-
nowość
-
promocja
Moja ukochana bestia - ebook
Moja ukochana bestia - ebook
Wzruszające wspomnienia umierającego pisarza o jego wieloletniej relacji z uwielbianą kotką.
Caleb Carr, autor m.in. słynnego Alienisty, od najmłodszych lat był miłośnikiem kotów, a jego relacje z nimi zazwyczaj okazywały się trwalsze od związków z ludźmi.
W późniejszych latach w jego życiu pojawiła się Masza, kotka syberyjska, z którą połączyła go na siedemnaście lat naprawdę wyjątkowa zażyłość. Kiedy została poturbowana podczas jednej z walk, tylko Carr potrafił jej pomóc. Ona z kolei dobrze wiedziała, jak ulżyć jemu, gdy cierpiał z powodu choroby. Dzięki bogatej wiedzy na temat kociej behawiorystyki i własnemu doświadczeniu Carr odkrył wiele tajemnic Maszy. Historia ich uczuciowej relacji może zafascynować i poruszyć czytelników niezależnie od ich wieku, wykształcenia, profesji czy zainteresowań.
Zaledwie po kilku stronach tej poruszającej książki amatorzy wyrafinowanej prozy wstrzymają oddech z zachwytu – podobnie jak miłośnicy kotów. […] To jedna z najbardziej wzruszających i najpiękniejszych opowieści o żalu z powodu śmierci kogoś bliskiego. -„Kirkus Reviews”
| Kategoria: | Wywiad |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8338-640-9 |
| Rozmiar pliku: | 4,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
17 lat
W ciągu tych lat dni i tygodnie zaczęły mieć dla mnie mniejsze znaczenie niż fazy księżyca, cykle wiatru, zmieniające się pory roku. Kiedyś nawet przyszło mi na myśl, że w tak długim czasie zmieściłoby się małżeństwo, kariera zawodowa albo okres dojrzewania człowieka od narodzin do ukończenia szkoły średniej. Prawdę mówiąc, nie przywiązywałem większej wagi do tych ważnych etapów życia, a zupełnie przestały się liczyć, gdy zamieszkaliśmy razem w domu, który – odkąd w nim się znalazła – stopniowo bardziej należał do niej niż do mnie. Mój cykl aktywności upodabniał się do jej rytmu dobowego. Dla niej wyznacznikami czasu były światło dzienne i wieczorny mrok, odgłosy wiatru, który to szumiał, to huczał w kominie, fazy księżyca, którego zmieniający się kształt obserwowała ze swoich ulubionych miejsc wewnątrz i na zewnątrz. Każdy dzień – a raczej noc ze względu na nasze przyzwyczajenia – wypełnialiśmy zajęciami według ustalonego porządku: ja pisałem, ona polowała i strzegła terytorium wokół domu. Oboje skrupulatnie przestrzegaliśmy czasu przeznaczonego na sen i posiłki. Zgodnie uznawaliśmy, że wszelkie ważne zjawiska życia toczącego się na zewnątrz podlegają prawom przyrody, zmieniającym się cyklicznie wraz z porami roku.
Na pewnym etapie zaczęły nas niepokoić wewnętrzne symptomy upływu czasu: kontuzje, niedomagania, coraz wyraźniejsze przejawy starzenia się, które świadczyły o tym, że przybywa nam lat, że stajemy się słabsi, mniej sprawni i mniej odporni niż dawniej. Mimo to oboje z uporem przeciwstawialiśmy się zaburzeniom rytmu naszej ustabilizowanej codzienności. Nie chorobom i obrażeniom nadawaliśmy pierwszorzędne znaczenie, lecz wzajemnej troskliwości i bliskości w każdej chwili, w każdej trudnej sytuacji. W razie potrzeby zawieszaliśmy aktywność na tyle, na ile było to konieczne, i działaliśmy w trybie awaryjnym, czekając, aż życie wróci do normy. Dopiero wtedy znów uruchamialiśmy niewidzialny zegar regulujący nasz dobowy rytm wyznaczany światłem i mrokiem, zimnem i ciepłem, szarością i zielenią przyrody.
Oboje byliśmy świadomymi obserwatorami zachodzących wraz z upływem czasu zmian we własnej psychice i ciele, ale jeszcze wyraźniej dostrzegaliśmy je w sobie nawzajem. Po chorobach coraz wolniej dochodziliśmy do zdrowia, rany goiły się dłużej, pozostawiając po sobie ślady, a potem zmiany nie na tyle subtelne, żeby dało się je ukryć. Były to ewidentne znamiona przemijania i jego konsekwencje. Staraliśmy się je ignorować w miarę możliwości, które jednak nieuchronnie się kurczyły. Oboje mieliśmy naturalną skłonność do przekraczania własnych granic, nawet jeśli było to ryzykowne i niepokoiło tego drugiego. A jednak to robiliśmy, wiedząc, że w razie niepowodzenia żadne z nas nie będzie pozostawione samo sobie. Może nawet celowo sprawdzaliśmy, czy rzeczywiście zawsze możemy na sobie polegać. Ból wywołany lekkomyślnymi wybrykami, czasem rozdzierający, na ogół, z nielicznymi wyjątkami, nie był silniejszy od ukojenia, jakie czerpaliśmy ze wspólnej obecności podczas rekonwalescencji. Dla mnie – i przypuszczam, że również dla niej – był to jeden ze sposobów unikania choćby mglistego wyobrażania sobie dnia, w którym na ból nie znajdzie się remedium ani pocieszenie.
Siedemnaście lat – i oto nadszedł ten dzień. Jedno z nas było obecne tylko duchem, drugie trwało w ciele naznaczonym bliznami i starością, obarczone ryzykownym zadaniem, ostatnim do wykonania: opowiedzieć historię wspólnie spędzonych lat. Bo te lata złożyły się na życie, niezależnie od tego, jak mierzone, które zawsze będę doskonale pamiętał. Życie Maszy – Maszy, która sama wybrała sobie imię podczas naszego pierwszego spotkania. Tak, była kotem. Mam jednak nadzieję, że każdy, kto pomyśli, że ona była „tylko kotem”, zagłębi się w tę opowieść. Dowie się z niej, jak ten zwykły kot nie tylko panował nad własnym wolnym światem, ale też nadał sens mojemu życiu.
Niekiedy słyszę pytanie: „Jak mogłeś tyle lat spędzić samotnie w górach tylko z kotem?”. Zdarza się nawet, że brzmi w nim nuta osądu. Gdyby jednak zapytać osoby, które je zadają, czy byłyby równie zdziwione życiem w takim miejscu z psem albo koniem, odpowiedziałyby, że coś takiego jeszcze się mieści w wyobraźni. Ale z kotem? To absolutnie nie do pomyślenia. Tym, którzy są gotowi zrozumieć, powiem jedno: samotne życie z kotem w dzikiej głuszy zależy od człowieka tylko w niewielkim stopniu, a w o wiele większym od kota. Masza była wyjątkowa, zdolna do przekraczania granic kociej odwagi, okazywania troskliwości i poświęcenia. Uważacie, że nic podobnego nie leży w naturze kota? W takim razie przemyślcie to jeszcze raz.
Są w tej historii epizody, które mogą się wydawać przejaskrawione, ale zapewniam, że każdy z nich jest jak najbardziej prawdziwy. Masza wiodła życie, jakie większość kotów ledwie może sobie wyobrazić. Na ogół zamknięte w niedużych mieszkaniach czy domach i otoczone troską ludzi są pozbawione własnego świata, nad którym mogłyby panować. Nie straciły jednak instynktu wolności, a dawnego wspaniałego, choć pełnego niebezpieczeństw życia mogą jedynie zasmakować z ulotnych wspomnień z poprzednich wcieleń. Takiego, o jakim mogą tylko pomarzyć…
Masza natomiast prowadziła je w rzeczywistości.Rozdział pierwszy
Spotkanie
Tamtego dnia siedemnaście lat temu wyprawa na północ zajęła mi nieco ponad półtorej godziny, choć miałem wrażenie, że trwa znacznie dłużej. To wrażenie towarzyszyło mi zawsze, gdy jechałem przez Vermont. Ten stan nie bez powodu budzi mieszane uczucia w wielu Nowojorczykach, również we mnie. Vermontczycy (czy też Vermuntczycy, jak ironicznie określają ich Nowojorczycy) uchodzą za osoby zarozumiałe, wręcz nieprzyjazne wobec obcych, przekonane, że są bliżej związane z naturą i że traktują ją z większym szacunkiem niż ich sąsiedzi. Znajomy z Burlington, największego miasta tego stanu, powiedział mi kiedyś, że według nich różnica między Vermontczykami a Nowojorczykami jest taka jak „między wełną a polarem”. Tym aroganckim porównaniem łatwo rozzłościć Nowojorczyka (do czego oczywiście doszło) i sprowokować go do barwnej wiązanki przekleństw.
Ale temat regionalnych animozji zostawmy na inną okazję. Tego jesiennego dnia miałem powody do poważnego niepokoju. Od kilku miesięcy schroniska w północno-wschodniej części kraju zmagały się z wyjątkowo zjadliwą, bardzo zakaźną i śmiertelną chorobą psów. Jeśli ktoś, tak jak ja, myślał wtedy o adopcji zwierzaka, musiał mieć absolutną pewność, że miejsce, do którego się udaje, jest wolne od infekcji. Taką placówką miało być schronisko w okręgu Rutland w stanie Vermont. Weterynarz, z którego usług wtedy korzystałem, sprawdził i zapewnił mnie, że placówka jest bezpieczna. Ta ostrożność wcale nie była przesadna. Jedną z najbardziej podstępnych cech choroby, tak jak wielu innych zaraźliwych zakażeń, była łatwość rozprzestrzeniania się nie tylko między zwierzętami, ale też za pośrednictwem ludzi odwiedzających dotknięte nią schroniska, którzy nieświadomie przenosili patogeny na odzieży, skórze i włosach, narażając kolejne zwierzęta. Konsekwencje bywały fatalne, o czym sam się przekonałem po wizycie w jednym z takich niebezpiecznych miejsc. Gdy powiedziałem weterynarzowi, że miałem tam kontakt z kotem, nakazał mi natychmiast wracać do domu, wziąć bardzo gorący prysznic przez co najmniej pół godziny i spalić – tak, spalić – ubranie, które miałem wtedy na sobie. Dopiero po upływie dwóch tygodni, pewien, że nie przenoszę choroby, mogłem pojechać do innego schroniska, uznanego za bezpieczne.
Na tę wiadomość zareagowałem jak rodowity Nowojorczyk – soczystą wiązanką przekleństw wymamrotaną pod nosem. Byłem rozczarowany. Po długim czasie żałoby po ostatniej towarzyszce wreszcie poczułem się gotów przygarnąć nowego kota. Mówiąc wprost, bardzo już tego pragnąłem. Suki, po czterech latach naszej niespodziewanie głębokiej więzi, padła ofiarą losu, który często spotyka wychodzące koty. Ich życie, szczególnie w odludnych miejscach, takich jak nasze, trwa zazwyczaj od czterech do pięciu lat. Zanim mnie spotkała i uznała za godnego zaufania, prawdopodobnie przez dwa lata żyła na wolności, co najmniej raz się okociła i odchowała młode. Radziła sobie doskonale, sprytnie unikała zagrożeń, a jej odejście było dla mnie ogromnym ciosem. Bardzo długo nawet nie pomyślałem o przyjęciu do domu innego kota. Gdy w końcu na to się zdecydowałem, przygnębiała mnie perspektywa oczekiwania na realizację tego zamiaru przez kolejne dwa tygodnie. Musiałem jednak z tym się pogodzić, w końcu sam nierozważnie zawiniłem.
Zima w grach Taconic rzadko się spóźnia, o czym znów przypominała mi jesień. Niedawno przeprowadziłem się ze starej, podupadłej chaty do absurdalnie dużego domu, którego budowa niemal doprowadziła mnie do bankructwa. Coraz bardziej czułem więc nie tyle potrzebę, ile konieczność posiadania towarzystwa. Jeśli mieszka się u stóp Misery Mountain, a na jej zboczach i w okolicy żyją niedźwiedzie, kojoty, kuny rybarki i inne drapieżniki, nietrudno zrozumieć, jak bezwzględna potrafi być natura – szczególnie gdy temperatura spada do minus trzydziestu stopni, a wiatr usypuje trzystopowe zaspy. Na domiar złego zmagałem się z przewlekłymi problemami zdrowotnymi, z których powodu od dawna trzymałem się z dala od ludzi. Poczucie osaczenia przez dziką przyrodę zaczynało przeradzać się w lęk, a potrzeba dzielenia długich zimowych miesięcy z inną żywą istotą w palącą konieczność.
Niebawem zacząłem więc przeglądać fotografie kotów czekających na adopcję w zaufanych schroniskach. Rzecz jasna, wygląd zwierzęcia nie powinien być jedynym kryterium wyboru, znacznie ważniejsza jest obopólna wola nawiązania porozumienia. Jednym z powodów, dla których w czasie pandemii covid-19 tak wiele adopcji się nie powiodło, był brak możliwości wcześniejszego spotkania potencjalnego opiekuna ze zwierzęciem. A przecież nie tylko człowiek powinien poczuć „chemię”, kot również musi mieć szansę ocenić, czy przyszły opiekun zasługuje na zaufanie. (Unikam słowa pupil, gdyż w moim odczuciu ma ono wydźwięk lekceważący wobec zwierząt i sugeruje ich przedmiotowe traktowanie). W witrynie schroniska w Rutland natrafiłem na kilka zdjęć, które szczególnie przykuły moją uwagę. Weterynarz potwierdził, że jest ono wolne od zakażenia, więc postanowiłem zadzwonić i umówić się na wizytę.
Wtedy pojawił się pierwszy sygnał, że dzieje się tam coś niepokojącego. Poinformowano mnie, że obecnie przebywa u nich więcej kotów, niż obejmuje oferta internetowa. Zapytałem dlaczego, ale osoba po drugiej stronie linii potraktowała mnie zdawkowo, choć zapewniła, że nie chodzi o żadną chorobę zakaźną. Poradziła, żebym najlepiej przyjechał w sprawie kota do adopcji i sam się rozejrzał.
Przemknęło mi przez myśl, że to kolejna sztuczka typowa dla Vermontczyków, ale postanowiłem stłumić podejrzliwość i wybrać się na północ. Wraz z kolejnymi kilometrami początkowy niepokój ustępował miejsca ekscytacji. Byłem gotów na to, co mnie czekało.
A jednak niezupełnie.
Rutland County Humane Society, jak wiele podobnych instytucji, mieściło się nie w samym mieście, lecz na jego obrzeżach w niewielkiej miejscowości Pittsford. Sam budynek był typowy dla tego rodzaju placówek: parterowy, kilkuskrzydłowy, z przybudówkami. Dawniej zapewne uchodził za nowoczesny, ale od tamtej pory podupadł. Był otoczony boksami dla psów i innymi charakterystycznymi elementami świadczącymi o jego przeznaczeniu. Gdy zaparkowałem, panował względny spokój – jeśli za taki można uznać ujadanie psów na wybiegu, które najpewniej skojarzyły moje przybycie z szansą na wydostanie się poza ogrodzenie. W środku uderzyła mnie atmosfera napięcia i pośpiechu – najtrafniej oddaje ją określenie „kontrolowane zamieszanie”. Pracownicy, jedni w kombinezonach ochronnych, inni tylko w fartuchach, uwijali się gorączkowo, próbując zapanować nad natłokiem zadań.
Już w głównym korytarzu prowadzącym do biur i gabinetów weterynaryjnych panowały ścisk i nerwowa krzątanina. Wzdłuż jednej ściany piętrzyły się klatki z kotami ustawione jedna na drugiej po trzy, a nawet po cztery. Wyglądało na to, że zamknięte w nich zwierzęta trafiły tu niedawno, a stali rezydenci w dalszym ciągu pozostawali w dotychczasowych boksach. Zatrzymałem mijającą mnie pracownicę i zapytałem, co się dzieje. Z jej kilku słów rzuconych w biegu zrozumiałem, że dwa dni wcześniej inspektorzy do spraw ochrony zwierząt wkroczyli do domu samotnej starszej kobiety, która okazała się przykładem „kociary” w najgorszym wydaniu. Tę interwencję wywołały skargi sąsiadów na odór i hałas dochodzące z jej domu. Inspektorzy zastali w środku ponad sześćdziesiąt kotów walczących o przetrwanie tam, gdzie powinny mieć schronienie.
Takie przerażające miejsca – i osoby, które je tworzą w złudnym przekonaniu, że okazują troskę – niestety nie należą do rzadkości. Ten przypadek był jednak wyjątkowo drastyczny. Najpierw trzeba było znaleźć schroniska, które zgodziłyby się przyjąć uratowane koty. Następnie przeprowadzić zabiegi higieniczne i sanitarne – dom był w opłakanym stanie, a podłogi tak przesiąknięte kocim moczem, że z drewna zrobiła się gąbka. Co więcej, wszystkie zwierzęta trzeba było wysterylizować lub wykastrować, żeby oszczędzić im dalszego cierpienia. Przedsięwzięcie ogromne. Zaangażowały się w nie niemal wszystkie okoliczne schroniska i weterynarze gotowi do pomocy. Dopiero od niedawna sytuacja zaczęła się stabilizować. Pozwolono mi więc swobodnie się rozejrzeć i zapowiedziano, że ktoś wkrótce się mną zajmie.
Wiedząc już, co się wydarzyło, zacząłem przyglądać się kotom w klatkach – w większości przerażonym, z trudem dochodzącym do siebie po przejściach. Próbowałem zrozumieć stan umysłu osoby, która doprowadziła do takiego dramatu, gdy nagle zauważyłem błysk w dolnym rzędzie klatek i odruchowo się odwróciłem. Chyba mi się przywidziało, pomyślałem, bo dostrzegłem błysk koloru łudząco podobnego do rzadko spotykanego umaszczenia Suki. Miała kremową, lśniącą sierść, która w smugach światła przybierała złocisty odcień, a białe końcówki włosów otaczały ją delikatną aureolą. Natychmiast podszedłem bliżej.
Tuż przy podłodze, w niskim transporterze, praktycznym dla ludzi, lecz krępującym dla zwierząt – bo nie mogą w nim stanąć ani się przeciągnąć – siedział młody kot, czy raczej kotka, którą łatwo było rozpoznać po drobnej budowie i subtelnym kształcie mordki. Miała ogromne oczy, jakich nigdy wcześniej nie widziałem u kota. Prawdopodobnie pierwsza mnie zauważyła i wyczuła, bo teraz wpatrywała się we mnie uporczywie, wręcz rozpaczliwie. Nie pomyliłem się – kolor sierści miała prawie taki sam jak Suki, choć jej futro było zupełnie inne: długie, płasko układające się warstwami, bez efektu puszystości. Ogon bujny i gęsty – jak szczotka do butelek albo miotełka do kurzu. Ta kotka miała oczy głęboko bursztynowe, niemal złociste, zupełnie inne niż jasnoszmaragdowe, błyszczące oczy Suki. Wydawały się nieproporcjonalnie duże w stosunku do drobnego pyszczka, miały kształt orzecha włoskiego – były okrągłe, nie migdałowe ani owalne jak u większości kotów domowych. Mimo dobrego oświetlenia źrenice miała mocno rozszerzone, być może ze strachu, chociaż nie wyglądała ani na cierpiącą, ani na przerażoną. Raczej na podenerwowaną, co było całkowicie zrozumiałe w sytuacji, w jakiej się znalazła. Ale im bardziej się do niej zbliżałem, tym mniej sensowne wydawały mi się te domniemania.
Przyglądała mi się uważnie i śmiało, ze skupieniem – powiedziałbym nawet, że natarczywie. Tak wymownego spojrzenia jeszcze nigdy nie widziałem u kota. Wyrazistości przydawał mu układ oczu, położonych blisko siebie i frontalnie jak u dzikich kotów, nie jak u domowych, u których są one rozstawione szerzej i przesunięte bardziej na boki. Wydawało się aż nadto oczywiste, że ta kotka z pełną świadomością wszystko obserwuje, zwłaszcza mnie. Gdy zbliżyła główkę do drzwiczek klatki, zauważyłem, że na nosie i podbródku ma futerko przyprószone bielą, a sam pyszczek lekko zwrócony ku dołowi, a nie wysunięty do przodu, jak u większości kotów nierasowych. Dzięki takiemu położeniu, typowemu dla wielkich kotów, te drapieżniki zyskują znacznie szersze pole widzenia. Po bokach głowy wyrastały jej długie kępki sierści, przypominające bokobrody rysia albo zaczątek grzywy u młodego lwa, łagodnie przechodzące w gęste włoski pokrywające imponujący fałd luźnej skóry wokół szyi – szczątkową pozostałość po wczesnych etapach ewolucji kotów. To właśnie za ten fałd kocice chwytają młode, by je przenosić z miejsca na miejsce. (Niektórzy, nawet technicy weterynarii, błędnie sądzą, że w taki sam sposób można chwytać dorosłego kota bez wyrządzania mu krzywdy. Okazuje się jednak, że dla większości zwierząt jest to nieprzyjemne, bolesne doświadczenie, które często wywołuje ich agresywną reakcję). Z białej części pyszczka wyrastały wyjątkowo długie, białe wibrysy układające się w dwa łukowate, gęste wachlarze, które nadawały jej inteligentny wyraz charakterystyczny dla wielkich kotów. Wrażenie to potęgowały ruchliwe uszy, z których każde poruszało się niezależnie, reagowało na nawet najcichszy dźwięk.
Te cechy zestawione razem przydawały jej „kocięcych” rysów, a cała jej postać przywodziła na myśl młode koty. Ale większe znaczenie (choć mniej ujmujące) ma frontalne ustawienie oczu, takie jak u ich dorosłych dzikich kuzynów, które wpływa na poprawę koordynacji widzenia obuocznego (stereoskopowego), co przekłada się na lepsze wyczucie głębi, szczególnie podczas nocnych wędrówek i polowania. Warto zwrócić uwagę, że „kocięcy” wygląd nie ma nic wspólnego z niefrasobliwością i naiwnością. Przeciwnie, kocięta, podobnie jak młode dzikie koty, uczą się chętnie i szybko. Odstawione od matki uważnie obserwują otoczenie, podpatrują starsze osobniki i eksperymentują nawet podczas zabawy. W ten sposób przygotowują się do samodzielnego życia, które w warunkach naturalnych zaczynają już w wieku czterech do pięciu tygodni.
Czyżby ta kotka na mnie polowała? Trudno mi było sobie to wyobrazić, choć bez wątpienia to ona dostrzegła mnie pierwsza i spojrzeniem wysyłała sygnał, że ma wobec mnie własny plan. To właśnie jej zachowanie uznałem za najbardziej intrygujące, ponieważ doskonale ilustrowało sposób, w jaki koty obserwują ludzi, oceniają ich i wybierają sobie opiekuna.
Podszedłem trochę bliżej, a ona przycisnęła pyszczek do kraty transportera, jakby chciała mi powiedzieć, że mam wszelkie powody, by się nią zainteresować, ale przede wszystkim powinienem ją stamtąd zabrać. Uśmiechnąłem się na tę myśl i pochyliłem, żeby mogła mi się dobrze przyjrzeć. Nie ruszyłem się jednak z miejsca, w którym się zatrzymałem, ponieważ z bardzo bliskiej odległości (sześciu czy ośmiu cali) koty nie widzą wyraźnie. Miauknęła, nie głośno ani natarczywie jak inne koty, lecz spokojnie i zachęcająco. Odpowiedziałem jej cicho, słowami i odgłosami. Wyciągnąłem rękę i pozwoliłem ją obwąchać. Zbliżyła nos, oceniła zapach i uznała go za satysfakcjonujący. Powoli zamknąłem i otworzyłem oczy, a ona zareagowała takim samym przyjaznym mrugnięciem. A potem, naśladując mój ruch, poufale położyła swoją dużą łapę na mojej dłoni, jakbyśmy się znali od dawna.
Prawdopodobnie przypisywałem zbyt duże znaczenie zwyczajnym zachowaniom, na przykład obwąchaniu ręki. Ale u kotów nic nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać. Choćby kwestia powonienia: dla nich ten zmysł jest nie mniej ważny niż dla psów, koni i wielu innych zwierząt, a może nawet ważniejszy. Z kolei ich ostrość widzenia, w porównaniu do wielu innych ssaków, jest ograniczona z bliska i w intensywnym świetle. Najlepszą osiągają przy średnich i dalszych odległościach oraz w półmroku. Nie ma w tym nic dziwnego, w końcu są stworzeniami zmierzchu, najbardziej aktywnymi o świcie i po zmroku, skąd się bierze ich zamiłowanie do nocnych harców. W dobrze oświetlonym pomieszczeniu koty często spoglądają z oddali z niepokojem nie dlatego, że czegoś się obawiają, ale dlatego, że widzą jedynie kontury postaci i dopiero dźwięk oraz zapach pozwalają im ją zidentyfikować. Prawie dla wszystkich kotów ludzkie głosy są tylko pierwszym orientacyjnym sygnałem. Dopiero po zapachu rozpoznają, z kim mają do czynienia, i odczuwają ulgę albo nie. Zależy to od stopnia zażyłości z daną osobą i od zakodowanych w zapachu komunikatów chemicznych informujących o jej nastroju, emocjach i intencjach.
Według mądrości ludowej koty potrafią wyczuwać nastawienie i intencje ludzi. Wbrew pozorom w sygnałach, które wysyłamy, rzeczywiście potrafią wychwytywać napięcie, niechęć, a nawet chorobę, ale też dobrze odczytują spokój, otwartość i ufność. Nie ma w tym nic niezwykłego, albowiem koty są niezwykle wrażliwe na komunikaty chemiczne, zwłaszcza na feromony, które, podobnie jak inne zwierzęta, ludzie wydzielają w zależności od nastroju i formy fizycznej. Ta osobliwa zdolność kotów wykształciła się u nich pierwotnie jako część ich łowieckiego instynktu, a z czasem rozszerzyła o umiejętność identyfikacji stworzeń, które mogłyby stanowić dla nich zagrożenie. Koty odbierają bodźce zapachowe nie tylko nosem, lecz także za pomocą narządu lemieszowo-nosowego (Jacobsona), umieszczonego w podniebieniu. Uaktywniają go dzięki odruchowi flehmen – polegającemu na rozwarciu pyska i głębokim wciągnięciu powietrza, czemu towarzyszy dźwięk przypominający warczenie, choć wcale nim nie jest. Dzięki temu precyzyjnemu mechanizmowi rozpoznawania zapachów koty nie tylko potrafią wyczuć ofiarę czy zagrożenie, ale też określić, komu mogą zaufać, a kogo lepiej unikać.
Ujmując rzecz prościej: jeśli ktoś uważa koty za niegodne zaufania lub antypatyczne, z tym nastawieniem podchodzi do każdego spotkania z nimi. Ciało takiej osoby mimowolnie wysyła swoiste komunikaty chemiczne, które koty wyczuwają, więc nie będą chciały mieć z nią do czynienia. Podobnie jest z alergikami. Często próbują uzasadnić swoją niechęć, szerząc mit o tym, że koty złośliwie wywołują u nich reakcję immunologiczną. Tymczasem one wcale do takich ludzi się nie garną, bo zdecydowanie wolą kogoś, kto przynajmniej, nawet jeśli błędnie, uważa się za ich przyjaciela. Tak jak tamta kobieta z Rutland, w której domu znaleziono ponad sześćdziesiąt kotów. Psy natomiast, w przeciwieństwie do kotów, skłaniają się do bezwarunkowej ufności, dopóki ich się nie skrzywdzi. Czasami nawet w takich sytuacjach niczego się nie uczą. Koty natomiast od samego początku traktują człowieka z dystansem, a zaufaniem obdarzają go pod warunkiem, że zrobi na nich pozytywne wrażenie, i to dopiero po sprawdzeniu, czy spełnia ich wymogi. Taki test przeprowadzają niezależnie od woli człowieka i udawaniem nie sposób je zmylić. Co więcej, trzeba mu się poddawać wielokrotnie.
Właśnie z powodu tej cechy koty sprawiają wrażenie bacznych i zdystansowanych obserwatorów. Trzymają się na uboczu, uważnie obserwują i oceniają, zanim kogokolwiek obdarzą zaufaniem. Tak funkcjonuje ich mechanizm obronny, który ma swoje źródło nie tylko w ich anatomii, zmysłach i naturze, lecz także w tylko częściowym udomowieniu. Jakkolwiek uznano je za fakt – choć dotychczas nie rozstrzygnięto, kiedy koty pojawiły się w ludzkich społecznościach, i wciąż toczy się na ten temat dyskusje – to bardziej istotne jest odkrycie, że nigdy nie uzależniły się od ludzi w takim stopniu jak inne zwierzęta domowe.
Koty weszły w nasze życie nie z potrzeby więzi, lecz z oportunistycznych pobudek, ponieważ nasze jedzenie, po pierwsze, przyciągało ich potencjalne ofiary, głównie gryzonie i ptaki, a po drugie, korzystały z naszych śmieci, wyszukując w nich jadalne resztki. Dzięki tej niezależności nigdy nie stały się podatne na kary ani tresurę. Nie potrzebowały nas, ale potrafiły czerpać z nas korzyści. Ich przywiązanie opierało się i opiera na wzajemnym szacunku i przyzwoitym traktowaniu. W ich naturze wciąż jest obecny dziki pierwiastek – u jednych silniejszy, u innych słabszy – i w każdej chwili może się odrodzić. Wystarczy krzywda, czasem tylko okazja, a znikają w nocy i często już nie wracają.
Młoda kotka, którą bacznie obserwowałem i która równie uważnie przyglądała się mnie, niewątpliwie przeprowadzała swój test. Sprawdzała, z ostrożnością i skupieniem dzikiego zwierzęcia, czy się nadaję na jej towarzysza. A może była na tyle dzika, że decyzję już dawno podjęła i teraz tylko ponaglała mnie, żebym przestał się ociągać i zrobił to samo?
Wkrótce miałem się o tym przekonać. Dałem znak tej samej pracownicy i wskazałem klatkę. Najpierw uśmiechnęła się z lekkim rozbawieniem – ale gdy zobaczyła, o którego kota mi chodzi, jej uśmiech zgasł. Rozejrzała się zaniepokojona, podeszła do koleżanki nadzorującej pracę na korytarzu i szepnęła jej coś do ucha. Kierowniczka rzuciła okiem na mnie, potem na klatki i wzruszyła ramionami. Domyślam się, że powiedziała coś w rodzaju: „Skoro chce się jej przyjrzeć, niech się przygląda…”.
Pracownica, wyraźnie podenerwowana, ruszyła w moją stronę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki