-
nowość
Morderstwa w Marble Hall - ebook
Morderstwa w Marble Hall - ebook
Wyjątkowo inteligentna i wciągająca powieść, w której różnica między fikcją a rzeczywistością jest też różnicą między życiem a śmiercią.
Kryminał, który może cię zabić.
Susan Ryeland redagowała już dwie powieści o słynnym detektywie Atticusie Pündzie i za każdym razem omal nie zginęła. Daje się jednak namówić na opracowanie trzeciej. Kolejny tom serii tworzy Eliot Crace, wnuk Miriam Crace, zmarłej przed dwudziestu laty najpoczytniejszej autorki książek dla dzieci. Eliot wierzy, że babka została otruta. Gdy zdradza Susan, że tożsamość jej zabójcy ukrył w powstającej powieści, redaktorka już wie, że znów wpadła w tarapaty. Pracując nad tekstem kryminału Pünd: ostatnia sprawa, którego akcja toczy się w egzotycznej scenerii południowej Francji, odkrywa, że… sama stała się celem. Wygląda na to, że komuś w rodzinie Eliota bardzo zależy na tym, by powieść nie została ukończona. I że jest gotów zrobić wszystko, by dopiąć swego...
Anthony Horowitz jest bez wątpienia najwybitniejszym z naszych autorów kryminałów. -„Sunday Times”
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8338-637-9 |
| Rozmiar pliku: | 1,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Czy naprawdę istnieje coś takiego jak szczęśliwe zakończenie?
Gdy myślę o książkach, które kochałam przez całe życie, jestem świadoma, że spełnienie zawsze dawał mi ostatni rozdział; to on przynosił poczucie, że warto było poznać tę opowieść. Wciąż pamiętam, jaką ulgę czułam jako bardzo młoda dziewczyna, gdy Czarny Książę odnajdował spokój i bezpieczeństwo w Birtwick Park albo gdy Mary i Colin bawili się razem w swym idealnym, tajemniczym ogrodzie. Nieco później gorączkowo przewracałam kartki, gdy Emma w końcu sobie uświadamiała, że kocha pana Knightleya, albo gdy Jane Eyre rodziła pierwszego syna panu Rochesterowi.
Czy żyli potem długo i szczęśliwie? Ależ tak! Jak w ogóle można podejrzewać, że było inaczej? Właśnie ta pewność karmiła moją miłość do literatury i dlatego nawet nie przyszło mi do głowy, że Mary i Colin mogliby dorosnąć i rozstać się w gniewie albo że Czarny Książę mógł trafić do rzeźni i podzielić los Boksera z _Folwarku zwierzęcego_, kolejnej powieści, którą pochłonęłam jako nastolatka. Ile czasu potrzebowałaby Emma, by wrócić do dawnego życia? I kiedy pan Rochester znienawidziłby los inwalidy pod opieką Jane?
Największą zaletą prozy jest to, że bez względu na trudy przeprawy jej finał zawsze jest nieunikniony. Nawet gdy umiera główny bohater – pomyślmy choćby o ofierze Sydneya Cartona w _Opowieści o dwóch miastach_ albo o smutnym końcu Michaela Hencharda z _Burmistrza Casterbridge_ – to nietrudno zauważyć, że inne rozwiązanie nie istniało, i w tym trzeba znaleźć pocieszenie. „Nie ma wyboru – tak musi być”, pisze Hardy.
Prawdziwe życie, ze swymi niuansami i meandrami, nie jest, rzecz jasna, tym samym co literatura piękna, a już zwłaszcza życie w dwudziestym pierwszym wieku. Źli prosperują, dobrzy idą z torbami. Wystarczy poczytać gazety albo media społecznościowe, by z łatwością uwierzyć, że nie ma na tym świecie sprawiedliwości i tak naprawdę nikt nie jest szczęśliwy.
Wierzyłam, że zostanę z Andreasem na zawsze. Kochałam go i choć zdarzały się chwile, w których mieliśmy ochotę nawzajem się udusić, to naprawdę zdawało mi się, że w końcu odnalazłam się na Krecie, pośród gajów oliwnych, brzęku kozich dzwonków, rozkoszując się idealnymi zachodami słońca i kolacjami w gronie przyjaciół przy długich stołach w cieniu bugenwilli. To było moje prywatne szczęśliwe zakończenie – a może raczej byłoby, gdyby moje życie było powieścią.
Kreta jednak nigdy nie stała się moim zakątkiem na ziemi. Mogłam tam spędzić tydzień, miesiąc, nawet rok… ale całe życie? Patrzyłam na bardzo sędziwe panie siedzące przed domami, odziane od stóp do głów w czerń, i zastanawiałam się: czy właśnie taka się stanę? Środowy targ, zbiory oliwek pod koniec października, imieniny wśród ciast i ciasteczek, śluby i chrzciny z niezmiennym zestawem sztucznych ogni? Nie, to nie byłam ja. Chwilami wręcz nie znosiłam piękna krajobrazu, który mnie uwięził, i zachodziłam w głowę, ile to życia omija mnie z daleka tu, za górami. Każdego ranka pływałam w olśniewająco błękitnej wodzie i wracałam na brzeg w mglistym przekonaniu, że nie odpłynęłam dostatecznie daleko.
Wbrew przeciwnościom losu hotel Polydorus, który Andreas kupił, a ja pomagałam prowadzić, radził sobie znakomicie. Mieliśmy rezerwacje na cały sezon, taras od strony morza dniem i nocą był pełen gości, Andreas rozważał nawet, czy nie kupić kolejnej nieruchomości po drugiej stronie Agios Nikolaos, w pobliżu plaży Ammoudi. To sprawiło, że na horyzoncie pojawił się znowu jego kuzyn i wspólnik Yannis; od tej pory stali się niemal nierozłączni… a ja czułam, że pomału odjeżdżam na boczny tor. Jako wolny strzelec zaczęłam znowu redagować – dla nowego wydawnictwa, Causton Books – i właśnie kończyłam pracę nad trzecim z serii bardzo dobrych skandynawskich kryminałów w stylu noir. Czy to, że siedziałam z komputerem na balkonie mojej sypialni, wysyłałam notatki e-mailem i spotykałam się z ludźmi przez Zoom, w ogóle miało sens? Co ja właściwie wyprawiałam? Moja głowa była w Londynie, a serce już nie należało do Krety.
Rany. Brzmi to wszystko jak symfonia jęków, a przecież wcale nie o to mi chodziło. Po prostu próbuję wyjaśnić, dlaczego w końcu uznałam, że już dość i pora wrócić do domu. Andreas zawiózł mnie na lotnisko Heraklion, lecz mimo że w hali odlotów przytuliliśmy się czule, oboje wiedzieliśmy, że to ostatni raz, że podjęłam słuszną decyzję i że – choć na zawsze pozostaniemy przyjaciółmi – nie jesteśmy już zakochani. Przynajmniej nie w sobie nawzajem. Gdy samolot wspinał się na wysokość dziewięciu tysięcy metrów, myślałam o wszystkich tych cudownych chwilach, które spędziliśmy razem. Bolało, gdy zostawiałam te wspomnienia za sobą, porwane pędem powietrza, ale wiedziałam, że tak trzeba. Miałam pięćdziesiąt pięć lat i zaczynałam nowe życie.
Wróciłam na Crouch End w północnej części Londynu. Właśnie tam mieszkałam, gdy poznałam Andreasa, i czułam się tam komfortowo. Znałam w okolicy mnóstwo ludzi, a i dojazd do Suffolk był dogodny, gdy miałam ochotę zobaczyć się z moją siostrą, Katie. Dawne mieszkanie sprzedałam, żeby kupić hotel, ale wcale nie wyszłam na tym źle. Andreas spłacił moje udziały z nawiązką, gdy więc dorzuciłam oszczędności i przekonałam bank, że może mi udzielić kredytu hipotecznego, który prawie będę w stanie spłacać, miałam dość pieniędzy, żeby kupić nowe mieszkanie, ledwie o kilka ulic od moich starych śmieci. Była to jednopoziomowa suterena z dwiema sypialniami (z których jedna miała mi posłużyć jako gabinet), przyzwoitej wielkości kuchnią połączoną z salonem oraz niedużą łazienką, wciśniętą pod schody wiodące do dwóch mieszkań powyżej. Prawdziwą perełką był ogródek za podwójnymi drzwiami balkonowymi, z odrobiną bruku, murem porośniętym bluszczem oraz dostateczną ilością zieleni, by stworzyć iluzję, że to uroczy zakątek na wsi. Od ulicy dzieliły go dość koślawe drzwi – oto miałam swój tajemniczy ogród. Była w nim nawet mętna sadzawka z dwiema złotymi rybkami, którym nadałam imiona: Hero i Leander.
Kolejne trzy miesiące minęły w ekspresowym tempie. Przyjechałam akurat w sezonie wiosennych wyprzedaży i wpadłam w szał zakupów: wybrałam meble, akcesoria i wszystko, czego potrzebowałam w kuchni: garnki, patelnie, kieliszki, a nawet nowy zlew. Znalazłam też miejscowych budowlańców, którym zleciłam renowację łazienki i malowanie niektórych pokojów. Dla siebie zaś kupiłam całkiem nowe ubrania, gdyż te, które nosiłam na Krecie, w Londynie były kompletnie bezużyteczne. Zaraz potem wydałam pieniądze na niepotrzebnie zabytkową szafę, żeby to wszystko gdzieś pomieścić. Wojowałam z hydraulikami i elektrykami, a potem spędziłam godziny z telefonem w ręku, czekając na rozmowy z dostawcami Internetu i agentami ubezpieczeniowymi. Najlepsze z tego wszystkiego było zaś to, że ocaliłam mojego starego MGB Roadstera, którego nie zdążyłam sprzedać, wyjeżdżając z kraju – być może w głębi duszy wiedziałam, że pewnego dnia będzie mi jeszcze potrzebny. Dopiero gdy wyprowadziłam go z absurdalnie drogiego garażu w King’s Cross i beztrosko wyprzedzałam wóz policyjny na Highgate Hill, dotarło do mnie, jak rozsądnie postąpiłam, zatrzymując sobie ten samochód, i jak bardzo stał się częścią mojego życia.
Odwiedziłam starych znajomych i poszłam na kilka książkowych premier, by obwieścić światu, że wróciłam na dobre. Pojechałam też do Suffolk i zatrzymałam się u Katie, która – od niedawna rozwiedziona – podobnie jak ja mieszkała teraz w nowym domu. Spotykała się z kimś z centrum ogrodniczego, w którym pracowała, a ja jeszcze nigdy nie widziałam jej szczęśliwszej i bardziej pewnej siebie. To ona przekonała mnie, żebym adoptowała kota, którego wcale nie chciałam; zgodziłam się na to dopiero wtedy, gdy w schronisku obiecali, że nie zeżre mi złotych rybek. Zabrałam się wreszcie do czytania Jamesa Joyce’a, a było to wyzwanie, z którym próbowałam się zmierzyć od zakończenia studiów. Dokończyłam też redagowanie tekstu, nad którym pracowałam, kilkoma drobnymi zmianami dopieszczając kolejny perfekcyjny triumf Politisjefinspectør Heidi Gundersen z norweskiej policji.
Obudziłam się w czerwcowy poranek w mieszkaniu zalanym słońcem. Hugo – mój kot – obserwował mnie z niedużego fotela, który zaanektował na swoje stałe lokum. Przeczytałam dwadzieścia stron _Dublińczyków_, przejrzałam gazetę na iPadzie, a potem wzięłam prysznic i zjadłam śniadanie. Właśnie w takich chwilach najbardziej brakowało mi Andreasa. Może to dziwne, ale samotne wstawanie z łóżka zawsze przygnębiało mnie bardziej, niż to, że kładłam się sama. Nastawiłam czajnik i właśnie sięgałam po kawę, gdy odezwała się moja komórka.
Dzwonił Michael Flynn, naczelny z Causton Books, a więc w praktyce mój szef. Znałam go jedynie z Zooma, ale to wystarczyło, bym od razu wyobraziła sobie jego krągłą twarz, przerzedzone już włosy oraz okulary wiszące na sznurku, bo, jak mi powiedział, wiecznie gdzieś je gubił. Zwykle nosił marynarkę i krawat, ale równie dobrze mógł być nagi od pasa w dół, bo tylko górną połowę jego ciała widywałam, gdy spotykaliśmy się online. Nie wiedziałam nawet, czy w ogóle ma nogi.
– Jak leci? – zapytał.
Już wcześniej mówiłam mu, że wróciłam do Londynu, ale od tamtej pory rozmawialiśmy tylko parę razy.
– Świetnie, dziękuję – odpowiedziałam.
– A jak tam nowy dom?
– To tylko mieszkanie. Ale jestem bardzo szczęśliwa. Pasuje mi pod każdym względem.
– Miło mi to słyszeć. Posłuchaj, wiem, że działam z zaskoczenia, ale czy nie mogłabyś dzisiaj do mnie wpaść?
– Dostałeś tę nową książkę o Gundersen, którą ci wysłałam?
– Dostałem, wszystko gra, ale mamy coś nowego i muszę przyznać, że byłabyś idealna do tej roboty.
– Wyślesz mi tekst?
Przez chwilę w słuchawce panowała cisza.
