Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Monolok - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 stycznia 2026
2872 pkt
punktów Virtualo

Monolok - ebook

„Bo to przecież różnie bywało, czasem świat, czyli Grochów, wyglądał, jakby ktoś przy przycinaniu baczków ciachnął ucho. A czasem jak niezamiecione włosy ułożone w dziwne podłogowe pukle. I pięknie, i strasznie trochę”.

Stary fryzjer z Grochowa wspomina ludzi, których strzygł, kobietę, którą kochał, i miasto blednące pod coraz grubszymi warstwami nowoczesności. Mówi, jakby golił czas: powoli, z wprawą, czasem pod włos. Urodził się w roku czterdziestym w Warszawie, „ani dobry rok, ani dobre miejsce”. Potem sierociniec, szkoła fryzjerska, miłość, praca, ludzie, miasto. Każde wspomnienie ciągnie za sobą następne, a jego własne życie plącze się w opowieściach tych, którzy siadali w jego fotelu, demokratycznie: doliniarz i profesor, ślusarz i literat. I płyną historie: o gołębiarzach, kociarach, siostrach tarocistkach, o zakopanych dzwonach, płonących łabędziach, niedowidzącym listonoszu i kobiecie rażonej piorunem. Wszystko w tym małym-wielkim kawałku Warszawy.

Monolok, ten traktat o strzyżeniu włosów, jest liryczną balladą o świecie, który trwa jedynie w pamięci, i wielką pochwałą daru snucia opowieści. „Bo nawet jeśli wszystko zmyślone, to przecież zostało”.

 

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8396-256-6
Rozmiar pliku: 745 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

To są wszystko takie rzeczy, panie, co się w nie nie wierzy. Jakby ktoś książkę w życie przepisał. I to z błędami. Taki był Janek, syn krawca. Porządny chłopak, mało pijący, brunet, elektryk. I raz tutaj, na Kobielskiej, wracał od kolegi. A to pierwszy przymrozek złapał, listopad, na tym liście. Ale pod nimi – szklanka. Bo padało cały dzień. Wiało jeszcze, w ogóle pogoda na nieudane samobójstwo. Ale on ponoć wesoły wracał, bo to imieniny czy coś, mówili potem, że nawet śmiał się, że się tej swojej oświadczy, że już pora, że ta wtyczka już gniazdko znalazła. I się poślizgnął, ale tak, że amen. Inny by nogę złamał normalnie albo rękę, może zęby sobie wybił. A zęby miał ten Janek wielkie, do śmiechu właśnie. No ale on na plecy, łbem w chodnik, może krawężnik, złamanie podstawy czaszki, jeśli nawet jęknął, to krótko, jak kot, gdy mu na ogon nadepnąć. Plama krwi i do rana nie była, bo zaraz znowu zaczęło padać i padało trzy dni, jak już dawno nie. Ta jego, ta narzeczona, to musiała wyjechać, bo się jej Kobielska krwią zalewała za każdym razem, jak obok szła. Mówiła: w każdej rynnie krew Janka, w każdej studzience. Popieprzyło jej się na całkiem i dziwota nie bardzo. Ponoć u ciotki zamieszkała w Bydgoszczy. A Janka położyli na Bródnie, bo tu jeszcze jego pradziadkowie mieszkali, krawcy wszyscy, jakby igłą robieni. Tylko on jeden elektryczny był fachowiec. A śmierć taka głupia… Matka i siostra na pogrzebie same wyglądały jak druty do niczego już niepodłączone, nic, tylko żeby je chłopaki zza Wschodniego wózkami na złom odwieźli. I jeszcze pies się po nim został, suka znaczy, wilczyca. I ona też nie dała sobie z tym rady, łaziła ponoć po mieszkaniu, węszyła, szukała, a on już przecież dawno w rodzinnym grobowcu. I zdechła od tego, z tęsknoty. Może jej się też ta krew pokazywała na spacerach? Choć inni mówią, że stara była. Ale ja znam serca psie, one na jednej nitce, szczególnie u wilczurów, jak na smyczy. I jak się ta nitka zerwała, to suka poszła, tyle że nie w tango za tory, a na tamten świat. I powiedz pan, trzy dni byś pan myślał i nie wymyślił, a było i już się nie odstanie. Ojciec jego też Kobielską nie chodzi, nadrabia kółkiem, choć stary przecież. A co ulica winna, lód był i na nim te liście, jak dywan z ruchomego piasku.

Bo to przecież różnie bywało, czasem świat, czyli Grochów, wyglądał, jakby ktoś przy przycinaniu baczków ciachnął ucho. A czasem jak niezamiecione włosy ułożone w dziwne podłogowe pukle. I pięknie, i strasznie trochę. Na Prochowej osiedlili Cyganów. To było, jakby koniom poprzecinać pęciny. Wszystko, z czego byli dumni, wszystko, co kochali, wrzucono do ludowego kosza i chciano z nich zrobić robotników. Ale co za robotnik z takiego Lalo? Konia ujeździć, na skrzypcach zagrać, ognisko rozpalić, żeby iskry poleciały na księżyc – to tak. Ale na obrabiarce robić? To jakby skrzypcami wbijać Panu Jezusowi gwoździe w serce. I to źle szło. Bo to nieprawda, że wszyscy Cyganie kradną, ale co mieli robić? Ile garnków można zadrutować i nie oszaleć? Ze szkoły ich dzieciaki uciekały, jakby je ławki parzyły, ich kobiety wróżyły, ale wróżenie ma sens, kiedy wróżonego już nigdy nie spotkasz. Bo jedziesz dalej, tabor się kołysze na nierównej drodze, wrócisz za dwa lata, nikt cię nie rozpozna, możesz znowu przepowiadać bruneta, pieniądze, śmierć. A tak? Co tydzień? Kto uwierzy? Nawet muzyka cichnie, bo co innego śpiewać pod lasem, z gwiazdami robiącymi za jupitery, a co innego w M3 pod żarówkami Polampu, model E-27, czterdzieści wat żółtego nieszczęścia. Mężczyźni pili. Na poważnie, Stołową albo czystą z Łańcuta, z centrali, na pięć przechyłów, z biciem, z krzykiem, z nienawiścią do świata, który ich osadził na tej Prochowej, by wybuchali po wódce jak granaty. A i te żony młode, powydawane, kiedy tylko było można, też pociągały. I potem się rodził taki Masio. No, znałem go z tych krótkich lat, kiedy bywał w szkole, strzygłem go wtedy u nas w zakładzie na 1 września. Głowa większa od ramion, nogi chude jak przedziałki, biodra krzywe, że ledwo chodził. Ale przeżył, łapał się każdego dobrego słowa, a na rok bywało ich może z dziesięć, każdego głaśnięcia, i to prędzej od matki, bo ojciec to wolałby raczej o Masiu zapomnieć. A ja go pamiętam. Pamiętam jesień deszczową, jakiś siedemdziesiąty piąty rok, może później. Na Paca kałuże jak jeziora, bo to trzydniówka. Nie gęsto, ale na ciągle. I ten Masio, już, nie wiem, szesnastoletni, klęczy nad kałużą i w dupie ma deszcz, w dupie ma brudne spodnie, w dupie ma sputniki, Gierka i Polskę. W dupie ma wszystko, co nie błyszczy wodniście. I srebrnym widelcem, na oko przedwojennym, wyławia z kałuży kamyki. Bo tam jeszcze asfaltu nie było. To może zresztą bardziej były ceglane drobinki, ale kamienie chyba też. I obok już spora górka, połów ułożony w kupkę. Masio, co robisz? Kamyki łowię! Do dziś go widzę, brwi miał czarne i złączone nad nosem, uśmiech podwąsaty i tę melodię cygańską w głosie: kamyki łowię. Zobacz, jakie piękne. Szkoda mi go było, z jego bratem grałem za dzieciaka w piłkę, mówię: Masio, już nałowiłeś, idź do domu, matka ci jajek usmaży. Ale on tylko kiwa tą wielką głową, jak te pieski we Fiatach na półce, i powtarza, nawet, cholera, podśpiewuje: _najgatje najmiekamaw, najgatje najmiekamaw_. Do dzisiaj, jak muszę pójść do urzędu, na pogrzeb, to sobie nucę: _najgatje najmiekamaw_. To rozumiałem, bo tyle lat obok: nie, nie chcę. Ale jak w końcu przyszła jego matka, to już przestałem rozumieć. Słów za dużo. Ale mówiła do niego tak, jak się mówi do kota, który drapie drzwi, jak do psa, który nie chce wracać ze spaceru. Łagodnie, z tą melodią, co jest podobno z Indii, z najstarszych czasów. Jak nie było klientów, to się naczytałem z nudów, o Cyganach też. I w końcu wstał, spojrzał tylko jak na skarb na to, co wyłowił, potem na mnie z wyrzutem i poszedł pokornie w objęciu matki, w cieniu jej czarno-różanej chusty. W domu go czekały gorsze rzeczy niż deszcz, łowienie widelcem w kałuży, błoto grochowskie. Dlatego nie chciał iść.

Jak Masio umarł? A to wiadomo, czy umarł? Zniknął któregoś lata. Jakby go wygumkowali. Żadnych klepsydr nie było. Widział ktoś może cygańską klepsydrę? Państwo ich usidliło, ale doliczać się poszczególnych Masiów, Lalów to już raczej nie było komu. Lubię myśleć, że daleko, na Gocławiu albo i Bielanach, siedzi Masio, siedzi na zawsze, ma długi, posrebrzany widelec i z Balatonu albo z Jeziorka Gocławskiego wyciąga srebrne ryby, ciężkie jak kamienie.

Zresztą, co ja tam wiem, żyli obok, ale po swojemu jednak, o sobie nic prawie nie mówili. Chciałem się kiedyś w takiego szpaka zamienić, jak u Kleksa był, tylko żeby rozumiał po cygańsku. To bym poleciał na parapet któryś na Prochowej i posłuchał, co o nas gadają, jak my ich dziwimy, śmieszymy, straszymy. Jak Lalo opowiada o jakimś Jasiu, tak jak ja o Masiu.

Bo z tymi zmarłymi to w ogóle… Niedawno spotkałem tu takiego barmana z baru na Wiatraku. Baru już nie ma, ale facet jest. I on mnie pyta: nie tęskni pan? Bo my na pan, choć tak bardziej dla żartów, bo się ze czterdzieści lat znamy. I ja mu na to: proszę pana, ja już dawno postanowiłem, że moi zmarli żyją, tylko nie udaje się nam ostatnio spotkać. Chodzimy równoległymi ulicami, Niepodległości i Puławską, Czerniakowską i Sobieskiego, Kickiego i Siennicką. Holoubek ciągle gra w teatrze, tylko ja nie wiem w którym. Tadek Nalepa jeździ w trasy, ale omija to miasto, a moja żona po prostu sobie kogoś znalazła. Normalne sprawy…

Czy ją kochałem? Cały czas ją kocham, proszę pana. Ja się urodziłem w czterdziestym roku na Woli, ani dobry rok, ani dobre miejsce. Tatę zastrzelili w trzecim dniu powstania, a z mamą nas rozdzielili na Zieleniaku i strach pomyśleć, co z nią. Uznana za zmarłą. Do Pruszkowa dotarłem z jakąś ciotką-sąsiadką. Ale po wojnie się okazało, że to żadna rodzina, a ona miała trójkę swoich, i bez męża, bo go pod tą samą ścianą co mojego ojca… Słowem: bidul. Państwowy dom dziecka. I tam, pan rozumiesz, z miłością krucho, dobre były kobity, nie biły, jeść dawali i w niepodartym chodziliśmy, ale to tyle. Ja już chyba wtedy uznałem, że śmierci nie ma, i tę moją mamę i tatę swojego miałem ze sobą, tylko byli daleko, może w Anglii, może w Rosji, i, cholera, okruchy ich gestów, pogłaskanie, zmierzwienie włosów, buziak przed snem, ja sobie odtwarzałem. Może dlatego inny trochę byłem? I potem po powszechnej szkole nas wysyłali: chłopaków do budowlanki, dziewczyny do fryzjerskiej. Ale ja z dziewczynami poszedłem. Bo ja, panie, przepraszam, chujów i kurew tyle się nasłuchałem, że miałem ochotę na coś innego. I narobiłem się też fizycznie za dzieciaka. Silny byłem, ale mi nie pasowało, czego innego chciałem. Czy był pedał pan Antoni, co mnie wszystkiego nauczył, jak już na praktyki poszedłem? Jeszcze jak był pedał, ale nigdy grubego słowa nie powiedział, uczył jak swoje własne dziecko i w dodatku mi pokazał, że jest teatr, że jest muzyka, że można wino wypić z szarlotką, a nie tylko gołdę i śledzie. Bo śledzi to ja się najadłem w domu dziecka, jakbym miał na drugie Bałtyk. Do dzisiaj nie lubię. Pan Antoni zresztą i teraz strzyże, stuknęło mu sto lat w zawodzie, tylko się przeniósł do zakładu w Paryżu, jak zawsze marzył, klientom mówi _bonjour_ i wieczorem pija czerwone, pod krawatem, z nieskazitelnie białą serwetą pod brodą. I tam, w szkole, poznałem tę moją, i ona mnie wszystkiego o miłości nauczyła. Pięćdziesiąt lat się kochaliśmy. To już człowiek przywykł i kocha.

Ten barman tak popatrzył trochę jak na wariata, ale potem się uśmiechnął.

– Chodź pan na ławkę na Paca, to i ja panu coś opowiem. Bo już nie mam komu. Opowiem panu, jak kot zjadł pijaka. Ale to później, później, nie tak się powinno zaczynać, od razu od najlepszej części. Inaczej się powinno opowiadać, znam się na tym przecież, bo słyszałem tysiące dobrych historii i tysiące złych, pokracznych, niedokończonych, porwanych jak kiedyś gazeta w kiblu. Choć z drugiej strony niedokończona, że tak powiem, historia też może mieć swoją urodę, swój szwung. Czterdzieści lat byłem barmanem w Barze Mambo, a bar był mniejszy od mojego mieszkania, pamiętasz pan: wódka, piwo, mała garmażerka, czterech albo siedmiu facetów, wysokie stołki przy kontuarze i dwa stoliki ze szkłem, które przeciera się cztery razy dziennie, żeby widzieli swoje odbicia, żeby widzieli, kim są. Bo w knajpie łatwo zapomnieć, wlewając w siebie kolejne pięćdziesiąt gram, opowiadając historie, łatwo się w opowieści zaklinować, być największym grochowskim bandytą, najskuteczniejszym babiarzem w mieście albo bogaczem na zakręcie. Na takim długim zakręcie, że zdaje się jak prosta i idzie się w tej opowieści bajerem i żwawo, a przecież gdyby taki nagle wstał od stolika, zeskoczył ze stołka, to tylko szkło by potłuczone zbierać i karetkę wzywać. Dlatego dobry kompan, dobry pijak i dobry barman nie powinni przerywać czyjegoś gadania, powinni dać się dotoczyć historii do końca, jaki by tam farmazon nie błyszczał, jaka bzdura nie powoziła. Mój bar był w tej naszej biednej dzielnicy, co to zniknęła już prawie pod nowymi blokami, pod Żabkami, Biedronkami i budami kebabów. Ale kiedyś to była fest dzielnica, sam pan wiesz, z ludźmi z krwi, kości i blagi. Ze wspaniałymi dziwkami, złodziejami na emeryturze i opowiadaczami na tip-top, co mogli zacząć historię o piętnastej nad małym piwem, a skończyć o dwudziestej trzeciej, tuż przed zamknięciem na ostatnią dużą wódkę, na śmiech podobny do zgrzytu klucza w zamku, no, do domu, do domu, czy tam na melinę, gdzie was miasto poniesie, jutro przyjdźcie znowu z nowymi historiami, z nowymi kawałami, ze starym, podzisiejszym kacem, na którego jakoś poradzimy.

Ten, co opowiadał o kocie, sam był jak historia, trzydzieści lat przychodził, najpierw młody złodziej, potem po odsiadce drobny biznesmen, a pod koniec już tylko wdowiec bez floty, ale znali go wszyscy i lubili, jak gadał, więc nawet wtedy zawsze miał coś w kieliszku albo w kuflu, zawsze się znalazł ktoś, kto mu nalał za historyjkę, za żart, za wspomnienie. A ten gadał: przyjechali raz milicjanci do domu tego złodziejskiego naprzeciw dawnej fabryki, wiadomo, awantura domowa, znali takie adresy lepiej niż swoje. Zajeżdżają, spokojnie, dostojnie idą na górę, bo do czego tu się spieszyć, a poza tym żarówkę znowu ktoś podpieprzył i na starych, jeszcze dowojennych schodach można nieprzyjemną kontuzję złapać. Weszli, pukają i proszą grzecznie: Milicja! Otwieraj, Janiak, skurwysynu zatracony. A tam nic, cisza jak we wnętrzu balonu, no to dawaj na chama, z bara milicyjnego, a zamek tam był złodziejski, na mocniejsze popchnięcie. Weszli i patrzą: na wersalce Janiak z kobitą i pies, taki mały pikuś. I ten pikuś powarkuje, a oni już nie. On ma majcherek elegancko w wątrobie, a ona ciemne plamy na szyi, jakby jej szalik zafarbował. No ale szaliki nie zostawiają odcisków grubych paluchów. Po latach wojen taki im się remis trafił, milicjanci wezwali kogoś z szarżą, doktora i tak dalej, no bo to jednak dwa trupy na dziurawej od fajek kanapie, i tylko pikusia wzięła potem sąsiadka, ta, co wódkę zawsze miała dla niedopitków, Kowalska, staruszka jak inne.

Tu mu chłopaki zamówili kieliszek, bo choć część z nich znała historię Janiaka i oczywiście Kowalską, to miło spędzili paręnaście minut, a ten, pokrzepiony, że tak powiem, gołdą, dawał dalej: albo to dawno już tu, w Corze, taki był wicezastępca kierownika czegoś tam i miał gabinet przez ścianę z szatnią. A tam się przebierało trzy tysiące kobiet, no, nie naraz i nie jedna szatnia była, ale jemu starczało, i za obrazem z Leninem sobie dziurkę wydłubał na kierownicze oko. Większość tam była robotnic, szwaczek umęczonych, same jak filc szare, ale były i igiełki przecież tuż po szkole, jak się zmiana kończyła, to bateria chłopaków przed bramą zawsze stała, na tańce zabrać albo na ciastko. I ileś lat ten wicezastępca kierownika działu przekładania papierków filował sobie przez tę dziurkę, sześć tysięcy sutków widział i tylko Lenin zdjęty na niego patrzył z podłogi, jak to Lenin, twardo, rewolucyjnie, to go potem twarzą do ściany stawiał, ale kto go tam wie, może nawet leninowskie oko do dziurki przytykał, żeby i wódz miał coś z nieżycia? No, dziwny to był facet, ten prawie kierownik, dziewczyny mówiły, że jak stawał obok, to mrówki chodziły po plecach, tak patrzył, tak się uśmiechał. I pewnie do emerytury by sobie przez tego erotycznego judasza zerkał, ale mu było mało i zdjęcia zaczął robić jakąś Smieną, i go igiełki usłyszały, i dziurkę wykryły. Poszły na skargę do sekretarza POP, do dyrektora, ale młyny do spraw takich wicezastępców mielą powoli, ktoś mu po drodze chyba szepnął słówko i jak szefowa związków komisyjnie w obecności dyrektora i sekretarza zdjęła Lenina ze ściany, to tam wszystko było zaszpachlowane i pobrudzone, jakby lata wisiało, zawodowa robota.

_Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży._
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij