Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Moja ukochana bestia - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 kwietnia 2026
3720 pkt
punktów Virtualo

Moja ukochana bestia - ebook

Wzruszające wspomnienia umierającego pisarza o jego wieloletniej relacji z uwielbianą kotką.

Caleb Carr, autor m.in. słynnego Alienisty, od najmłodszych lat był miłośnikiem kotów, a jego relacje z nimi zazwyczaj okazywały się trwalsze od związków z ludźmi.

W późniejszych latach w jego życiu pojawiła się Masza, kotka syberyjska, z którą połączyła go na siedemnaście lat naprawdę wyjątkowa zażyłość. Kiedy została poturbowana podczas jednej z walk, tylko Carr potrafił jej pomóc. Ona z kolei dobrze wiedziała, jak ulżyć jemu, gdy cierpiał z powodu choroby. Dzięki bogatej wiedzy na temat kociej behawiorystyki i własnemu doświadczeniu Carr odkrył wiele tajemnic Maszy. Historia ich uczuciowej relacji może zafascynować i poruszyć czytelników niezależnie od ich wieku, wykształcenia, profesji czy zainteresowań.

Zaledwie po kilku stronach tej poruszającej książki amatorzy wyrafinowanej prozy wstrzymają oddech z zachwytu – podobnie jak miłośnicy kotów. […] To jedna z najbardziej wzruszających i najpiękniejszych opowieści o żalu z powodu śmierci kogoś bliskiego. -„Kirkus Reviews”

Kategoria: Wywiad
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8338-640-9
Rozmiar pliku: 4,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Preludium

17 lat

W ciągu tych lat dni i tygo­dnie zaczęły mieć dla mnie mniej­sze zna­cze­nie niż fazy księ­życa, cykle wia­tru, zmie­nia­jące się pory roku. Kie­dyś nawet przy­szło mi na myśl, że w tak dłu­gim cza­sie zmie­ści­łoby się mał­żeń­stwo, kariera zawo­dowa albo okres doj­rze­wa­nia czło­wieka od naro­dzin do ukoń­cze­nia szkoły śred­niej. Prawdę mówiąc, nie przy­wią­zy­wa­łem więk­szej wagi do tych waż­nych eta­pów życia, a zupeł­nie prze­stały się liczyć, gdy zamiesz­ka­li­śmy razem w domu, który – odkąd w nim się zna­la­zła – stop­niowo bar­dziej nale­żał do niej niż do mnie. Mój cykl aktyw­no­ści upo­dab­niał się do jej rytmu dobo­wego. Dla niej wyznacz­ni­kami czasu były świa­tło dzienne i wie­czorny mrok, odgłosy wia­tru, który to szu­miał, to huczał w komi­nie, fazy księ­życa, któ­rego zmie­nia­jący się kształt obser­wo­wała ze swo­ich ulu­bio­nych miejsc wewnątrz i na zewnątrz. Każdy dzień – a raczej noc ze względu na nasze przy­zwy­cza­je­nia – wypeł­nia­li­śmy zaję­ciami według usta­lo­nego porządku: ja pisa­łem, ona polo­wała i strze­gła tery­to­rium wokół domu. Oboje skru­pu­lat­nie prze­strze­ga­li­śmy czasu prze­zna­czo­nego na sen i posiłki. Zgod­nie uzna­wa­li­śmy, że wszel­kie ważne zja­wi­ska życia toczą­cego się na zewnątrz pod­le­gają pra­wom przy­rody, zmie­nia­jącym się cyklicz­nie wraz z porami roku.

Na pew­nym eta­pie zaczęły nas nie­po­koić wewnętrzne symp­tomy upływu czasu: kon­tu­zje, nie­do­ma­ga­nia, coraz wyraź­niej­sze prze­jawy sta­rze­nia się, które świad­czyły o tym, że przy­bywa nam lat, że sta­jemy się słabsi, mniej sprawni i mniej odporni niż daw­niej. Mimo to oboje z upo­rem prze­ciw­sta­wia­li­śmy się zabu­rze­niom rytmu naszej usta­bi­li­zo­wa­nej codzien­no­ści. Nie cho­ro­bom i obra­że­niom nada­wa­li­śmy pierw­szo­rzędne zna­cze­nie, lecz wza­jem­nej tro­skli­wo­ści i bli­sko­ści w każ­dej chwili, w każ­dej trud­nej sytu­acji. W razie potrzeby zawie­sza­li­śmy aktyw­ność na tyle, na ile było to konieczne, i dzia­ła­li­śmy w try­bie awa­ryj­nym, cze­ka­jąc, aż życie wróci do normy. Dopiero wtedy znów uru­cha­mia­li­śmy nie­wi­dzialny zegar regu­lu­jący nasz dobowy rytm wyzna­czany świa­tłem i mro­kiem, zim­nem i cie­płem, sza­ro­ścią i zie­le­nią przy­rody.

