Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Moja wina, twoja wina - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
7 kwietnia 2026
3890 pkt
punktów Virtualo

Moja wina, twoja wina - ebook

Każdy ma swoją wersję tamtego dnia. Ale nikt nie chce go pamiętać.

Sławna wiolonczelistka Clementine i pragmatyczna, powściągliwa Erika znają się od dzieciństwa. Pomimo skomplikowanej relacji, jaka je łączy, rozumieją się bez słów. Jeśli jedna potrzebuje pomocy, zawsze może liczyć na tę drugą. W każdej sprawie. Tylko czy aby na pewno?

Gdy Erika zaprasza przyjaciółkę na grilla organizowanego przez swojego ekscentrycznego sąsiada i jego partnerkę, byłą striptizerkę, Clementine bez wahania zabiera męża i dwójkę uroczych córek na spotkanie. Właśnie przygotowuje się do najważniejszego przesłuchania w swojej karierze, więc chwila relaksu dobrze jej zrobi. Nie spodziewa się, że Erika skorzysta z okazji, by przedstawić przyjaciółce zaskakującą i nader intymną prośbę…

A wtedy wydarza się coś, czego nikt nie potrafi zapomnieć – choć wszyscy bardzo by chcieli.

Kto zawinił? Czy można było postąpić inaczej? Dlaczego czasem tak niełatwo wybaczyć – sobie i innym?

Liane Moriarty z chirurgiczną precyzją opisuje ludzkie emocje: poczucie winy, wstyd i lojalność. Pokazuje, jak przypadek potrafi rządzić naszym losem oraz jak trudno pogodzić się z tym, że pewnych błędów nie da się naprawić.

Autorka Wielkich kłamstewek udowadnia, że największe dramaty rozgrywają się w zwykłych domach, pomiędzy ludźmi, którzy naprawdę się kochają.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8427-233-6
Rozmiar pliku: 2,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Ta opowieść rozpoczyna się od grilla – oznajmiła Clemen­tine. Mikrofon spotęgował i wygładził jej głos, nadając mu władcze brzmienie, jak po retuszu. – Zwyczajnego sąsiedzkiego grilla w zwyczajnym ogródku.

Nie takim znowu zwyczajnym, pomyślała Erika. Założyła nogę na nogę, wsunęła stopę za kostkę i pociągnęła nosem. Nikt nie nazwałby ogrodu Vida zwyczajnym.

Erika siedziała pośrodku tylnego rzędu w sali sąsiadującej ze świeżo odnowioną biblioteką. Na przedmieściu, oddalonym od centrum o całe czterdzieści pięć minut, a nie pół godziny, dziękuję bardzo, jak wynikało z zapewnień dyspozytora firmy taksówkowej. Kto jak kto, ale oni powinni się znać na takich sprawach.

Na widowni znajdowało się ze dwadzieścia osób, chociaż składanych krzeseł ustawiono dwa razy tyle. Byli to w większości starsi ludzie o ożywionych, wyczekujących twarzach, inteligentni, świadomi renciści, którzy zjawili się w ten deszczowy (no właśnie, kiedy przestanie lać?) ranek na zebraniu wspólnoty mieszkańców, złaknieni nowych, fascynujących informacji. „Oglądaliśmy dzisiaj wystąpienie niebywale intrygującej kobiety”, chcieli powiedzieć swoim dzieciom i wnukom.

Erika zerknęła zawczasu na stronę internetową biblioteki, żeby sprawdzić zapowiedź przemówienia Clementine. Okazała się zwięzła i oględna: „Clementine Hart, zamieszkała w Sydney matka i znana wiolonczelistka, opowie nam o swoich przeżyciach w wystąpieniu zatytułowanym _Pewnego zwyczajnego dnia_”.

Czy Clementine naprawdę jest „znaną wiolonczelistką”? Lekka przesada.

Za pięć dolarów można było wysłuchać dwóch gościnnych wystąpień, zjeść pyszny domowy poczęstunek, a także zyskać szansę na wylosowanie nagrody. Następny mówca miał poruszyć kwestię kontrowersyjnych planów modernizacji osiedlowego basenu. Erika słyszała cichy szczęk rozstawianych naczyń, a los spoczywał bezpiecznie na jej kolanach. Nie było sensu chować go do torebki, a potem szukać, kiedy nadejdzie chwila losowania. Niebieski, E24. Nie wyglądał na zwycięski.

Kobieta z burzą siwych loków siedząca tuż przed Eriką z uwagą przekrzywiła głowę, jakby gotowa przytaknąć każdemu słowu Clementine. Wystawała jej metka koszuli. Rozmiar czterdzieści. Target. Erika wyciągnęła rękę i wsunęła metkę pod spód.

Kobieta odwróciła głowę.

– Metka – wyjaśniła szeptem Erika.

Siwowłosa pani uśmiechnęła się z wdzięcznością i poróżowiała na szyi. Jej młodszy sąsiad, na oko czterdziestoletni, być może syn, miał na opalonym karku wytatuowany kod kreskowy, jak towar z supermarketu. Czy to miało być zabawne? Ironiczne? Symboliczne? Erikę korciło, by go poinformować, że uważa to za idiotyzm.

– To było zwyczajne niedzielne popołudnie – powiedziała Clementine.

Znowu to samo określenie. Clementine widocznie uznała, że musi „nawiązać” do zwyczajnych ludzi na zwyczajnym przedmieściu. Erika wyobraziła ją sobie, jak siedzi przy niedużym stole w jadalni albo przy nieodnowionym staro­świec­kim biurku Sama w swoim urządzonym w stylu pro­wansalskim szeregowcu z piaskowca z widokiem na „skrawek” oceanu i skrobie mówkę dla tłumu. Jak przygryza koniec ołówka i zarzuca gęste, ciemne włosy na jedno ramię tym swoim zmysłowym, lekko narcystycznym gestem, jak jakaś Roszpunka, powtarzając w myślach słowo „zwyczajny”.

No właśnie, jak zamierzasz dotrzeć do zwyczajnych ludzi, Clementine?

– Był początek zimy. Chłodny, ponury dzień – ciągnęła jej przyjaciółka.

Że jak? Erika poprawiła się na krześle. Dzień był prześliczny. „Wspaniały”. Tak określił go Vid.

A może „cudowny”. Coś w tym rodzaju.

– Panował przenikliwy ziąb – uzupełniła Clementine i zadrżała teatralnie, a przy tym zupełnie bez potrzeby, gdyż w sali było tak ciepło, że mężczyzna kilka rzędów przed Eriką chyba się zdrzemnął. Siedział z wyprostowanymi nogami, dłońmi splecionymi wygodnie na brzuchu i głową odchyloną w tył, jakby spoczywała na niewidzialnej poduszce. Może umarł.

W dniu grilla faktycznie było chłodnawo, ale na pewno nie ponuro. Erika wiedziała, że zeznania świadków naocznych zawsze są rozbieżne, ludzie sądzą bowiem, że „przewijają” to, co zaszło, choć tak naprawdę przetwarzają wszystko przez pryzmat własnych wspomnień. Tworzą własną „fabułę”. I dlatego wspomnienie grilla nasuwało Clementine wizję chłodnego, ponurego dnia. Ale Clementine się myliła. Erika pamiętała (pamiętała, na pewno nie przetwarzała), jak Vid nachylił się do okna jej samochodu. „Cóż za wspaniały dzień!”, zawołał.

Erika dałaby sobie rękę uciąć, że tak to ujął.

Albo „cudowny”. Jedno z dwojga.

W każdym razie wydźwięk był pozytywny. Nie miała co do tego wątpliwości.

(Gdyby wtedy odpowiedziała: „Tak, Vid, naprawdę wspaniały/cudowny”, i ponownie wcisnęła pedał gazu).

– Pamiętam, że ciepło ubrałam dziewczynki – ciągnęła Clementine.

Pewnie Sam je ubrał, pomyślała Erika.

Clementine odchrząknęła i oburącz uczepiła się pulpitu. Mikrofon ustawiono zbyt wysoko, toteż wyglądała, jakby musiała stawać na palcach, aby go dosięgnąć. Szyję miała wydłużoną, co podkreślało jej wychudłą ostatnio twarz.

Erika zastanawiała się, czy nie obejść dyskretnie widowni i nie poprawić mikrofonu. Zabrałoby to dosłownie sekundę. Wyobraziła sobie, jak Clementine uśmiecha się do niej z wdzięcznością. „Bóg mi cię zesłał”, powiedziałaby później przy kawie. „Uratowałaś sytuację”.

Tyle że Clementine wcale nie chciała, żeby Erika tu dzisiaj przyszła. Wręcz zaniemówiła na wieść o jej planach, choć zaraz ochłonęła i zapewniła, że och, jak miło, to wspaniale, skoczą potem na kawę do pobliskiego centrum handlowego.

– To była nieplanowana wizyta – kontynuowała Clemen­tine. – Zaproszono nas w ostatniej chwili. Na grilla. Słabo znaliśmy gospodarzy. Znajomi znajomych. – Błądziła wzrokiem po pulpicie, może straciła wątek. Przyniosła ze sobą plik zapisanych odręcznie fiszek. Było w nich coś rozdzierającego, jakby zapożyczyła ten trik ze szkoły. Pewnie wycięła je nożyczkami. Nie tymi po babci, z perłowymi uchwytami. Gdzieś się zapodziały.

Widok Clementine poniekąd na scenie, ale bez wiolonczeli, był osobliwy. W niebieskich dżinsach i „ładnej” bluzce w łączkę wyglądała bardzo konwencjonalnie. Typowa mama z przedmieścia. Miała za krótkie nogi na dżinsy, a w balerinach, które dzisiaj włożyła, sprawiały wrażenie jeszcze krótszych. Cóż, trudno temu zaprzeczyć. Kiedy podchodziła do pulpitu, wyglądała niemal na bezguście, choć użycie tego określenia wobec niej zakrawało na brak lojalności. Kiedy występowała, upinała włosy, wkładała wysokie obcasy i ubierała się cała na czarno: w długie spódnice z powłóczystego materiału, na tyle szerokie, aby zmieścić wiolonczelę między nogami. Widok Clementine z głową nachyloną czule i namiętnie ku wiolonczeli, jakby tuliła ją do siebie, z długim lokiem tuż ponad strunami oraz ramieniem ugiętym pod dziwnym, geometrycznym kątem, niezmiennie zdawał się Erice zmysłowy i przepojony egzotyką, taki odświętny. Ilekroć oglądała Clementine na scenie, mimo upływu lat doświadczała czegoś na kształt poczucia straty, jakby tęskniła za nieosiągalnym. Przypisywała to uczuciu bardziej złożonemu oraz intrygującemu niż zawiść, ponieważ sama nie była zainteresowana grą na żadnym instrumencie – ale może nie miała racji. Może wszystko jednak sprowadzało się do zawiści.

Obraz Clementine wygłaszającej tę wymęczoną i zgoła bezużyteczną tyradę w salce z widokiem na ruchliwy parking centrum handlowego zamiast w przestronnej sali koncertowej, gdzie z reguły występowała, wzbudził w Erice tę samą krępującą satysfakcję, jakiej doświadczała, patrząc na gwiazdę bez makijażu w brukowcu: a więc nie ma w tobie nic specjalnego.

– Było nas sześcioro dorosłych – oświadczyła Clementine. Chrząknęła, zakołysała się na piętach do tyłu, a potem do przodu. – Sześcioro dorosłych i troje dzieci.

Plus jeden jazgotliwy pies, uzupełniła w duchu Erika. Hau, hau, hau.

– Jak już wspomniałam, gospodarzy znaliśmy słabo, ale bawiliśmy się doskonale.

Ty doskonale się bawiłaś, pomyślała Erika. Ty.

Pamięć podsunęła jej wspomnienie. Dźwięczny, perlisty śmiech Clementine, który wznosił się i opadał do wtóru z basowym rechotem Vida. Twarze z oczami jak czarne studnie błyskały zębami, wyłaniały się i znikały w półmroku.

Zbyt długo zwlekali z zapaleniem światła w tym kretyńskim ogródku.

– Słuchaliśmy muzyki – rzekła Clementine. Spojrzała na pulpit przed sobą, po czym raz jeszcze podniosła wzrok, jakby ujrzała coś na horyzoncie w oddali. Jej twarz wyrażała kompletną pustkę. Już nie wyglądała jak mama z przedmieścia. – _Après un rêve_ francuskiego kompozytora Gabriela Faurégo. – Oczywiście nazwisko wymówiła bezbłędnie. – Przepiękny utwór. Taki porywająco żałobny.

Urwała. Czyżby wyczuła lekkie poruszenie na sali, pewien dyskomfort widowni? Określenie „porywająco żałobny” nie nadawało się dla tych ludzi, kryło w sobie nadmierną przesadę i artyzm. Clementine, skarbie, jesteśmy zbyt „zwyczajni” na twoje górnolotne nawiązania do francuskich kompozytorów. Poza tym słuchali też wówczas _November Rain_ Guns N’ Roses. Mniej patetycznie.

Czy piosenka _November Rain_ nie wiązała się przypadkiem z wyznaniem Tiffany? A może leciała najpierw? Kiedy dokładnie Tiffany zdradziła im swoją tajemnicę? Czy było to wtedy, gdy popołudnie zaczęło się upłynniać i przeciekać im przez palce?

– Piliśmy alkohol – zakomunikowała Clementine. – Ale nikt nie był pijany. Może odrobinę wstawiony.

Jej oczy napotkały spojrzenie Eriki, jakby Clementine dokładnie wiedziała, gdzie ta usiadła, i od początku omijała ją wzrokiem, a teraz podjęła świadomą decyzję, by na nią zerknąć. Erika odwzajemniła spojrzenie i spróbowała się uśmiechnąć jak przyjaciółka, najbliższa przyjaciółka Clementine, matka chrzestna jej dziecka, ale twarz jej stężała jak po wylewie.

– Tak czy siak, było późne popołudnie i właśnie mieliśmy jeść deser, panowała ogólna wesołość – powiedziała Clementine. Przeniosła wzrok na kogoś w pierwszym rzędzie, co miało lekceważący, wręcz okrutny wymiar. – Coś nas rozbawiło. Nie pamiętam co.

Erika poczuła, że brakuje jej powietrza. Co za duchota.

Ogarnęło ją przemożne pragnienie, aby wyjść. Natychmiast. No nie, pomyślała. Znowu to samo. Odruch ucieczki, nad którym nie mogła zapanować. Aktywacja współczulnego układu nerwowego. Zakłócenie równowagi chemicznej mózgu. Otóż to. Całkowicie normalny odruch. Trauma z dzieciństwa. Czytała wszystko na ten temat. Wiedziała, co się z nią dzieje, ale wiedza nic jej nie dawała. Ciało wymykało się spod kontroli i prowadziło ją na manowce. Serce wyskakiwało z piersi. Ręce dygotały. Zapach dzieciństwa, gęsty i namacalny, wypełniał jej nozdrza: wilgoć, zgnilizna i wstyd.

– Nie walcz z paniką, tylko staw jej czoło. Pozwól się unosić – poradziła psychoterapeutka.

Była wyjątkowa i warta każdego centa, ale, na miłość boską, jak tu się unosić, kiedy człowiek tkwi w potrzasku i nie może się ruszyć, żeby nie czuć pod stopą gąbczastej, gnijącej masy.

Wstała i obciągnęła spódnicę, która przykleiła się jej do nóg. Facet z kodem kreskowym obejrzał się na nią przez ramię. Jego współczujący wzrok przyprawił ją o lekki wstrząs, jakby ujrzała niepokojąco bystre oczy małpy.

– Przepraszam – wyszeptała. – Muszę… – Wskazała na zegarek i przecisnęła się za mężczyzną, usiłując nie otrzeć się kurtką o jego potylicę.

Gdy znalazła się na tyłach sali, usłyszała słowa Clementine.

– Pamiętam, że w pewnym momencie przyjaciółka mnie zawołała. Naprawdę głośno. W życiu tego nie zapomnę.

Erika zamarła z ręką na klamce, plecami do sali. Clementine musiała nachylić się do mikrofonu, ponieważ jej głos nagle wypełnił wnętrze.

– „Clementine!”, krzyknęła.

Erika zdawała sobie sprawę, że to ona zawołała wtedy Clementine, ale nie pamiętała tego. W miejscu owego wspomnienia rozciągała się biała pustka, jeśli zaś nie pamiętała czegoś takiego, no cóż, wskazywało to na poważny problem, ba, anomalię i rozbieżność, wysoce istotną i niepokojącą rozbieżność. Panika wezbrała i omal nie zwaliła jej z nóg. Erika nacisnęła klamkę i zataczając się, wyszła na niesłabnącą ulewę.ROZDZIAŁ DRUGI

– Była pani na spotkaniu? – zapytał taksówkarz wiozący Erikę z powrotem do miasta. Posłał jej ojcowski uśmiech we wstecznym lusterku, jakby rozczulony ambicjami dzisiejszych kobiet, wyelegantowanych jak prawdziwi biznesmeni.

– Owszem – potwierdziła Erika. Otrząsnęła mokrą parasolkę na podłogę samochodu. – Niech pan patrzy na drogę.

– Tak jest! – Przystawił dwa palce do czoła i zasalutował kpiąco.

– Pada – dorzuciła Erika na swoją obronę. Wskazała na deszcz bębniący wściekle o przednią szybę. – Jest ślisko.

– Właśnie zawiozłem jednego barana na samolot – poinformował taksówkarz. Urwał i zmienił pas, z jedną mięsistą ręką na kierownicy, a drugą przerzuconą od niechcenia przez oparcie fotela, i Erika wyobraziła sobie prawdziwego barana na tylnym siedzeniu. – Twierdził, że cały ten deszcz to efekt zmian klimatycznych. No to ja mówię mu: „Stary, nic bardziej mylnego. To La Niña! Słyszałeś o La Niña? El Niño i La Niña? Naturalna kolej rzeczy! Dzieje się od tysięcy lat”.

Erika przytaknęła. Żałowała, że nie ma z nią Olivera, nie musiałaby się odzywać. Dlaczego taksówkarze uparli się pouczać pasażerów?

– Właśnie. La Niña – powtórzył z meksykańskim akcentem kierowca. To słowo sprawiało mu wyraźną przyjemność. – Hej, pobiliśmy własny rekord. Najwięcej deszczowych dni z rzędu w Sydney od tysiąc dziewięćset trzydziestego drugiego roku. Brawo my!

– Tak – odpowiedziała Erika. – Brawo my.

Doskonale pamiętała, że chodzi o rok tysiąc dziewięćset trzydziesty pierwszy, ale nie miała zamiaru go poprawiać.

– To było w roku tysiąc dziewięćset trzydziestym pierwszym – oznajmiła. Nie mogła się powstrzymać. Tak już ma i nic na to nie poradzi.

– Tak, w trzydziestym pierwszym, nie inaczej – powiedział taksówkarz, jakby od początku tak twierdził. – A wcześniej dwadzieścia cztery dni w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym trzecim. Dwadzieścia cztery deszczowe dni z rzędu! Miejmy nadzieję, że tego rekordu nie pobijemy, co? Myśli pani, że pobijemy?

– Oby nie – odrzekła Erika. Przejechała palcem po czole. Deszcz czy pot?

Uspokoiła się, gdy czekała w deszczu przed biblioteką na taksówkę. Znów oddychała normalnie, lecz nadal ściskało ją w żołądku i czuła się wyczerpana, wyzuta z sił, jak po maratonie.

Wyjęła telefon i napisała do Clementine: „Wybacz, musiałam lecieć, problemy w pracy, byłaś fantastyczna, później pogadamy. Buziak”.

Zmieniła _fantastyczna_ na _wspaniała_. Fantastyczna to za dużo powiedziane. I niezbyt trafne. Kliknęła „wyślij”.

Niepotrzebnie urwała się z pracy. Przyjechała, żeby okazać Clementine wsparcie, chciała także uporządkować własne odczucia co do tamtych wydarzeń. Jej wspomnienia przypominały fragment staroświeckiej taśmy filmowej, którą pocięto nożyczkami, by usunąć niektóre klatki. Nie były to nawet całe klatki, tylko obrzynki. Cienkie obrzynki czasu. Chciała je wypełnić, nie przyznając się nikomu, że ma luki.

Napłynęło wspomnienie odbicia własnej twarzy w łazienkowym lustrze, kiedy rozdygotanymi rękami próbowała przepołowić paznokciem cienką, żółtą tabletkę. Podejrzewała, że dziurawa pamięć ma związek z tabletką, którą wtedy zażyła. Ale to był lek na receptę. Przecież nie łyknęła ecstasy przed wyjściem na grilla.

Pamiętała, że czuła się dziwnie, trochę nieswojo, zanim poszli do sąsiadów, ale to nie tłumaczy luk. Czyżby za dużo wypiła? Tak. Za dużo wypiła. Spójrz prawdzie w oczy, Eriko. Alkohol tak na ciebie podziałał. Byłaś _pijana_. Nie mogła uwierzyć, że to słowo jej dotyczyło, lecz na to wyglądało. Po raz pierwszy w życiu się upiła, więc może urwał jej się film? Jak rodzicom Olivera. „Nie pamiętają całych dekad swojego życia”, rzucił kiedyś w ich obecności, na co oni ze śmiechem wznieśli toast, mimo że Oliver mówił śmiertelnie poważnie.

– Czym pani się zajmuje, jeśli wolno spytać? – zagaił taksówkarz.

– Jestem księgową – odpowiedziała Erika.

– Ach, tak? – podchwycił z ożywieniem. – A to dopiero zbieg okoliczności, bo ja właśnie…

Erika jak zwykle wzdrygnęła się na dźwięk dzwonka swojego telefonu. („To telefon, Eriko”, podkreślał przy każdej okazji Oliver. „Telefony dzwonią”). Zobaczyła na wyświetlaczu numer matki, ostatniej osoby pod słońcem, z którą miała ochotę teraz rozmawiać, ale taksówkarz wiercił się niespokojnie i świdrował ją wzrokiem, w duchu oblizując się na myśl o darmowych poradach, które zaraz z niej wyciągnie. Taksówkarze znają się na wszystkim po trochu. Na pewno zechce jej opowiedzieć o myku, o którym dowiedział się od jednego ze stałych klientów. Erika nie należała do „tych” księgowych. I nie lubiła słowa _myk_. Może matka stanowiła mniejsze zło.

– Cześć, mamo.

– Och! Nie spodziewałam się, że odbierzesz! – Matka mówiła nerwowym, a przy tym zaczepnym tonem, co nie wróżyło niczego dobrego. – Chciałam zostawić wiadomość! – dodała z pretensją.

– W takim razie przepraszam, że odebrałam – odpowiedziała Erika. Naprawdę żałowała.

– Ależ nie przepraszaj, muszę tylko ochłonąć. Wiesz co, może po prostu mnie wysłuchasz, a ja udam, że zostawiam ci wiadomość, którą sobie przygotowałam?

– Proszę bardzo – odrzekła Erika.

Wyjrzała na deszczową ulicę, gdzie kobieta walczyła z parasolką próbującą wywrócić się na drugą stronę. Kobieta straciła cierpliwość i nie zwalniając kroku, cisnęła parasolkę do śmietnika. Brawo, pomyślała Erika, ożywiona tą scenką. Co się będziesz przejmować? Sru i do kosza.

Głos matki przybrał na sile, jakby poprawiła słuchawkę.

– Chciałam zacząć tak: „Eriko, skarbie”, tak właśnie miałam powiedzieć, „Eriko, skarbie, wiem, że nie możesz teraz rozmawiać, bo jesteś w pracy, niestety, utknęłaś w biurze w taki piękny dzień”, chociaż muszę przyznać, że dzień jest okropny, naprawdę paskudny, ale zwykle o tej porze roku mamy piękną pogodę i zawsze po przebudzeniu spoglądam na błękitne niebo i myślę sobie: ojej, jaka szkoda, że biedna, biedna Erika tkwi w biurze w taki piękny dzień! Tak właśnie myślę, ale sukces w korporacji ma swoją cenę! Gdybyś, dajmy na to, była leśniczym albo uprawiała inny zawód pod chmurką, to co innego. W sumie nie wiem, skąd wzięłam tego leśnika, tak mi przyszło do głowy, bo syn Sally właśnie skończył szkołę i zamierza zostać leśniczym; gdy wspomniała mi o tym, pomyślałam sobie, co za świetna praca, cóż za wspaniały pomysł, zamiast tkwić w ciasnym boksie jak ty.

– Nie tkwię w boksie – zauważyła Erika z westchnieniem. Miała biuro z widokiem na port, a w każdy poniedziałkowy ranek świeże kwiaty kupowane przez jej sekretarkę. Kochała swoje biuro. Pracę również.

– To był pomysł Sally, żeby jej syn został leśnikiem. Nieźle to wykombinowała. Sally jest niekonwencjonalna, wykracza myślą poza wyznaczone ramy.

– Sally? – rzuciła pytająco Erika.

– Sally! Moja nowa fryzjerka! – odrzekła niecierpliwie matka, jakby Sally była obecna w jej życiu od lat, a nie kilku miesięcy. Jakby miała zostać jej dozgonną przyjaciółką. Ha. Niechybnie podzieli los wszystkich wspaniałych nieznajomych w życiu jej matki.

– Co jeszcze chciałaś mi powiedzieć? – zapytała Erika.

– Czekaj no… potem miałam rzucić od niechcenia, jakbym dopiero co na to wpadła: „Właśnie, skarbie, à propos!”.

Erika się roześmiała. Matka zawsze potrafiła ją oczarować, nawet w najgorszych chwilach. Nawet gdy Erika myślała, że ma dosyć, że dłużej nie wytrzyma, matka niezawodnie umiała z powrotem owinąć ją sobie wokół palca.

Matka też się zaśmiała, może nieco zbyt skwapliwie.

– Miałam powiedzieć: „Posłuchaj, skarbie, może wpadniecie z Oliverem do mnie na lunch w niedzielę?”.

– Nie – oznajmiła Erika. – Nie.

Nabrała powietrza, jakby oddychała przez słomkę. Usta jej zdrętwiały.

– Nie, dziękuję. Przyjdziemy piętnastego. Właśnie wtedy przyjdziemy, mamo. Nie wcześniej. Taka była umowa.

– Ależ, skarbie, byłabyś ze mnie taka dumna, bo…

– Nie – powtórzyła Erika. – Możemy umówić się gdzie indziej. Na przykład na lunch w niedzielę. W ładnym lokalu. Albo wpadnij do nas, nie mamy z Oliverem żadnych planów. Pójdziemy wszędzie, byle nie do ciebie. – Urwała, po czym powtórzyła głośniej i dobitniej, jakby mówiła do kogoś, kto słabo zna angielski: – Nie przyjdziemy do ciebie.

Zapadła cisza.

– Do piętnastego – dodała Erika. – Zapisałam w kalendarzu. Ty też zapisałaś. I nie zapomnij, że w czwartek jemy kolację z rodzicami Clementine! Będzie wspaniale. – O tak, istna beczka śmiechu.

– Chciałam wypróbować nowy przepis. Mówiłam ci, że kupiłam książkę kucharską z przepisami na potrawy bezglutenowe?

Zmiana tonu. Wyrachowane, okrutne ożywienie, jakby uznała, że Erika jakimś cudem przyłączy się do gry, w którą grały przez te wszystkie lata, kiedy obie udawały zwyczajną matkę i zwyczajną córkę pochłonięte zwyczajną rozmową, mimo że Erika wypadła z gry, która za obopólną zgodą dobiegła końca, a matka przepraszała wśród łez i składała obietnice bez pokrycia, o czym obie doskonale wiedziały. A teraz udaje, że niczego nie obiecywała.

– Mamo. Na miłość boską.

– No co?

Jeszcze zgrywa niewiniątko. Do tego ten wkurzający dziecinny głos.

– Przysięgałaś na grób babci, że nie kupisz więcej książki kucharskiej! Przecież ty nie gotujesz! I nie masz alergii na gluten! – Dlaczego jej głos drżał z gniewu, skoro nigdy nie wierzyła w spełnienie tych melodramatycznych obietnic?

– Ależ nie mówiłam nic podobnego! – odparła matka normalnym głosem i miała czelność odpowiedzieć na gniew Eriki własnym. – A jeśli chcesz wiedzieć, dokuczają mi ostatnio potworne wzdęcia. Nie toleruję glutenu, dziękuję uprzejmie. Przepraszam, że chcę zadbać o swoje zdrowie.

Tylko nie daj się wciągnąć w przepychankę. Trzymaj się z daleka od emocjonalnego pola minowego. To dlatego Erika inwestowała tysiące dolarów w terapię, właśnie na wypadek takich sytuacji.

– To świetnie, mamo, miło się z tobą rozmawiało – rzuciła pospiesznie, nie dopuszczając matki do głosu, jak telemarketerka. – Jestem w pracy i muszę kończyć. Pogadamy później. – Rozłączyła się, nim matka zdążyła cokolwiek powiedzieć, i upuściła telefon na kolana.

Taksówkarz siedział jak zaczarowany, pilnie udając, że nie podsłuchuje, poruszały się tylko jego ręce u dołu kierownicy. Jaka córka odmawia wizyty u matki? Jaka córka wsiada na matkę za zakup książki kucharskiej?

Zamrugała.

Ponownie zadzwonił telefon i podskoczyła tak gwałtownie, że mało nie spadł jej z kolan.

Ale to nie była matka, tylko Oliver.

– Cześć – powiedziała, bliska płaczu z ulgi na dźwięk jego głosu. – Właśnie miałam dziwną rozmowę z mamą. Chciała, żebyśmy przyszli do niej w niedzielę na lunch.

– Jesteśmy umówieni na przyszły miesiąc, nie? – zapytał Oliver.

– Owszem – potwierdziła Erika. – Przeciągała strunę.

– Wszystko w porządku?

– Uhm. – Przejechała palcem pod oczami. – Jak najbardziej.

– Na pewno?

– Tak. Dziękuję.

– Nie myśl o tym – dorzucił Oliver. – Słuchaj, a byłaś na wystąpieniu Clementine w bibliotece?

Erika oparła głowę o zagłówek i przymknęła oczy. Cholera jasna. No przecież. Tylko po to dzwonił. Clementine. Miała porozmawiać z nią po wszystkim, przy kawie. Oliver nie wnikał w pobudki Eriki. Nie pojmował jej obsesyjnej potrzeby uzupełnienia luk w pamięci. Uważał to za nieistotne, prawie niemądre. „Pamiętasz wszystko, co było do zapamiętania, możesz mi wierzyć”, zapewnił. (Po ostatnich słowach zacisnął usta, z jego oczu bił chłód. Ale wyczuwała w nim ból, którego nie umiał do końca stłumić i którego zapewne by się wyparł). „Luki w pamięci są nieuniknione, gdy człowiek nie wylewa za kołnierz”. Na pewno nie dla niej. Uznał to za świetną okazję, aby porozmawiać z Clementine i w końcu ją przycisnąć.

Teraz też niepotrzebnie odebrała.

– Byłam – odpowiedziała. – Ale wyszłam w połowie. Źle się poczułam.

– Czyli nie rozmawiałyście? – upewnił się Oliver. Słyszała, że stara się ukryć frustrację.

– Nie dzisiaj – odrzekła. – Spokojnie, zaczekam na odpowiednią chwilę. Zresztą kawiarnia w centrum handlowym nie byłaby najlepszym miejscem.

– Właśnie patrzę w kalendarz. Minęły dwa miesiące od grilla. Wystarczy zapytać, to nie będzie żaden nietakt. Zadzwoń do niej, nie musicie rozmawiać twarzą w twarz.

– Wiem. Przepraszam.

– Nie musisz przepraszać – odpowiedział Oliver. – To trudne. I w niczym nie zawiniłaś.

– Przeze mnie w ogóle tam poszliśmy – przyznała. Nie rozgrzeszy jej z tego. Jest zbyt drobiazgowy. To ich zawsze łączyło, zamiłowanie do szczegółów.

Taksówkarz ostro przyhamował.

– Ty durniu! Ty cholerny baranie!

Erika oparła się dłonią o przedni fotel.

– Nieważne – powiedział Oliver w tej samej chwili.

– Dla mnie ważne – odparła.

W słuchawce rozległ się sygnał oznaczający kolejne połączenie. Pewnie matka. Odczekała kilka minut z powtórnym telefonem, czyli nie wybrała obelg, tylko łzy. Łzy trwały dłużej.

– Nie wiem, co mam powiedzieć, Eriko – odparł Oliver zmartwionym tonem. Przyszło mu do głowy, że jest jakaś poprawna odpowiedź. Klucz na końcu książki. Pomyślał, że istnieje sekretny zbiór zasad udanego związku, który ona zna, bo jest kobietą, i ukrywa przed nim z premedytacją. – Ale… porozmawiasz z Clementine? – dorzucił pytająco.

– Porozmawiam – ucięła Erika. – Do zobaczenia wieczorem.

Wyciszyła telefon i schowała go do torebki pod nogami. Taksówkarz włączył radio. Chyba dał sobie spokój z prośbami o rady z zakresu księgowości, uznawszy zapewne, że życie osobiste Eriki nie przemawia na korzyść jej wiarygodności zawodowej.

Pomyślała o Clementine, która pewnie kończy swoje wystąpienie w bibliotece przy uprzejmym aplauzie widowni. Obejdzie się bez gromkich braw, owacji na stojąco i bukietów za kulisami.

Biedna Clementine musi się czuć upokorzona.

Oliver miał rację: decyzja o pójściu na grilla była bez znaczenia. Koszty utopione. Ponownie oparła głowę, przymknęła oczy i przypomniała sobie srebrne auto, które sunęło ku niej w otoczeniu wirujących jesiennych liści.ROZDZIAŁ TRZECI

W dniu grilla

Erika wjechała w swoją uliczkę, gdzie powitał ją dziwny, prawie piękny widok: ktoś wreszcie siadł za kierownicę BMW zaparkowanego od pół roku przed domem Richardsonów i ktokolwiek to był, nie zadał sobie trudu, aby zmieść warstwę złotych i czerwonych liści, które zaścielały dach i maskę, toteż gdy samochód jechał (o wiele za szybko jak na osiedle mieszkalne), w ślad za nim podążał wir liści na podobieństwo małej trąby powietrznej.

Kiedy liście opadły, Erika ujrzała swojego sąsiada Vida, który stał na końcu podjazdu i odprowadzał wzrokiem odjeżdżające auto, a zbłąkany promyk słońca odbił się od jego ciemnych okularów niczym blask flesza.

Erika przyhamowała obok niego i opuściła boczną szybę od strony pasażera.

– Dzień dobry! – zawołała. – Ktoś w końcu ruszył samochód!

– Tak, pewnie dogadali się w sprawie ceny za prochy, nie uważasz? – Vid nachylił się do okna, wsuwając okulary na swoją imponującą siwą czuprynę. – A może to mafia, co nie?

– Ha, ha. – Erika zaśmiała się bez przekonania, bo Vid sam wyglądał jak gangster.

– Co za dzień, co nie? Tylko popatrz! – Wskazał z zadowoleniem na niebo, jakby sam słono za nie zapłacił i dostał jakość, jakiej wymagał.

– Piękny – potwierdziła Erika. – Wybierasz się na spacer?

Vid okazał lekki niesmak.

– Spacer? Ja? Gdzie tam. – Wskazał na trzymanego papierosa oraz zwiniętą, opakowaną w folię niedzielną gazetę w drugiej ręce. – Wyszedłem tylko po gazetę, co nie?

Erika upomniała się w duchu, żeby nie liczyć, ile razy Vid powie „co nie?”. Księgowanie cudzych tików zakrawało na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. (Obecny rekord Vida: jedenaście razy w czasie dwuminutowej tyrady na temat usunięcia pizzy z suszonym boczkiem z menu miejscowej pizzerii. Vid nie mógł w to uwierzyć, po prostu nie mógł w to uwierzyć, co nie? W chwilach podniecenia strzelał tym „co nie?” jak z karabinu maszynowego).

Erika miała pełną świadomość, że niektóre z jej zachowań podchodzą pod obsesyjno-kompulsywne. „Uważałabym z etykietkami, Eriko”, stwierdziła psychoterapeutka ze zbolałym uśmiechem, który pojawiał się na jej twarzy, ilekroć Erika stawiała sobie diagnozę. (Z chwilą rozpoczęcia terapii zaprenumerowała magazyn „Psychology Today”, żeby się co nieco dokształcić, i tak jej się spodobało, że właśnie przerabiała listę lektur z pierwszego roku psychologii w Cambridge. Z czystego zainteresowania, zapewniła terapeutkę, która nie wyglądała, jakby czuła się zagrożona tym faktem, choć nie sprawiała też wrażenia zachwyconej).

– Cholerny gówniarz rozwozi je autem i ciska przez okno jak granaty w cholernej Syrii, co nie? – Vid udał, że rzuca granat w postaci zwiniętej gazety. – A ty co porabiasz? Byłaś na zakupach?

Zerknął na zbieraninę toreb foliowych na przednim siedzeniu, po czym zaciągnął się papierosem i wypuścił dym kącikiem ust.

– Powiedzmy, że kupiłam trochę tego i owego.

– Tego i owego – powtórzył Vid, wypróbowując zwrot, jakby słyszał go po raz pierwszy. Może tak było. Spojrzał na Erikę wyczekująco, niemal z rozczarowaniem, jakby spodziewał się po niej czegoś więcej.

– Tak. Na podwieczorek. Zaprosiliśmy Clementine i Sama z dziewczynkami. Moich znajomych, kojarzysz? Poznaliście się u nas. – Doskonale wiedziała, że Vid ich pamięta. Podała mu Clementine na tacy, żeby dodać sobie powabu. To wszystko, co miała mu do zaoferowania: Clementine.

Vid natychmiast się rozpromienił.

– Twoja przyjaciółka wiolonczelistka! – wykrzyknął z zachwytem. Wręcz mlasnął przy słowie _wiolonczelistka_. – I ten jej mąż… za grosz słuchu! Jaka szkoda, nie?

– Cóż, lubi mówić, że nie ma za grosz słuchu – odpowiedziała Erika. – Ale tak naprawdę…

– Równy chłop! Jest, jak to się mówi, kierownikiem marketingu w firmie wytwarzającej… nie podpowiadaj, nie podpowiadaj… produkty szybkozbywalne. Cokolwiek to, u licha, znaczy. I co na to powiesz? Niezła pamięć, nie? Mam umysł jak stalowa pułapka, zawsze to powtarzam żonie.

– W zasadzie zmienił pracę, przeniósł się do firmy produkującej napoje energetyczne.

– Hę? Napoje energetyczne? Takie, które dodają energii? Mniejsza z tym, bardzo fajni ludzie, co nie? Musicie wpaść do nas na grilla, co nie? Tak, urządzimy grilla! Trzeba wykorzystać ładną pogodę, co nie? Nalegam. Wpadnijcie!

– Och – odpowiedziała Erika. – To miło z twojej strony. – Powinna odmówić. Potrafiła mówić „nie”. Nie miała problemów z odmawianiem ludziom, ba, wręcz szczyciła się swoją asertywnością, poza tym Oliver nie życzyłby sobie zmiany dzisiejszych planów. Zbyt wiele zależało od ich realizacji. To mogła być sprawa życia i śmierci.

– Upiekę świniaka na ruszcie! Na sposób słoweński. No może niezupełnie słoweński, na mój sposób, ale w życiu czegoś takiego nie próbowaliście. Twoja przyjaciółka. Clementine. Pamiętam. Jest smakoszem, co nie? Jak ja. – Poklepał się po brzuchu.

– Hm – rzuciła Erika.

Ponownie spojrzała na torby na przednim siedzeniu. Przez całą drogę zerkała na swoje zakupy, zmartwiona, że o czymś zapomniała. Powinna była nakupować więcej. Co ją napadło? Dlaczego nie kupiła fury prowiantu?

Poza tym wybrała krakersy z sezamem, a teraz coś jej nie grało. Czy Clementine lubi sezam, czy wręcz przeciwnie?

– I co ty na to? – spytał Vid. – Tiffany będzie zachwycona.

– Myślisz? – odpowiedziała pytaniem Erika.

Większość żon wkurzyłaby się na wieść o nieplanowanym grillu, ale żona Vida wyglądała na równie towarzyską jak on. Erika przypomniała sobie, jak przedstawiła sąsiadom najbliższych przyjaciół przy okazji zeszłorocznego spotkania bożonarodzeniowego, zorganizowanego na fali obłędu pod tytułem: „Udajmy, że lubimy zapraszać gości i sprawia nam to przyjemność”. Oboje z Oliverem przeżywali wówczas katusze. Zapraszanie gości zawsze kosztowało Erikę sporo nerwów, gdyż po pierwsze, nie miała wprawy, a po drugie, kojarzyła gości z uczuciem obrzydzenia i strachu.

– Mają dwie córeczki, prawda? – ciągnął Vid. – Nasza Dakota chętnie się z nimi pobawi.

– Tak. Tylko pamiętaj, że są znacznie młodsze od niej.

– Nawet lepiej! Dakota uwielbia się bawić z małymi dziewczynkami, co nie? Udawać ich starszą siostrę, co nie? Zaplatać im warkoczyki, malować paznokcie, co nie, wszystkie będą miały frajdę!

Erika przejechała rękami po kierownicy. Spojrzała na swój dom. Niski żywopłot, biegnący wzdłuż ścieżki do drzwi wejściowych, przycięto niedawno z doskonałą, zadziwiającą symetrią. Rolety były podniesione, a okna czyste i bez śladu smug. Nie mieli nic do ukrycia. Z ulicy widać było czerwoną, witrażową lampę stołową. To wszystko. Jedynie lampę. Prześliczną. Sam widok tej lampy z ulicy, kiedy wracała do domu, napełniał ją uczuciem dumy i spokoju. Oliver właśnie odkurzał. Erika zrobiła to wczoraj, więc niepotrzebnie się trudził. Przesadne zamiłowanie do porządku. Ale obciach.

Kiedy Erika wyprowadziła się z domu, jedną z codziennych spraw, które spędzały jej sen z oczu, było ustalenie, ile razy w tygodniu normalni ludzie sięgają po odkurzacz. Dopiero matka Clementine rozwiała jej wątpliwości: raz w tygodniu, Eriko, na przykład w niedzielne popołudnie. Wybierasz odpowiednią dla siebie porę i włączasz tę czynność do stałego repertuaru. Erika nabożnie przestrzegała zasad życiowych Pam, podczas gdy Clementine rozmyślnie je ignorowała. „Sam i ja zawsze zapominamy o czymś takim jak odkurzanie”, wyznała kiedyś Erice. „Oczywiście po fakcie zawsze się dobrze czujemy, a wtedy mówimy: »Musimy częściej odkurzać!«. Podobnie mamy z seksem”.

Erika nie posiadała się ze zdumienia, zarówno z powodu odkurzania, jak i seksu. Zdawała sobie sprawę, że przy ludziach zachowują się z Oliverem sztywniej niż inne pary i unikają przekomarzania (nie znosili dwuznacznych sytuacji), ale, Boże jedyny, o seksie nigdy nie zapominali.

Odkurzony dom nie wpłynie na przebieg dzisiejszego spotkania, podobnie jak sezam na krakersach.

– Świniaka na ruszcie, hm? – powiedziała do Vida. Kokieteryjnie przekrzywiła głowę, jak Clementine w podobnych sytuacjach. Czasami zapożyczała manieryzmy przyjaciółki, ale tylko pod jej nieobecność, na wypadek gdyby miały zostać rozpoznane. – Chcesz powiedzieć, że masz w zanadrzu świniaka, który tylko czeka na upieczenie?

Vid z zadowoleniem wyszczerzył zęby, po czym mrugnął i wycelował w nią papierosem. Dym wpłynął do samochodu, niosąc z sobą zapach innego świata.

– Niech cię o to głowa nie boli, Eriko. – Zaakcentował drugą sylabę. Eri-ka. Nadało to jej imieniu egzotyczne brzmienie. – Wszystko załatwimy, co nie? O której ma przyjść twoja przyjaciółka wiolonczelistka? O drugiej? Trzeciej?

– O trzeciej – odpowiedziała Erika. Już żałowała swojej kokieterii. O matko. Co znowu narobiła?

Zerknęła ponad ramieniem mężczyzny i dostrzegła Harry’ego, drugiego sąsiada Vida, który stał z sekatorem w swoim ogródku, obok krzewu kameliowego. Ich spojrzenia się zetknęły i Erika uniosła rękę, żeby mu pomachać, ale natychmiast odwrócił wzrok i zniknął za węgłem.

– Nasz kumpel Harry? – rzucił domyślnie Vid.

Erika potwierdziła.

– Już poszedł.

– A zatem trzecia? – upewnił się Vid. Energicznie postukał w maskę jej auta. – Więc do zobaczenia?

– Dobrze – ustąpiła z rezygnacją Erika.

Zobaczyła, że Oliver wychodzi na ganek z workiem śmieci. Będzie na nią wściekły.

– To świetnie. Wspaniale! – Vid wyprostował się i ujrzał Olivera, który pomachał do niego z uśmiechem. – Stary! – huknął Vid. – Widzimy się później! Grill u nas!

Uśmiech Olivera zniknął.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij