-
nowość
-
promocja
Moja przyjaciółka Pola - ebook
Moja przyjaciółka Pola - ebook
Najważniejsze to być sobą!
Nastoletnia Tośka nie wierzy w siebie. Pragnie akceptacji, zrozumienia i marzy o tym, by w końcu przestać wstydzić się własnego ciała. Jej głowę zaprzątają myśli, których wolałaby nie słyszeć, a serce boli przez nieustanne kłótnie rodziców i brak prawdziwych przyjaciół.
Gdy w wakacje zostaje zmuszona do pobytu u ciotki w Lipnie, jest przekonana, że nic nie może poprawić jej samopoczucia. Aż do chwili, gdy życie zaczyna ją zaskakiwać niewyjaśnionymi i niemal magicznymi zdarzeniami…
Odkrywając stare uliczki miasteczka, z którym związana jest pewna przedwojenna gwiazda kina, Tośka powoli zaczyna dostrzegać rzeczy, jakich wcześniej nie widziała – ani w sobie, ani w innych.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dla młodzieży |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-624-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
W czerwcu wylądowałam w szpitalu i pewna przemiła pani doktor stwierdziła, że mam zaawansowaną nerwicę i powinnam przebywać w przyjaznym środowisku i się nie denerwować. Dlatego rodzice wysłali mnie do Lipna, do stryjecznej ciotki taty – Leokadii. Stwierdzili, że wakacyjny pobyt u niej pozwoli mi uspokoić skołatane nerwy i wprowadzi harmonię do mojego organizmu.
Ciotka była prawdziwą legendą naszej rodziny. Na każdym spotkaniu mówiono, że jest wiedźmą. W rzeczywistości była starą panną i z tego, co słyszałam, wypłoszyła swoim wstrętnym charakterem wszystkich potencjalnych kandydatów na mężów. Sami rozumiecie, że nie chciałam u niej spędzić nawet godziny, a co dopiero całych wakacji.
Niestety nie miałam nic do powiedzenia i rodzice, nie zważając na moje protesty, tym razem zgodnie, spakowali moje rzeczy i zawieźli mnie do Lipna.
Leokadia zajmowała trzy duże pokoje na ostatnim piętrze obskurnej kamienicy w pobliżu kina Nawojka. Mama na osłodę dała mi stówę, żebym mogła się do niego wybrać.
– Zawsze chciałaś zostać sławną aktorką, to wreszcie będziesz mogła pooglądać sobie filmy w kinie – powiedziała, taszcząc walizkę z moimi rzeczami na drugie piętro.
Kiedy stanęłam przed wielkimi, dębowymi drzwiami z mosiężną kołatką, poczułam, jakbym przeniosła się do XIX wieku. Spod popękanych ścian przebijały jakieś stare malunki. Okna były łukowate i wykończone rzeźbieniami w zawiłe ornamenty.
– No wchodźcie wreszcie. Nie stójcie tak, bo robicie przeciąg – usłyszałam.
Kiedy podniosłam głowę, ujrzałam przed sobą wysoką, chudą kobietę o ostrych rysach twarzy. Jej włosy były długie i całkowicie siwe, a na czubku głowy związane w coś na kształt wielkiego grzyba. Na nosie miała ciężkie okulary, które co i raz poprawiała. Jej czarna, długa suknia wyglądała jak wyjęta z jakiegoś muzeum. O kurczę! Ona ma chyba ze sto lat – pomyślałam i ze strachem schowałam się za plecy mamy.
– Witaj, ciociu. Wspaniale wyglądasz. Nic się nie zmieniłaś – powiedział tata na powitanie.
– Ciocia się nic a nic nie starzeje – dodała przymilnie mama.
– Skończcie z tymi bzdurami – zaskrzeczała niemiło ciotka. – Czego chcecie?
– Jak już wspominałem cioci… – zaczął nieśmiało tata.
– To jest właśnie nasza córka Antonina – z niecierpliwością przerwała mu mama, po czym wbiła dłoń w moje prawe ramię i zmusiła mnie do dygnięcia.
O nie! Ta starucha nie jest przecież jakąś królową, żebym musiała się przed nią kłaniać – pomyślałam ze złością.
Ciotka popatrzyła na mnie z obrzydzeniem. Taksowała mnie wzrokiem dobrą minutę, która wydawała się wiecznością. Wreszcie podeszła bliżej i bezceremonialnie wbiła mi swoje kościste paluchy w brodę.
– Co ona taka tłusta? – powiedziała.
Rodzice nabrali wody w usta, ja zwiesiłam głowę i, stojąc tak naprzeciw tej wstrętnej baby, czułam się jak ostatnie zero. To prawda, że miałam parę kilo nadwagi, no może nie parę, tylko paręnaście. Robiłam wszystko, żeby o tym zapomnieć i czuć się jak normalna nastolatka. Czytałam nawet w Internecie artykuły o ciałopozytywności. A ona jednym zdaniem przekreśliła moje mozolnie budowane poczucie wartości, które w momencie rozpadło się jak domek z kart.
Od razu poczułam ssanie w brzuchu i myślałam tylko o chipsach, czekoladzie lub chociaż o jednym marnym batoniku.
– Czego wyje? – usłyszałam po chwili jej skrzekliwy głos.
Nawet nie wiedziałam, że łzy samoistnie zaczęły płynąć mi po policzkach.
Nienawidziłam tej kobiety z całego serca, nienawidziłam rodziców, a najbardziej nienawidziłam siebie.
Tata objął mnie i zaprowadził do pokoju, który miałam zajmować podczas wakacji. Przylgnęłam do niego jak pijawka.
– Nie zostawiaj mnie – prosiłam.
– Będzie dobrze, zaufaj mi. Naprawdę będzie dobrze. Leokadia nie jest wcale taka straszna, jak się wydaje.
Kiedy rodzice wyszli, rzuciłam się zrozpaczona na łóżko. Zwinęłam się w kłębek i przez kilka godzin płakałam. Wreszcie zasnęłam. Obudziłam się w środku nocy. Zaświeciłam latarkę w telefonie i postanowiłam poszukać łazienki. Po cichutku posuwałam się po chłodnej drewnianej podłodze, starając się uważać na stare, skrzypiące deski. Ze ścian w wąskim i długim przedpokoju patrzyły na mnie czarno-białe fotografie dystyngowanych kobiet w sukniach z falbanami i mężczyzn we frakach i cylindrach. Czułam się jak intruz w tym dalekim od współczesności świecie.
Wreszcie znalazłam łazienkę. Pomieszczenie wyglądało dość osobliwie. Ściany pokrywała wyblakła tapeta w kwiaty, w kącie stał okrągły piecyk wyłożony białymi kaflami, z których dwa były popękane, a na środku stała wanna na lwich łapach. Po prawej stronie znajdował się duży, żeliwny zlew. Kiedy spróbowałam odkręcić kran, z rur zaczął się wydobywać dziwny dźwięk – coś jakby charczenie olbrzyma pomieszane z miauczeniem kota.
W tej samej chwili usłyszałam kroki i po kilku sekundach ciotka stanęła przede mną.
– Czemu tak hałasuje? – spytała zdumiona.
– Ja tylko chciałam… – zaczęłam, jednak nie mogłam dokończyć, bo z ledwością powstrzymywałam się od śmiechu.
Ciotka Leokadia wyglądała… dziwacznie to mało powiedziane. Włosy miała rozczochrane i każdy sterczał w inną stronę. Koszula nocna, którą miała na sobie, przypominała skrzyżowanie sukni balowej z płaszczem. Nigdy nie widziałam, żeby ktoś spał w czymś podobnym.
– No i co się tak gapi? – wypaliła z wyrzutem.
– Ja za potrzebą i umyć się chciałam… – wykrztusiłam wreszcie.
– Żeby mi to było ostatni raz. Nie ma mycia w nocy, bo rury stare i robią dużo hałasu – odparła oschle. – Jutro się umyje, a teraz do łóżka.
Chcąc nie chcąc poczłapałam do swojego pokoju, ale nie mogłam zasnąć. Wszędzie patrzyły na mnie twarze obcych ludzi. Czułam się, jakby śledzili każdy mój ruch.
Pokój nie był wcale taki mały, jak się na początku wydawał. Po prawej stronie, zaraz przy wejściu, stała ogromna, stara, zabytkowa szafa. Obok niej było wielkie, dębowe biurko, a na nim stosy książek. Nad biurkiem wisiał portret jakiejś kobiety w kapeluszu. Naprzeciw drzwi było duże, półkoliste okno, które wychodziło na budynek z napisem „Kino Nawojka”.
A… To tu jest to kino, o którym mówiła mama – pomyślałam – może rzeczywiście wybiorę się na jakiś film. Tylko ciekawe, po ile są bilety i czy grają coś interesującego? Postanowiłam, że sprawdzę na drugi dzień.
Leżąc w łóżku, wsłuchiwałam się w odgłosy ulicy. Czułam się nieswojo w tym obcym miejscu, ale miałam nadzieję, że rodzice pogodzą się pod moją nieobecność i wszystko wróci do normy. Tak bardzo chciałam mieć pełną i szczęśliwą rodzinę. Może wtedy łatwiej znalazłabym przyjaciół…?
Myślałam o ich kłótniach i o tym, co stało się z naszą rodziną. Wspominałam dobre chwile. Wcześniej, to znaczy jeszcze przed rozmowami o rozwodzie, jeździliśmy razem nad morze. Puszczaliśmy latawce, zbieraliśmy muszelki i kąpaliśmy się w lodowatym Bałtyku. Było fajnie. Z całych sił próbowałam przypomnieć sobie moment, kiedy między rodzicami zaczęło się psuć. Trwało to już jakiś czas. Wciąż miałam wrażenie, że kłócą się przeze mnie. Może gdyby mnie nie było, byliby szczęśliwi?
Obudziły mnie promienie słoneczne, które świeciły prosto w twarz. Spojrzałam na telefon i spostrzegłam, że jest już jedenasta. O rany! Ale pospałam! Ciotka pewnie się wścieknie – pomyślałam.
Wzięłam do ręki swoje ubrania i skierowałam się wprost do łazienki. Na korytarzu usłyszałam głos:
– Niech szybko się myje, bo śniadanie czeka. A i wody mało zużywa, bo droga.
Marzyłam o gorącym prysznicu lub chociaż długiej kąpieli. W domu potrafiłam spędzać w łazience całe godziny. Często zamykałam się tam, żeby nie słyszeć kłótni rodziców. Puszczałam wtedy wodę najmocniejszym strumieniem i swobodnie mogłam się wypłakać. Łazienka zamieniała się w saunę. Kiedy kończyłam kąpiel, na lustrze rysowałam serduszka z pary. Mama nie miała do mnie pretensji. Może wiedziała, że potrzebuję pobyć sama. Jednak tu chyba będę zmuszona nauczyć się ekspresowej toalety.
Szybko umyłam się przy umywalce. Odgłos wody po odkręceniu kranu nie pozostawiał wątpliwości, rury były na pewno przedwojenne. Zazgrzytało, zacharczało i woda popłynęła powolnym strumieniem.
Ciotka jest chyba bardzo biedna, skoro mieszka w takich warunkach – stwierdziłam i pomaszerowałam do kuchni.
Przywitał mnie tam najpiękniejszy zapach, jaki kiedykolwiek czułam.
– Co tak pięknie pachnie? – zapytałam.
– To kawa.
– Nigdy nie czułam podobnego zapachu. Pachnie tak przyjemnie i luksusowo. – Klepnęłam bez zastanowienia.
– To specjalna mieszanka kawy. Sprowadzam ją z Triestu.
– Skąd?
– Z Triestu. To we Włoszech. Tam robi się najlepszą kawę w Europie. Chcesz się napić?
– Dzieci nie piją kawy – powiedziałam zgodnie z prawdą.
– Bzdura – żachnęła się ciotka i sięgnęła do kredensu po filiżanki. Nalała z małego dzbanuszka czarny płyn, który rzeczywiście smakował wybornie.
Byłam tak podekscytowana piciem kawy, że ledwo zauważyłam, że filiżanka, którą trzymałam w ręku, była wyjątkowa. Zaczęłam się jej przyglądać z zaciekawieniem.
– Piękna, prawda? – usłyszałam zadowolony głos ciotki.
– Owszem.
– Niech uważa, żeby nie potłuc. To pamiątka z mojego rodzinnego domu. No i prawdziwa porcelana. Bardzo cenna.
Patrzyłam z zachwytem na filiżankę. Była błękitna, a namalowane na niej żurawie wyglądały jak żywe. Jedne spacerowały po łące lub szykowały się do lotu, a pozostałe szybowały po niebie.
– Prawdziwa porcelana, a nie jakiś tam fajans – z dumą podkreśliła ciotka. – Dzisiaj takich nie robią. Wiesz, po czym poznać prawdziwą porcelanę?
– Nie mam pojęcia.
– Można wykonać próbę atramentu i puścić jedną kroplę na naczynie. Jeżeli będziemy w stanie zmyć z niego atrament, z pewnością jest to porcelana.
– A co to atrament? – zapytałam.
– Ech… – Ciotka machnęła ręką. – Jedz. – Wskazała na stół, gdzie na lnianej, wykrochmalonej ściereczce leżały równiutko pokrojone kromki chleba ciocinego wypieku, wiejskie masło na spodku, pomidory od rolnika i miód w słoiku.
– Ale pyszne! – zawołałam, ładując sobie do buzi kolejną kanapkę.
– Niech nie mówi z pełnymi ustami. Niech zachowuje się jak dama, a nie prostaczka. A po śniadaniu niech posprząta, wyniesie śmieci i idzie na spacer.
Niechętnie wzięłam się za sprzątanie. Ciotka cierpliwie, aczkolwiek ostro tłumaczyła mi, gdzie wszystko odkładać. Wciąż słyszałam:
– Uważaj, to cenne, to stare, to pamiątka!
O rany, jakie męczące jest życie wśród takich pamiątek – pomyślałam i z wielką radością wyszłam na ulicę.
Ciotka wysłała mnie po zakupy na targ. Miałam kupić jajka od pani Janki ze stoiska po prawej stronie.
– Prawdziwe wiejskie jaja, pamiętaj. Tylko takie nadają się do jedzenia – mówiła. – Twaróg od pani Zofii: też prawdziwy i ekologiczny. I weź śliwki od pana Henryka.
Kiedy kosz miałam wypchany po brzegi, pomyślałam, że starucha nie zorientuje się, jeśli kupię też coś dla siebie, i pomaszerowałam na osiedle w poszukiwaniu Żabki. Czułam w sobie niepokój. Byłam przecież w obcym mieście, u obcej kobiety, a zwykle w stresujących sytuacjach chciało mi się jeść. To zupełnie tak, jakby w moim brzuchu mieszkał jakiś potwór, który kiedy tylko coś niewiadomego pojawiało się w moim życiu, otwierał paszczę i wołał, żeby go nakarmić, a ja zupełnie nad tym nie mogłam zapanować. Miałam jeszcze trochę Żappsów, więc postanowiłam nakarmić mojego potwora hot-dogiem i Princessą w białej czekoladzie. Okazało się, że starczy mi jeszcze na chipsy, żelki i rogala z czekoladą. Szczęśliwa z powodu dokonanych zakupów rozsiadłam się na ławce pod sklepem i zaczęłam konsumować moje zapasy.
Po chwili spostrzegłam grupkę dziewcząt, które bezceremonialnie mi się przyglądały i coś na mój temat szeptały. Wyjęłam z reklamówki chipsy. Otworzyłam paczkę i zaczęłam zajadać. Były paprykowe – moje ulubione. Kiedy je opędzlowałam, rozpakowałam pierwszego batona i gdy wkładałam go sobie do ust, usłyszałam:
– Zobaczcie. Taka gruba i ciągle żre!
Usłyszałam głośny śmiech. Wiedziałam, że śmieją się ze mnie. Całe moje ciało zesztywniało. Ręka z batonem utknęła w pół drogi do ust. Mimo pochmurnego dnia oblałam się potem. Zrobiło mi się gorąco, a poliki płonęły.
Dziewczyny bezczelnie nabijały się ze mnie, pokazywały palcami i kierowały w moją stronę niewybredne przezwiska.
– Jaki grubas!
– Je jak świnia!
– Zobacz, jak ona wygląda!
Niewiele myśląc, ścisnęłam w dłoni napoczętego batonika, zerwałam się na równe nogi i zaczęłam biec przed siebie. Łzy lały się z moich oczu szerokim strumieniem. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Czułam się upokorzona. Miałam dość życia. W mojej głowie kołatało się pytanie: Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego ja? Dlaczego mnie to wszystko spotyka? Dlaczego to właśnie moi rodzice się rozwodzą? Dlaczego jestem gruba? Dlaczego nie mam ani jednej przyjaciółki?
W pewnej chwili zahaczyłam stopą o wystający kamień i runęłam jak długa na ziemię. Z trudem podniosłam się z kolan. Wewnętrzna strona dłoni była cała pozdzierana, a na kolanie w spodniach widniała wielka dziura.
– Nie dość, że głupia, gruba, to jeszcze niezdara – powiedziałam do siebie. Tak bardzo nie lubiłam siebie samej. Byłam brzydka, nieforemna i nikt nie chciał się ze mną przyjaźnić. Nawet rodzice. Oddali mnie przecież do tej staruchy. Co ze mną będzie? – pomyślałam i załkałam żałośnie.
– Ej, przestań się mazać i weź się w garść – usłyszałam szept. – I przestań tak brzydko do siebie mówić.
Rozejrzałam się dookoła, ale nikogo w pobliżu nie było. Wstałam, otrzepałam dłonie z piachu i przetarłam załzawione oczy. O nie! Brud dostał mi się do oka i znowu zaczęłam płakać.
– Płacz tu nic nie pomoże. Umyj ręce mydłem i czystą wodą. Obmyj twarz. Wszystko się ułoży – powiedział ponownie ten sam głos.
Powtórnie się rozejrzałam. Stałam sama na małym placyku przed budynkiem. Na ogromnej ścianie widniał malunek jakiejś kobiety w opasce na głowie, a obok niej portret mężczyzny z wąsami.
– Przestań się mazać – usłyszałam. Podniosłam wzrok i miałam wrażenie, że kobieta namalowana na ścianie się poruszyła.
Mam zwidy – byłam tego pewna.
– Do wesela się zagoi. Więcej wiary w siebie – wyraźnie powiedział malunek.
– Co się ze mną dzieje? – westchnęłam i zobaczyłam, że ktoś się zbliża.
– To chyba twoje. – Zobaczyłam przed sobą dziewczynkę trzymającą w ręku mój koszyk z zakupami.
– Skąd to masz? – Wyrwałam go ze złością.
– Zostawiłaś przy ławce – powiedziała, uśmiechając się nieśmiało.
– Widziałaś?
– Tak, ale nie przejmuj się nimi. Te dziewczyny są okropne. Mi też dokuczają. Wszystko się ułoży.
– Już dzisiaj to słyszałam – odrzekłam ironicznie.
– Jak chcesz, to cię odprowadzę – zaproponowała. – Nazywam się Zosia, mogę być twoją koleżanką. Chcesz?
– Dlaczego to robisz? Nie potrzebuję litości – warknęłam przez zęby.
– Ale potrzebujesz przyjaciół – usłyszałyśmy obie głos ze ściany.
Spojrzałyśmy to na siebie, to na ścianę.
– Nie róbcie takich min, tylko mnie uważnie posłuchajcie. Każdy przechodzi w życiu trudne momenty, a najważniejsze to się nie poddawać i czerpać z nich siłę.
– Tobie to dobrze mówić. Nie żyjesz w prawdziwym świecie i nie masz pojęcia, przez co przechodzę – syknęłam i sama zdziwiłam się, że gadałam z rysunkiem na ścianie.
– Ani ja – dodała moja nowa koleżanka.
– Wiem więcej, niż wam się wydaje. Poznałam, co to bieda, cierpienie i upokorzenie. Wiem też, co znaczy praca nad sobą i wytrwałość. Spójrzcie na siebie. Jesteście młode, zdrowe i piękne. Całe życie przed wami. Długo jeszcze zamierzacie tu stać i użalać się nad sobą? – Kobieta zrobiła wzburzoną minę.
– Charlie, powiedz coś, bo nie mogę już na to patrzeć.
– To nie patrz. Nic mnie to nie obchodzi – odparł mężczyzna ze ściany.
– Zosia! Uszczypnij mnie, proszę! – zawołałam.
– A ty mnie!
Szczypałyśmy się na zmianę, a postacie namalowane na budynku kina Nawojka patrzyły na nas z oburzeniem.
– To się nie dzieje naprawdę! – powiedziałam. – Muszę wracać do domu!
– Zobaczymy się jeszcze? – zapytała moja nowa koleżanka.
Wzruszyłam ramionami.
– No to jak? – ponowiła propozycję.
– W sumie i tak nie mam nic innego do roboty.
– Jutro o tej samej porze? – zaproponowała.
– Ok – zawołałam i skierowałam się do mieszkania ciotki Leokadii.
***
Zapraszamy do zakupu pełnej wersjiNakładem wydawnictwa Novae Res ukazała się również:
POZNAJ CUDOWNĄ MOC PRZYJAŹNI!
Ile przygód może spotkać dwunastolatka? Od momentu, w którym Konrad spotyka Rudego, w jego życiu zaczynają dziać się niezwykłe rzeczy. Wspólnie z czworonożnym przyjacielem, Figą i Agatą przyjdzie mu zmierzyć się z wieloma wyzwaniami. Czy Konrad poradzi sobie ze swoim największym wrogiem Sroką? Czy uda mu się ustalić, kto prześladuje Agatę? Na czym dokładnie polegać ma walka ze smokiem? No i najważniejsze – jaki wpływ na losy postaci będzie miał słynny piłkarz, Robert Lewandowski?
Rudy, Agata i Ja to książka o pięknej przyjaźni, dorastaniu, konfrontacji świata dorosłych i nastolatków. Bohaterowie stawiają czoła wielu problemom, a z każdej sytuacji wychodzą obronną ręką. Wszystko za sprawą cudownej mocy przyjaźni!