Oboje byli­śmy świa­do­mymi obser­wa­to­rami zacho­dzą­cych wraz z upły­wem czasu zmian we wła­snej psy­chice i ciele, ale jesz­cze wyraź­niej dostrze­ga­li­śmy je w sobie nawza­jem. Po cho­ro­bach coraz wol­niej docho­dzi­li­śmy do zdro­wia, rany goiły się dłu­żej, pozo­sta­wia­jąc po sobie ślady, a potem zmiany nie na tyle sub­telne, żeby dało się je ukryć. Były to ewi­dentne zna­miona prze­mi­ja­nia i jego kon­se­kwen­cje. Sta­ra­li­śmy się je igno­ro­wać w miarę moż­li­wo­ści, które jed­nak nie­uchron­nie się kur­czyły. Oboje mie­li­śmy natu­ralną skłon­ność do prze­kra­cza­nia wła­snych gra­nic, nawet jeśli było to ryzy­kowne i nie­po­ko­iło tego dru­giego. A jed­nak to robi­li­śmy, wie­dząc, że w razie nie­po­wo­dze­nia żadne z nas nie będzie pozo­sta­wione samo sobie. Może nawet celowo spraw­dza­li­śmy, czy rze­czy­wi­ście zawsze możemy na sobie pole­gać. Ból wywo­łany lek­ko­myśl­nymi wybry­kami, cza­sem roz­dzie­ra­jący, na ogół, z nie­licz­nymi wyjąt­kami, nie był sil­niej­szy od uko­je­nia, jakie czer­pa­li­śmy ze wspól­nej obec­no­ści pod­czas rekon­wa­le­scen­cji. Dla mnie – i przy­pusz­czam, że rów­nież dla niej – był to jeden ze spo­so­bów uni­ka­nia choćby mgli­stego wyobra­ża­nia sobie dnia, w któ­rym na ból nie znaj­dzie się reme­dium ani pocie­sze­nie.

Sie­dem­na­ście lat – i oto nad­szedł ten dzień. Jedno z nas było obecne tylko duchem, dru­gie trwało w ciele nazna­czo­nym bli­znami i sta­ro­ścią, obar­czone ryzy­kow­nym zada­niem, ostat­nim do wyko­na­nia: opo­wie­dzieć histo­rię wspól­nie spę­dzo­nych lat. Bo te lata zło­żyły się na życie, nie­za­leż­nie od tego, jak mie­rzone, które zawsze będę dosko­nale pamię­tał. Życie Maszy – Maszy, która sama wybrała sobie imię pod­czas naszego pierw­szego spo­tka­nia. Tak, była kotem. Mam jed­nak nadzieję, że każdy, kto pomy­śli, że ona była „tylko kotem”, zagłębi się w tę opo­wieść. Dowie się z niej, jak ten zwy­kły kot nie tylko pano­wał nad wła­snym wol­nym świa­tem, ale też nadał sens mojemu życiu.

Nie­kiedy sły­szę pyta­nie: „Jak mogłeś tyle lat spę­dzić samot­nie w górach tylko z kotem?”. Zda­rza się nawet, że brzmi w nim nuta osądu. Gdyby jed­nak zapy­tać osoby, które je zadają, czy byłyby rów­nie zdzi­wione życiem w takim miej­scu z psem albo koniem, odpo­wie­dzia­łyby, że coś takiego jesz­cze się mie­ści w wyobraźni. Ale z kotem? To abso­lut­nie nie do pomy­śle­nia. Tym, któ­rzy są gotowi zro­zu­mieć, powiem jedno: samotne życie z kotem w dzi­kiej głu­szy zależy od czło­wieka tylko w nie­wiel­kim stop­niu, a w o wiele więk­szym od kota. Masza była wyjąt­kowa, zdolna do prze­kra­cza­nia gra­nic kociej odwagi, oka­zy­wa­nia tro­skli­wo­ści i poświę­ce­nia. Uwa­ża­cie, że nic podob­nego nie leży w natu­rze kota? W takim razie prze­my­śl­cie to jesz­cze raz.

Są w tej histo­rii epi­zody, które mogą się wyda­wać prze­ja­skra­wione, ale zapew­niam, że każdy z nich jest jak naj­bar­dziej praw­dziwy. Masza wio­dła życie, jakie więk­szość kotów led­wie może sobie wyobra­zić. Na ogół zamknięte w nie­du­żych miesz­ka­niach czy domach i oto­czone tro­ską ludzi są pozba­wione wła­snego świata, nad któ­rym mogłyby pano­wać. Nie stra­ciły jed­nak instynktu wol­no­ści, a daw­nego wspa­nia­łego, choć peł­nego nie­bez­pie­czeństw życia mogą jedy­nie zasma­ko­wać z ulot­nych wspo­mnień z poprzed­nich wcie­leń. Takiego, o jakim mogą tylko poma­rzyć…

Masza nato­miast pro­wa­dziła je w rze­czy­wi­sto­ści.Rozdział pierwszy

Spotkanie

Tamtego dnia sie­dem­na­ście lat temu wyprawa na pół­noc zajęła mi nieco ponad pół­to­rej godziny, choć mia­łem wra­że­nie, że trwa znacz­nie dłu­żej. To wra­że­nie towa­rzy­szyło mi zawsze, gdy jecha­łem przez Ver­mont. Ten stan nie bez powodu budzi mie­szane uczu­cia w wielu Nowo­jor­czy­kach, rów­nież we mnie. Ver­montczycy (czy też Ver­munt­czycy, jak iro­nicz­nie okre­ślają ich Nowo­jor­czycy) ucho­dzą za osoby zaro­zu­miałe, wręcz nie­przy­ja­zne wobec obcych, prze­ko­nane, że są bli­żej zwią­zane z naturą i że trak­tują ją z więk­szym sza­cun­kiem niż ich sąsie­dzi. Zna­jomy z Bur­ling­ton, naj­więk­szego mia­sta tego stanu, powie­dział mi kie­dyś, że według nich róż­nica mię­dzy Ver­montczykami a Nowo­jor­czy­kami jest taka jak „mię­dzy wełną a pola­rem”. Tym aro­ganc­kim porów­na­niem łatwo roz­zło­ścić Nowo­jor­czyka (do czego oczy­wi­ście doszło) i spro­wo­ko­wać go do barw­nej wią­zanki prze­kleństw.

Ale temat regio­nal­nych ani­mo­zji zostawmy na inną oka­zję. Tego jesien­nego dnia mia­łem powody do poważ­nego nie­po­koju. Od kilku mie­sięcy schro­ni­ska w pół­nocno-wschod­niej czę­ści kraju zma­gały się z wyjąt­kowo zja­dliwą, bar­dzo zakaźną i śmier­telną cho­robą psów. Jeśli ktoś, tak jak ja, myślał wtedy o adop­cji zwie­rzaka, musiał mieć abso­lutną pew­ność, że miej­sce, do któ­rego się udaje, jest wolne od infek­cji. Taką pla­cówką miało być schro­ni­sko w okręgu Rutland w sta­nie Ver­mont. Wete­ry­narz, z któ­rego usług wtedy korzy­sta­łem, spraw­dził i zapew­nił mnie, że pla­cówka jest bez­pieczna. Ta ostroż­ność wcale nie była prze­sadna. Jedną z naj­bar­dziej pod­stęp­nych cech cho­roby, tak jak wielu innych zaraź­li­wych zaka­żeń, była łatwość roz­prze­strze­nia­nia się nie tylko mię­dzy zwie­rzę­tami, ale też za pośred­nic­twem ludzi odwie­dza­ją­cych dotknięte nią schro­ni­ska, któ­rzy nie­świa­do­mie prze­no­sili pato­geny na odzieży, skó­rze i wło­sach, nara­ża­jąc kolejne zwie­rzęta. Kon­se­kwen­cje bywały fatalne, o czym sam się prze­ko­na­łem po wizy­cie w jed­nym z takich nie­bez­piecz­nych miejsc. Gdy powie­dzia­łem wete­ry­na­rzowi, że mia­łem tam kon­takt z kotem, naka­zał mi natych­miast wra­cać do domu, wziąć bar­dzo gorący prysz­nic przez co naj­mniej pół godziny i spa­lić – tak, spa­lić – ubra­nie, które mia­łem wtedy na sobie. Dopiero po upły­wie dwóch tygo­dni, pewien, że nie prze­no­szę cho­roby, mogłem poje­chać do innego schro­ni­ska, uzna­nego za bez­pieczne.

Na tę wia­do­mość zare­ago­wa­łem jak rodo­wity Nowo­jor­czyk – soczy­stą wią­zanką prze­kleństw wymam­ro­taną pod nosem. Byłem roz­cza­ro­wany. Po dłu­gim cza­sie żałoby po ostat­niej towa­rzyszce wresz­cie poczu­łem się gotów przy­gar­nąć nowego kota. Mówiąc wprost, bar­dzo już tego pra­gną­łem. Suki, po czte­rech latach naszej nie­spo­dzie­wa­nie głę­bo­kiej więzi, padła ofiarą losu, który czę­sto spo­tyka wycho­dzące koty. Ich życie, szcze­gól­nie w odlud­nych miej­scach, takich jak nasze, trwa zazwy­czaj od czte­rech do pię­ciu lat. Zanim mnie spo­tkała i uznała za god­nego zaufa­nia, praw­do­po­dob­nie przez dwa lata żyła na wol­no­ści, co naj­mniej raz się oko­ciła i odcho­wała młode. Radziła sobie dosko­nale, spryt­nie uni­kała zagro­żeń, a jej odej­ście było dla mnie ogrom­nym cio­sem. Bar­dzo długo nawet nie pomy­śla­łem o przy­ję­ciu do domu innego kota. Gdy w końcu na to się zde­cy­do­wa­łem, przy­gnę­biała mnie per­spek­tywa ocze­ki­wa­nia na reali­za­cję tego zamiaru przez kolejne dwa tygo­dnie. Musia­łem jed­nak z tym się pogo­dzić, w końcu sam nie­roz­waż­nie zawi­ni­łem.

Zima w grach Taco­nic rzadko się spóź­nia, o czym znów przy­po­mi­nała mi jesień. Nie­dawno prze­pro­wa­dzi­łem się ze sta­rej, pod­upa­dłej chaty do absur­dal­nie dużego domu, któ­rego budowa nie­mal dopro­wa­dziła mnie do ban­kruc­twa. Coraz bar­dziej czu­łem więc nie tyle potrzebę, ile koniecz­ność posia­da­nia towa­rzy­stwa. Jeśli mieszka się u stóp Misery Moun­tain, a na jej zbo­czach i w oko­licy żyją niedź­wie­dzie, kojoty, kuny rybarki i inne dra­pież­niki, nie­trudno zro­zu­mieć, jak bez­względna potrafi być natura – szcze­gól­nie gdy tem­pe­ra­tura spada do minus trzy­dzie­stu stopni, a wiatr usy­puje trzy­sto­powe zaspy. Na domiar złego zma­ga­łem się z prze­wle­kłymi pro­ble­mami zdro­wot­nymi, z któ­rych powodu od dawna trzy­ma­łem się z dala od ludzi. Poczu­cie osa­cze­nia przez dziką przy­rodę zaczy­nało prze­ra­dzać się w lęk, a potrzeba dzie­le­nia dłu­gich zimo­wych mie­sięcy z inną żywą istotą w palącą koniecz­ność.

Nie­ba­wem zaczą­łem więc prze­glą­dać foto­gra­fie kotów cze­ka­ją­cych na adop­cję w zaufa­nych schro­ni­skach. Rzecz jasna, wygląd zwie­rzę­cia nie powi­nien być jedy­nym kry­te­rium wyboru, znacz­nie waż­niej­sza jest obo­pólna wola nawią­za­nia poro­zu­mie­nia. Jed­nym z powo­dów, dla któ­rych w cza­sie pan­de­mii covid-19 tak wiele adop­cji się nie powio­dło, był brak moż­li­wo­ści wcze­śniej­szego spo­tka­nia poten­cjal­nego opie­kuna ze zwie­rzę­ciem. A prze­cież nie tylko czło­wiek powi­nien poczuć „che­mię”, kot rów­nież musi mieć szansę oce­nić, czy przy­szły opie­kun zasłu­guje na zaufa­nie. (Uni­kam słowa pupil, gdyż w moim odczu­ciu ma ono wydźwięk lek­ce­wa­żący wobec zwie­rząt i suge­ruje ich przed­mio­towe trak­to­wa­nie). W witry­nie schro­ni­ska w Rutland natra­fi­łem na kilka zdjęć, które szcze­gól­nie przy­kuły moją uwagę. Wete­ry­narz potwier­dził, że jest ono wolne od zaka­że­nia, więc posta­no­wi­łem zadzwo­nić i umó­wić się na wizytę.

Wtedy poja­wił się pierw­szy sygnał, że dzieje się tam coś nie­po­ko­ją­cego. Poin­for­mo­wano mnie, że obec­nie prze­bywa u nich wię­cej kotów, niż obej­muje oferta inter­ne­towa. Zapy­ta­łem dla­czego, ale osoba po dru­giej stro­nie linii potrak­to­wała mnie zdaw­kowo, choć zapew­niła, że nie cho­dzi o żadną cho­robę zakaźną. Pora­dziła, żebym naj­le­piej przy­je­chał w spra­wie kota do adop­cji i sam się rozej­rzał.

Prze­mknęło mi przez myśl, że to kolejna sztuczka typowa dla Ver­mont­czy­ków, ale posta­no­wi­łem stłu­mić podejrz­li­wość i wybrać się na pół­noc. Wraz z kolej­nymi kilo­me­trami począt­kowy nie­po­kój ustę­po­wał miej­sca eks­cy­ta­cji. Byłem gotów na to, co mnie cze­kało.

A jed­nak nie­zu­peł­nie.

Rutland County Humane Society, jak wiele podob­nych insty­tu­cji, mie­ściło się nie w samym mie­ście, lecz na jego obrze­żach w nie­wiel­kiej miej­sco­wo­ści Pit­ts­ford. Sam budy­nek był typowy dla tego rodzaju pla­có­wek: par­te­rowy, kil­ku­skrzy­dłowy, z przy­bu­dów­kami. Daw­niej zapewne ucho­dził za nowo­cze­sny, ale od tam­tej pory pod­upadł. Był oto­czony bok­sami dla psów i innymi cha­rak­te­ry­stycz­nymi ele­men­tami świad­czą­cymi o jego prze­zna­cze­niu. Gdy zapar­ko­wa­łem, pano­wał względny spo­kój – jeśli za taki można uznać uja­da­nie psów na wybiegu, które naj­pew­niej sko­ja­rzyły moje przy­by­cie z szansą na wydo­sta­nie się poza ogro­dze­nie. W środku ude­rzyła mnie atmos­fera napię­cia i pośpie­chu – naj­traf­niej oddaje ją okre­śle­nie „kon­tro­lo­wane zamie­sza­nie”. Pra­cow­nicy, jedni w kom­bi­ne­zo­nach ochron­nych, inni tylko w far­tu­chach, uwi­jali się gorącz­kowo, pró­bu­jąc zapa­no­wać nad natło­kiem zadań.

Już w głów­nym kory­ta­rzu pro­wa­dzą­cym do biur i gabi­ne­tów wete­ry­na­ryj­nych pano­wały ścisk i ner­wowa krzą­ta­nina. Wzdłuż jed­nej ściany pię­trzyły się klatki z kotami usta­wione jedna na dru­giej po trzy, a nawet po cztery. Wyglą­dało na to, że zamknięte w nich zwie­rzęta tra­fiły tu nie­dawno, a stali rezy­denci w dal­szym ciągu pozo­sta­wali w dotych­cza­so­wych bok­sach. Zatrzy­ma­łem mija­jącą mnie pra­cow­nicę i zapy­ta­łem, co się dzieje. Z jej kilku słów rzu­co­nych w biegu zro­zu­mia­łem, że dwa dni wcze­śniej inspek­to­rzy do spraw ochrony zwie­rząt wkro­czyli do domu samot­nej star­szej kobiety, która oka­zała się przy­kła­dem „kociary” w naj­gor­szym wyda­niu. Tę inter­wen­cję wywo­łały skargi sąsia­dów na odór i hałas docho­dzące z jej domu. Inspek­to­rzy zastali w środku ponad sześć­dzie­siąt kotów wal­czą­cych o prze­trwa­nie tam, gdzie powinny mieć schro­nie­nie.

Takie prze­ra­ża­jące miej­sca – i osoby, które je two­rzą w złud­nym prze­ko­na­niu, że oka­zują tro­skę – nie­stety nie należą do rzad­ko­ści. Ten przy­pa­dek był jed­nak wyjąt­kowo dra­styczny. Naj­pierw trzeba było zna­leźć schro­ni­ska, które zgo­dzi­łyby się przy­jąć ura­to­wane koty. Następ­nie prze­pro­wa­dzić zabiegi higie­niczne i sani­tarne – dom był w opła­ka­nym sta­nie, a pod­łogi tak prze­siąk­nięte kocim moczem, że z drewna zro­biła się gąbka. Co wię­cej, wszyst­kie zwie­rzęta trzeba było wyste­ry­li­zo­wać lub wyka­stro­wać, żeby oszczę­dzić im dal­szego cier­pie­nia. Przed­się­wzię­cie ogromne. Zaan­ga­żo­wały się w nie nie­mal wszyst­kie oko­liczne schro­ni­ska i wete­ry­na­rze gotowi do pomocy. Dopiero od nie­dawna sytu­acja zaczęła się sta­bi­li­zo­wać. Pozwo­lono mi więc swo­bod­nie się rozej­rzeć i zapo­wie­dziano, że ktoś wkrótce się mną zaj­mie.

Wie­dząc już, co się wyda­rzyło, zaczą­łem przy­glą­dać się kotom w klat­kach – w więk­szo­ści prze­ra­żo­nym, z tru­dem docho­dzą­cym do sie­bie po przej­ściach. Pró­bo­wa­łem zro­zu­mieć stan umy­słu osoby, która dopro­wa­dziła do takiego dra­matu, gdy nagle zauwa­ży­łem błysk w dol­nym rzę­dzie kla­tek i odru­chowo się odwró­ci­łem. Chyba mi się przy­wi­działo, pomy­śla­łem, bo dostrze­głem błysk koloru łudząco podob­nego do rzadko spo­ty­ka­nego umasz­cze­nia Suki. Miała kre­mową, lśniącą sierść, która w smu­gach świa­tła przy­bie­rała zło­ci­sty odcień, a białe koń­cówki wło­sów ota­czały ją deli­katną aure­olą. Natych­miast pod­sze­dłem bli­żej.

Tuż przy pod­ło­dze, w niskim trans­por­te­rze, prak­tycz­nym dla ludzi, lecz krę­pu­ją­cym dla zwie­rząt – bo nie mogą w nim sta­nąć ani się prze­cią­gnąć – sie­dział młody kot, czy raczej kotka, którą łatwo było roz­po­znać po drob­nej budo­wie i sub­tel­nym kształ­cie mordki. Miała ogromne oczy, jakich ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łem u kota. Praw­do­po­dob­nie pierw­sza mnie zauwa­żyła i wyczuła, bo teraz wpa­try­wała się we mnie upo­rczy­wie, wręcz roz­pacz­li­wie. Nie pomy­li­łem się – kolor sier­ści miała pra­wie taki sam jak Suki, choć jej futro było zupeł­nie inne: dłu­gie, pła­sko ukła­da­jące się war­stwami, bez efektu puszy­sto­ści. Ogon bujny i gęsty – jak szczotka do bute­lek albo mio­tełka do kurzu. Ta kotka miała oczy głę­boko bursz­ty­nowe, nie­mal zło­ci­ste, zupeł­nie inne niż jasnosz­ma­rag­dowe, błysz­czące oczy Suki. Wyda­wały się nie­pro­por­cjo­nal­nie duże w sto­sunku do drob­nego pyszczka, miały kształt orze­cha wło­skiego – były okrą­głe, nie mig­da­łowe ani owalne jak u więk­szo­ści kotów domo­wych. Mimo dobrego oświe­tle­nia źre­nice miała mocno roz­sze­rzone, być może ze stra­chu, cho­ciaż nie wyglą­dała ani na cier­piącą, ani na prze­ra­żoną. Raczej na pode­ner­wo­waną, co było cał­ko­wi­cie zro­zu­miałe w sytu­acji, w jakiej się zna­la­zła. Ale im bar­dziej się do niej zbli­ża­łem, tym mniej sen­sowne wyda­wały mi się te domnie­ma­nia.

Przy­glą­dała mi się uważ­nie i śmiało, ze sku­pie­niem – powie­dział­bym nawet, że natar­czy­wie. Tak wymow­nego spoj­rze­nia jesz­cze ni­gdy nie widzia­łem u kota. Wyra­zi­sto­ści przy­da­wał mu układ oczu, poło­żo­nych bli­sko sie­bie i fron­tal­nie jak u dzi­kich kotów, nie jak u domo­wych, u któ­rych są one roz­sta­wione sze­rzej i prze­su­nięte bar­dziej na boki. Wyda­wało się aż nadto oczy­wi­ste, że ta kotka z pełną świa­do­mo­ścią wszystko obser­wuje, zwłasz­cza mnie. Gdy zbli­żyła główkę do drzwi­czek klatki, zauwa­ży­łem, że na nosie i pod­bródku ma futerko przy­pró­szone bielą, a sam pysz­czek lekko zwró­cony ku dołowi, a nie wysu­nięty do przodu, jak u więk­szo­ści kotów nie­ra­so­wych. Dzięki takiemu poło­że­niu, typo­wemu dla wiel­kich kotów, te dra­pież­niki zyskują znacz­nie szer­sze pole widze­nia. Po bokach głowy wyra­stały jej dłu­gie kępki sier­ści, przy­po­mi­na­jące boko­brody rysia albo zaczą­tek grzywy u mło­dego lwa, łagod­nie prze­cho­dzące w gęste wło­ski pokry­wa­jące impo­nu­jący fałd luź­nej skóry wokół szyi – szcząt­kową pozo­sta­łość po wcze­snych eta­pach ewo­lu­cji kotów. To wła­śnie za ten fałd kocice chwy­tają młode, by je prze­no­sić z miej­sca na miej­sce. (Nie­któ­rzy, nawet tech­nicy wete­ry­na­rii, błęd­nie sądzą, że w taki sam spo­sób można chwy­tać doro­słego kota bez wyrzą­dza­nia mu krzywdy. Oka­zuje się jed­nak, że dla więk­szo­ści zwie­rząt jest to nie­przy­jemne, bole­sne doświad­cze­nie, które czę­sto wywo­łuje ich agre­sywną reak­cję). Z bia­łej czę­ści pyszczka wyra­stały wyjąt­kowo dłu­gie, białe wibrysy ukła­da­jące się w dwa łuko­wate, gęste wachla­rze, które nada­wały jej inte­li­gentny wyraz cha­rak­te­ry­styczny dla wiel­kich kotów. Wra­że­nie to potę­go­wały ruchliwe uszy, z któ­rych każde poru­szało się nie­za­leż­nie, reago­wało na nawet naj­cich­szy dźwięk.

Te cechy zesta­wione razem przy­da­wały jej „kocię­cych” rysów, a cała jej postać przy­wo­dziła na myśl młode koty. Ale więk­sze zna­cze­nie (choć mniej ujmu­jące) ma fron­talne usta­wie­nie oczu, takie jak u ich doro­słych dzi­kich kuzy­nów, które wpływa na poprawę koor­dy­na­cji widze­nia obu­ocz­nego (ste­reo­sko­po­wego), co prze­kłada się na lep­sze wyczu­cie głębi, szcze­gól­nie pod­czas noc­nych wędró­wek i polo­wa­nia. Warto zwró­cić uwagę, że „kocięcy” wygląd nie ma nic wspól­nego z nie­fra­so­bli­wo­ścią i naiw­no­ścią. Prze­ciw­nie, kocięta, podob­nie jak młode dzi­kie koty, uczą się chęt­nie i szybko. Odsta­wione od matki uważ­nie obser­wują oto­cze­nie, pod­pa­trują star­sze osob­niki i eks­pe­ry­men­tują nawet pod­czas zabawy. W ten spo­sób przy­go­to­wują się do samo­dziel­nego życia, które w warun­kach natu­ral­nych zaczy­nają już w wieku czte­rech do pię­ciu tygo­dni.

Czyżby ta kotka na mnie polo­wała? Trudno mi było sobie to wyobra­zić, choć bez wąt­pie­nia to ona dostrze­gła mnie pierw­sza i spoj­rze­niem wysy­łała sygnał, że ma wobec mnie wła­sny plan. To wła­śnie jej zacho­wa­nie uzna­łem za naj­bar­dziej intry­gu­jące, ponie­waż dosko­nale ilu­stro­wało spo­sób, w jaki koty obser­wują ludzi, oce­niają ich i wybie­rają sobie opie­kuna.

Pod­sze­dłem tro­chę bli­żej, a ona przy­ci­snęła pysz­czek do kraty trans­por­tera, jakby chciała mi powie­dzieć, że mam wszel­kie powody, by się nią zain­te­re­so­wać, ale przede wszyst­kim powi­nie­nem ją stam­tąd zabrać. Uśmiech­ną­łem się na tę myśl i pochy­li­łem, żeby mogła mi się dobrze przyj­rzeć. Nie ruszy­łem się jed­nak z miej­sca, w któ­rym się zatrzy­ma­łem, ponie­waż z bar­dzo bli­skiej odle­gło­ści (sze­ściu czy ośmiu cali) koty nie widzą wyraź­nie. Miauk­nęła, nie gło­śno ani natar­czy­wie jak inne koty, lecz spo­koj­nie i zachę­ca­jąco. Odpo­wie­dzia­łem jej cicho, sło­wami i odgło­sami. Wycią­gną­łem rękę i pozwo­li­łem ją obwą­chać. Zbli­żyła nos, oce­niła zapach i uznała go za satys­fak­cjo­nu­jący. Powoli zamkną­łem i otwo­rzy­łem oczy, a ona zare­ago­wała takim samym przy­ja­znym mru­gnię­ciem. A potem, naśla­du­jąc mój ruch, poufale poło­żyła swoją dużą łapę na mojej dłoni, jak­by­śmy się znali od dawna.

Praw­do­po­dob­nie przy­pi­sy­wa­łem zbyt duże zna­cze­nie zwy­czaj­nym zacho­wa­niom, na przy­kład obwą­cha­niu ręki. Ale u kotów nic nie jest tak pro­ste, jak mogłoby się wyda­wać. Choćby kwe­stia powo­nie­nia: dla nich ten zmysł jest nie mniej ważny niż dla psów, koni i wielu innych zwie­rząt, a może nawet waż­niej­szy. Z kolei ich ostrość widze­nia, w porów­na­niu do wielu innych ssa­ków, jest ogra­ni­czona z bli­ska i w inten­syw­nym świe­tle. Naj­lep­szą osią­gają przy śred­nich i dal­szych odle­gło­ściach oraz w pół­mroku. Nie ma w tym nic dziw­nego, w końcu są stwo­rze­niami zmierz­chu, naj­bar­dziej aktyw­nymi o świ­cie i po zmroku, skąd się bie­rze ich zami­ło­wa­nie do noc­nych har­ców. W dobrze oświe­tlo­nym pomiesz­cze­niu koty czę­sto spo­glą­dają z oddali z nie­po­ko­jem nie dla­tego, że cze­goś się oba­wiają, ale dla­tego, że widzą jedy­nie kon­tury postaci i dopiero dźwięk oraz zapach pozwa­lają im ją ziden­ty­fi­ko­wać. Pra­wie dla wszyst­kich kotów ludz­kie głosy są tylko pierw­szym orien­ta­cyj­nym sygna­łem. Dopiero po zapa­chu roz­po­znają, z kim mają do czy­nie­nia, i odczu­wają ulgę albo nie. Zależy to od stop­nia zaży­ło­ści z daną osobą i od zako­do­wa­nych w zapa­chu komu­ni­ka­tów che­micz­nych infor­mu­ją­cych o jej nastroju, emo­cjach i inten­cjach.

Według mądro­ści ludo­wej koty potra­fią wyczu­wać nasta­wie­nie i inten­cje ludzi. Wbrew pozo­rom w sygna­łach, które wysy­łamy, rze­czy­wi­ście potra­fią wychwy­ty­wać napię­cie, nie­chęć, a nawet cho­robę, ale też dobrze odczy­tują spo­kój, otwar­tość i ufność. Nie ma w tym nic nie­zwy­kłego, albo­wiem koty są nie­zwy­kle wraż­liwe na komu­ni­katy che­miczne, zwłasz­cza na fero­mony, które, podob­nie jak inne zwie­rzęta, ludzie wydzie­lają w zależ­no­ści od nastroju i formy fizycz­nej. Ta oso­bliwa zdol­ność kotów wykształ­ciła się u nich pier­wot­nie jako część ich łowiec­kiego instynktu, a z cza­sem roz­sze­rzyła o umie­jęt­ność iden­ty­fi­ka­cji stwo­rzeń, które mogłyby sta­no­wić dla nich zagro­że­nie. Koty odbie­rają bodźce zapa­chowe nie tylko nosem, lecz także za pomocą narządu lemie­szowo-noso­wego (Jacob­sona), umiesz­czo­nego w pod­nie­bie­niu. Uak­tyw­niają go dzięki odru­chowi fleh­men – pole­ga­ją­cemu na roz­war­ciu pyska i głę­bo­kim wcią­gnię­ciu powie­trza, czemu towa­rzy­szy dźwięk przy­po­mi­na­jący war­cze­nie, choć wcale nim nie jest. Dzięki temu pre­cy­zyj­nemu mecha­ni­zmowi roz­po­zna­wa­nia zapa­chów koty nie tylko potra­fią wyczuć ofiarę czy zagro­że­nie, ale też okre­ślić, komu mogą zaufać, a kogo lepiej uni­kać.

Ujmu­jąc rzecz pro­ściej: jeśli ktoś uważa koty za nie­godne zaufa­nia lub anty­pa­tyczne, z tym nasta­wie­niem pod­cho­dzi do każ­dego spo­tka­nia z nimi. Ciało takiej osoby mimo­wol­nie wysyła swo­iste komu­ni­katy che­miczne, które koty wyczu­wają, więc nie będą chciały mieć z nią do czy­nie­nia. Podob­nie jest z aler­gi­kami. Czę­sto pró­bują uza­sad­nić swoją nie­chęć, sze­rząc mit o tym, że koty zło­śli­wie wywo­łują u nich reak­cję immu­no­lo­giczną. Tym­cza­sem one wcale do takich ludzi się nie garną, bo zde­cy­do­wa­nie wolą kogoś, kto przy­naj­mniej, nawet jeśli błęd­nie, uważa się za ich przy­ja­ciela. Tak jak tamta kobieta z Rutland, w któ­rej domu zna­le­ziono ponad sześć­dzie­siąt kotów. Psy nato­miast, w prze­ci­wień­stwie do kotów, skła­niają się do bez­wa­run­ko­wej ufno­ści, dopóki ich się nie skrzyw­dzi. Cza­sami nawet w takich sytu­acjach niczego się nie uczą. Koty nato­miast od samego początku trak­tują czło­wieka z dystan­sem, a zaufa­niem obda­rzają go pod warun­kiem, że zrobi na nich pozy­tywne wra­że­nie, i to dopiero po spraw­dze­niu, czy speł­nia ich wymogi. Taki test prze­pro­wa­dzają nie­za­leż­nie od woli czło­wieka i uda­wa­niem nie spo­sób je zmy­lić. Co wię­cej, trzeba mu się pod­da­wać wie­lo­krot­nie.

Wła­śnie z powodu tej cechy koty spra­wiają wra­że­nie bacz­nych i zdy­stan­so­wa­nych obser­wa­to­rów. Trzy­mają się na ubo­czu, uważ­nie obser­wują i oce­niają, zanim kogo­kol­wiek obda­rzą zaufa­niem. Tak funk­cjo­nuje ich mecha­nizm obronny, który ma swoje źró­dło nie tylko w ich ana­to­mii, zmy­słach i natu­rze, lecz także w tylko czę­ścio­wym udo­mo­wie­niu. Jak­kol­wiek uznano je za fakt – choć dotych­czas nie roz­strzy­gnięto, kiedy koty poja­wiły się w ludz­kich spo­łecz­no­ściach, i wciąż toczy się na ten temat dys­ku­sje – to bar­dziej istotne jest odkry­cie, że ni­gdy nie uza­leż­niły się od ludzi w takim stop­niu jak inne zwie­rzęta domowe.

Koty weszły w nasze życie nie z potrzeby więzi, lecz z opor­tu­ni­stycz­nych pobu­dek, ponie­waż nasze jedze­nie, po pierw­sze, przy­cią­gało ich poten­cjalne ofiary, głów­nie gry­zo­nie i ptaki, a po dru­gie, korzy­stały z naszych śmieci, wyszu­ku­jąc w nich jadalne resztki. Dzięki tej nie­za­leż­no­ści ni­gdy nie stały się podatne na kary ani tre­surę. Nie potrze­bo­wały nas, ale potra­fiły czer­pać z nas korzy­ści. Ich przy­wią­za­nie opie­rało się i opiera na wza­jem­nym sza­cunku i przy­zwo­itym trak­to­wa­niu. W ich natu­rze wciąż jest obecny dziki pier­wia­stek – u jed­nych sil­niej­szy, u innych słab­szy – i w każ­dej chwili może się odro­dzić. Wystar­czy krzywda, cza­sem tylko oka­zja, a zni­kają w nocy i czę­sto już nie wra­cają.

Młoda kotka, którą bacz­nie obser­wo­wa­łem i która rów­nie uważ­nie przy­glą­dała się mnie, nie­wąt­pli­wie prze­pro­wa­dzała swój test. Spraw­dzała, z ostroż­no­ścią i sku­pie­niem dzi­kiego zwie­rzę­cia, czy się nadaję na jej towa­rzy­sza. A może była na tyle dzika, że decy­zję już dawno pod­jęła i teraz tylko pona­glała mnie, żebym prze­stał się ocią­gać i zro­bił to samo?

Wkrótce mia­łem się o tym prze­ko­nać. Dałem znak tej samej pra­cow­nicy i wska­za­łem klatkę. Naj­pierw uśmiech­nęła się z lek­kim roz­ba­wie­niem – ale gdy zoba­czyła, o któ­rego kota mi cho­dzi, jej uśmiech zgasł. Rozej­rzała się zanie­po­ko­jona, pode­szła do kole­żanki nad­zo­ru­ją­cej pracę na kory­ta­rzu i szep­nęła jej coś do ucha. Kie­row­niczka rzu­ciła okiem na mnie, potem na klatki i wzru­szyła ramio­nami. Domy­ślam się, że powie­działa coś w rodzaju: „Skoro chce się jej przyj­rzeć, niech się przy­gląda…”.

Pra­cow­nica, wyraź­nie pode­ner­wo­wana, ruszyła w moją stronę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij