Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Morderstwa w Marble Hall - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 marca 2026
49,99
4999 pkt
punktów Virtualo

Morderstwa w Marble Hall - ebook

Wyjątkowo inteligentna i wciągająca powieść, w której różnica między fikcją a rzeczywistością jest też różnicą między życiem a śmiercią.

Kryminał, który może cię zabić.

Susan Ryeland redagowała już dwie powieści o słynnym detektywie Atticusie Pündzie i za każdym razem omal nie zginęła. Daje się jednak namówić na opracowanie trzeciej. Kolejny tom serii tworzy Eliot Crace, wnuk Miriam Crace, zmarłej przed dwudziestu laty najpoczytniejszej autorki książek dla dzieci. Eliot wierzy, że babka została otruta. Gdy zdradza Susan, że tożsamość jej zabójcy ukrył w powstającej powieści, redaktorka już wie, że znów wpadła w tarapaty. Pracując nad tekstem kryminału Pünd: ostatnia sprawa, którego akcja toczy się w egzotycznej scenerii południowej Francji, odkrywa, że… sama stała się celem. Wygląda na to, że komuś w rodzinie Eliota bardzo zależy na tym, by powieść nie została ukończona. I że jest gotów zrobić wszystko, by dopiąć swego...

Anthony Horowitz jest bez wątpienia najwybitniejszym z naszych autorów kryminałów. -„Sunday Times”

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8338-637-9
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

NOWE ROZDANIE

Czy naprawdę ist­nieje coś takiego jak szczę­śliwe zakoń­cze­nie?

Gdy myślę o książ­kach, które kocha­łam przez całe życie, jestem świa­doma, że speł­nie­nie zawsze dawał mi ostatni roz­dział; to on przy­no­sił poczu­cie, że warto było poznać tę opo­wieść. Wciąż pamię­tam, jaką ulgę czu­łam jako bar­dzo młoda dziew­czyna, gdy Czarny Książę odnaj­do­wał spo­kój i bez­pie­czeń­stwo w Bir­twick Park albo gdy Mary i Colin bawili się razem w swym ide­al­nym, tajem­ni­czym ogro­dzie. Nieco póź­niej gorącz­kowo prze­wra­ca­łam kartki, gdy Emma w końcu sobie uświa­da­miała, że kocha pana Kni­gh­tleya, albo gdy Jane Eyre rodziła pierw­szego syna panu Roche­ste­rowi.

Czy żyli potem długo i szczę­śli­wie? Ależ tak! Jak w ogóle można podej­rze­wać, że było ina­czej? Wła­śnie ta pew­ność kar­miła moją miłość do lite­ra­tury i dla­tego nawet nie przy­szło mi do głowy, że Mary i Colin mogliby doro­snąć i roz­stać się w gnie­wie albo że Czarny Książę mógł tra­fić do rzeźni i podzie­lić los Bok­sera z _Fol­warku zwie­rzę­cego_, kolej­nej powie­ści, którą pochło­nę­łam jako nasto­latka. Ile czasu potrze­bo­wa­łaby Emma, by wró­cić do daw­nego życia? I kiedy pan Roche­ster znie­na­wi­dziłby los inwa­lidy pod opieką Jane?

Naj­więk­szą zaletą prozy jest to, że bez względu na trudy prze­prawy jej finał zawsze jest nie­unik­niony. Nawet gdy umiera główny boha­ter – pomyślmy choćby o ofie­rze Syd­neya Car­tona w _Opo­wie­ści o dwóch mia­stach_ albo o smut­nym końcu Micha­ela Hen­charda z _Bur­mi­strza Caster­bridge_ – to nie­trudno zauwa­żyć, że inne roz­wią­za­nie nie ist­niało, i w tym trzeba zna­leźć pocie­sze­nie. „Nie ma wyboru – tak musi być”, pisze Hardy.

Praw­dziwe życie, ze swymi niu­an­sami i mean­drami, nie jest, rzecz jasna, tym samym co lite­ra­tura piękna, a już zwłasz­cza życie w dwu­dzie­stym pierw­szym wieku. Źli pro­spe­rują, dobrzy idą z tor­bami. Wystar­czy poczy­tać gazety albo media spo­łecz­no­ściowe, by z łatwo­ścią uwie­rzyć, że nie ma na tym świe­cie spra­wie­dli­wo­ści i tak naprawdę nikt nie jest szczę­śliwy.

Wie­rzy­łam, że zostanę z Andre­asem na zawsze. Kocha­łam go i choć zda­rzały się chwile, w któ­rych mie­li­śmy ochotę nawza­jem się udu­sić, to naprawdę zda­wało mi się, że w końcu odna­la­złam się na Kre­cie, pośród gajów oliw­nych, brzęku kozich dzwon­ków, roz­ko­szu­jąc się ide­al­nymi zacho­dami słońca i kola­cjami w gro­nie przy­ja­ciół przy dłu­gich sto­łach w cie­niu bugen­willi. To było moje pry­watne szczę­śliwe zakoń­cze­nie – a może raczej byłoby, gdyby moje życie było powie­ścią.

Kreta jed­nak ni­gdy nie stała się moim zakąt­kiem na ziemi. Mogłam tam spę­dzić tydzień, mie­siąc, nawet rok… ale całe życie? Patrzy­łam na bar­dzo sędziwe panie sie­dzące przed domami, odziane od stóp do głów w czerń, i zasta­na­wia­łam się: czy wła­śnie taka się stanę? Śro­dowy targ, zbiory oli­wek pod koniec paź­dzier­nika, imie­niny wśród ciast i cia­ste­czek, śluby i chrzciny z nie­zmien­nym zesta­wem sztucz­nych ogni? Nie, to nie byłam ja. Chwi­lami wręcz nie zno­si­łam piękna kra­jo­brazu, który mnie uwię­ził, i zacho­dzi­łam w głowę, ile to życia omija mnie z daleka tu, za górami. Każ­dego ranka pły­wa­łam w olśnie­wa­jąco błę­kit­nej wodzie i wra­ca­łam na brzeg w mgli­stym prze­ko­na­niu, że nie odpły­nę­łam dosta­tecz­nie daleko.

Wbrew prze­ciw­no­ściom losu hotel Poly­do­rus, który Andreas kupił, a ja poma­ga­łam pro­wa­dzić, radził sobie zna­ko­mi­cie. Mie­li­śmy rezer­wa­cje na cały sezon, taras od strony morza dniem i nocą był pełen gości, Andreas roz­wa­żał nawet, czy nie kupić kolej­nej nie­ru­cho­mo­ści po dru­giej stro­nie Agios Niko­laos, w pobliżu plaży Ammo­udi. To spra­wiło, że na hory­zon­cie poja­wił się znowu jego kuzyn i wspól­nik Yan­nis; od tej pory stali się nie­mal nie­roz­łączni… a ja czu­łam, że pomału odjeż­dżam na boczny tor. Jako wolny strze­lec zaczę­łam znowu reda­go­wać – dla nowego wydaw­nic­twa, Cau­ston Books – i wła­śnie koń­czy­łam pracę nad trze­cim z serii bar­dzo dobrych skan­dy­naw­skich kry­mi­na­łów w stylu noir. Czy to, że sie­dzia­łam z kom­pu­te­rem na bal­ko­nie mojej sypialni, wysy­ła­łam notatki e-mailem i spo­ty­ka­łam się z ludźmi przez Zoom, w ogóle miało sens? Co ja wła­ści­wie wypra­wia­łam? Moja głowa była w Lon­dy­nie, a serce już nie nale­żało do Krety.

Rany. Brzmi to wszystko jak sym­fo­nia jęków, a prze­cież wcale nie o to mi cho­dziło. Po pro­stu pró­buję wyja­śnić, dla­czego w końcu uzna­łam, że już dość i pora wró­cić do domu. Andreas zawiózł mnie na lot­ni­sko Hera­klion, lecz mimo że w hali odlo­tów przy­tu­li­li­śmy się czule, oboje wie­dzie­li­śmy, że to ostatni raz, że pod­ję­łam słuszną decy­zję i że – choć na zawsze pozo­sta­niemy przy­ja­ciółmi – nie jeste­śmy już zako­chani. Przy­naj­mniej nie w sobie nawza­jem. Gdy samo­lot wspi­nał się na wyso­kość dzie­wię­ciu tysięcy metrów, myśla­łam o wszyst­kich tych cudow­nych chwi­lach, które spę­dzi­li­śmy razem. Bolało, gdy zosta­wia­łam te wspo­mnie­nia za sobą, porwane pędem powie­trza, ale wie­dzia­łam, że tak trzeba. Mia­łam pięć­dzie­siąt pięć lat i zaczy­na­łam nowe życie.

Wró­ci­łam na Cro­uch End w pół­noc­nej czę­ści Lon­dynu. Wła­śnie tam miesz­ka­łam, gdy pozna­łam Andre­asa, i czu­łam się tam kom­for­towo. Zna­łam w oko­licy mnó­stwo ludzi, a i dojazd do Suf­folk był dogodny, gdy mia­łam ochotę zoba­czyć się z moją sio­strą, Katie. Dawne miesz­ka­nie sprze­da­łam, żeby kupić hotel, ale wcale nie wyszłam na tym źle. Andreas spła­cił moje udziały z nawiązką, gdy więc dorzu­ci­łam oszczęd­no­ści i prze­ko­na­łam bank, że może mi udzie­lić kre­dytu hipo­tecz­nego, który pra­wie będę w sta­nie spła­cać, mia­łam dość pie­nię­dzy, żeby kupić nowe miesz­ka­nie, led­wie o kilka ulic od moich sta­rych śmieci. Była to jed­no­po­zio­mowa sute­rena z dwiema sypial­niami (z któ­rych jedna miała mi posłu­żyć jako gabi­net), przy­zwo­itej wiel­ko­ści kuch­nią połą­czoną z salo­nem oraz nie­dużą łazienką, wci­śniętą pod schody wio­dące do dwóch miesz­kań powy­żej. Praw­dziwą perełką był ogró­dek za podwój­nymi drzwiami bal­ko­no­wymi, z odro­biną bruku, murem poro­śnię­tym blusz­czem oraz dosta­teczną ilo­ścią zie­leni, by stwo­rzyć ilu­zję, że to uro­czy zaką­tek na wsi. Od ulicy dzie­liły go dość koślawe drzwi – oto mia­łam swój tajem­ni­czy ogród. Była w nim nawet mętna sadzawka z dwiema zło­tymi ryb­kami, któ­rym nada­łam imiona: Hero i Lean­der.

Kolejne trzy mie­siące minęły w eks­pre­so­wym tem­pie. Przy­je­cha­łam aku­rat w sezo­nie wio­sen­nych wyprze­daży i wpa­dłam w szał zaku­pów: wybra­łam meble, akce­so­ria i wszystko, czego potrze­bo­wa­łam w kuchni: garnki, patel­nie, kie­liszki, a nawet nowy zlew. Zna­la­złam też miej­sco­wych budow­lań­ców, któ­rym zle­ci­łam reno­wa­cję łazienki i malo­wa­nie nie­któ­rych poko­jów. Dla sie­bie zaś kupi­łam cał­kiem nowe ubra­nia, gdyż te, które nosi­łam na Kre­cie, w Lon­dy­nie były kom­plet­nie bez­u­ży­teczne. Zaraz potem wyda­łam pie­nią­dze na nie­po­trzeb­nie zabyt­kową szafę, żeby to wszystko gdzieś pomie­ścić. Wojo­wa­łam z hydrau­li­kami i elek­try­kami, a potem spę­dzi­łam godziny z tele­fo­nem w ręku, cze­ka­jąc na roz­mowy z dostaw­cami Inter­netu i agen­tami ubez­pie­cze­nio­wymi. Naj­lep­sze z tego wszyst­kiego było zaś to, że oca­li­łam mojego sta­rego MGB Road­stera, któ­rego nie zdą­ży­łam sprze­dać, wyjeż­dża­jąc z kraju – być może w głębi duszy wie­dzia­łam, że pew­nego dnia będzie mi jesz­cze potrzebny. Dopiero gdy wypro­wa­dzi­łam go z absur­dal­nie dro­giego garażu w King’s Cross i bez­tro­sko wyprze­dza­łam wóz poli­cyjny na High­gate Hill, dotarło do mnie, jak roz­sąd­nie postą­pi­łam, zatrzy­mu­jąc sobie ten samo­chód, i jak bar­dzo stał się czę­ścią mojego życia.

Odwie­dzi­łam sta­rych zna­jo­mych i poszłam na kilka książ­ko­wych pre­mier, by obwie­ścić światu, że wró­ci­łam na dobre. Poje­cha­łam też do Suf­folk i zatrzy­ma­łam się u Katie, która – od nie­dawna roz­wie­dziona – podob­nie jak ja miesz­kała teraz w nowym domu. Spo­ty­kała się z kimś z cen­trum ogrod­ni­czego, w któ­rym pra­co­wała, a ja jesz­cze ni­gdy nie widzia­łam jej szczę­śliw­szej i bar­dziej pew­nej sie­bie. To ona prze­ko­nała mnie, żebym adop­to­wała kota, któ­rego wcale nie chcia­łam; zgo­dzi­łam się na to dopiero wtedy, gdy w schro­ni­sku obie­cali, że nie zeżre mi zło­tych rybek. Zabra­łam się wresz­cie do czy­ta­nia Jamesa Joyce’a, a było to wyzwa­nie, z któ­rym pró­bo­wa­łam się zmie­rzyć od zakoń­cze­nia stu­diów. Dokoń­czy­łam też reda­go­wa­nie tek­stu, nad któ­rym pra­co­wałam, kil­koma drob­nymi zmia­nami dopiesz­cza­jąc kolejny per­fek­cyjny triumf Politisjefinspectør Heidi Gun­der­sen z nor­we­skiej poli­cji.

Obu­dzi­łam się w czerw­cowy pora­nek w miesz­ka­niu zala­nym słoń­cem. Hugo – mój kot – obser­wo­wał mnie z nie­du­żego fotela, który zaanek­to­wał na swoje stałe lokum. Prze­czy­ta­łam dwa­dzie­ścia stron _Dubliń­czy­ków_, przej­rza­łam gazetę na iPa­dzie, a potem wzię­łam prysz­nic i zja­dłam śnia­da­nie. Wła­śnie w takich chwi­lach naj­bar­dziej bra­ko­wało mi Andre­asa. Może to dziwne, ale samotne wsta­wa­nie z łóżka zawsze przy­gnę­biało mnie bar­dziej, niż to, że kła­dłam się sama. Nasta­wi­łam czaj­nik i wła­śnie się­ga­łam po kawę, gdy ode­zwała się moja komórka.

Dzwo­nił Michael Flynn, naczelny z Cau­ston Books, a więc w prak­tyce mój szef. Zna­łam go jedy­nie z Zooma, ale to wystar­czyło, bym od razu wyobra­ziła sobie jego krą­głą twarz, prze­rze­dzone już włosy oraz oku­lary wiszące na sznurku, bo, jak mi powie­dział, wiecz­nie gdzieś je gubił. Zwy­kle nosił mary­narkę i kra­wat, ale rów­nie dobrze mógł być nagi od pasa w dół, bo tylko górną połowę jego ciała widy­wa­łam, gdy spo­ty­ka­li­śmy się online. Nie wie­dzia­łam nawet, czy w ogóle ma nogi.

– Jak leci? – zapy­tał.

Już wcze­śniej mówi­łam mu, że wró­ci­łam do Lon­dynu, ale od tam­tej pory roz­ma­wia­li­śmy tylko parę razy.

– Świet­nie, dzię­kuję – odpo­wie­dzia­łam.

– A jak tam nowy dom?

– To tylko miesz­ka­nie. Ale jestem bar­dzo szczę­śliwa. Pasuje mi pod każ­dym wzglę­dem.

– Miło mi to sły­szeć. Posłu­chaj, wiem, że dzia­łam z zasko­cze­nia, ale czy nie mogła­byś dzi­siaj do mnie wpaść?

– Dosta­łeś tę nową książkę o Gun­der­sen, którą ci wysła­łam?

– Dosta­łem, wszystko gra, ale mamy coś nowego i muszę przy­znać, że była­byś ide­alna do tej roboty.

– Wyślesz mi tekst?

Przez chwilę w słu­chawce pano­wała cisza.

– To nie takie pro­ste. Myślę, że powin­ni­śmy poroz­ma­wiać. Wpad­nij koło połu­dnia, to zjemy razem lunch.

– Zain­try­go­wa­łeś mnie, Michael. W takim razie będę o dwu­na­stej. Naprawdę nie powiesz mi, o co cho­dzi?

Kolejna pauza.

– O Atti­cusa Pünda – odpo­wie­dział i roz­łą­czył się.CIĄG DALSZY NASTĄPI

Redak­cja Cau­ston Books mie­ściła się na skraju Vic­to­rii, oko­licy nie­szcze­gól­nie koja­rzo­nej z lite­ra­turą piękną. Zaj­mo­wała przy­zie­mie i cztery pię­tra nowo­cze­snego biu­rowca z wej­ściem jak do ter­mi­nalu lot­ni­ska, bufe­tem na par­te­rze oraz win­dami, do któ­rych trzeba było mieć elek­tro­niczny iden­ty­fi­ka­tor. Masze­ru­jąc przez hol pełen ekra­nów tele­wi­zyj­nych, na któ­rych migały raz po raz okładki ksią­żek – choć żad­nej praw­dzi­wej książki nie było w zasięgu wzroku – pomy­śla­łam o tym, jak długą karierę mam już za sobą. Dawno minęły dni nie­za­leż­nego domu wydaw­ni­czego upchnię­tego gdzieś w sta­rej wozowni, za solid­nymi drew­nia­nymi drzwiami i oknami wyku­szo­wymi. Spę­dzi­łam w Clo­ver­leaf jede­na­ście lat i przy­zwy­cza­iłam się do wąskich kory­ta­rzy, mar­nego oświe­tle­nia i poko­jów, które chyba spe­cjal­nie urzą­dzono tak, by jak naj­trud­niej było zna­leźć tych, któ­rzy naprawdę coś zna­czyli w wydaw­nic­twie. Z dru­giej jed­nak strony, gdy leża­łam pół­przy­tomna, a pło­mie­nie ocho­czo poże­rały wszystko wokół mnie, przy­szło mi na myśl, że te boaze­rie na ścia­nach, zaku­rzone dywany i zasłony, które w sumie nada­wały temu miej­scu cha­rak­ter, cał­kiem dosłow­nie nie dadzą mi żyć, więc jeśli jakimś cudem prze­trwam, trzeba będzie pomy­śleć o zmia­nach. Otwarte prze­strze­nie z rów­nymi rzę­dami biu­rek oddzie­lo­nych szkla­nymi prze­pie­rze­niami, jed­nakowe meble i oświe­tle­nie przy­ja­zne pra­cow­ni­kom być może nie miały w sobie wiele z ducha T.S. Eliota czy W. Somer­seta Mau­ghama, ale przy­naj­mniej nikogo nie pró­bo­wały zabić.

Tak czy ina­czej, to nie archi­tek­tura i nie wypo­sa­że­nie biur odróż­nia jed­nego wydawcę od dru­giego. To ludzie. Gdy krótko przed połu­dniem wcho­dzi­łam do sie­dziby Cau­ston Books, wła­śnie Jeanette – recep­cjo­nistka, któ­rej ni­gdy wcze­śniej nie spo­tka­łam, ale która wie­działa, że przyjdę, i powi­tała mnie jak starą przy­ja­ciółkę – spra­wiła, że poczu­łam się jak w domu. Wrę­czyła mi obo­wiąz­kową smycz, otwo­rzyła pra­wie lot­ni­skową bramkę bez­pie­czeń­stwa, a nawet pomo­gła zapro­gra­mo­wać windę tak, by zabrała mnie pro­sto do celu.

Michael Flynn cze­kał na mnie na czwar­tym pię­trze. Był bez kra­wata, ale na szczę­ście miał i nogi, i spodnie. Spo­ty­ka­li­śmy się po raz pierw­szy, lecz prze­cież nie byli­śmy sobie obcy, dla­tego nie waha­li­śmy się długo i zamiast podać sobie ręce, zde­cy­do­wa­li­śmy się na bar­dziej nowo­cze­sny przy­ja­zny uścisk. Dopeł­niw­szy powi­tal­nego rytu­ału, Michael popro­wa­dził mnie kory­ta­rzem mię­dzy rega­łami peł­nymi ksią­żek z jed­nej strony a tłum­kiem ludzi w dżin­sach i T-shir­tach z dru­giej. Wszy­scy gar­bili się przed moni­to­rami, z małymi bia­łymi słu­chaw­kami wetknię­tymi w uszy; wszy­scy też byli co naj­mniej o dwa­dzie­ścia lat młodsi ode mnie.

W sali kon­fe­ren­cyj­nej, którą dla nas wybrał, zasie­dli­śmy po prze­ciw­nych stro­nach stołu, o wiele za dużego dla dwojga ludzi i oto­czo­nego wol­nymi krze­słami. Od razu zauwa­ży­łam, że oprócz ter­mosu z kawą, mleka i her­bat­ni­ków czeka na mnie maszy­no­pis. Spo­czy­wał na nim, zapewne nie­przy­pad­kowo, notat­nik. To wła­śnie był powód naszego spo­tka­nia.

– Bar­dzo się cie­szę, że przy­szłaś, Susan – zagaił Michael. – Napi­jesz się kawy?

– Tak, dzię­kuję.

Moż­liwe, że kawa cze­kała tu na mnie od godziny, ale wciąż była gorąca. Praw­dziwy Michael Flynn podo­bał mi się bar­dziej niż jego ekra­nowy wize­ru­nek. Na żywo wydał mi się sil­niej­szy; pew­nie nie bez powodu zaj­mo­wał pro­mi­nentne sta­no­wi­sko w fir­mie zatrud­nia­ją­cej ponad setkę ludzi. O dziwo, był jed­no­cze­śnie jakby cich­szy i bar­dziej ludzki niż pod­czas naszych poprzed­nich roz­mów. To wła­śnie jest naj­gor­sze w Zoo­mie: dostar­cza obraz i dźwięk, ale wysysa prak­tycz­nie wszystko inne.

– I jak ci się żyje znowu w Lon­dy­nie? – zapy­tał. W jego wymo­wie była ele­gan­cja spi­ke­rów BBC z cza­sów dru­giej wojny świa­to­wej.

– Dziw­nie.

– Ale wró­ci­łaś na stałe?

– Tak sądzę.

– To dobra wia­do­mość, bo sie­dząc na Kre­cie, wyko­ny­wa­łaś dla nas świetną robotę, ale wydaje mi się, że mając cię pod ręką, będziemy mogli zaofe­ro­wać jesz­cze cie­kaw­szy mate­riał.

– Czy to ozna­cza, że zostanę przy­jęta na etat? – spy­ta­łam. Jako wol­nemu strzel­cowi pła­cili mi od godziny, a może raczej od słowa, i nie mogłam korzy­stać z żad­nych bene­fi­tów czy pra­cow­ni­czego ubez­pie­cze­nia.

Michael lekko zmru­żył oczy, a ja pomy­śla­łam, że nie­chcący zde­ner­wo­wa­łam go pyta­niem pro­sto z mostu.

– Oba­wiam się, że w tej chwili nie ma takiej moż­li­wo­ści – odpo­wie­dział. – Ale, jak już mówi­łem przez tele­fon, mamy dla cie­bie nowy pro­jekt. Jeśli sobie pora­dzisz, będziemy otwarci na nego­cja­cje.

– Atti­cus Pünd – mruk­nę­łam.

– Wła­śnie. – Dał mi jasno do zro­zu­mie­nia, kto tu rzą­dzi i w jaki spo­sób wyobraża sobie nasze rela­cje. – Jak wiesz, wydaw­nic­two Orion Books wzno­wiło dzie­więć powie­ści Alana Con­waya. Sprze­dały się zaska­ku­jąco dobrze, jeśli wziąć pod uwagę to, o czym już wszy­scy wie­dzą: że Alan nie sza­no­wał ani boha­tera, któ­rego stwo­rzył, ani wła­snych czy­tel­ni­ków.

– Łagod­nie to ują­łeś.

– No… fakt. – Michael spoj­rzał na mnie współ­czu­jąco i dodał: – Wiem, że współ­praca z tym czło­wie­kiem nie była dla cie­bie szcze­gól­nie przy­jemna…

– Współ­praca z nim w ogóle nie była przy­jemna, ale i tak cie­szę się, że książki odnio­sły suk­ces.

Zadzi­wia­jące, że przy­pad­kowe spo­tka­nie przed trzy­dzie­stu laty zaowo­co­wało czymś, co wedle dowol­nych norm można nazwać wyłącz­nie w jeden spo­sób: wydaw­ni­czym feno­me­nem. Alan zaczął doro­słe życie jako nauczy­ciel angiel­skiego w pry­wat­nej szkole, w któ­rej uczyli się mój sio­strze­niec i moja sio­strze­nica. Już wtedy był wybit­nie nie­po­pu­larny i powin­nam była uznać to za sygnał ostrze­gaw­czy. Dzie­się­cio­latki z reguły szybko wyczu­wają, skąd wieje wiatr. Cza­sem myślę, że Katie przed­sta­wiła mi Con­waya w nadziei, iż prze­ko­nam go do odej­ścia ze szkoły.

I tak wła­śnie się stało. Prze­czy­ta­łam ręko­pis i choć wyma­gał popra­wek, powieść _Tro­pi­ciel Atti­cus Pünd_ z miej­sca stała się best­sel­le­rem oraz zaląż­kiem serii, którą udało się sprze­dać na całym świe­cie w trzy­dzie­stu prze­kła­dach i osiem­na­stu milio­nach egzem­pla­rzy, dzięki czemu Alan zaro­bił for­tunę. Zgar­nął też mnó­stwo nagród lite­rac­kich oraz srebrny medal i hono­rowe oby­wa­tel­stwo Heidel­bergu. Gdy opu­ścił Wood­bridge School, kupił sobie rezy­den­cję opo­dal Fram­lin­gham i na cześć jed­nego z opo­wia­dań o Sher­locku Hol­me­sie nazwał ją Abbey Grange, co, jak myślę, wiele mówi o jego natu­rze. BBC była bli­ska reali­za­cji ośmio­od­cin­ko­wego serialu zaty­tu­ło­wa­nego „Przy­gody Atti­cusa”, ponoć z Mad­sem Mik­kel­se­nem w roli głów­nej. Wszyst­kie plany jed­nak wzięły w łeb, gdy pisarz odszedł z tego świata, zepchnięty z wieży swej luk­su­so­wej rezy­den­cji.

Alan ni­gdy mnie nie zapro­sił do Abbey Grange i w ogóle jakoś nie mogli­śmy się doga­dać. Spo­ty­ka­łam już auto­rów, któ­rzy nie ufali swym redak­to­rom, ale tylko on był tak upo­rczy­wie wrogi. Każda moja suge­stia, każde cię­cie w tek­ście, nawet każde pyta­nie – wszystko nie­odmien­nie pro­wa­dziło do kłótni i potrze­bo­wa­łam sporo czasu, by zro­zu­mieć, że to nie mnie darzy taką anty­pa­tią. Nie zno­sił ksią­żek, które – jak uwa­żał – był zmu­szony pisać. Mówiąc wprost, chciał być Sal­ma­nem Rush­diem, a nie Aga­thą Chri­stie, lecz to było po pro­stu nie­moż­liwe. Utknął na dobre z tym, kim naprawdę był.

– Tak czy ina­czej, wyprze­dzi­li­śmy Oriona o krok – rzekł Michael. – Ktoś od nas wpadł na genialny pomysł, żeby zamó­wić nową powieść o Atti­cu­sie Pündzie.

– Już bez Alana – dopo­wie­dzia­łam.

– Otóż to. Po pro­stu kon­ty­nu­ację. W przy­padku Jamesa Bonda i Seba­stiana Faulksa plan spraw­dził się wybor­nie – dodał prędko, nim zdą­ży­łam mu prze­rwać. – Z pew­no­ścią wiesz, że _Pie­kło poczeka_ było naj­szyb­ciej sprze­da­jącą się powie­ścią od cza­sów Harry’ego Pot­tera… Przy­naj­mniej do poja­wie­nia się Richarda Osmana. Ale mamy też nowe przy­gody Her­ku­lesa Poirota, Sher­locka Hol­mesa, Jeevesa i Woostera, są kon­ty­nu­acje _Auto­sto­pem przez Galak­tykę_… – Uśmiech­nął się. – Pro­sta prawda jest taka, że nikogo nie obcho­dzi Alan Con­way, Atti­cus Pünd i bez niego świet­nie sobie pora­dzi.

Moż­liwe, że zabrzmiało to dość cynicz­nie, ale miał rację. To dziwne, ale nie­które posta­cie rze­czy­wi­ście prze­ra­stają auto­rów, któ­rzy je stwo­rzyli. W lite­ra­tu­rze popu­lar­nej jest ich dzi­kie mnó­stwo. Mię­dzy innymi dla­tego Conan Doyle cisnął Sher­locka Hol­mesa w odmęty wodo­spadu Reichen­bach: czuł, że popu­larny boha­ter maskuje przed świa­tem jego praw­dziwy talent. Zarówno A.A. Milne, jak i jego syn, Chri­sto­pher Robin, z cza­sem znie­na­wi­dzili Kubu­sia Puchatka, Pio­truś Pan zaś zosta­wił po sobie wręcz kolek­cję tru­pów. Co łączy Mary Pop­pins, Tar­zana, Czar­no­księż­nika z Kra­iny Oz oraz Dra­culę? Otóż to, że zna te posta­cie pół świata, ale pew­nie mało kto potrafi podać nazwi­ska auto­rów, któ­rzy je stwo­rzyli.

– Pół roku temu nawią­za­li­śmy kon­takt z Jame­sem Tay­lo­rem – powie­dział Michael. – Zdaje się, że go znasz. Miesz­kał z Ala­nem i odzie­dzi­czył po nim dom, pie­nią­dze oraz spu­ści­znę lite­racką. Zło­ży­li­śmy mu ofertę za prawo do wyda­nia trzech nowych powie­ści. Zdu­mie­wa­jące, że w Orio­nie na to nie wpa­dli. Tak czy ina­czej, prze­ko­na­li­śmy Jamesa, że i tak zro­bimy to lepiej niż oni. Widzia­łaś może nowe okładki, które przy­go­to­wali dla wzno­wień? Ponure i nudne, moim zda­niem. Choć oczy­wi­ście James ma w nosie takie dro­bia­zgi, jak styl czy wize­ru­nek. Inte­re­sują go tylko kon­krety. Nasza oferta była bar­dzo szczo­dra, a w dodatku zapro­po­no­wa­li­śmy mu rolę kon­sul­tanta. Cie­szył się jak dziecko.

W ogóle mnie to nie zdzi­wiło. Zna­łam Jamesa cał­kiem dobrze – spo­tka­łam go, gdy wybra­łam się do Suf­folk w poszu­ki­wa­niu ostat­niego roz­działu _Mor­derstw w Somer­set_, a potem raz jesz­cze, gdy powró­ci­łam do Anglii tro­pem mor­der­stwa sprzed ośmiu lat – wska­zówka do roz­wią­za­nia zagadki ukryta była w trze­ciej czę­ści cyklu zaty­tu­ło­wa­nej _Atti­cus Pünd przej­muje sprawę_. Jako dwu­dzie­sto­pa­ro­la­tek James ofe­ro­wał w Lon­dy­nie usługi „męż­czy­zny do towa­rzy­stwa” i w takim cha­rak­te­rze przed­sta­wiono go Ala­nowi, który w owym cza­sie był żonaty i sta­ran­nie ukry­wał swoje skłon­no­ści. Prawdę mówiąc, James bar­dzo mu pomógł dojść do ładu z wła­sną sek­su­al­no­ścią; nie­wy­klu­czone, że wydo­był z jego osoby to, co naj­lep­sze. Nagroda za to była nader sowita. Zamiesz­kał z Ala­nem w Abbey Grange i – jak wła­śnie wspo­mniał Michael – odzie­dzi­czył po nim cały mają­tek. James był bez­czelny, nachalny, nie­wierny, samo­lubny i lubieżny, ale jakimś cudem i tak go lubi­łam. Gdy widzie­li­śmy się po raz ostatni, zje­dli­śmy razem lunch w Le Caprice. Nie tylko zapła­cił wtedy rachu­nek, ale i dostar­czył mi cen­nych wska­zó­wek potrzeb­nych do roz­wią­za­nia zagadki mor­der­stwa Franka Par­risa i znik­nię­cia Cecily Tre­herne. Ucie­szy­łam się na myśl o ponow­nym spo­tka­niu.

– W każ­dym razie Alan Con­way nie jest nam do niczego potrzebny – pod­su­mo­wał Michael.

– Bar­dzo moż­liwe – zgo­dzi­łam się. – Zresztą ja i tak nie mogła­bym już z nim pra­co­wać. Inna sprawa, że nie­ła­two wsko­czyć w jego buty. Wymy­ślał świetne fabuły. Miał dobre ucho do dia­lo­gów i lubi­łam jego boha­te­rów. Z tru­dem prze­cho­dzą mi przez gar­dło te słowa, ale on był naprawdę świet­nym pisa­rzem… Przy­naj­mniej wtedy, gdy nie pró­bo­wał stwo­rzyć kolej­nej pozy­cji w serii nowo­cze­snych kla­sy­ków Pen­gu­ina. – Zer­k­nę­łam na maszy­no­pis. Tytuł i nazwi­sko autora wciąż były nie­wi­doczne. – Rozu­miem, że to ta nowa powieść? – dorzu­ci­łam.

– Pierw­sze trzy­dzie­ści tysięcy słów. W bar­dzo robo­czej wer­sji.

– Wydru­ko­wa­łeś spe­cjal­nie dla mnie.

Był to nasz stały gag. Pew­nie jestem sta­ro­świecka, ale Michael wie­dział, że wolę pra­co­wać na papie­rze. W dzi­siej­szych cza­sach bodaj wszystko dzieje się na ekra­nie kom­pu­tera, lecz ja zawsze czu­łam, że ręko­pis czy maszy­no­pis ma wię­cej wspól­nego z praw­dziwą, gotową książką, a zmiany w tek­ście lubię wpro­wa­dzać wła­sno­ręcz­nie. Gdy jesz­cze miesz­ka­łam na Kre­cie, kupi­łam sobie tan­detną dru­karkę i cza­sem przez pół poranka cze­ka­łam na papie­rową kopię, zanim mogłam zabrać się do pracy.

– Tak – odparł z uśmie­chem Michael. – I już czeka na twój czer­wony dłu­go­pis.

– Powiesz mi wresz­cie, kto to napi­sał?

– Natu­ral­nie, cho­ciaż muszę cię pro­sić, żebyś na razie zacho­wała tę infor­ma­cję dla sie­bie. Tak się składa, że znasz autora. – Zawie­sił głos dla więk­szego efektu. – To Eliot Crace.

Na krótką chwilę zabra­kło mi słów… całych trzy­dzie­stu tysięcy. Było to ostat­nie nazwi­sko, które spo­dzie­wa­łam się usły­szeć.

– Pra­co­wa­łaś z nim w Clo­ver­leaf – przy­po­mniał mi Michael.

– To nie do końca prawda. Widzia­łam go ze dwa razy, ale nie mia­łam z nim nic wspól­nego. To Char­les go pole­cił i Char­les z nim współ­pra­co­wał, nie ja.

– Nie lubi­łaś go?

– Gdy spo­tka­łam go po raz pierw­szy, był pijany. Za dru­gim razem… zakrwa­wiony. Twier­dził, że wypadł z auto­busu.

– Tak. I ja zada­wa­łem sobie pyta­nie, czy aby słusz­nie robimy, korzy­sta­jąc z jego usług, ale osta­tecz­nie pod­ję­li­śmy ryzyko. Jed­nym z two­ich zadań będzie utrzy­ma­nie go w ryzach. To dla nas ważna książka, i to z wielu powo­dów, więc nie chcemy żad­nych wybry­ków z jego strony. Miejmy nadzieję, że naj­gor­sze chwile ma już za sobą. Ile miał lat, gdy go pozna­łaś? Dwa­dzie­ścia parę? Teraz jest żonaty. Sama zoba­czysz, że się ustat­ko­wał.

– A co z jego pió­rem?

– Ty mi to powiesz, gdy poczy­tasz – odrzekł Michael, dole­wa­jąc sobie kawy. – Znasz się na kry­mi­na­łach znacz­nie lepiej niż ja. Z tego, co prze­czy­ta­łem, wno­szę jed­nak, że Eliot świet­nie się spi­sał. Czuć podo­bień­stwo do ory­gi­nału.

– Kiedy toczy się akcja? – Spy­ta­łam o to z waż­nego powodu. W ostat­niej powie­ści u Atti­cusa Pünda wykryto guza mózgu. To był jego wodo­spad Reichen­bach. Alan zosta­wił swemu boha­te­rowi led­wie kilka mie­sięcy życia.

– Zaraz po _Mor­der­stwach w Somer­set_.

– Zatem musi się toczyć bar­dzo wartko.

– I tak jest. Atti­cus Pünd jest chory. Spo­tyka zna­jomą star­szą panią, lady Chal­font, która zapra­sza go do swego domu na połu­dniu Fran­cji…

Zna­łam to nazwi­sko. Lady Chal­font poja­wiła się już w _Ginie i cyjanku_, szó­stej powie­ści z serii.

– …i wyznaje, że coś pod­słu­chała i oba­wia się o swoje życie. Wkrótce potem natu­ral­nie ginie. Jej rodzina jest dość upiorna, ale to mąż… drugi mąż… wydaje się głów­nym podej­rza­nym. Mia­łem nadzieję, że prze­czy­tasz tyle tek­stu, ile już mamy, a następ­nie pomo­żesz Elio­towi dokoń­czyć robotę. Chcie­li­by­śmy publi­ko­wać na początku przy­szłego roku.

Wiele jest dzi­wacz­nych reguł w wydaw­ni­czym światku, a jedna z nich mówi o tym, że ter­miny zawsze są zbyt krót­kie i ni­gdy nie ma dość czasu, żeby zdą­żyć ze wszyst­kim. Doko­na­łam w pamięci szyb­kich obli­czeń.

– Mało czasu – zauwa­ży­łam.

– Eliot długo zabie­rał się do pisa­nia. – Michael musiał dostrzec moją minę, bo natych­miast dodał: – To nie była jego wina. Zale­żało mu na świet­nej fabule, więc spę­dził sporo czasu, dopra­co­wu­jąc jej struk­turę. – Uśmiech­nął się po raz drugi, a ja odnio­słam wra­że­nie, że robi to tak, jak włą­cza się i wyłą­cza świa­tło. – Gdy tylko usły­sza­łem, że wra­casz do kraju, Susan, pomy­śla­łem, że będzie z was ide­alny duet. W końcu to ty odkry­łaś Alana Con­waya. Świet­nie znasz styl jego prozy i roz­ma­ite sztuczki pisar­skie, które sto­so­wał. Nie twier­dzę, że to będzie powieść dosko­nała, ale pod twoim nad­zo­rem może stać się best­sel­le­rem. Wszy­scy kochają Atti­cusa Pünda, a Eliot jest rów­nie znany… przy­naj­mniej z nazwi­ska. Naprawdę sądzę, że możemy mieć w rękach ryn­kowy prze­bój.

– Dwie książki, które Eliot napi­sał, współ­pra­cu­jąc z Clo­ver­leaf, nie sprze­dały się zbyt dobrze – zauwa­ży­łam.

Zazwy­czaj nie pozwa­lam sobie na tak nega­tywne nasta­wie­nie, ale naprawdę mia­łam sporo powo­dów, by trzy­mać się z daleka od tego pro­jektu. Poza tym mówi­łam prawdę – marna sprze­daż była głów­nym powo­dem, dla któ­rego trze­cia powieść już się nie uka­zała.

– Czy­ta­łem je – odparł Michael – i podo­bały mi się. Nie­wy­klu­czone, że zawiódł mar­ke­ting.

– Zro­bi­li­śmy, co w naszej mocy. – Iry­to­wała mnie jego kry­tyka, ale sta­ra­łam się tego nie oka­zy­wać. – No dobrze – doda­łam po chwili. – Prze­czy­tam i ode­zwę się. Gdzie teraz mieszka Eliot?

– W zachod­nim Lon­dy­nie. Not­ting Hill Gate. Nawia­sem mówiąc, bar­dzo się ucie­szył, gdy mu wspo­mnia­łem, że spo­tkam się z tobą. Pamięta cię z Clo­ver­leaf i jest w pełni świa­domy tego, ile zro­bi­łaś dla Alana Con­waya.

– To miłe z jego strony. – Zer­k­nę­łam na wydruk. – Poznam wresz­cie tytuł? – spy­ta­łam.

– Natu­ral­nie.

Michael obró­cił plik kar­tek i zdjął zeń swój notat­nik.

Tytuł wid­niał na pierw­szej stro­nie, czarno na bia­łym.

PÜND: OSTAT­NIA SPRAWA

Eliot Crace

Dzie­siąty tom dzie­wię­cio­czę­ścio­wej serii.

– To ana­gramp – powie­dzia­łam.

– Słu­cham?

To był pry­watny żar­cik. Nie musia­łam wyja­śniać.MYŚLI

Alan Con­way nie lubił pisać powie­ści kry­mi­nal­nych, więc dla roz­rywki pro­wa­dził drobne gierki z czy­tel­ni­kami. Ukry­wał je, rzecz jasna – były to jego zagadki w zagad­kach. Wzmianka o lady Chal­font przy­po­mniała mi na przy­kład, bez waż­nego powodu, że wszyst­kie posta­cie _Ginu i cyjanku_ nosiły nazwi­ska zapo­ży­czone od sta­cji lon­dyń­skiego metra. Czci­godna dama nazwana została na cześć przy­stanku Chal­font and Lati­mer na linii Metro­po­li­tan; byli też Adam i Arte­mis Peri­vale z towa­rzy­skiej śmie­tanki, lokaj nazwi­skiem Hil­ling­don oraz detek­tyw inspek­tor Stoc­kwell. Pamię­tam, że byłam nawet zasko­czona, iż gdzieś w tle nie poja­wił się lord Edgware.

Gier słow­nych było znacz­nie wię­cej: akro­sty­chy, ana­gramy, kryp­to­gramy, szy­fry. Spra­wiały, że czy­tel­nik wikłał się w dekon­struk­cję książki – zamiast sku­piać uwagę na fabule i posta­ciach, zaczy­nał ana­li­zo­wać naj­drob­niej­sze klocki, z któ­rych była zbu­do­wana: same litery. Mię­dzy innymi dla­tego jako redak­torka mia­łam z Ala­nem tyle pro­ble­mów. Pro­si­łam go na przy­kład, żeby wyciął zbędny szcze­gół albo zmie­nił szyk zda­nia, które nie brzmiało zbyt natu­ral­nie, a on nie­spo­dzie­wa­nie wybu­chał gnie­wem. Z cza­sem zrozumia­łam, że jego książki są pełne zaga­dek, któ­rych pew­nie nie zauważy żaden czy­tel­nik, ale gdy pró­bo­wa­łam przy nich mani­pu­lo­wać, psu­łam auto­rowi całą zabawę.

Char­les Clo­ver, dyrek­tor Clo­verleaf Books oraz redak­tor czte­rech ostat­nich powie­ści Alana, doświad­czył tego na wła­snej skó­rze, gdy wyda­wał _Mor­der­stwa w Somer­set_. Jedli razem kola­cję w restau­ra­cji Ivy i Char­les użył tytułu _Zagadka mor­derstw w Somer­set_, wspo­mi­na­jąc o naj­now­szej książce. Alan dostał szału. Tytuł brzmi: _Mor­der­stwa w Somer­set_!, wykrzy­czał. Nie życzył sobie żad­nych „zaga­dek”. Minęło sporo czasu, zanim się zorien­to­wa­li­śmy, że tytuły dzie­wię­ciu powie­ści o Atti­cu­sie Pündzie nie są przy­pad­kowe – ich pierw­sze litery two­rzyły akro­stych. _Tro­pi­ciel Atti­cus Pünd_, _Oprawcy nie zaznają spo­koju_, _Atti­cus Pünd przej­muje sprawę_, _Noc przy­zywa_ i tak dalej. Dzie­więć liter two­rzyło hasło: TO ANA­GRAM.

Nie ana­gramp.

Doda­jąc dzie­siąty tytuł – _Pünd: ostat­nia sprawa_ – Eliot Crace zepsuł Ala­nowi żart.

Wró­ci­łam do Cro­uch Endu zaraz po spo­tka­niu z Micha­elem Flyn­nem. Zapro­sił mnie na lunch, ale odmó­wi­łam – nie mia­łam mu nic wię­cej do powie­dze­nia i wola­łam być sama. Choć zabra­łam z sobą maszy­no­pis, nie byłam gotowa zasiąść do czy­ta­nia. Prawdę mówiąc, choć potrze­bo­wa­łam pie­nię­dzy, w ogóle nie chcia­łam brać tego zle­ce­nia.

Przede wszyst­kim – nie lubię kon­ty­nu­acji. Odrzuca mnie już sama nazwa. Można pisać powie­ści histo­ryczne, fan­ta­stycz­no­nau­kowe, romanse – sama tema­tyka wiele mówi o zain­te­re­so­wa­niach autora i o tym, co go inspi­ro­wało. Ale kto chce two­rzyć tylko po to, żeby kon­ty­nu­ować dzieło innego? Gdzie tu sens?

Pamię­tam dobrze, jak naro­dził się ten trend – to od Seba­stiana Faulksa zaczęła się ta mania kal­ko­wa­nia. Jego powieść o Bon­dzie odnio­sła wielki suk­ces, lecz zaraz potem nie­mal każdy wydawca zapra­gnął połą­czyć zna­nego autora z popu­larną posta­cią w nadziei na szybki zysk. Pamię­tam, że ktoś pod­rzu­cił mi pomysł, by Val McDer­mid napi­sała ciąg dal­szy _Dok­tora Jekylle’a i pana Hyde’a_. Nikt jej tego ofi­cjal­nie nie zapro­po­no­wał, ale podej­rze­wam, że gdyby była zain­te­re­so­wana, i ja weszła­bym w ten pro­jekt, bo bar­dzo chcia­ła­bym z nią popra­co­wać. Mimo to w zasa­dzie moje poglądy pozo­stały nie­zmienne. Co zosta­nie z prozy, jeśli odbie­rzemy jej ory­gi­nal­ność?

Moje wąt­pli­wo­ści wobec kon­ty­nu­acji przy­gód Pünda się­gały jed­nak znacz­nie głę­biej.

Nie­mal od dnia, w któ­rym się pozna­li­śmy, Alan Con­way przy­spa­rzał mi samych pro­ble­mów. Daw­niej byłam zda­nia, że po pro­stu pisze wcią­ga­jące histo­rie, lecz szybko się oka­zało, że miały w sobie wiele z nie­bez­piecz­nej broni; prze­peł­niał je swoją złą wolą i wystrze­li­wał w świat, sie­jąc znisz­cze­nie.

Weźmy choćby to, jak bar­dzo lubił wpla­tać w fabułę swych powie­ści posta­cie swych zna­jo­mych. Wielu pisa­rzy postę­puje podob­nie. Char­les Dic­kens czer­pał z życia inspi­ra­cję dla wielu słyn­nych postaci, które stwo­rzył, choćby takich jak Bill Sikes, pan Micaw­ber, Fagin czy Scro­oge. Alan postę­po­wał per­fid­niej: celowo wypa­czał ich cha­rak­tery, two­rząc kary­ka­tury swych naj­bliż­szych. Jego sio­stra stała się zazdro­sną starą panną, jego chło­pak – idiotą, a jeden z jego uczniów prze­isto­czył się w ogrod­nika-pedo­fila. Nie dość, że był to paskudny pro­ce­der, to jesz­cze dopro­wa­dził do praw­dzi­wej tra­ge­dii: znik­nię­cia i śmierci Cecily Tre­herne, która odga­dła toż­sa­mość mor­dercy ukrytą na stro­ni­cach powie­ści _Atti­cus Pünd przej­muje sprawę_. Dwa razy przy­szło mi zma­gać się ze skut­kami jego pomy­słów i w obu wypad­kach omal nie skoń­czyło się to moją śmier­cią. Nie mia­łam spe­cjal­nej ochoty kusić losu po raz trzeci.

Nie było prze­cież tak, że wyszłam z opre­sji bez szwanku. Stra­ci­łam źró­dło dochodu, gdy poszło z dymem wydaw­nic­two, w któ­rym pra­co­wa­łam – i sama omal wtedy nie zgi­nę­łam. Mój wzrok doznał trwa­łych uszko­dzeń; od tam­tej pory muszę racjo­no­wać sobie moje uko­chane czy­ta­nie w led­wie godzin­nych daw­kach. Co gor­sza, całe lon­dyń­skie śro­do­wi­sko wydaw­ni­cze odwró­ciło się ode mnie, gdy oka­zało się, że Char­les Clo­ver jest zabójcą. Pano­wało powszechne prze­ko­na­nie, że Alan dostał to, na co zasłu­żył, ale za to, że z rynku znik­nęło odno­szące suk­cesy, nie­za­leżne wydaw­nic­two, a jego szef skoń­czył w wię­zie­niu, z jakie­goś powodu obwi­niano mnie. Nie mia­łam więc pracy, nikt nie chciał mnie zatrud­nić i wła­ści­wie nie mia­łam wyboru – musia­łam sprze­dać miesz­ka­nie i prze­nieść się na Kretę. A prze­cież i ta przy­goda nie skoń­czyła się szczę­śli­wie.

Z per­spek­tywy czasu widzia­łam wyraź­nie, że moje życie poto­czy­łoby się mniej wybo­istą drogą, gdy­bym ni­gdy nie poznała Alana Con­waya. Roz­są­dek naka­zy­wał mi więc teraz nie mieć z nim już nic wspól­nego. Trudno mi było uwie­rzyć, że Michael Flynn mógł wpaść na pomysł z nową powie­ścią, a co dopiero wcią­gnąć mnie do tego pro­jektu. Czu­łam się jak postać z szó­stej czy siód­mej czę­ści hor­roru, któ­rego boha­terka, choć zmie­niła nazwi­sko, prze­szła tera­pię i prze­pro­wa­dziła się na drugi koniec świata, wciąż musi ucie­kać kory­ta­rzami przed tym samym oszpe­co­nym mania­kiem w czar­nym płasz­czu i z nie­mal czter­dzie­sto­cen­ty­me­tro­wym nożem kuchen­nym w gar­ści.

Dla­czego więc ten wydruk wła­śnie leżał na moim kuchen­nym stole? Dla­czego zabra­łam go z sobą, opusz­cza­jąc sie­dzibę Cau­ston Books? Odpo­wiedź mia­łam na wycią­gnię­cie ręki. Mia­łam na karku spłatę hipo­teki w comie­sięcz­nych ratach i nawet fotel, na któ­rym wła­śnie sie­dzia­łam, obcią­żał linię kre­dy­tową mojej karty. Po pro­stu potrze­bo­wa­łam pie­nię­dzy, a co wię­cej, wydaw­nic­two Cau­ston Books było w tej chwili bodaj jedy­nym przy­byt­kiem w mie­ście, gdzie mia­łam szansę na stałe zatrud­nie­nie na nie­po­śled­nim sta­no­wi­sku. Michael Flynn sam powie­dział, że jest otwarty na nego­cja­cje. Tyle że nie mie­li­by­śmy czego nego­cjo­wać, gdy­bym mu teraz odmó­wiła.

Jadąc metrem, nawet nie zaj­rza­łam do książki, ale teraz w końcu zatrzy­ma­łam wzrok na tytule i od razu przy­szło mi na myśl, że trzeba będzie go zmie­nić. W tytu­łach poprzed­nich tomów przed­sta­wia­li­śmy boha­tera jako Atti­cusa Pünda albo po pro­stu Atti­cusa; samo Pünd brzmiało jakby zbyt ostro, po pro­stu nie paso­wało. Nie byłam też do końca prze­ko­nana, czy czy­tel­nicy zechcą śle­dzić losy detek­tywa, który snuje się po połu­dnio­wej Fran­cji, wal­cząc z ostat­nią fazą cho­roby nowo­two­ro­wej. Tak czy ina­czej, Michael zapo­wie­dział, że zama­wia trzy nowe powie­ści, a to ozna­czało, że Eliot Crace musi popro­wa­dzić boha­tera przez kolejne dwie. Podej­rze­wa­łam, że pod koniec trze­ciej nie­szczę­sny Atti­cus będzie już tylko leżał na wznak, pod­łą­czony do kro­plówki z solą fizjo­lo­giczną.

Była czter­na­sta – zde­cy­do­wa­nie zbyt wcze­sna pora na alko­hol – lecz mimo to pode­szłam do lodówki, by nalać sobie kie­li­szek wina. Na talerz wrzu­ci­łam tro­chę sałatki i twa­rożku, żeby prze­ko­nać samą sie­bie, że to po pro­stu późny lunch. Kot zja­wił się przy mnie, gdy tylko uchy­li­łam drzwi lodówki, i zaczął ocie­rać się o moją nogę. Ziry­to­wał mnie. Kobieta po pięć­dzie­siątce, żyjąca samot­nie w miesz­ka­niu na niskim par­te­rze? Dla­czego nie. Ale jeśli dodamy kota, zaczyna to trą­cić… myszką. Gry­ząc seler, spoj­rza­łam na zwie­rzaka z wyrzu­tem.

A potem pomy­śla­łam o Elio­cie Cra­sie. Musia­łam przy­znać, że wybie­ra­jąc aku­rat tego autora, Michael postą­pił cał­kiem spryt­nie.

Eliot był wnu­kiem jed­nej z naj­bar­dziej poczyt­nych bry­tyj­skich pisa­rek, któ­rej feno­men przy­ćmił nawet suk­ces Alana Con­waya. Miriam Crace wpraw­dzie ni­gdy nie two­rzyła powie­ści detek­ty­wi­stycz­nych, ale prze­cież wła­śnie o to cho­dziło Micha­elowi: pozy­skał słynne nazwi­sko, a jed­no­cze­śnie nie musiał się mar­twić porów­na­niami. Nie chciał prze­cież prze­czy­tać w recen­zji, że Eliot nie dorów­nuje babuni.

Miriam napi­sała sześć­dzie­siąt trzy książki dla dzieci w toku kariery, która trwała mniej wię­cej tyle samo lat. Była mię­dzy innymi autorką powie­ści fan­ta­stycz­nej _Pań­stwo Lit­tle_, opo­wia­da­ją­cej o rodzi­nie poczciw­ców mie­rzą­cych zale­d­wie dwa cale (w póź­niej­szych wyda­niach, ku jej roz­cza­ro­wa­niu, zmie­niono ich wzrost na pięć cen­ty­me­trów). Swego czasu sza­co­wano, że w 95 pro­cent bry­tyj­skich domów jest co naj­mniej jedna z jej ksią­żek, a w 40 pro­cent jest ich dzie­sięć lub wię­cej. Na całym świe­cie jej dzieła sprze­dały się w osza­ła­mia­ją­cej licz­bie miliarda egzem­pla­rzy – co może nie dało jej miej­sca w Księ­dze rekor­dów Guin­nessa, ale na pewno wystar­czyło, by prze­bić sprze­daż samej księgi – a słowo „lit­tle” stało się zro­zu­miałe w czter­dzie­stu sied­miu języ­kach, Miriam bowiem uparła się, by nazwi­sko boha­te­rów nie było tłu­ma­czone. Na zagra­nicz­nych ryn­kach nie poja­wiły się więc powie­ści zaty­tu­ło­wane _Les Petits Gens_ czy _De Små Man­ne­skene_. Bodaj połowa dzieci na całym świe­cie dora­stała, śle­dząc losy dziadka Lit­tle, babci Lit­tle, pana i pani Lit­tle, Harry’ego, Jacka, Jasmine oraz Rose Lit­tle… a także, od końca lat dzie­więć­dzie­sią­tych, adop­to­wa­nych Karima i Njingi Lit­tle.

Wszy­scy uwiel­biali publiczny wize­ru­nek pisarki i wszyst­kim się zda­wało, że coś o niej wie­dzą, lecz tak naprawdę Miriam Crace nie afi­szo­wała się ze swym pry­wat­nym życiem. Poświę­cono jej dwie bio­gra­fie, ale w obu wypad­kach bli­sko współ­pra­co­wała z auto­rami i z tej, którą pobież­nie przej­rza­łam, natu­ral­nie wyła­niał się obraz świę­tej. Trze­cią, nie­au­to­ry­zo­waną bio­gra­fię, zamó­wiło wydaw­nic­two Har­per­Col­lins. Ponoć miały się w niej zna­leźć dość ponure fakty, lecz Fun­da­cja Crace i jej agre­sywna ekipa praw­ni­ków zagro­zili auto­rowi i wydawcy pozwem, książkę więc wyco­fano, zanim tra­fiła na półki księ­garń.

Miriam nie­chęt­nie udzie­lała wywia­dów, a czy­niła to tylko wtedy, gdy pro­mo­wała nową książkę albo chciała pobu­dzić zain­te­re­so­wa­nie dwiema orga­ni­za­cjami dobro­czyn­nymi, które wspie­rała: Fun­du­szem Biblio­tecz­nym Miriam Crace oraz sie­ro­ciń­cem St Ambrose. Wycho­wała się w duchu wiary – jej ojciec był swego czasu dia­ko­nem w Kościele kato­lic­kim – i pozo­stała jej wierna do końca życia. Być może wła­śnie dla­tego nie roz­wio­dła się ze swym mężem, Ken­ne­them River­sem. (Podob­nie jak Mar­ga­ret Chal­font, nie przy­jęła nazwi­ska męża, a co znacz­nie bar­dziej oso­bliwe, uparła się też, by nie przy­jęły go jej dzieci). Od zawsze krą­żyły pogło­ski, jakoby jej mał­żeń­stwo nie było cał­kiem szczę­śliwe; potwier­dziła je wresz­cie roczna sepa­ra­cja. W 1955 roku Miriam prze­żyła zała­ma­nie ner­wowe, zda­niem jej bio­gra­fów wywo­łane prze­pra­co­wa­niem. Spę­dziła wów­czas sześć mie­sięcy w Lozan­nie, ładu­jąc aku­mu­la­tory w pry­wat­nej kli­nice. Gdy w tym samym roku powró­ciła do Anglii, kupiła dwór Mar­ble Hall opo­dal Devi­zes w hrab­stwie Wilt­shire, a wraz z nim pięć­dzie­siąt akrów ziemi. Gdy czter­dzie­ści osiem lat póź­niej odcho­dziła z tego świata, wciąż jesz­cze miesz­kała tam z Ken­ne­them, dwoma synami, ich mał­żon­kami oraz czwor­giem wnu­ków. Obec­nie Mar­ble Hall jest dostępny dla zwie­dza­ją­cych.

Miriam Crace po dziś dzień jest liczącą się posta­cią w świe­cie wydaw­ni­czym. Co roku sprze­dają się miliony jej ksią­żek, co zresztą budzi nie­chęć wśród aktyw­nych pisa­rzy, zgod­nie żywią­cych prze­ko­na­nie, że dość już zaro­biła na swej twór­czo­ści. Fun­da­cja Miriam Crace dzia­łała pełną parą od śmierci autorki, pod świa­tłym kie­row­nic­twem jej naj­star­szego syna, Jona­thana Crace’a, stryja Eliota. Pań­stwo Lit­tle żyją zaś dalej w nie­zli­czo­nych komik­sach, seria­lach rysun­ko­wych sta­cji ITV, w ogrom­nie popu­lar­nym musi­calu wysta­wia­nym przez Bridge The­atre, w trzech fil­mach fabu­lar­nych, osob­nej atrak­cji w parku roz­rywki Uni­ver­sal Stu­dios oraz prze­bo­ga­tej kolek­cji licen­cjo­no­wa­nych arty­ku­łów, takich jak pape­te­rie, plu­szowe zabawki, puszki her­bat­ni­ków, gry plan­szowe i kom­pu­te­rowe, zegary, kalen­da­rze oraz ubranka dzie­cięce. Nie­dawno ogło­szono, że Net­flix zawarł umowę na dwie­ście milio­nów dola­rów, by zdo­być prawa do ekra­ni­za­cji, i pla­nuje wypro­du­ko­wać od razu pięć sezo­nów zupeł­nie nowych przy­gód pań­stwa Lit­tle. Ze strony fun­da­cji nego­cjo­wał ją, rzecz jasna, Jona­than Crace.

A co z Elio­tem Crace’em?

Widzia­łam go dwa, może trzy razy, gdy odwie­dzał Clo­ver­leaf Books. Zapa­mię­ta­łam go jako bar­dzo przy­stoj­nego mło­dzieńca – dłu­go­wło­sego anioła o elfiej twa­rzy. Ema­no­wał cza­rem i pew­no­ścią sie­bie, które nie­mal zawsze są owo­cem edu­ka­cji w pry­wat­nych szko­łach i dora­sta­nia w dobro­by­cie. Nie­stety zwy­kle towa­rzy­szy im także pewna doza aro­gan­cji. Mia­łam wra­że­nie, że Crace zawsze się spie­szy – mówił za szybko, prze­ska­ki­wał z tematu na temat i raz po raz zry­wał się z fotela, by przy naj­bliż­szym oknie zapa­lić papie­rosa.

Jak powie­dzia­łam Micha­elowi, to Char­les Clo­ver go odkrył i oso­bi­ście zajął się dwiema powie­ściami detek­ty­wi­stycz­nymi, które Crace dla nas napi­sał. Nie byłam jed­nak do końca szczera, gdy mówi­łam, że nie sprze­dały się zbyt dobrze. Nie sprze­dały się pra­wie wcale. Eliot nie był złym pisa­rzem, ale dość nie­roz­sąd­nie wybrał swego detek­tywa: uczy­nił go podró­żu­ją­cym w cza­sie alche­mi­kiem z dworu kró­lo­wej Elż­biety I i kazał mu zabłą­kać się w dwu­dzie­sty pierw­szy wiek. Jego książki nie mie­ściły się wła­ści­wie w żad­nej kate­go­rii. Nie byłam pewna, czy były dla doro­słych czy dla mło­dzieży; czy były reali­styczne czy fan­ta­styczne; czy nale­żało brać je poważ­nie, czy się z nich śmiać. Wyniki sprze­daży dowio­dły, że czy­tel­nicy także nie umieli roz­strzy­gnąć tego dyle­matu. Char­les współ­pra­co­wał wcze­śniej ze stry­jem Eliota, a jego samego znał od dziecka, nie był więc zado­wo­lony, gdy w końcu tup­nę­łam nogą i oznaj­mi­łam, że nie powin­ni­śmy wyda­wać trze­ciej powie­ści o dok­to­rze Gee. Prawda była jed­nak taka, że publi­ko­wa­nie ksią­żek, któ­rych nikt nie chciał czy­tać, zwy­czaj­nie nie miało sensu, a sam Eliot był dla nas bala­stem: nie żało­wał sobie nar­ko­ty­ków, trun­ków, imprez i anty­de­pre­san­tów, które wpra­wiały go w aż nadto eufo­ryczny nastrój. Char­les był pewny, że młody Crace odnie­sie suk­ces lite­racki, gdy wresz­cie doro­śnie. Upie­rał się, że drzwi wydaw­nic­twa Clo­verleaf zawsze będą przed nim otwarte. Ale Eliot już nie powró­cił.

Aż do tej chwili. Zasta­na­wia­łam się, skąd wła­ści­wie Michael Flynn go wytrza­snął i w jaki spo­sób prze­ko­nał do współ­pracy. Nagle poża­ło­wa­łam, że nie poszłam z nim na lunch.

Zanio­słam talerz i kie­li­szek wina do kuchni, usia­dłam przy stole i poło­ży­łam przed sobą maszy­no­pis. Posta­no­wi­łam jed­nak go prze­czy­tać. Nie mia­łam nic lep­szego do roboty w to popo­łu­dnie, a poza tym byłam cie­kawa, z jakiej strony pokaże się Atti­cus Pünd wie­dziony pió­rem innego pisa­rza.

Bo w końcu jak mogłoby mi to zaszko­dzić?OSOBY

Atti­cus Pünd – detek­tyw

James Fra­ser – jego asy­stent

RODZINA

lady Mar­ga­ret Chal­font – zamożna wdowa po Hen­rym Chal­fon­cie, 6. hra­bim Chal­font

Jef­frey Chal­font – syn Henry’ego i Mar­ga­ret Chal­font, obec­nie 7. hra­bia

Lola Chal­font – aktorka i pio­sen­karka, żona Jef­freya Chal­fonta

Cedric Chal­font – ośmio­letni syn Jef­freya i Loli

Judith Lyt­tle­ton – córka Henry’ego i Mar­ga­ret Chal­font, etno­log

Harry Lyt­tle­ton – mał­żo­nek Judith, dewe­lo­per

Elmer Way­smith – obecny mał­żo­nek lady Mar­ga­ret Chal­font, Ame­ry­ka­nin, han­dlarz dzie­łami sztuki

Robert Way­smith – jedyny syn Elmera Way­smitha z pierw­szego mał­żeń­stwa

POZO­STALI

Frédéric Vol­ta­ire – poli­cjant, ofi­cer Sûreté

Béatrice Lau­rent – gospo­dyni Château Bel­mar w Cap-Fer­rat

Estelle Dubois – dyrek­torka gale­rii sztuki Wer­ner-Way­smith

Jean Lam­bert – radca prawny z kan­ce­la­rii w Saint-Paul-de-Vence

Alice Car­ling – jego sekre­tarka

Har­lan Scott – pry­watny detek­tyw

Hec­tor Bru­nelle – apte­karz z Nicei

dr Ben­son – lekarz z kli­niki przy Har­ley Street
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij