Morderstwo na dziesiątym kilometrze - ebook
Na dziesiątym kilometrze masowego biegu ulicznego Paweł Karski, trener Ewy Malinowskiej, pada na trasę. Wszystko wskazuje na nagłe zatrzymanie krążenia. Chwilę przed śmiercią zdążył jednak ostrzec Ewę: „Nie ufaj wynikom”. Setki osób widziały jego upadek, lecz system pomiarowy rejestruje Karskiego ponad kilometr dalej. Dodatkowy chip, tajemniczy czarny żel i zmanipulowane międzyczasy prowadzą do Projektu Dziesięć — nielegalnego eksperymentu wydolnościowego ukrywanego przez ludzi związanych z organizatorami, sponsorami i zapleczem medycznym biegu. Ewa rozpoczyna własne śledztwo. Wkrótce odkrywa, że nie była przypadkowym świadkiem, a śmierć jej trenera mogła być dopiero początkiem zaplanowanej próby.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 1 011 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
DZIESIĘĆ KILOMETRÓW
------------------------------------------------------------------------
Pierwszy raz Maja pomyślała, że może umrzeć, gdy zegarek pokazał 8,73 kilometra.
Myśl pojawiła się nagle, czysta i spokojna, zupełnie niepasująca do bólu rozrywającego jej klatkę piersiową.
Mogę umrzeć.
Zrobiła jeszcze trzy kroki.
Prawa stopa. Lewa. Prawa.
Ból nie minął. Przeciwnie — przesunął się wyżej, w stronę szyi, jakby pod skórą zaciskała się cienka metalowa obręcz. Maja otworzyła usta, próbując nabrać więcej powietrza. Noc była chłodna, ale każdy wdech palił ją od środka.
— Nie zwalniaj! — dobiegł ją głos trenera. — Trzymaj rytm!
Paweł Karski poruszał się na rowerze kilka metrów za nią. Słyszała miarowy szum opon i charakterystyczne przeskakiwanie łańcucha. Nie musiała się odwracać, aby wiedzieć, że patrzy na stoper.
Zawsze patrzył na stoper.
Czasy były dla niego ważniejsze od pogody, zmęczenia, bólu i strachu. Sekundy nie kłamały. Człowiek mógł znaleźć tysiąc wymówek, ale wyświetlacz pokazywał prawdę.
Tak przynajmniej powtarzał.
— Coś jest nie tak — wydusiła Maja.
Nie była pewna, czy ją usłyszał. Wiatr szumiał w koronach drzew, a agregat stojący przy namiocie medycznym warczał gdzieś daleko za nimi. Trasa prowadziła przez zamknięty ośrodek treningowy na obrzeżach Radomierza. Dwie pętle po pięć kilometrów: alejki w parku, odcinek asfaltu za magazynami, krótki podbieg pod stary stadion i finisz na zniszczonej bieżni.
Znała każdy zakręt. Przebiegła tę trasę dziesiątki razy.
Nigdy jednak nocą.
I nigdy po zastrzyku.
— Zostało niewiele ponad kilometr — powiedział Karski. Teraz jechał bliżej. — Jesteś przed założeniami. Nie zmarnuj tego.
Maja zerknęła na zegarek.
8,81 kilometra.
Tempo: trzy minuty i trzydzieści sześć sekund na kilometr.
Jeszcze miesiąc wcześniej nie uwierzyłaby, że może tak biec. Karski mówił, że organizm jest jak zamknięty pokój. Większość zawodników przez całe życie stoi pod drzwiami i boi się nacisnąć klamkę. On potrafił te drzwi otwierać.
Preparat miał jedynie pomóc.
Tak zapewniał.
Nie doping. Nie narkotyk. Nie eksperyment.
„Wsparcie metaboliczne nowej generacji” — tymi słowami określił zawartość przezroczystej fiolki mężczyzna, który przyjechał czarnym samochodem na pół godziny przed testem. Maja nie znała go wcześniej. Miał drogi zegarek, ciemny płaszcz i srebrny pierścień z wygrawerowanym znakiem klubu, chociaż nigdy nie widziała go na żadnym treningu.
Nie przedstawił się. Karski nazywał go po imieniu, ale robił to tylko wtedy, gdy byli daleko od niej.
Doktor Radecka wyjęła strzykawkę z opakowania.
— To jest legalne? — zapytała wtedy Maja.
Lekarka na moment znieruchomiała. Spojrzała najpierw na Karskiego, później na mężczyznę w płaszczu.
— Nie dostałabyś niczego, co mogłoby ci zaszkodzić — odpowiedziała.
To nie była odpowiedź na jej pytanie.
Maja o tym wiedziała, a mimo to podwinęła rękaw.
Miała dziewiętnaście lat. Za trzy tygodnie miała wystartować w najważniejszym biegu swojego życia. Jeśli pobiegnie dobrze, dostanie miejsce w kadrze, stypendium i szansę na wyrwanie się z miasta, w którym każdy znał jej rodziców, jej brata i dokładną godzinę, o której wracała z treningu.
Karski twierdził, że ma talent większy, niż sama rozumie.
Chciała mu wierzyć.
Igła weszła w żyłę w zgięciu łokcia. Preparat był zimny. Poczuła jego drogę pod skórą, jakby ktoś wpuścił do jej ciała strużkę lodowatej wody.
Później mężczyzna w płaszczu podał jej mały papierowy kubek.
— Pij.
Płyn był gorzki i zostawił na języku metaliczny posmak.
— Co to jest?
— Coś, co za kilka lat będą stosować wszyscy — odparł.
Uśmiechnął się, lecz jego oczy pozostały nieruchome.
Teraz ten sam smak wrócił. Maja przełknęła ślinę i poczuła gorycz w gardle.
8,94 kilometra.
Musiała zwolnić. Tylko odrobinę. Kilka sekund na kilometr, dopóki oddech się nie uspokoi. Karski zobaczy to na stoperze, ale zrozumie. Przecież nie chciał zrobić jej krzywdy.
Skróciła krok.
Rower natychmiast znalazł się obok.
— Co robisz?
— Boli mnie klatka.
— To wysiłek.
— Nie. Inaczej niż zwykle.
Karski uniósł wzrok znad stopera. Przez kilka sekund przyglądał jej się uważnie. W świetle lampy stojącej przy zakręcie zobaczyła napięcie na jego twarzy.
Nie złość.
Strach.
— Kręci ci się w głowie? — zapytał.
— Trochę.
— Widzisz normalnie?
Maja spojrzała przed siebie. Asfalt lśnił po wieczornym deszczu. Białe linie na krawędziach alejki rozpływały się, jakby ktoś przejechał po nich mokrym pędzlem.
— Tak — skłamała.
Karski obejrzał się przez ramię.
Mężczyzna w płaszczu czekał przy wejściu na stadion. Stał pod lampą z rękami wsuniętymi do kieszeni. Obok niego doktor Radecka patrzyła na niewielki monitor ustawiony na składanym stoliku. Sygnał z opaski założonej na piersi Mai miał przesyłać im tętno i inne parametry.
Karski zwolnił i pozwolił jej oddalić się o kilka metrów.
— Tętno? — zawołał.
Doktor spojrzała na ekran.
Maja nie usłyszała odpowiedzi. Mężczyzna powiedział coś do lekarki, nie odwracając wzroku od biegnącej dziewczyny. Radecka potrząsnęła głową.
— Maja! — krzyknął Karski. — Dasz radę. Jeszcze kilometr!
9,07.
Zostało dziewięćset trzydzieści metrów.
Mniej niż trzy i pół minuty.
Każdy potrafił wytrzymać trzy i pół minuty.
Maja przyspieszyła.
Przez kilkanaście sekund wydawało jej się, że najgorsze minęło. Nogi znów pracowały równo, oddech się pogłębił, a ból zwinął się w mały, twardy punkt pod mostkiem. Przestała myśleć o zastrzyku.
Widziała przed sobą stadion. Otwarta metalowa brama przypominała czarny prostokąt wycięty w murze. Za nią rozpoczynał się ostatni odcinek. Trzysta metrów do bieżni, jedno okrążenie i meta ustawiona dokładnie tam, gdzie zegarek powinien wskazać dziesięć kilometrów.
Karski znów jechał obok.
— Właśnie tak. Wiedziałem, że potrafisz.
Maja chciała odpowiedzieć, ale nagle serce uderzyło tak mocno, jakby próbowało przebić żebra.
Raz.
Przerwa.
Dwa szybkie uderzenia.
Kolejna przerwa.
Jej krok się załamał. Zahaczyła butem o nierówność w asfalcie i omal nie upadła. Karski zeskoczył z roweru.
— Maja?
Zatrzymała się.
Świat natychmiast przechylił się w lewo. Oparła dłonie na kolanach, lecz pozycja nie przyniosła ulgi. Serce szarpało się w piersi, niezdolne odnaleźć rytmu. Z każdym uderzeniem przed jej oczami pojawiały się czarne plamy.
— Nie mogę — wyszeptała.
Karski chwycił ją za ramię.
— Usiądź.
— Nie! — krzyknął mężczyzna stojący przy bramie.
Jego głos przeciął noc.
Karski znieruchomiał.
— Test nie jest skończony — powiedział mężczyzna, podchodząc do nich. Nie miał już na sobie płaszcza. Pod nim nosił sportową bluzę z logo klubu. — Musi przekroczyć punkt pomiarowy.
— Ma zaburzenia rytmu — odezwała się doktor Radecka. Pojawiła się za nim z przenośnym monitorem w rękach. — Powinniśmy przerwać.
— Odczyt jest niestabilny, bo opaska się przesunęła.
— Nie przesunęła się.
— Zostało mniej niż osiemset metrów.
Maja podniosła głowę. Twarze dorosłych rozpływały się w świetle lamp. Karski stał najbliżej. Nadal trzymał ją za ramię, ale nie patrzył na nią. Patrzył na człowieka w sportowej bluzie.
— Paweł — powiedziała.
Dopiero wtedy spojrzał jej w oczy.
— Proszę.
To słowo kosztowało ją więcej wysiłku niż cały ostatni kilometr.
Twarz trenera zmieniła się. Maja zobaczyła człowieka, którego znała od czterech lat. Tego, który pożyczał jej pieniądze na buty, odwoził ją po wieczornych treningach i przekonywał rodziców, że ich córka może osiągnąć coś wielkiego. Człowieka, który stał przy szpitalnym łóżku, kiedy zerwała więzadło, i obiecał, że jeszcze wróci do biegania.
Była pewna, że zaraz każe wezwać karetkę.
— Możemy anulować próbę — powiedział cicho.
Mężczyzna w bluzie podszedł do niego tak blisko, że niemal zetknęli się twarzami.
— Nie po tym, ile nas kosztowała. Potrzebujemy pełnych danych.
— Ona ma dziewiętnaście lat.
— I podpisała zgodę.
— Na test wydolnościowy. Nie na to.
— Na co, Paweł? — Mężczyzna ściszył głos. — Uważaj, co mówisz. Ty również podpisałeś dokumenty.
Karski pobladł.
Doktor Radecka wciąż patrzyła na monitor.
— Jeżeli objawy się nasilą, natychmiast przerywamy — powiedziała.
— Już się nasiliły — odparł Karski.
Mężczyzna z pierścieniem zignorował go. Stanął przed Mają i położył dłonie na jej ramionach.
— Posłuchaj mnie. Jesteś zmęczona i przestraszona. To normalne. Organizm nie zna tego poziomu wysiłku, więc próbuje cię zatrzymać. Ale nic złego się nie dzieje.
— Serce…
— Serce pracuje. Właśnie do tego zostało stworzone.
— Boli.
— Ból nie oznacza zagrożenia.
Maja spojrzała na doktor Radecką. Lekarka nie potwierdziła jego słów. Zaciskała usta tak mocno, że tworzyły cienką, niemal białą linię.
— Jeśli teraz przerwiesz — ciągnął mężczyzna — cały test pójdzie na marne. Nie będziemy mogli zgłosić cię do kolejnego etapu programu.
— Jakiego programu?
Na jego twarzy pojawiło się zniecierpliwienie.
— Tego, dzięki któremu za rok możesz być najlepsza w kraju.
Maja pomyślała o kopercie leżącej na biurku w jej pokoju. W środku trzymała wycinek z gazety ze zdjęciem reprezentacji narodowej. Pod fotografią napisała długopisem własne nazwisko.
Pomyślała o bracie, który żartował, że kiedy pojedzie na igrzyska, będzie nosił jej walizki.
O mamie wstającej przed piątą rano do pracy w piekarni.
O ojcu, który nigdy nie powiedział, że jest z niej dumny, ale przechowywał wszystkie jej medale w pierwszej szufladzie komody.
Nie mogła wrócić do nich z informacją, że zabrakło jej odwagi na ostatnich ośmiuset metrach.
Wyprostowała się.
Serce uderzyło nierówno, lecz po chwili znów poczuła rytm.
— Ile tracę? — zapytała.
Karski zamknął oczy.
Mężczyzna z pierścieniem spojrzał na stoper.
— Nadal możesz pobić rekord.
— Maja, nie musisz — powiedziała doktor.
To zdanie powinno ją zatrzymać.
Zamiast tego sprawiło, że ruszyła.
Najpierw wolno, niepewnie. Później szybciej. Karski przez moment stał bez ruchu, potem podniósł rower i pojechał za nią.
9,31 kilometra.
Brama stadionu zbliżała się z każdym krokiem. Maja skupiła wzrok na jej krawędzi. Jeśli podzieli pozostały dystans na małe fragmenty, da radę. Do bramy. Później do pierwszej latarni. Następnie do wejścia na bieżnię.
Nie myśleć o mecie.
Jeszcze nie.
— Dobrze! — krzyknął mężczyzna. — Parametry wracają!
Kłamał.
Maja wiedziała o tym, choć nie potrafiłaby powiedzieć skąd. Może przez sposób, w jaki doktor Radecka pochyliła się nad monitorem. Może przez przerażenie na twarzy Karskiego.
A może dlatego, że właśnie przestała czuć lewą rękę.
9,52.
Przebiegła przez bramę.
Światło na stadionie było zbyt jasne. Zniszczona bieżnia miała brunatnoczerwony kolor przypominający zaschniętą krew. Przy mecie stała kamera na statywie. Obok niej na stoliku leżały dokumenty, zapasowe fiolki i czarna plastikowa walizka.
Obiektyw śledził każdy jej krok.
— Wyłącz kamerę — powiedziała Radecka.
— Nagranie jest częścią dokumentacji — odpowiedział mężczyzna.
— Powiedziałam, żebyś ją wyłączył.
Maja wbiegła na bieżnię.
9,68.
Zostało jedno okrążenie.
Nie słyszała już kroków. Nie słyszała roweru ani krzyków. Jedynym dźwiękiem było jej serce — chaotyczne, głuche uderzenia rozchodzące się po całym ciele.
Na pierwszym łuku poczuła, że coś ciepłego spływa jej z nosa. Otarła twarz dłonią. W świetle reflektorów palce były czarne, ale wiedziała, że to krew.
9,76.
Nogi poruszały się bez jej udziału. Miała wrażenie, że obserwuje samą siebie z góry: drobną dziewczynę w granatowych spodenkach, biegnącą samotnie po pustym stadionie, podczas gdy czworo dorosłych czeka przy linii końcowej.
Czworo?
Mrugnęła.
Karski. Radecka. Mężczyzna z pierścieniem.
Przy kamerze stał jeszcze ktoś. Młody chłopak w klubowej kurtce. Maja widziała go wcześniej przy samochodzie. To on rozstawiał sprzęt i przygotowywał kubek z gorzkim płynem. Teraz trzymał dłoń na przycisku kamery.
9,84.
Ból w klatce piersiowej nagle zniknął.
Ulga trwała krócej niż sekundę.
Potem serce Mai oszalało.
Uderzało tak szybko, że poszczególne skurcze zlały się w jedno nieprzerwane drżenie. Z jej płuc uciekło powietrze. Próbowała nabrać następnego wdechu, lecz mięśnie nie zareagowały.
Zachwiała się.
— Maja! — krzyknął Karski.
Był daleko, po drugiej stronie bieżni. Zeskoczył z roweru i ruszył w jej stronę.
— Biegnij! — wrzasnął mężczyzna przy mecie. — Zostało sto metrów!
9,91.
Maja wyciągnęła ręce, jakby mogła się czegoś złapać. Przed nią nie było jednak niczego poza powietrzem i białą linią oddaloną o kilkadziesiąt metrów.
Prawa stopa.
Lewa.
Prawa.
Każdy krok był upadkiem, który w ostatniej chwili udawało jej się zamienić w następny krok.
9,95.
Przypomniała sobie pierwszy bieg zorganizowany w podstawówce. Miała jedenaście lat i za duże buty po bracie. Na ostatniej prostej wyprzedziła dwie starsze dziewczyny. Kiedy przekroczyła metę, Karski — wtedy jeszcze obcy trener stojący przy płocie — zapytał, jak się nazywa.
To pytanie zmieniło całe jej życie.
9,97.
Karski biegł wzdłuż wewnętrznej krawędzi bieżni.
— Zatrzymaj się! — krzyczał. — Maja, zatrzymaj się!
Teraz pozwalał jej przerwać.
Teraz, kiedy meta znajdowała się kilka kroków przed nią.
9,98.
Obraz zwęził się do małego jasnego punktu.
9,99.
Maja zrobiła ostatni krok.
Zegarek zawibrował.
10,00.
Nie poczuła uderzenia o ziemię.
Przez chwilę wydawało jej się, że nadal biegnie. Jej nogi poruszały się lekko, a chłodne powietrze wypełniało płuca. Dopiero po kilku sekundach zrozumiała, że leży na boku z twarzą przyciśniętą do szorstkiej nawierzchni.
Ktoś ją odwrócił.
Nad sobą zobaczyła Pawła Karskiego.
Poruszał ustami, ale nie słyszała słów. Uciskał jej klatkę piersiową zbyt wysoko i zbyt szybko. Doktor Radecka odepchnęła go, rozdarła opakowanie elektrod i zaczęła wydawać polecenia.
Dźwięki wracały fragmentami.
— …karetkę…
— Jeszcze nie.
— Ona nie oddycha!
— Spróbuj ją ustabilizować.
— Musi trafić do szpitala!
— Jeżeli teraz wezwiecie karetkę, przyjedzie policja. Zabezpieczą wszystko.
— Paweł, uciskaj!
Karski znów położył dłonie na jej mostku.
Pierwsze uciśnięcie sprawiło ból. Drugiego prawie nie poczuła.
Maja próbowała powiedzieć, że jest przytomna. Chciała poprosić, żeby zadzwonili do Michała. Brat będzie wiedział, co zrobić. Zawsze wiedział.
Z jej ust nie wydobył się żaden dźwięk.
— Zabierz fiolki — rozkazał mężczyzna z pierścieniem. — Wszystkie.
Młody chłopak przy kamerze nie ruszył się.
— Słyszałeś mnie?
— Nagranie…
— Wyłącz je i wyjmij kasetę.
— Nie możemy tego ukryć — powiedziała doktor Radecka.
— Niczego nie ukrywamy. Zabezpieczamy dokumentację przed ludźmi, którzy nie zrozumieją, co tu robiliśmy.
— Ona umiera!
Zapadła cisza.
Nawet Karski na moment przestał uciskać.
Mężczyzna uklęknął obok Mai. Zobaczyła jego twarz, ale ciemność wdzierała się już w środek obrazu. Został tylko pierścień błyszczący w świetle stadionowych lamp.
— Ona miała niezdiagnozowaną wadę serca — powiedział spokojnie. — Zasłabła podczas indywidualnego treningu. Paweł znalazł ją na trasie i rozpoczął reanimację. Sylwia, poprawisz wyniki badań. Nigdzie nie będzie preparatu ani projektu.
— Nie — wyszeptał Karski.
— Masz lepsze wyjście?
Karski spojrzał na Maję.
W jego oczach nie było już strachu.
Było coś gorszego.
Decyzja.
— Dzwoń po karetkę — powiedział do Radeckiej. — Powiedz, że właśnie ją znaleźliśmy.
Lekarka sięgnęła po telefon.
Młody chłopak wyjął kasetę z kamery. Mężczyzna z pierścieniem zgarnął fiolki do czarnej walizki i zatrzasnął pokrywę.
Karski nadal uciskał klatkę piersiową Mai.
— Przepraszam — powtarzał. — Boże, Maja, przepraszam.
Nie wiedziała, czy przeprasza za preparat, za ostatnie osiemset metrów, czy za kłamstwo, które właśnie zgodził się powtarzać do końca życia.
Chciała spojrzeć na jego twarz, ale nie potrafiła już unieść powiek.
Zdołała jedynie obrócić nadgarstek.
Ekran zegarka rozświetlił ciemność.
Dystans: 10,00 kilometra.
Czas zatrzymał się na zawsze.Rozdział 1
WIADOMOŚĆ PRZED STARTEM
------------------------------------------------------------------------
Ewa Malinowska obudziła się trzy minuty przed budzikiem i przez krótką chwilę nie wiedziała, dlaczego serce bije jej tak szybko.
Leżała nieruchomo, patrząc w ciemny sufit hotelowego pokoju. Za zasłonami zaczynał się świt, a z ulicy dochodził odległy szum przejeżdżających samochodów. Na korytarzu ktoś zamknął drzwi, później rozległy się przytłumione kroki.
Dopiero wtedy sobie przypomniała.
Półmaraton.
Pierwszy od czternastu miesięcy.
Budzika nie zdążyła wyłączyć. Telefon zawibrował na szafce, a po chwili pokój wypełnił dźwięk, który poprzedniego wieczoru wybrała specjalnie dlatego, że był niemożliwy do zignorowania.
Usiadła i natychmiast spojrzała na prawą nogę.
Nie bolała.
Poruszyła stopą, napięła łydkę, nacisnęła palcami miejsce kilka centymetrów nad kostką. Nic. Żadnego kłucia ani tępego ciągnięcia, które przez wiele miesięcy pojawiało się zawsze wtedy, gdy próbowała wrócić do biegania zbyt szybko.
Wiedziała, że to jeszcze o niczym nie świadczy.
Ból po złamaniu przeciążeniowym kości piszczelowej miał własne zasady. Potrafił milczeć rano, pozwolić przebiec pięć, osiem albo dziesięć kilometrów, a później wrócić tak nagle, jakby przez cały czas ukrywał się pod skórą i czekał na odpowiedni moment.
Fizjoterapeuta powiedział jej, że noga jest gotowa.
Lekarz również.
Plan treningowy wykonała niemal bez odstępstw. Najdłuższe wybieganie miało osiemnaście kilometrów. Ostatnie tygodnie nie przyniosły żadnych niepokojących objawów.
Mimo to pierwszą rzeczą, o której pomyślała po przebudzeniu, nie była meta.
Był nią ból.
Ewa wstała i podeszła do okna. Odsunęła zasłonę.
Radomierz budził się pod warstwą lekkiej mgły. Na chodniku przed hotelem pojawiali się już pierwsi biegacze. Niektórzy truchtali w miejscu, inni maszerowali w stronę centrum z przezroczystymi workami depozytowymi przewieszonymi przez ramię. Z daleka wyglądali jak uczestnicy ewakuacji, którzy zabrali ze sobą tylko buty sportowe i banany.
Na latarniach wisiały zielono-czarne flagi RunLab. Logo sponsora znajdowało się również na bramkach ustawionych przy skrzyżowaniach, samochodach organizatorów i wielkim balonie widocznym ponad dachami budynków.
RunLab Półmaraton Radomierza.
Dwanaście tysięcy zgłoszonych zawodników.
Największa impreza biegowa w regionie.
Ewa miała wystartować z czwartej strefy i ukończyć bieg bez patrzenia na wynik.
Tak brzmiała oficjalna wersja.
Nieoficjalnie chciała złamać godzinę i czterdzieści pięć minut.
Nie przyznała się do tego fizjoterapeucie. Nie zapisała celu w aplikacji. Nie powiedziała nawet Marcie, która poprzedniego wieczoru wysłała jej wiadomość z życzeniami i dopisała wielkimi literami: „TYLKO NIE ŚCIGAJ SIĘ Z CAŁYM ŚWIATEM”.
Ewa odpisała, że jedzie po atmosferę.
Obie wiedziały, że kłamie.
Przygotowane ubrania leżały na drugim łóżku. Czarne spodenki, granatowa koszulka, skarpety kompresyjne, cienka bluza do oddania przed startem. Obok stały buty, które kupiła pół roku wcześniej i przez pierwsze tygodnie trzymała w pudełku, bo bała się, że sam ich widok sprowokuje ją do zbyt wczesnego powrotu na trasę.
Numer startowy przypięła jeszcze wieczorem.
◆ ◆ ◆
Sprawdziła agrafki. Wszystkie trzymały się mocno.
Na odwrocie numeru znajdowało się miejsce na dane kontaktowe i informacje medyczne. Wpisała numer Marty oraz jedno zdanie:
„Uczulenie na ibuprofen”.
Przez chwilę zastanawiała się, czy powinna dopisać coś jeszcze.
„Była dziennikarka. W razie utraty przytomności nie informować redakcji”.
Uśmiechnęła się bez wesołości.
W łazience spojrzała w lustro. Włosy związała ciasno z tyłu głowy. Pod oczami miała ciemne półksiężyce, których nie zakryłaby nawet gruba warstwa makijażu. Wyglądała na bardziej zmęczoną, niż się czuła.
Albo odwrotnie.
Od miesięcy unikała własnego nazwiska w internecie. Nie musiała niczego wpisywać. Wystarczyło kilka pierwszych liter, aby wyszukiwarka podpowiedziała resztę.
„Ewa Malinowska manipulacja”.
„Ewa Malinowska nierzetelny artykuł”.
„Ewa Malinowska przeprosiny redakcji”.
Oświadczenie nadal znajdowało się na stronie dawnego pracodawcy. Krótkie, chłodne i napisane językiem, który pozwalał gazecie odciąć się od niej bez przyznania, że przez kilka tygodni zachęcano ją do publikacji tekstu mimo brakujących potwierdzeń.
Materiał dotyczył tuszowania nieprawidłowości w jednym z programów szkoleniowych dla młodych sportowców. Ewa miała dokumenty, wiadomości i źródło gotowe zeznawać pod nazwiskiem. Na dwadzieścia cztery godziny przed publikacją źródło zniknęło. Telefon został wyłączony, konto pocztowe usunięte, a najważniejszy dokument okazał się sfałszowany.
Artykuł ukazał się mimo to.
Dwa dni później rozpoczął się skandal.
Po tygodniu redakcja przeprosiła.
Po miesiącu Ewa straciła pracę.
Nikt nie pytał, dlaczego ktoś poświęcił tyle czasu, aby przygotować fałszywe raporty, stworzyć wiarygodną historię i przekonać dziennikarkę do wszczęcia śledztwa. Liczyło się tylko to, że dała się oszukać.
Od tamtej pory pisała teksty, pod którymi nie umieszczano jej nazwiska. Opisy produktów, artykuły poradnikowe, czasami wywiady redagowane tak mocno, że nie rozpoznawała własnych zdań. Zarabiała mniej niż na początku kariery, ale przynajmniej nie musiała nikomu tłumaczyć, dlaczego nie pracuje już w redakcji.
Bieganie miało być jedyną częścią życia, której tamta historia nie dotknęła.
Potem złamała nogę.
Ewa odwróciła wzrok od lustra.
— Dzisiaj tylko dwadzieścia jeden kilometrów — powiedziała do swojego odbicia. — Niczego nie musisz udowadniać.
Nie zabrzmiało przekonująco.
Zjadła owsiankę przygotowaną poprzedniego wieczoru i wypiła pół kubka kawy. Więcej nie chciała ryzykować. Sprawdziła prognozę, chociaż znała ją niemal na pamięć. Jedenaście stopni na starcie, szesnaście około południa, słaby wiatr, niewielkie prawdopodobieństwo deszczu.
Idealne warunki.
Włożyła zegarek, zapięła pas z żelami i schowała telefon do kieszeni spodenek. Na koniec jeszcze raz nacisnęła kość nad prawą kostką.
Nie bolała.
— Dobrze — powiedziała. — Umowa jest prosta. Ja nie będę udawać, że mam dwadzieścia pięć lat, a ty nie rozpadniesz się na trasie.
Noga nie odpowiedziała.
To był dobry znak.
Im bliżej centrum, tym więcej ludzi pojawiało się na ulicach.
W powietrzu mieszał się zapach kawy, rozgrzewających maści i mokrego asfaltu. Z głośników ustawionych w pobliżu rynku płynęła głośna muzyka, przerywana komunikatami prowadzącego. Wolontariusze w zielonych kurtkach wskazywali drogę do depozytów i stref startowych. Nad tłumem unosiły się tabliczki z przewidywanymi czasami: godzina trzydzieści, godzina czterdzieści pięć, dwie godziny, dwie piętnaście.
Ewa zwolniła przy wejściu do miasteczka zawodów.
Przez czternaście miesięcy wyobrażała sobie ten moment. Sądziła, że poczuje wzruszenie albo ulgę. Zamiast tego ogarnęło ją wrażenie, że nie powinna się tu znajdować.
Wszyscy wokół wyglądali, jakby dokładnie wiedzieli, co robią.
Mężczyzna w stroju jednorożca wykonywał skipy przy barierce. Dwie kobiety w identycznych koszulkach smarowały sobie ramiona wazeliną. Starszy zawodnik przypinał do pleców kartkę z napisem „Mój 150. półmaraton”. Grupa biegaczy z lokalnego klubu robiła zdjęcie pod balonem sponsora.
Ewa poprawiła numer startowy.
Jej celem miało być dotarcie do mety.
Każda minuta ponad to była nieistotna.
Powtórzyła to w myślach trzy razy, po czym sprawdziła na zegarku ustawione tempo.
Cztery minuty i pięćdziesiąt osiem sekund na kilometr.
Tempo na godzinę czterdzieści pięć.
Marta miała rację. Ewa ścigała się z całym światem nawet wtedy, gdy świat nie wiedział, że bierze udział.
Przeszła do depozytu i oddała worek z bluzą, ręcznikiem oraz ubraniami na zmianę. Zachowała starą szarą bluzę, którą zamierzała zostawić przy starcie. Organizator zbierał porzuconą odzież i przekazywał ją fundacji.
Po wyjściu z namiotu telefon zawibrował.
Ewa wyjęła go odruchowo, spodziewając się kolejnej wiadomości od Marty.
Na ekranie zobaczyła nazwisko, którego nie widziała od prawie dwóch lat.
Paweł Karski.
Zatrzymała się tak gwałtownie, że biegnący za nią mężczyzna musiał zejść na bok.
— Uważaj! — rzucił.
Nie usłyszała albo nie zrozumiała odpowiedzi. Patrzyła na powiadomienie, jakby samo nazwisko mogło zniknąć, jeśli odblokuje telefon zbyt szybko.
Karski kontaktował się z nią kilka miesięcy przed publikacją artykułu, który zakończył jej karierę. Nie był głównym źródłem, ale potwierdził część informacji dotyczących presji wywieranej na młodych zawodników. Rozmawiali dwukrotnie. Za każdym razem w miejscach, które wybierał w ostatniej chwili.
Podczas drugiego spotkania był wyraźnie zdenerwowany.
Powiedział, że w polskim sporcie istnieją historie, których nie da się ujawnić jednym tekstem. Że ludzie odpowiedzialni za dawne wydarzenia zajmują dziś stanowiska pozwalające kontrolować zawodników, lekarzy, sponsorów i media. Kiedy Ewa poprosiła o konkrety, wycofał się.
„Jeszcze nie teraz” — powiedział.
Później przestał odbierać jej telefony.
Kiedy wybuchł skandal, Ewa próbowała skontaktować się z nim ponownie. Chciała, żeby powtórzył publicznie przynajmniej to, co wcześniej przekazał jej nieoficjalnie.
Karski odpisał jednym zdaniem:
„Nie mogę pani pomóc”.
Od tamtej pory milczał.
Aż do teraz.
Ewa otworzyła wiadomość.
„Między 9,8 a 10,0 trzymaj się blisko mnie. Mam coś, co może przywrócić ci nazwisko”.
Przeczytała ją ponownie.
Później trzeci raz.
Wokół niej przesuwały się setki ludzi. Z głośników dobiegła informacja, że do startu pozostało dwadzieścia pięć minut. Ktoś się śmiał. Ktoś nawoływał znajomych. Wolontariusz z megafonem prosił zawodników o kierowanie się do odpowiednich stref.
Ewa przestała to wszystko słyszeć.
Miała wrażenie, że tłum oddalił się od niej o kilkaset metrów.
Dotknęła pola odpowiedzi.
„Co masz?”
Wysłała.
Obok wiadomości pojawiło się oznaczenie dostarczenia, ale nie odczytu.
Ewa weszła na listę uczestników, którą zapisała w telefonie poprzedniego wieczoru. Wpisała nazwisko Karskiego.
Paweł Karski.
Numer 1028.
Strefa pierwsza.
Przewidywany czas: godzina trzydzieści dwie minuty.
Ewa spojrzała na swój numer.
◆ ◆ ◆
Strefa czwarta.
Nawet jeśli wystartują w tym samym momencie, Karski na dziesiątym kilometrze będzie daleko przed nią. Jeśli ruszy z pierwszej strefy, może mieć kilka minut przewagi już na starcie.
„Jesteś w pierwszej strefie. Jak mam trzymać się blisko ciebie?”
Wysłała drugą wiadomość.
Brak odpowiedzi.
Wybrała numer Karskiego.
Jeden sygnał.
Drugi.
Trzeci.
Po piątym połączenie zostało przekierowane na pocztę głosową.
— Paweł, tu Ewa Malinowska. Dostałam twoją wiadomość. Zadzwoń do mnie. Jeśli to jakiś żart…
Urwała.
Karski nie należał do ludzi, którzy żartowali. Podczas obu spotkań miał tę samą poważną minę i mówił, jakby każde słowo mogło zostać kiedyś użyte przeciwko niemu.
— Po prostu zadzwoń — dokończyła i rozłączyła się.
Zrobiła kilka kroków w stronę strefy startowej, ale zatrzymała się przy metalowej barierce.
Wiadomość mogła znaczyć wszystko.
Dokumenty.
Nagranie.
Nazwisko człowieka, który przygotował fałszywe materiały.
Dowód, że Ewa nie wymyśliła całej historii.
„Mam coś, co może przywrócić ci nazwisko”.
Nie napisał: „mam informację”.
Napisał: „mam coś”.
Fizyczny przedmiot.
Dlaczego chciał przekazać go podczas biegu? Dlaczego akurat między 9,8 a 10,0 kilometra? Mógł spotkać się z nią przed startem, po zawodach albo dowolnego innego dnia.
Ewa otworzyła mapę trasy.
Dziesiąty kilometr wypadał za parkiem, w pobliżu starego stadionu miejskiego. Trasa prowadziła tam wąską aleją, następnie skręcała przy opuszczonych magazynach i przecinała matę pomiarową ustawioną przy wejściu na szeroką ulicę.
Pomiędzy 9,8 a 10,0 nie było punktu żywieniowego ani żadnego oficjalnego punktu obsługi.
Jedynie krótki odcinek osłonięty z jednej strony drzewami, a z drugiej wysokim murem dawnego ośrodka treningowego.
Ewa powiększyła mapę.
Nazwa miejsca wydała jej się znajoma.
Ośrodek Sportowy Radomierz-Północ.
Kilka lat wcześniej został zamknięty i częściowo rozebrany. Pamiętała jeden tekst o sporze dotyczącym sprzedaży terenu, ale nic więcej.
Do startu pozostały dwadzieścia dwie minuty.
Napisała kolejną wiadomość.
„Jeżeli chodzi o tamten artykuł, powiedz mi teraz. Nie będę brała udziału w żadnych zagrywkach”.
Wysłała.
Karski wciąż jej nie odczytał.
Ewa schowała telefon, ale niemal natychmiast znów go wyjęła. Sprawdziła, czy numer na pewno należał do niego. W historii rozmów znajdowały się stare wiadomości sprzed dwóch lat. Godziny spotkań, adres kawiarni, krótkie odpowiedzi.
Ostatnia:
„Nie mogę pani pomóc”.
Dzisiejsza wiadomość została wysłana z tego samego numeru.
Ktoś potrącił ją ramieniem.
— Przepraszam — powiedziała młoda kobieta. — Wie pani, którędy do trzeciej strefy?
Ewa wskazała kierunek.
— Za balonem w lewo.
— Dzięki. Powodzenia!
— Wzajemnie.
Kobieta zniknęła w tłumie.
Ewa spojrzała na zawodników przepływających w stronę startu. W pierwszej strefie zbierali się najszybsi. Z tej odległości widziała tylko kolorowe koszulki i głowy unoszące się nad barierkami.
Ruszyła w tamtą stronę.
Przy wejściu stał ochroniarz, który sprawdzał numery.
— Pierwsza strefa tylko dla numerów od tysiąca do tysiąca pięciuset — powiedział, zanim zdążyła się odezwać.
— Szukam kogoś.
— Wszyscy kogoś szukają.
— Paweł Karski. Numer 1028.
Ochroniarz nawet nie spojrzał w stronę zawodników.
— Proszę do swojej strefy.
Ewa wyjęła telefon.
— To ważne. Muszę mu tylko przekazać…
— Za osiemnaście minut jest start. Jeśli pani tu zostanie, zrobi się korek.
— Jestem dziennikarką.
Słowa wyszły z jej ust automatycznie.
Ochroniarz spojrzał na nią z większą uwagą.
Ewa natychmiast tego pożałowała.
Nie miała legitymacji. Jej akredytacja prasowa wygasła ponad rok wcześniej. W portfelu nadal nosiła stary identyfikator, ale użycie go mogłoby skończyć się problemami.
— Dzisiaj jest pani zawodniczką — powiedział ochroniarz, wskazując na jej numer. — Czwarta strefa jest dalej.
Miał rację.
Ewa cofnęła się i zaczęła obchodzić ogrodzenie. Pierwszą strefę od chodnika oddzielały metalowe barierki pokryte czarnymi banerami RunLab. Przyglądała się twarzom, szukając wysokiego, szczupłego mężczyzny z siwymi włosami.
Karski miał pięćdziesiąt kilka lat, ale biegał wyniki, których mogło mu pozazdrościć wielu młodszych zawodników. Na zdjęciach w internecie wyglądał na spokojnego i opanowanego. Trener starej szkoły. Człowiek, który podobno potrafił rozpoznać talent po sposobie, w jaki zawodnik stawiał stopy podczas pierwszych stu metrów.
Ewa widziała go ostatnio dwa lata temu.
Nie wiedziała, czy nadal ma wąsy.
Nie wiedziała nawet, w jakiej koszulce wystartuje.
Telefon znów zawibrował.
Spojrzała na ekran.
Marta.
„Żyjesz? Pamiętaj: pierwsze 5 km wolniej, niż podpowiada adrenalina”.
Ewa nie odpowiedziała.
Ponownie wybrała numer Karskiego. Tym razem połączenie od razu trafiło na pocztę głosową.
Wyłączony telefon.
Albo brak zasięgu.
Przeszła jeszcze kilkanaście metrów. Przy barierkach stała grupa kibiców z transparentem. Dziecko siedzące na ramionach ojca uderzało plastikowymi pałeczkami i krzyczało imiona biegaczy, których prawdopodobnie wcale nie znało.
— Paweł! Dawaj, Paweł!
Ewa odwróciła głowę.
Nie chodziło o Karskiego. Przy barierce rozciągał się młody chłopak z imieniem „Paweł” wydrukowanym na numerze.
Do startu pozostało piętnaście minut.
Powinna iść do swojej strefy. Po zamknięciu wejścia organizatorzy przesuną ją na sam koniec. Wtedy nie będzie żadnych szans, aby znaleźć Karskiego przed dziesiątym kilometrem.
Jeśli jednak wystartuje zgodnie z planem, również go nie dogoni.
Ewa zaczęła obliczać.
Karski celował w tempo około czterech minut i dwudziestu sekund na kilometr. Ona planowała biec po pięć minut. Po dziesięciu kilometrach różnica wyniesie ponad sześć minut, nie licząc przesunięcia na starcie.
Musiał zamierzać zwolnić.
Albo czekać.
Może wcale nie chciał się z nią spotkać podczas biegu. Może polecenie „trzymaj się blisko mnie” odnosiło się do konkretnego punktu na trasie, w którym planował się zatrzymać.
Dlaczego nie mógł po prostu napisać tego wprost?
Głos prowadzącego poprosił zawodników o zajmowanie miejsc. Tłum zgęstniał. Ludzie zaczęli przeciskać się pomiędzy barierkami, a muzyka ucichła na czas kolejnego komunikatu organizacyjnego.
Ewa stanęła na palcach.
I wtedy go zobaczyła.
Paweł Karski znajdował się po drugiej stronie pierwszej strefy, blisko ogrodzenia oddzielającego zawodników od części sponsorskiej. Miał na sobie czarną koszulkę bez żadnego klubowego logo i ciemne spodenki. Siwe włosy przystrzygł krótko. Był szczuplejszy, niż zapamiętała, a jego twarz wydawała się zapadnięta.
Nie rozgrzewał się.
Nie rozmawiał z innymi zawodnikami.
Stał nieruchomo i patrzył w stronę wejścia do strefy, jakby na kogoś czekał.
Ewa uniosła rękę.
— Paweł!
Głos zginął wśród muzyki i rozmów.
— Paweł Karski!
Tym razem odwrócił głowę.
Ich spojrzenia spotkały się ponad tłumem.
Ewa wyjęła telefon i wskazała na ekran. Karski patrzył na nią przez kilka sekund. Nie wyglądał na zaskoczonego. Przeciwnie — sprawiał wrażenie, jakby dokładnie wiedział, gdzie jej szukać.
Ruszył w stronę barierki.
Ewa zrobiła to samo.
Dzieliło ich może trzydzieści metrów, ale pomiędzy nimi znajdowały się setki zawodników. Ktoś wszedł jej w drogę. Musiała ominąć grupę w czerwonych koszulkach. Gdy ponownie spojrzała na Karskiego, stał już przy samym ogrodzeniu.
— Co masz? — zawołała.
Nie mógł jej usłyszeć.
Wskazał na własny zegarek.
Następnie uniósł obie dłonie. Najpierw pokazał dziewięć palców. Później osiem. Potem złożył dłonie w dwa okręgi.
Dziewięć. Osiem. Dziesięć. Zero.
Między 9,8 a 10,0.
Ewa potrząsnęła głową.
— Nie rozumiem!
Karski obejrzał się przez ramię.
Ten jeden ruch wystarczył, żeby coś się zmieniło.
Na jego twarzy pojawiło się napięcie. Nie zwykły stres przed startem ani zdenerwowanie człowieka, który próbuje odnaleźć znajomą osobę w tłumie.
Strach.
Dokładnie taki, jaki Ewa widziała podczas ich ostatniego spotkania.
Karski cofnął się od barierki.
— Zaczekaj! — krzyknęła.
Poruszył ustami. Tym razem odczytała słowa.
„Nie tutaj”.
Następnie dotknął dłonią kieszeni z tyłu spodenek, jakby chciał się upewnić, że nadal coś w niej ma.
Ewa próbowała podejść bliżej, lecz drogę zagrodził jej wolontariusz.
— Proszę do swojej strefy. Zaraz zamykamy przejście.
— Muszę porozmawiać z tamtym mężczyzną.
— Po biegu.
— To nie może czekać.
Kiedy ponownie spojrzała w stronę Karskiego, już go nie widziała. Zniknął pomiędzy zawodnikami.
Na ekranie jej telefonu wciąż widniały trzy nieodczytane wiadomości.
Ewa zawahała się.
Mogła wyjść z miasteczka zawodów. Zadzwonić na policję, choć nie wiedziała, co miałaby powiedzieć. Odnaleźć Karskiego po biegu. Uznać, że człowiek, który dwa lata wcześniej odmówił jej pomocy, nie ma prawa teraz wciągać jej w kolejną tajemnicę.
Rozsądek podpowiadał, aby zapomnieć o wiadomości.
Ale rozsądek nie przywróciłby jej nazwiska.
Ewa schowała telefon do kieszeni i ruszyła w stronę czwartej strefy.
Po raz pierwszy od wielu miesięcy nie myślała o nodze, czasie ani o tym, czy dotrze do mety.
Myślała wyłącznie o dziesiątym kilometrze.Rozdział 3
PIERWSZE PIĘĆ KILOMETRÓW
------------------------------------------------------------------------
Przez pierwsze sekundy Ewa nie biegła.
Przesuwała się razem z tłumem, wykonując krótkie, nerwowe kroki i uważając, żeby nie zahaczyć o nogi zawodnika przed sobą. Ktoś potrącił ją ramieniem. Z lewej strony mężczyzna próbował przedostać się bliżej pacemakera. Z prawej kobieta w różowej czapce niemal natychmiast zaczęła wyprzedzać po chodniku.
Nad głowami kołysała się niebieska chorągiewka z czasem 1:45.
Michał Zaremba biegł kilka metrów przed Ewą. Nie oglądał się za siebie. Uniósł tylko rękę i wykonał uspokajający gest.
— Bez pośpiechu! — zawołał. — Mamy dwadzieścia jeden kilometrów, żeby wyprzedzić tych, którzy właśnie popełniają błąd.
Ewa przekroczyła drugą matę pomiarową i poczuła, jak tłum zaczyna się rozciągać. Przed nimi szeroka ulica prowadziła lekko w dół. Po obu stronach ustawili się kibice. Klaskali, uderzali w plastikowe pałeczki i wykrzykiwali imiona odczytane z numerów startowych.
— Ewa, dawaj!
Ktoś obcy krzyknął jej imię.
Odruchowo przyspieszyła.
Zegarek pokazał tempo cztery minuty i trzydzieści sześć sekund na kilometr.
Za szybko.
Zwolniła, ale musiała walczyć z ciałem, które po tygodniach ostrożnych treningów nagle przypomniało sobie, jak smakuje rywalizacja. Nogi były lekkie. Oddech spokojny. Nawet prawa strona nie dawała o sobie znać.
Przynajmniej na razie.
Telefon ciążył w kieszeni.
Zawibrował jeszcze podczas odliczania, dwie sekundy przed wystrzałem startera. Ewa nie wiedziała, kto napisał. Marta mogła wysłać kolejne przypomnienie o tempie. Karski mógł odpowiedzieć na którąś z wcześniejszych wiadomości.
Mogło to również nie mieć żadnego znaczenia.
Przez pierwsze trzysta metrów próbowała przekonać samą siebie, że sprawdzi telefon dopiero po biegu.
Na czwartym kilometrze.
Po pierwszym punkcie z wodą.
Kiedy znajdzie się na szerokim odcinku trasy.
Wytrzymała niecałe dwie minuty.
Wyjęła telefon i odblokowała ekran.
Wiadomość została wysłana przez Pawła Karskiego o dziewiątej zero dwie.
„Jeżeli przed piątym kilometrem coś pójdzie nie tak, nie wracaj i nie schodź z trasy. Bez względu na to, co pokaże aplikacja, biegnij do 9,8. Tam nadal będzie na ciebie czekać”.
Ewa przeczytała wiadomość dwa razy.
Zawodnik biegnący przed nią nagle zwolnił. W ostatniej chwili zeszła w lewo i uniknęła zderzenia.
— Patrz przed siebie — rzucił ktoś z boku.
Schowała telefon.
„Tam nadal będzie na ciebie czekać”.
Nie napisał: „będę czekał”.
Nie napisał nawet, że ma dotrzeć do dziesiątego kilometra.
Użył słowa „tam”.
Jakby przedmiot, który chciał jej przekazać, już znajdował się na trasie.
Albo miał zostać dostarczony przez kogoś innego.
Ewa spojrzała na niebieską chorągiewkę. Michał znajdował się teraz bezpośrednio przed nią. Biegł swobodnie, kontrolując tempo częstymi spojrzeniami na zegarek. Wokół niego utworzyła się grupa około trzydziestu osób.
Przyspieszyła i zrównała się z nim.
— Cztery pięćdziesiąt sześć — powiedział. — Trochę za szybko, ale pierwszy kilometr nam to wyrówna.
— Groziłeś Karskiemu?
Michał nawet na nią nie spojrzał.
— Dzień dobry również pani.
— Powiedziałeś, że nie powinien dotrzeć do mety.
— Powiedziałem, że nie każdy, kto wystartuje, powinien ją przekroczyć.
— To ma być różnica?
— Ogromna. Lekarze też czasami mówią ludziom, że nie powinni kończyć zawodów. Nikt ich za to nie aresztuje.
— Nie brzmiałeś jak lekarz.
— Bo nim nie jestem.