Mój sąsiad wróg. Tom 2 - ebook
Kontynuacja wstrząsającej opowieści o miłości ponad podziałami i cenie, jaką trzeba za nią zapłacić.
Historia, religia i ideologia wdarły się w życie Erzsébet i Hassana w okrutny sposób. Weszły w ich codzienność, gwałtownie niszcząc poczucie bezpieczeństwa i zmuszając ich do podejmowania decyzji, które w innych warunkach nigdy nie musiałyby zapaść. To historia niezwykłej rodziny stworzonej z miłości żydówki i muzułmanina, żyjących w świecie, który każe im się nienawidzić. Złamanie tego nakazu ma potężne konsekwencje. Ziemia obiecana, w której oboje żyli, nie dotrzymała obietnicy szczęścia i pokoju.
Izraelczycy i Palestyńczycy żyją obok siebie, często w bezpośrednim sąsiedztwie. Obie społeczności mają za sobą doświadczenia masowej śmierci, przesiedleń i traumy. W obu są ludzie próbujący żyć normalnie, unikać przemocy i wychowywać dzieci. Są też tacy, dla których wojna stała się codziennością, pracą lub sposobem na nadanie sensu własnemu życiu.
Sytuacja na Bliskim Wschodzie jest skomplikowana politycznie i historycznie. Najlepiej zrozumieć ją, poznając prawdziwą historię ludzi, na których życie wpłynęła w drastyczny sposób. Dla świata Zachodu to konflikt dziejący się gdzieś daleko i w mediach społecznościowych. Niepojęty i obcy, a jednak bardzo obecny w naszym życiu.
Marcin Margielewski przybliża go w unikalny sposób. Nie słucha polityków, daje głos ludziom, którzy są ich ofiarami.
Marcin Margielewski – pracował jako dziennikarz radiowy, prasowy i telewizyjny. Przez dziesięć lat podróżował, mieszkając między innymi w Wielkiej Brytanii, Dubaju, Kuwejcie i Arabii Saudyjskiej. Był dyrektorem kreatywnym kilku światowych marek. Autor bestsellerowych książek: „Jak podrywają szejkowie” (2019), „Była arabską stewardesą” (2019), „Zaginione arabskie księżniczki” (2020), „Tajemnice hoteli Dubaju” (2020), „Urodziłam dziecko szejka” (2020), trzytomowej serii „Niewolnicy” (2021), „Porzuciłam islam, muszę umrzeć” (2022), „Wyrwana z piekła talibów” (2022), „Kłamstwa arabskich szejków” (2022), „Zaginiony arabski książę” (2023), „Piekło kobiet Iranu” (2023), „Handlarze arabskich niewolników” (2023), „Sekrety arabskich kurortów” (2023), „Luksus arabskich pałaców” – tom 1 i 2 (2024), „Szofer arabskich bogaczy” (2024), „Tajemnice arabskich szpitali” – tom 1 i 2 (2025), „Zakazana arabska miłość” (2025), „Arabscy influencerzy. Zbrodnia i sława” (2025) oraz „Mój sąsiad wróg” - tom 1 (2025).
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8444-558-7 |
| Rozmiar pliku: | 606 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zgodnie z zasadami języka polskiego nazwy narodów, grup etnicznych i plemion zapisujemy dużą literą. W przypadku Arabów nie ma wątpliwości, choć nie są oni narodem – są grupą etniczną.
W przypadku żydów jest inaczej. Chociaż często można się spotkać z formą „Żyd”, jest ona używana nieco wbrew zasadom, bo żydzi nie są ani narodem, ani grupą etniczną, ani plemieniem. Są wyznawcami religii judaistycznej i tak jak katolicy, chrześcijanie i muzułmanie zgodnie z zasadami polskiej ortografii powinni być zapisywani małą literą.
Izraelczycy to naród – zapisuje się ich dużą literą. Żydzi narodem nie są. Syjonistyczna ideologia, która każe nam sądzić inaczej, powstała dopiero pod koniec XIX wieku. Syjoniści próbowali sprowadzić tradycyjne rozumienie „bycia żydem” z bycia członkiem wspólnoty religijnej do bycia przedstawicielem narodu-państwa – i tak „nowego żyda” utożsamiali z obywatelem Izraela, mówiącym po hebrajsku. To po prostu polityczna manipulacja, nacjonalistyczna propaganda i szantaż emocjonalny.
Sam język hebrajski w formie, jaką znamy dzisiaj, też jest „wynalazkiem” syjonistów. Przez blisko dwa tysiące lat hebrajski istniał wyłącznie w zapisie jako język liturgii, modlitw, tekstów religijnych i literackich – nie jako język codziennej komunikacji. Decyzję o tym, że będzie on oficjalnym językiem żydowskim, podjęli pod koniec XIX wieku członkowie ruchu syjonistycznego. I nie bez oporu żydów. Większość z nich mówiła w innych językach, w tym głównie w jidysz, a ci ortodoksyjni używanie hebrajskiego poza liturgią uważali za świętokradztwo. Mimo protestów po ogłoszeniu państwa Izrael to właśnie hebrajski został jego językiem urzędowym.
Zapis zgodnie z logiką przyjętą przez polskich językoznawców (narody, grupy etniczne i plemiona) – choć jednocześnie wbrew ich zaleceniom (tak, trudno to zrozumieć) – będzie obowiązywał w tej książce. Jest to wyłącznie moja decyzja. Nie jest ona przejawem antysemityzmu, a próbą zaprowadzenia porządku i zdystansowania się od syjonistycznej propagandy.
A skoro już jesteśmy przy antysemityzmie… „Bycie żydem” dziś nie oznacza automatycznie „bycia Semitą”. Ze względu na ogromną diasporę, wielopokoleniowe mieszanki etniczne i historyczne migracje żydzi nie są jednolici. Bycie żydem nie jest tożsame z byciem Semitą. Semitami na pewno są Palestyńczycy – a największymi antysemitami ci, którzy ich wypędzają i eksterminują.
Marcin MargielewskiProlog
W tomie pierwszym…
Narratorem tej przejmującej opowieści o pamięci, winie, zbrodniach przeciwko człowiekowi i narracjach, które fałszują historię, jest Yasir Elbaz, wnuk niezwykłej żydówki i poczciwego Palestyńczyka, których on sam nazywa babcią Eli i dziadkiem Hassanem. Ich losy są dowodem na to, że miłość bywa aktem sprzeciwu, a prywatne wybory mogą stawiać czoła wielkim ideologiom, choć często przychodzi za to zapłacić wysoką cenę.
Babcia Eli, głęboko religijna, całe życie niesie w sobie przekonanie o klątwie – karze za miłość, która „nie powinna się wydarzyć”. Jej wiara daje nadzieję i tłumaczy jej cierpienie jako zasłużone.
Babcia Eli urodziła się w Rumunii, w żydowskiej rodzinie braszowskiego adwokata jako Erzsébet. Jej mama – cierpiąca na niezdiagnozowaną chorobę psychiczną – genialna matematyczka poświęciła się edukacji domowej swoich dzieci. Oprócz córki para ma jeszcze pięć lat młodszego synka Josifa, zwanego Josselem.
Przychodzi jednak czas, gdy nad europejskimi żydami zbierają się nazistowskie chmury. Siostra matki, ciotka Ester, namawia rodzinę do wyjazdu, jednak bezskutecznie. Sama wyrusza do Portugalii, skąd jeszcze przed końcem wojny emigruje do Palestyny, mającej wkrótce w dużej części zmienić się w Izrael.
Ojciec dzieci pada ofiarą pogromu, a matka załamuje się po jego śmierci i popełnia samobójstwo. Dzieci trafiają do sierocińca, z którego Josif szybko zostaje adoptowany przez zamożną rodzinę.
Po kilku koszmarnych latach spędzonych w sierocińcu dorosła już Erzsébet również decyduje się na rejs do Palestyny. Ma nadzieję, że spotka w niej swojego młodszego brata, tym bardziej że w dniu jej śmierci obiecała matce się nim zaopiekować.
Nowy kraj nie wita jej jednak z otwartymi ramionami. Dziewczyna trafia do obozu dla nielegalnych imigrantów, a z niego – do kibucu. To w nim poznaje młodego Palestyńczyka Hassana, przygarniętego wraz z częścią rodziny przez jednego z żydów po tym, jak armia izraelska niszczy ich wioskę.
Krajobraz Palestyny zmienia się nie do poznania w rękach jej nowych właścicieli. Izraelczycy zaprowadzają swoje porządki, skazując dwie trzecie Palestyńczyków na tułaczkę, odbierając im ziemię, nieruchomości, prawa – w świecie jednak utrzymują etykietę państwa praworządnego i jedynej demokracji na Bliskim Wschodzie.
Zakazana miłość pomiędzy Erzsébet i Hassanem kwitnie. Młodzi decydują się na założenie rodziny, ale Izrael nie akceptuje mieszanych małżeństw, chyba że zostaną one zawarte poza krajem. Zakochani przysięgają sobie miłość po grób na Cyprze, ale po powrocie do kraju sprawa rejestracji ich małżeństwa raz za razem odbija się od drzwi urzędów.
W tym czasie umiera matka Hassana, a jego brat i bratowa zostają wygnani z kibucu. Rozpacz osładza młodym małżonkom radosna informacja o tym, że zostaną rodzicami. Rodzi im się zdrowy chłopiec – Ibrahim.
Mijają lata. Napięcia pomiędzy arabską rodziną a żydowską społecznością rosną. Erzsébet jest w ich centrum, oskarżana o zdradę własnego ludu i przeklinana wypowiadanymi na głos klątwami – to w nich będzie widziała powód wszystkich życiowych nieszczęść. Erzsébet postanawia wybudować dom poza kibucem, ale z braku środków nie jest on najlepszym miejscem do życia.
Hassan zostaje postrzelony podczas połowu ryb nad Jeziorem Tyberiadzkim. Wychodzi z opresji cało, ale wtedy na horyzoncie znów pojawiają się czarne chmury. Ibrahim zapada na gruźlicę. Konieczne jest leczenie w szpitalu w Hajfie. Niestety powikłania po chorobie są tak poważne, że chłopiec umiera. Informację o jego śmierci zmuszona jest przekazać zbolałym rodzicom doktor Ester Weiss, która po przyjeździe do nowego kraju zhebraizowała swoje węgierskie nazwisko. Lekarka okazuje się ukochaną zaginioną ciocią Erzsébet, siostrą mamy, która namawiała rodzinę na wyjazd z Rumunii przed nadejściem nazistowskiej nawały.
Ciotka przekonuje pogrążonych w żałobie siostrzenicę i jej męża, by zamieszkali razem z nią w jej wygodnym apartamencie, który otrzymała jako wzięta lekarka. Erzsébet podejmuje pracę w szpitalnej kuchni, a jednocześnie, za namową cioci, kształci się w zawodzie pielęgniarki. Hassan wraca do połowu ryb, znajdując pracę na kutrach w Hajfie, ale żałoba po zmarłym synku wciąż trawi ich duszę.
Każdego dnia mężczyzna odczuwa coraz większą tęsknotę za swoimi korzeniami. Postanawia odwiedzić trzech braci mieszkających z rodzinami w odciętej od reszty Izraela Strefie Gazy. Erzsébet jest pełna obaw, ale wie, że nie może go od tego odwodzić. Niedługo po wyjeździe męża orientuje się, że ponownie jest w ciąży.
Hassan nie wraca w zaplanowanym czasie, a Erzsébet martwi się o jego los, próbując połączyć pracę, naukę i trudy utrzymania ciąży – bliźniaczej, jak się okazuje. Z listu, który z dużym opóźnieniem dociera do niej z Rafah, dowiaduje się, że jej mąż nie został ponownie wpuszczony do Izraela. Rozpoczyna się prawna batalia o to, by mógł wrócić. Za namową Ester Erzsébet zataja przed nim informację o tym, że ponownie zostanie ojcem. Kobiety obawiają się, że dowiedziawszy się o tym, Hassan w desperacji byłby gotowy popełnić błąd, który zniweczyłby wszelkie wysiłki na rzecz jego uwolnienia.
Któregoś dnia, idąc ulicami Hajfy, Erzsébet trafia na protest uliczny i zostaje uwięziona w tłumie. Zaczyna się akcja porodowa. Pomocną dłoń wyciąga do niej jedna z protestujących, Mazal, której losy już na zawsze splotą się z rodziną Elbaz…ROZDZIAŁ 1
Mizrahi
Przyszła na świat w mellah Tetuanu – sennym miasteczku u zbocza malowniczej góry Rif w północnym Maroku. Utkanym ze śródziemnomorskiego wiatru, soli i cichego szelestu sukna rozciąganego każdego dnia na krosnach warsztatów lokalnych rzemieślników. Mellah było barwną, tętniącą życiem dzielnicą żydowską, typową dla marokańskich miast. Przypominała getto – odizolowana, na innych prawach, ale z nieograniczaną przez nikogo możliwością wyjścia i powrotu. Stworzoną przez ludzi Jehowy, w kraju ludzi Allaha. Sąsiadów, współobywateli, przyjaciół…
W marokańskich mellah Żydzi mieszkali przez wieki. To tu skupiało się ich życie religijne, handlowe i społeczne. Znajdowały się w nich synagogi, jesziwy, czyli szkoły, warsztaty rzemieślnicze, sklepy, łaźnie rytualne. Poza murami miast znajdowały się też cmentarze.
Mellah były zazwyczaj doskonale zlokalizowane. Przy medynie – starym mieście lub w jego obrębie, często blisko kasby – ufortyfikowanych części miasta lub jego centralnych punktów administracyjnych. Ulice mellah były wąskie, a domy – gęsto zabudowane, z dziedzińcami i charakterystycznymi bramami prowadzącymi na wewnętrzne podwórka.
Dhimmi – „ludzie księgi”, jak wyznawców religii judeochrześcijańskich nazywają muzułmanie – zajmowali się rzemiosłem: garbarstwem, tkactwem, jubilerstwem, handlem detalicznym i usługami. Chociaż mellah był odrębną przestrzenią, kontakty ekonomiczne i kulturowe między żydami a muzułmańskimi sąsiadami były intensywne, zaś współpraca handlowa i wzajemne wpływy kulturowe – bardzo powszechne. Zdarzały się niesnaski, ale nigdy nie prowadziły one do poważnych konfliktów. Żydzi cieszyli się uznaniem, choć mieli pewne ograniczenia. Jako mniejszość nie mogli zajmować niektórych stanowisk urzędniczych i płacili wyższe podatki. To właśnie tych argumentów używali syjoniści, przekonując marokańskich żydów, by dołączyli do aliyah i wynieśli się z kraju, w którym wiele pokoleń żyło od urodzenia.
Ofensywa syjonistów w Maroku była całkiem skuteczna. Po utworzeniu Izraela wiele marokańskich mellah opustoszało. Ich mieszkańcy nie chcieli być już mniejszością w obcym państwie, choć do tej pory uważali je za swoją ojczyznę. Chcieli mieć własne. Wyruszyli więc w kierunku ziemi, którą, jak wierzyli, obiecano im przed tysiącleciami.
Nie chciała wyjeżdżać z Maroka. Była jedną z tych, którzy widzieli w tym więcej zagrożeń niż szans na przyszłość – ale została zakrzyczana. Miała wrażenie, że wszyscy dookoła wyjeżdżają, choć tak naprawdę tylko garstka mężczyzn wrzeszczała o tym głośno. W jej świecie głos kobiet zawsze był zagłuszany przez jazgot męskich potrzeb, pragnień i ambicji.
Bała się tego, co czeka ją po drugiej stronie. Bała się podróży statkiem. Wielkiej wody. Obcej ziemi. Bała się też zostać żoną, ale ojciec zapowiedział, że wszystkie trzy jego córki muszą wyjść za mąż, zanim ruszą w podróż. Twierdził, że to dla uszanowania tradycji, choć był w tym mało przekonujący. Swoje argumenty popierał sentymentem do starego kraju, ale nikt nie miał wątpliwości, że chodziło o pragmatyzm. Z mniejszym bagażem podróżuje się znacznie wygodniej, a wydane za mąż córki stawały się bagażem, o który on nie musiał się już martwić.
W dniu jej ślubu nad miastem szalała burza pustynna. Jak zły omen… A może to sam Bóg chciał ją ochronić przed tymi zaślubinami? Tylko czy to możliwe, by Wszechmogący nie był w stanie postawić na swoim? Burza nie przeszkodziła jej w stanięciu przed rabinem. Musiała wypełnić ojcowską wolę nawet wbrew tej boskiej.
Płakała, ale kobiety mówiły, że w dniu śluby łzy są jak biżuteria – każda je nosiła, każda znała z przeszłości, każda wiedziała, że popłyną…
– Stan panieński należy opłakać, a na radość przyjdzie jeszcze czas – tłumaczyły. – Uważaj tylko, by chatan1 nie zobaczył. Jeszcze gotów pomyśleć, że nie jesteś rada.
Nie była.
Nie dlatego, że miała coś przeciwko niemu. Aharon, syn garbarza, był szarmancki, może nieco zbyt pewny siebie, ale to tylko dodawało mu męskiego uroku. Nie kochała go, bo znali się krótko. Czuła jednak, że może go polubić. Problem w tym, że ona po prostu nie chciała być żoną. Jeszcze nie teraz.
Jej świat walił się cegła po cegle. Zapowiedziana – i nieunikniona – podróż do Izraela miała oderwać ją od wszystkiego, co znała. Małżeństwo kończyło jej dzieciństwo. Wprawdzie ludzie nie widzieli w niej dziewczynki od czasu, gdy w lokalnej synagodze śpiewała przed całą gminą fragmenty Tory w trakcie swojej bat micwy, ale ona wciąż nie czuła się dorosła.
W świecie Mazal nie było miejsca na indywidualizm. Musiała go schować głęboko za pazuchę, a w drodze do Izraela – wyrzucić gdzieś na dalekim morzu.
Na dziedzińcu pachniało aromatyczną mieszanką jaśminu, kuminu i cynamonu. Stara kobieta z tamburynem śpiewała pieśń o dziewczynie, która poszła za męża, choć nie potrafiła oddać mu swego serca.
Ale dla Aharona ten ślub też nie był spełnieniem marzeń. On również jedynie wypełniał wolę swego ojca. Chciał żony, ale nie czuł do Mazal niczego poza szacunkiem. Tam, gdzie dorastali, nie miało to jednak znaczenia. Nie to się liczyło.
Ich dłonie spotkały się na chwilę, kiedy rabin wypowiedział słowa błogosławieństwa. A później splotły już na zawsze – gdy ogłoszono ich mężem i żoną. Mieli się za nie trzymać, idąc razem przez życie aż po jego kres.
Gdy zadość uczyniono formalnościom i obrzędom, goście oddali się zabawie. Zaczęły się tańce, a przy stołach rozmawiano tylko na jeden temat. Nie było wśród zebranych nikogo, kto wkrótce nie szykowałby się do drogi lub przynajmniej nie rozważał podróży.
Przedstawiciele Agencji Żydowskiej pojawili się w mellah kilka miesięcy wcześniej. Opowiadali o Eretz, o tym, że Żydzi mają już swoją ziemię – i że mogą do niej wrócić. Chętnym rozdawali kwity, wahającym się obiecywali, że wrócą po ostateczną decyzję.
Ojciec Mazal, tkacz z pokolenia na pokolenie, nie miał wątpliwości, że przyszedł czas „powrotu”. Jego ojciec, dziadek i pradziadek urodzili się w Maroku. Żaden z nich nigdy nie opuścił kraju urodzenia, ale stary Jakov i tak nazywał tę podróż powrotem.
Wątpliwości nie miał też nikt z rodziny Aharona. On sam bardzo chciał płynąć do Izraela. Wierzył, że na nowej ziemi rodzinie, którą właśnie zakładał, dane będzie zbudować szczęście.
– Nasze dzieci będą pierwszym pokoleniem nowego Izraela – mówił wzniośle, gdy trzy dni po ślubie liczną grupą ruszyli do Casablanki, by dopełnić formalności związanych z podróżą.
Przedstawiciele agencji spisywali tu całe chętne do wyjazdu rodziny, objaśniali, rozdawali dokumenty i wciąż powtarzali, że podróż do Izraela to początek nowego życia, że obiecana im ziemia czeka na nich z utęsknieniem. I prosili, żeby nie zabierać ze sobą zbyt wiele.
– Na statku miejsce na bagaże jest ograniczone. Walizka na osobę musi wystarczyć – zastrzegali.
– Ale jak to tak, całe życie do jednej walizki upchnąć? Jak je tam zmieścić? – pytali ci, którzy szykowali się do podróży.
– Bogactwo czeka w Eretz. Niczego wam tam nie zabraknie – odpowiadali tamci i cytowali pismo: – „Wy jednak, góry izraelskie, wypuszczać będziecie swoje gałęzie i przynosić owoc memu ludowi izraelskiemu, albowiem wróci on niebawem”2.
Mazal nie zabrała do walizki wiele. Suknię ślubną, jeszcze dwie inne oraz biżuterię, którą dostała w prezencie. Martwiła się bardzo, wypłakiwała oczy, aż Aharon stracił cierpliwość.
– Nad czym tak płaczesz? Szczęścia się boisz? – pytał poirytowany. – Przecież tam wreszcie będziemy u siebie.
– A tu nie jesteśmy?
– A jesteśmy? Ten kraj nazywa się Maroko, a my to lud Izraela. Do Izraela nam trzeba… Tak było obiecane.
Mazal skuliła się w sobie. W gminie należała do mniejszości. Głosy tych, którzy nie chcieli płynąć do Izraela, były zbyt ciche i ginęły wśród okrzyków reszty. Rozentuzjazmowany, wiedziony propagandą i wiarą lud, z pieśnią i modlitwą wchodzący na pokład statków płynących do obiecanej mu ziemi, nie słuchał przestróg, drwił z malkontentów, bez żalu zostawił w tyle tych, którzy na tę podróż się nie zdecydowali.
W Izraelu dowiedzieli się, że są Mizrahi. W języku hebrajskim oznaczało to tyle, że są ze wschodu. I choć tak naprawdę do Izraela przybyli z zachodu, przyjęli tę nazwę jak swoją. Nie wiedzieli, że niesie ona ze sobą trudne do strząśnięcia piętno, że będzie kamieniem przytwierdzonym do szyi, z którym łatwiej utonąć, niż wspiąć się na wyżyny.
Syjoniści, którzy układali państwowość Izraela i od samego początku niepodzielnie nim rządzili, propagowali utopijną ideę równości między obywatelami kraju, jednak sami w nią nie wierzyli. Co więcej: swoją polityką kompletnie jej zaprzeczali.
Próbowali przekonywać do pięknego konceptu, że ludzie są sobie równi, i do zdecydowanie mniej szlachetnego twierdzenia – iż żydzi są „narodem wybranym”. Ta propaganda nie wytrzymywała jednak zderzenia z rzeczywistością. Roztrzaskiwała się w pył w konfrontacji z faktami. Trudno było oczekiwać, że na arenie międzynarodowej Izraelczycy będą uznawani za wybranych tylko dlatego, że tak napisano w ich świętej księdze. A wewnętrznie też nie byli sobie równi.
Szybko się okazało, że Mizrahi nie mają szans na przywileje, jakimi cieszyli się Ashkenazi – żydzi z Europy. Ci pierwsi traktowani byli jak poślednia kasta. Prace, których nie chcieli wykonywać Ashkenazi, już w pierwszych latach istnienia Izraela zaczęli przyjmować Mizrahi.
Nie witano ich z otwartymi ramionami. Chociaż nie byli więzieni, wielu z nich życie w Izraelu rozpoczęło od obozów przejściowych. Już nie takich jak za czasów brytyjskich, ale wciąż niezbyt przyjemnych – zwłaszcza w zderzeniu z marzeniami o Eretz Yisrael.
Później również trafiali do enklaw, nierzadko przypominających getta, lecz nie tak korzystnie położonych jak choćby marokańskie mellah. Nie mieli szans na wysokie stanowiska we władzach – do tego potrzebne było dobre wykształcenie, a również w tym aspekcie Mizrahi mieli trudniej niż Ashkenazi. Za gorszą edukacją szła oczywiście też niższa pozycja społeczna i ekonomiczna. Mizrahi mieli gorsze zawody, gorsze stanowiska, gorsze zarobki. Izrael bardzo podzielił swoich obywateli na beneficjentów i proletariat, choć obie klasy mamił deklaracjami równości i braterstwa.
Brak możliwości zatrudnienia w mieście wypchnął wielu Mizrahi na wieś, do kibuców, gdzie bardzo ciężko pracowali jako rolnicy. Większa część żydów szybko się zorientowała, że obietnica ziemi obiecanej nie jest tym, co głosiły biblijne legendy i syjonistyczna propaganda. Zwłaszcza ci z Europy niechętnie widzieli się w roli farmerów – a właśnie w takiej obsadzało ich budujące swoją gospodarkę, otoczone wrogami państwo, którego władze od samego początku zdawały sobie sprawę, że musi być samowystarczalne.
O ile jednak europejscy żydzi – doświadczeni przez antysemityzm – chętnie przenosili się do Izraela, o tyle Mizrahi, zrośnięci kulturowo z krajami arabskimi, nie byli do tego tak skorzy. To był poważny problem dla syjonistów – Izrael potrzebował taniej siły roboczej, najlepiej takiej, którą będzie można wykarmić wzniosłymi hasłami o „narodzie wybranym”. Potrzebowali konkretnych argumentów i Izrael postanowił im ich dostarczyć.
Między kwietniem 1950 a czerwcem 1951 roku żydowską społecznością w Bagdadzie wstrząsnęła seria ataków bombowych na synagogi i żydowskie prywatne biznesy. Pierwsze podejrzenia padły na islamskich ekstremistów, ale w trakcie dochodzenia okazało się, że stali za tym izraelscy syjoniści. Dwóch z nich nawet skazano. Wprawdzie Izrael nigdy nie wziął odpowiedzialności za ataki, ale osiągnięto zamierzony efekt – znamienita większość irakijskich żydów ze strachu przed kolejnymi zamachami podjęła decyzję o przeprowadzce do Izraela.
Nie byli przygotowani na biedę. Nie znali jej z Maroka. Zetknęli się z nią dopiero w Izraelu. Do dyspozycji dostali jednoizbowe mieszkanie w najuboższej dzielnicy Hajfy, Wadi Salib. Położona w niższej części miasta, u stóp góry Karmel, pomiędzy Hadar HaCarmel a historycznym centrum miasta, była jego wyrzutem sumienia, wstydliwym występkiem, hańbą.
Mieszkanie było w pełni urządzone. Wyglądało tak, jakby ktoś w nim mieszkał i właśnie z niego wyszedł. I rzeczywiście mieszkał – tyle że nie mógł już do niego wrócić. Niedługo przed przybyciem Mazal i Aharona do Hajfy z mieszkania wygnano palestyńską rodzinę. Rodzice i rodzeństwo niedawno zaślubionej pary zamieszkali w tym samym budynku, w bardzo podobnych mieszkaniach – również pogrążonych w żałobie po niedawno wysiedlonych lokatorach.
Znalezienie pracy nie było łatwe. Nikt jej tu nie gwarantował. Jeszcze w porcie usłyszeli, że za pracą najlepiej udać się na wieś, ale oni byli z miasta – i chcieli mieszkać w mieście. Szybko się okazało, że nikt nie potrzebuje tu ich talentów. Nie szukano ani garbarzy, ani tkaczy, tylko taniej siły roboczej.
Jedynym sposobem na zarobienie pieniędzy były dorywcze prace przy budowie dróg i budynków, które w Hajfie, zwłaszcza w jej bardziej prestiżowych częściach, rosły jak grzyby po deszczu. Aharon, który od najmłodszych lat pod okiem ojca uczył się garbarstwa, nie umiał jednak odnaleźć się w roli budowlańca. Nie był ekspertem od lania betonu, dlatego też szybko stracił pracę.
Mazal widziała, jak mąż gaśnie. Czuł się niepotrzebny, zbędny. Coraz mniej mówił, dusząc w sobie rozterki, ale ona i tak wiedziała, o czym myśli. Jej obawy sprzed wyjazdu z Maroka stały się jego frustracją po dopłynięciu do Izraela. Początkowo szukał pracy, ale szybko z tego zrezygnował. Zamiast niej szukał araku, ale coraz częściej brakowało mu pieniędzy na jego zakup. Owoce z drzew Izraela obiecane przez Boga okazały się niezwykle gorzkie, lecz wkrótce Aharon nauczył się destylować z nich alkohol. Na targach w Hajfie zbierał stosy pleśniejących fig i przerabiał je na ulubiony trunek. A potem już tylko pił, nie robiąc nic więcej. Rzadko trzeźwiał, ale z pasją przekonywał Mazal, że dzięki jego przedsiębiorczości wkrótce będą bogaci.
– Na arak chętnych w Wadi Salib nie brakuje – mówił z entuzjazmem, który szybko okazał się jego przekleństwem.
Aharon nie przewidział dwóch rzeczy. Po pierwsze w Izraelu bogactwo nie było pisane Mizrahi, a po drugie – nie trzeźwiejąc, trudno rozkręcić dobrze prosperujący biznes. Mężczyzna za bardzo lubił arak, by go sprzedawać. Dzielił się nim ze znajomymi albo pił sam. A pił coraz więcej.
W ich domu na dobre rozgościła się bieda. Kiedy się okazało, że Mazal jest w ciąży, zamieszkał tam też strach. Kobieta prosiła męża, by skończył z arakiem, a ten obiecywał, że to zrobi, jak tylko urodzi mu syna. Gdy mówiła, że nie będzie miała czym karmić dziecka, zapewniał z irytacją, że jest mężczyzną i potrafi utrzymać rodzinę.
Mazal jednak nie wystarczały słowa, a do czynów Aharon jakoś nie był skory. Ciężarna żona często chodziła spać głodna, a gdyby nie pomoc jej rodziców, choć również zubożałych, głód towarzyszyłby jej bez przerwy. Kiedy rodzice i rodzeństwo postanowili wyprowadzić się z Hajfy na wieś, sytuacja jeszcze bardziej się skomplikowała. Mazal próbowała przekonać męża, by pojechali z nimi, ale ten się nie zgodził. Mówił, że i tak już pozwolił zrobić z siebie biedaka – nie pozwoli, by zrobili z niego również wieśniaka.
Mazal bała się nie o siebie. Wiedziała, że musi wykarmić maleństwo rosnące w jej łonie, a głodnej matce o to trudno. Musiała jeść. Pracowała dorywczo jako pomywaczka w portowej knajpie, dzięki czemu miała szansę chociaż na podłe resztki ze stołów, nie można jednak było tego nazwać ani regularnym, ani pożywnym jedzeniem. Pracować musiała nawet w zaawansowanej ciąży. Z trudem się ruszała, ale wiedziała, że nie ma wyjścia.
Kiedy późną nocą – na kilka tygodni przed planowanym rozwiązaniem – wracała z portu wydeptanymi ulicami Hajfy, nagle poczuła przeszywający ból. Nie miała wątpliwości, że jej dziecko przyjdzie na świat wcześniej, niż powinno. Dookoła nie było nikogo. Nie mogła zawołać po pomoc, nie miała na to siły. Brakowało jej tchu. Zrozumiała, że musi poradzić sobie sama. Zrobiła krok, drugi, trzeci… – każdy z nich bolesny aż do mdłości. Dotarła do zaułka i usiadła w niszy, otulona półmrokiem, rozświetlanym tylko leniwym światłem zakurzonej latarni.
Zgięta wpół, próbowała uspokoić oddech, ale ten przyspieszał niekontrolowanie. Oparła głowę o zimną ścianę budynku, podciągnęła poszarpaną sukienkę, odsłaniając brzuch, i czekała na kolejny skurcz. Ten nadszedł, a kolejny pojawił się wkrótce po nim. Liczyła sekundy ze świadomością, że odstęp pomiędzy skurczami jest coraz mniejszy. Nigdy wcześniej nie rodziła, ale instynkt podpowiadał jej, co robić. Natura wyposażyła ją w wiedzę, z której posiadania dotąd nawet nie zdawała sobie sprawy. Wiedziała, jak postępować – zupełnie jakby kierowała nią jakaś niewidzialna, tajemnicza siła.
A później czas zerwał się ze smyczy i nie dało się go już okiełznać. Wszystko działo się w jakimś sensie poza nią, choć potężne cierpienie bez wątpienia należało wyłącznie do niej. Starała się myśleć jedynie o tym, że gdy ból przeminie, na świecie pojawi się człowiek, którego nigdy nie przestanie kochać i który będzie kochać ją bezgranicznie, mimo biedy i trudności.
Kiedy kontury świata znowu się wyostrzyły, w ramionach Mazal leżał drobniutki różowy noworodek, wciąż połączony z nią pępowiną. Tuliła go, by ogrzać jego wątłe ciałko. Dookoła panowała cisza. Złowieszcza i nieprzerwana płaczem. Maleńkie ciało jej córeczki szybko stygło, pozbawione życiodajnego pulsu. Mazal próbowała do niej mówić, choć od pierwszej chwili wiedziała, co się wydarzyło. Ziemska droga tego maleństwa zakończyła się, jeszcze zanim się rozpoczęła. I nic już nie było w stanie tego zmienić.
Nie miała siły płakać. Czuła, że odpływa. Ze zmęczenia, z rozpaczy. A może i po nią przyszła śmierć? Jeśli tak, nie zamierzała się jej opierać…
Nieprzytomną matkę z martwym noworodkiem w ramionach znaleziono nad ranem i natychmiast wezwano służby. Mazal przebudziła się na krótką chwilę w drodze do szpitala, a później znowu już na szpitalnym łóżku. Nie wiedziała, że lekarze stoczyli walkę o jej życie. Była u kresu wyczerpania, niedożywiona, po utracie sporej ilości krwi, z zakażeniem, które próbowało wziąć we władanie jej organizm… Wtedy, gdy odpłynęła w ciemnym zaułku, rzeczywiście umierała, ale śmierć, zajęta łupem w postaci jej maleńkiej córeczki, przeoczyła szansę, by zabrać i ją.
Mazal wcale nie była z tego powodu szczęśliwa. Nie chciała przeżyć. Czuła się winna. Chwila, w której wzięła w ramiona swoją martwą córeczkę, naznaczyła ją na całe życie. Osierocona matka wiedziała, że szczęście raczej nigdy nie będzie jej już dane. Wtedy nie mogła przypuszczać, że los ma dla niej w zanadrzu znacznie więcej powodów do bezgranicznej rozpaczy.
Po wyjściu ze szpitala w domu przywitał ją wściekły mąż. Zapytał, gdzie tak długo była, choć wcześniej nie zainteresował się jej nieobecnością. Nie szukał jej. Fakt, że zniknęła, poczytywał za własną krzywdę.
– Nie było cię dwa tygodnie! Pewnie doprawiałaś mi rogi! – wrzeszczał, zionąc trawionym arakiem. Dopiero gdy zamachnął się na nią pięścią, zauważył, że żona nie ma już ciążowego brzucha. – Urodziłaś? Gdzie mój syn?! – Rzucił się na nią i z wściekłością potrząsnął za ramiona. – Gdzie masz dziecko?! Sprzedałaś je jakimś z miasta?!
Mazal nie miała siły się przed nim bronić – ani możliwości, by wtrącić choć słowo wyjaśnienia pomiędzy wypowiadane z agresją zdania.
– Gdzie jest dziecko?! – Uderzył ją. I jeszcze raz.
Nie oponowała. Ból zadawanych ciosów nie mógł się równać temu, jaki rozdzierał jej serce. Był tylko jego wątłą namiastką. Wiedziała, że próba wyjaśnienia czegokolwiek mężowi, gdy ten jest w takim stanie, nie ma najmniejszego sensu. Był upojony – arakiem i wściekłością. Żadne rozsądne wyjaśnienie nie miało szans przebić się do jego zaćmionej świadomości. Musiała przeczekać.
Po wyładowaniu na żonie swojej frustracji Aharon wyszedł, trzaskając drzwiami. W ciasnym mieszkaniu rozpanoszyła się martwa cisza. Mazal tak bardzo wyczekiwała momentu, aż ta w końcu się wyprowadzi, robiąc miejsce dla płaczu, śmiechu, gaworzenia, tupotu małych stópek, a później dla niewinnych pytań o świat, ludzi i Boga… Ale cisza trwała. Boleśnie dzwoniła w uszach, dławiła gardło.
Do tej pory Mazal nie poświęcała zbyt wiele czasu na wspominanie Maroka, ale spoglądając na ogrom nieszczęścia, jakie ją spotkało, od kiedy przyprowadziła się do Izraela, trudno było nie myśleć o nim ze łzami w oczach. W ciągu niespełna roku liczna rodzina jej i Aharona rozpierzchła się po kraju, a relacje najbliższych sobie ludzi zastąpiła codzienna walka o chleb. Zerwane więzi bolały jak odciski na spracowanych dłoniach. Z mistrzów w swoim fachu stali się parobkami. Z właścicieli wygodnych mieszkań w centralnej części miasta – wyrzutkami wciśniętymi w ciasne, obskurne izby, przeklęte przez dawnych właścicieli. Z gospodarzy własnego życia stali się tylko dodatkiem do życia innych. Swojego już nie mieli. Mazal i Aharon wciąż byli młodzi wiekiem, ale młodość wyparowała z ich ciał niepostrzeżenie, zniknęła bez śladu. Złamani rolami, w których ich obsadzono, żyli już tylko z rozpędu, nie mając widoków na przyszłość.
Następnego dnia Aharon wrócił do domu przed południem. Skruszony, zmęczony – i trzeźwy. Oczy miał czerwone, jednak nie z braku snu, a od wylanych łez. Jakby był już świadomy, co się wydarzyło, choć poprzedniego dnia o niczym nie chciał słyszeć. Spodziewał się, co ma mu do powiedzenia Mazal. Przez chwilę jeszcze rozważał, czy nie zagłuszyć tych myśli arakiem, ale w ostatniej chwili wygrał rozsądek.
– Przepraszam – wyszeptał skruszony.
To był moment, kiedy wreszcie mogli porozmawiać. Rzadki w ich życiu od czasu, gdy dotarli do „kraju przodków”. Zresztą wcześniej też nie mieli do tego sposobności. Tak naprawdę nigdy nie rozmawiali ze sobą poważnie. Dopóki żyli otoczeni rodziną, to ona wypełniała ich codzienność treścią – gdy zostali sami, funkcjonowali obok siebie, zupełnie obcy, porozumiewający się zdawkowymi półsłówkami, unikający spojrzeń.
Mazal nie wiedziała, co ma powiedzieć… Ani jak to zrobić. Bo jak przekazuje się taką wiadomość?
– Co się stało z naszym dzieckiem? – spytał mąż, tym razem spokojnie i z wyraźną trwogą.
– Nasza… nasza córeczka… – zaczęła Mazal, ale łzy zdławiły jej gardło. – Ona… urodziła się bez życia – wyrzuciła w końcu z siebie.
A później powoli, z wielkim trudem, słowo po słowie opowiedziała wszystko, co wydarzyło się tamtej feralnej nocy i później, gdy znalazła się w szpitalu.
Z każdą chwilą Aharon robił się bardziej blady z przerażenia. Mazal nigdy wcześniej nie widziała swojego męża pod wpływem tak silnych emocji. I choć wywołał je ogromny dramat, po raz pierwszy dostrzegła w nim człowieka, któremu zależy na kimś innym. Dotąd wszystko, co robił, robił z myślą o sobie. Nie liczył się z nikim, a już na pewno nie z żoną. Wyjazd do Izraela był jego decyzją, we wszystkich innych też kierował się wyłącznie swoimi kaprysami. Nawet biznes alkoholowy miał zaspokoić jedynie jego potrzeby. I nagle, gdy dotarło do niego, że jego dziecko umarło, zanim się urodziło, po raz pierwszy pokazał ludzką, pozbawioną egoizmu twarz.
Tego dnia Aharon nie wypił ani łyka araku, choć na pewno byłoby łatwiej, gdyby się nim znieczulił. Nazajutrz zaś poszedł szukać pracy. Tydzień później przyniósł do domu pieniądze i wręczył je żonie.
– Zobaczysz, teraz wszystko będzie inaczej – zapewniał. – Już będzie dobrze…
Nie minęły trzy miesiące, a Mazal znów była w ciąży. Ale jej radość nie trwała długo. Ból, który wyrwał ją ze snu w środku nocy, znała już bardzo dobrze. Krew na prześcieradle zwiastowała najgorsze. Gdy pogotowie zabrało ją do szpitala, Aharon napił się, by poradzić sobie z kolejną stratą. Nie wytrzeźwiał do czasu, gdy żona wróciła do domu. A wtedy kolejny raz obiecał, że z tym zrywa. Było mu wstyd. Tłumaczył, że to tylko chwila słabości, głupi sposób na poradzenie sobie ze smutkiem.
Ale po następnym poronieniu – i następnym zapiciu – nie czuł już wstydu. Przeciwnie, obwinił o wszystko Mazal i uznał, że to ona powinna się wstydzić.
– Nie utrzymasz w sobie żadnego dziecka – bełkotał. – Nie jesteś zdolna do tego, by zostać matką.
Mazal tylko płakała. Ona też tak o sobie myślała. Mąż jednak swoimi słowami wbił jej nóż w samo serce.
– Na żonę też się nie nadajesz. To koniec!
Swoją decyzję okrasił sążnistymi ciosami, tak potężnymi, że pozbawiły Mazal świadomości. A potem wyszedł.
Obudziła się kilka godzin później w kałuży przyschniętej już krwi. Przez chwilę próbowała sobie przypomnieć słowa męża, a gdy te wróciły do niej z całą mocą, miała nadzieję, że były prawdziwe. Że to istotnie koniec. Nie miała zamiaru go zatrzymywać. Przecież ich małżeństwo od samego początku było fikcją. Nigdy nie mogła liczyć na męża. Nie potrafił mnożyć dóbr, za to cierpienie mnożył bez trudu.
– To ty nie nadajesz się na męża – wyszeptała do siebie.
Mogła tylko liczyć na to, że Aharon nie zmieni zdania.
Szczęśliwie już kilka dni później mężczyzna wręczył jej get – list rozwodowy. W prawie żydowskim to kluczowy element rozwodu, konieczny do tego, by rozwiązać małżeństwo według prawa religijnego. Ale jest jeszcze jeden warunek: żona musi go przyjąć. Aharon był przekonany, że Mazal odrzuci get, że będzie go błagać, by się zastanowił i dał jej jeszcze jedną szansę. Ona jednak już wiedziała, że nie jest tego wart.
Kiedy z sądu rabinicznego przyszło zawiadomienie o zatwierdzeniu rozwodu, oboje dopełnili formalności w rejestrze stanu cywilnego. Oficjalnie nie byli już mężem i żoną, choć wciąż z konieczności dzielili dach. On żądał, by się wyprowadziła. Ona nie miała dokąd pójść. I choć często myślała o tym, by wyjść i po prostu pójść przed siebie, wciąż zbierała się na odwagę. Modliła się, by Bóg wskazał jej drogę, i obiecała sobie, że jeśli to zrobi, nie zawaha się nią ruszyć.
Kiedy zginął Ya’akov Elkarif, Mazal wyszła na ulicę w odruchu gniewu. Jak wszyscy, których na niej spotkała. Znała Elkarifa. Mizrahi z Maroka trzymali się w Hajfie razem. Ich drogi w Wadi Saib często się przecinały. Zdarzało się, że pił z jej mężem. Wiedziała, że nie należał do najbardziej potulnych ludzi na tej planecie, ale miała świadomość, że przyjazd do Izraela zniszczył mu życie, a to, co z niego zostało, próbował utopić w araku. Niezależnie jednak od tego, jak wiele go wypił i jak często po niego sięgał, nie zasłużył na śmierć od policyjnych kul. Zrobiła transparent. Na kawałku płyty nakreśliła imię i nazwisko ofiary. Zamontowała go na złamanym kiju od miotły i dołączyła do tłumu.
Kiedy wśród demonstrantów zobaczyła słaniającą się na nogach ciężarną kobietę, nie miała wątpliwości, że musi się nią zająć. Wspomnienia sprzed lat, kiedy kilka ulic dalej sama znalazła się w podobnej sytuacji, były dla niej dodatkową motywacją. Wstąpiła w nią siła, jakiej sama nie czuła od lat. A może nawet nigdy wcześniej. Wiedziała, że musi zrobić wszystko, by uratować dziecko tej kobiety. Nie mogła pozwolić mu umrzeć.
I tak stanęły naprzeciwko siebie w tłumie zbuntowanych gniewnych. Obie znały ból po stracie dziecka, obie doświadczyły strachu przed utratą kolejnego. Niektórzy nazwą to wolą Boga, inni zrządzeniem losu, jeszcze inni – zbiegiem okoliczności, ale ich losy tego dnia splotły się na zawsze.
Mazal nie miała dokąd pójść. Mogła wrócić do mieszkania dzielonego z rzadko trzeźwiejącym byłym mężem, ale wolała zostać na szpitalnym korytarzu. Nie czekała na słowa uznania. Nie chciała zapłaty ani podziękowania. Pragnęła tylko się upewnić, że dziecko urodziło się żywe, że jest zdrowe i bezpieczne. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że kobieta, której pomogła, powiła bliźnięta.
Propozycja opieki nad nimi była dla Mazal nie tylko szansą na stałą pracę, ale też możliwością wyprowadzenia się od Aharona. Ester przeznaczyła dla niej mały, lecz przytulny pokoik tuż przy dziecięcej sypialni. Opieka nad dwójką niemowląt była potężnym wyzwaniem, więc pomoc Mazal okazała się nieoceniona, zwłaszcza że Erzsébet z wielkim trudem dochodziła do siebie po porodzie. Tęsknota za Hassanem i strach o to, że nigdy więcej go nie zobaczy, paraliżowały ją i odbierały jej siły. Energia płynąca z tego, że znowu została mamą, działała wprawdzie kojąco, ale w jej życiu nie brakowało goryczy.
Szczęśliwie Mazal była dla niej potężnym wsparciem.
– Bóg mi cię zesłał – mówiła Erzsébet.
– Bóg tylko postawił mnie tam, gdzie byłam potrzebna. To panią mi zesłał… I te maleństwa.
Rzeczywiście był to niezwykły zbieg okoliczności. Dwie kobiety, żydówki – Ashkenazi i Mizrahi – połączone w momencie, w którym każda z nich potrzebowała tego najbardziej.
***
– Wierzysz, że to była boska interwencja? – pytam Yasira.
– Nie wiem. Ale babcia Eli szczerze w to wierzyła.
– Czyli nie wierzyła tylko w klątwy…
– Wierzyła, że ją przeklęto, jednak jej życie było pasmem przedziwnych wydarzeń. Ona nigdy w nikim nie widziała wroga. Kochała mojego dziadka, choć był Palestyńczykiem. Przyjaźniła się z Mazal, choć była Mizrahi. Dla niej przyklejane ludziom etykiety nie były ważne.
– Ale jednocześnie uważała, że to właśnie przez te relacje ją przeklęto.
– Tylko że w jej rozumieniu to nie była wina ludzi, których kochała, a tych, którzy próbowali tę miłość zatruć nienawiścią.
– A w narodzinach bliźniaków nie dopatrywała się znaku od Boga? Zadośćuczynienia za stratę Ibrahima?
– Możliwe. Ja jednak poznałem tę historię wiele lat później, kiedy po tym błogosławieństwie nie było już śladu. Został tylko ból.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
------------------------------------------------------------------------
1.
1 Hebr. – pan młody.
2.
2 Stary Testament, Księga Ezechiela 36,8.