– To nie takie proste. Myślę, że powinniśmy porozmawiać. Wpadnij koło południa, to zjemy razem lunch.
– Zaintrygowałeś mnie, Michael. W takim razie będę o dwunastej. Naprawdę nie powiesz mi, o co chodzi?
Kolejna pauza.
– O Atticusa Pünda – odpowiedział i rozłączył się.CIĄG DALSZY NASTĄPI
Redakcja Causton Books mieściła się na skraju Victorii, okolicy nieszczególnie kojarzonej z literaturą piękną. Zajmowała przyziemie i cztery piętra nowoczesnego biurowca z wejściem jak do terminalu lotniska, bufetem na parterze oraz windami, do których trzeba było mieć elektroniczny identyfikator. Maszerując przez hol pełen ekranów telewizyjnych, na których migały raz po raz okładki książek – choć żadnej prawdziwej książki nie było w zasięgu wzroku – pomyślałam o tym, jak długą karierę mam już za sobą. Dawno minęły dni niezależnego domu wydawniczego upchniętego gdzieś w starej wozowni, za solidnymi drewnianymi drzwiami i oknami wykuszowymi. Spędziłam w Cloverleaf jedenaście lat i przyzwyczaiłam się do wąskich korytarzy, marnego oświetlenia i pokojów, które chyba specjalnie urządzono tak, by jak najtrudniej było znaleźć tych, którzy naprawdę coś znaczyli w wydawnictwie. Z drugiej jednak strony, gdy leżałam półprzytomna, a płomienie ochoczo pożerały wszystko wokół mnie, przyszło mi na myśl, że te boazerie na ścianach, zakurzone dywany i zasłony, które w sumie nadawały temu miejscu charakter, całkiem dosłownie nie dadzą mi żyć, więc jeśli jakimś cudem przetrwam, trzeba będzie pomyśleć o zmianach. Otwarte przestrzenie z równymi rzędami biurek oddzielonych szklanymi przepierzeniami, jednakowe meble i oświetlenie przyjazne pracownikom być może nie miały w sobie wiele z ducha T.S. Eliota czy W. Somerseta Maughama, ale przynajmniej nikogo nie próbowały zabić.
Tak czy inaczej, to nie architektura i nie wyposażenie biur odróżnia jednego wydawcę od drugiego. To ludzie. Gdy krótko przed południem wchodziłam do siedziby Causton Books, właśnie Jeanette – recepcjonistka, której nigdy wcześniej nie spotkałam, ale która wiedziała, że przyjdę, i powitała mnie jak starą przyjaciółkę – sprawiła, że poczułam się jak w domu. Wręczyła mi obowiązkową smycz, otworzyła prawie lotniskową bramkę bezpieczeństwa, a nawet pomogła zaprogramować windę tak, by zabrała mnie prosto do celu.
Michael Flynn czekał na mnie na czwartym piętrze. Był bez krawata, ale na szczęście miał i nogi, i spodnie. Spotykaliśmy się po raz pierwszy, lecz przecież nie byliśmy sobie obcy, dlatego nie wahaliśmy się długo i zamiast podać sobie ręce, zdecydowaliśmy się na bardziej nowoczesny przyjazny uścisk. Dopełniwszy powitalnego rytuału, Michael poprowadził mnie korytarzem między regałami pełnymi książek z jednej strony a tłumkiem ludzi w dżinsach i T-shirtach z drugiej. Wszyscy garbili się przed monitorami, z małymi białymi słuchawkami wetkniętymi w uszy; wszyscy też byli co najmniej o dwadzieścia lat młodsi ode mnie.
W sali konferencyjnej, którą dla nas wybrał, zasiedliśmy po przeciwnych stronach stołu, o wiele za dużego dla dwojga ludzi i otoczonego wolnymi krzesłami. Od razu zauważyłam, że oprócz termosu z kawą, mleka i herbatników czeka na mnie maszynopis. Spoczywał na nim, zapewne nieprzypadkowo, notatnik. To właśnie był powód naszego spotkania.
– Bardzo się cieszę, że przyszłaś, Susan – zagaił Michael. – Napijesz się kawy?
– Tak, dziękuję.
Możliwe, że kawa czekała tu na mnie od godziny, ale wciąż była gorąca. Prawdziwy Michael Flynn podobał mi się bardziej niż jego ekranowy wizerunek. Na żywo wydał mi się silniejszy; pewnie nie bez powodu zajmował prominentne stanowisko w firmie zatrudniającej ponad setkę ludzi. O dziwo, był jednocześnie jakby cichszy i bardziej ludzki niż podczas naszych poprzednich rozmów. To właśnie jest najgorsze w Zoomie: dostarcza obraz i dźwięk, ale wysysa praktycznie wszystko inne.
– I jak ci się żyje znowu w Londynie? – zapytał. W jego wymowie była elegancja spikerów BBC z czasów drugiej wojny światowej.
– Dziwnie.
– Ale wróciłaś na stałe?
– Tak sądzę.
– To dobra wiadomość, bo siedząc na Krecie, wykonywałaś dla nas świetną robotę, ale wydaje mi się, że mając cię pod ręką, będziemy mogli zaoferować jeszcze ciekawszy materiał.
– Czy to oznacza, że zostanę przyjęta na etat? – spytałam. Jako wolnemu strzelcowi płacili mi od godziny, a może raczej od słowa, i nie mogłam korzystać z żadnych benefitów czy pracowniczego ubezpieczenia.
Michael lekko zmrużył oczy, a ja pomyślałam, że niechcący zdenerwowałam go pytaniem prosto z mostu.
– Obawiam się, że w tej chwili nie ma takiej możliwości – odpowiedział. – Ale, jak już mówiłem przez telefon, mamy dla ciebie nowy projekt. Jeśli sobie poradzisz, będziemy otwarci na negocjacje.
– Atticus Pünd – mruknęłam.
– Właśnie. – Dał mi jasno do zrozumienia, kto tu rządzi i w jaki sposób wyobraża sobie nasze relacje. – Jak wiesz, wydawnictwo Orion Books wznowiło dziewięć powieści Alana Conwaya. Sprzedały się zaskakująco dobrze, jeśli wziąć pod uwagę to, o czym już wszyscy wiedzą: że Alan nie szanował ani bohatera, którego stworzył, ani własnych czytelników.
– Łagodnie to ująłeś.
– No… fakt. – Michael spojrzał na mnie współczująco i dodał: – Wiem, że współpraca z tym człowiekiem nie była dla ciebie szczególnie przyjemna…
– Współpraca z nim w ogóle nie była przyjemna, ale i tak cieszę się, że książki odniosły sukces.
Zadziwiające, że przypadkowe spotkanie przed trzydziestu laty zaowocowało czymś, co wedle dowolnych norm można nazwać wyłącznie w jeden sposób: wydawniczym fenomenem. Alan zaczął dorosłe życie jako nauczyciel angielskiego w prywatnej szkole, w której uczyli się mój siostrzeniec i moja siostrzenica. Już wtedy był wybitnie niepopularny i powinnam była uznać to za sygnał ostrzegawczy. Dziesięciolatki z reguły szybko wyczuwają, skąd wieje wiatr. Czasem myślę, że Katie przedstawiła mi Conwaya w nadziei, iż przekonam go do odejścia ze szkoły.
I tak właśnie się stało. Przeczytałam rękopis i choć wymagał poprawek, powieść _Tropiciel Atticus Pünd_ z miejsca stała się bestsellerem oraz zalążkiem serii, którą udało się sprzedać na całym świecie w trzydziestu przekładach i osiemnastu milionach egzemplarzy, dzięki czemu Alan zarobił fortunę. Zgarnął też mnóstwo nagród literackich oraz srebrny medal i honorowe obywatelstwo Heidelbergu. Gdy opuścił Woodbridge School, kupił sobie rezydencję opodal Framlingham i na cześć jednego z opowiadań o Sherlocku Holmesie nazwał ją Abbey Grange, co, jak myślę, wiele mówi o jego naturze. BBC była bliska realizacji ośmioodcinkowego serialu zatytułowanego „Przygody Atticusa”, ponoć z Madsem Mikkelsenem w roli głównej. Wszystkie plany jednak wzięły w łeb, gdy pisarz odszedł z tego świata, zepchnięty z wieży swej luksusowej rezydencji.
Alan nigdy mnie nie zaprosił do Abbey Grange i w ogóle jakoś nie mogliśmy się dogadać. Spotykałam już autorów, którzy nie ufali swym redaktorom, ale tylko on był tak uporczywie wrogi. Każda moja sugestia, każde cięcie w tekście, nawet każde pytanie – wszystko nieodmiennie prowadziło do kłótni i potrzebowałam sporo czasu, by zrozumieć, że to nie mnie darzy taką antypatią. Nie znosił książek, które – jak uważał – był zmuszony pisać. Mówiąc wprost, chciał być Salmanem Rushdiem, a nie Agathą Christie, lecz to było po prostu niemożliwe. Utknął na dobre z tym, kim naprawdę był.
– Tak czy inaczej, wyprzedziliśmy Oriona o krok – rzekł Michael. – Ktoś od nas wpadł na genialny pomysł, żeby zamówić nową powieść o Atticusie Pündzie.
– Już bez Alana – dopowiedziałam.
– Otóż to. Po prostu kontynuację. W przypadku Jamesa Bonda i Sebastiana Faulksa plan sprawdził się wybornie – dodał prędko, nim zdążyłam mu przerwać. – Z pewnością wiesz, że _Piekło poczeka_ było najszybciej sprzedającą się powieścią od czasów Harry’ego Pottera… Przynajmniej do pojawienia się Richarda Osmana. Ale mamy też nowe przygody Herkulesa Poirota, Sherlocka Holmesa, Jeevesa i Woostera, są kontynuacje _Autostopem przez Galaktykę_… – Uśmiechnął się. – Prosta prawda jest taka, że nikogo nie obchodzi Alan Conway, Atticus Pünd i bez niego świetnie sobie poradzi.
Możliwe, że zabrzmiało to dość cynicznie, ale miał rację. To dziwne, ale niektóre postacie rzeczywiście przerastają autorów, którzy je stworzyli. W literaturze popularnej jest ich dzikie mnóstwo. Między innymi dlatego Conan Doyle cisnął Sherlocka Holmesa w odmęty wodospadu Reichenbach: czuł, że popularny bohater maskuje przed światem jego prawdziwy talent. Zarówno A.A. Milne, jak i jego syn, Christopher Robin, z czasem znienawidzili Kubusia Puchatka, Piotruś Pan zaś zostawił po sobie wręcz kolekcję trupów. Co łączy Mary Poppins, Tarzana, Czarnoksiężnika z Krainy Oz oraz Draculę? Otóż to, że zna te postacie pół świata, ale pewnie mało kto potrafi podać nazwiska autorów, którzy je stworzyli.
– Pół roku temu nawiązaliśmy kontakt z Jamesem Taylorem – powiedział Michael. – Zdaje się, że go znasz. Mieszkał z Alanem i odziedziczył po nim dom, pieniądze oraz spuściznę literacką. Złożyliśmy mu ofertę za prawo do wydania trzech nowych powieści. Zdumiewające, że w Orionie na to nie wpadli. Tak czy inaczej, przekonaliśmy Jamesa, że i tak zrobimy to lepiej niż oni. Widziałaś może nowe okładki, które przygotowali dla wznowień? Ponure i nudne, moim zdaniem. Choć oczywiście James ma w nosie takie drobiazgi, jak styl czy wizerunek. Interesują go tylko konkrety. Nasza oferta była bardzo szczodra, a w dodatku zaproponowaliśmy mu rolę konsultanta. Cieszył się jak dziecko.
W ogóle mnie to nie zdziwiło. Znałam Jamesa całkiem dobrze – spotkałam go, gdy wybrałam się do Suffolk w poszukiwaniu ostatniego rozdziału _Morderstw w Somerset_, a potem raz jeszcze, gdy powróciłam do Anglii tropem morderstwa sprzed ośmiu lat – wskazówka do rozwiązania zagadki ukryta była w trzeciej części cyklu zatytułowanej _Atticus Pünd przejmuje sprawę_. Jako dwudziestoparolatek James oferował w Londynie usługi „mężczyzny do towarzystwa” i w takim charakterze przedstawiono go Alanowi, który w owym czasie był żonaty i starannie ukrywał swoje skłonności. Prawdę mówiąc, James bardzo mu pomógł dojść do ładu z własną seksualnością; niewykluczone, że wydobył z jego osoby to, co najlepsze. Nagroda za to była nader sowita. Zamieszkał z Alanem w Abbey Grange i – jak właśnie wspomniał Michael – odziedziczył po nim cały majątek. James był bezczelny, nachalny, niewierny, samolubny i lubieżny, ale jakimś cudem i tak go lubiłam. Gdy widzieliśmy się po raz ostatni, zjedliśmy razem lunch w Le Caprice. Nie tylko zapłacił wtedy rachunek, ale i dostarczył mi cennych wskazówek potrzebnych do rozwiązania zagadki morderstwa Franka Parrisa i zniknięcia Cecily Treherne. Ucieszyłam się na myśl o ponownym spotkaniu.
– W każdym razie Alan Conway nie jest nam do niczego potrzebny – podsumował Michael.
– Bardzo możliwe – zgodziłam się. – Zresztą ja i tak nie mogłabym już z nim pracować. Inna sprawa, że niełatwo wskoczyć w jego buty. Wymyślał świetne fabuły. Miał dobre ucho do dialogów i lubiłam jego bohaterów. Z trudem przechodzą mi przez gardło te słowa, ale on był naprawdę świetnym pisarzem… Przynajmniej wtedy, gdy nie próbował stworzyć kolejnej pozycji w serii nowoczesnych klasyków Penguina. – Zerknęłam na maszynopis. Tytuł i nazwisko autora wciąż były niewidoczne. – Rozumiem, że to ta nowa powieść? – dorzuciłam.
– Pierwsze trzydzieści tysięcy słów. W bardzo roboczej wersji.
– Wydrukowałeś specjalnie dla mnie.
Był to nasz stały gag. Pewnie jestem staroświecka, ale Michael wiedział, że wolę pracować na papierze. W dzisiejszych czasach bodaj wszystko dzieje się na ekranie komputera, lecz ja zawsze czułam, że rękopis czy maszynopis ma więcej wspólnego z prawdziwą, gotową książką, a zmiany w tekście lubię wprowadzać własnoręcznie. Gdy jeszcze mieszkałam na Krecie, kupiłam sobie tandetną drukarkę i czasem przez pół poranka czekałam na papierową kopię, zanim mogłam zabrać się do pracy.
– Tak – odparł z uśmiechem Michael. – I już czeka na twój czerwony długopis.
– Powiesz mi wreszcie, kto to napisał?
– Naturalnie, chociaż muszę cię prosić, żebyś na razie zachowała tę informację dla siebie. Tak się składa, że znasz autora. – Zawiesił głos dla większego efektu. – To Eliot Crace.
Na krótką chwilę zabrakło mi słów… całych trzydziestu tysięcy. Było to ostatnie nazwisko, które spodziewałam się usłyszeć.
– Pracowałaś z nim w Cloverleaf – przypomniał mi Michael.
– To nie do końca prawda. Widziałam go ze dwa razy, ale nie miałam z nim nic wspólnego. To Charles go polecił i Charles z nim współpracował, nie ja.
– Nie lubiłaś go?
– Gdy spotkałam go po raz pierwszy, był pijany. Za drugim razem… zakrwawiony. Twierdził, że wypadł z autobusu.
– Tak. I ja zadawałem sobie pytanie, czy aby słusznie robimy, korzystając z jego usług, ale ostatecznie podjęliśmy ryzyko. Jednym z twoich zadań będzie utrzymanie go w ryzach. To dla nas ważna książka, i to z wielu powodów, więc nie chcemy żadnych wybryków z jego strony. Miejmy nadzieję, że najgorsze chwile ma już za sobą. Ile miał lat, gdy go poznałaś? Dwadzieścia parę? Teraz jest żonaty. Sama zobaczysz, że się ustatkował.
– A co z jego piórem?
– Ty mi to powiesz, gdy poczytasz – odrzekł Michael, dolewając sobie kawy. – Znasz się na kryminałach znacznie lepiej niż ja. Z tego, co przeczytałem, wnoszę jednak, że Eliot świetnie się spisał. Czuć podobieństwo do oryginału.
– Kiedy toczy się akcja? – Spytałam o to z ważnego powodu. W ostatniej powieści u Atticusa Pünda wykryto guza mózgu. To był jego wodospad Reichenbach. Alan zostawił swemu bohaterowi ledwie kilka miesięcy życia.
– Zaraz po _Morderstwach w Somerset_.
– Zatem musi się toczyć bardzo wartko.
– I tak jest. Atticus Pünd jest chory. Spotyka znajomą starszą panią, lady Chalfont, która zaprasza go do swego domu na południu Francji…
Znałam to nazwisko. Lady Chalfont pojawiła się już w _Ginie i cyjanku_, szóstej powieści z serii.
– …i wyznaje, że coś podsłuchała i obawia się o swoje życie. Wkrótce potem naturalnie ginie. Jej rodzina jest dość upiorna, ale to mąż… drugi mąż… wydaje się głównym podejrzanym. Miałem nadzieję, że przeczytasz tyle tekstu, ile już mamy, a następnie pomożesz Eliotowi dokończyć robotę. Chcielibyśmy publikować na początku przyszłego roku.
Wiele jest dziwacznych reguł w wydawniczym światku, a jedna z nich mówi o tym, że terminy zawsze są zbyt krótkie i nigdy nie ma dość czasu, żeby zdążyć ze wszystkim. Dokonałam w pamięci szybkich obliczeń.
– Mało czasu – zauważyłam.
– Eliot długo zabierał się do pisania. – Michael musiał dostrzec moją minę, bo natychmiast dodał: – To nie była jego wina. Zależało mu na świetnej fabule, więc spędził sporo czasu, dopracowując jej strukturę. – Uśmiechnął się po raz drugi, a ja odniosłam wrażenie, że robi to tak, jak włącza się i wyłącza światło. – Gdy tylko usłyszałem, że wracasz do kraju, Susan, pomyślałem, że będzie z was idealny duet. W końcu to ty odkryłaś Alana Conwaya. Świetnie znasz styl jego prozy i rozmaite sztuczki pisarskie, które stosował. Nie twierdzę, że to będzie powieść doskonała, ale pod twoim nadzorem może stać się bestsellerem. Wszyscy kochają Atticusa Pünda, a Eliot jest równie znany… przynajmniej z nazwiska. Naprawdę sądzę, że możemy mieć w rękach rynkowy przebój.
– Dwie książki, które Eliot napisał, współpracując z Cloverleaf, nie sprzedały się zbyt dobrze – zauważyłam.
Zazwyczaj nie pozwalam sobie na tak negatywne nastawienie, ale naprawdę miałam sporo powodów, by trzymać się z daleka od tego projektu. Poza tym mówiłam prawdę – marna sprzedaż była głównym powodem, dla którego trzecia powieść już się nie ukazała.
– Czytałem je – odparł Michael – i podobały mi się. Niewykluczone, że zawiódł marketing.
– Zrobiliśmy, co w naszej mocy. – Irytowała mnie jego krytyka, ale starałam się tego nie okazywać. – No dobrze – dodałam po chwili. – Przeczytam i odezwę się. Gdzie teraz mieszka Eliot?
– W zachodnim Londynie. Notting Hill Gate. Nawiasem mówiąc, bardzo się ucieszył, gdy mu wspomniałem, że spotkam się z tobą. Pamięta cię z Cloverleaf i jest w pełni świadomy tego, ile zrobiłaś dla Alana Conwaya.
– To miłe z jego strony. – Zerknęłam na wydruk. – Poznam wreszcie tytuł? – spytałam.
– Naturalnie.
Michael obrócił plik kartek i zdjął zeń swój notatnik.
Tytuł widniał na pierwszej stronie, czarno na białym.
PÜND: OSTATNIA SPRAWA
Eliot Crace
Dziesiąty tom dziewięcioczęściowej serii.
– To anagramp – powiedziałam.
– Słucham?
To był prywatny żarcik. Nie musiałam wyjaśniać.MYŚLI
Alan Conway nie lubił pisać powieści kryminalnych, więc dla rozrywki prowadził drobne gierki z czytelnikami. Ukrywał je, rzecz jasna – były to jego zagadki w zagadkach. Wzmianka o lady Chalfont przypomniała mi na przykład, bez ważnego powodu, że wszystkie postacie _Ginu i cyjanku_ nosiły nazwiska zapożyczone od stacji londyńskiego metra. Czcigodna dama nazwana została na cześć przystanku Chalfont and Latimer na linii Metropolitan; byli też Adam i Artemis Perivale z towarzyskiej śmietanki, lokaj nazwiskiem Hillingdon oraz detektyw inspektor Stockwell. Pamiętam, że byłam nawet zaskoczona, iż gdzieś w tle nie pojawił się lord Edgware.
Gier słownych było znacznie więcej: akrostychy, anagramy, kryptogramy, szyfry. Sprawiały, że czytelnik wikłał się w dekonstrukcję książki – zamiast skupiać uwagę na fabule i postaciach, zaczynał analizować najdrobniejsze klocki, z których była zbudowana: same litery. Między innymi dlatego jako redaktorka miałam z Alanem tyle problemów. Prosiłam go na przykład, żeby wyciął zbędny szczegół albo zmienił szyk zdania, które nie brzmiało zbyt naturalnie, a on niespodziewanie wybuchał gniewem. Z czasem zrozumiałam, że jego książki są pełne zagadek, których pewnie nie zauważy żaden czytelnik, ale gdy próbowałam przy nich manipulować, psułam autorowi całą zabawę.
Charles Clover, dyrektor Cloverleaf Books oraz redaktor czterech ostatnich powieści Alana, doświadczył tego na własnej skórze, gdy wydawał _Morderstwa w Somerset_. Jedli razem kolację w restauracji Ivy i Charles użył tytułu _Zagadka morderstw w Somerset_, wspominając o najnowszej książce. Alan dostał szału. Tytuł brzmi: _Morderstwa w Somerset_!, wykrzyczał. Nie życzył sobie żadnych „zagadek”. Minęło sporo czasu, zanim się zorientowaliśmy, że tytuły dziewięciu powieści o Atticusie Pündzie nie są przypadkowe – ich pierwsze litery tworzyły akrostych. _Tropiciel Atticus Pünd_, _Oprawcy nie zaznają spokoju_, _Atticus Pünd przejmuje sprawę_, _Noc przyzywa_ i tak dalej. Dziewięć liter tworzyło hasło: TO ANAGRAM.
Nie anagramp.
Dodając dziesiąty tytuł – _Pünd: ostatnia sprawa_ – Eliot Crace zepsuł Alanowi żart.
Wróciłam do Crouch Endu zaraz po spotkaniu z Michaelem Flynnem. Zaprosił mnie na lunch, ale odmówiłam – nie miałam mu nic więcej do powiedzenia i wolałam być sama. Choć zabrałam z sobą maszynopis, nie byłam gotowa zasiąść do czytania. Prawdę mówiąc, choć potrzebowałam pieniędzy, w ogóle nie chciałam brać tego zlecenia.
Przede wszystkim – nie lubię kontynuacji. Odrzuca mnie już sama nazwa. Można pisać powieści historyczne, fantastycznonaukowe, romanse – sama tematyka wiele mówi o zainteresowaniach autora i o tym, co go inspirowało. Ale kto chce tworzyć tylko po to, żeby kontynuować dzieło innego? Gdzie tu sens?
Pamiętam dobrze, jak narodził się ten trend – to od Sebastiana Faulksa zaczęła się ta mania kalkowania. Jego powieść o Bondzie odniosła wielki sukces, lecz zaraz potem niemal każdy wydawca zapragnął połączyć znanego autora z popularną postacią w nadziei na szybki zysk. Pamiętam, że ktoś podrzucił mi pomysł, by Val McDermid napisała ciąg dalszy _Doktora Jekylle’a i pana Hyde’a_. Nikt jej tego oficjalnie nie zaproponował, ale podejrzewam, że gdyby była zainteresowana, i ja weszłabym w ten projekt, bo bardzo chciałabym z nią popracować. Mimo to w zasadzie moje poglądy pozostały niezmienne. Co zostanie z prozy, jeśli odbierzemy jej oryginalność?
Moje wątpliwości wobec kontynuacji przygód Pünda sięgały jednak znacznie głębiej.
Niemal od dnia, w którym się poznaliśmy, Alan Conway przysparzał mi samych problemów. Dawniej byłam zdania, że po prostu pisze wciągające historie, lecz szybko się okazało, że miały w sobie wiele z niebezpiecznej broni; przepełniał je swoją złą wolą i wystrzeliwał w świat, siejąc zniszczenie.
Weźmy choćby to, jak bardzo lubił wplatać w fabułę swych powieści postacie swych znajomych. Wielu pisarzy postępuje podobnie. Charles Dickens czerpał z życia inspirację dla wielu słynnych postaci, które stworzył, choćby takich jak Bill Sikes, pan Micawber, Fagin czy Scrooge. Alan postępował perfidniej: celowo wypaczał ich charaktery, tworząc karykatury swych najbliższych. Jego siostra stała się zazdrosną starą panną, jego chłopak – idiotą, a jeden z jego uczniów przeistoczył się w ogrodnika-pedofila. Nie dość, że był to paskudny proceder, to jeszcze doprowadził do prawdziwej tragedii: zniknięcia i śmierci Cecily Treherne, która odgadła tożsamość mordercy ukrytą na stronicach powieści _Atticus Pünd przejmuje sprawę_. Dwa razy przyszło mi zmagać się ze skutkami jego pomysłów i w obu wypadkach omal nie skończyło się to moją śmiercią. Nie miałam specjalnej ochoty kusić losu po raz trzeci.
Nie było przecież tak, że wyszłam z opresji bez szwanku. Straciłam źródło dochodu, gdy poszło z dymem wydawnictwo, w którym pracowałam – i sama omal wtedy nie zginęłam. Mój wzrok doznał trwałych uszkodzeń; od tamtej pory muszę racjonować sobie moje ukochane czytanie w ledwie godzinnych dawkach. Co gorsza, całe londyńskie środowisko wydawnicze odwróciło się ode mnie, gdy okazało się, że Charles Clover jest zabójcą. Panowało powszechne przekonanie, że Alan dostał to, na co zasłużył, ale za to, że z rynku zniknęło odnoszące sukcesy, niezależne wydawnictwo, a jego szef skończył w więzieniu, z jakiegoś powodu obwiniano mnie. Nie miałam więc pracy, nikt nie chciał mnie zatrudnić i właściwie nie miałam wyboru – musiałam sprzedać mieszkanie i przenieść się na Kretę. A przecież i ta przygoda nie skończyła się szczęśliwie.
Z perspektywy czasu widziałam wyraźnie, że moje życie potoczyłoby się mniej wyboistą drogą, gdybym nigdy nie poznała Alana Conwaya. Rozsądek nakazywał mi więc teraz nie mieć z nim już nic wspólnego. Trudno mi było uwierzyć, że Michael Flynn mógł wpaść na pomysł z nową powieścią, a co dopiero wciągnąć mnie do tego projektu. Czułam się jak postać z szóstej czy siódmej części horroru, którego bohaterka, choć zmieniła nazwisko, przeszła terapię i przeprowadziła się na drugi koniec świata, wciąż musi uciekać korytarzami przed tym samym oszpeconym maniakiem w czarnym płaszczu i z niemal czterdziestocentymetrowym nożem kuchennym w garści.
Dlaczego więc ten wydruk właśnie leżał na moim kuchennym stole? Dlaczego zabrałam go z sobą, opuszczając siedzibę Causton Books? Odpowiedź miałam na wyciągnięcie ręki. Miałam na karku spłatę hipoteki w comiesięcznych ratach i nawet fotel, na którym właśnie siedziałam, obciążał linię kredytową mojej karty. Po prostu potrzebowałam pieniędzy, a co więcej, wydawnictwo Causton Books było w tej chwili bodaj jedynym przybytkiem w mieście, gdzie miałam szansę na stałe zatrudnienie na niepoślednim stanowisku. Michael Flynn sam powiedział, że jest otwarty na negocjacje. Tyle że nie mielibyśmy czego negocjować, gdybym mu teraz odmówiła.
Jadąc metrem, nawet nie zajrzałam do książki, ale teraz w końcu zatrzymałam wzrok na tytule i od razu przyszło mi na myśl, że trzeba będzie go zmienić. W tytułach poprzednich tomów przedstawialiśmy bohatera jako Atticusa Pünda albo po prostu Atticusa; samo Pünd brzmiało jakby zbyt ostro, po prostu nie pasowało. Nie byłam też do końca przekonana, czy czytelnicy zechcą śledzić losy detektywa, który snuje się po południowej Francji, walcząc z ostatnią fazą choroby nowotworowej. Tak czy inaczej, Michael zapowiedział, że zamawia trzy nowe powieści, a to oznaczało, że Eliot Crace musi poprowadzić bohatera przez kolejne dwie. Podejrzewałam, że pod koniec trzeciej nieszczęsny Atticus będzie już tylko leżał na wznak, podłączony do kroplówki z solą fizjologiczną.
Była czternasta – zdecydowanie zbyt wczesna pora na alkohol – lecz mimo to podeszłam do lodówki, by nalać sobie kieliszek wina. Na talerz wrzuciłam trochę sałatki i twarożku, żeby przekonać samą siebie, że to po prostu późny lunch. Kot zjawił się przy mnie, gdy tylko uchyliłam drzwi lodówki, i zaczął ocierać się o moją nogę. Zirytował mnie. Kobieta po pięćdziesiątce, żyjąca samotnie w mieszkaniu na niskim parterze? Dlaczego nie. Ale jeśli dodamy kota, zaczyna to trącić… myszką. Gryząc seler, spojrzałam na zwierzaka z wyrzutem.
A potem pomyślałam o Eliocie Crasie. Musiałam przyznać, że wybierając akurat tego autora, Michael postąpił całkiem sprytnie.
Eliot był wnukiem jednej z najbardziej poczytnych brytyjskich pisarek, której fenomen przyćmił nawet sukces Alana Conwaya. Miriam Crace wprawdzie nigdy nie tworzyła powieści detektywistycznych, ale przecież właśnie o to chodziło Michaelowi: pozyskał słynne nazwisko, a jednocześnie nie musiał się martwić porównaniami. Nie chciał przecież przeczytać w recenzji, że Eliot nie dorównuje babuni.
Miriam napisała sześćdziesiąt trzy książki dla dzieci w toku kariery, która trwała mniej więcej tyle samo lat. Była między innymi autorką powieści fantastycznej _Państwo Little_, opowiadającej o rodzinie poczciwców mierzących zaledwie dwa cale (w późniejszych wydaniach, ku jej rozczarowaniu, zmieniono ich wzrost na pięć centymetrów). Swego czasu szacowano, że w 95 procent brytyjskich domów jest co najmniej jedna z jej książek, a w 40 procent jest ich dziesięć lub więcej. Na całym świecie jej dzieła sprzedały się w oszałamiającej liczbie miliarda egzemplarzy – co może nie dało jej miejsca w Księdze rekordów Guinnessa, ale na pewno wystarczyło, by przebić sprzedaż samej księgi – a słowo „little” stało się zrozumiałe w czterdziestu siedmiu językach, Miriam bowiem uparła się, by nazwisko bohaterów nie było tłumaczone. Na zagranicznych rynkach nie pojawiły się więc powieści zatytułowane _Les Petits Gens_ czy _De Små Manneskene_. Bodaj połowa dzieci na całym świecie dorastała, śledząc losy dziadka Little, babci Little, pana i pani Little, Harry’ego, Jacka, Jasmine oraz Rose Little… a także, od końca lat dziewięćdziesiątych, adoptowanych Karima i Njingi Little.
Wszyscy uwielbiali publiczny wizerunek pisarki i wszystkim się zdawało, że coś o niej wiedzą, lecz tak naprawdę Miriam Crace nie afiszowała się ze swym prywatnym życiem. Poświęcono jej dwie biografie, ale w obu wypadkach blisko współpracowała z autorami i z tej, którą pobieżnie przejrzałam, naturalnie wyłaniał się obraz świętej. Trzecią, nieautoryzowaną biografię, zamówiło wydawnictwo HarperCollins. Ponoć miały się w niej znaleźć dość ponure fakty, lecz Fundacja Crace i jej agresywna ekipa prawników zagrozili autorowi i wydawcy pozwem, książkę więc wycofano, zanim trafiła na półki księgarń.
Miriam niechętnie udzielała wywiadów, a czyniła to tylko wtedy, gdy promowała nową książkę albo chciała pobudzić zainteresowanie dwiema organizacjami dobroczynnymi, które wspierała: Funduszem Bibliotecznym Miriam Crace oraz sierocińcem St Ambrose. Wychowała się w duchu wiary – jej ojciec był swego czasu diakonem w Kościele katolickim – i pozostała jej wierna do końca życia. Być może właśnie dlatego nie rozwiodła się ze swym mężem, Kennethem Riversem. (Podobnie jak Margaret Chalfont, nie przyjęła nazwiska męża, a co znacznie bardziej osobliwe, uparła się też, by nie przyjęły go jej dzieci). Od zawsze krążyły pogłoski, jakoby jej małżeństwo nie było całkiem szczęśliwe; potwierdziła je wreszcie roczna separacja. W 1955 roku Miriam przeżyła załamanie nerwowe, zdaniem jej biografów wywołane przepracowaniem. Spędziła wówczas sześć miesięcy w Lozannie, ładując akumulatory w prywatnej klinice. Gdy w tym samym roku powróciła do Anglii, kupiła dwór Marble Hall opodal Devizes w hrabstwie Wiltshire, a wraz z nim pięćdziesiąt akrów ziemi. Gdy czterdzieści osiem lat później odchodziła z tego świata, wciąż jeszcze mieszkała tam z Kennethem, dwoma synami, ich małżonkami oraz czworgiem wnuków. Obecnie Marble Hall jest dostępny dla zwiedzających.
Miriam Crace po dziś dzień jest liczącą się postacią w świecie wydawniczym. Co roku sprzedają się miliony jej książek, co zresztą budzi niechęć wśród aktywnych pisarzy, zgodnie żywiących przekonanie, że dość już zarobiła na swej twórczości. Fundacja Miriam Crace działała pełną parą od śmierci autorki, pod światłym kierownictwem jej najstarszego syna, Jonathana Crace’a, stryja Eliota. Państwo Little żyją zaś dalej w niezliczonych komiksach, serialach rysunkowych stacji ITV, w ogromnie popularnym musicalu wystawianym przez Bridge Theatre, w trzech filmach fabularnych, osobnej atrakcji w parku rozrywki Universal Studios oraz przebogatej kolekcji licencjonowanych artykułów, takich jak papeterie, pluszowe zabawki, puszki herbatników, gry planszowe i komputerowe, zegary, kalendarze oraz ubranka dziecięce. Niedawno ogłoszono, że Netflix zawarł umowę na dwieście milionów dolarów, by zdobyć prawa do ekranizacji, i planuje wyprodukować od razu pięć sezonów zupełnie nowych przygód państwa Little. Ze strony fundacji negocjował ją, rzecz jasna, Jonathan Crace.
A co z Eliotem Crace’em?
Widziałam go dwa, może trzy razy, gdy odwiedzał Cloverleaf Books. Zapamiętałam go jako bardzo przystojnego młodzieńca – długowłosego anioła o elfiej twarzy. Emanował czarem i pewnością siebie, które niemal zawsze są owocem edukacji w prywatnych szkołach i dorastania w dobrobycie. Niestety zwykle towarzyszy im także pewna doza arogancji. Miałam wrażenie, że Crace zawsze się spieszy – mówił za szybko, przeskakiwał z tematu na temat i raz po raz zrywał się z fotela, by przy najbliższym oknie zapalić papierosa.
Jak powiedziałam Michaelowi, to Charles Clover go odkrył i osobiście zajął się dwiema powieściami detektywistycznymi, które Crace dla nas napisał. Nie byłam jednak do końca szczera, gdy mówiłam, że nie sprzedały się zbyt dobrze. Nie sprzedały się prawie wcale. Eliot nie był złym pisarzem, ale dość nierozsądnie wybrał swego detektywa: uczynił go podróżującym w czasie alchemikiem z dworu królowej Elżbiety I i kazał mu zabłąkać się w dwudziesty pierwszy wiek. Jego książki nie mieściły się właściwie w żadnej kategorii. Nie byłam pewna, czy były dla dorosłych czy dla młodzieży; czy były realistyczne czy fantastyczne; czy należało brać je poważnie, czy się z nich śmiać. Wyniki sprzedaży dowiodły, że czytelnicy także nie umieli rozstrzygnąć tego dylematu. Charles współpracował wcześniej ze stryjem Eliota, a jego samego znał od dziecka, nie był więc zadowolony, gdy w końcu tupnęłam nogą i oznajmiłam, że nie powinniśmy wydawać trzeciej powieści o doktorze Gee. Prawda była jednak taka, że publikowanie książek, których nikt nie chciał czytać, zwyczajnie nie miało sensu, a sam Eliot był dla nas balastem: nie żałował sobie narkotyków, trunków, imprez i antydepresantów, które wprawiały go w aż nadto euforyczny nastrój. Charles był pewny, że młody Crace odniesie sukces literacki, gdy wreszcie dorośnie. Upierał się, że drzwi wydawnictwa Cloverleaf zawsze będą przed nim otwarte. Ale Eliot już nie powrócił.
Aż do tej chwili. Zastanawiałam się, skąd właściwie Michael Flynn go wytrzasnął i w jaki sposób przekonał do współpracy. Nagle pożałowałam, że nie poszłam z nim na lunch.
Zaniosłam talerz i kieliszek wina do kuchni, usiadłam przy stole i położyłam przed sobą maszynopis. Postanowiłam jednak go przeczytać. Nie miałam nic lepszego do roboty w to popołudnie, a poza tym byłam ciekawa, z jakiej strony pokaże się Atticus Pünd wiedziony piórem innego pisarza.
Bo w końcu jak mogłoby mi to zaszkodzić?OSOBY
Atticus Pünd – detektyw
James Fraser – jego asystent
RODZINA
lady Margaret Chalfont – zamożna wdowa po Henrym Chalfoncie, 6. hrabim Chalfont
Jeffrey Chalfont – syn Henry’ego i Margaret Chalfont, obecnie 7. hrabia
Lola Chalfont – aktorka i piosenkarka, żona Jeffreya Chalfonta
Cedric Chalfont – ośmioletni syn Jeffreya i Loli
Judith Lyttleton – córka Henry’ego i Margaret Chalfont, etnolog
Harry Lyttleton – małżonek Judith, deweloper
Elmer Waysmith – obecny małżonek lady Margaret Chalfont, Amerykanin, handlarz dziełami sztuki
Robert Waysmith – jedyny syn Elmera Waysmitha z pierwszego małżeństwa
POZOSTALI
Frédéric Voltaire – policjant, oficer Sûreté
Béatrice Laurent – gospodyni Château Belmar w Cap-Ferrat
Estelle Dubois – dyrektorka galerii sztuki Werner-Waysmith
Jean Lambert – radca prawny z kancelarii w Saint-Paul-de-Vence
Alice Carling – jego sekretarka
Harlan Scott – prywatny detektyw
Hector Brunelle – aptekarz z Nicei
dr Benson – lekarz z kliniki przy Harley Street