Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Moje pierwsze samobójstwo - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 stycznia 2006
20,90 zł
2090 pkt
punktów Virtualo

Moje pierwsze samobójstwo - ebook

Pilch w swojej najlepszej postaci. Ironia i humor, anegdota i gawęda, a przy tym pod potoczystą fraza ukryte błyskotliwe obserwacje dotyczące naszego "rozpięcia" między cielesną realnością a metafizyką ukrytą w zwyczajnym świecie. Zbiór 10 opowiadań, w których każ dy z wielbicieli Autora znajdzie swoje ulubione perełki jego prozy - miejsca, bohaterów, wydarzenia....

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-247-1937-2
Rozmiar pliku: 698 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Jak przychodzi wielka miłość, to człowiekowi zawsze się zdaje, że pokochał najpiękniejszą kobietę świata. Ale jak człowiek faktycznie pokochał najpiękniejszą kobietę świata – może mieć kłopoty.

Jeśli nie była Najpiękniejszą Kobietą Świata w sensie ścisłym, to należała do pierwszej dziesiątki najpiękniejszych kobiet świata, a jak nie do dziesiątki, to do setki – szczegóły bez znaczenia; była olśniewająca w sensie planetarnym.

Zobaczyłem ją i popełniłem błąd frajerski – zamiast poprzestać na podziwie – postanowiłem ją zdobyć.

Zobaczyłem ją na pewnym bankiecie, to znaczy, po raz pierwszy i na żywo zobaczyłem ją na pewnym bankiecie; wcześniej setki razy widywałem jej podobiznę na rozmaitych fotografiach, reklamach, plakatach i billboardach. Jej słynne oblicze zdeprawowanej madonny, które tak ekscytowało fotografów, operatorów i reżyserów, było powszechnie znane. Bankiet odbywał się w ogrodach zachodniej ambasady. Był to bardzo doniosły, bardzo rytualny i bardzo doroczny bankiet. Na towarzyskiej giełdzie zaproszenie na ten bankiet uchodziło za nadzwyczaj wartościowy papier.

Wyjątkowość bankietu szło też poznać po tym, że w ogrodach ambasady, oprócz wirtuozersko władających sztuką bankietowania bywalców, błąkali się zagubieni intelektualiści, którzy na żadnych bankietach nie bywali, ale mieli w dorobku prace poświęcone kulturze zachodniego kraju, którego ambasador wydawał bankiet. Wyróżniali się archaicznymi garniturami, nieumiarkowanym łakomstwem i wielkim entuzjazmem. Gdy zblazowani bywalcy wyznawali im, że nienawidzą bankietów – starali się ich jakoś pocieszyć i zachęcali do jedzenia, picia i zabawy. Zblazowani bywalcy, którzy na wszystkich bankietach truli posępnie, iż nienawidzą bankietów, i znajdowali dla swych wyznań równie posępny posłuch wśród innych zblazowanych bywalców bankietów, również nienawidzących bankietów – w osłupieniu spoglądali na krzepkich, uśmiechniętych i rozpalonych szampanem staruszków, którzy nieoczekiwanie, żelaznym chwytem łapali ich za łokieć, wiedli ku zastawionym stołom i rozglądając się, z tryumfem wykrzykiwali:

– Ależ skąd ten smutek, młody człowieku! Należy dostrzegać słoneczne strony życia! Dziś zwłaszcza! Tu zwłaszcza! Cóż za wspaniałe przyjęcie! Proszę koniecznie coś zjeść! Proszę! Pyszna rybka! Pyszna wędlinka! Pyszna sałatka! – i wtykali w zblazowane ręce talerz, i nakładali kopiaste porcje, i podtykali je pod zblazowane oblicza. – Proszę koniecznie coś zjeść! A potem napitki czekają! Trunki przednie! Proszę się raczyć! – i zagubieni, a w istocie czujący się w ogrodach ambasady jak ryby w wodzie, intelektualiści mrugali łobuzersko i swawolnie nurkowali w falujący tłum.

Był parny, lipcowy dzień. Od zachodu sunęły na Warszawę chmury ciemne jak ołów i lekkie jak elektryczność. Najpiękniejsza Kobieta Świata przez dobre dwie godziny nie ruszała się z miejsca. Krążyłem wokół.

Z początku nie zauważałem, że krążę; ze szklanką wody niegazowanej łaziłem – jak mi się zdawało – po ogrodach ambasady, bez celu. Do nikogo specjalnie się nie garnąłem. Do mnie też nikt. Odruchowo starałem się unikać czatujących na ofiarę nudziarzy. Po kolejnym bankiecie taka umiejętność sama wchodzi człowiekowi w krew. Czatujący na ofiarę nudziarze są jak strzelcy wyborowi na wojnie – sieją śmierć. Jakoś mi się udawało. Jeden wprawdzie nudziarz, w cywilu bezbarwny felietonista o zacięciu niepodległościowym, zdołał mnie namierzyć, zbliżył się, zaczął ględzić, tysięczny raz opowiadał, jak został pojmany w stanie wojennym; już myślałem, że polegnę, ale z bliska wyszło, że napastnik, pomimo wczesnej pory, jest już wyraźnie trafiony – zgubiłem go bez trudu. Sam oczywiście nie piłem ani kropli – w głębi duszy nie wykluczałem wprawdzie, że jeszcze tego wieczoru, zamknąwszy się szczelnie i samotnie w domu, odbezpieczę flaszkę, ale tu – nie było mowy.

Kiedy trzeci raz mijałem Najpiękniejszą Kobietę Świata, zrozumiałem, że krążę, i to krążę po coraz ciaśniejszych orbitach. Stała w pobliżu jednego z licznie na trawnikach rozstawionych wiklinowych foteli. Paliła papierosy, co było wśród histerycznie zatroskanych swym zdrowiem gwiazd rzadkością; stała i nie ruszała się z miejsca. Raz po raz pojawiał się koło niej jakiś stremowany i napięty jak struna bywalec, ale wszyscy oni wiotczeli i odpadali prędko.

Robiłem coraz mniejsze okrążenia. Już dobrze widziałem jej nogi, które przemierzały najbardziej prestiżowe wybiegi świata; jej ramiona, które sezon w sezon spowijały najdroższe kreacje Diora, Versacego, Lagerfelda i Montany; jej włosy pachnące najdroższymi szamponami globu; jej dekolt śmiało pokazujący profil słynnego biustu, który na krótko oświetlały reflektory hollywoodzkich wytwórni filmowych. Na krótko, bo wielkiej kariery jako aktorka nie zrobiła. To znaczy, owszem, piętnaście lat temu zagrała niewielką rólkę stewardesy, podającej drinka Harrisonowi Fordowi, co i tak było marzeniem ściętej głowy większości zawodowych aktorek europejskich, ale po tym epizodzie kolejne propozycje z przysłowiowego worka się nie posypały. Ma się rozumieć: w niczym jej to – przynajmniej w moich oczach – nie umniejszało. Przeciwnie. Była w tym logika. Jej niesamowite piękno rozstrzygało o jej losie. Nic poza tym nie wchodziło w grę. Mówiąc na odwrót, czyli wprost: we wszystkim, za co – poza własnym pięknem – próbowała się brać, była raczej drewnem. A brała się, niestety, za rozmaite rzeczy. Nagrała płytę z własnymi piosenkami – głównym ich walorem była prawie całkowita bezszmerowość. Wydała tomik wierszy – katastrofa rzadka, bo krwawa i zarazem pozbawiona wyrazu. Malowała i urządziła wystawę swoich prac – o Chrystusie Panie! Szczerze mówiąc, nawet jej sekundowa kreacja aktorska u boku Harrisona Forda była – zwłaszcza jak na ułamkowy czas – bezbrzeżna. Pociecha, że u boku takiego wirtuoza każdy – a specjalnie początkujący artysta – wypada blado, była marna.

Ale jej klęski nie miały znaczenia wobec jej piękna. Bo jakież miało znaczenie, że była żadną piosenkarką, nędzną poetką i mizerną malarką, kiedy w zetknięciu z nią najwięksi śpiewacy tracili głos, najwybitniejsi poeci nie wiedzieli, co powiedzieć, a najoryginalniejsi malarze sikali w portki z wrażenia?

Byłem już blisko tego piękna. Byłem blisko i nie byłem napięty jak struna – trząsłem się jak galareta.

– Cieszę się, że panią widzę żywą – wydusiłem z siebie absurdalną krzywiznę. Chciałem oczywiście powiedzieć: „Cieszę się, że widzę panią na żywo”, co miało być rytualną i bezpieczną frazą wielbiciela, który zna swoją idolkę z kina, z telewizora oraz z tysięcy fotografii i obecnie wyraża ekstazę, iż widzi ją w rzeczywistości. Zamiast tego wyszła mi z nerwów jakaś, bo ja wiem, powypadkowa albo pozawałowa kwestia. „Cieszę się, że panią widzę żywą” brzmiało przecież, jakby ona dopiero co umknęła z jakichś śmiertelnych zagrożeń, a o niczym takim nie było wiadomo. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Spojrzała na mnie i roześmiała się nieoczekiwanie głośno. Najwyraźniej, że użyję polszczyzny literackiej: mój niefortunny lapsus ją rozbawił.

– Też się cieszę, że widzę pana żywego – powiedziała z lekkością, a mnie natychmiast ta lekkość legła na mózgu jak ołów.

Przecież niemożliwe, zacząłem gorączkowo kombinować, żeby ona wiedziała, że ja dwa tygodnie temu zdychałem w sensie ścisłym. Skąd by to miała wiedzieć? Zamknąłem się w domu, zasłoniłem żaluzje, wyłączyłem telefony, z nikim nie gadałem, nigdzie nie wychodziłem, tyle, co do całodobowych delikatesów William... Jak do sklepu się czołgałem, to ktoś mnie przyuważył i natychmiast na miasto wieść poszła? To było możliwe. Starałem się, jak umiałem, ale zawsze w końcu trzeba było wyjść do sklepu... Tak, ktoś mnie widział, jak do całodobowych delikatesów William się czołgałem; innej możliwości nie było.

To znaczy była możliwość, że ona bez ubocznej myśli odpowiedziała, że odpowiedziała mechanicznie, że dla wzmożenia dowcipu jak echo moje niezręczne zagajenie powtórzyła. Taka możliwość istniała, a nawet była wysoce prawdopodobna, ale żeby ją ze spokojem przyjąć, musiałem otrząsnąć się z urazu. Na tym punkcie miałem gigantyczny uraz. Ile razy ktoś się mnie z całą neutralnością pytał: Jak zdrowie? Jak się czujesz? Jak żyjesz? Wszystko w porządku? Ile razy takie esemesy dostawałem, ile razy takie pytania w słuchawce albo wprost zadane słyszałem – tyle razy nie byłem w stanie po ludzku i z bagatelnością odpowiedzieć, ale zawsze kurczyłem się ze strachu i zawsze, zanim odpowiedziałem, uginałem się pod tonowym pytaniem: Skąd on wie? Skąd ten wszarz wie, że ja znowu sięgam? I teraz to samo, a nawet jeszcze gorzej, bo przecież w stwierdzeniu: „Cieszę się, że widzę pana żywego”, jest nie domysł, ale pewność mojego upadku. Trudno – pomyślałem – w sumie nawet lepiej, że ona wie o moich przypadłościach. Przynajmniej nie będzie przykrego zaskoczenia, jak zaraz po ślubie pójdę w długą.

– Faktycznie, ledwo żyję – powiedziałem ostrożnie. – Szczerze mówiąc, całkowicie wykończony jestem.

– To niedobrze – odparła z niezmiernie subtelną macierzyńską intonacją – niedobrze. A nawet źle. Bardzo źle.

– Miałem nauczyciela rosyjskiego, który tak samo mówił. Identycznie.

– Proszę? – nie, żeby momentalnie się usztywniła, ale niewątpliwie spłoszyła się i była na drodze do całkowitego usztywnienia. W sumie nic dziwnego. Od kilkunastu lat w polskich szkołach nie było już nauczycieli rosyjskiego, dalej jednak przywołanie nawet widma nauczyciela języka rosyjskiego budziło kłopotliwe skojarzenia. Widocznie Najpiękniejsza Kobieta Świata była, jak wielu Polaków, boleśnie uwrażliwiona na Moskwę. Najpewniej wyniosła to z domu.

– Miałem nauczyciela rusycystę – celem ukojenia jej traumy zacząłem opowiadać gorączkowo i w pośpiechu – fantastyczny to facet był, bardzo go lubiliśmy. Też przez to, że był nie tylko inteligentny, ale i wyrozumiały. Nie przesadzał w egzekwowaniu wiedzy. Nie, żeby pozwalał łazić sobie po głowie, ale – mimo wszystko – na bardzo wiele pozwalał. Co pewien czas, mniej więcej raz na dwa miesiące, ogarniał go jednak szał niezmiernej surowości. Wkraczał do klasy z niezmiernie surową miną, z niezmierną surowością wywoływał do tablicy i niezmiernie surowo, i w całkowitym milczeniu, wysłuchiwał odpowiedzi. Nie przerywał, nie poprawiał, nie odzywał się. Słuchał wijącego się jak piskorz delikwenta bez słowa, a gdy tamten wreszcie skończył, mówił: Bardzo źle.

Śmiała się, śmiała się cały czas, jak opowiadałem, śmiała się i to było dobre, ale też trochę drażniące, bo jak przyszła pointa, ona dalej śmiała się tak samo i na dobrą sprawę nie było wiadomo, czy w ogóle końcówkę historii zauważyła i doceniła. Nie drążyłem tego jednak. Dalekie, jeszcze żółte i niespieszne nitki błyskawic przecinały ciemny horyzont. Trzy, a może cztery burze szły na miasto.

– Bardzo dobrze – powiedziała (a jednak zauważyła i doceniła) – bardzo dobrze. U mnie ma pan z odpowiedzi wysoką notę. Ale bardzo źle, że pan ledwo żyje. To jest bardzo źle, i to trzeba zmienić.

– Co trzeba zmienić?

– Życie. Życie trzeba zmienić.

– Wie pani, życie trudno zmienić. Życie raczej się nie zmienia. Chyba, że na gorsze. A od pewnego momentu, wyłącznie na gorsze.

Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wzmocnić tonacji pesymistycznej, a nawet, czy pedału pesymizmu nie docisnąć do dechy, ale odpuściłem. Pesymizm i gorycz to był równie pewny, co standardowy sposób wzniecania w kobietach pocieszycielskich odruchów; jej wszechogarniające piękno przestrzegało jednak przed graniem na pamięć.

– Jak mi pan jeszcze powie, że nie ma pan dla kogo zmienić swojego życia na lepsze, i jak mi pan wymownie przy tym zajrzy w oczy, to sytuacja będzie wprawdzie jasna, ale zakończona.

Trudną, bardzo trudną – dla frajera wręcz niemożliwą do przyjęcia piłkę posłała w moim kierunku – ale o ile w przyjmowaniu słabych piłek jestem z nudów kiepski, o tyle trudne piłki mnie uskrzydlają i wspinam się na wyżyny.

– Oczywiście, że nie mam dla kogo zmieniać mojego życia na lepsze. Tyle że to akurat wisi mi głęboko. Niech mnie pan Bóg broni, żebym ja miał i samo moje życie, i cokolwiek w moim życiu dla kogoś zmieniać. Za bardzo jestem sam do siebie i do własnej samotności przyzwyczajony, i za bardzo to cenię, żeby zmieniać. Jak mi pani powie, że gdy pojawi się w moim życiu prawdziwa miłość, to ja na pewno będę z zapałem zmieniał moje życie na lepsze; jak mi pani tak powie i zajrzy przy tym znacząco w oczy, to sytuacja też będzie jasna, i też zakończona.

Wiedziałem, że nie jest w stanie z taką rotacją puszczonej riposty dobrze odebrać, ale też nie przewidziałem, że pójdzie na unik.

– Sytuacja jest jasna – powiedziała z irytującą nieomylnością. Sytuacja jest jasna. Pan nie ma pojęcia o życiu. Pan nie wie, co to jest życie.

– A co to jest? – pozorowałem irytację, a nawet furię w głosie; nie było już odwrotu, gra szła ostro. Jak uzna mnie za wariata – przegrałem. Jak w przypływie próżności poczuje dumę, że udało jej się wyprowadzić mnie z równowagi – wygrałem. – A co to jest, najmocniej przepraszam, życie? Proszę mnie łaskawie oświecić, bo faktycznie nie wiem.

– Oczywiście, że pan nie wie. Niby znawca dusz, literat, teoretyk wszystkiego, a zielonego pojęcia nie ma.

Poległem, w tym momencie poległem definitywnie i – powiedziałbym – dalekosiężnie. Poległem, ponieważ z frajerską pychą uznałem, że wygraną mam w kieszeni. Jak kobieta przystępuje do pozornie ostrej, a w istocie czułej ofensywy, wygraną przeważnie miewa się w kieszeni.

– Ależ oczywiście, że nie mam o niczym zielonego pojęcia. A już o życiu ani zielonego, ani bladego. Co to jest życie? Nie wiem. Ze śmiertelną powagą mówię: nie wiem.

– O, Boże, człowieku, nie załamuj mnie. Nie widzisz, że jestem pełna najlepszej woli, a nawet ochoty? Tego też, głupku, nie widzisz? Co to jest życie? Który ty jesteś rocznik?

– Pięćdziesiąty trzeci – odparłem machinalnie i nie bez niesmaku; w końcu na okładkach moich książek data urodzenia przeważnie stała jak wół, a ta się dopytuje. Ani jednej nie miała w ręku? Czy jak? Przez chwilę zawahałem się nawet, czy nie unieść się honorem i nie zrezygnować, ale po krótkim namyśle doszedłem do wniosku, że jak akcja się powiedzie, to za nieznajomość mojego dorobku będę ją karał napadami ekscentrycznej brutalności w łóżku.

– Bardzo ładnie. Pięćdziesiąty trzeci rocznik i o sens życia się dopytuje. Nikt cię do tej pory nie poinformował, biedaku jeden, na czym sens życia polega? Naprawdę nikt?

– Nikt. I czuję, że jak pani... Jak ty mi nie powiesz, to nie dowiem się nigdy i w nieświadomości umrę.

– Słuchaj, życie polega na znalezieniu odpowiedniej proporcji pomiędzy pracą a wypoczynkiem. Rozumiesz? Rozumiesz, czy za trudne to jest?

– Jak idzie o pracę, to mniej więcej wiem, na czym to polega... A jak idzie o wypoczynek...

Musiało zdradzić mnie spojrzenie, musiałem przez moment spojrzeć na nią ze zbyt ostentacyjną łapczywością, bo pokręciła z politowaniem głową.

– Wybacz, ale to jest zbyt jednostronna, za bardzo wyczerpująca i w sumie żenująca koncepcja wypoczynku. A co do pracy – przybrała po sekundzie złowieszczej ciszy ton pojednawczy, a nawet bardzo pojednawczy – a co do _pracy_, to nad czym, że pozwolę sobie na banalne pytanie urzeczonej czytelniczki, mistrz obecnie pracuje?

– Bóg zapłać za urzeczenie. Przyjaznej ściemie żaden literat się nie oprze. Zwłaszcza w takim... zwłaszcza w twoim wykonaniu. Opowiadania teraz układam. Zbiór opowieści z innej parafii.

– Powieść mniej niż powieść, a tom opowiadań więcej niż tom opowiadań? – wypaliła znienacka.

Co ty rzęzisz – pomyślałem w pierwszej chwili – co ty, cudowna ruro, rzęzisz? Pierwsza chwila jednak minęła; po niej druga, trzecia, a może nawet czwarta i w kolejnej, nie wiem której z rzędu, z wolna, bardzo z wolna – _langsam und trübe_ – jęło do mnie docierać, że kto wie... Kto wie, jak dalekosiężny trafił się tej ślepej kurce – sekret warsztatowy.

Kiedy teraz odtwarzam i zapisuję naszą pierwszą rozmowę, z całą dobitnością rozumiem, że literatura nigdy nie nadąży za życiem. Nawet wiernie, słowo w słowo zapisana wymiana zdań, niczego nie mówi o istocie rzeczy. W tym wypadku istotą rzeczy było moje potworne osłupienie, że Najpiękniejsza Kobieta Świata w ogóle ze mną gada. To po pierwsze. A po drugie, byłem w osłupieniu, że ja sam gadam. W końcu nie takie jak ja orły przy niej padały niemo. A tu szła rozmowa: ona mówiła do mnie, ja do niej mówiłem; mało tego, ona sprawiała wrażenie, że pilnie słucha, co ja do niej mówię; potem odpowiadała, potem ja odpowiadałem, potem ona, potem ja... Pozornie wszystko się jak najnormalniej obracało! Pozornie. Bardzo pozornie. Bo w gruncie rzeczy rozmowa była bardzo pozorna i bardzo fragmentaryczna i ja – bardzo iluzyjny i bardzo częściowy – brałem w niej udział. Co słowo padło, to ja w panikę, że słowo pada. Już jak się do niej zbliżałem, to byłem w panice, w zdumieniu i strachu, że się zbliżam. O, k.... zbliżam się! O, k.... jestem blisko! O, k.... odezwałem się! O, k.... popatrzyła na mnie! O, k.... widzi mnie! O, k.... mówi do mnie! Takie okrzyki cały czas wznosiłem w duchu i one dominowały. One były istotą rzeczy. W nich też tkwiła zapowiedź tragedii. Zamiast skupić się na akcji, byłem w permanentnym tryumfie, że w ogóle jest jakaś akcja. To mnie miało zgubić.

Trzy z czterech burz runęły na ogród; od błyskawic zrobiło się biało jak w zimie, od grzmotów głucho jak w niemym filmie. Rozcieńczone strugami wody sałatki jęły występować z półmisków; wędliny, sery, owoce wartkim strumieniem płynęły wzdłuż obrusów; przemoknięci do szpiku kości kelnerzy próbowali ratować co się da; trawnik w okamgnieniu zamienił się w grzęzawisko; armia zdziesiątkowanych przez wichurę bankietowiczów próbowała zdobyć szturmem budynek ambasady – szerzył się chaos.

Najpiękniejsza Kobieta Świata zniknęła pomiędzy dwoma moimi spojrzeniami. Gdy niebiosa raptownie pociemniały i lunęło jak z cebra, uniosłem twarz ku górze; potem z instynktowną myślą, że trzeba Wenus z III RP jakoś osłonić: może zdjąć marynarkę i narzucić jej na ramiona; jakimś cudem zdobyć skądś parasol, wyczarować pelerynę z chusteczki do nosa (sekundę to trwało, moje opiekuńcze wizje nie zdążyły się nawet skonkretyzować), na powrót spojrzałem w jej kierunku, a jej już nie było. Wyglądało, jakby huragan zmiótł ją w sensie ścisłym. Chyba nawet odruchowo popatrzyłem w kierunku rozchybotanych koron drzew, ale to był dziecinny odruch.

Poza wszystkim, owszem: była Najpiękniejszą Kobietą Świata; należała do pierwszej dziesiątki albo do pierwszej setki najpiękniejszych kobiet świata, ale wiotką i eteryczną pięknością to ona nie była. Kawał baby, szczerze mówiąc: 184 centymetry wzrostu, chwalebny – żadnym lżejszym od powietrza pierwiastkiem nienapompowany – biust, masywne udo i zapaśniczy szkielet. Jeszcze parę lat temu na tym szkielecie piętrzyło się wszelakie dobro. Historia jej perfekcyjnie opracowanej autorskiej diety i wstrząsająco skutecznego odchudzania była wśród narodu równie znana jak historia zmartwychwstania Pana Jezusa, a może nawet lepiej. Teraz oczywiście była szczupła i smukła jak topola, ale jednak bez szans, że wiatr ją na wysokość rosnących przy parkanie prawdziwych topoli, jak piórko, uniesie.

Szukałem jej jak szaleniec, przeszedłem wszystkie pomieszczenia ambasady od piwnic po strych. Postawiłem na nogi całą ochronę; szli za mną, ale szli w odległości; blady podobno byłem jak trup, wzrok błędny, włos zmierzwiony. Z butów i portek lała się woda, bo raz po raz do ogrodu leciałem, do tamtego miejsca, gdzie ona przez dwie godziny przy wiklinowym fotelu nieruchomo stała. Ciągle miałem złudne porywy, że stoi tam dalej, i jak głupi, raz po raz, tam biegłem. Ochroniarze za mną, ale jak mówię, w odległości, bo w słusznym przekonaniu, że nie z wyrachowanym terrorystą, a z nieobliczalnym wariatem mają do czynienia.

Raz po raz też ktoś pytał, kogo szukam – nie odpowiadałem, nie mówiłem, w ogóle się nie odzywałem. Jak się przyznać do tak nieskończonego frajerstwa? Co miałem powiedzieć, że szukam Najpiękniejszej Kobiety Świata? Jakbyście panicznie zaglądali do rozmaitych pomieszczeń w poszukiwaniu, dajmy na to, Sharon Stone i ktoś by was zapytał, kogo szukacie? To co byście odpowiedzieli? Sharon szukam, bo gdzieś ją wcięło? Wykluczony dialog! Poza kategoriami sytuacja! Nie wolno pytać o piękne kobiety: plugawe intencje, nawet jak was nie zdradzą – zostaną wam przypisane. Nawet jakbyście byli nie wiem jak sławnymi ascetami. Ja nie byłem. Byłem natomiast w niebywałej desperacji, a okoliczności zdawały się – mimo wszystko – sprzyjać.

Z powodu gremialnej i gwałtownej ewakuacji bankietu z zatopionego ulewą i zbombardowanego piorunami ogrodu pod dach, atmosfera stawała się – jak to na przez lud objętych nagle we władanie salonach – coraz swobodniejsza. Pod pozorem picia na rozgrzewkę olewano eksterytorialność ambasady i pito tak, jak się na całym naszym terytorium pije: jedna flaszka na jeden łeb. Toteż nie dziwota, że rychło prawie wszyscy byli w takim stanie, w jakim bezbarwny felietonista o zacięciu niepodległościowym był od początku. Nie przepadałem za nim, ale nie mogłem z uznaniem o jego rabunkowym chlaniu nie pomyśleć. Jak człowiek ma być trafiony na końcu, to lepiej, żeby był trafiony szczodrzej. Od biedy więc, bardzo od biedy, mogłem szyć grubymi nićmi, mogłem próbować – trafionego udając – kogoś równie (tyle że naprawdę) trafionego, niby dla jaj – o namiary Najpiękniejszej Kobiety Świata zapytać.

Ale z kolei za dobrze nie znałem towarzystwa. To znaczy mniej więcej wiedziałem, kto może mieć jej komórkę. Było jasne, że ten tu mieszkający w Nowym Jorku projektant najprawdopodobniej ma, a ten tu były minister najpewniej nie ma; że sławny rysownik raczej ma, a prawicowy publicysta raczej nie ma; że znany z podbojów reżyser może mieć, a szczycący się monogamią kompozytor nie; że skandalizująca malarka prawie na pewno tak, a profesor filozofii z Oksfordu prawie na pewno nie Tyle wiedziałem, ale nie wiedziałem, jaka w danym wypadku będzie na moją prośbę reakcja. Wahałem się dobrą chwilę, rozglądałem uważnie, gorączkowo próbowałem wytypować jakąś przyjazną duszę, ale w końcu obawa, że ktoś, kogo zapytam, nie sprosta dyskrecji, może nawet po gorzale i dla facecji narobi rabanu na całą ambasadę – przeważyła.

Na pożegnanie zapuściłem się jeszcze do prywatnych apartamentów ambasadorostwa. Działałem już na zimno i jakby dla rozrywki; wiedziałem, że jej tam nie znajdę, ale nagle władza, jaką dalej miałem nad ochroniarzami, zaczęła mnie podniecać. Spokojnie, a nawet flegmatycznie, przemierzyłem osobiste gabinety, garderoby, łazienki, sypialnie; wszedłem na chwilę do toalety, po wyjściu dałem wymownym gestem postępującemu za mną oddziałowi do zrozumienia, że jest wolny, i skręcając się w duchu z wściekłości, żalu i poczucia nieodwracalnej straty, pojechałem do domu.

Jeszcze po drodze, w taksówce, byłem absolutnie pewien, że zaraz popłynę. Byłem zmęczony, przemoknięty, głodny. (Prawie nigdy z nerwów nie jadam na bankietach, a tu na dodatek, zanim się na jakiś płatek sera zdążyłem zdecydować, całe żarcie zabrała powódź). Byłem sam, bo w desperacji szukania bezpowrotnie zaginionej gwiazdy ani mi postało w głowie rozglądanie się za jakimś zastępstwem na wieczór. O to też byłem na siebie wściekły. W końcu parę bardzo efektownych dublerek, można nawet powiedzieć: parę bardzo odważnych i sprawnych kaskaderek przyzwoleńczo, bardzo przyzwoleńczo, przechadzało się po ogrodach.

Ale teraz ogrody i miasto były w deszczu i ciemności. Temperatura spadła co najmniej o dziesięć stopni. Nie miałem ani jednego powodu, żeby się nie napić. Przeciwnie, miałem czternaście powodów, by się napić. W lodówce czekało czternaście pięćdziesiątek gorzkiej żołądkowej. Od pewnego czasu preferowałem tylko tak rozdrobniony i wygodny do rozparcelowania po kieszeniach bilon. Każdy z czternastu wymienionych powodów był z osobna dobry na początek i wszystkie razem dobre na koniec.

Zapłaciłem taksówkarzowi, wbiegłem do domu i tak jak mam to w zwyczaju, kiedy jest źle (a tym razem było bardzo źle), bez zdejmowania butów, od razu poleciałem do lodówki, żeby jak najprędzej otworzyć, odkręcić, wypić; słowem, żeby wykonać trzy rytualne obrzędy, po których przestanie być źle. Ale zanim pogrążyłem się w obrzędowości, a nawet zanim doleciałem do lodówki, przypomniałem sobie o wiatrówce. Tak jest. Było sobie o czym przypomnieć. Miałem o czym pamiętać. A nawet powiem dobitniej: jest o czym opowiadać.

Tydzień temu spełniłem odwieczne marzenie mojego dzieciństwa, mojej młodości i mojej dojrzałości – kupiłem sobie strzelbę. Kupiłem sobie karabin pneumatyczny, zwany potocznie wiatrówką. Od tygodnia jestem posiadaczem olśniewającej hiszpańskiej flinty marki Norica. Od tygodnia przykładam gładką kolbę z wiśniowego drewna do policzka, unoszę czarną oksydowaną lufę ku górze i moje roztrzęsione ręce uspokajają się, i moje słabnące oczy z powrotem widzą każdy szczegół. Odbezpieczam, pociągam za spust i wszystkie zestrzelone przeze mnie na wiślańskich odpustach sztuczne kwiaty, lepkie lizaki i biało-czarne fotografie gwiazd filmowych fruną wokół mojej głowy. Wszystkie zapałki, nitki i szklane rurki, które w napotkanych na drodze żywota strzelnicach (a nie omijałem żadnej) udało mi się przestrzelić, wirują pod sufitem. Wszystkie tarcze, do których udało mi się trafić, nadlatują niczym eskadry papierowych jaskółek. Nie chciałbym być ordynarnie sentymentalny, ale ładuję moją strzelbę (kupiłem, ma się rozumieć, znaczny zapas amunicji), przymierzam się do strzału, słyszę metaliczny szczęk i jestem szczęśliwy, jak byłem w dzieciństwie.

Zanim tedy doleciałem do lodówki, przypomniałem sobie o mojej broni i postanowiłem jednak na nią wpierw zerknąć; sprawdzić, czy naprawdę jest. Wciąż miałem poczucie nierzeczywistości. Całe życie byłem pewien (i wciąż mam taką obawę), że wiatrówka należy do rzeczy, które zwykłym śmiertelnikom nigdy nie będą dostępne. W jakichś pilnie strzeżonych arsenałach było miejsce takich rarytasów. Tylko najbardziej uprzywilejowani i najwyżej stojący mieli do nich dostęp, a i oni nie zawsze mogli je zabierać do domu. Właściciele odpustowych strzelnic – atletycznie zbudowani mężczyźni o zuchwałych oczach – zawsze sprawiali na mnie niebywałe wrażenie. Było pewne, że należą do jakiegoś ciemnego areopagu o nie wiadomo jakich uprawnieniach. I zdawało się, że tak będzie zawsze, że zawsze trwał będzie świat ciemnych areopagów, niedostępnych wiatrówek, odpustowych strzelnic i tajemnych – pełnych stojaków na broń, naręczy sztucznych kwiatów i piramid śrutu – magazynów. I teraz, kiedy moja własna, nieskończenie piękna hiszpanka stoi oparta o ścianę, kiedy patrzę na nią – z najwyższym trudem uświadamiam sobie, że tamten świat runął.

Zapaliłem światło, w pokoju – była. Ona jest. Bez zdejmowania butów, bez przebierania się (i bez zaglądania do lodówki) zbliżyłem się, ująłem, przełamałem, naładowałem i zacząłem strzelać.

Kiedy człowiek staje się posiadaczem broni (nawet tak, jak chcą niektórzy, dziecinnej jak wiatrówka), zmienia się obraz świata. Świat przeistacza się w zbiór celów. Jak masz strzelbę, to z automatu zaczynasz przyglądać się światu pod kątem strzeleckiej przydatności. W nieskończonej liczbie tworzących powierzchnię rzeczywistości przedmiotów zaczynają się liczyć tylko te, które są dobre do strzelania. W tym znaczeniu żarówka pod sufitem przestaje być żarówką, a staje się doskonałym i bardzo kuszącym celem. Gołąb na parapecie nie jest już tylko gołębiem, pień drzewa przestaje być wyłącznie pniem, puste pudełko papierosów – jedynie pustym pudełkiem papierosów itd. W moim przypadku nakrętki na butelkach coca-coli w wyjątkowo radykalny sposób przestawały być nakrętkami samymi w sobie, a stawały się olśniewającymi i narkotycznymi celami. Na balkonowym parapecie umieszczałem karton, w karton wbijałem ołówek, na ołówku wieszałem nakrętkę i z głębi pokoju: Cel! Pal! Cel! Pal! Cel! Pal! Ponieważ jestem – pragnę dodać – uzależniony od coca-coli, nakrętek mam zawsze spory zapas.

_Ciąg dalszy w wersji pełnej_

_Dostępne w wersji pełnej_

_Dostępne w wersji pełnej_

_Dostępne w wersji pełnej_

------------------------------------------------------------------------

Akurat profesor mógł mieć – a nawet, jak teraz myślę – miał na pewno.

„On jest!” – tyczący Boga ekstatyczny i odnotowany w eseju Stanisława Barańczaka napis na tablicy rejestracyjnej pewnego amerykańskiego samochodu. Lubię tę frazę i dość często ją w różnych postaciach i zamiarach stosuję.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij