Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Moja zguba - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
9 stycznia 2026
49,99
4999 pkt
punktów Virtualo

Moja zguba - ebook

Skye i Darcy po serii traumatycznych wydarzeń ruszają do Szkocji… Choć bardziej właściwe byłoby stwierdzenie: uciekają. Skye wierzy, że właśnie tam odnajdzie swoją mamę. Jej idealnie dopracowany plan nie zakładał jednak towarzystwa Darcy’ego – chłopaka, którego zraniła i który żywi przez to do niej nienawiść. Dlaczego więc mężczyzna nie odpuści i po prostu jej nie zostawi? Czy naprawdę chodzi wyłącznie o złożoną babci obietnicę, według której ma dopilnować, by Skye była bezpieczna?

Darcy jest pewien jednego – ta dziewczyna stała się jego rodziną i nieważne, co się wydarzy, nie może jej zostawić. Skye za to robi wszystko, żeby go od siebie odepchnąć, zwłaszcza gdy na jaw wychodzą nowe, bolesne tajemnice. Na domiar złego do ich podróży dołącza Ryle Weller – wróg Darcy’ego, który zakochał się w jego Chmurce.

Cała trójka angażuje się w poszukiwania mamy Skye. Nie mija wiele czasu, kiedy odkrywają szokującą prawdę na temat kobiety. Wkrótce potem w nadmorskiej szkockiej wiosce dziewczyna odnajduje rodzinę… Rodzinę skrywającą mnóstwo sekretów, o której istnieniu nie miała pojęcia.

Czy Skye powinna wracać do przeszłości, skoro prawda może na zawsze zmienić jej życie… a nawet narazić je na niebezpieczeństwo?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Young Adult
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68473-33-9
Rozmiar pliku: 953 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Darcy

Jedziemy już szóstą godzinę, a ona nadal się nie rusza. Nie śpi. To wiem na pewno, bo za każdym razem, gdy na nią zerkam, widzę, że wlepia wzrok w szybę. Mam wrażenie, że nawet nie mruga.

– Zaraz będziemy na miejscu – oznajmiam, przez co Skye podskakuje na siedzeniu spłoszona i patrzy na mnie wielkimi oczami, jakby zapomniała o mojej obecności.

– O-okej – odpowiada ochryple i znowu przenosi spojrzenie za szybę.

Nawet w słabym świetle ulicznych lamp mam idealny widok na jej policzek, na którym widnieje zadrapanie zadane przez mojego ojca. Zanim ruszyliśmy w drogę, zmusiłem ją do przemycia rany, ale nie mogłem się temu przyglądać. Groziłoby to tym, że wróciłbym do domu babci i dobiłbym tego potwora za to, co zrobił Skye.

Gravy, jakby jakimś cudem przeczuwał, że się zbliżamy do miejsca docelowego, zaczyna skomleć, a gdy parkuję, rzuca się na drzwi i je drapie. Wysiadam z auta i zapinam mu smycz, a później przyglądam się neonowemu szyldowi: „East Glasgow Hotel”. To Skye zarezerwowała go kilka dni temu na pięć nocy i zrobiła to z myślą, że przyjedzie tutaj z Ryle’em.

Z cholernym Ryle’em Wellerem.

Słyszę, jak dziewczyna wysiada z samochodu, ale się do niej nie odwracam.

– Weźmiesz Gravy’ego? – pytam. – Pójdę się dowiedzieć, czy możemy przenocować tutaj z psem.

Skye podchodzi i sięga po smycz. Muska palcami moją dłoń, przez co natychmiast cofa się jak oparzona, a mnie każdy włosek jeży się na skórze jak naelektryzowany.

Niemal jęczę z frustracji.

Tęsknię za nią – za jej dotykiem, bliskością, za naszymi rozmowami i, cholera jasna, nawet za naszymi przekomarzankami.

Ale to już należy do przeszłości.

No bo jak moglibyśmy wrócić do tego, co między nami było? Wiedziałem, że Skye ma sekrety, i akceptowałem, że nie wszystkie mi od razu wyjawi. Kiedy jednak się dowiedziałem, że zataiła przede mną decyzję babci… To jedna tajemnica za dużo.

Ta dziewczyna wkradła się do mojego życia i idealnie się w nie wpasowała. Stała się dla mnie rodziną, a potem sprawiła, że oddałem jej całe serce. Kocham ją i wątpię, czy coś kiedykolwiek będzie w stanie to zmienić. Jednak mimo to, kiedy na nią patrzę, jedyne, o czym potrafię myśleć, to fakt, że babcia odeszła wcześniej, niż to było konieczne, a Skye mogła temu zapobiec.

Nie umiem jej nie obwiniać i nienawidzę się za to. Mogę żyć z tą świadomością wyłącznie dlatego, że siebie obwiniam znacznie bardziej.

Bo przecież babcia nie podjęła decyzji o wcześniejszym zaprzestaniu leczenia z dnia na dzień. Może gdybym był obecny w jej codzienności, nie poddałaby się i chciałaby nadal żyć? Nie musiałem się wyprowadzać po tym, jak wywaliłem z domu ojca. Mogłem z nią zostać. Wiedziałem, że babcia źle znosi samotność – w końcu dlatego przeprowadziliśmy się do niej po śmierci dziadka. Doskonale o tym wiedziałem, a mimo to zignorowałem poczucie winy i egoistycznie porzuciłem wszystko, co kojarzyło mi się z moją pojebaną przeszłością.

Mam nadzieję, że ojciec zdechł. Mam nadzieję, że uderzył się w głowę wystarczająco mocno, by już nigdy się nie obudzić. Żałuję tylko, że we wszystko została wplątana Skye. Mogłem sam go zabić. Mogłem pozbyć się go już dawno…

Z zamyślenia wyrywa mnie rażące światło jarzeniówki, które niemal oślepia, kiedy wchodzę do hotelu. Recepcja jest mała i gołym okiem widać, że to jeden z typowych tanich hoteli przy autostradzie, gdzie każdy zatrzymuje się maksymalnie na jedną noc, by rano ruszyć dalej przed siebie.

Przy biurku recepcyjnym nikogo nie zastaję, więc możliwe, że nie uda mi się zameldować w tak wczesnych godzinach. Rozglądam się po blacie i dostrzegam dzwonek. Wciskam go dwa razy, a kiedy nikt nie przychodzi, zaczynam przestępować z nogi na nogę.

– Już idę! – krzyczy nagle ktoś z wyraźnym szkockim akcentem. Chwilę później zza jednych drzwi umieszczonych w niewielkim holu wychodzi kobieta w średnim wieku. Ma na sobie pognieciony uniform z logiem hotelu. – Przepraszam najmocniej, że tyle to trwało. W czym mogę panu pomóc? – pyta i się uśmiecha.

Nie odwzajemniam gestu, więc jej uśmiech przeradza się w grymas zawstydzenia, a policzki lekko czerwienią.

– Mam rezerwację na nazwisko Murray – mówię ochryple, a kobieta wystukuje coś w komputerze.

– Tak, zgadza się. Pokój jest gotowy – oznajmia, po czym sięga do szuflady, gdzie ułożone są klucze. Bierze jeden z zieloną zawieszką i kładzie go na blacie przede mną. – Proszę kierować się na czwarte piętro, po lewej stronie jest winda… – tłumaczy, ale wchodzę jej w słowo:

– Mamy ze sobą psa. Czy to będzie problem?

Kobieta unosi brew i znowu przegląda coś w komputerze.

– Nie widzę żadnej informacji o zwierzęciu przy rezerwacji… Mamy jednak specjalne pokoje przeznaczone dla gości z pupilami. Mogę spróbować przenieść państwa do takiego, jeśli tylko będzie wolny. Ale wymaga to dodatkowej opłaty.

– Bardzo proszę sprawdzić dostępność. – Tym razem udaje mi się chyba wygiąć usta w coś na wzór uśmiechu, bo kobieta się rozpromienia.

Chwilę stukania umalowanymi paznokciami w klawiaturę później recepcjonistka wydaje radosny odgłos i oznajmia:

– Wygląda na to, że to pana szczęśliwy dzień, bo został nam ostatni pokój z opcją z pupilem. – Jej czoło się marszczy, gdy coś doczytuje. – Niestety jednak ma on inne ułożenie. Zamiast dwóch osobnych łóżek jest w nim jedno, podwójne. Musiałby pan też dopłacić po dwadzieścia funtów za każdą noc, a z uwagi na zwierzaka wymagamy wpłaty z góry.

– Proszę ulokować nas właśnie tam – oznajmiam, a następnie sięgam do kieszeni i podaję kobiecie kartę kredytową.

Po dokonaniu płatności i podpisaniu jakichś dokumentów związanych z odpowiedzialnością za wynajem lokum z psem recepcjonistka podaje mi nowy klucz i instruuje, jak dotrzeć do pokoju. Potem się ze mną żegna i znowu znika za tymi samymi drzwiami, zza których wcześniej przyszła.

Kiedy wychodzę na zewnątrz, nie dostrzegam nigdzie Skye i Gravy’ego, przez co czuję ukłucie paniki. Podbiegam do samochodu, ale w środku również ich nie znajduję.

– Skye?! – wołam, rozglądając się po okolicy, a potem słyszę ciche: „Tutaj”, dochodzące z niewielkiego lasku na samym końcu parkingu.

– Chciałam się z nim kawałek przejść – mówi, kiedy wychodzi spomiędzy drzew ze smyczą oplecioną wokół ręki i Gravym u boku. Zbliżają się i stają kilka kroków przede mną, Skye unika mojego wzroku. – Chyba tego potrzebował po tylu godzinach podróży – dodaje.

Zauważam, że dłonie jej drżą, i zastanawiam się, czy to ma coś wspólnego z chłodnym wiatrem, czy raczej z tym, że po jakichś sześciu godzinach w końcu wywiązała się między nami rozmowa. Skye zawsze robi się zimno w niekomfortowych dla niej sytuacjach.

– Zmieniłem nam pokój na taki, w którym można przebywać z psem – oznajmiam, po czym wręczam jej klucz.

Podchodzę do auta, biorę z niego nasze torby i prowadzę dziewczynę z Gravym do środka. Zmierzamy na drugie piętro, aż wreszcie stajemy przed drzwiami numer sto trzydzieści trzy. Skye przekręca zamek i przekracza próg, ale nagle cofa się o krok.

– To jakaś pomyłka – mówi. – Pokój miał być…

– Tylko taka opcja była dostępna – tłumaczę.

Kiwa głową i przełyka głośno ślinę, a potem niepewnie rusza przed siebie. Zamykam za nami drzwi i spuszczam Gravy’ego ze smyczy. Ten natychmiast zaczyna obwąchiwać swoje nowe, hotelowe legowisko, a Skye podchodzi do okna i wygląda przez nie, znowu gdzieś odpływając.

– Chcesz iść pierwsza pod prysznic? – pytam, na co dziewczyna kręci głową. Dlatego wyciągam wszystkie potrzebne rzeczy z torby i ruszam do łazienki.

Pokój ma bardzo podstawowe wyposażenie, ale jest czysty. Ustawiam niską temperaturę wody, by trochę się orzeźwić po długich godzinach jazdy, i szybko się myję, a kiedy kończę, burczy mi w brzuchu. Przypominam sobie, że nie jadłem nic od poprzedniego ranka, i idę o zakład, że Skye również jest głodna.

Wychodzę z łazienki i zastaję dziewczynę w tym samym miejscu. Tyle że teraz zamiast stać przy oknie, kuli się na przysuniętym do niego fotelu.

– Pójdę po coś do jedzenia. Na dole były jakieś automaty z przekąskami – mówię, lecz ona mi nie odpowiada. Podchodzę do niej i dostrzegam, że śpi.

Ściągam narzutę z łóżka i okrywam nią Skye. Mam wrażenie, że się spina, jakby to ją obudziło, ale nie otwiera oczu, więc może mi się wydawało? Tak cicho, jak mogę, zapinam na smycz Gravy’ego, żeby po drodze po jedzenie wziąć go na załatwienie potrzeb przed snem. Z automatu w holu biorę kilka zbożowych batonów, dwie butelki wody i colę. Kiedy wychodzimy przed hotel na mały skrawek trawy, spuszczam Gravy’ego ze smyczy. Wzdrygam się od chłodu, który nieprzyjemnie szczypie mnie w palce, i wpycham ręce do kieszeni dżinsów. Podczas pakowania się nie pomyślałem o tym, że przecież jesień w Szkocji jest znacznie zimniejsza niż w naszych rejonach, i zabrałem same koszulki i tylko jedną, stanowczo zbyt cienką kurtkę. Jeśli zostaniemy tu dłużej lub pojedziemy bardziej na północ, będę musiał się zaopatrzyć w coś cieplejszego…

A to mi przypomina, że z samego rana muszę dać znać Jaxowi, że nie wiem, kiedy wrócę do pracy, i że będzie musiał znaleźć kogoś na zastępstwo. Powinienem też ustalić ze Skye, co robimy dalej. Jak planuje odnaleźć mamę? Gdzie i kiedy chce następnie wyruszyć? Pamiętam, jak mi opowiadała, że jej rodzina pochodzi z okolic szkockiej wyspy, którą zainspirowane jest jej imię, zatem pewnie tam będzie chciała zacząć… Co chce jednak robić przez te kilka dni w Glasgow?

Na myśl, że zaplanowała wszystko razem z pieprzonym Ryle’em Wellerem, który pewnie znałby odpowiedź na każde z tych pytań, od razu robi mi się gorąco. Ten typ idealnie wyczekał moment, w którym Skye została sama, zaczaił się na nią, a potem…

Tylko że to ja wyrzuciłem ją z domu. To przeze mnie musiała szukać noclegu, praktycznie pchnąłem ją w ramiona tego dupka… I pewnie powinienem się z tego cieszyć, prawda? Powinienem pozwolić, żeby teraz Ryle zajmował się problemami i tajemnicami Skye. Powinienem im pozwolić jechać na tę głupią wyprawę we dwoje i wrócić do swojego życia bez tej dziewczyny obok. W końcu przecież mnie oszukała. Z kogoś, za kogo byłbym gotowy poświęcić własne życie, stała się kolejną osobą, która mnie zawiodła. Szkoda tylko, że utrata zaufania automatycznie nie wiąże się z utratą uczuć. Szkoda, że nienawiść, którą czuję do Skye, może iść w parze z miłością, która ani trochę nie osłabła, przez co sprawiła, że nie mogłem pozwolić, by ta dziewczyna ruszyła do obcego kraju z innym kolesiem. A zwłaszcza z pieprzonym Wellerem, prawdopodobnie chcącym wykorzystać jej wrażliwy stan.

Niezależnie jednak od wszystkiego, nie zamierzam się znowu do niej zbliżyć. Pomogę Skye odnaleźć rodzinę i odejdę, a wtedy ona o mnie zapomni. Tego właśnie pragnę.

Dlaczego więc tak ogromnie nieznośna jest świadomość tego, że to do Ryle’a udała się po pomoc, a nie do mnie? Dlaczego tak po prostu uwierzyła, że nie chcę mieć z nią nic do czynienia, i odeszła bez mrugnięcia okiem? Jak mogła tak zwyczajnie wszystko przekreślić po tym, co razem przeszliśmy? Jak mogła chcieć wyjechać i zostawić mnie chwilę po tym, jak ostatnia osoba, którą nazywałem rodziną, odeszła?

Czy naprawdę odtrąciłem ją tak skutecznie, że była gotowa kompletnie usunąć się z mojego życia? Czy może chciała uciec – przed sobą, tym, co zrobiła, i przed dopuszczeniem do świadomości tego, że mojej babci już nie ma?

Wołam Gravy’ego i z głową pełną sprzecznych myśli wracam do pokoju. Otwieram cicho drzwi, ale zapominam, że są strasznie ciężkie, dlatego zanim zdążę zareagować, zatrzaskują się z niemiłosiernie głośnym hukiem, od którego Skye z krzykiem zrywa się z fotela. Niemal od razu upada na dywanową wykładzinę – albo potknęła się o mebel, albo nogi odmówiły jej posłuszeństwa – a potem kuli się i oplata ramionami kolana, chowając w nich głowę. Rzucam trzymane w dłoniach przekąski na łóżko i podbiegam do niej. Wyciągam ręce, by jej pomóc, ale zdumiony szybko je cofam, kiedy dostrzegam, jak bardzo cała drży. Skye wreszcie unosi głowę i na mnie patrzy, a ja w burzowych oczach zauważam wzbierające łzy i przerażenie, jakiego nie widziałem u tej dziewczyny nigdy wcześniej. Jest w kompletnej rozsypce, dławi się od duszonych łez. Usta mi się rozchylają, gdy nagle sobie uświadamiam, co stanowi źródło jej reakcji.

Kilka godzin temu ktoś ją napadł.

Nie, nie ktoś. Mój ojciec. I doskonale wiem, że jestem do niego podobny – wszyscy, ku mojej męce, powtarzali mi to od dziecka.

– Tak mi przykro, Skye – wyrywa mi się niekontrolowanie, tylko trochę głośniej od szeptu.

Nienawiść do dziewczyny i pretensje o skrywanie przede mną sekretów na moment wyparowują. Nagle Skye znowu jest w moich oczach skrzywdzoną, przepełnioną cierpieniem dziewczyną, którą chcę wziąć w ramiona i której pragnę obiecać, że nigdy już nie pozwolę, by ktoś ją tak przeraził.

Lecz kiedy sięgam do niej rękami, ona się odsuwa i powoli wstaje o własnych siłach. Woli wesprzeć się na fotelu, niż skorzystać z mojej pomocy.

Czy to dlatego, że w tym momencie przypominam swojego ojca? Czy może stałem się ostatnią osobą, od której chciałaby dostać wsparcie?

Podnoszę się, wypuszczając głośno powietrze, które w pewnym momencie zacząłem wstrzymywać, i robię krok w tył. Chcę dać Skye przestrzeń, bo wyraźnie tego potrzebuje. Rozgląda się dookoła w popłochu, jakby chciała się upewnić, że nie ma tu nikogo poza nami, a później kuca przy torbie i wyciąga z niej jakieś rzeczy.

– Pójdę się umyć – szepcze i wymija mnie, a potem zamyka się w łazience.

Ściągam koszulkę i zostaję jedynie w luźnych spodniach od piżamy, a potem kładę się w łóżku. Gravy próbuje ułożyć się po drugiej stronie, ale od razu go spycham. Rzuca mi urażone spojrzenie, lecz posłusznie wraca na legowisko, które wyraźnie mu nie odpowiada. Jutro muszę przynieść mu z samochodu jego własne, razem z resztą naszych rzeczy.

Skye spędza pod prysznicem dobre pół godziny, aż para zaczyna przedostawać się do pokoju przez szparę na dole drzwi. Gdy w końcu wychodzi ubrana w grubą bluzę i legginsy, patrzę na nią skołowany.

– Nie wzięłaś piżamy? – pytam.

– Wzięłam, po prostu mi zimno.

Obserwuję, jak przestępuje z nogi na nogę, wahając się przed wejściem do łóżka, jakbyśmy nigdy wcześniej ze sobą nie spali – więc odgarniam dla niej kołdrę.

– Chodź. Jest całkiem wygodnie.

Skye przytakuje. Kładzie się obok i podsuwa pościel pod samą brodę, a ja zdaję sobie sprawę z tego, że nie kłamała – drży tak bardzo, że razem z jej ciałem trzęsie się całe łóżko. Odwracam się do niej i pytam:

– Hej, co się dzieje?

Nie patrzy mi w oczy ani nie odpowiada, słyszę jedynie, jak jej zęby o siebie uderzają. Nie myślę za wiele i przyciągam ją, a potem przytulam do rozgrzanego torsu. Skye nie protestuje, tylko jeszcze mocniej się we mnie wtula. Szczelnie oplatam nas kołdrą i zaczynam pocierać lodowate ramiona dziewczyny.

Mija kilka minut, gdy Skye w końcu przestaje się trząść i wyrównuje oddech. Zasnęła, ale ja jeszcze długo nie mogę zamknąć oczu. Za każdym razem gdy próbuję, widzę przerażone burzowe spojrzenie na zmianę z nieruchomym ciałem ojca.

SKYE

Kiedy otwieram oczy, Darcy’ego nie ma obok. Rozglądam się dookoła w poszukiwaniu jakiejś kartki, bo w podobnych sytuacjach zawsze zostawiał mi notatkę, by poinformować, gdzie jest.

Ale to było kiedyś, zanim… zanim odeszła Lilly. Teraz nigdzie nie odnajduję żadnego liściku ani nic podobnego, mimo że na stoliku leżą notes z logiem hotelu i długopis do kompletu. Nie ma też Gravy’ego ani kurtki Darcy’ego. Pewnie poszli na spacer.

Wstaję powoli i wyciągam z torby ubrania, a następnie przebieram się w dżinsy i sweter. Włączam telewizor i wchodzę na program informacyjny, by sprawdzić dokładną godzinę. Jest chwilę po pierwszej po południu, a według planu za godzinę muszę stawić się na umówionym jeszcze z Anglii spotkaniu z detektywem. Wyciągam z torby laptopa, żeby sprawdzić maile i się upewnić, że detektyw Holt nie odwołał spotkania. Najchętniej bym do niego zadzwoniła, ale nadal nie kupiłam sobie nowego telefonu po tym, jak ojciec Darcy’ego roztrzaskał mi ten, który miałam…

Na samą myśl przed oczami staje mi blada twarz mężczyzny, otoczona wylewającą się spod jego ciała krwią.

Wzdrygam się i przełykam ślinę. Mój wzrok podąża do hotelowego telefonu stacjonarnego. Pewnie połączenie z niego będzie kosztowało krocie, ale trudno. Sięgam po słuchawkę, dzwonię do detektywa i potwierdzam nasze spotkanie, a później zwlekam chwilę i wystukuję z pamięci numer Ryle’a. Mylę się pięć razy, zanim udaje mi się do niego dodzwonić.

– Halo? – odbiera wyraźnie zaspany.

Dla niego dzisiejsza noc pewnie też nie była zbyt łatwa.

– To ja – chrypię.

– Skye? Dlaczego dzwonisz z zastrzeżonego numeru?

– To telefon stacjonarny w hotelu.

– Tylko mi nie mów, że… Jesteś… jesteś w Szkocji?

Na brzmienie smutku w jego głosie coś ściska mnie za gardło. Obiecałam mu, że wybierzemy się tu razem, a tymczasem zostawiłam go i jeszcze zmusiłam do zajęcia się bałaganem, którego sama narobiłam…

– Tak, przyjechaliśmy w nocy. – Odchrząkuję cicho, by doprowadzić głos do porządku. – Wiesz może… – Urywam, bo szukam odpowiednich słów. – Wiesz, co z… z…

– Ojciec Darcy’ego jest w szpitalu, stan stabilny. Nie wiem na razie zbyt wiele, ale…

– Żyje? – wtrącam zdumiona.

Nic nie poradzę na to, że w moim głosie pobrzmiewa nadzieja. Byłam przekonana, że go zabiłam i że stał się kolejną osobą, którą doprowadziłam do śmierci.

Ale on żyje.

– Jest w śpiączce – dodaje Ryle, co nieco studzi mój entuzjazm. – Dowiem się więcej i postaram się jakoś z tobą skontaktować, ale Skye, nie powinniście wyjeżdżać do Szkocji.

– Wiem. Obiecałam, że przyjedziemy tu razem…

– Nie o to chodzi. Policja wszczęła śledztwo, bo w kącie na podłodze w holu znaleźli resztki roztrzaskanego telefonu. Należał do ciebie, prawda?

Moje serce staje.

– Tak, rozbiłam go, gdy Henry się włamał i Lilly… Tamtego dnia, kiedy Lilly umarła.

Ryle wypuszcza głośno powietrze. Mogę się założyć, że z frustracji właśnie przeczesuje sobie włosy.

– Miejmy nadzieję, że nie uda się im pobrać odcisków i połączyć ciebie z tym urządzeniem. W innej sytuacji łatwo byłoby zwalić to na fakt, że przecież tam mieszkałaś. Ale jeśli się dowiedzą, do kogo należał ten telefon, potraktują jego szczątki jako oznakę walki, a później do nich dotrze, że chwilę po tym zdarzeniu wyjechałaś z kraju razem z wnukiem swojej podopiecznej… To tylko moje domysły, jednak na pierwszy rzut oka to nie wygląda zbyt dobrze, Skye. Zanim znaleźli twoją komórkę, sądzili, że Henry po prostu się włamał i przewrócił, bo był pijany, ale teraz chcą to lepiej sprawdzić.

Moje palce zaciskają się mocniej na słuchawce.

– Dowiedzą się, że to ja.

– Albo Darcy. Albo uznają, że działaliście w zmowie. – Milknie i znowu ciężko wzdycha, po czym dodaje: – Mam kumpli w policji, będę śledził sprawę, ale nie kontaktuj się ze mną, dobrze? Sam wymyślę, jak przekazać ci następne wieści, lepiej, żeby nikt się nie dowiedział, że ze sobą rozmawiamy.

– J-jasne – odpowiadam drżącym ze stresu głosem. – Myślisz, że Darcy naprawdę może mieć przeze mnie kłopoty? – pytam niemal szeptem i zerkam na drzwi.

– Nie wiem, Skye. Ten wyjazd na pewno nie działa na waszą korzyść.

– Dziękuję, że mi… nam pomagasz. To wiele dla mnie znaczy.

– Nie dziękuj, bo oprócz ustalenia, co się dzieje, niewiele będę mógł zrobić.

Zapada między nami cisza, ale żadne z nas się nie rozłącza.

– Jak się czujesz? – pyta nagle ledwo słyszalnie.

– Normalnie – odpowiadam tylko i już chcę się z nim pożegnać, gdy mówi:

– Wiesz, że nie powinnaś się o to obwiniać, prawda? To on cię zaatakował. Broniłaś się. Nawet gdyby umarł, to…

– Muszę kończyć, przepraszam – wtrącam i nim zdąży coś odeprzeć, odkładam słuchawkę, a to przerywa połączenie.

Wstaję od biurka i wyciągam z torby kosmetyczkę. Nakładam makijaż zakrywający bliznę, a później przepakowuję najważniejsze rzeczy do torebki. Drzwi zamykają się na zatrzask, więc żeby je otworzyć z zewnątrz, będę potrzebować klucza, a z tego, co wiem, dostaliśmy do pokoju tylko jeden, który Darcy zostawił na biurku.

Przestępuję z nogi na nogę. Jeśli wróci, a mnie nie będzie, nie da rady wejść do środka… Mimo to biorę klucz z biurka i wychodzę. Idę na parter i zanim wyjdę z hotelu, daję jeszcze znać recepcjonistce, żeby wpuściła Darcy’ego do środka, bo prawdopodobnie się miniemy. Kobieta na szczęście nie ma z tym problemu. Co więcej – zdaje się już kojarzyć chłopaka jako „tego z tym słodkim golden retrieverem”. Wzdrygam się na jej świergocący ton, ale zdobywam się na uprzejmy uśmiech i proszę, by zamówiła mi taksówkę. W tym czasie odszukuję w portfelu kartkę z zapisanym adresem kawiarni w centrum Glasgow.

Chwilę później, w towarzystwie deszczu, jadę już ze starszym mężczyzną, który na szczęście nie kwapi się do rozmowy. Wlepiam tępy wzrok w mglisty widok za szybą, ale myślami jestem w tak odległym miejscu, że nawet nie rejestruję, jak dostajemy się z autostrady do ciasnego centrum miasta. Taksówkarz zatrzymuje się pod lokalem o nazwie Coffee Heaven, a ja płacę i umawiam się z nim, by przyjechał tu po mnie za około godzinę.

Kiedy kierowca odjeżdża, zostaję sama w całkiem obcym mieście, przed obcą kawiarnią kilka minut przed spotkaniem z obcym mężczyzną. Stres już całkiem przejmuje nade mną kontrolę – do tego stopnia, że lekko chwieję się na nogach, a moje plecy i ramiona przechodzi lodowaty dreszcz.

W końcu jednak się zmuszam, by wejść do środka, bo inaczej ulewa zaraz kompletnie rozpuści mój makijaż, a ostatnie, czego chcę, to mierzyć się z tym wszystkim z mocno widoczną blizną biegnącą przez pół twarzy.

Od razu odnajduję wzrokiem detektywa Holta. Nigdy co prawda go nie widziałam – jeśli nie liczyć miniaturowego zdjęcia przy jego adresie mailowym, bo większość dotychczasowych rozmów odbyliśmy właśnie w ten sposób – ale jest tu jedyną osobą w garniturze, podczas gdy pozostali wydają się studentami mniej więcej w moim wieku. W dodatku na stoliku, przy którym siedzi mężczyzna, są rozłożone teczki i dokumenty. Przy kasie zamawiam kawę, a potem podchodzę do detektywa i cicho chrząkam, zanim mówię:

– Dzień dobry, nazywam się Skye Murray.

Unosi na mnie wzrok i się uśmiecha, po czym wstaje, podaje mi rękę i odsuwa krzesło. Siadam naprzeciwko niego, a w tym samym momencie kelnerka przynosi moją kawę i kładzie ją wśród rozłożonych papierów.

– Miło mi panią wreszcie poznać, panno Murray. Może przejdziemy na ty? Możesz mówić do mnie Jon.

– Jasne – odpowiadam tylko, a mój głos nieprzyjemnie skrzeczy przy tym krótkim słowie.

– W takim razie do rzeczy – mówi i po upiciu łyku swojej kawy podaje mi teczkę z naklejoną kartką z moim nazwiskiem. – Tutaj znajdują się wszystkie informacje, które udało mi się do tej pory zebrać. Niestety nie jest tego zbyt wiele, ale ustaliłem parę ważnych faktów.

Otwieram teczkę i szybko przeglądam wszystkie dokumenty. Nie potrafię się jednak skupić na tym, na co patrzę. Na szczęście detektyw kontynuuje:

– Trudno było mi natrafić na cokolwiek związanego z twoją matką, co byłoby datowane na później niż kilkanaście lat temu, ale w końcu odkryłem dlaczego. Margaret nie nosi już nazwiska twojej babci, wyszła za mąż prawdopodobnie niedługo po tym, jak straciłaś z nią kontakt. Według moich ustaleń obecne nazwisko twojej matki brzmi: MacLaren. A to z kolei nasuwa wniosek, że jej małżonek jest rodowitym Szkotem…

– Zaraz… – wtrącam, zanim zdąży pociągnąć dalej swój wywód. – Moja mama ma męża? To pewne?

Mężczyzna przytakuje.

– W dokumentach znajdziesz kopię aktu małżeństwa. Jej mąż ma na imię Mark. Niewiele udało mi się o nim jednak dowiedzieć. Oprócz podstawowych danych ustaliłem jedynie, że posiada firmę w okolicach, z których pochodzi twoja rodzina.

– Czy znasz dane tej firmy?

– Niestety dokładny adres ani nazwa nie zostały nigdzie podane. Wiem jedynie, że jest to biznes zajmujący się zakwaterowaniem. Może to być pensjonat, Airbnb albo mieszkanie na wynajem… sporo tego typu rzeczy w tamtych okolicach.

Ramiona opadają mi z rozczarowania.

– Dziękuję – mówię mimo wszystko.

Uśmiecha się z lekkim smutkiem.

– Niestety nie mam ci nic więcej do przekazania, mimo że naprawdę bym chciał. Zalecałbym ci się udać do Kyle of Lochalsh i tam rozpocząć poszukiwania, popytać mieszkańców, pokazać im zdjęcie mamy. To mała społeczność, ludzie w takich miejscach znają siebie nawzajem. – Chrząka cicho, kiedy nie odpowiadam, i dodaje: – Jeśli takie będzie twoje życzenie, mogę zająć się tym sam w twoim imieniu.

Oraz za odpowiednią dopłatą, a obecnie muszę liczyć się z pieniędzmi… Mimo to dopytuję:

– Na razie dziękuję, ale czy jeśli znowu utknęłabym w martwym punkcie, mogę liczyć na twoją pomoc?

– Oczywiście. Masz do mnie kontakt, w każdej chwili możesz napisać lub zadzwonić. Postaram się coś zaradzić, jeśli przekażesz mi jakieś nowe wieści.

Rozmawiamy parę minut o tym, jakie informacje udało się nam do tej pory zgromadzić, by wszystko podsumować, a potem płacę detektywowi umówioną kwotę i w ramach małego napiwku kupuję mu kolejną kawę, tym razem na wynos.

Kiedy mężczyzna wychodzi, ja jeszcze przez chwile zostaje przy stoliku, aby dokończyć swój napój i przejrzeć dokumenty. Liczyłam, że może uda mu sie zdobyć jakieś aktualne zdjęcie mamy, ale nic z tego.

Dałabym wiele, by zobaczyć, jak teraz wygląda. Pamiętam jedynie jej złociste włosy, oczy wielkie i pełne ciekawości świata jak u dziecka i to, że często nosiła stroje w kwiatowe wzory…

Nagle mój wzrok pada na datę urodzenia zapisaną na kopii aktu małżeńskiego. Według tego zapisu mama ma teraz trzydzieści sześć lat, a to oznacza… To oznacza, że urodziła mnie, gdy miała zaledwie szesnaście.

Czy to możliwe? Jak mogłabym tego nie wiedzieć? Ojciec przecież jest dużo, dużo starszy… To w ogóle legalne?

– Czy mogę podać coś jeszcze? – słyszę nad sobą głos kelnerki, ale jestem w stanie jedynie pokręcić głową.

Drżącymi dłońmi zbieram dokumenty do teczki i wciskam ją pod pachę. Gdy wychodzę przed kawiarnię, deszcz pada jeszcze mocniej i powoli zaczyna się ściemniać. Ludzie chowają się w budynkach, by uciec przed ulewą, a ja stoję pod małym daszkiem z bólem głowy, który staje się coraz bardziej uciążliwy. Sięgam do torebki i z jednej z przegródek wyciągam tabletki przeciwbólowe. Wysypuję dwie na rękę i wrzucam je sobie do ust, a następnie przełykam i odkasłuję, bo niemal się nimi dławię. Zrywam się, gdy słyszę klakson, i dostrzegam, że po przeciwnej stronie ulicy zaparkowała moja taksówka. Rozglądam się w lewo i prawo, a potem biegnę w jej kierunku.

W drodze powrotnej opieram głowę o szybę i przymykam powieki w obawie, że pulsowanie w skroniach uaktywni moją chorobę lokomocyjną, przez co niemal zasypiam. Do rzeczywistości przywołuje mnie dopiero chrząkanie taksówkarza. Płacę mężczyźnie, a on bez słowa wręcza mi wizytówkę. W razie czego chowam ją do portfela.

Wychodzę na deszcz i dostrzegam na parkingu samochód Darcy’ego, którego nie było, gdy wychodziłam z hotelu. Szybkim krokiem ruszam do wejścia, mijam opuszczoną recepcję i wspinam się po schodach na drugie piętro. Zamiast użyć klucza do pokoju, pukam dwa razy w drzwi, a one niemal od razu się otwierają.

Darcy ma szeroko otwarte oczy, a jego włosy zdają się potargane.

– Gdzie ty, do cholery, byłaś, co? I dlaczego masz wyłączony telefon?

Ignoruję drugie pytanie i odpowiadam jedynie na to pierwsze:

– Widziałam się z detektywem.

Omijam chłopaka i witam się z Gravym, a Darcy zatrzaskuje za mną drzwi.

– Dlaczego nie powiedziałaś, jakie masz plany? Martwiłem się, że coś się stało albo że…

– To ty wyszedłeś bez słowa – wtrącam po odwróceniu się do niego. – Poza tym nie muszę ci się meldować.

– Musisz, bo jesteśmy tu razem, sami. Jesteśmy za siebie odpowie…

– Nie – wchodzę mu ponownie w słowo. Coś w moim wnętrzu pęka. – Nie jesteśmy za siebie odpowiedzialni. Jestem dorosła i planowałam ten wyjazd od dawna. Nie musiałeś tu ze mną przyjeżdżać, to była twoja decyzja. A to, że tu jesteś, nie uprawnia cię do kontrolowania mnie i odgrywania roli opiekuna.

Dlaczego te tabletki w ogóle nie działają? Słowo daję, że głowa zaraz mi eksploduje.

Darcy zbliża się ze zmrużonymi oczami.

– Nie, Skye, nie planowałaś przyjechać tutaj sama. Planowałaś przyjechać tu z pieprzonym Ryle’em Wellerem – krzyczy niemal.

– A co cię to w ogóle obchodzi, co? – odpieram i oplatam się ramionami. – Jeszcze niedawno miałeś mnie kompletnie gdzieś. Powinieneś wrócić do tego stanu i już dziś wyjechać do Anglii.

– Nie mogę tego zrobić – mówi.

Stoi teraz tak blisko, że czuję, jak jego gorący oddech owiewa moje zmarznięte policzki.

– A to niby dlaczego? – Karcę się w myślach za to, że mój głos lekko się załamał przy ostatniej sylabie.

Darcy uważnie skanuje mnie wzrokiem. Nie umiem odczytać jego emocji, ale kiedy wypowiada następne słowa, czuję mdłości.

– Przysiągłem babci, że nie pozwolę ci pojechać do Szkocji samej i że osobiście zadbam o twoje bezpieczeństwo. Nie zamierzam łamać danego jej słowa. I nieważne, jak bardzo będziesz chciała mnie odtrącić, tym razem ci się nie uda.

Tym razem… Bo już wcześniej tego dokonałam.

Coś ściska mi klatkę piersiową. Walczę z odruchem, który każe mi się złapać za to miejsce.

Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, jaka byłam naiwna. Do tej pory podświadomie cały czas sądziłam, że Darcy przyjechał do Szkocji, bo może wciąż coś do mnie czuje. Tymczasem on zrobił to ze względu na obietnicę złożoną Lilly.

Nie powinnam się dziwić, prawda? Dla nas już nie ma nadziei.

I sama o to zadbałam.

DARCY

Pięć dni później

– Jesteś pewna, że nie chcesz jechać ze mną? – pytam po raz trzeci.

Skye potakuje.

– Dokończę w tym czasie pakowanie. Nie musisz się spieszyć.

Wzdycham i kiwam głową, a potem biorę torbę, którą przygotowałem z samego rana, i wychodzę.

W ciągu ostatnich kilku dni Skye nie odchodziła od laptopa. Nie liczę jej spotkania z detektywem oraz dwóch wyjść do restauracji hotelowej, choć niemal musiałem ją do nich zmusić. Nie chciała nawet iść na spacer z Gravym, jakby bała się wystawić nogę poza swoją bezpieczną bańkę, którą stał się ten klaustrofobiczny pokój.

Chciałbym wiedzieć, co kłębiło się w myślach tej dziewczyny, gdy przesiadywała całe dnie na fotelu pod oknem, patrząc tępo przed siebie albo grzebiąc z frustracją w laptopie. Nie łudzę się jednak, że by mi o tym powiedziała, nawet gdybym miał odwagę zapytać.

Przez ostatnie dni zamieniliśmy raptem kilka słów. Nawet mi nie zdradziła, co przekazał jej detektyw, a jedynie dzień po ich spotkaniu oznajmiła, że wybiera się do jakiejś miejscowości o dziwnej nazwie leżącej na północy Szkocji. I tak, oczywiście planowała dotrzeć tam sama – pociągami, autobusami albo autostopem – co od razu wybiłem jej z głowy i zamiast tego oznajmiłem, że zamierzam tam z nią pojechać. Zaskoczyło mnie, że się ze mną nie kłóciła, ale jej obojętna reakcja wcale nie była pocieszająca. Zawsze kiedy gdzieś wychodzę, mam wrażenie, że po powrocie nie zastanę Skye w pokoju, a już zwłaszcza dziś, na kilka godzin przed wymeldowaniem się i wyruszeniem w dalszą trasę, nie mogę się wyzbyć tego dziwnego poczucia. Boję się, że ucieknie. Znowu. Mimo to idę na parking i ruszam do samochodu, a później podjeżdżam do najbliższego marketu. Według nawigacji w pobliżu chatki, do której się dzisiaj przenosimy, nie ma żadnego większego sklepu, więc żeby być pewnym, że niczego nam nie zabraknie, postanowiłem już teraz kupić najważniejsze rzeczy.

Kiedy zatrzymuję się na parkingu, dzwonię jeszcze do szefa i w końcu składam oficjalną rezygnację z pracy, by już dłużej z tym nie zwlekać. Nie mogę go trzymać w niepewności co do daty powrotu, bo po wszystkich zmianach pub radzi sobie tak dobrze jak nigdy. Aby to podtrzymać, Jax musi jak najszybciej zacząć rozglądać się za kimś na moje miejsce, bo sami nie dadzą sobie rady. Powinienem też pomyśleć, co z moim nowym mieszkaniem w Cambridge. Według umowy jestem zobowiązany poinformować agencję o tym, że nie będzie mnie w nim dłużej niż miesiąc… No i leki na bezsenność i koszmary. Muszę wymyślić, jak zdobyć receptę na większą dawkę, bo obecna już przestaje się sprawdzać. To z kolei wiąże się ze znalezieniem nowego lekarza i liczeniem na to, że będzie mógł przetransferować moją kartotekę z dotychczasowej przychodni – ostatnie, czego teraz chcę, to jeszcze raz przechodzić przez proces diagnozy zaburzeń snu.

Nie mam na to ani ochoty, ani siły. Potrzebuję po prostu silniejszych leków albo jakiegokolwiek innego sposobu, który magicznie sprawi, że przestanę każdej nocy śnić o tym, jak mój ojciec krzywdzi Skye. Po tym, jak ją zaatakował, moje miejsce w towarzyszących mi od lat nocnych horrorach zajęła właśnie ona, a leki nie potrafią zablokować tych przerażających obrazów. Wolałem, kiedy to ja występowałem jako ofiara. Oddałbym wiele, by wrócić do tamtej wersji, nawet jeśli tabletki już nigdy nie miałyby zadziałać.

Moja wyobraźnia za dobrze poradziła sobie z wykreowaniem Skye bezbronnej i przerażonej w rękach potwora, ale najgorszą torturą w tym wszystkim jest fakt, że mogę się jedynie przyglądać, jak ojciec robi jej to samo, co robił mnie. Może wszechświat, Bóg czy cokolwiek innego próbuje mnie ukarać za to, że nigdzie go nie zgłosiłem? Jaka jest szansa, że ten facet skrzywdził kogoś jeszcze? Może nawet inne dziecko? Jestem tchórzem i egoistą. Gdyby babcia znała całą prawdę, byłaby mną rozczarowana. A jeśli to ona z zaświatów zsyła mi te nowe koszmary? Możliwe, że na nie zasłużyłem.

Dzisiejszej nocy też miałem straszny sen. Urwał się w momencie, gdy błagająca o pomoc Skye została rzucona na łóżko. Pamiętam, że próbowałem krzyczeć, próbowałem się ruszyć i zrobić cokolwiek… I właśnie wtedy otworzyłem oczy. Nie jestem pewny, czy najpierw zostałem obudzony przez własny krzyk, czy przez dotyk ust Skye.

Pocałowała mnie.

Trzymany przez nocny terror musiałem pewnie wierzgać nogami i rękoma po łóżku, a ona pocałowała mnie, bym mógł się wyrwać ze snu. Kiedy się odsunęła, zobaczyłem zarys jej twarzy oraz błyszczące w ciemności oczy i wtedy coś się ze mną stało. Ująłem policzki dziewczyny w dłonie i przyciągnąłem ją z powrotem do siebie.

Gdyby Skye nagle nie wstała i nie wybiegła do łazienki, zrobilibyśmy to. Znowu wykorzystałbym ją w momencie słabości. Wykorzystałbym jej litość, strach, poczucie winy i żal, by zająć nią swoje pojebane myśli.

Do dziś nie mogę wybaczyć sobie naszego ostatniego seksu – na szybko, na poboczu, w samochodzie, kiedy w obojgu nas szalały emocje, w dodatku nie te, które powinny; nie te, które pamiętam z naszego pierwszego razu. Byliśmy źli, rozgoryczeni. Cierpieliśmy, a ja to wykorzystałem. To wtedy Skye postanowiła się jeszcze bardziej ode mnie odciąć. W pewien sposób może właśnie na to liczyłem, bo sam nie miałem odwagi jej ostatecznie odtrącić. A przecież musiałem, prawda? Pozwoliła, by babcia zrezygnowała z leczenia. Podpisała dokumenty, które skazały ją na śmierć. Musiała zniknąć z mojego życia. A kiedy tamtej nocy się ze mną żegnała, poczułem, że ona również tego chciała.

Pewnie to wtedy zdecydowała, że musi wyjechać. Może wróciła zapłakana do Ryle’a i mu się ze wszystkiego zwierzyła, a on, niczym cholerny rycerz na białym koniu, zaproponował jej towarzystwo w podróży.

Możliwe, że nie powinienem się mieszać. W końcu obiecałem babci, że nie pozwolę dziewczynie jechać do Szkocji samej, a przecież miała Ryle’a. Nie musiałem w to ingerować. Mogłem ją zostawić w jego ramionach i odejść. Pozwolić, by on rozkochał w sobie Skye i pomógł jej o mnie zapomnieć. Powinienem był to zrobić, a tymczasem tylko przeciągam nieuniknione.

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że kiedyś kompletnie ją stracę. Nawet jeśli udałoby mi się jej wybaczyć i nawet jeśli ona wybaczyłaby mnie, to znam tę dziewczynę na tyle, żeby wiedzieć, że prędzej czy później kolejne sekrety nas rozdzielą. Ona nadal ma ich wiele, wiem to. Po tych kilku miesiącach naszej znajomości perfekcyjnie umiem dostrzec, kiedy coś skrywa. Zdradza ją jedna rzecz – za każdym razem, gdy ma jakąś tajemnicę i zauważa, że ktoś zbliża się do odkrycia prawdy, ucieka: najpierw przed rozmową, patrzeniem w oczy i całym zewnętrznym światem, a potem pakuje swoją zniszczoną bordową torbę i znika bez pożegnania.

I właśnie dlatego część mnie jest przekonana, że nie zastanę Skye w hotelu, kiedy wrócę. Na samą myśl o jej ucieczce i o tym, że już nigdy więcej miałbym jej nie zobaczyć, czuję mdłości i strach. I nic nie umiem na to poradzić.

Nienawidzę tej dziewczyny. Nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę. Ostatnio powtarzam sobie to w głowie jak mantrę, licząc, że stanie się rzeczywistością.

Skye stała się moją zgubą… Ale dziś, kiedy przerwała koszmar, przypomniała mi, że stanowi dla mnie coś jeszcze – ta dziewczyna jest moim ocaleniem.

Tylko ona potrafi sprawić, że przeszłość nie ma znaczenia. Tylko ona potrafi odebrać koszmarom kontrolę, jaką nade mną sprawują. Tylko ona mi została. Jest na tym świecie jedyną osobą, na której mi zależy, dla której zrobiłbym wszystko.

Wyjdziemy z tego, postanawiam w myślach i zaskakuję tym samego siebie. Czas podobno leczy rany, ale nam wystarczy, żeby je jedynie trochę zasklepił.

Oboje potrafimy żyć z bliznami.ROZDZIAŁ 3

Skye

Nie wiem, co się wydarzyło, ale Darcy od powrotu wydaje się zdystansowany, nieobecny. Jemy kolację, słuchając opowieści Ryle’a o tym, jak musiał nagle wyhamować i szukać awaryjnego zjazdu, jak inni próbowali mu pomóc, ale nie potrafili i… szczerze mówiąc, niewiele pamiętam z jego historii. Nic nie poradzę na to, że wszystko, co dotyczy samochodów i jazdy nimi, po prostu mnie odrzuca i umysł sam się wyłącza, gdy ten temat jest poruszany.

Tak, to na pewno wina mojej traumy. Z pewnością nie ma to nic wspólnego z tym, że nie mogę przestać się zastanawiać, co spowodowało nagłą zachowawczość Darcy’ego.

Kończymy jeść, dlatego zbieram wszystkie naczynia. Darcy oferuje, że włoży je do zmywarki i posprząta kuchnię.

– Pokażesz mi mój pokój? – pyta Ryle, a ja niechętnie wreszcie odrywam wzrok od ponuro przygarbionych nad zlewem pleców.

– Jasne, chodź – mówię i prowadzę chłopaka na piętro, do sypialni po prawej. – Ten pokój niestety nie ma łazienki, więc musisz korzystać z tej na dole.

– Nie przeszkadza mi to. Powiedz mi, ile mam wam oddać za wynajem.

– Darcy za wszystko zapłacił – wyznaję speszona, bo gdy sama poruszyłam ten temat, nie pozwolił mi dołożyć nawet pensa, podobnie jak w przypadku hotelu. – Musisz ustalić to z nim.

Chłopak przytakuje, a potem wyciąga ręce, przyciąga mnie do siebie i mocno przytula.

– Tęskniłem za tobą, wiesz? – szepcze mi we włosy już któryś raz dzisiejszego wieczoru. – Przyzwyczaiłem się do tego, że jesteś obok. Przyzwyczaiłem się do ciebie w moim łóżku.

– Ryle… – zaczynam i zerkam w popłochu na drzwi. – Proszę, nie…

– Wiem, wiem. Nie chcesz, żeby Darcy o tym wiedział, domyśliłem się. Nie ma sprawy.

Przełykam ślinę i potakuję. Odsuwam się od niego tak, by spojrzeć mu w oczy.

– To nic nie znaczyło – przypominam jemu i sobie. – Wiesz o tym, prawda?

Kładzie dłoń na moim policzku.

– Nie martw się, mała. Potrzebowaliśmy tego i tyle.

Na znak zgody kiwam głową, choć robię to niechętnie. Czuję nawrót mdłości. Wtedy nie byliśmy razem z Darcym. Nigdy tak naprawdę nie określiliśmy tego, co nas łączy, ale przecież wiedziałam, że zranię go, jeśli dopuszczę do tego, by coś wydarzyło się między mną a Ryle’em…

Przespałam się z nim. Przespałam się z wrogiem mężczyzny, którego kocham, z kimś, kto ma jakieś niedokończone sprawy z moją najlepszą przyjaciółką, w dodatku wiedząc, że się we mnie zauroczył. Przed tą felerną nocą wszystko układało się dobrze. Nasza relacja przeszła z niezręcznej do czysto przyjacielskiej i wspierającej… Ale wystarczył jeden wieczór przy butelce alkoholu, bym straciła rozum i dała ponieść się chwili. Wykorzystałam fakt, że Ryle jest zawsze otwarty na wszystko, co jestem gotowa mu zaoferować. Przez alkohol nie pomyślałam o tym, co to będzie oznaczać dla naszej relacji, co to będzie oznaczać dla mnie i Darcy’ego oraz… Sophie.

Żołądek podchodzi mi do gardła jak za każdym razem, gdy o niej myślę. Urwałam z nią kontakt w dniu, w którym roztrzaskałam telefon, a później zabroniłam Ryle’owi odpisywać mojej przyjaciółce, kiedy ta zaczęła go o mnie wypytywać. Na początku brak komórki i to, że nie chciałam martwić Soph swoimi problemami, wydawało się dobrą wymówką, która skutecznie uspokajała moje sumienie. Z czasem jednak zauważyłam, że z premedytacją odkładam kupno telefonu i skontaktowanie się z przyjaciółką. Długo zajęło mi zrozumienie dlaczego.

Ja po prostu nie chcę jej dalej okłamywać. Sophie nie zasługuje na takie traktowanie, jakie zafundowałam Darcy’emu, ale przecież nie mogę wyznać dziewczynie całej prawdy o dzieciństwie, ojcu, wypadku, Ryle’u… Nie umiałabym się przyznać także do tego, że podpisałam wyrok śmierci na Lilly. Sophie zasługuje na lepszych ludzi wokół siebie. Nie zamierzam również na nią ściągać swojego mrocznego fatum.

Może nawet już nigdy się nie zobaczymy? Może zostanę w Szkocji na zawsze?

– Wszystko w porządku? O czym tak myślisz?

– Czy Sophie coś ostatnio do ciebie pisała?

Kręci głową i zabiera dłonie z moich ramion, jakby jemu nagle również zrobiło się głupio przez naszą bliskość.

– Nie odezwała się słowem, odkąd z miesiąc temu oznajmiła, że wróciła ze Stanów na studia i chciałaby się spotkać. Przy okazji zapytała też o ciebie.

– I nic jej o mnie nie powiedziałeś?

– Nic, tak jak prosiłaś. Dałem tylko znać, że wszystko z tobą w porządku, a potem przestałem jej odpisywać.

– Możesz dalej utrzymywać z nią kontakt, po prostu…

– Skye, jestem tu z tobą. Nie chcę teraz myśleć o Sophie.

Zamieram na chwilę, a gdy unoszę wzrok i widzę ciepło i nadzieję w jego oczach… ponownie robi mi się niedobrze.

– Pójdę już i dam ci odpocząć – mówię i się odwracam, ale wtedy Ryle łapie za moją rękę i zatrzymuje mnie w pół kroku.

– Powiedz, jeśli będziesz czegoś potrzebowała, dobrze? Rozmowy czy… – Urywa i krótko wzdycha. – Czegokolwiek.

Przełykam ślinę i jedyne, co jestem w stanie zrobić, to sztywno przytaknąć i wyjąć dłoń z jego uścisku.

Kiedy Ryle zamyka za mną drzwi, stoję jeszcze chwilę na korytarzu, by doprowadzić oddech do porządku. Zerkam na drzwi naprzeciwko, po czym wchodzę do pokoju. Zabieram z niego swoją torbę, a później zbiegam na parter. Darcy nadal stoi przy zlewie, więc po cichu podchodzę do kanapy, przetrzepuję leżącą na niej sporą poduchę i nakrywam siedzisko kocem, który znajduję w schowku obok. Już wcześniej się upewniłam, że sofa nie jest z tych rozkładanych, ale nie przeszkadza mi to. Spałam w dużo gorszych warunkach. Z torby wyciągam piżamę i szczoteczkę do zębów i jestem gotowa ruszyć do łazienki, gdy słyszę kroki za sobą.

– Co ty wyprawiasz?

Odwracam się i napotykam rozgniewaną twarz Darcy’ego.

– Są tylko dwie sypialnie. Będę spać na kanapie – tłumaczę.

– Nie.

– Nie? – powtarzam, unosząc brew.

– Będziesz spać ze mną, tak jak robiłaś to przez pozostałe kilka dni – oznajmia i zaczyna zbierać moje rzeczy.

Łapię go za przedramiona i powstrzymuję, gdy z moją torbą w ręku próbuje mnie wyminąć, żeby dotrzeć do schodów.

– W hotelu nie było kanapy. Poza tym dzielenie pokoju to nie jest dobry pomysł, zwłaszcza z Ryle’em na górze.

Między jego brwiami pojawia się zmarszczka.

– A co on ma do rzeczy?

Wzdycham. Muszę bardziej uważać na to, co mówię przy tych dwóch.

– Nie chcę stwarzać kolejnych powodów do spięć między wami – oznajmiam wreszcie, uznawszy, że w tym momencie jest to najbardziej dyplomatyczna wersja.

Darcy zrzuca moją torbę na podłogę i zbliża się do mnie tak, że teraz dzieli nas kilka cali. Po jego minie widzę, że nie odpuści tak łatwo.

– A dlaczego myślisz, że nasze spanie w jednym pokoju będzie powodem do spięć?

Spuszczam na chwilę wzrok i wbijam go w środek klatki piersiowej chłopaka.

– Nie jesteś w stanie mi przebaczyć – mówię, a potem odchrząkuję lekką chrypę, by mój głos zabrzmiał trochę pewniej. – Prawdopodobnie nigdy nie będziesz w stanie wybaczyć mi tego, co przed tobą ukrywałam, sam to powiedziałeś. Nie możemy więc bawić się w parę i mącić innym i sobie w głowach. Przydadzą nam się granice. Ja zdecydowanie ich potrzebuję, żeby nie zwariować od tej zabawy w ciepło-zimno. – Kiedy kończę, oddech mam przyspieszony, jakbym właśnie przebiegła co najmniej sto jardów.

Darcy uważnie bada moją twarz, aż w końcu ledwie dostrzegalnie przytakuje.

– Dobrze. Ale nie pozwolę ci spać na kanapie. Zajmij drugi pokój. Ja zejdę tutaj.

Zaprzeczam ruchem głowy.

– Ta kanapa jest dla ciebie za mała.

Zerka na mebel, a później wraca wzrokiem do mnie i przestępuje z nogi na nogę. Mogę wręcz zobaczyć kłębiące się w jego głowie myśli.

– Zostaję tutaj, a ty idziesz na górę – oznajmiam, nie zamierzam ustąpić.

Darcy w końcu zgadza się na mój pomysł i niezadowolony rusza na piętro, nawet się ze mną nie żegnając.

Biorę szybko prysznic i szykuję się do snu, a gdy zauważam, że Gravy postanowił olać swojego właściciela i spędzić noc u mojego boku, uśmiecham się pod nosem i kucam przy legowisku, by go pogłaskać. Wyłączam światło i kładę się pod kocem. Jestem zmęczona, powieki są ciężkie i niemal od razu opadają, a mimo to sen długo nie nadchodzi. W głowie wiruje mi tysiąc myśli naraz, a świadomość, że na piętrze śpią Darcy i Ryle, sprawia, że tym trudniej je uspokoić.

Co my wyprawiamy? Co ja wyprawiam?

Zbiegłam z miejsca zbrodni i pociągnęłam za sobą Darcy’ego, który mnie nienawidzi i jeszcze nawet nie przeżył żałoby po babci. Ryle rzucił pracę i wyruszył za nami bez żadnego planu, a wcześniej manipulował śledztwem, by mnie ochronić. Teraz z kolei wszyscy bawimy się w dom w jakiejś wiosce w szkockich górach.

Kanapa, na której przyszło mi spać, jest niemiłosiernie niewygodna. Wiercę się, przewracam z jednego boku na drugi, aż wreszcie otwieram oczy i wstaję. Idę po wodę do kuchni i wtedy słyszę krzyk, a za chwilę następny.

Zrywam się do biegu, a zaalarmowany Gravy rusza za mną. Nie pukam do sypialni Darcy’ego, po prostu wchodzę do środka i… nie widzę go. Łóżko jest zaścielone i wygląda, jakby nikt w nim nie spał. Dopiero po kilku sekundach dociera do mnie, że chłopak zwinął się w kłębek na fotelu przy niewielkim biurku w kącie pokoju. Szamocze się pod kocem przysuniętym pod samą szyję. Mięśnie jego twarzy drżą od niekontrolowanych spazmów, a czoło błyszczy od potu. Podchodzę do niego, włączam małą lampkę na biurku i kucam, a Gravy wspiera się dwiema łapami o ramię fotela i zaczyna lizać swojego pana po twarzy.

– Darcy, to tylko sen – szepczę. – Proszę, obudź się.

Powtarzam to kilka razy, ale on ciągle pozostaje uwięziony we własnym umyśle. Podobnie było poprzedniej nocy i nadal nie mogę uwierzyć, że postanowiłam go wtedy pocałować. Nie mogę uwierzyć, że to zadziałało… Przełykam ślinę i w panice myślę, co zrobić, próbując jednocześnie odwieść się od niedorzecznego pomysłu, który jedynie więcej by między nami namieszał. Na szczęście ciało w końcu powoli mu się rozluźnia. Niedługo potem powieki Darcy’ego się uchylają i ukazują złociste, wystraszone oczy. Uśmiecham się do niego i kładę czoło na jego kolanach, wzdychając, gdy wypełnia mnie ulga. Już parę razy byłam przy Darcym, kiedy miał koszmary, ale te ostatnie… Coś się musiało zmienić.

Zdezorientowany chłopak rozgląda się dookoła, a ja ściskam mu kolano.

– Jesteśmy w chatce, w Szkocji, wszystko jest w porządku, jesteś bezpieczny – mówię.

Darcy podnosi się ostrożnie, opiera łokcie na udach, po czym chowa głowę w dłoniach. Wstaję i robię krok do tyłu, by dać mu trochę przestrzeni, a wtedy mój wzrok pada na szafkę obok łóżka, na której stoi niemal puste opakowanie po tabletkach. Marszczę brwi.

– Kończą ci się leki? – pytam.

Unosi na mnie spojrzenie i przytakuje.

– Muszę wymyślić, skąd wziąć nowe i silniejsze, bo te powoli przestają działać – wyznaje i chrząka, by pozbyć się chrypy. – Póki tego nie zrobię, będę cię pewnie budził. Sorry.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij