Mój mąż - ebook
Główna bohaterka, mężatka z piętnastoletnim stażem, wiedzie życie z pozoru spełnione - dom, dwoje dzieci, sukces społeczny - wciąż kocha swojego męża. Ale miłość przeradza się w obsesję: kobieta skrupulatnie notuje winy męża, robi mu testy, karze go i manipuluje nim. Od poniedziałku do niedzieli eskaluje napięcie, co czytelni obserwuje od środka, śledząc jej paranoiczne myśli i żale.
Ventura tworzy portret koszmaru wewnętrznego i związanego z oczekiwaniami, niedopowiedzeniami i pragnieniami perfekcji. Mój mąż to powieść zabawna, lecz zimna; prowokująca refleksję o tym, kiedy granica między troską a obsesją zostaje przekroczona.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8449-100-3 |
| Rozmiar pliku: | 5,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Kocham go jak w pierwszych dniach naszej znajomości, miłością młodzieńczą i anachroniczną. Kocham go, jakbym miała piętnaście lat, jakbyśmy dopiero co się poznali, jakbyśmy nie mieli żadnych zobowiązań, ani domu, ani dzieci. Kocham go tak, jakby nikt mnie nigdy nie porzucił, jakbym nie dostała żadnej nauczki, jakby to on był pierwszy, jakbym miała umrzeć w niedzielę.
Żyję w obawie, że go stracę. W każdej sekundzie lękam się, że okoliczności okażą się niesprzyjające. Zabezpieczam się przed zagrożeniami, które nie istnieją.
Moja miłość do niego nie przeszła naturalnej ewolucji: namiętność pierwszych chwil nigdy nie przerodziła się w spokojne przywiązanie. Myślę o moim mężu przez cały czas, miałabym ochotę przesyłać mu wiadomości z każdego etapu swojego dnia, wyobrażam sobie, że każdego ranka mówię mu, jak go kocham, i marzę, że kochamy się każdego wieczoru. Powstrzymuję się przed tym, bo muszę być również żoną i matką. To już nie wiek na zabawę w zakochanie. Namiętność jest niestosowna, kiedy w domu czeka dwoje dzieci, jest nie na miejscu po tylu latach spędzonych razem. Wiem, że muszę się kontrolować, żeby kochać.
Zazdroszczę miłości zakazanej, pasji przełamującej normy, niemożliwej do przeżywania w świetle dziennym. Zazdroszczę miłości, która wcale – albo już – nie jest wzajemna, takiej, kiedy serce bije tylko w jednym kierunku, bez tego bijącego serca po drugiej stronie. Zazdroszczę wdowom, kochankom i kobietom porzuconym, ponieważ sama od piętnastu lat żyję w ciągłym paradoksalnym nieszczęściu kochania ze wzajemnością i zaznaję namiętności, która nie natrafia na widoczne przeszkody.
Ileż to razy miałam nadzieję, że mój mąż mnie okłamie, zdradzi lub opuści: łatwiej jest występować w roli załamanej rozwódki. Została już dawno napisana. Ktoś odegrał ją tysiące razy.
Po świecie chodzą miliony kochanków o złamanym sercu, którzy biadają po stracie lub odrzuceniu. Ale nie znam żadnej powieści, filmu ani wiersza, które mogłyby mi posłużyć za przykład tego, jak kochać lepiej i mniej. Nie znam bohaterki żadnej sztuki teatralnej, która pokazałaby mi, jak się do tego zabrać. Nie znajduję przykładów cierpień podobnych do moich.
Nie mam też czym ich ukoić, ponieważ mój mąż dał mi wszystko. Wiem, że spędzimy razem życie. Jestem matką dwojga jego dzieci. Nie mogę mieć nadziei na nic więcej, na nic lepszego, a jednak odczuwam ogromny brak i oczekuję, że on go wypełni. Ale jaki dom, jakie dziecko, jaki klejnot, jaka deklaracja, jaka podróż, jaki gest z jego strony mogłyby wypełnić to, co i tak jest już pełne?Kiedy co poniedziałek przekraczam próg szkoły, nie ma we mnie śladu znużenia. Od blisko piętnastu lat uczę angielskiego i nigdy nie zapominam, dlaczego tak bardzo lubię swoją pracę. Przez godzinę pozostaję w centrum uwagi, jestem panią czasu, mój głos wypełnia przestrzeń. Zajmuję się również tłumaczeniami dla pewnego wydawnictwa. Być może właśnie takie podwójne życie sprawiło, że wciąż z równym zapałem niosę kaganek oświaty.
Na parkingu zarezerwowanym dla nauczycieli wpadam na dyrektora szkoły. Rozmawiamy przez chwilę, po czym następuje moment, na który czekałam: pytanie o m o j e g o m ę ż a. Odpowiadam, że mój mąż ma się doskonale. Te dwa słowa nadal działają na mnie tak samo, mimo trzynastu lat małżeństwa. Dreszcz dumy, kiedy mówię na przyjęciu, że „mój mąż pracuje w branży finansowej”, kiedy przed bramą szkoły uprzedzam panią, że „mój mąż odbierze dzieci w czwartek”, kiedy idę do cukierni i oznajmiam, że „mój mąż złożył zamówienie we wtorek”, kiedy mówię z udawaną obojętnością (bo w rzeczywistości uważam tę rzecz za niesłychanie romantyczną), że „poznałam mojego męża przypadkiem na koncercie rockowym” – robię to, kiedy ktoś mnie pyta, jak się poznaliśmy. Mój mąż nie ma już imienia, jest moim mężem, należy do mnie.
Poniedziałek to od zawsze mój ulubiony dzień. Czasami spowija go głęboki, królewski błękit, granat ciemny jak nocne niebo, a czasami błękit egipski lub szafir. Ale częściej poniedziałek przyobleka się w praktyczny, niedrogi, motywujący niebieski kolor długopisów Bic oraz segregatorów moich uczniów, jak też niewymyślnych ubrań, które pasują do wszystkiego. Poniedziałek to także dzień etykiet, dobrych postanowień i pudełek do przechowywania. Dzień przemyślanych wyborów i rozsądnych decyzji. Ktoś kiedyś mi powiedział, że tylko prymuska może lubić poniedziałki – bo tylko intelektualista potrafi cieszyć się z końca weekendu. To może być prawdą. Ale widzę tu przede wszystkim związek z tym, że uwielbiam początki. W książkach zawsze najbardziej podobały mi się pierwsze rozdziały. W filmach – pierwsze piętnaście minut. W teatrze – pierwszy akt. Lubię sytuacje początkowe. Każdy jest na swoim miejscu, w świecie, który znajduje się w stanie równowagi.
Około południa daję uczniom tekst do przeczytania. Następnie proszę, żeby kolejno się wypowiedzieli. Wypisuję słówka na tablicy, podaję wyrażenia potrzebne do komunikowania się (upajające poczucie mocy). We fragmencie, który dziś analizujemy, jedna z postaci nosi to samo imię co mój mąż. Serce trzepocze mi za każdym razem, gdy widzę je na piśmie lub słyszę z ust ucznia. Potem tłumaczymy i komentujemy wymianę przysiąg między dwojgiem narzeczonych. Moi uczniowie znają tę anglosaską tradycję, często wykorzystywaną w serialach amerykańskich (i często przerywaną pojawieniem się dawnego kochanka, który chciałby wrócić do łask). To okazja do przestudiowania zastosowań czasownika posiłkowego w jakże wyczekiwanej odpowiedzi: I do – „Tak, chcę”.
Podczas gdy ostatni uczniowie wychodzą z klasy, otwieram okna, aby pozbyć się zaduchu końca lekcji, swoistej mieszanki potu i markera do tablicy. Są w niej również perfumy – przesłodzone (używane przez dziewczęta) i mocno piżmowe (używane przez chłopców). Nastoletnie hormony przepadają za koncentratami zapachowymi z półek supermarketu. Może właśnie takie perfumy powinnam kupować dla siebie… Od miesięcy skrapiam się kompozycją z małej firmy perfumiarskiej dla wtajemniczonych – miałam nadzieję, że będzie emanować seksem, a tymczasem na mojej skórze okazuje się beznadziejnie bezpretensjonalna. Skąd niby człowiek, który ma szesnaście lat, miałby wiedzieć, jakie perfumy są modne? Mogłabym wymyślić ćwiczenia na temat zapachów i poprosić uczniów o opisanie swoich wód toaletowych, co byłoby pouczające zarówno dla mnie (pomysły na nowe perfumy), jak i dla nich (wzbogacenie ich słownictwa olfaktorycznego).Kiedy byłam w szkole, przyszła Rosa i posprzątała. Staram się wszystko tak ustawiać, żebyśmy na siebie nie wpadały, bo nigdy nie wiem, co powiedzieć; nie mam swobody osób, które są zamożne na tyle długo, by umieć rozmawiać ze swoją sprzątaczką – przyglądania się temu, jak pucuje mój dom, nigdy nie uznawałam za naturalny porządek rzeczy.
W łazience unosi się przyjemna woń czystości – tak pachną puszyste ręczniki potraktowane płynem do prania i czyste prześcieradła z lnu, tym miększe, im częściej wyścielają nasze łóżka. Z dużego lustra w przedpokoju zniknęły ślady palców. Lśnią ceglaste płytki podłogowe w kuchni.
Rzeźby na kominku, wełniany koc na kanapie, świece na półce, książki w bibliotece, stosik czasopism o sztuce na stoliku do kawy, ramki ze zdjęciami wzdłuż schodów: wszystko jest tam, gdzie powinno być. Nawet kwiaty z targu stoją jakoś bardziej wyprostowane na honorowym miejscu, pośrodku stołu w jadalni. Jestem pewna, że Rosa oberwała kilka liści i poprzestawiała łodyżki, aby bukiet lepiej się prezentował.
Wczoraj po południu mój mąż poszedł na targ. Wzrusza mnie obfitość jedzenia w naszej kuchni: na blacie ciasto drożdżowe i dżem, kosz na owoce pełen moreli i brzoskwiń. Wiem, że to głupie, ale im większe zakupy przynosi do domu mój mąż, tym mocniej wierzę, że mnie kocha. Tak jakby inwestował w nas jako parę. Kiedy co niedzielę wraca z targu, mogę, jak sprzedawca jarzyn, który kolejno waży małe papierowe torebki, zmierzyć jego miłość na podstawie kwoty paragonu wrzuconego na dno torby z zakupami. W lodówce znajduję jarzyny i mięso, tapenadę od naszego sprzedawcy oliwek, sałatkę z grejpfruta i miąższu kraba z delikatesów, dużo różnych serów. Kuchnia pełna wiktuałów sprawia, że moje serce bije szybciej.
14.30. Trochę za wcześnie na odbieranie poczty, ale niewiele ryzykuję, jeżeli zejdę już teraz. Biorę kluczyk, który ukrywam na drugim dnie szkatułki z biżuterią, przebiegam alejkę – brzuch mnie boli ze stresu – otwieram skrzynkę na listy, z ulgą odkrywam trzy przesyłki bez jakichkolwiek niepokojących lub niezwykłych cech (nie widzę żadnego odręcznego listu ani koperty bez znaczka). Podnoszę wzrok i zdaję sobie sprawę, że sąsiad obserwuje mnie z odległości kilku metrów. Spanikowana, mówię mu „dzień dobry” i biegiem wracam do środka.
Potrzebuję kilku minut, żeby odzyskać spokój. Wiem, że właśnie w takich momentach najłatwiej popełnić błąd. Więc biorę się w garść. Odkładam klucz na drugie dno szkatułki, obok pierścionka, który błyszczy prawie jak nowy, choć z czasem trochę się utlenił. Ma niemal dwadzieścia lat, trzymam go ze względów sentymentalnych, pomimo ryzyka, którego jestem świadoma. Co by było, gdyby tak mój mąż znalazł ten pierścionek? Jak bym mu wytłumaczyła, że posiadam diament niemal identyczny z tym, który podarował mi w dniu oświadczyn?
Ale moje życie przed nim to nie jego sprawa. Nie muszę mu wszystkiego mówić: trwałe pary to te, w których każdy pozostaje nieco tajemniczy. I tak na przykład kilka miesięcy po tym, jak się poznaliśmy, opuściłam go. W czasie dwutygodniowej przerwy wpadłam znów w ramiona swojego byłego, Adriena. Pojechaliśmy pociągiem nad morze. Pewnego ranka zostawiłam jednak Adrienowi na poduszce parę słów i ruszyłam z powrotem do mężczyzny, który miał zostać moim mężem. On zaś nie musi wiedzieć, co się wydarzyło podczas tych dwóch tygodni wahań.