Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Moskwa w płomieniach - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
24 lipca 2026
20,00
2000 pkt
punktów Virtualo

Moskwa w płomieniach - ebook

Rok 1610. Król Polski Zygmunt III Waza wraz z hetmanem Stanisławem Żółkiewskim i armią Rzeczypospolitej wyrusza na kampanię wojenną przeciw Carstwu Rosyjskiemu, w czasie której wojska stoczą bitwę pod Kłuszynem. Bitwa ta odciśnie piętno na historii obu krajów, a Polakom otworzy drogę do stolicy imperium, Moskwy. Nastanie tam polskie panowanie, które jednak zapisze się krwawymi zgłoskami. Terror, gwałty, okrucieństwa i zbrodnie, których dopuszczą się rycerze Rzeczypospolitej, zasieją nienawiść w sercach zniewolonych moskwian i rozpętają ogień, który pochłonie wszystko na swej drodze. Czy w tym okrucieństwie, jakie na miasto sprowadzą Polacy, młody polski oficer Dariusz Lubelski rozwikła rodzinną tajemnicę, do której rozwiązania klucz znajduje się właśnie w stolicy imperium? Kim okaże się piękna moskwianka Irina, która wplącze się w skomplikowaną relację z Lubelskim i jego mentorem, wpływowym i despotycznym magnatem Walentynem Konradowskim? Jak długo lud moskiewski będzie w stanie znosić terror zasiany przez Polaków? Jak wojska Rzeczypospolitej ukażą Moskwę za nieposłuszeństwo? Czy car Rosji złoży pokłon przed polskim królem?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8308-871-6
Rozmiar pliku: 1 012 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Była bezchmurna gwiaździsta noc. Przez warszawskie ulice oświetlane księżycem w pełni, który niczym nocny strażnik sprawował opiekę i swym bacznym okiem wodził po majestatycznym mieście, rozchodził się tętent koni. Kilku jeźdźców pędziło przez Krakowskie Przedmieście ku zamkowi królewskiemu, pędziło niczym czterech jeźdźców apokalipsy, lecz nie koniec świata oni zwiastowali – wraz z nimi miało zacząć się coś innego, coś, czego jeszcze ten kraj, ta Europa cała nie widziała i to coś, co marzeniem będzie wielu późniejszych władców europejskich, którzy to nieudolnie będą próbować ów czyn powtórzyć. Po dotarciu na miejsce jeden z mężczyzn, po uprzednim zejściu z konia, nakazał przybocznemu, by szykował dla niego szaty. Ten niezwłocznie podjął się wykonania powierzonego mu zadania i wkrótce wydający rozkazy i przebrany już ów mężczyzna wszedł do pięknego, bogato zdobionego złotymi i srebrnymi dodatkami, lampami i zegarami gabinetu. Przy dębowym biurku, na którym leżał stos dokumentów, siedział człowiek z poważnym wyrazem twarzy, twarzy o aparycji leśnego wilka, z oczami ciemnymi jak noc, o czarnych włosach, czarnym wąsie i dobrze ułożonej ciemnej brodzie. Wzbudzał respekt. Mężczyzna, który właśnie zawitał do gabinetu, delikatnie pokłonił się siedzącemu.

– Witaj, wasza królewska mość. Wzywałeś mnie, panie.

Jednak siedząca osoba nie odezwała się od razu. Podniosła swój wzrok znad dokumentów i spojrzenie swe zatopiła w postaci przed nią stojącej. Mężczyzna ponownie zabrał głos.

– Panie? Jestem.

– Powiedz mi, hetmanie, jaki jest cel twej walki? – powiedziała w końcu tajemniczo osoba zza biurka.

Mężczyzna wahał się przez chwilę, co odpowiedzieć.

– Panie, cel walki?

– Dla kogo walczysz? Dla czego?

– Walczę dla ojczyzny, dla chwały Rzeczypospolitej.

– Tak… dla chwały Rzeczypospolitej. Jak oni wszyscy… – wymamrotał do siebie nieco niewyraźnie siedzący mężczyzna.

– Panie, nie rozumiem…

– Zapewne. Wielu nie rozumie. Szlachetny hetmanie, walczysz więc dla chwały Rzeczypospolitej, dla swej ojczyzny i dla siebie zapewne również? Dla swej rodziny?

Hetman, jak określił go siedzący za biurkiem mężczyzna, był to hetman polny koronny Stanisław Żółkiewski, herbu Lubicz, wojewoda kijowski i kasztelan lwowski, starosta kałuski, kamionacki, hrubieszowski i rohatyński.

– Tak, dla rodziny również – odpowiedział Stanisław.

– I dla swojej sławy. I nie ma w tym wstydu, każdy pragnie sławy i chwały.

– Nigdy jednak kosztem Rzeczypospolitej – dopowiedział pewnym głosem Żółkiewski.

– Widzisz hetmanie, właśnie o to chodzi, że Rzeczpospolita, którąś tak ukochał i która droga naszemu sercu, jest właśnie w niebezpieczeństwie. I co ma zrobić człowiek, który chce ratować kraj, którego jednak prawa wiążą mu ręce i nie pozwalają czynić tego, co słuszne?

– Wasza wysokość, nie wiem, o czym prawisz – odrzekł na tajemnicze słowa Stanisław.

– Rzeczpospolita stoi otworem dla wrogów naszych, a my nie czynimy nic. Car Wasyl Szujski podpisał pakt ze Szwecją przeciw ojczyźnie, która droższa ci niż twa własna chwała, a ty stoisz tu, nie wiesz nic, za szablę nie łapiesz, hetmanie. Któż obroni kraj ten, gdy dwa mocarstwa przeciw niemu wiążą się wspólnie? Sejm, który rości sobie prawa do decydowania, na którą wojnę uchwalić podatki, a na którą nie, stwierdził, że z Moskwą nie na wojnę należy iść, bo przecież wiąże nas pakt pokojowy podpisany. A przecież Wielkie Księstwo Moskiewskie właśnie ten pakt pokojowy złamało, samemu podpisując pakty ze Szwedami, przeciw nam. Gdy i o tym ich powiadomiono, stwierdzili, że na takie sytuacje są pertraktacje i nowe pisma.

– Dyplomacja to także sztuka wojenna, panie…

W tym momencie mężczyzna, którego zwano Zygmuntem III Wazą, królem Polski, trzasnął dłonią w dębowe biurko, aż huk rozniósł się po izbie całej.

– Właśnie ta dyplomacja doprowadziła nas do tej sytuacji, hetmanie. Wojną należy niszczyć przeciwników, a nie wiecznymi pertraktacjami, które nas tylko zwodzą, podczas gdy nasi wrogowie zbroją się przeciw nam. Chciałem, by sejm przeznaczył mi pieniądze ze skarbca na wojnę wielką z Carstwem Moskiewskim, lecz odmowę usłyszałem, ci starcy nie rozumieją. Choć pieniędzy publicznych nie dadzą, to jednak kampanii nie zabronili, mam środki, potrzebuję jednak wodzów.

– Panie?

– Chcę, byś poprowadził armię Rzeczypospolitej przeciw naszym wrogom, hetmanie. Czy uczynisz to? Pojadą najlepsi z Polaków i Litwinów, jakich zrodziła ta ziemia. Potrzebują przywódcy, który poprowadzi ich ku zwycięstwu, ku chwale ojczyzny.

Żółkiewski myślał przez chwilę. Odmowa królowi byłaby źle widziana, a sama oferta wydawała się hetmanowi kusząca. Powiększyć chwałę Rzeczypospolitej, powiększyć swą sławę. Przecież o to zawsze zabiegał, o to walczył. Odpowiedział pewnym głosem:

– Dla Rzeczypospolitej to uczynię, dla niej to zrobię. Jakie cele waszej królewskiej mości?

– Smoleńsk. Zdobyć miasto i przyłączyć je do kraju, całą ziemię smoleńską. To główny cel. Osłabić Wielkie Księstwo Moskiewskie. Odpowiedzieć tym na złamanie umowy rozejmu. Musimy uderzyć i zdobyć to, o czym ci mówię. Smoleńsk to ważny punkt na handlowej mapie; obiecałem sobie, że to oto miasto w granicach Rzeczypospolitej leżeć będzie. I słowa, jakem król, dotrzymam, choćbym i koronę miał oddać.

Żółkiewski pokiwał głową na znak, że rozumie i potwierdza. Coś jednak nie dawało mu spokoju. Po chwili zapytał:

– Czy jeszcze jakieś cele masz, wasza wysokość?

– Jeżeli Bóg pozwoli, przywrócenie wiary katolickiej w Wielkim Księstwie Moskiewskim.

Stanisław wielkie oczy uczynił, zaskoczyły go słowa króla.

– Panie, wprawdzie Moskale to chrześcijanie, ale prawosławni i wprowadzenie papieża i Rzymu do Moskwy… To jakby próby wprowadzenia islamu w stolicy apostolskiej.

– Nie bluźnij, hetmanie! – odrzekł poważnym tonem Zygmunt. – Ta kampania to może być twoja największa chwała. Chwała Rzeczypospolitej, jakiej ta szlachta, ta zgraja rozgadanych starców, nawet sobie nie wyobraża. Przynieś chlubę sobie, swojej rodzinie i ojczyźnie – przekonywał do swojej wizji Żółkiewskiego. Po chwili podszedł, ujął go za ramię i powtórzył jeszcze raz: – Przynieś chwałę nam wszystkim, Stanisławie.

Hetman opuścił zamek królewski z głową pełną myśli. Spojrzał na miesiąc jasny, następnie wzrok skierował na Warszawę tę wspaniałą. Udał się do kwatery wynajętej, którą na ten czas zamówił. Tam również, z okna patrząc w miesiąc, który po nieboskłonie przechodził, rozmyślał i mówił do siebie:

– Co czynić, gdy prawa ojczyzny, którą kocham bardziej niż życie własne, nie pozwalają, by stawać przeciw woli sejmu i ogółu szlachty? Przecież to najważniejsza rzecz w Rzeczypospolitej, demokracja szlachecka. Pętają mi ręce te prawa, ale to prawa ojczyzny, którą jam ukochał.

Głowę spuścił Żółkiewski, wzrok utkwił w podłodze swej warszawskiej kwatery. Po chwili siła i energia jakaś mu powróciły, myśli się zakotłowały, błysk wrócił w oku i humor zrazu się polepszył.

– Lecz przecież nie występuję przeciw woli jej, stając u boku króla w kampanii przeciw Carstwu Moskiewskiemu. Potężny to przeciwnik, a przeciwników się nie lekceważy, właśnie dlatego muszę to uczynić i ruszyć na kampanię. Dlatego że lekceważyć niebezpieczeństwa wobec Rzeczypospolitej nie wolno. Nie wolno mnie i nikomu. Uczynić coś trzeba i król rację ma. Król oczywiście i ze swoich osobistych pobudek działa: chce sławy i bogactw, które może zagarnąć, lecz nic to, niech król ma i sławę, i bogactwa – najważniejsze powiększenie potęgi ojczyzny i zniwelowanie zagrożenia. W ten sposób obronię Rzeczpospolitą i w ten sposób obronię jej prawa – zakończył swój monolog Stanisław.

Ułożył się hetman do snu; już ze spokojniejszymi myślami i ze spokojniejszą głową zasnął Żółkiewski.ROZDZIAŁ 2

Młody mężczyzna przechadzał się po izbie wypełnionej obrazami, portretami i ogromną ilością dokumentów leżących na biurku niedaleko łoża, na którym spał starszy, schorowany człowiek – ojciec młodzieńca. Chłopak zerknął na stos papierów. Wśród dokumentów urzędowych znalazł list. Choć wiedział, że nie powinien, jego spojrzenie poczęło wodzić po każdej literze, każdym zapisanym słowie. Treść listu tak go zaskoczyła, iż przez chwilę zapomniał, że w odwiedziny do ojca zaszedł, a nie na przeszpiegi.

„Drogi Jerzy, piszę do Ciebie po tych wszystkich latach, albowiem kres mojego życia jest już bliski. Wiem, że żywisz do mnie urazę, iż zostawiłam Cię bez słowa, że nigdy nie napisałam, lecz tak było lepiej, stosowniej. Ludzie nie uznaliby naszego związku, zawsze byłabym tylko konkubiną polskiego pana – oboje wiemy, że nie ożeniłbyś się ze mną, a przykre słowa, które złe języki niosłyby po Twej okolicy o naszym dziecku, byłyby jak ostrza wbijane w moje serce. Uczyniłam więc, jak uznałam za słuszne. Nie chcę jednak umierać, nie prosząc Cię o przebaczenie. Nie żyw do mnie urazy, odpuść gniew i przebacz tej, która milczała przez tyle lat. Wiedz, że mamy dorosłe, zdrowe dziecko. Imię naszego dziecka to…”. W tym miejscu list był uszkodzony, jakby ktoś umyślnie wyrwał kawałek papieru, i nic więcej nie można było z niego wyczytać. W tejże chwili Jerzy zbudził się i rozglądał po izbie, jakby kogoś szukał. Młodzieniec usiadł na brzegu łoża i ujął dłoń leżącego. Ten po chwili zmęczone, poorane zmarszczkami oczy skupił na młodej twarzy osoby siedzącej tuż przy nim. Uśmiechnął się. Chłopak odezwał się do niego:

– Ojcze, wyruszamy na Carstwo Ruskie.

Starszy człowiek spoważniał i lekko zakaszlał. Spróbował się trochę podnieść – syn natychmiast podskoczył, żeby pomóc wyczerpanemu chorobą ojcu.

– Kto ma dowodzić wojskiem? – zapytał starzec.

– Będzie ścisk na szczytach władzy. Rusza z nami sam król i masa magnaterii, która pcha się do rządzenia. Król jednak powołał także hetmana Stanisława Żółkiewskiego. Prawdopodobnie w jego ręce Zygmunt złoży dowodzenie wojskiem.

– Magnaci mogą mu przeszkadzać – odpowiedział ojciec.

– Tak, wiem, i chyba sam Żółkiewski zdaje sobie z tego sprawę. Jednak królowi bardzo zależało, by udał się wraz z nimi przeciw Moskalom. Głównym celem ma być Smoleńsk. Ale Żółkiewski ma chyba ochotę na coś więcej.

– Co masz na myśli, synu?

– Mówią, że marzy mu się… Moskwa.

Oczy starca niemal się rozjaśniły.

– Czyżby… Myślisz, że wojska uderzą w stolicę?

– Nie wiem, ojcze. Królowi idzie o przyłączenie Smoleńska i ziemi okolicznej do Rzeczypospolitej, jednak zdobycie Moskwy to może być zbyt wiele. Nie wiem, czy Zygmunt porwie się na to.

Ojciec złapał syna za rękę.

– Synu, to ten czas. Ja już nie pojadę z wami. Nie mogę, choroba odebrała mi siły, ale przysiągłem sobie tego dnia, gdy twój dziad – Panie, świeć nad jego duszą – w służbie króla Stefana Batorego haniebnie życia został przez Moskali pozbawiony, że Lubelscy dopełnią zemsty na tym narodzie nikczemnym.

– Stracić życie w walce to nie hańba, ojcze – odpowiedział spokojnym głosem młodzieniec.

– Milcz, synu – odrzekł gniewnym tonem starszy mężczyzna. – Tyle razy żem ci powtarzał... Czy powtórzyć mam znów słowa, które jak twoje własne powinny ci się w głowie jawić?

Chłopak zamilkł, spuścił głowę.

– Ile razy żem ci powtarzał, że za wschodnią granicą nie ludzie, a zwierzęta są? Co to za chwała zginąć, gdy ów Moskal poddał się przed polskimi wojskami, a następnie nóż wyciągnął i twego dziada haniebnie w brzuch ugodził?

– Reszta rycerzy zabiła tego, który czynu owego się dopuścił.

– Co to za pociecha dla mego ojca, skoro potem przez trzy dni w bólu umierał? Żaden medyk jego cierpień nie zdołał ukoić, a żaden z rycerzy nie chciał mu męki skrócić. Przyszło więc twemu dziadowi umierać tak w cierpieniu, które nie do zniesienia było, aż w końcu śmierć przyszła po niego, gdy twarz jego wykrzywiona była już od tego wszystkiego niczym twarz opętanego.

– Wiem, ojcze.

– Wiesz, a mimo to kwestionujesz moje polecenia jak niesubordynowany żołnierz.

Chłopak zawstydził się, lecz szybko odrzekł w swej obronie:

– Ojcze, nienawidzę ich równie mocno, jak ty, lecz wiedz, że nie uczynię nic, co honorowi rycerza by urągało.

– Nie żądam od ciebie niczego, co by rycerzowi i zemście, którą musi uczynić na narodzie przeklętym, urągało.

Młodzieniec pokiwał głową na znak, że rozumie.

– Jesteś moim synem, Dariuszu. Pochodzisz z Lubelskich. Mamy honor we krwi. Nigdy nie będzie splamiony. A niedługo weźmiesz szablę niczym bicz Boży i oddasz sprawiedliwość naszemu rodowi.

Syn mocniej ścisnął dłoń starca.

– Opowiedz mi, ojcze, o tym liście, o kobiecie z listu.

– Jakiej kobiecie, z jakiego listu? – zapytał podenerwowany senior.

– Z listu leżącego na biurku. Wybacz, ojcze, żem osobisty zapis przeczytał, lecz otwarty był i wśród innych tych papierów leżał. Oczy same go znalazły.

Mężczyzna westchnął ciężko i odpowiedział:

– To list od kobiety, którą znałem wiele lat temu, jeszcze przed twym narodzeniem i ożenkiem z twoją rodzicielką. Podczas kampanii króla Stefana Batorego przeciw Moskalom.

– Tej samej, na której zmarł twój ojciec, jak mniemam.

– Tak, owszem. Owa kobieta, Lena, była pomocnicą jednego z medyków moskiewskich. Po zdobyciu przez nas twierdzy oboje wpadli w nasze ręce. Pomagali później przy naszych rannych.

– Pokochałeś ją, pokochałeś tę kobietę – niemal przerwał swemu ojcu Dariusz.

Ten zaś wyglądał, jakby speszyły go słowa jego własnego syna: spojrzenie skierował ku ziemi, następnie wodził przez chwilę wzrokiem po suficie izby, po czym się odezwał, a delikatne łzy zaszkliły się w kącikach jego oczu.

– Owszem, obdarzyłem ją uczuciem. Lecz nie była tego warta. Czego też można oczekiwać po narodzie barbarzyńskim.

– Urodziła twoje dziecko, ojcze.

– Uciekła, zostawiła mnie bez słowa, wyjechała do Moskwy. Niech licho weźmie ją i cały ten lud! – Gniew wielki przez starcze usta się wydobywał i zdumiał młodszego z Lubelskich.

– Może to nie śmierć dziadka, lecz wyjazd bez wyjaśnienia ukochanej kobiety tak twą nienawiść do Moskali podsycił i pielęgnował przez te wszystkie lata?

– Uważaj na słowa, młokosie. Tak rzucanymi bez pomyślunku oskarżeniami obrażasz nie tylko mnie, lecz także matkę twoją.

– Nikogo nie obrażam, dociekając, skąd twój gniew wobec drugiego narodu.

– Nie dociekaj, synu, i obiecaj mi, że nie będziesz próbował ustalić, kim była ta kobieta i kim jest rodzeństwo twoje.

– To twoje dziecko, twój potomek, chyba mógłbym i raczej powinienem dowiedzieć się…

– Powiedziałem nie! – zakrzyknął resztkami sił starszy mężczyzna. – Tam za wschodnią granicą wróg twój, nie rodzina. Ruszacie na wojnę i o tym powinieneś myśleć. Podnieś miecz na zabójców twego dziada, pomścij go. Zgnieć tych niewartych niczego poza ostrzem szabli dzikusów. Przyrzeknij mi, że szukać i drążyć nie będziesz, Dariuszu. Czy rozumiesz słowa moje?

– Tak, ojcze, rozumiem. Uczynię tak, jak powinien uczynić rycerz Rzeczypospolitej.

– Cieszę się, że rozumiesz i zdajesz sobie sprawę z powagi sytuacji. A teraz uściśnij mnie nim znów zasnę, nie wiedząc nawet, kiedy oczy moje sen przykryje.

Dariusz utulił wyczerpane chorobą ciało ojca swego, lecz nie zamierzał postąpić, jak nakazał mu Jerzy, i porzucić zamysłu, by odnaleźć rodzeństwo w stolicy wrogiego kraju. Przyrzekł zachować się jak rycerz Rzeczypospolitej i uważał, że właśnie tak planuje. Nie wiadomo, co przyniesie wojna, lecz jeśli nadarzy się sposobność, jeżeli znajdą się w Moskwie, to może choć popytać, a zaciekawionym sprawą odrzeknie, iż z woli ojca to czyni.

Kto wie, czy gdy wróci z kampanii moskiewskiej, pan Lubelski będzie nadal wśród żywych…

Siedzieli tak jeszcze czas jakiś. Rozmawiali i wspominali. Potem senior rodu zapadł w sen, a Dariusz wyszedł i nakazał służbie pakować rzeczy. Wyjeżdżał na wojnę. Wojnę z Carstwem Moskiewskim. Lecz teraz, zamiast o bitwach i potyczkach, myślał o rodzeństwie, które gdzieś tam, w tym wielkim kraju, być może przebywa. Gdy tak się przygotowywał, przyszła do niego matka, Elżbieta, i powiedziała mu:

– Wiem, co rzekł ci ojciec o tej kobiecie i ich dziecku.

– Więc ty wiesz? Wiedziałaś o tym?

– Dowiedziałam się przed dniami paroma, gdy ojciec twój list otrzymał.

– Więc co ty rzekniesz, matko?

Nastała chwila milczenia, którą w końcu przerwała kobieta, pewnym głosem mówiąc:

– Odnajdź ich, odnajdź jego dziecko, odnajdź twoje rodzeństwo. Uczyń to, synu.ROZDZIAŁ 3

Żółkiewski spoglądał przed siebie, oczami wodził po drzewach, obserwował ruszające się na wietrze gałęzie oraz wysoką trawę i kłosy, które przechylały się za każdym razem, gdy podmuchy stawały się mocniejsze. Stał tak przez chwilę, próbując odgadnąć szybko, co wiatr niesie ze sobą, jakie przynosi zapachy i skąd je przygnał, a gdy skończył tak rozmyślać, ruszył przed siebie pewnym krokiem, podziwiając jeszcze uroki natury. Rozkoszował się każdym szczegółem, każdym elementem, każdym drobiażdżkiem tego, co owa natura stworzyła i tak chętnie rozsiała w tej oto krainie, wszystkimi tymi błahostkami, na których chyba nikt inny nie zatrzymywał w ogóle spojrzenia. W końcu zaszedł tak daleko, że oczom jego ukazała się zgromadzona armia polsko-litewska, która stała pod murami Smoleńska. Ogromna liczba żołnierzy oblegała miasto, a wraz z rycerzami mnogość koni i wszelakiego sprzętu, który przyjechał wraz z nimi z Rzeczypospolitej. Nim tu przybyli, wiele ruskich miast, wsi i miasteczek poddało się przed wojskami króla Zygmunta Wazy. W większości z nich Polacy zawłaszczyli, co chcieli i co mogło im się przydać w dalszej drodze ku spełnieniu wielkich planów i marzeń polskiego władcy. Król nie zezwolił na mordy, ponieważ, jak sam zapowiadał, zamierzał te ziemie wcielić do Rzeczypospolitej, więc prócz kilku rabunków i niewielkiej liczby gwałtów na młodych, urodziwych dziewczynach, nie odnotowano większych niegodziwości ze strony żołnierzy.

Żółkiewski wszedł do namiotu, w którym zebrali się król, oficerowie i magnaci, dyskutując o strategii ataku na mury miasta. Każdy jednak miał swój własny plan i wizję, jak skutecznie zdobyć Smoleńsk, który nie chciał poddać się, widząc potężną armię nieprzyjaciela przed swoimi bramami, i ukorzyć się przed Polakami i polskim królem.

– Ta część muru jest słabsza, tam trzeba uderzyć – przekonywał jeden z magnatów, szczycąc się swoją wiedzą z zakresu oblężeń.

– Na pewno to przewidzieli i przygotowali dodatkowe umocnienia w tym miejscu albo tam skupią większą część żołnierzy do obrony – odpowiedział drugi.

– Skąd w ogóle waszmość wiesz, że mur w tym miejscu jest słabszy? Niegdyś nie był w Smoleńsku.

– Mam swoje źródła i swoich szpiegów.

– Moskali? Kłamliwych drani? – wykrzyknął jeden ze zgromadzonych.

– Zamilcz waszmość – odpowiedział na zaczepkę mężczyzna, nie potrafiąc wykrzesać z siebie żadnych innych argumentów..

Hetman Żółkiewski tylko przyglądał się kłótni szlachciców. Lekko uśmiechnął się na widok Polaków i Litwinów mających się za lepszych od tych barbarzyńskich moskiewskich istot, z którymi przyszło im się zmagać w tym kraju. Bo co tak naprawdę teraz czyni ich lepszymi od nich? Bogactwo? Szlachetne urodzenie? Czyż nie są ludźmi takimi jak oni? Czy nie oddychają tym samym powietrzem? Czy nie chcą honorowo bronić swego miasta i swych ziem przed Polakami żądnymi władzy i podbojów?

– Hetmanie, ty się wypowiedz, wszak żeś dowódca, którym król cię uczynił – odrzekł jeden z magnatów jakby z przekąsem, niby z szacunkiem, a jednak z jakowąś uszczypliwością.

Żółkiewski wstrzymał swój głos do momentu nastania ciszy w namiocie. Gdy milczenie już zapadło, odpowiedział:

– Zbudowane za cara Godunowa mury są wysokie na trzynaście, a w niektórych miejscach dochodzą nawet do dziewiętnastu metrów, grube są na sześć metrów, a długie na ponad sześć kilometrów. Nie ma w nich słabych punktów. – Po ostatnim zdaniu rzucił spojrzenie na szlachcica, który o słabości muru słowa wypowiadał. – Obroną dowodzi Michał Szein, a do dyspozycji ma dwadzieścia tysięcy ludzi. Smoleńsk nie podda się ot tak, a zdobyć go będzie arcytrudno. Musimy liczyć się ze stratami, i to sporymi.

Tymi słowami wywołał Żółkiewski poruszenie wśród zgromadzonych możnych.

– Panowie, panowie – uciszał zgromadzonych hetman. – Uspokójcie się.

– Co z ciebie za dowódca, hetmanie Żółkiewski, skoro już teraz grozisz nam stratami i trudnym do zdobycia Smoleńskiem, zamiast zagrzewać do boju i mówić o zwycięstwie!

– Chyba lepiej przedstawiać sprawy, jak się mają, niżeli mówić ku upodobaniu tutaj zebranych waszmościów?

– Zdobyliśmy po drodze już część grodów i zamków ruskich. Czemuż by Smoleńsk miał się trzymać dłużej niż one? – zapytał magnat i spojrzenia swego z osoby hetmana długo nie ściągał.

– Właśnie z powodów, które już wymieniłem, szlachetny panie. Tych murów nie skruszymy ot tak, a przyjdzie je nam kruszyć, bo emisariusze wrócili już ze złymi wieściami. Michał Szein nie podda miasta, a ludność smoleńska gotowa do obrony.

– To co proponujesz, hetmanie? – odezwał się w końcu król, dotąd milczący.

Zapadła cisza. Każdy oczekiwał na odpowiedź Żółkiewskiego.

– Nie oblegać miasta całą armią.

– Przed chwilą przekonywałeś nas, że zdobycie Smoleńska będzie arcytrudnym zadaniem – odrzekł kanclerz Lew Sapieha. – A teraz twierdzisz, że obleganie miasta wszystkimi siłami jest zbyteczne, hetmanie?

– Pozostawiłbym część wojska pod murami miasta, a pozostałą część zabrał i ruszył w głąb carstwa, by zdobywać kolejne miasta, grody, a nawet wsie, zajmując tereny i rozstrzygając militarnie tę kampanię.

– Tak, wszyscy wiemy, żeś był zwolennikiem uderzenia w głąb kraju i zwycięstwa politycznego – odparł na słowa Żółkiewskiego Sapieha. – Lecz nie taka była wola króla – zakończył kanclerz.

– Nie musisz mi przypominać o woli króla, kanclerzu. Znam ją – odpowiedział nieco uszczypliwie Stanisław.

– A więc stosuj się do niej, hetmanie. Jesteś głównodowodzącym armią, jego wysokość obdarzył cię tym zaszczytem. To ty masz doprowadzić tę armię do zwycięstwa i zdobycia Smoleńska, zgodnie z tym, czego pragnie król.

Żółkiewski uśmiechnął się delikatnie pod nosem.

– Jestem hetmanem polnym koronnym i z powodu wolnej obsady hetmana wielkiego koronnego drugim po królu w Koronie, kanclerzu Sapieho. Wiem, jakie są moje obowiązki.

Lew Sapieha aż zagotował się ze złości po odpowiedzi Stanisława, choć oczywiście doskonale zdawał sobie sprawę z prawdziwości słów Żółkiewskiego.

– To tylko pozory ze strony Moskali, że Smoleńsk tak dobrze do oblegania i szturmu przygotowany. Gdy uderzymy, ci obrońcy miasta rozpierzchną się jak liście na wietrze, jak owce bez pasterza. To tylko pozory. Wkrótce Smoleńsk padnie, jak i padały inne grody przed Rzeczpospolitą – entuzjastycznie odrzekł jeden ze zgromadzonych magnatów.

– Zauważ jedynie, waszmość, że żaden nie dorównywał temu miastu wielkością i potęgą murów, a także liczebnością załogi obronnej – odpowiedział hetman.

– Znów to czarnowidztwo z twej strony, waszmość – skwitował magnat odpowiedź Żółkiewskiego.

– Przyjechali jak na zabawę, a Smoleńsk do małych ruskich wsi i miasteczek porównują – rzekł do siebie Stanisław w gniewie, gdy opuszczał zgromadzenie rady wojennej i udawał się w swoją stronę.

Tymczasem w obozie wielki arystokrata, z tytułem nadanym przez samego cesarza, hrabia Walentyn Konradowski nawiedził swego przyjaciela, Dariusza Lubelskiego, by przekazać mu najświeższe wiadomości.

– Jutro uderzamy.

– Jutro? – Twarz młodego chłopaka rozjaśniła się, a w oczach niemal błyskawice się pojawiły. – Rada wojenna się porozumiała? Wiedzą już, co robić? – Dariusz zapytał niby z ciekawości, jednak jakowaś kpina przedostała się do tego pytania. Dla ważniejszych szlachciców i oficerów nie było tajemnicą, że przybyła pod Smoleńsk magnateria i hetman nie zgadzają się w wielu sprawach i mają odmienne zdanie co do przeprowadzenia oblężenia.

Walentyn uśmiechnął się na pytanie młodzieńca.

– Jest jakieś porozumienie – odpowiedział. – Szykuj się więc na jutro, Dariuszu. Skoro sam żeś niczym szaleniec zapierał się, że chcesz brać udział w natarciu, wykaż się. Knowania, spiskowanie i spekulacje zostaw innym. Wiesz, po co tu przybyłeś. Po chwałę dla swojego rodu. Gdy przebijemy te mury, sukces i splendor spadną na wszystkich, w tym i na twoją rodzinę, rodzinę Lubelskich.

Hrabia Konradowski pochodził z niezwykle bogatej magnackiej rodziny zaprzyjaźnionej z rodem Lubelskich. Tytuł arystokratyczny otrzymał w prezencie od władcy Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, z którym łączyło go coś w rodzaju przyjacielskich stosunków. W ogóle znał połowę władców Europy, a wśród niektórych sam uchodził niemal za władcę, tyle że bez kraju. Tak bowiem wielka była fortuna tegoż magnata. Roztaczał on opiekę nad młodzieńcem od jego najmłodszych lat. I gdy teraz wyjeżdżali z królem na kampanię w Carstwie Moskiewskim, ojciec Dariusza, Jerzy, prosił swego dawnego towarzysza o troskę nad synem. Była to niepotrzebna prośba, albowiem Konradowski nawet bez niej i tak trzymałby pieczę nad młodym Lubelskim.

– Na twój ród także spłynie sukces tej kampanii, Walentynie.

– Ja nie szturmuję jutro, Dariuszu, ale myślami będę z wami. Wiesz, że bitwy to głównie młodzi, a dla takich jak ja pozostają pertraktacje i dyplomacja.

– Knowania, spiskowanie i spekulacje – przerwał Konradowskiemu Lubelski i zaśmiał się delikatnie. Po chwili i na twarzy hrabiego pojawił się uśmiech.

– Dlatego nie chciałem, byś ty plamił się tym, Dariuszu. Zostaw to takim jak ja – mężczyznom, którzy już nic, poza mieleniem językiem, uczynić nie potrafią.

– Nie mów tak, mości hrabio. Jesteś szanowanym człowiekiem i każdy wie, że również świetnym rycerzem. Nie jesteś tylko politykiem.

– Nie jesteś tylko politykiem… zabrzmiało to jak komplement. Uznam to za miłe słowo – odpowiedział z uśmiechem Konradowski.

– Bo to właśnie miało tak zabrzmieć. Miało ukazać i opisać cię jako człowieka nie tylko słów, ale i czynów.

– Wystarczy, Dariuszu, bo mi się wieczerza uleje. Poprowadź ich jutro do zwycięstwa.

Po tych słowach Walentyn odwrócił się i wyszedł, a młodzieniec odprowadzał go wzrokiem.

– Postaram się – odpowiedział Lubelski nieco ściszonym głosem w kierunku odchodzącego mężczyzny.

Poranny brzask wlał w serca Polaków siły i chęci wielkie. Teraz oto wierzyli, że zaraz, niczym niewolnica przed swym panem, padnie przed nimi wielkie miasto i tego jeszcze dnia zakosztują zwycięstwa, a król w chwale przejdzie wieczorem, niczym po wielkim grodzie Priama, ulicami tej smoleńskiej Troi, oni sami zaś wzbogacą się na skarbach, które to zawłaszczą, gdy już przejdą owe mury. Te mury, które jeszcze im zawadą są, ale już wkrótce, już wkrótce padnie przed wielkimi Polakami zasłona fałszywej obrony Smoleńska, a okaże się, że obrońcy to tylko zbieranina pastuchów, którzy nijak się mają do prawdziwych żołnierzy, i zobaczywszy armię Rzeczypospolitej, prysną niczym bańki, a ich opór stopnieje jak śnieg topnieje przy jasnym słońcu. Że oto czmychną jak jagnięta przed wilkiem, gdy tylko ujrzą kły jego, gdy tylko okrutne jego zamiary wyjdą na jaw. Tak też myśleli polscy i litewscy żołnierze zgromadzeni i niecierpliwie czekający na znak do pierwszego ataku, który wkrótce nastąpił. I rozpoczął się szturm na miasto, które zdawałoby się oczekiwało tego pierwszego gniewu polskiego, tego pierwszego zrywu Polaków, tego szału agresji, wielkiej chęci szybkiego zwycięstwa. I równie szybko jak ruszono, tak szybko przekonano się, że szturm nie pójdzie tak sprawnie, jak to sobie wyobrażali oblegający. Sam Dariusz nie biegł w pierwszej linii, ale niewiele starszy od niego chłopak dostał postrzał prosto w szyję, a jego krew zachlapała oblicze Lubelskiego, który na moment wstrzymał bieg, ruszył jednak po chwili szoku, który minął, gdy spojrzeniem wychwycił, że ów młodzieniec oddał ducha i w zaświatach czeka już na sąd Boży. Rycerze z przodu, co na drabinach byli i próbowali podjąć walkę z obrońcami, padali jednak jeden za drugim po postrzałach z pistoletów, łuków, razach noży i ciosach od wszystkiego, co tylko wpadło w ręce obrońcom ruskiego miasta. Krew polska i litewska lała się po tych murach i z każdą jej kroplą malała pewność siebie szturmujących, która po łatwym zajęciu kilku wcześniejszych grodów wystrzeliła do góry niczym armata skierowana ku niebu. Sądzono, że i Smoleńsk, nawet jeżeli nie poddał się dobrowolnie, ujrzawszy zwycięską armią Rzeczypospolitej, padnie po jednym szturmie zaledwie. Szybko jednak ta pewność i entuzjazm opadły zarówno wśród żołnierzy, jak i wśród magnaterii i oficerów dotąd pewnych rychłego zwycięstwa. Wielu zginęło, wielu było rannych, a jeszcze więcej podupadłych na duchu, nawet jeśli ich ciała nie zaznały żadnych ran. Załoga Smoleńska okazała się, zgodnie z przewidywaniami hetmana, świetnie przygotowana do obrony i nawet doskonale wyszkoleni żołnierze Rzeczypospolitej nie zdołali sforsować potężnych murów. Ginęli od łuków, szabel, kul pistoletów, a czasem innych, najróżniejszych i najdziwniejszych rzeczy użytych do walki przez obrońców Smoleńska. A ich przerażające okrucieństwo złamało serca żołnierzy nawet tych najgłośniej krzyczących przed szturmem.

– Żyjesz? Jesteś ranny? Masz wszystkie członki? – zapytał Walentyn, gdy tylko odszukał swego przyjaciela.

– Żyję, nie jestem ranny. Lecz to nie powód do dumy – odpowiedział zawstydzony Lubelski, który czuł na sobie brzemię odpowiedzialności za nieudolny atak tegoż dnia.

– Nieudany szturm to nie twoja wina, Dariuszu. Trzeba cieszyć się z tego, że żyjesz. Wielu dziś zginęło, ale ci, którzy przeżyli, będą tymi, którzy zdobędą to miasto, skarby i chwałę.

– Krew poległych jeszcze nie zastygła, Walentynie… a ty już dzielisz łupy z miasta, które nie zostało zdobyte.

– Żałuję ich, ale na każdej wojnie i przy każdej bitwie giną ludzie, przyjacielu. Najważniejsze, że nie ci, którzy potem oglądają koniec tej wojny.

– Czasem, żeby zachować honor, lepiej nie dożyć tego momentu. Po tym wszystkim nie każdy będzie chciał być tym, który przeżyje.

– Zaiste, Dariuszu, może masz rację. Lecz nie czynię źle, mówiąc to, co teraz myślę. A myślę, że powinieneś być rad, że dziś los zachował cię przy życiu.

Konradowski zauważył, że syn jego przyjaciela sprzed lat ma poczucie wstydu za porażkę wojsk w ataku na ruskie miasto, postanowił więc wykorzystać swój autorytet w rodzinie Lubelskich i przekonać młodzieńca, że dzisiejsza porażka to tylko przedsmak jutrzejszego zwycięstwa.

– Wierz mi, że choć wiele osób jest zawiedzionych, a entuzjazm nieco opadł, to przecież to dopiero pierwszy wypad wojsk na Smoleńsk. To, że jego mury okazały się trudniejsze do zdobycia, a mieszkańcy waleczniejsi, niż się spodziewano, nie czyni go przecież mniej wartościowym, a oblężenia rzadko kiedy kończą się po jednym ataku. Po prostu zbyt wiele sobie wmówiono, gdy armia stanęła u bram miasta. Zagrzewanie do walki i wiara w zwycięstwo to jedno, ale oczekiwanie, że wielkie ruskie miasto padnie na kolana po jednym tylko szturmie, to mrzonka. Brak rozsądku i brak logicznego myślenia. Pamiętaj, że to, że dziś przegrałeś, nie oznacza, że jutro nie odniesiesz sukcesu. Zresztą co tu mówić o porażce, skoro to Rzeczpospolita stoi na ziemiach wroga i to ona okupuje jego miasto, nie odwrotnie. A zwycięstwo będzie miało tym lepszy smak, im dłużej przyjdzie nam jeszcze na nie poczekać. Przypomnij sobie, ileż to lat musieli czekać Grecy, nim potężna Troja padła, a jej bramy stanęły dla nich otworem – zakończył swój wywód Walentyn i poklepał młodzieńca po ramieniu.

Ten odpowiedział uśmiechem, lecz nie był to szczery uśmiech, a słowa Konradowskiego, choć wzniosłe, nie uspokoiły zszarganych nerwów Dariusza Lubelskiego.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij