-
nowość
Mojżesz tom 3 Prawa Ręka Boga - ebook
Mojżesz tom 3 Prawa Ręka Boga - ebook
EGIPT MYŚLAŁ, ŻE SŁUŻY BOGOM. W RZECZYWISTOŚCI SŁUŻYŁ UPADŁYM.Oto opowieść o Exodusie, jakiej jeszcze nie znałeś. Do Egiptu, po latach pustynnej tułaczki, powraca starzec, który staje twarzą w twarz z najpotężniejszym władcą na ziemi. Ale Mojżesz nie jest już tym samym człowiekiem — stał się ostrym narzędziem w ręku Jedynego Boga, gotowym przeciąć niemożliwe.Gdy Nil spływa krwią, a pył ziemi ożywa pod stopami przerażonych magów, rozpoczyna się bezwzględny sąd nad upadłymi potęgami starożytnego świata. Za kulisami ludzkich dramatów, w siódmym niebie i mrocznych zakamarkach Duatu, aniołowie i demoniczne moce rozstawiają figury do wojny, która na zawsze odmieni oblicze ziemi.Czy zdołasz udźwignąć blask prawdy, zanim nastanie Noc Pierworodnych?„Prawa ręka Boga” to porywające arcydzieło literatury historyczno-mistycznej. To nie jest po prostu opowieść o plagach — to surowe, monumentalne spojrzenie na narodziny wolności okupionej krwią i twardością ludzkich serc.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398152068 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Goszen — noc po ostatniej audiencji
Szaleniec
— Nazwał mnie szaleńcem. — Głos mu się nie łamał, ale coś pod głosem drżało. — Powiedział, że jestem starcem, który uwierzył we własne sztuczki, że laska i kilka błyskotek mącą mi rozum i że wyobrażam sobie, że mogę nakłonić najpotężniejszego człowieka pod słońcem, żeby wypuścił prawie dwa miliony rąk do pracy, bo tak mi się przyśniło w Midianie.
Powiedział to spokojnie. To było najgorsze — nie krzyczał. Faraonowie krzyczą, kiedy się boją. Merenptah patrzył na Mojżesza jak na coś, co trzeba było wcześniej rozdeptać.
— A potem kazał podwoić normę. Cegły bez słomy, Panie. Ludzie mają teraz sami zbierać ściernisko po polach, żeby mieć czym wiązać glinę, i wyrabiać tyle samo cegieł co przedtem. Nadzorcy biją tych, którzy nie nadążają, a nie nadąża prawie nikt.
Zamknął oczy. Zobaczył twarze — nie wyobrażone, zapamiętane z popołudnia. Starszyzna ludu czekała na niego przy studni, kiedy wracał z pałacu, i wiedziała już wszystko, zanim otworzył usta. Jeden z nich, Elicur, spojrzał na Mojżesza tak, że tego spojrzenia nie dało się opisać inaczej niż jako wyrok.
_Niech Pan wejrzy na was i osądzi, żeście narazili nas na nienawiść u faraona i sług jego, żeście im dali miecz do ręki, aby nas zabijali._
— Oni mieli rację, że to powiedzieli — szepnął Mojżesz. — Przyszedłem w Twoim imieniu i przyniosłem im tylko cięższe jarzmo. Powiedziałeś mi, że ich wybawisz, a ja widzę tylko więcej krwi na ich plecach.
Bogowie Egiptu
Przypomniał sobie ostatnie zdanie faraona, to, które wypowiedział już od progu, kiedy Mojżesz i Aaron byli odprawiani przez straż.
— Egipt ma swoich bogów od czasu, kiedy Nil po raz pierwszy wylał na pola — powiedział Merenptah, nie odwracając się. — Amon-Re rodzi słońce każdego ranka od tysiąca pokoleń. Ozyrys sądzi zmarłych. Hapi daje wodę. Nie ma tu miejsca dla boga niewolników, który nie ma nawet posągu.
Mojżesz otworzył oczy i spojrzał w ciemność namiotu tak, jakby w niej było coś widzialnego.
— Słyszałeś go, Panie. Powiedział, że nie ma dla Ciebie miejsca w tym kraju.
Wtedy przyszła odpowiedź.
Nie był to głos z zewnątrz, jak wiatr czy grzmot. Był głębiej niż słuch, w miejscu, gdzie Mojżesz nie miał żadnej ściany, żeby się przed nim zamknąć.
_Nie ma miejsca dla Mnie w Egipcie, powiada. Zobaczy, ile miejsca dla niego zostanie, kiedy z nim skończę._
Mojżesz poczuł, jak włosy na przedramionach stają mu dęba, chociaż w namiocie nie było wiatru.
_Obalę wszystkich bogów Egiptu, jednego po drugim, i pokażę ich takimi, jakimi są — pustymi imionami wyrzeźbionymi w kamieniu, bez tchu, bez mocy, bez życia. Amon-Re nie ocali swojego słońca. Hapi nie ocali swojej rzeki. Ozyrys nie ocali nawet siebie samego przed tym, co nadchodzi. Poznają wtedy — faraon, jego kapłani, jego lud i twój lud, Mojżeszu — że wszelka moc, jaka kiedykolwiek istniała pod niebem, wychodzi ode Mnie i że to, co ludzie nazywają bogami, jest niczym, jeśli Ja nie pozwolę im być czymkolwiek. Ciebie uczyniłem swoim narzędziem, żeby cała ludzkość, od Nilu po najdalsze morza, poznała jedną rzecz na zawsze: Ja Jestem, i nie ma przede Mną żadnego innego._
Mojżesz osunął się z kolan na dłonie, czoło niemal przy ziemi.
— Jestem tylko człowiekiem, który jąka się przed tronem — powiedział w glinę pod sobą. — Jak mam być narzędziem czegoś takiego?
_Narzędzie nie musi rozumieć ręki, która je trzyma. Musi tylko być ostre wtedy, kiedy ręka tnie._
Nagroda
Cisza, która nastąpiła potem, była inna niż wszystkie dotychczasowe. Mojżesz poczuł, że coś w powietrzu namiotu gęstnieje, tak jak gęstniało na Horebie, tylko dziesięć razy mocniej, sto razy — jakby cała komnata wstrzymała oddech.
_Służyłeś Mi wiernie, odkąd zawróciłeś od krzewu. Pokażę ci teraz, w nagrodę, miejsce, do którego trafi każdy, kto Mi wiernie służy do końca. Nie po to, żebyś to zrozumiał rozumem — nikt tego nie rozumie rozumem. Po to, żebyś to niósł w ciele, kiedy przyjdzie ci mówić do faraona po raz kolejny i wydawać ci się będzie, że nikt nigdzie nie słucha._
Mojżesz nie zdążył odpowiedzieć. Poczuł, jak coś w nim — nie ciało, coś pod ciałem, to samo, co czuł jako ka przy krzewie, tylko teraz bez granic — zaczyna się unosić.
Wniebowstąpienie
Pierwsza sfera
Namiot zniknął pierwszy. Potem zniknął Goszen, potem Egipt, potem gwiazdy, które Mojżesz znał z pustynnych nocy — nie dlatego, że odleciał od nich, ale dlatego, że przestały być tym, do czego przywykł. Znalazł się w warstwie światła, która nie miała koloru, tylko intensywność, i zrozumiał — nie wiedział skąd, wiedział po prostu — że to jest pierwsza z siedmiu sfer, najbliższa ziemi, najgęstsza, najbardziej podobna do świata, który zostawił.
Przez tę sferę i przez sześć następnych po niej przechodziły kształty. Nie miały twarzy, jakie znał, ale miały coś, co rozpoznawał jako czucie — cień gniewu w jednym miejscu, cień żalu w innym, jak gdyby ta warstwa istnienia była zbudowana wprost z tego, czego ludzie na dole nie potrafili z siebie wyrzucić. Poczuł, przechodząc, ciężar. Nie swój. Cudzy, tysięcy istnień, które utknęły tutaj, bo niosły w sobie za dużo tego, co ziemskie, żeby wznieść się wyżej.
Kolejna sfera była jaśniejsza i lżejsza, i tak przez wszystkie siedem — z każdą warstwą mniej cienia, mniej ciężaru, więcej czegoś, co Mojżesz mógł nazwać tylko ciszą o innej jakości niż cisza namiotu. Nie brak dźwięku. Obecność czegoś, co nie potrzebowało dźwięku, żeby być pełne.
Na granicy siódmej krainy Duatu obejrzał się — nie oczami, czymś, co teraz służyło mu za oczy — i zobaczył ziemię daleko w dole, malutką, błyszczącą i kruchą, jak ziarnko piasku, które przez pomyłkę wzięto za cały świat.
Bramy niebios
Za siódmą krainą Duatu była granica, a za granicą zaczynało się coś innego w samej swojej naturze, nie tylko stopniem jasności. Mojżesz poczuł, jak przechodzi przez nią, tak jak przechodzi się przez wodę, wchodząc do rzeki — opór, potem przyjęcie.
Pierwsze niebo było jak sad o zmierzchu, kiedy wszystko pachnie i nic nie jest ostre. Drugie było jak głęboka, spokojna woda, w której światło nie gasło, tylko rozchodziło się warstwami. Trzecie, czwarte, piąte — Mojżesz przechodził przez nie i z każdym czuł, że coś w nim samym staje się cieńsze, przezroczystsze, jakby to, co przez całe życie nazywał sobą, było tylko grubym płaszczem, który teraz zdejmowano warstwa po warstwie.
W piątym niebie zobaczył duchy po raz pierwszy tak, jak mógł znieść ich widok — nie kształty ludzi, tylko czyste płomienie inteligencji, każdy inny, każdy nieskazitelny, poruszające się między sobą bez zderzeń, bez cienia rywalizacji, jaką znał z każdego ludzkiego dworu, jaki widział. Rozpoznał — znowu nie wiedział skąd — że to są ci, którzy służyli wiernie do końca, oczyszczeni z każdej warstwy tego, co ciągnęło w dół.
Na ich widok Mojżeszowi zadrżały ręce, których już prawie nie czuł jako rąk. Czystość tej energii — nie miał dla niej innego słowa niż czystość, chociaż wiedział, że to słowo jest za małe — uderzała w niego jak fala uderza w skałę zbyt długo stojącą na suchym lądzie. Włosy, gdyby jeszcze miał włosy w tym stanie, stanęłyby mu dęba. Zamiast tego poczuł to jako dreszcz przechodzący przez samą istotę tego, czym teraz był.
Zapłakał. Nie wie, czy to była twarz, która płakała, czy coś głębszego, ale poczuł to jako płacz — szloch, który nie miał w sobie bólu, tylko przeogromny, miażdżący żal.
_Dlaczego płaczesz, sługo mój?_
— Bo widzę, jak wysoko można żyć — powiedział, albo pomyślał, albo po prostu było to prawdą w nim bez słów — a widziałem, jak nisko żyją ludzie na dole. Faraon karze mój lud dodatkową pracą za to, że odważyłem się prosić o wolność. Kapłani kłaniają się kamieniom, które nie słyszą. A tu, tu jest to, do czego mogliby dojść, i nikt im nie powiedział, jak blisko to jest.
Siódme niebo
Szóste niebo Mojżesz zapamiętał gorzej niż pozostałe — może dlatego, że to, co czuł, przestawało dać się dzielić na kolejne stopnie, tak jak fala rosnąca ku brzegowi przestaje dać się liczyć jako osobne fale. Wiedział tylko, że światło, w którym się znajdował, było już jaśniejsze niż cokolwiek, co widział oczami ciała, a mimo to nie raniło.
Siódme niebo nie było miejscem, do którego się weszło. Było czymś, w co się wchodziło tak, jak kropla wchodzi w morze, wiedząc, że przez chwilę wciąż jest kroplą, ale już czuje, że granica się rozpuszcza.
Tutaj nie było już duchów do oglądania. Był tylko blask, tak gęsty i tak żywy, że Mojżesz — cokolwiek z niego zostało w tej postaci — poczuł, że jego istnienie zaczyna drżeć na krawędzi tego, co może znieść. Nie strach. Coś ogromniejszego niż strach, coś, co ogarniało jednocześnie grozę i zachwyt tak zupełnie, że nie dało się ich rozdzielić.
Poczuł Chwałę, zanim ujrzał jej jakikolwiek kształt — jeśli to, co przyszło potem, w ogóle miało kształt. Uderzyła w niego nie jak światło uderza w oczy, ale jak ogień uderza w suche drewno: całkowicie, bez reszty, bez pytania o zgodę. Wszystko, czym Mojżesz kiedykolwiek był — pasterz, książę, mąż, zabójca, prorok — spłonęło w jednej chwili do tego, czym był naprawdę: niczym wobec tego.
I wtedy zrozumiał, dlaczego nikt z ludzi nie mógł oglądać tej twarzy i żyć. Nie dlatego, że Bóg tego zabraniał ze złości czy zazdrości. Dlatego, że żadne stworzone ciało, żadna stworzona dusza nie miała dość miejsca w sobie, żeby pomieścić coś tak ogromnego, nie pękając jak dzban, w który wlano ocean.
Mojżesz — to, co z niego zostało — zachwiał się, jakby miał zemdleć, chociaż w tej postaci nie miał już z czego mdleć. Poczuł, jak coś go podtrzymuje, delikatnie, jak ojciec podtrzymuje dziecko, które postawiło pierwszy krok i się przewróciło.
_Dosyć, sługo mój. Więcej niż to nie zniósłbyś nawet w tej postaci. Zapamiętaj to, co poczułeś, bo to jest prawda o tym, kim jestem, i prawda o tym, dokąd zmierzają ci, którzy Mi wiernie służą. Reszta jest tylko drogą._
Powrót
Zejście było szybsze niż wstępowanie — jak kamień puszczony z klifu spada szybciej, niż wspina się po nim człowiek. Sfera po sferze, niebo po niebie, aż Mojżesz poczuł znowu ciężar kolan na klepisku namiotu, ciężar rąk, ciężar oddechu wchodzącego i wychodzącego z płuc, które przez chwilę — nie wiedział, jak długą — nie były mu potrzebne.
Otworzył oczy. Namiot. Ciemność zwykłej, ziemskiej nocy. Nigdzie żadnego blasku, żadnego płomienia bez cienia. Tylko knot lampy dogasający w kącie i zapach oliwy.
Twarz miał mokrą. Płakał naprawdę, ciałem, i płacz jeszcze nie ustał.
Przez długi czas nie ruszał się z klęczek. Kiedy w końcu wstał, wiedział jedną rzecz z pewnością, jakiej nie miał od czasu krzewu na Horebie: cokolwiek faraon zrobi jutro, cokolwiek zrobi pojutrze, cokolwiek jeszcze wyznaczy jego ludowi w gniewie — to wszystko było tylko drogą. A na końcu drogi było to, co widział.
Wyszedł z namiotu w ciemność Goszen. Gdzieś za nim, w obozie, ktoś kaszlał przez sen, dziecko płakało i uspokajało się w ramionach matki, pies szczekał na coś, czego nie było widać. Zwyczajne, ciężkie, śmiertelne życie, dokładnie takie, jakie zostawił, wracając.
Spojrzał w niebo. Gwiazdy wyglądały teraz inaczej — nie dlatego, że się zmieniły, ale dlatego, że wiedział już, co jest za nimi, warstwa po warstwie, aż po miejsce, którego żadne oko nie mogło oglądać i żyć.
— Jutro znowu pójdę do faraona — powiedział cicho do nocy. — I tym razem będę wiedział, po co.ROZDZIAŁ I — Palec Boży
Egipt — laska i wąż, krew, żaby, komary; magowie przegrywają z palcem Boga
Laska i wąż
Zaczęło się od laski — zanim spadła krew, zanim przyszły żaby, zanim Egipt nauczył się bać wschodu słońca.
Baki stał tego ranka pod ścianą sali tronowej, wśród niższych pisarzy, i widział wszystko, choć nikt nie widział jego — bo tak właśnie żyje się długo na dworze: będąc obecnym i niewidocznym zarazem. Zobaczył, jak wchodzą dwaj starcy. Jeden mówił, drugi milczał, i to milczący trzymał laskę.
Faraon patrzył na nich z tym znużeniem, jakie mają władcy wobec petentów, którzy nie rozumieją, że sprawa jest już rozstrzygnięta.
— Uczyńcie znak — powiedział, nie kryjąc drwiny. — Jeśli przysyła was jakiś bóg, niech pokaże coś, czego nie umie byle kuglarz z targu. Zabawcie mnie.
Milczący starzec spojrzał na brata. Mojżesz skinął głową. I Aaron rzucił laskę na posadzkę przed tronem.
Laska nie upadła jak drewno. Wygięła się w powietrzu, zanim jeszcze dotknęła kamienia, a to, co uderzyło o posadzkę, nie było już laską: był to wąż gruby jak ludzkie ramię, który rozwinął się z sykiem, uniósł łeb na wysokość kolana i obrócił się ku tronowi.
Dworzanie cofnęli się falą. Ktoś krzyknął. Faraon nie drgnął — ale Baki, patrząc na jego dłoń zaciśniętą na poręczy, zobaczył, że knykcie pobielały.
A potem faraon się roześmiał.
— I to wszystko? — powiedział. — Pastuch rzuca kij, a kij się wije? — Klasnął w dłonie. — Wezwać moich mędrców. Zobaczymy, czy bóg pustyni umie coś, czego nie umie Egipt.
Przyszli dwaj. Baki ich znał — znali ich wszyscy: Jannes i Jambres, arcymagowie faraona, w lamparcich skórach, z twarzami ludzi, którzy nie przegrali jeszcze niczego w życiu. Weszli spokojnie, jakby wezwano ich do rzeczy błahej — bo dla nich to była rzecz błaha.
— Widziałeś? — mruknął Jambres do brata, mierząc węża Aarona wzrokiem znawcy. — Stara sztuczka z Górnego Egiptu. Uśpić gada, usztywnić naciskiem na kark, potem obudzić. Umiem to od dziecka.
— Więc rób — powiedział Jannes.
Rzucili laski, obie — i obie stały się wężami; bo tę część bracia umieli naprawdę, a tę, której nie umieli, dorobili ci, którzy stają za takimi jak oni i dokładają do cudzej sztuczki tyle, żeby wyglądała na moc. Dwa węże rozwinęły się na posadzce obok pierwszego, i sala odetchnęła: a więc Egipt umie to samo. A więc bóg pustyni nie jest lepszy.
Trwało to tyle, ile trwa duma.
Bo wąż Aarona ruszył — nie ku tronowi, lecz ku dwóm pozostałym. Nie walczył z nimi, nie owijał się, nie kąsał. Po prostu otworzył paszczę szerzej, niż paszcza węża otwierać się powinna, i połknął pierwszego w całości, powoli, jak połyka się coś, co już się nie broni. Potem drugiego. Sala patrzyła w ciszy, w której słychać było tylko ten jeden dźwięk — przełykania — a kiedy było po wszystkim, na posadzce leżał jeden wąż, gruby i syty, i po dwóch pozostałych nie było śladu.
Aaron schylił się, podniósł go za ogon, i w jego dłoni wąż znów zesztywniał w laskę.
Cisza trwała jeszcze chwilę. Potem faraon powiedział — o ćwierć tonu za głośno, a Baki wychwycił to ćwierć tonu, bo trzydzieści lat na dworze uczy słyszeć w głosie władcy to, czego władca nie chce, żeby słyszano:
— Sztuczka lepsza od waszej. Nic więcej. — Machnął ręką. — Wyprowadzić ich.
Jannes i Jambres wyszli z podniesionymi głowami. Ale na dziedzińcu, gdy nikt już nie patrzył, Jambres przystanął.
— Widziałeś, jak on to połknął? — powiedział cicho. — Bez walki. Jakby wiedział z góry, że wygra.
— To był większy wąż — odparł Jannes. — Nic więcej.
— Może — powiedział Jambres. Lecz nie brzmiał, jakby w to wierzył — i był to pierwszy raz, odkąd bracia przybyli do Egiptu, gdy któryś z nich nie brzmiał pewnie.
A w sali tronowej faraon siedział jeszcze długo, patrząc na miejsce, gdzie przed chwilą były trzy węże, a został jeden. I zatwardził serce — po raz pierwszy z wielu, bo serce, jak wszystko, twardnieje najłatwiej za pierwszym razem — i nie wypuścił ludu. To była pierwsza z jego odmów. Każda następna miała go kosztować więcej niż poprzednia; ostatnia miała go kosztować syna.
Krew — rzeka, która umarła
Baki poznawał Nil po zapachu, zanim jeszcze otworzył oczy. Mułu, ryb, wilgotnego sitowia — ten zapach budził go co rano od czterdziestu lat, tak jak budził jego ojca i ojca jego ojca. Tego ranka zapach był inny. Słodkawy. Ciężki. Kiedy wyszedł przed chatę, rzeka była czerwona od brzegu do brzegu, gęsta jak coś, co dopiero co przestało żyć.
Zanurzył czerpak. Wyciągnął go pełny — nie wody, czegoś, co lepiło się do palców i pachniało żelazem. Ryby leżały brzuchami do góry aż po zakręt rzeki, tysiące, dziesiątki tysięcy, i smród ich gnicia rozchodził się szybciej niż poranny wiatr.
Meryt, jego żona, przybiegła z dzbanem, który miała napełnić na później. Stanęła nad brzegiem i patrzyła długo, zanim się odezwała.
— Studnie — powiedziała tylko.
Kopali przez trzy dni. Woda spod ziemi też cuchnęła, ledwie nadawała się do picia, ale nadawała się. Baki widział, jak sąsiedzi kopią jeszcze głębiej, jak dzieci płaczą z pragnienia, jak starcy, którzy pamiętali suche lata, kręcą głowami, bo to nie było jak susza. Susza była karą znaną. To było coś, co nie miało imienia.
Trzeciego dnia przyszedł Ipi.
Ipi był poborcą — zbierał należność faraona ze zbiorów, mierzył pola sznurem po każdym wylewie, wiedział co do korca, ile komu wyrosło, i brał swoje, i był w tym dokładny jak śmierć. Znał Bakiego od dwudziestu lat i przez dwadzieścia lat nie powiedział mu ani jednego dobrego słowa.
Stanął nad wykopaną studnią, zajrzał w mętną wodę i się skrzywił.
— Woda wodą — powiedział. — Rzeka wróci za tydzień. Zawsze wraca. — Popatrzył na Bakiego z góry, jak zawsze. — A podatek płacisz z tego, co było zasiane przed rzeką, nie z tego, co zostało po. Zapamiętaj sobie.
— Nie ma czym płacić — powiedział Baki. — Ryby zdechły. Woda się nie nadaje.
— To twój problem, nie faraona. — Ipi otrzepał sandał. — Bogowie się pogniewali, bogowie się przebłagają. Zawsze tak było. Kopcie głębiej i płaćcie w terminie.
I poszedł, i Baki patrzył za nim, i myślał, że są dwa rodzaje ludzi na świecie: tacy, którzy pytają, co się dzieje, i tacy, którzy pytają, kto za to zapłaci. Ipi był drugim rodzajem, i przez to spał spokojnie już wtedy, gdy inni przestali sypiać.
W pałacu wieść dotarła inaczej. Senmut, pisarz przy dworze, zapisywał na tabliczce liczby dostaw ryb dla świątyni Hapi, kiedy przybiegł posłaniec. Przez chwilę nikt w komnacie nie zrozumiał, co się stało — dopiero kiedy kapłani Hapi, boga Nilu, wybiegli z hymnem urwanym w połowie zdania, Senmut zrozumiał, że to nie plotka z targu.
Widział, jak najstarszy z nich, człowiek, który czterdzieści lat prowadził poranne obmycia w świątyni na wyspie Elefantyna, stanął nad brzegiem i próbował dokończyć hymn — słowa, które znał lepiej niż własne imię — i nie potrafił. Głos mu się łamał w połowie każdej linijki, jakby gardło samo odmawiało wypowiadania obietnic, którym rzeka właśnie zaprzeczyła na oczach wszystkich.
Rahotep, Najwyższy Kapłan Re w Heliopolis, przybył do pałacu tego samego popołudnia, wezwany razem z innymi. Nie okazał tego, co czuli kapłani Hapi — jego bóg był większy, dawniejszy, panował nad niebem, nie nad samą tylko rzeką, i Rahotep patrzył na czerwoną wodę z tym samym spokojem, z jakim patrzyłby na kaprys pomniejszego bóstwa, które nie dotyczyło jego świątyni. Zanotował to sobie jako ciekawostkę do rozważenia przez kapłanów niższego stopnia. Nie przyszło mu jeszcze do głowy, że będzie musiał to wspomnienie odgrzebywać za osiem uderzeń, kiedy przyjdzie kolej na jego własnego boga.
Faraon kazał sprowadzić czarowników. Ci zanurzyli swoje laski w wodzie z beczki przyniesionej z pałacowego stawu i wypowiedzieli słowa, które Senmut znał na pamięć z dziecinnych lat w świątynnej szkole — i staw też poczerwieniał, kropla po kropli, aż cała beczka cuchnęła tak samo jak rzeka.
— Widzicie — powiedział jeden z czarowników, kłaniając się nisko. — I my to potrafimy.
Merenptah patrzył na czerwoną beczkę i na czerwoną rzekę za oknem, i coś w jego twarzy — Senmut to zauważył, bo patrzył na twarz faraona częściej, niż powinien — nie było triumfem. Był to grymas człowieka, który właśnie zobaczył, że jego najlepsza odpowiedź na katastrofę to powiększenie jej o jedną beczkę.
— Serce jego było twarde — zapisał tego wieczoru Senmut, nie do końca wiedząc, dlaczego wybrał akurat te słowa. — I nie posłuchał ich, jak przepowiedział Hapi... jak przepowiedział bóg Hebrajczyków.
W Goszen Nachon zanurzył palec w wodzie ze studni, którą jego rodzina kopała od pokoleń, i nie znalazł w niej czerwieni. Nie była to woda dobra — miała w sobie coś z ciężaru tamtych dni, jakby cała ziemia wstrzymywała oddech — ale nie była krwią. Nie powiedział tego głośno sąsiadom z egipskiej strony rzeki. Nie było w tym nic do świętowania. Był tylko znak, którego nikt jeszcze nie umiał odczytać do końca, a Nachon, wnuk człowieka, który pamiętał Józefa, wiedział z doświadczenia rodu, że znaki, które przychodzą zbyt wcześnie do odczytania, kończą się zwykle krwią kogoś innego.
Żaby — noc bez snu
Przyszły o zmierzchu, najpierw jako szmer, potem jako fala. Baki zamiótł próg i po godzinie zamiatał go znowu, i po następnej godzinie znowu, aż zrozumiał, że nie ma sensu zamiatać czegoś, co przybywa szybciej niż miotła. Żaby wypełzały z umierającej rzeki tysiącami, potem dziesiątkami tysięcy — w dzbanach z wodą do picia, w piecach chlebowych, pod poduszkami, w fałdach ubrań złożonych na noc. Meryt krzyczała, znajdując je w kołysce syna, chociaż dziecko spało spokojnie, otoczone skrzeczącym, wilgotnym pierścieniem, którego samo nie zauważało.
Tui, sąsiadka od trzech domów, przekupka, która sprzedawała na targu suszone ryby i wiedziała o wszystkim, co się działo na ulicy, wcześniej, niż samo się zdarzyło, przyszła do Meryt boso, z podkasaną szatą, brodząc przez żaby jak przez wodę.
— U ciebie w piecu też? — zapytała.
— W piecu, w dzbanach, w mące — powiedziała Meryt. — Zagniotłam ciasto rano, odwróciłam się, wróciłam — trzy w cieście.
— Kapłani mówią, że to Heqet nas błogosławi. — Tui splunęła. — Jak to jest błogosławieństwo, to ja jestem królową Punt. Widziałaś, żeby błogosławieństwo wchodziło człowiekowi do garnka?
— Cicho — powiedziała Meryt. — Usłyszą.
— Kto usłyszy? — Tui rozejrzała się teatralnie po podwórku pełnym skrzeczących żab. — Bogini? Niech słyszy. Niech przyjdzie i sama wyniesie te swoje święte zwierzątka z mojej sypialni, to jej podziękuję.
Baki nie odezwał się. Stał z miotłą i patrzył na sąsiadkę, i myślał, że Tui mówi głośno rzeczy, które on sam bał się pomyśleć cicho — i że ludzie tacy jak ona albo umierają pierwsi, albo przeżywają wszystkich, i nigdy nie wiadomo z góry, którzy.
Nikt w Egipcie nie spał tej nocy. Nie dało się. Chrzęst pod stopami, śliskość na każdej podłodze, dźwięk — miliony małych gardeł naraz — który nie ustawał ani na chwilę.
W pałacu było gorzej, bo pałac miał więcej podłóg do zalania. Kapłani Heqet, bogini o żabiej głowie, patronki porodu i urodzaju, stali w świątyni po kostki w swoich własnych świętych zwierzętach i nie wiedzieli, czy się kłaniać, czy uciekać. Ich zamęt był czymś więcej niż niedogodnością — Heqet była tą, która tchnęła życie w każde nowo narodzone dziecko w Egipcie, a teraz jej święty symbol wypełzał z umierającej rzeki w liczbie, która nie miała już nic wspólnego z błogosławieństwem. Jeden z młodszych kapłanów, klęcząc w wodzie sięgającej mu do łydek, szeptał do siebie pytanie, którego nie odważył się wypowiedzieć głośno: czy bogini karze Egipt jej własnym imieniem, czy ktoś inny używa jej imienia przeciwko niej, nie pytając jej o zgodę. Żadna z odpowiedzi nie dawała się znieść lepiej niż druga. Czarownicy faraona sprowadzili jeszcze więcej żab, żeby dowieść swojej mocy, i Senmut, wypisując tego dnia doniesienie, po raz pierwszy od lat służby poczuł, że pisze o czymś, co przypomina rozpacz zamaskowaną jako duma.
Merenptah wezwał Mojżesza tej samej nocy — pierwszy raz, odkąd zaczęło się to wszystko, mówił do niego bez pogardy w głosie.
— Módl się do swojego Pana — powiedział, a Senmut, stojący pod ścianą z tabliczką w rękach, usłyszał w tym głosie coś, czego wcześniej tam nie było: proszącą nutę, którą faraon próbował zamaskować tonem rozkazu. — Zabierz je, a wypuszczę wasz lud, żeby złożył ofiarę.
Żaby zniknęły nazajutrz, tak jak przyszły — nagle, wszystkie naraz. Zostały tylko stosy martwych ciałek, zgarniane na sterty, które śmierdziały przez tydzień na każdym rogu ulicy, w każdym pałacowym korytarzu. Kenamon odstawił tego dnia włócznię i wziął łopatę, bo rozkaz brzmiał, że każdy sprawny człowiek przy bramie ma sprzątać, i przez pół dnia wynosił martwe żaby z korytarza prowadzącego do sali tronowej. Żaden z mijających go dostojników nie spojrzał na niego ani razu, i to było jedyne, co mu tego dnia odpowiadało.
A kiedy stosy zniknęły, zniknęła też prośba w głosie faraona. Nachon, który słyszał o tym od egipskiego handlarza przyjeżdżającego do Goszen po len, pokiwał tylko głową.
— Kiedy im lżej, serce twardnieje z powrotem — powiedział do syna. — Zapamiętaj to. To będzie się powtarzać.
Komary — pył, który ożył
Trzecia plaga nie miała w sobie nic z grozy poprzednich dwóch — dopóki człowiek nie spróbował żyć w jej środku. Pył egipskiej ziemi, ten sam pył, który leżał pod stopami od tysięcy lat, zaczął się poruszać. Nie wiatrem. Sobą. Miliony małych, gryzących owadów wstawały z gleby jak z rozerwanego worka, wpełzały w oczy, w nozdrza, pod powieki bydła i ludzi jednakowo.
Meryt owinęła syna płótnem od stóp do głów mimo upału, żeby uchronić skórę dziecka choć trochę, ale i tak wieczorem chłopiec drapał się do krwi.
Tym razem czarownicy faraona nie potrafili powtórzyć znaku. Senmut widział to na własne oczy — dwaj najstarsi z nich, ci, którzy poprzedniego dnia jeszcze z dumą zamieniali wodę w krew, teraz stali przed swoimi laskami, mamrotali formuły znane od dzieciństwa i nie działo się nic, prócz tego, że sami zaczynali drapać ukąszenia na własnych ramionach.
— Palec Boży to jest — powiedział w końcu Nebwenenef, najstarszy z nich, tak cicho, że Senmut ledwie usłyszał, a jednak to zdanie obiegło cały dwór, zanim minął dzień.
Kenamon usłyszał je na warcie przy bramie i przyszedł z tym do Senmuta wieczorem.
Był młody — dwadzieścia trzy lata, syn dworzanina, oficer straży pałacowej, z tych, których uczono, że porządek trzyma się na włóczniach, a włócznie na rozkazie. Znał Senmuta od dziecka, bo skryba bywał w domu jego ojca, i przychodził do niego z pytaniami, których nie mógł zadać przełożonym.
— Co znaczy „Palec Boży” — zapytał. — Czyjego boga.
— Nie naszego — powiedział Senmut, nie podnosząc wzroku znad tabliczki.
— To postaw straże. Zamknij granice. Znajdź tego, kto to robi, i zabij go. — Kenamon mówił szybko, jak człowiek, który wierzy, że na każdy problem jest rozkaz. — Ja bym postawił ludzi przy każdej studni w Goszen do jutra.
Senmut odłożył rylec i popatrzył na chłopaka.
— A gdyby to nie był człowiek — zapytał. — Postawiłbyś włócznię przeciw pyłowi, który sam wstaje z ziemi?
Kenamon otworzył usta i nic nie powiedział.
Wyszedł niespokojny, i Senmut wiedział dlaczego: bo chłopakowi po raz pierwszy w życiu podsunięto pod nos coś, na co nie było rozkazu, a cały jego świat stał na tym, że rozkaz jest zawsze.
Merenptah, kiedy mu to powtórzono, nie odpowiedział nic. Odwrócił się i patrzył przez okno na miasto skręcające się pod chmurą gryzącego pyłu, a Senmut, notując to milczenie tak dokładnie, jak umiał notować słowa, pomyślał, że widzi twarz człowieka, który zaczyna rozumieć coś, czego jeszcze nie jest gotów przyznać na głos.
Rahotep stał tego dnia w tyle komnaty, dalej niż zwykle stawał, i po raz pierwszy od dziesięcioleci służby czuł coś, czego nie miał słowa, by nazwać — nie strach, jeszcze nie, ale pierwsze pęknięcie w czymś, co przez całe życie uważał za skałę pod stopami. Jeśli to naprawdę był palec obcego boga, a nie sztuczka wędrownego czarownika, to znaczyło, że istnieje moc, której jego własny bóg, władca nieba i słońca, nie potrafił ani powstrzymać, ani nawet nazwać. Rahotep odesłał tę myśl tam, gdzie odsyłał wszystkie myśli, których nie chciał jeszcze nosić — ale zauważył, ile wysiłku kosztowało go tym razem odesłanie jej dalej niż na wyciągnięcie ręki.
W Goszen komary gryzły tak samo jak wszędzie — na tę plagę i na wcześniejsze granica jeszcze nie była wyznaczona, cierpienie było wspólne — a Nachon, drapiąc własne przedramię do krwi, patrzył na to jako na coś, czego jeszcze nie potrafił nazwać ulgą, ale już nie potrafił nazwać zwykłym nieszczęściem.
Sąd nad bogami
Bo plagi nie były tym, czym wydawały się Egiptowi. Egipt widział rzekę, która sczerniała, żaby, robactwo — nieszczęścia, jakie zdarzają się krainom. Nie widział tego, co widziano z góry i z dołu naraz: że każde z tych uderzeń miało adres, i że adresem nie był faraon.
Bo nad każdą rzeczą w Egipcie ktoś stał. Nad Nilem — ten, którego czczono jako dawcę wód, a który w istocie był jednym z tych, co spadli, i przybrał imię boga, żeby przyjmować kadzidło należne komu innemu. Nad płodnością mułu stał drugi. A nad samym prochem ziemi, po którym stąpali wszyscy, stał trzeci. Egipt myślał, że służy bogom. Służył upadłym, którzy dawno weszli w miejsce bogów, jak lokator wchodzi w pusty dom i zaczyna pobierać czynsz.
I oto pierwsze uderzenie spadło nie na wodę — na tego, który za wodą stał. Nil sczerniał, a ten, co brał kadzidło jako pan rzeki, poczuł, jak kadzidło ustaje, jak jego imię przestaje znaczyć, jak lud, który przez tysiąc lat kłaniał mu się nad brzegiem, odwraca się od brzegu z obrzydzeniem. Drugie uderzenie zabrało drugiego. Trzecie — trzeciego. Jeden po drugim bogowie Egiptu, którzy nie byli bogami, tracili to, z czego żyli: strach i cześć.
Mastema patrzył na to z miejsca, z którego patrzył na wszystko — z boku, jak sędzia, który jeszcze nie wie, po której stronie zarobi. Samael patrzył inaczej: z wściekłością, bo to jego właśni bracia tracili tam, na dole, swoje ołtarze.
— Powstrzymaj to — powiedział Samael. — To są nasi. Egipt jest nasz od czterystu lat.
— Egipt był wasz — poprawił go Mastema — dopóki nikt się nie upomniał. Ktoś się upomniał. — Wskazał w dół, na dwie postacie idące przez pałac faraona: starca z laską i jego brata. — On. A raczej Ten, który za nim stoi. I to jest sąd, Samaelu. Nie plaga. Sąd. Nad każdym bogiem Egiptu Bóg wydaje ten sam wyrok: _nie jesteś_.
Wysoko, tam gdzie stoją ci, co nie spadli, Michał nie mówił nic. Nie targował się jak Mastema ani nie wściekał jak Samael. Michał tylko liczył uderzenia — i znał ich liczbę, zanim spadły, bo znał wyrok, zanim go wykonano. Wiedział też coś, czego tamci dwaj jeszcze nie chcieli przyjąć: że po bogach Egiptu przyjdzie kolej na coś większego niż Egipt, i że brama, którą sami dla siebie zatrzasnęli, wypadając kiedyś z góry, właśnie zaczyna się otwierać z powrotem — w dół, ku prochowi, ku ludziom.
Na dole, w tej samej chwili, dwaj magowie faraona rzucili laski w pył, żeby powtórzyć trzecią plagę — jak powtórzyli dwie pierwsze. I po raz pierwszy pył nie posłuchał.
Dwaj, którzy przegrali
Tej nocy dwaj magowie faraona nie spali.
Siedzieli w swojej komnacie, we dwóch, przy jednej lampie, a między nimi leżały dwie laski, którymi rano nie zdołali zrobić nic — dwa kawałki martwego drewna, choć jeszcze trzy dni wcześniej robiły się wężami na skinienie.
— Powtórzyłem krew — odezwał się Jannes, starszy, i mówił nie do brata, lecz do lampy, bo do brata nie umiał. — Powtórzyłem żaby. Widziałeś. Faraon widział. Cały dwór widział, że my też potrafimy.
— Powtórzyłeś sztuczki — powiedział Jambres. — Krew da się zrobić. Żabę da się przywołać. To rzemiosło. Ale dziś rzuciłem laskę w pył i kazałem pyłowi ożyć, jego słowami, co do jednego — i pył się nie ruszył. — Podniósł głowę. — Wiesz, co to znaczy?
Jannes nie odpowiedział, bo wiedział, a nie chciał tego powiedzieć głośno, bo rzeczy wypowiedziane głośno stają się prawdziwe.
— To znaczy — dokończył za niego Jambres — że to nie jest nasze rzemiosło. Że to w ogóle nie jest rzemiosło. Za tym starcem z laską nie stoi żaden bóg, jakiego znamy, żadna moc, którą można kupić, uprosić albo zmusić. Stoi coś, co robi z pyłu żywe stworzenie samym słowem — tak jak na początku. Powiedziałem faraonowi w twarz: „to palec Boży". Powiedziałem to, żeby się wykręcić. Ale, bracie… to była prawda. Pierwszy raz w życiu skłamałem, mówiąc prawdę.
Długo milczeli.
— Ojciec — powiedział wreszcie Jannes.
— Wiem.
— Ojciec musi to wiedzieć. Bileam z Petor, największy widzący od Morza do Morza, musi wiedzieć, że jest na świecie ktoś, kto umie to, czego on nie umie. Że ktoś dorównał ojcu. Albo… — Jannes nie dokończył.
— Albo go przerósł — dokończył Jambres, i to zdanie zawisło w komnacie jak zapach, którego nie da się wywietrzyć. Bo obaj wychowali się w przekonaniu, że nad ich ojcem nie ma nikogo — że Bileam jest szczytem, a dalej jest już tylko niebo. A dziś zobaczyli, że niebo zeszło na dół i chodzi po Egipcie w sandałach pasterza.
— Jedźmy do niego — powiedział Jannes. — Dziś w nocy.
— Nie dziś. — Jambres pokręcił głową. — Faraon nie wypuści swoich magów w środku wojny z bogiem; uzna to za zdradę i pośle za nami rydwany. A poza tym… — spojrzał w okno, ku Goszen, gdzie w ciemności paliły się ogniska niewolników. — Poza tym chcę zobaczyć, jak to się skończy. Chcę wiedzieć, co powiem ojcu: że przegraliśmy jedną plagę, czy że przegrał cały Egipt. Bo to nie to samo, a ojciec nie płaci za połowę wiedzy.
Jannes skinął głową. I tak postanowili: zostać do końca, cokolwiek ten koniec przyniesie, a potem — kiedy Egipt puści albo padnie — ruszyć na wschód, do Petor, do ojca, z wieścią, której żaden z nich nie chciał nieść, a którą obaj musieli ponieść. Że stał się cud. Że jest drugi. Że nad Bileamem, synem Beora, po raz pierwszy położył się cień kogoś większego — i że cień ten miał się rozciągnąć na całą resztę ich życia.ROZDZIAŁ II — Noc pierworodnych
Egipt — od much do ciemności; krzyk o północy i znak na drzwiach
Muchy — granica
Czwarta plaga przyniosła coś, czego żadna z poprzednich nie przyniosła: linię na ziemi, której nikt nie narysował ręką.
Muchy przyszły chmurami gęstymi jak dym, wypełniając domy, żywność, powietrze, którym oddychano, aż ludzie krztusili się, otwierając usta do krzyku. Baki zabijał je setkami na ścianach swojej chaty i widział, jak przez otwarte drzwi wlatują nowe, zanim zdążył zamknąć rękę na tych zabitych.
A jednak — i to Baki usłyszał od handlarza, który wracał z Goszen z niedowierzaniem malującym się na twarzy — tam much nie było. Ani jednej. Jakby ktoś ręką przeciągnął po mapie kraju linię, po jednej stronie której obowiązywały inne prawa niż po drugiej.
Tui przyszła z tą wieścią wcześniej niż handlarz, bo Tui wszystko wiedziała wcześniej.
— U Hebrajczyków czysto — powiedziała, machając ścierką na muchy, które i tak siadały z powrotem. — Ani jednej muchy. Byłam wczoraj z rybami na targu przy granicy, widziałam na własne oczy. Oni siedzą i jedzą na dworze, jak ludzie, a my tu w domu oddychać nie możemy.
— Może kłamią — powiedział Baki, bo chciał, żeby kłamali.
— Kłamią much, których nie ma? — Tui zaśmiała się krótko, bez wesołości. — Baki, ja przez dwadzieścia lat sprzedaję ryby i wiem jedno: kiedy jednym schnie towar, a drugim nie, to nie bogowie. To ktoś liczy. Ktoś tu robi porządek i wie dokładnie, po której stronie kogo postawić.
Tym razem się nie roześmiała po swoich słowach, i Baki to zauważył, bo Tui śmiała się zawsze, nawet ze złych rzeczy — a teraz stała ze ścierką w ręku i patrzyła w stronę Goszen, i pierwszy raz, odkąd ją znał, nie miała nic więcej do powiedzenia.
W pałacu wiadomość o tej granicy uderzyła mocniej niż same muchy. Senmut widział, jak kapłani naradzają się w korytarzach, twarze poszarzałe, bo to, co się działo, przestawało być klęską żywiołową, którą można było przypisać kaprysowi rzeki czy pory roku. To było wybieranie — i to, kogo oszczędzano, mówiło równie wiele co to, kogo karano.
Rahotep rozumiał lepiej niż inni, co oznacza granica narysowana ręką, której nikt nie widział. Bogowie Egiptu, jakich znał, władali żywiołami — Nilem, słońcem, wiatrem, ziarnem — i żywioł nie wybiera, komu szkodzi, tak jak ogień nie pyta, czyj dom podpala. Ale to, co widział teraz, nie było żywiołem. Było wolą, świadomą, celującą dokładnie tam, gdzie chciała celować, i omijającą dokładnie to, co chciała ominąć. Bóg, który wybiera, jest bogiem, z którym można się targować, ale jest też bogiem, przed którym nie da się ukryć za murem świątyni, bo mur nie jest dla niego przeszkodą większą niż granica pola. Tej nocy Rahotep, po raz pierwszy, odkąd przywdział szaty kapłańskie, modlił się dłużej, niż nakazywał rytuał, i nie był pewien, czy Re go słyszy.
Merenptah wezwał Mojżesza po raz drugi.
— Idźcie, złóżcie ofiarę waszemu Bogu — powiedział — ale w tym kraju.
— To niemożliwe — usłyszał Senmut odpowiedź Mojżesza, spokojną, bez cienia triumfu, co uderzyło go bardziej, niż uderzyłby triumf. — Egipcjanie obrzydzą sobie widok tego, co składamy w ofierze. Musimy odejść na trzy dni drogi na pustynię.
Faraon zgodził się, kiedy muchy jeszcze krążyły nad jego głową, i cofnął zgodę, kiedy zniknęły — Senmut zapisał to zdarzenie dwa razy tego samego dnia, raz z nadzieją, raz z rezygnacją, i po latach służby przy dworze uczył się już nie dziwić, że oba zapisy dotyczyły tego samego człowieka.
Nachon, stojąc na granicy Goszen, patrzył na czarną chmurę wiszącą nad polami egipskich sąsiadów i po raz pierwszy od tygodni pozwolił sobie na coś, co nie było jeszcze radością, ale już nie było też strachem.
— Rozdziela nas od nich — powiedział do żony. — Nie dlatego, że jesteśmy lepsi. Dlatego, że musi być widać, kto to robi.
Odesłanie
Powiedział jej to nocą, między jedną plagą a drugą, kiedy Goszen spał, a od strony Egiptu nie dochodził już żaden dźwięk prócz tego cichego, gęstego, który wydaje kraj bojący się jutra.
— Chcę, żebyś zabrała chłopców i wróciła do ojca. Do Midianu. Zanim wyruszymy.
Sefora nie odpowiedziała od razu. Siedziała przy lampie, z dłońmi na kolanach — te same dłonie, którymi kiedyś przy studni podała wodę obcemu zbiegowi z Egiptu — i patrzyła na niego długo, zanim powiedziała jedno słowo:
— Nie.
— Seforo…
— Przyjechałam z tobą do Egiptu — powiedziała, i głos miała spokojny, co u niej znaczyło, że jest bliżej gniewu, niż gdyby krzyczała. — Spakowałam dom, wsadziłam synów na osła, przejechałam pustynię, którą ty przejechałeś w drugą stronę uciekając, i nie zapytałam „po co", bo żona pyta „dokąd", nie „po co". A teraz, kiedy się zaczęło, kiedy jest naprawdę — odsyłasz mnie. Jak się odsyła sprzęt, który przeszkadza w robocie.
— Nie jak sprzęt.
— Więc jak?
Mojżesz usiadł naprzeciw niej, powoli, bo nogi już go tak nie słuchały jak kiedyś w Midianie, gdy biegał za owcami po zboczach.
— Posłuchaj, jak to będzie wyglądało — powiedział. — Nie wyjdzie stąd rodzina. Wyjdzie naród. Setki tysięcy ludzi, starcy, niemowlęta, bydło, chorzy, ci, co ledwo chodzą. Pójdziemy wolno, bo najwolniejszy narzuca tempo wszystkim. Przez pustynię, w której nie ma wody na tylu, w upale, który zabija słabych pierwszego dnia. A za nami — jeśli znam faraona, a znam go — pójdą rydwany. Ja nie wiem, czy my to przeżyjemy. Nie wiem, Seforo. I nie chcę patrzeć, jak Gerszom i Eliezer umierają z pragnienia dlatego, że ich ojciec musiał wyprowadzić cudzy lud.
— To jest twój lud.
— Teraz tak. — Powiedział to ciszej. — I to jest właśnie to, czego się boję.
Milczeli chwilę. Za ścianą namiotu ktoś przeszedł z pochodnią; cień przesunął się po płótnie i zniknął.
— Pójdziemy i tak w stronę Midianu — podjął. — Góra, do której mnie posłał, ta sama, przy której mnie znalazł, leży niedaleko ziemi twojego ojca. Nie odsyłam cię od siebie na zawsze. Odsyłam cię przodem — bezpieczną drogą, z chłopcami, do domu, w którym cię kochają — żebyś tam czekała, aż my dojdziemy. Jetro cię przywiezie do mnie pod górę. Przysięgam.
To była dobra mowa. Rozsądna. Sefora wysłuchała jej do końca i pokręciła głową, bo wiedziała o mężu jedną rzecz, której on sam o sobie nie wiedział: że kiedy Mojżesz mówi rozsądnie i długo, to znaczy, że prawdziwego powodu jeszcze nie powiedział.
— To nie o wodę chodzi — powiedziała. — I nie o rydwany. Powiedz prawdę. Nie mnie odsyłasz. Odsyłasz świadka.
Mojżesz nie odpowiedział, i to milczenie było odpowiedzią.
Bo Sefora nazwała to, czego on nie umiał nazwać sam. Patrzyła na niego od tygodni — na męża, którego poznała jako jąkałę pasącego cudze owce, człowieka tak zwyczajnego, że aż bezpiecznego — i widziała, jak z tygodnia na tydzień robi się w nim coraz mniej tego człowieka. Widziała, jak podnosi laskę i rzeka staje się krwią. Jak mówi, a niebo słucha. Jak wraca z rozmowy z Bogiem i przez pół dnia nie umie spojrzeć jej w oczy, jakby jego oczy były jeszcze pełne czegoś, na co ludzkie oko nie powinno patrzeć. I zaczęła się bać — nie jego; nigdy jego. Bać się, że pewnego ranka obudzi się obok kogoś, kto już nie jest jej mężem. Że mężczyzna, którego kochała, rozpuszcza się powoli w narzędziu, a ona patrzy na to i nic nie może zrobić.
— Ja już nie wiem, kim ty jesteś — powiedziała wreszcie, i pierwszy raz tej nocy głos jej zadrżał. — Kiedy się kładziesz obok mnie, leżę i nie wiem, czy leży przy mnie mój mąż, czy człowiek, przez którego przechodzi coś, co mnie spali, jeśli go dotknę w złej chwili. Czasem patrzę na ciebie śpiącego i myślę: to jeszcze on. A czasem patrzę i myślę: to już nie człowiek. To coś, co ma jego twarz. — Otarła oczy grzbietem dłoni, ze złością na własne łzy. — I ty to wiesz. Dlatego mnie odsyłasz. Nie żebym była bezpieczna. Żebym cię zapamiętała takim, jaki byłeś, zanim się skończysz.
Mojżesz długo nie mógł nic powiedzieć. A kiedy się odezwał, powiedział rzecz, której nie powiedział nikomu innemu w życiu — ani Aaronowi, ani Bogu, ani sobie samemu na głos.
— Ja też nie wiem, kim jestem — powiedział. — Boję się tego bardziej niż faraona i bardziej niż pustyni. Bo z faraonem umiem walczyć, a z tym, co się ze mną dzieje, nie umiem. Każdego dnia ubywa mnie, a przybywa tego drugiego, i nie wiem, kiedy się to zatrzyma, ani czy się zatrzyma, ani czy na końcu zostanie jeszcze ktoś, kto pamięta, że pasł owce i kochał kobietę przy studni. — Spojrzał na nią. — I dlatego masz rację. Odsyłam cię, żeby przy tobie została wolna cząstka mnie, ta, która jest jeszcze twoja. Bo jeśli zostaniesz i będziesz patrzeć, jak znikam dzień po dniu, to stracimy oboje: ty męża, a ja — ostatnie miejsce, w którym jestem jeszcze człowiekiem. A tak przynajmniej gdzieś, w Midianie, u twojego ojca, będzie żył człowiek, który pasł owce i miał żonę i dwóch synów. Nawet jeśli tu, na tej pustyni, zostanie już tylko ręka, przez którą przechodzi sąd.