowo?

Milczałem. Walczyłem z frustracją, trzymając łokcie oparte na kolanach, a na splecionych dłoniach opierając twarz. Zastanawiałem się, czy w ogóle miałem siłę, żeby mu cokolwiek tłumaczyć. Dla własnego dobra psychicznego powinienem, ale było na to zdecydowanie za wcześnie.

— Tak, może być. Ale nie stój tak nigdy w nocy, bo dostanę zawału. Chwila…

Rozejrzałem się po pokoju, gdy do rozbudzonego umysłu dotarła myśl, która powinna pojawić się w mojej głowie na samym początku.

— Cole…

— Tak, Leo?

— Czy nie zasypiałem na dole, na kanapie?

— Tak, Leo.

Wziąłem kolejny głęboki wdech. Żeby zadać następne pytanie musiałem zachować całkowity spokój, inaczej naprawdę mógłbym się wkurzyć.

— Czy ty zaniosłeś mnie do łóżka?

— Tak, Leo.

Spodziewałem się tej odpowiedzi. Właściwie nie oczekiwałem żadnej innej. Jakoś nagle minęła mi senność.

Wziąłem kilka głębszych wdechów i przetarłem oczy, nim spojrzałem znowu na Cole’a, powściągając irytację.

— To jest, kurwa, przerażające.

— Dlaczego?

— Bo… bo po prostu to jest przerażające. Dorosły facet może nieść drugiego faceta tylko wtedy, gdy ten pierwszy jest pijany albo umiera.

— Rozumiem. Co powinienem w takim razie zrobić następnym razem, gdy zaśniesz na kanapie?

— Obudzić mnie! — Wziąłem kolejny głęboki wdech. — Albo zwyczajnie tam zostawić. Następnym razem, gdy zasnę, możesz zająć moje łóżko. Albo… nie wiem, zrzucić mnie na ziemię, przynieść koc… cokolwiek, byle nie to.

— Dobrze. — Przytaknął krótko. Był naprawdę niemożliwie niemożliwy. — Przygotowałem śniadanie.

— Mhmm… Zaraz zejdę. Możesz poczekać na mnie na dole?

— Oczywiście.

Dopiero, gdy wyszedł, pozwoliłem sobie na delikatny uśmiech, który dotychczas ukrywałem dłońmi. Zagryzłem dolną wargę, powstrzymując się od śmiechu. Nawet nie wiedziałem, skąd u mnie to rozbawienie. Jeszcze chwilę temu byłem wściekły. Przyzwyczajając się do Cole’a, jednocześnie coraz bardziej i coraz mniej wkurzałem się na jego dziwaczne zachowania, a te wydały mi się coraz zabawniejsze, gdy o nich myślałem na spokojnie. I… cóż, na swój pokręcony sposób było to wyjątkowe. Nienawidziłem się za to, że tak mnie to bawiło, ale z dnia na dzień chyba coraz bardziej zaczynałem lubić androida. Zacząłem się nawet obawiać, że przez te trzy miesiące tak się do tego przyzwyczaję, że będę za tym tęsknił. No bo… kto inny zachowywał się jak Cole? Na swój nieporadnie-irytująco-uroczy sposób był naprawdę wyjątkowy. Nawet nie rzucił żadnym złośliwym komentarzem, gdy kleiłem się do niego pół wieczoru.

Zarumieniłem się nagle, gdy przypomniałem sobie wczorajszy maraton. Nie mogłem nic poradzić na to, że byłem tchórzem, ale gdy teraz odtwarzałem sobie ten wieczór, czułem ogromne zażenowanie. Czy Cole uważał to za żałosne, czy całkowicie normalne, należały mu się chyba przeprosiny.

Poszedłem do łazienki i przemyłem twarz, by się rozbudzić, nim zszedłem na dół. Android już czekał na swoim miejscu, z parującym kubkiem herbaty stojącym przed nim.

— Umm… Cole, mam sprawę. — Usiadłem naprzeciwko niego i wbiłem speszony wzrok w kawę. — Czy możemy porozmawiać o wczorajszym wieczorze?

— Oczywiście. Myślę, że będzie to nawet dość adekwatne. Warto byłoby omówić filmy, które wczoraj obejrzeliśmy.

— Nie, nie o to chodzi.

Moje zażenowanie było coraz bardziej widoczne na czerwieniejącej twarzy. Gdybym rozmawiał z kimkolwiek innym, łudziłbym się, że tego nie zobaczy, ale wiedziałem, że android widział moje speszenie na długo, nim zacząłem się rumienić.

— Słuchaj, chciałem powiedzieć tylko, że jest mi trochę głupio, jeżeli chodzi o wczorajsze sytuacje przy horrorze. A właściwie to… o moje zachowanie — mówiłem coraz mniej pewnie, wpatrując się w napój. Wiedziałem, że Cole nawet nie wie, że zrobiłem coś, co może nie było do końca w porządku dla heteroseksualnego faceta. Czułem jednak, że muszę mu to powiedzieć. — Wiem, że pewnie ci to nie przeszkadzało, ale to, że, no wiesz, chowałem się za tobą i trochę… trochę się do ciebie kleiłem. Przepraszam…

Nie sądziłem, że powiedzenie tego będzie aż tak trudne. Miałem świadomość, że Cole nie ma mi nic za złe i nawet nie wie, że to mogłoby być coś dziwnego, ale i tak czułem się źle, że postawiłem go w takiej sytuacji.

— Nie rozumiem. Co nietaktownego było w twoim wczorajszym zachowaniu?

— No że… Ogólnie wiesz… Społeczeństwo uważa, że mężczyźni nie powinni za bardzo się do siebie zbliżać. Gdybym zachowywał się podobnie w miejscu publicznym, wiele osób mogłoby mieć o to pretensje.

Milczał chwilę, wpatrzony w przestrzeń, jakby analizując wczorajszy wieczór. Dopiero potem znowu spojrzał na mnie.

— Wciąż nie rozumiem. Twoje zachowanie podyktowane było naturalnym odruchem, jakim jest strach. Nie zarejestrowałem żadnych dwuznacznych odruchów.

— Po prostu… wolałem się upewnić, czy to jest w porządku dla ciebie. Wiesz, w tego typu bliskości tak ogólnie… nie ma nic złego. — Starannie dobierałem słowa, próbując jak najlepiej wyjaśnić androidowi zawiłości uwarunkowań kulturowych. — Ale… wielu mężczyzn poczułoby się niekomfortowo w takiej sytuacji, bo… no nie życzą sobie fizycznego kontaktu z drugim mężczyzną. Kwestia… przestrzeni osobistej jest bardzo umowna i zależy od wielu czynników.

— Nie powinienem w przyszłości pozwolić ci na taką bliskość?

— Nie, chodzi o coś zupełnie innego. Nie powinieneś pozwalać na to obcym ludziom. Czekaj, może tak… Poziom bliskości, na jaki powinieneś zezwalać innym, zależy od tego, jak zażyłą relację macie.

— Odniosłem wrażenie, że nasza relacja jest wystarczająco bliska, by tego typu zachowania były normalne. Jeżeli podświadomie uznałeś, że jesteś gotowy na traktowanie mnie jako wsparcie w takiej sytuacji, powinienem chyba odpłacić się tym samym, prawda?

— Cóż, chyba tak.

— Rozumiem. Będę w takim razie zachowywał bezpieczny dystans w stosunku do obcych ludzi. Jednak jeżeli chodzi o ciebie, wzorując się na zachowaniach ludzi, wydaje mi się, że powinieneś być dla mnie wystarczająco bliską osobą, żeby taki dotyk nie powodował we mnie wrażenia dyskomfortu, gdybym był w stanie takowy odczuwać.

— Cóż, dobrze, że o tym porozmawialiśmy i nie masz mi tego za złe. Chciałeś porozmawiać o tym filmach…

Modliłem w myślach, żeby Cole nie próbował ciągnąć wcześniejszego tematu. Ku mojej uldze, nie zrobił tego.

— Tak, mam dokładnie trzydzieści cztery pytania nawiązujące do waszych zwyczajów i zachowań, jeżeli to nie problem. Po pierwsze, chciałbym zrozumieć, skąd u was potrzeba zejścia do ciemnej piwnicy, w momencie, gdy w domu dzieją się dziwne rzeczy, a stamtąd słychać niepokojące dźwięki?

Uśmiechnąłem się rozbawiony, nie mogąc się po prostu powstrzymać. Czasami nie wiedziałem, czy bardziej zabawna była jego nieporadność życiowa, czy tłumaczenie mu idiotycznych rzeczy, które robią ludzie. Może w świecie, gdzie my i roboty by koegzystowały razem, to ludzie byliby tymi dziwnymi?

Dzień zapowiadał się naprawdę pięknie. Poranne promienie słońca wpadały przez wielkie, świeżo umyte okna, kawa zrobiona przez Cole’a była pyszna i aromatyczna, miałem wenę do pisania, moja nowa książka zapowiadała się całkiem obiecująco, a w najbliższych dniach miałem się spotkać z kumplami, jak za starych, dobrych czasów. Szkoda tylko, ze Kenny wciąż nie dał znać, czy zamierza przyjść czy nie. Albo raczej — czy zamierza przyjść, skoro jego dziewczyna nie jest zaproszona — ale nie zamierzałem się tym przejmować. Wcześniejsza niepewność i lęk związany z Colem jakoś mi przeszły.

Patrząc na widoki za oknem, pierwszy raz od dłuższego czasu pomyślałem sobie, że życie wcale nie jest aż tak beznadziejne, jak mi się wydawało.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij