Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Moja Anna. Wspomnienia przyjaciółki Anny German - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
3419 pkt
punktów Virtualo

Moja Anna. Wspomnienia przyjaciółki Anny German - ebook

„Moja Anna. Wspomnienia przyjaciółki Anny German” to druga książka Adriany Polak poświęcona tej wybitnej piosenkarce. Wśród wspomnień o niezwykle utalentowanej artystce pojawiają się tu także opowieści o Annie German jako żonie, matce i serdecznej przyjaciółce – kobiecie, która, podobnie jak miliony innych ludzi, miała swoje słabości i sekrety oraz przeżywała lęki.
Anna kochała rodzinę, róże i życie, lubiła się śmiać i tańczyć. Los jednak nie był dla niej łaskawy. Już w dzieciństwie musiała zmierzyć się z wieloma trudnymi doświadczeniami, a później przeżyła poważny wypadek we Włoszech. Kiedy zaatakowała ją choroba, cierpiała, dręczona atakami bólu. Dopadały ją rozpacz i ogromny lęk.
Autorka książki często odwiedzała swoją przyjaciółkę w jej domu. Były to chwile przepełnione emocjami, które jeszcze bardziej je do siebie zbliżyły. Nie wszystkie z tych wydarzeń zostały pokazane w serialu o Annie German, choć stanowiły ważną część jej życia.
To między innymi z tego powodu Adriana Polak postanowiła napisać kolejną książkę o Annie German, z którą spotykała się nie tylko w warszawskich kawiarniach i parkach czy na koncertach w Polsce, Moskwie i Soczi, lecz także prywatnie – w jej mieszkaniu.
Niewiele osób miało zaszczyt poznać jej piękno, dobroć i siłę – zarówno w chwilach szczęścia, jak i wtedy, gdy cierpiała.

Kiedyś Ania powiedziała mi, że po każdej stracie bliskiej osoby przychodzi dzień, w którym łzy wysychają, ból w sercu ustępuje, lecz wspomnień nikt i nic nie jest w stanie wymazać z pamięci i serca. To prawda. Ból minął, łzy wyschły, ale wspomnienia o Ani pozostały. Pielęgnuję je i nie pozwolę im odejść.
Napisałam o niej dziesiątki artykułów wspomnieniowych, aby pamięć o niej trwała. Wydałam książkę "Człowieczy los. Wspomnienia o Annie German". Odwiedzam jej grób na cmentarzu ewangelickim w Warszawie, zapalam znicz i kładę na nagrobku świeżą różę – ulubiony kwiat Anny.
Los zesłał mi ją i podarował jej przyjaźń. Mnie – o wiele młodszej, młodej wówczas dziewczynie – którą z uśmiechem przytuliła do serca… Chciałam zrozumieć, dlaczego uznała mnie za osobę sobie bliską. Gdy ją o to pytałam, odpowiadała tajemniczo, że na odpowiedź przyjdzie czas. Niestety, nie zdążyła mi jej udzielić… 

Adriana Polak – dziennikarka. Pracowała w magazynach, czasopismach i gazetach, takich jak „Synkopa”, „Panorama” i „Fakty i Mity”. Przeprowadzała wywiady ze znanymi postaciami ze sceny muzycznej, telewizji i wielu innych środowisk. Nadal pozostaje aktywna zawodowo.
„Moja Anna. Wspomnienia przyjaciółki Anny German” to jej druga książka. Pierwsza – „Człowieczy los. Wspomnienia o Annie German” – ukazała się w 2000 roku.
Adriana Polak mieszka w Łodzi. Ma dwoje dzieci i dwoje wnucząt.

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8308-888-4

FRAGMENT KSIĄŻKI

OD AUTORKI

Książkę o Annie German zatytułowaną _Człowieczy los_ napisałam dopiero w roku 2000. Długo po Jej śmierci nie potrafiłam myśleć i pisać o Niej w czasie przeszłym. Nie potrafiłam również przepasać kirem fotografii, z której patrzyła na mnie pogodna, młoda, śliczna twarz przyjaciółki. Czułam się jednak wdzięczna za to, czego mnie nauczyła, jak bardzo pomogła mi w życiu i przyjęła mnie do grona swoich przyjaciół. Wreszcie podjęłam zobowiązanie i nieraz zalewając się łzami, napisałam i wydałam wspomnienia o Ani.

W serialu o Annie German z 2013 roku nie pokazano „Anny prawdziwej”, którą podobnie jak miliony innych kobiet dotykały problemy dnia codziennego. Ona również musiała je pokonywać. Dość długo znałam Anię. Byłyśmy przyjaciółkami i z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że była zwyczajną kobietą, niepozbawioną trosk i zmartwień – dobrą i wierną żoną, kochającą matką i córką. Ani kariera, ani ogromna popularność nie zmieniły Jej usposobienia, była dobrym człowiekiem i wspaniałą przyjaciółką, prawdziwą gwiazdą pozbawioną pychy. Liczne sukcesy nie przewróciły Jej w głowie. Anna kochała róże i Jej życie było do róży podobne. To Ona była najpiękniejszym kwiatem, a jej życie było najeżone ostrymi, kłującymi kolcami.

Po człowieku pozostają jedynie wspomnienia, ale dopóki pozostaną one w naszych sercach, dopóty będzie żyć pamięć o nim.

Czas nie jest w stanie i nie będzie mógł wymazać Ani z mej pamięci. Ona żyje razem ze mną.

JA, ANNA

Korzenie

Martensowie, rodzina mamy Anny German, to potomkowie menonitów – grupy wyznaniowej powstałej we Francji w okresie reformacji. Jej pradziadek przybył z Holandii na apel carycy Katarzyny II, skierowany do chętnych do osiedlenia się w carskiej Rosji, i zamieszkał z rodziną koło Armawiru nad rzeką Kubań w kolonii holenderskiej. Jako jeden z pierwszych osadników w latach dziewięćdziesiątych XVIII wieku został ochrzczony chrztem biblijnym przez zanurzenie w wodzie i przyjęty do społeczności Kościoła adwentystów. Później uczyniła to również jego żona.

Hormannowie, przodkowie ojca Anny, przybyli z Niemiec na Ukrainę na przełomie XVIII i XIX wieku. Jej pradziadek zauroczony miejscem, do którego dotarli, zdecydował, że w okolicach Berdiańska nad Morzem Azowskim powstanie osada, w której zamieszkają. Wieś tę nazwał Hoffnung – dziś znaną jako Olgino. Tu urodził się dziadek Anny, Friedrich, który w dorosłym życiu używał nazwiska Hermann. Postanowił zostać pastorem ewangelickim i podjął studia w Seminarium Ewangelickim w Łodzi, mieście, które znajdowało się wówczas pod zaborem rosyjskim. Studiował trzy lata. I to właśnie w Łodzi 25 marca 1909 roku przyszedł na świat Eugen Hormann (pol. Eugeniusz German), syn pastora Friedricha i ojciec piosenkarki. Akt urodzenia został sporządzony w języku rosyjskim, ale przy imionach rodziców i dzieci widnieje zapis w języku polskim. Friedrich postanowił dołączyć do swoich przodków i wrócić z rodziną na tereny obecnej Ukrainy, nieświadom losu, jaki go tam czeka. W 1929 roku został aresztowany podczas akcji przekształcania drobnych indywidualnych gospodarstw rolnych w większe przedsiębiorstwa rolnicze, na co się nie godził. Za niesubordynację skazano go na pięć lat więzienia i na tyleż samo ograniczono prawa publiczne. Wywieziono go do obozu pracy niedaleko Archangielska, w którym półtora roku później zmarł.

Irma Martens, matka piosenkarki, urodziła się w 1909 roku w kolonii holenderskiej pod Kubaniem w wiosce Wielikokniażeskoje, u podnóża Kaukazu. Tu właśnie Irma spędziła dzieciństwo i wczesną młodość. Gdy dorosła, zdobyła wykształcenie umożliwiające wykonywanie zawodu nauczycielki. Pracowała w szkole we wsi pod Omskiem, a potem przeniosła się do Ferganu. Młoda i ładna dziewczyna wpadła w oko przystojnemu chłopakowi Eugeniuszowi Germanowi. Młodzi zakochali się w sobie i wkrótce wzięli ślub. Wiedli życie skromne, ale szczęśliwe.

14 lutego 1936 roku na świat przyszła ich córka, której nadali imiona Anna Wiktoria. Śliczna blond dziewczynka była ich skarbem, ale i przysparzała wielu zmartwień. Mała Ania była słabego zdrowia. Gdy miała rok, ciężko zachorowała na paratyfus. Lekarze nie dawali dziecku szans na przeżycie, antybiotyków i odpowiednich leków wówczas nie było. Rodzice desperacko szukali pomocy. W tym celu wyjechali do Taszkentu. Na czas pobytu wynajęli pokój u Uzbeka, który był zielarzem. Staruszek uratował Ani życie. Matka przygotowała wywar ze skórki owocu granatu, którym kilka razy dziennie poiła córkę. Ania wróciła do zdrowia.

Mała Anieczka – bo tak ją matka nazywała – już jako kilkuletnie dziecko miała piękny głos i chętnie występowała dla rodziny i sąsiadów. Irma nie zawsze mogła zostawić Ani pod opieką babci, więc zabierała ją do szkoły, w której pracowała. W czasie przerw mała artystka wchodziła na stół i śpiewała dla dzieci. Później występowała na akademiach szkolnych.

Kiedy matka Ani ponownie zaszła w ciążę, na rodzinę spadło kolejne nieszczęście. NKWD aresztowało jej brata i męża. Eugeniusza skazano na dziesięć lat pozbawienia wolności bez prawa do korespondencji, co w języku stalinowskim oznaczało jedno – rozstrzelanie. I tak właśnie się stało. Informacje o tym rodzina otrzymała dopiero za rządów Michaiła Gorbaczowa. W dokumentach fałszywie podano, że działał jako radziecki szpieg na rzecz Niemców. W roku 1956 Eugeniusz German został zrehabilitowany, jednak Anna o tym nigdy się nie dowiedziała.

Irma urodziła synka, ale mała Ania nowo narodzonym braciszkiem długo się nie nacieszyła. Fryderyk zmarł na szkarlatynę w pierwszym roku życia. Kolejny cios spowodował, że Irma była u kresu sił fizycznych i psychicznych. Po wielu latach opowiadała mi, że bała się bezustannie pukania do drzwi, nawet za dnia. I wtedy podjęła decyzję o wyjeździe dokądkolwiek, byle jak najdalej. Obawiała się o Anię, represji stalinowskich i przesiedlenia do łagru. Ze swoją matką i małą Anią najeździły się po Kraju Rad – Urgencz, Taszkent, następnie i Syberia, powrót do Taszkentu, aż wreszcie osiadły pod Bucharą w dzisiejszym Uzbekistanie. Tu dopiero lęk ją opuścił, a życie się unormowało. Wkrótce poznała Polaka Hermana Bernera. Wyszła za niego za mąż. Niestety zły los znów sobie o niej przypomniał. Jej młody mąż, polski patriota, zgłosił się na ochotnika do I Dywizji Piechoty imienia Tadeusza Kościuszki. Gdy odprowadzała męża na dworzec i żegnała go ze łzami w oczach, miała przeczucie, że więcej go już nie zobaczy. I tak się stało. Przysłał z frontu kilka listów, a potem słuch o nim zaginął. Dopiero po latach okazało się, że ojczym Ani zginął śmiercią bohaterską. W czasie wojny Ania chodziła do szkoły w Dżambule i właśnie tam zastał je koniec wojny.

Matka Ani dosyć już miała krzyży, które stawiała tym, których kochała najbardziej. Nie chciała zostać w kraju, w którym doznała tyle zła, krzywdy, bólu. Bała się też o Anulę. Podjęła kolejną, choć bardzo ryzykowną decyzję. Postanowiła wraz z rodziną wyjechać do Polski. Jako żona Polaka miała prawo do repatriacji i z tej możliwości postanowiła skorzystać. Myślała logicznie – skoro po wojnie musiała sobie w ZSRR nadal sama radzić, to równie dobrze może to robić w nowej ojczyźnie, żyjąc bezpieczniej. Z pełnym przekonaniem babcia Ani, Irma i Ania wyruszyły do nieznanej im Polski. Irma miała zamieszkać w ojczyźnie swojego męża.

Kto nie przeżył w tamtym czasie powrotu do Polski ze Związku Radzieckiego, ten nie ma pojęcia, jaki to koszmar i gehenna! Uciążliwości długiej, powolnej podróży zaczynały się już w chwili wejścia do pociągu – do wagonów towarowych. To, ile miejsca w takim wagonie przydzielono, zależało od liczby osób w rodzinie i przewożonego dobytku. Nie bez znaczenia była też pora roku, bo jeśli panowały chłodna jesień, mroźna zima czy kapryśna wiosna, pięcioro podróżnych musiało we własnym zakresie zaopatrzyć się w opał – drewno, węgiel na cały czas podróży, bo w wagonach służących do transportu bydła panowały ziąb i wilgoć. Zapasy żywności również trzeba było zorganizować we własnym zakresie. Za miejsca do spania i leżenia służyły półki z desek ułożone na szerokość wagonu na wysokości małych okienek, przez które wpadało światło i można było śledzić trasę przejazdu pociągu. „Koza” ulokowana na środku z rurą wystającą przez dach należała do wyposażenia wagonu. Na tym piecyku gotowano jedzenie, wodę na herbatę i do mycia. Ponadto w miarę dobrze ogrzewała cały wagon. Pociąg nie jechał według rozkładu jazdy. Wszystko zmieniało się, kiedy wagon został podczepiony do składu pociągu jadącego w stronę granicy z Polską. Na bocznicach takie wagony mogły stać nawet kilka dni. Wtedy zazwyczaj uzupełniano zapasy żywności. Pasażerowie takich składów kupowali żywność u chłopów i spekulantów, przepłacając za nią. Latem natomiast owoce i warzywa były zdobywane w pobliskich sadach i ogrodach. I nie daj Bóg w czasie podróży zachorować!

Trudów repatriacyjnego powrotu do Polski zaznały również Irma z matką i Anią. Z niewielkim dobytkiem i statusem repatriantek dotarły w 1946 roku do Nowej Rudy na Dolnym Śląsku. Musiały wszystko zaczynać od początku, przede wszystkim nauczyć się języka polskiego.

Aby zarobić na utrzymanie rodziny, matka Ani podjęła pracę w zakładzie włókienniczym, gdzie pracowała na trzy zmiany. Anią opiekowała się babcia. Po roku pobytu w Nowej Rudzie przeniosły się do Wrocławia i zamieszkały w kamienicy przy ulicy Trzebnickiej 5. Tu Ania od czwartej klasy kontynuowała naukę w szkole podstawowej. Szybko nauczyła się polskiego, ale i inne przedmioty nie sprawiały jej trudności. Irma pracowała już jako nauczycielka języka niemieckiego, najpierw w szkole podstawowej, potem na wrocławskiej uczelni - w sumie dwadzieścia dwa lata.

Podczas nauki w VIII Liceum Ogólnokształcącym Ania była solistką w chórze szkolnym, stanowiąc jego filar. Z kolei we wrocławskim zborze Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego zaczęła występować na większą skalę.

Po czterech latach liceum nadszedł czas na wybór studiów. Początkowo Anna myślała o malarstwie, którym się interesowała, podobnie zresztą jak rzeźbą. Pociągała ją metaloplastyka, a nawet ceramika artystyczna, więc bez zastanowienia złożyła dokumenty na Wydział Malarstwa PWSSP we Wrocławiu. Szybko jednak rozsądek wziął górę.

„Żeby móc się utrzymywać z malarstwa – rozmyślała – trzeba być uznanym i sławnym artystą. Dopiero wtedy ma się byt i przyszłość zapewnione”.

Postanowiła więc zdobyć konkretny zawód, który zabezpieczy ją finansowo, pozwoli na podjęcie stałej pracy, która przyniesie jej comiesięczne wpływy i zapewni emeryturę. Wycofała dokumenty z PWSSP i przeniosła je na geologię. Studia trudne, ale ciekawe, no i konkretne. Nie uskarżała się, choć nieraz przyszło jej dźwigać na praktykach ciężki plecak pełen próbek skał, bez względu na pogodę. Wraz z innymi studentami zaprawiała się w długich marszach, uodporniała się na trudy i aurę.

Kiedy była na trzecim roku, z kilkoma koleżankami otrzymała przydział na praktyki w Kopalni Węgla „Anna” w Pszowie. O ulgach dla dziewczyn nie było mowy. Sztygar zwiózł je na dół, a potem było pełzanie do przodka na łokciach i brzuchu. Nie obyło się bez urazów, skaleczeń, otarć i bólu, ale praktyka została zaliczona.

Anna nie żałowała lat spędzonych na uniwersytecie. Wiele się nauczyła, dużo poznała. I to właśnie tu bliżej zainteresowała się śpiewem, poświęcała mu swój wolny czas. Ówczesny dyrygent chóru akademickiego, później popularny piosenkarz i kompozytor, Tadeusz Woźniakowski tak wspomina Anię: „Anię poznałem, gdy była młodą dziewczyną, studentką geologii. Ja, jako student Wydziału Dyrygentury PWSM, zorganizowałem chór akademicki i prowadziłem go od tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego siódmego do tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego roku. Wówczas zwróciłem uwagę na wysoką i piękną dziewczynę, nie znając jeszcze jej predyspozycji głosowych. Kiedy usłyszałem, jaki ma piękny głos, ubolewałem tylko, że takie wspaniałe możliwości i talent, jaki posiadała, niewykorzystane, zmarnują się. Przy każdej nadarzającej się okazji namawiałem ją, wręcz błagałem, aby profesjonalnie zajęła się śpiewem, a dyplom geologa powiesiła na ścianie”.

Podobnego zdania był również Krzysztof Litwin, twórca kabaretu „Kalambur”.

„Masz, Aniu, talent – wciąż jej to powtarzał – a pracując u mnie, będziesz miała możliwości artystycznego rozwoju. U mnie będziesz śpiewać profesjonalnie”.

Namowy obu panów przyniosły efekty. Ania posłuchała zarówno ich obu, jak i głosu własnego serca. Nie było jej łatwo pogodzić prób w kabarecie z nauką. Kończyła studia i często zmęczona zasypiała nad książkami w bibliotece, ale nie zrezygnowała, nie poddała się. Przekonała się, że to właśnie śpiew staje się jej największą pasją. W tym czasie zaczęła już odczuwać potrzebę występowania i kontaktu z publicznością.

Debiutująca piosenkarka – początek drogi artystycznej

Początki kariery Anny German nie były udane. Gdy przyjechała na występy na krakowskie juwenalia, zapomniała tekstu i ktoś zza kulis podpowiadał jej początek piosenki. Nie pamiętała reakcji publiczności i powrotu za kulisy ani tego, ile razy się pomyliła. Była załamana. „Katastrofa, katastrofa, nie dla mnie estrada” – powtarzała ze łzami w oczach. Przyjaciele jednak nie pozwolili jej przestać śpiewać tylko z powodu małej wpadki. Na początku kariery estradowej to normalne. Kiedy to zrozumiała, dała się namówić koleżance i poszła na przesłuchania do Estrady Wrocławskiej. Została przyjęta i włączona do powstającej grupy estradowej. W programie, który był przygotowany, śpiewała kilka melodyjnych piosenek. Z ekipą wyruszyła w trasę po polskich drogach prowadzących od świetlicy do szkolnej sali gimnastycznej, powiatowych domów kultury, a nawet śpiewała w remizach strażackich. Tournée miało trwać trzy tygodnie. Anna nie wyobrażała sobie, by tak długo być z dala od bliskich, od domu. Lecz rozsądek znów przywołał ją do porządku.

Wrocław, początek kariery

„Jak mam być piosenkarką? Jak mam sprawdzić się na estradzie, skoro boję się wyjechać z domu?” – zastanawiała się.

Przekonała się, że estrada to dobra szkoła dla początkujących piosenkarek. Występy na estradzie pozwoliły jej poznać zalety i wady występów w terenie, które były trudne, ale stanowiły dobrą podstawę jej artystycznej drogi. Według niej to szersza publiczność powinna sprawdzić piosenkarza, a jej umiejętności wokalne oceniali słuchacze w szczelnie wypełnionych salach.

Polubiła życie artystyczne i przekonała się, że ma ono wiele zalet, choćby sporo wolnego czasu.

Był rok 1962, praca w terenie uświadomiła Annie, że aby szerzej zaistnieć na estradzie, należy mieć uprawnienia zawodowe, co wiązało się ze zdaniem egzaminu kwalifikacyjnego przed Komisją Ministerstwa Kultury i Sztuki. To oznaczało również wyższe honoraria. Egzamin składał się z części praktycznej i teoretycznej. Część praktyczną, czyli piosenki, zdała „śpiewająco” przy pełnej aprobacie komisji, lecz teorię zawaliła, bo akcję dramatu _Czarownice z_ _Salem_ przeniosła do… Anglii! Darowano Annie jednak tę pomyłkę.

Anna już z zawodowymi uprawnieniami estradowymi w kieszeni musiała jeszcze napisać pracę magisterską. Zaliczenie praktyk polegało na skartowaniu określonego terenu, wyjazd na wieś i samodzielną działalność. Zamieszkała we wsi Zatonie i całymi dniami wyposażona w przybory przebywała w lesie, na polach, łąkach, a czasem i na zupełnym odludziu. Nie bała się samotnie przebywać w terenie, ale żaby wywoływały w niej strach!

Pracę dyplomową oddała w terminie i z wynikiem bardzo dobrym obroniła magisterkę. I znów pojawił się dylemat, skoro dyplom magisterski również miała w kieszeni, to co powinna wybrać: estradę czy etat geologa? Zdecydowała się na estradę, w zawodzie geologa nie przepracowała ani jednego dnia.

Po egzaminach była pewniejsza, bo miała dokument, który dał jej zawodowe uprawnienia do występowania na estradzie, więc teraz już mogła robić tylko to, co tak bardzo pokochała – śpiewać!

Mówiła: „Człowiek nie powinien robić w życiu nic wbrew sobie, swoim przekonaniom, własnemu charakterowi, nic, co by później miał wspominać z niechęcią… czy czego żałować! A ja byłam o krok od błędnej decyzji…”.

Wkrótce Anna German miała zaprezentować się szerszej publiczności. Z estrady do swojego zespołu „porwał” ją energiczny dyrektor Estrady Rzeszowskiej Julian Krzywka, angażując Annę do pracy. Miała stałe dochody, ubezpieczenie i pewny byt, co było niebagatelne dla młodej piosenkarki.

Zespół przygotowywał interesujący program literacko-muzyczny _Świt nad Afryką_. W tym widowisku Ania śpiewała songi afrykańskie. Kiedy zaprezentowano go na ogólnopolskim przeglądzie zespołów estradowych w Warszawie, krytycy muzyczni po raz pierwszy dostrzegli Annę. Nagłówki w gazetach biły po oczach: „Wielki talent”, „Nieznana twarz – prawdziwa indywidualność na polskiej estradzie” itp.

Anna German nie poprzestała na pochwałach, wiedziała, że aby osiągnąć sukces, musi pracować nad swoim głosem, który był nieoszlifowanym diamentem. Zwróciła się o pomoc do profesor Proszowskiej. To do niej dość długo i regularnie uczęszczała na lekcje śpiewu, które przyniosły wyjątkowe efekty.

Kiedy skończyło się terminowanie w Estradzie, Anna postanowiła spróbować sił jako solistka. Zadebiutowała w 1962 roku w audycji „Podwieczorek przy mikrofonie”. W tym samym roku na Ogólnopolskim Przeglądzie Zespołów i Solistów w Olsztynie zdobyła pierwszą nagrodę za wykonanie włoskiej piosenki _Ave Maria_.

W ten oto sposób został rozwiązany problem w „Pagarcie”, który z wykonawców polskiej estrady pojedzie na kilkumiesięczne stypendium rządu włoskiego do Rzymu. Zgłoszono Annę!

Pracując już w Estradzie Wrocławskiej, Anna German spotkała się z Katarzyną Gaertner, gdzie młoda Kasia dorabiała tam jako akompaniatorka, później też razem pracowały w Estradzie Rzeszowskiej.

Minęło parę lat i obie panie spotkały się ponownie. Anna w tym czasie wystąpiła na III Międzynarodowym Festiwalu Piosenki w Sopocie, gdzie zdobyła drugą nagrodę za wykonanie piosenki _Krzyk białych mew_. Ale ta nagroda niewiele wniosła do jej artystycznego życiorysu. Sytuacja powtórzyła się rok później, w 1963 roku taką samą nagrodę otrzymała za piosenkę _Tak mi z_ _tym źle_.

Prawdziwą popularność przyniósł jej dopiero występ na Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu w 1964 roku. Tam zaśpiewała _Tańczące Eurydyki_ – utwór, który już zawsze łączył się z jej nazwiskiem. Druga nagroda uczyniła z Anny gwiazdę polskiej piosenki. Później w swojej książce _Wróć do Sorrento?…_ tak wspominała: „Przyjechałam do Opola wczesnym rankiem. Miasto zielone, czyste, przyozdobione jak narzeczona czekająca na swój ślubny orszak. Pogoda była cudowna w czasie prób, ale wieczorem rozpętała się burza z ulewą, jakiej potem już nigdy w życiu nie widziałam. Wystarczyło być na scenie kilka minut, by nie mieć na sobie śladu suchej nitki, mimo że ktoś wpadł na pomysł, aby nad śpiewającym solistą trzymać parasolkę. Było więc wszędzie mokro, ale nie zimno, tylko gorąco i wesoło. Oklaski i okrzyki uznania z przemoczonej widowni rozgrzewały. Cieszyliśmy się jak dzieci.

Początkująca piosenkarka, 1964 r.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij