Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Morze, Wódka i Pocałunek. Kroniki Bursztynowego Płynu. Tom 1 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 maja 2026
19,98
1998 pkt
punktów Virtualo

Morze, Wódka i Pocałunek. Kroniki Bursztynowego Płynu. Tom 1 - ebook

Maja, studentka z Łodzi, zamiast na egzamin z fermentacji trafia na targ niewolników w świecie Tysiąca Wysp. Przywołana przez pomyłkę, zostaje kupiona przez Treya „Kła” Cartera – mrocznego kapitana piratów o wilczej naturze. W universum, gdzie alkohol jest kluczem do magicznej nawigacji, wiedza Mai staje się towarem wartym fortunę. Czy pośród morskich bitew narodzi się namiętność silniejsza niż lęk przed Imperium? Odkryj początek sagi, w której nauka miesza się z magią, a lojalność z dzikim pożądaniem. Tagi: #romantasy, #isekai, #slowBurn, #enemies2lovers, #piraci #silnaBohaterka. Przy tworzeniu niniejszej treści oraz materiałów towarzyszących wykorzystano narzędzia sztucznej inteligencji. Strona autorska: kossowski.eu

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Bar

Zapach octu i starego piwa wsiąkł w deski podłogi tak głęboko, że żaden mop nie był w stanie go stąd wygonić. Maja jednak lubiła ten zapach. Był trochę jak jej życie – poukładane, przewidywalne, nieco zaniedbane, ale w pełni kontrolowane.

– Jeszcze raz, Złotko, i będzie dobrze.

Mężczyzna przy barze chylił się ku niej z uśmiechem, który miał być czarujący, a był po prostu obleśny. Maja postawiła przed nim nowe piwo, celowo tak, by musiał się odsunąć, aby po nie sięgnąć.

– Masz. I nazywam się Maja, nie Złotko.

– A jaka szkoda – odparł, ale wziął kufel i odszedł, zataczając się w stronę stolika pod ścianą.

W środku sobotniej nocy craft bar „Pod Bursztynem” na Piotrkowskiej w Łodzi tętnił życiem. Maja uwielbiała tę robotę – nie dlatego, że dobrze płacili, bo nie płacili. I nie dlatego, że była tu kimś ważnym, bo była tylko studentką, która roznosiła piwa, sprzątała stoliki i uśmiechała się do ludzi, którzy na to nie zasługiwali. Lubiła to, bo mogła obserwować.

Każda twarz opowiadała inną historię. Ten w garniturze, z rozpiętym kołnierzykiem – żona chyba czeka na niego w domu. Para w rogu – pierwsza randka albo ostatnia. A tam, w kącie przy oknie, siedział facet, który od dwóch godzin pił to samo bezalkoholowe i czytał książkę. Nigdy nie podnosił wzroku.

Puknęła w blat przed barmanką, Karoliną, która właśnie odstawiała wytarty kieliszek do góry dnem.

– Wychodzę za kwadrans. Dasz radę sama?

– To nie moja pierwsza nocka w życiu – parsknęła Karolina, przecierając blat. – Idź, ucz się tej swojej fermentacji. I tak ci się to w życiu nie przyda.

– Na pewno nie w Łodzi – zaśmiała się Maja.

Złapała tacę z dwoma kuflami ciemnego APA i ruszyła między stoliki. Właściciel baru, pan Marek, mawiał, że najważniejsza jest „ścieżka”. Barmanka musi płynąć przez salę jak woda – ani za szybko, ani za wolno. Przy nikim nie zatrzymać się za długo. Maja opanowała tę umiejętność po trzech tygodniach. Teraz, po ośmiu miesiącach, robiła to z zamkniętymi oczami.

– Przepraszam, pani?

Odwróciła się. Facet przy stoliku pod samym oknem – ten z książką – podniósł w końcu wzrok. Miał niezwykłe oczy. Brązowe, albo wręcz bursztynowe.

– Jakie piwo polecasz?

Maja mrugnęła, przyglądając mu się. Ciemne włosy, opadające na czoło, ostre rysy. I te oczy – może to tylko błysk światła, może soczewki. Ludzie noszą dziwniejsze rzeczy.

– Zależy, co lubisz. Londyński porter jest ciężki, jak chcesz się napić porządnie. Ale jeśli pierwszy raz jesteś u nas, weź Session IPA. Lekkie, owocowe, nie rozwali cię przed końcem wieczoru.

Facet skinął głową, ale nie wyglądał, jakby słuchał. Patrzył gdzieś ponad jej ramieniem. Maja odwróciła się w miejscu, by spojrzeć w tamtą stronę.

Pijany mężczyzna, który chwilę wcześniej dostał od niej nowe piwo, stał teraz metr od niej z wyciągniętą przed siebie ręką.

– Nie skończyliśmy rozmowy, Złotko.

– Skończyliśmy, zanim się zaczęła – odparła Maja, odsuwając się o krok. Tacę wcisnęła pod pachę, robiąc sobie dystans. – Proszę wrócić do stolika.

Mężczyzna – około czterdziestki, wystający brzuch, koszula napięta na nim tak bardzo, że groziła zerwaniem guzików, oczy szkliste. Zaśmiał się głośno.

– Taka z ciebie księżniczka? – zrobił krok w jej stronę. – Co? Za bogata na zwykłych ludzi?

W barze ktoś zakaszlał. Ktoś inny się odwrócił, ale nikt nie wstał. Maja znała ten mechanizm. Wszyscy patrzą, nikt nie reaguje. Bo „na pewno ktoś inny to zrobi”. Bo „nie warto się mieszać”. Bo „pewnie się dogadają”.

Nie dogadają.

Mężczyzna złapał ją za nadgarstek. Jego palce były gorące i lepkie od piwa.

– Puść – powiedziała, starając się, by jej głos nie drżał.

– Albo co? – pociągnął ją do siebie niezgrabnie, próbując ją pocałować. Smród wódki i fajek uderzył ją w twarz.

Wydarzenia potoczyły się nagle.

Ktoś pojawił się między nimi – cicho, jakby wyrósł spod ziemi. Jedna ręka zacisnęła się na nadgarstku napastnika, zgniatając ją bezlitośnie, aż pijak jęknął i puścił Maję. Druga ręka chwyciła go za kołnierz.

– Wynocha.

Ciemnowłosy facet z bursztynowymi oczami. Z tymi samymi, które przed chwilą patrzyły ponad jej ramieniem.

Wyprowadził pijaka do wyjścia, nie spiesząc się. Tamten bełkotał coś o policji, o adwokacie, o tym, że „on tu wróci”. A potem drzwi zamknęły się za nimi.

Maja stała jak wryta. Jej serce waliło młotem, a nadgarstek pulsował bólem. Jakie szczęście, że tam był. Że zareagował. Że....

Przez szybę w drzwiach zobaczyła, jak na zewnątrz wywiązuje się krótka szarpanina. Kilka ruchów – zdecydowanych, precyzyjnych – i pijak leżał na chodniku, trzymając się za nos. Ciemnowłosy odwrócił się i wszedł z powrotem do baru.

Dzwoneczek nad drzwiami zadźwięczał wesoło.

– Dziękuję – wyrzuciła z siebie Kowalska, zanim zdążyła pomyśleć. – To znaczy... naprawdę. Nie musiałeś.

– Wiem – odparł. Jego głos był niski, z akcentem, którego nie potrafiła rozpoznać. Amerykański? Latino? Gdzieś pomiędzy. – Nie lubię, gdy ktoś jest zmuszany do czegoś, czego nie chce.

Ich spojrzenia spotkały się na sekundę. Maja poczuła dziwne ciepło gdzieś w żołądku. Absurdalne. Efekt adrenaliny, na pewno.

– Często to robisz? Ratujesz barmanki w obcych miastach?

– Pierwszy raz. – Kącik jego ust uniósł się lekko. – Wrażenia przyzwoite. Będzie o czym opowiadać wnukom.

Parsknęła śmiechem. Nie chciała, ale samo z niej wyszło.

– Chcesz piwo? Postawię. To znaczy... za darmo. Szef nie będzie miał nic przeciwko. W końcu uratowałeś tacę jego szklanek przed rozbiciem.

– Rozumiem, że to ja jestem tutaj tą właściwą osobą do dziękowania, a nie taca? – Usiadł na tym samym stołku przy barze, który przed chwilą zajmował jego poprzednik. Maja nalała mu Session IPA, takiego jak polecała. Podała, nie spuszczając z niego wzroku.

– Nie powiedziałeś, jak masz na imię.

– Nie powiedziałem.

Cisza. Maja uniosła brew.

– Carlos – dodał po chwili. – Ale znajomi mówią na mnie „przystojniak”.

Uśmiechnął się. Maja oddała uśmiech. Zapomniała, że spieszyła się do domu.

Pił powoli, rozkoszując się każdym łykiem, a Maja – która powinna już sprzątać, liczyć kasę, wycierać podłogi – znajdowała pretekst, by zostać przy barze. Zaczepiali ją inni goście, ale odpowiadała krótko, nie odrywając wzroku od Carlosa. Było w nim coś dzikiego. Coś, co nie pasowało do Łodzi, do ciepłego wnętrza craft baru, do jej poukładanego życia. Jakby przybył z innego świata.

No właśnie.

– Skąd jesteś? – zapytała w końcu.

– Z daleka.

– Taa, domyślam się. – Odgarnęła włosy z czoła. – Ameryka?

– Coś w tym stylu.

Nie naciskała. Nie jej styl.

Gdy nadeszła północ, lokal świecił pustkami. Karolina zdążyła już wyjść, pan Marek krzątał się w zamkniętej kuchni. Maja zdjęła fartuch i odetchnęła z ulgą.

– Idziesz do domu? – zapytał Carlos, wciąż siedząc na stołku. – Chcesz, żebym cię odprowadził?

Maja zawahała się.

Część niej – ta mądra, odpowiedzialna, ta, która jutro o ósmej rano miała egzamin z technologii fermentacji – chciała powiedzieć „NIE”.

Ta druga część – ta, która spędziła ostatnie trzy godziny z przystojnym nieznajomym i czuła, że coś iskrzy między nimi – chciała powiedzieć „TAK”.

– Mieszkam osiem minut stąd – usłyszała własne słowa. – Ale jak idziesz ze mną, to nie oczekuj kolacji. W lodówce mam tylko hummus i czerstwy chleb.

– Nie oczekuję – odparł. – Chcę tylko wiedzieć, że dotarłaś bezpiecznie.

Kłamca, pomyślała Maja, idąc w stronę drzwi. W jego oczach widać było coś więcej.

Szli w milczeniu. Ulica Piotrkowska o północy wyglądała jak sen – kolorowe światła, gdzieniegdzie pijana grupa śmiejąca się zbyt głośno, w oddali syrena karetki. Maja zapięła kurtkę, choć noc nie była zimna.

– Dziwnie tu – powiedział Carlos po chwili.

– Gdzie? W Polsce?

– Tu. – zrobił ręką nieokreślony gest. – W tym mieście.

Maja zaśmiała się.

– To normalne, skoro nie jesteś stąd. Ale można się przyzwyczaić. Jak wszędzie. A tam, u ciebie… można się przyzwyczaić?

Carlos uśmiechnął się. To był pierwszy raz, kiedy zobaczyła, jak się śmieje. Głęboki, ciepły dźwięk, który sprawił, że jej serce zabiło szybciej.

Zatrzymali się przed blokiem z wielkiej płyty. Maja wskazała na trzecie piętro, gdzie w oknie paliło się światło.

– To ja.

– To ty – powtórzył.

Stał naprzeciw niej, z rękami w kieszeniach, i patrzył tak, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół jej twarzy. Maja poczuła, że zaraz zrobi coś głupiego. Zaprosi go na górę. To co, że jutro egzamin? Prześpi się trzy godziny, kupi energetyka i jakoś to będzie.

Ale nie.

– W weekend – powiedziała, zanim zdążyła się rozmyślić. – Jeśli chcesz... spotkajmy się w weekend.

Carlos skinął głową.

– Wymieńmy się numerami – dodał.

Telefony zamigotały. Maja zapisała „Carlos” i spojrzała na niego jeszcze raz.

– Dobranoc.

– Dobranoc. I powodzenia jutro.

– Skąd wiesz, że mam jutro egzamin?

– Domyśliłem się. Masz zmęczone oczy i trzymasz tę książkę jak broń. – Wskazał na podręcznik, który wcisnęła do torebki. – Nikt tak nie trzyma podręcznika, jeśli nie musi.

Maja otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale nie znalazła słów.

Odwrócił się i odszedł w noc, nie oglądając za siebie.

Maja weszła do mieszkania, zamknęła drzwi i oparła się o nie plecami.

Puste. Ciche. Jak zawsze.

Podłoga w przedpokoju skrzypiała pod jej ciężarem. Stare budownictwo. Stare mieszkanie pod wynajem dla studentów. W kuchni czekały na nią brudne naczynia z poranka. W pokoju – książki rozrzucone na łóżku, notatki na podłodze, kubek po kawie obok laptopa.

Normalne życie.

Powinna się uczyć. Zamiast tego położyła się na łóżku, wciągając pod głowę poduszkę, i wbiła wzrok w sufit.

Carlos.

Coś w nim było. Coś, czego nie potrafiła nazwać.

Nie przystojny w typowy sposób – choć tak, był przystojny. Ale nie o to chodziło. Było w nim coś... dzikiego. Nieokiełznanego. Jakby trzymał w sobie jakąś wielką tajemnicę i bał się, że jeśli ją wypuści, wszystko runie.

„Głupia jestem” – pomyślała.

Przewróciła się na bok i sięgnęła po podręcznik. „Technologia fermentacji – tom 2”. Profesor Kowalczyk powtarzał, że to najważniejszy egzamin w semestrze. Że jeśli nie zda, to browarnictwo może sobie wsadzić...

Przeczytała trzy akapity. Potem jeszcze jeden. Potem jej powieki zrobiły się ciężkie, a słowa zaczęły tańczyć przed oczami.

Pachniało morzem.

Dziwne. W Łodzi? Morze?

Chociaż z drugiej strony? Łódź i morze. Pasują do siebie.

W półśnie usłyszała fale – rytmiczne, kojące, zupełnie niepasujące do bloku z wielkiej płyty. Poczuła chłodną wodę na stopach, zobaczyła księżyc.

Srebrny. Ogromny. Jakiego nigdy wcześniej nie widziała.

A potem głosy. Szepty. Niezrozumiałe słowa, które zapadały się w jej mózg jak gorący nóż w masło.

„Per aquam et sanguinem...”

Łacińska łacina, jak nic.

„...vocamus te, qui non es...”

Ciemność.

„...ad mundum nostrum...”

Chłód.

„...veni, serve, veni...”

Imię.

Krzyknęła swoje imię.

Ale nie powiedziała tego. Ktoś inny to zrobił. Ktoś, kogo nie mogła zobaczyć.

Maja otworzyła oczy.

Sufit. Książka na twarzy. Ciemność za oknem.

Tylko sen.

Przewróciła się na drugi bok i zasnęła na dobre, nie słysząc już żadnych szeptów.

Nie wiedziała, że to ostatnia noc, kiedy czuje poduszkę pod głową. Ostatnia noc, kiedy jej świat ma sens. Nie wiedziała, że rano obudzi się gdzie indziej.

Gdzieś, gdzie nie ma Łodzi. Gdzie nie ma Polski.

Gdzie pachnie solą i starym winem.Rytuał

Zimno.

Nie takie, które znała. Nie chłód jesiennego poranka w Łodzi, nie mróz na przystanku autobusowym, nie dreszcze po wyjściu spod gorącego prysznica. To zimno było głębokie, promieniowało kościotrupem w katakumbach – wchodziło w nią przez skórę, przez mięśnie, przez kości, aż dotarło do szpiku i tam rozsiadło się wygodnie, jakby zamierzało zostać na zawsze.

Maja otworzyła oczy.

Sufit – jeśli można to było nazwać sufitem – znajdował się jakieś dziesięć metrów nad nią. Ciemny, granitowy, poprzecinany też żyłami czegoś, co wyglądało jak mika albo kryształ. Świeciły. Te żyły świeciły własnym światłem – słabym, zielonkawym, pulsującym w rytm, który nie pasował do żadnego bicia serca. Jej własne? To akurat czuła doskonale. Waliło jak szalone, wszędzie. Gdzieś w gardle, w skroniach, w opuszkach palców.

Leżała na wznak. Plecy miała wciśnięte w coś twardego, chropowatego i zimnego jak lód. Kamień. Ołtarz.

To słowo przyszło do niej samo, zanim jeszcze pomyślała. Ołtarz. Bo tylko na ołtarzu leży się tak – sztywno, nieruchomo, jak ofiara.

Rozejrzała się, na ile pozwalał jej na to sztywny kark.

Komnata była ogromna. Nie widziała ścian – gubiły się gdzieś w mroku, miejscami poprzecinane tym samym zielonkawym światłem co sufit. Podłoga – jeśli była – kryła się pod warstwą ciemności, która pełzała wokół ołtarza jak żywa istota. Powietrze było gęste, lepkie, pachniało siarką, starym winem i jeszcze czymś – czymś słodkawym, co przypominało kadzidło, ale gorsze. Fałszywe.

Maja spróbowała usiąść.

Nie mogła.

Nie dlatego, że była przywiązana – nie miała żadnych więzów, żadnych pasów, żadnych łańcuchów. Po prostu... nie mogła. Jej ciało nie chciało się słuchać. Czuła każdy mięsień, każdą kość, każde ścięgno – ale nie mogła nimi ruszyć. Jakby ktoś wypełnił jej żyły ołowiem, a stawy zalał betonem.

– ... – otworzyła usta, ale z jej gardła wydobył się tylko suchy, chrapliwy dźwięk, który nawet nie udawał słowa.

Język przykleił się do podniebienia. W gardle miała Saharę.

Z trudem spojrzała w dół, na siebie.

Wciąż była ubrana. Koszulka z nadrukiem – „Piwo to też matematyka”, ulubiona, ta z drugiego roku, gdy profesor Kowalczyk powiedział, że ma „zadziorny umysł”. Krótkie spodenki dresowe, te z przetarciem na lewym udzie. Bielizna bawełniana, różowa, w groszki.

Śmieszne.

Śmieszne, że w chwili, gdy jej świat rozpadał się na kawałki, myślała o tym, że ma na sobie różowe majtki w groszki.

Łza – pierwsza, gorąca i nieproszona – spłynęła jej po policzku, wsiąkając w kamień.

I wtedy usłyszała głosy.

– …stare księgi – mówił ktoś.

– Legenda jest precyzyjna! – rzucił inny.

Głosy dochodziły gdzieś z lewej. Niskie, bezbarwne, jakby ktoś pocierał suchą gałęzią o kamień.

– Spójrz na nią – odparł trzeci, z prawej, wyższy, bardziej melodyjny w swej barwie, ale nie mniej zimny. – To nie jest wojownik. To w ogóle nie jest mężczyzna. Rytuał się nie udał.

– Rytuał się udał – wtrącił trzeci, z tyłu. – Przywołaliśmy ją. Tyle że to... pomyłka.

– Twoja matka to była pomyłka. Rada nie wybacza pomyłek.

Maja wytężyła wzrok.

Wyłonili się z ciemności jak duchy – trzej mężczyźni w długich, czarnych szatach, które ciągnęły się po podłodze, szeleszcząc przy każdym kroku. Kaptury mieli nasunięte głęboko na twarze, ale nie one przykuły jej uwagę.

Maski.

Nosili maski – ciężkie, złote, lśniące w mroku własnym blaskiem. Każda inna. Pierwsza przedstawiała smoka – wyszczerzony pysk, łuski wygrawerowane w metalu z dbałością o najmniejszy szczegół, oczy z zielonych kamieni, które świeciły w ciemności. Druga – orła. Dziób otwarty, pióra rozpostarte, jakby za chwilę miał wzbić się w powietrze. Trzecia – czegoś, czego Maja nie potrafiła nazwać. Płaz? Gad? Stworzenie, które nie istniało w żadnym podręczniku do zoologii. Oczy miało po bokach głowy, usta pełne zębów, a na czole coś, co wyglądało jak trzecie oko.

Przez sekundę pomyślała, że to przebierańcy. Jakaś sekta. Grupa rekonstrukcyjna, która przedobrzyła z klimatem. Zacznie bić w bębny, zapali kadzidło, a potem wszyscy pójdą na pizzę i okaże się, że to tylko żart, głupi żart, a ona zaraz wróci do swojego mieszkania i do swojej lodówki z czerstwym chlebem.

Potem Smok uniósł rękę i z jego palców strzeliła niebieska błyskawica.

Taka mała. Taka niegroźna. Taka, która trafiła w ołtarz tuż obok jej głowy i zostawiła na kamieniu czarną, dymiącą plamę.

– Widzisz? – powiedział do swoich towarzyszy. – Nic. Żadnej reakcji. To nie jest ten, którego szukamy.

– Może trzeba dać jej czas – zasugerował Orzeł. – Może dar został uśpiony na czas przejścia?

– Dar? – Smok zaśmiał się sucho. – Spójrz na nią. Co ona ma z sobą wspólnego z Mistrzem Płynu? To jakieś chude dziewczę. Od razu widać, że nie będzie z niej pożytku.

Maja zacisnęła zęby ze złości. Leżała na kamieniu, oceniana przez obcych i do tego oceniana negatywnie. Na żadnym egzaminie ustnym nie czuła się tak nieswojo.

A potem, zanim zdążyła pomyśleć, że milczenie może być teraz jej sprzymierzeńcem, otworzyła usta i – ku własnemu zdumieniu – przemówiła.

– Gdzie... gdzie ja jestem? – jej głos był zachrypnięty, słaby, zaledwie szept. – Kim wy jesteście? Co się dzieje? To jakieś jasełka?

Smok pochylił się nad nią. Z bliska maska była jeszcze bardziej przerażająca – widziała w niej swoje odbicie. Blade, przerażone, z rozszerzonymi źrenicami.

– Jesteś w Świątyni Pierwszego Rytuału na wyspie Ar-Kadur – powiedział, jakby to było najbardziej oczywiste na świecie. – Zostaliśmy wezwani przez Radę Lordów, by sprowadzić do tego świata Mistrza Płynu. Kogoś, kto ujarzmi fermentację. Kogoś, kto pozwoli nam produkować mocniejsze trunki. Miałaś nim być. Ale nie jesteś.

– Nie jestem? – powtórzyła głupio.

– Jesteś kobietą – rzucił Orzeł, jakby to wyjaśniało wszystko. – Mistrz Płynu, jak sama nazwa oraz legenda, wskazują, jest mężczyzną. Nikt normalny nie uwierzy, że kobieta może być Mistrzem Płynu. Rytuał wymaga mężczyzny i…

– ...chuj! – dokończyła za niego odruchowo Maja, nim zdążyła ugryźć się w język.

Zapadła cisza.

Smok wyprostował się.

– Co powiedziałaś?

– Nic – odparła szybko. Za szybko. – To znaczy... nic ważnego. Po prostu... czy moglibyście mnie odesłać? Do domu? Do Łodzi? Bo ja mam jutro egzamin i...

– Nie ma powrotu – przerwał jej Stwór. Mówił najciszej z nich wszystkich, ale jego głos miał w sobie coś, co sprawiło, że Maja zamarła. – Rytuał jest jednokierunkowy. Tylko Rada może go odwrócić. A Rada...

– ...nie odwróci – dokończył Smok. – Nie dla pomyłki.

– Twoja matka…

– Wiem! – przerwał Smok z wyrzutem.

Maja poczuła, jak robi jej się zimno. Nie to zimno od kamienia. To inne. To, które przychodzi, gdy umiera nadzieja.

– Więc co... co ze mną zrobicie?

Magowie spojrzeli po sobie. Maja nie widziała ich twarzy, ale wyczuła to wahanie. To krótkie, ledwo zauważalne zastanowienie, które trwało może sekundę, może dwie.

– Rano – powiedział w końcu Smok – zostaniesz sprzedana na targu niewolników.

Maja zamrugała.

– ...co?

– Nikt cię nie kupi – dodał Orzeł, wzruszając ramionami. – Jesteś za chuda, za blada, nie znasz żadnego rzemiosła. Ale procedura jest procedurą. Musimy pokazać Radzie, że nie zmarnowaliśmy przywołania.

– Wy... wy nie możecie tego zrobić – wyrzuciła z siebie. – To jest nielegalne! To jest... to jest porwanie! Ja mam prawa! W Polsce...

– Nie jesteś w Polsce – przerwał jej Smok. – Jesteś w Imperium Tysiąca Wysp. Tutaj nikt nie pyta o twoje prawa, bezużyteczna, kobieto przywołana przez pomyłkę.

– Twoja matka…

– Zamknij się! – uciął Orzeł.

Odwrócił się na pięcie.

– Strażnicy! – zawołał, a jego głos odbił się echem od kamiennych ścian.

Pojawili się tak szybko, że Kowalska nie zdążyła nawet mrugnąć. Dwaj żołdacy w skórzanych kaftanach, z mieczami u pasów i hełmami, które zakrywały im górne części twarzy. Jeden wysoki i chudy, drugi niski, krępy, o ramionach grubych jak łydki.

– Wtrącić ją do celi – rzucił Smok, nawet na nią nie patrząc. – Rano handlarz ją zabierze.

– Czy... czy to konieczne? – zapytał wysoki. Maja wyczuła w jego głosie cień wahania. – To tylko dziewczyna. Może dałoby się...

– Pytałem o zdanie? – Smok uniósł głowę. Zielone kamienie w jego masce zabłysły złowrogo.

Wysoki skłonił głowę.

– Nie, Miłościwy Panie.

– Więc wykonuj polecenia.

Niski podszedł do ołtarza. Jego dłoń zacisnęła się na ramieniu Mai – mocno, za mocno, aż syknęła z bólu.

– Wstawaj – warknął.

– Nie mogę – sapnęła. – Oni... zrobili coś z moim ciałem. Nie ruszam się.

– Magia puści za chwilę – rzucił Orzeł, machając ręką niecierpliwie. – Albo za dwie. Nie mamy czasu czekać.

Niski westchnął teatralnie.

– To ją zaniesiemy.

Chwycił ją pod pachy. Wysoki wziął za nogi. Maja poczuła, jak jej ciało unosi się nad kamieniem, i na chwilę – na jedną, krótką chwilę – zobaczyła ołtarz z góry. Był cały pokryty runami. Nie takimi jak w książkach. Te tutaj świeciły. Pulsowały. Żyły własnym życiem.

Potem odwrócili ją twarzą do dołu i niosąc – jak worek ziemniaków, jak torbę z zakupami – ruszyli w ciemność.

Komnata pozostała za nimi, magowie rozpłynęli się w mroku, a Maja została sama z dwoma strażnikami i bólem w ramionach, w miejscu gdzie palce niskiego wbijały się w jej ciało jak wieszaki na ubrania.

– Ładna, ale chuda – skomentował niski, gdy weszli w wąski, kamienny korytarz. Ściany były tu wilgotne, śliskie od jakiegoś nalotu, który wyglądał jak pleśń, ale pachniał inaczej. Gorzej. – Handlarz da nam za nią co najwyżej parę srebrników.

– Nie nasza sprawa – odparł wysoki.

– Twoja sprawa, bo to ty będziesz ją eskortował na targ. A jak się okaże, że jest chora, to handlarz będzie marudził.

– Nie jest chora – wtrąciła Maja, choć nie była tego pewna. Niczego już nie była pewna. Ale coś w niej – ta iskra, ta uparta, głupia iskra, która nie pozwalała jej się poddać – kazała jej mówić. – Jestem zdrowa. Mam 22 lata. Studiuję browarnictwo i technologię fermentacji. Umiem czytać, pisać, liczyć. Potrafię obsłużyć kasę fiskalną i rozpoznać fałszywy banknot po fakturze papieru. To się liczy, nie?

Strażnicy spojrzeli po sobie.

– Co to jest banknot? – zapytał niski.

– Pieniądz. Papierowy. No wiecie... – urwała, bo zdała sobie sprawę, że w tym świecie może nie być banków, a nawet jeśli są, może nie być banknotów. Wtedy ci dwaj nie mieliby pojęcia... – Nieważne.

– Mówi jak wariatka – stwierdził wysoki.

– Ale ładna – dodał niski, cmokając.

Jego wzrok powędrował po jej nogach – gołych, bo spodenki były krótkie, a ona wisiała głową w dół, więc koszulka podciągnęła się, odsłaniając plecy i rowek między pośladkami.

– Nie – powiedział wysoki, zanim niski zdążył otworzyć usta. – Nic z tego. Magowie by się dowiedzieli.

– Magowie mają to gdzieś.

– A Rada?

To słowo podziałało jak kubeł zimnej wody. Niski ścisnął jej ramię jeszcze mocniej – aż jęknęła – ale nic więcej nie powiedział.

Maja odetchnęła. Tyle że to nie było odetchnięcie z ulgą. To było odetchnięcie z przerażenia, bo zdała sobie sprawę, jak blisko była czegoś, czego nawet nie chciała nazwać.

Zeszli po schodach.

Nie było ich wiele – może dwadzieścia, trzydzieści stopni – ale każdy był inny. Nierówne, wyślizgane przez wieki, pokryte warstwą błota i czegoś, co wyglądało jak zaschnięta krew. Jedna z płyt była wyłamana. Maja zobaczyła pod nią ciemność – głęboką, bezkresną, której nie rozpraszało nawet światło pochodni, które powtykane były z rzadka w ściany.

– Nie patrz tam – mruknął wysoki, gdy jej wzrok zatrzymał się na tej czerni. – To idzie w głąb. Starożytne lochy. Nikt nie wie, jak głębokie. I nikt, kto tam wszedł, nie wrócił.

Maja odwróciła wzrok.

Na dole schodów rozpościerał się korytarz. Nie taki, który widziała w filmach – jasny, przestronny, z kratami i żelaznymi drzwiami. To było coś innego. Korytarz był wąski – ledwie dwóch mężczyzn mogło iść tu obok siebie. Ściany miał z surowego kamienia, z którego sączyła się woda. Sączyła się cicho, uparcie, tworząc na podłodze kałuże, w których odbijało się migotliwe światło pochodni. Nielicznych.

Po obu stronach – drzwi.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij