Motyl Nocny - ebook
Witaj w moim lesie. Słyszysz wycie? Nie rozglądaj się. Nie spotkasz tu wilków. Zetkniesz się z ubranymi w wilczą skórę uczuciami oraz instynktami, które potrafią być boleśnie ludzkie... i bezlitośnie nieludzkie. W jaskini za tamtymi drzewami mieszka Ruten: ekscentryczny samotnik, który dla nauki biologii wyrzekł się stada. Jego ustronne życie zostaje wywrócone do góry nogami, gdy na progu jaskini staje ciekawski szczeniak. Nieproszony gość wkrótce staje się partnerem w zdobywaniu wiedzy, jakiej nie zdobył jeszcze żaden wilk. Dwaj naukowcy szybko jednak przekonują się, że ceną przełomowych odkryć jest cudza krew. Co się dzieje, gdy myślą przewodnią staje się zasada „Cel uświęca środki”? Chodźmy dalej. U celu zdecydujesz, czy warto było zaufać własnemu sumieniu.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397993815 |
| Rozmiar pliku: | 2,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Autor apeluje: wyciągnij ostateczne wnioski, dopiero poznawszy całą opowieść. Zanim to nastąpi, zetkniesz się z bohaterami, którzy podejmują różne decyzje, właściwe lub nie, i z biegiem czasu uczą się ze swojej własnej historii… lub nie. Obserwuj ich tak, jak obserwuje się ludzi w swoim otoczeniu: KRYTYCZNIE.
Zresztą, jeśli sięgasz po tę książkę, to pewnie i tak nie ma już dla Ciebie ratunku. Kolejnym krokiem będzie dołączenie do watahy magicznych wilków, aby zastąpić przyjaciół, którzy odwrócili się od Ciebie po Twoich opowieściach o tym, jak zabić pustą strzykawką.Rozdział 2
Oto Azair Ethal
Azair nie mógł pozbyć się wrażenia, że dzieje się coś niedobrego.
Był w podróży razem z Matką, która co chwila go poganiała, burcząc, żeby wykrzesał więcej z tych chuderlawych nóżek. A on się starał, naprawdę. Wiedział, czym będzie grozić protest albo, co gorsza, zatrzymanie. Biegł więc ze wszystkich sił, żeby nie zgubić jej między drzewami.
Nie wiedział, czemu tak się spieszą. Dzień zaczął się zupełnie zwyczajnie (no, może dostał większe śniadanie niż zwykle, a to przecież powód do radości), a jednak im dalej w las, tym bardziej wariowała jego intuicja.
W końcu Matka zarządziła przerwę. Nie wyglądała na ani trochę zmęczoną, co Azy raczej nie dziwiło. Przyzwyczaił się do tego, że nic nie jest w stanie jej powalić. Sam za to upadł na trawę, ciężko łapiąc oddech.
— Musimy się pospieszyć — oznajmiła.
— Dlaczego właściwie biegniemy? — zapytał przepełniony nerwowym oczekiwaniem, ale zaraz tego pożałował. Gdyby oczy mogły rzucać gromy, on byłby już martwy.
— Znasz naszą zasadę. Nie zadawaj pytań — warknęła, po czym szturchnęła go łapą. — Wstawaj, idziemy.
Pomimo zmęczenia ani w głowie mu było się buntować. Podniósł się grzecznie, przetrzepał łebkiem, aż loki obiły mu się o skroń, po czym zmusił ciało do zrobienia jeszcze jednego kroku. I jeszcze jednego…
Wszystko stało się pozornie szybko. Zanim się obejrzał, już byli na miejscu. Z całych sił starał się nie upaść, a Matka objęła go opiekuńczo. Maluch cały się spiął; każda jego kosteczka walczyła z niewidzialnym ciężarem strachu.
— No już, już nie będziemy biec. — Utkwiła wzrok w jednym punkcie i zesztywniała. Tylko jej zwiewna sierść wciąż falowała na delikatnym wietrze. Azair wytężył wszystkie zmysły. O co mogło chodzić? — Ej, ty! — krzyknęła raptownie na burego basiora, który właśnie wyszedł spomiędzy drzew. — Gdzie jesteśmy?
— To tereny Watahy Srebrnego Chabra.
— Świetnie. Zaprowadź mnie do alfy. — Obcy, chyba tylko za sprawą szoku, spełnił jej życzenie. Zazwyczaj spotkania z wilkami z innych watah kończyły się szalonym galopem w przeciwnym kierunku, a raz nawet sprzeczką, po której rana na grzbiecie Matki jeszcze nie zdążyła się zagoić. Skąd w niej ta nagła śmiałość? Dreptał za nimi, usilnie się nad tym zastanawiając. Wilczyca nawet nie oglądała się, żeby sprawdzić, czy jest obecny. Mówił sobie, że ona po prostu wie, czy syn jest w pobliżu.
Ile w tym było prawdy, nie miał pojęcia; ale lubił to sobie powtarzać.
Aza nie został dopuszczony do rozmów z alfą watahy. Kiedy dorośli gawędzili, on szarpał zębami węzeł na białym grzbiecie, próbując uwolnić Kamyka, swoją przytulankę. Sznur nie ustępował, a szyja okazała się zbyt krótka. W końcu tylko fuknął pod nosem i odpuścił.
— Czyli… trzecia jaskinia na wschód?
— Owszem. — Alfa skinął głową. Rzucił im spojrzenie, które zdawało się przebijać na wskroś, a zarazem nie zatrzymywało się nigdzie. Potem odszedł.
— Chodź, Azair. Idziemy. — Wadera skinęła na potomka łapą i już była trzy kroki przed nim. Maluch bardzo chciał wiedzieć, gdzie idą, ale nie ośmielił się spytać. Na szczęście zaraz miał się dowiedzieć, bo stanęli przed wejściem do ponurej, skalnej pieczary. Pazury Matki zadźwięczały o kamień. Raz, drugi, trzeci. Echo krótko odbiło się w jaskini.
— Zero? — wypluła imię, jakby było gorzkie. Szczeniak zerknął na nią pytającym wzrokiem, choć nie liczył na wyjaśnienia.
— Kto tam? — Z cienia wysunął się wysoki basior. Szczupły, potężny i majestatyczny. Ramiona miał chude, ale wyraźnie spięte; patrzył na nich, jakby zobaczył duchy.
— Zero… — westchnęła Matka, po czym odwróciła się do syna: — Zostań tutaj i nigdzie nie idź.
Aza posłusznie przysiadł na ziemi, a wadera odciągnęła nieznajomego na bok, by rzucać w niego gradem słów. Po jakimś czasie nie musiał nawet starać się podsłuchiwać, bo wymiana zdań stała się… trochę głośniejsza.
— Nie ma mowy, nie zostanie tutaj! — krzyknął Zero.
— Oczywiście, że zostanie! To też twoje dziecko! — Jej gniewne spojrzenie na moment skrzyżowało się z szeroko otwartymi oczyma małego. Z powrotem ściszyła głos.
Po czasie, który Azairowi wydał się wiecznością, Matka uśmiechnęła się zwycięsko i przywołała go łapą. Ruszył ku niej drobnymi kroczkami. Uszy miał przyklejone do czaszki, a jego oczy błądziły to po jednym, to po drugim dorosłym.
— Azair Ethal, to twój ojciec, Zero — oznajmiła, zachęcającym ruchem przysuwając szczenię bliżej do nowego wilka.
— Witaj — mruknął Ojciec.
— Zostaniesz z nim teraz — powiedziała i czule liznęła Azę, pozostawiając na jego czole uniesiony czubek z sierści. Gdy skierowała się do wyjścia, automatycznie ruszył za nią.
— Nie, ty zostajesz. — Wyciągnięta łapa nagle wylądowała tuż pod jego podbródkiem.
— Ale wrócisz? — wyszeptał. Nie doczekał się odpowiedzi.
***
Nowe życie przypadło Azairowi do gustu. Mógł wychodzić, kiedy chciał, byleby wracał przed zmrokiem, i dostawał do jedzenia tyle, na ile miał ochotę. Majestatyczny basior, będący jego Ojcem, mawiał, że musi nauczyć się samemu sobą zajmować. Kiedy dowiedział się, że przy zajęciach z nauczycielem rodzic musi uczestniczyć siedem czy osiem razy w księżycu, dokładnie tak się wyraził i dał synowi wolną łapę w organizowaniu sobie zajęć. Aza był mu za to niezmiernie wdzięczny. Jako że nie miał w watasze rówieśników, z którymi mógłby się bawić, oddawał się swojemu ulubionemu hobby: obserwowaniu.
Codziennie obierał sobie za cel innego wilka. Chodził za nim cały dzień, nasłuchiwał, co i jak mówi, z kim przebywa, co lubi. Wieczorami, gdy wracał do jaskini, opowiadał Kamykowi, czego się dowiedział. W cichości marzył, by podzielić się swoimi przygodami także z Ojcem, ale ostatecznie nigdy nie odważył się zakłócić jego spokoju szczenięcą paplaniną.
Po paru tygodniach znał już prawie każdego.
No właśnie, prawie każdego.
Był jeden osobnik, który stanowił dla Azy tajemnicę. Raczej zwyczajny w porównaniu z innymi. Z tego, co szczeniak zdążył zauważyć, nie miał żadnych mocy, ale kiedy szczeniak już przymierzał się do zagajenia rozmowy i tylko na chwilę odwracał wzrok, basior się ulatniał. Było to niezwykle irytujące. Należało położyć temu kres.
Malcowi szybko udało się dowiedzieć, jak nazywa się ów ekscentryk. Nie było to wcale takie trudne; wystarczyło zapytać pierwszą lepszą waderę, której imienia Azair nawet już nie pamiętał.
— Wiesz co, Kamyku? — zagadnął pewnego dnia. — Jutro na pewno dowiem się czegoś więcej o Rutenie. Na razie wiem tylko, że ma już za sobą jedną zimę, ma siostrę Cymonię i jest synem tego Wrotycza. Wiesz którego, opowiadałem ci, czego się o Wrotyczu dowiedziałem od innych. No i poza tym tak dziwnie się uśmiecha, jak z kimś rozmawia. I mówi w taki dziwny sposób. Obiecuję ci, Kamyku. — Wilczek teatralnie położył łapę na piersi. — Jutro będę wiedział o Rutenie wszystko!
Następnego dnia opuścił dom jeszcze przed świtem, licząc, że uda mu się złapać Rutena na polowaniu. Jutrzenka nie przyniosła mu jednak szczęścia. Natknął się tylko na Zawilca, alfę. Zawód dotknął go tak mocno, że zamiast dalej gonić za swoim celem, oddalił się od centrum watahy. Położył się na skraju ukrytej głęboko w lesie polanki, tuż przed wodospadem. To miejsce zawsze przynosiło mu ukojenie w trudniejszych chwilach, których do tej pory na szczęście nie było zbyt wiele. Oczy już mu się zamykały, gdy nagle go dostrzegł; samotna sylwetka wyłoniła się z porannej szarości. Wyglądało na to, że wyszedł na spacer bez wyraźnego celu.
Maluch skrył się w trawie. Napadło go dzikie podekscytowanie. Nareszcie!
„Oby tylko mnie nie zauważył”, pomyślał. Nie obawiał się już tego tak bardzo, jak na samym początku swojej przygody w Watasze Srebrnego Chabra. Nauczył się, że jeśli zostanie przyłapany, musi po prostu zacząć nawijać szczenięce bajeczki o wczorajszej pogodzie. Każdy się na to nabierał…
Zawsze go dziwiło, jak łatwo można było zagaić rozmowę z tutejszymi wilkami. Przy Matce musiał obmyślać każde słowo przez pół dnia, żeby przypadkiem nie zebrać batów za jakąś głupotę. Tu wystarczyło parę komplementów i potrząsanie loczkami, żeby zyskać nowego znajomego.
Ciekawe, czy na Rutena też to zadziała?
Oto Ruten
Dla istoty rozumnej najważniejsze jest, by stale poruszać się naprzód. Jak zwykle późnym rankiem szedłem więc przed siebie, mijając prędko przesuwające się po obrębie pola widzenia pnie drzew i zlane w całość, tańczące z wiatrem, gęste stosy jałowcowych gałęzi. W niektórych miejscach rosły jedne na drugich.
Zadbałem już o ilość ruchu wystarczającą, aby utrzymać ciało w dobrej formie, toteż zmierzałem w kierunku domu, aby zająć się obmyślaniem nowych planów. Irytowało mnie, że nie miałem jeszcze ani jednej okazji do wykorzystania tych, które już zagnieździły się w moim umyśle. Wymagały albo większej ilości czasu, którego w każdej chwili mogło mi zabraknąć, albo rozległych przygotowań. Miałem ich dużo i powracałem do nich z poczuciem nawarstwiania się kolejnych, coraz częściej, coraz bardziej nerwowo. Planowałem szybko znaleźć więcej sprzętu, trochę odczynników i zrobić przynajmniej… cokolwiek.
Wolnym kłusem wbiegłem do swojej jaskini i usiadłem na ziemi. Palce świerzbiły mnie z braku zajęcia. Bieganie po suchym igliwiu było zbyt prostackie dla łap, które zdążyły już zasmakować gęsiego pióra. Wciąż jednak musiały pracować na mój cenny mózg, służyły więc wiernie za przydział tlenu i cukru. Tym razem rozładowałem napięcie, bezmyślnie drapiąc chłodny piasek pod ścianą. Postanowiłem chociaż popatrzeć i poprzekładać w palcach narzędzia. Czując, jak niezgrabne są moje ruchy, na chwilę zmusiłem się, by odsapnąć, oderwać przednie łapy od ziemi, spojrzeć na nie. Przekonałem się, że drżą z emocji, jakie zdążyła wytworzyć moja jaźń.
„Musisz nad nimi panować, Ruten. W ogóle, nad sobą”.
Kopałem dalej, aż wreszcie westchnąłem z ulgą, gdy moim oczom ukazały się pokryte pyłem, metalicznie połyskujące, miejscami nadrdzewiałe instrumenty. Nie było tego wiele. Mały i trochę większy nożyk, drobne szczypce, których sile nacisku do końca nie ufałem, kawałek sporego łańcuszka, który nie wiem, do czego mógłby się przydać, ale był ładny, jakaś szmatka znaleziona w lesie, cała w piachu i kurzu, oraz krótki pręt z zaostrzonym końcem, przypominający trochę przymały rożen.
Ten arsenał zgromadziłem na własną łapę. Gdzieś dalej, w mroczniejszych zakamarkach jaskini, były ukryte jeszcze drobne pomoce, których sam zdobyć nie mogłem; ale Achpil mógł. To on podarował mi moją pierwszą, prawdziwą, szklaną strzykawkę. Kazał mi pilnie ćwiczyć trzymanie jej w łapach, pilnować jak oka w głowie i używać tylko w naprawdę poważnych sytuacjach. Kilka środków, którymi mogłem napełnić ją po odpowiednim rozcieńczeniu, miało służyć przede wszystkim za zachętę do wprawiania palców w uczciwy ruch. Robiłem to codziennie, choć na razie tylko na sucho.
Podnosiłem po kolei każde z narzędzi, z namaszczeniem przesuwając palcami po gładkiej powierzchni. Wszystkie, oprócz jednego z noży, który miał drewniany trzonek (i rzecz jasna szmatki), były w całości metalowe.
Wtem nerwowy dreszcz przeszył mój kark. Miałem dziwne, niewytłumaczalne wrażenie, że ktoś czyha przed jaskinią. Wstałem, powoli spuściwszy głowę. Byłem pewien, że ktokolwiek to jest, nie ma mnie w zasięgu wzroku, bo przede mną, pomiędzy drzewami, nikogo być nie mogło. A więc stał za jedną ze ścian jaskini. To dawało mi pewną… nie, tylko pozorną przewagę. Jak miałem stamtąd wyjść…?
Wypadłem na zewnątrz, spięty jak sprężyna, gotowa rozprężyć się i rzucić w każdą stronę. Zrobiłem błyskawiczny półobrót, lewo, prawo, próbując zlokalizować napastnika. Zobaczyłem go niemal od razu, choć nie tego się spodziewałem. To dziecko? Jakiś szczeniak?
Schowałem kły, ale oczy same dalej omiatały las, niepewne, czy nie kryje się w nim ktoś jeszcze. To mogła być idealna pułapka.
Potrząsnąłem głową. Skąd ta podejrzliwość? Nie byłem przecież ofiarą, która musi chować się przed drapieżnikiem, ani żadnym złoczyńcą… I nikt mnie chyba za takiego nie uważał.
Niedoszły napastnik był w zasadzie zupełnie zwyczajnym, podrośniętym, białym szczenięciem. Nic w jego wyglądzie nie zwracało uwagi, poza oczami bez źrenic, równie białymi jak sierść. Choćbym nie wiem jak długo się w nie wpatrywał, nie potrafiłem przyporządkować tego, co widziałem, do żadnej znanej mi jednostki chorobowej, oprócz całkowitej ślepoty. A ten szkrab bynajmniej nie wyglądał na ślepego.
— To ty? — Zdecydowałem się zapytać wprost, bardziej, jakbym sprawdzał hipotezę, niż się witał. Przybysz zawahał się i rozejrzał dyskretnie. Usiadłem na ziemi, aby nie płoszyć go agresywną postawą.
— Azair Ethal, miło mi. — Zdawało mi się, że po jego pyszczku szybko przebiegł uśmiech. — Chociaż wolałbym skrót, na przykład Azair albo Aza, jeśli to nie kłopot…
— Ruten — rzuciłem, przyjmując, że nie jestem jeszcze na tyle dojrzały, by wymagać od młodzieży mówienia do siebie per „pan”.
— Przechodziłem akurat i tak sobie pomyślałem, że porozmawiam z kimś, kogo jeszcze nie miałem przyjemności spotkać.
— Świetnie, a więc eksperyment towarzyski padł akurat na mnie? — Poczułem, jak nadmiar powietrza w płucach stopniowo je opuszcza, dając ulgę naprężonym wcześniej żebrom. W odpowiedzi ten mały bałwanek uśmiechnął się jeszcze szerzej. Całym sobą dawał znać, że spotkanie ze mną rzeczywiście jest przyjemnością.
— Teraz się znamy, zapraszam do środka. — Kiwnąłem głową w kierunku mojej siedziby. Być może zapraszanie obcych szczeniąt do swojego domu przez samotne basiory mogło być uznane za zachowanie należące do grona podejrzanych, jednak w tamtej chwili miałem to w poważaniu. Nie wpadłem na lepszy pomysł.
W głębi duszy, gdy spotkałem tego dzieciaka, zapragnąłem chociaż trochę, chociaż na chwilkę wydać się stabilnym, przyjaznym i bezpiecznym. Nie wiedziałem do końca, po co. Po prostu miałem taki kaprys. Możliwe, że kierowałem się potrzebą zyskania jakiejś opinii w oczach watahy, bo na razie była albo dość marna, albo nijaka. A ten szczeniak mógł opowiedzieć swoim bliskim lub przyjaciołom o dobrym wujku Rutenie. Dobrym wujku Rutenie, którego wszyscy znają i lubią. Tak, to by mogło ułatwić pracę w przyszłości. Czyż to nie przebiegłe?
To znowu Azair
Jak można było się spodziewać, szczeniak został przyłapany na obserwacji, i, czego również można było się spodziewać, po raz kolejny został przyjęty z otwartymi łapami.
„Dziwne”, pomyślał. „Jak łatwo można manipulować niektórymi dorosłymi”. Wystarczy ładnie się uśmiechnąć i mówić kompletnie głupoty, byleby nawijać…
Gdy Ruten zaproponował wejście do jaskini, malec zgodził się natychmiast. Gdyby był dobrze wychowanym szczeniakiem, zapewne w jego głowie zapaliłaby się ostrzegawcza lampka. Wszak, halo, nie powinno się nigdy zostawać sam na sam z nieznajomymi, bo to się zwykle źle kończy dla małych dzieci, które potem resztę życia zmagają się z traumami, jeśli oczywiście przeżyją spotkanie. Jednak ani Matka, ani Ojciec nigdy nie przeprowadzili odpowiedniej rozmowy z Azą. Wystarczyło, że był grzeczny, a za dobre sprawowanie mógł chodzić, dokąd chciał. Na dłuższą metę było to zdecydowanie niewychowawcze, ale, jak widać, dotychczas nie skończyło się źle. Dotychczas…
Azair rozczarował się wnętrzem jaskini bordowego basiora. Nie wiedział do końca, czego się tak właściwie spodziewał, ale cztery ściany tajemniczego przyjaciela wydawały się… prozaicznie konwencjonalne. Liczył na coś więcej, chociaż nie potrafił tego sprecyzować.
Może na jakieś kolorowe kryształki. Szamańskie maski na ołtarzu. Haftowane gobeliny (chociaż, tak szczerze mówiąc, nie miał pojęcia, czym są haftowane gobeliny; usłyszał to określenie raz, gdy podsłuchiwał rozmowę z jaskini wojskowej). Ale zaraz…
Uwagę małego przykuły dziwne przedmioty leżące na ziemi. Chciał je samodzielnie zbadać, więc zwrócił błagalne spojrzenie na Rutena, który jednak wciąż milczał. Przekręcił więc główkę najbardziej uroczo, jak tylko umiał i zapytał:
— Co to jest? — Wskazał na metalowe instrumenty. Szczerze mówiąc, rzadko się zdarzało, żeby ktoś inny niż Matka skarcił go za ciekawość. Mimo to łapka zawisła w pół gestu, a głowa opadła lekko. Spod rzęs posłał dorosłemu czujne spojrzenie, przygotowany na rychłą naganę. Nie doczekawszy się jej, przywołał na pysk nieśmiały uśmiech.
— Takie różne — odparł wymijająco basior, ale po chwili zabrał się do udzielania wyjaśnienia. — Narzędzia. Te tutaj to ostrza do cięcia, erm… tam szczypce, pręt kalibrowany, łańcuszek… W zasadzie nie wiem, po co mi on, ale jest ładny. — W tym momencie Azair zachichotał cicho. — No i szmatka.
— Ciekawe. A może… mógłbym dotknąć? — spytał grzecznie.
— Dobrze. Tylko się nie pokalecz. Metal nie zna litości.
Mały pacnął łapką pręt. Gdy przekonał się, że stwór nie gryzie, przybliżył do niego nos i powąchał. Pierwsze skrzypce grał zdecydowanie zapach wilgotnej ziemi. Na drugim miejscu plasowała się metaliczna woń. Po kolei obwąchał i obejrzał eksponaty, a nie dowiedziawszy się w ten sposób niczego nowego, wyprostował się i oznajmił zwięźle:
— Fajne. — Po czym wrócił na swoje miejsce i usiadł naprzeciwko nowego znajomego.
Nic się nie wydarzyło. Zapadła cisza. Azair rozsiadł się w niej jak w ulubionym kocu. Chłonął nowego znajomego oczyma, zapamiętując każdy szczegół jego sylwetki, żeby móc potem dobrze opisać wilka Kamykowi.
W końcu zaczęło mu być niezręcznie. Matka uczyła go, że odzywanie się pierwszym jest niedopuszczalne, ale dopóki jej tu nie ma, nie może go zobaczyć, prawda?
— Jak długo pan tu jest? — zapytał w końcu, gdy uznał, że napatrzył się już wystarczająco. Miał nadzieję, że wcześniej również zwracał się do rozmówcy per „pan”. Nie chciał być niekulturalny.
— Urodziłem się tutaj — odparł Ruten. Szczeniak kiwnął głową, starając się udawać, że wcześniej o tym nie wiedział. Chciał tylko zacząć rozmowę od czegoś łatwego, żeby potem, rozkręcając się, zadać trudniejsze pytania.
— Nie czuje się pan samotny? Nie jest panu smutno, tak… samemu? — kontynuował w nadziei, że się nie pomylił. Za późno zorientował się, że przypadkiem zasugerował, iż już go obserwował. Basior tylko uśmiechnął się tajemniczo i przeniósł uwagę małego z powrotem na narzędzia. Pod nosem rzucił jeszcze, że to są jego najlepsi przyjaciele.
Rozmowa płynęła wartkim nurtem, a Aza co chwilę zadzierał łebek, błyszcząc oczami jak adept dopuszczony do największej tajemnicy świata. Nie spodziewał się, że Ruten tak łatwo uchyli przed nim drzwi do własnych myśli. W jego towarzystwie czuł się tak swobodnie, że nie zauważył, kiedy cienie wypełzły spomiędzy drzew. Gdy spostrzegł, że słoneczna kula skryła się wśród konarów, zerwał się na równe nogi. Dopadł go strach przed spóźnieniem.
— Ja pana bardzo przepraszam, ale muszę zmykać. Będę jutro, dobrze? — Nie czekając na reakcję, wybiegł na zewnątrz. Kamienie iskrzyły pod jego pazurami, a w głowie kołatała jedna myśl: byle zdążyć przed ostatnim błyskiem słońca.
Los chyba mu sprzyjał, bo istotnie zdążył i nie otrzymał reprymendy. Zjadł kolację, po czym usadowił się w swoim kącie i zaczął po cichu opowiadać Kamykowi, co go spotkało. Zero nie zwracał na jego szepty najmniejszej uwagi; zdążył się już przyzwyczaić do tych niegroźnych dziwactw. Rzucił tylko suche „dobranoc” i poszedł spać.
Po jakimś czasie Aza również się położył, tuląc do siebie Kamyka. Długo nie mógł zasnąć, podniecony wizjami ostrych skalpeli i prętów, którymi precyzyjnie oddzielał od siebie sklejone płatki stokrotki.
A to ogół wydarzeń
Jeszcze przez krótką chwilę Ruten słuchał, jak drobne kroczki uciekają ku wieczornej ciszy. W gardle zakłuło pytanie, czy to przypadkiem nie jego słowa przyspieszyły ten nerwowy rytm, ale zbył je machnięciem łapy. Sprawa miała wyjaśnić się sama, następnego dnia.
Osiągnąwszy pełnoletniość, basior niczym młody orzeł wyfrunął spod skrzydeł swojego nauczyciela, Achpila, by zdobyć doświadczenie na własną łapę. Wreszcie mógł pozwolić sobie na pozbawione wyrzutów sumienia nocne wędrówki i wstawanie wtedy, kiedy chciał. Paradoksalnie, nocna bezczynność bywała męcząca. Wyostrzała zmysły. Przyspieszała rytm serca. Budziła wspomnienia, lęki, wszystkie wariactwa, za dnia zepchnięte na ugory umysłu. Właśnie dlatego tak lubił spędzać godziny mroku i głuszy w ciągłym ruchu. Udawał, że sen nie ma nad nim władzy, dopóki w środku nocy, a może już bliżej poranka, słowik nie zagłuszy jego myśli. Wtedy padał bez życia na posłanie, którym był mało okazały dołek wykopany w pylastym piachu.
„Jeśli on nie boi się śpiewać tuż, tuż, na skraju lasu, to znaczy, że nic nie może czaić się w pobliżu”, myślał, a potem powoli odpływał ku bezpiecznej nicości.
Tego dnia jednak, choć słowik nie zaczął jeszcze swojego koncertu, nadeszło wyjątkowe zmęczenie. Nie nawykł do długich rozmów. Każda interakcja z niższymi istotami wyczerpywała go okrutnie, postanowił więc, w nagrodę za tak bohatersko spędzony czas, skierować się od razu na legowisko. Opadł na nie i westchnął głęboko, przymykając oczy.
Nagle gwałtownie otworzył je znowu i wbił wzrok w połyskujące w ciemności przyrządy. Nadal leżały w tym samym miejscu. Cóż, dziwne, gdyby było inaczej. Jego źrenice rozszerzyły się, być może od kładącego się wokół pokotem cienia, a być może przez nasilone procesy myślowe. Powoli obrócił się na grzbiet.
„Nie muszę dbać o to, co powiem temu szczeniakowi i jak mocno wtajemniczę go w swoją pracę”, myślał. „W każdej chwili mogę wykonać… jeden ruch. Nie uciekłby…”.
Machnął tylnymi łapami niczym mucha uderzona końskim ogonem i znów wylądował na boku. Przez chwilę leżał tak, wstrzymując oddech i wpatrując się w wyjście z groty, jakby wciąż chciał odnaleźć tam kogoś, kto obserwuje go i słyszy każdą jego myśl. Na zewnątrz było jednak zupełnie cicho i ciemno. Ciekawe, czy Azair zdążył już dotrzeć do domu.
Czyżby się nim przejmował? Uśmiechnął się kpiąco, drwiąc z samego siebie.
„Może jutro przyjdzie znów, a jeśli nie… nawet nie będzie mi tego szkoda… Chociaż nie. Trochę będzie. Ten szczeniak mógłby się przydać”.
***
Ciemność rozdarła złota wstęga, rozprzestrzeniając wokół ciała Rutena życiodajne ciepło. Przed oczyma zaczęły malować mu się żółte i beżowe plamy, migoczące w ostrym świetle niczym oszlifowane diamenty. Zamrugał, żeby przywrócić im kształty i zorientował się, że stoi nieopodal swojej jaskini, na górskim zboczu, a jego wzrok spoczywa pomiędzy przednimi łapami, na białym od słonecznych promieni piasku wydeptanej ścieżki. Wokół nie było żywej duszy. Ogarniające go oszołomienie zmieszało się z ukłuciem czystej beztroski. Oto wstąpił na szczyty, jakby stanął u progu samych Niebios. Jeszcze przez chwilę bezskutecznie próbował przypomnieć sobie, kiedy i jak znalazł się w tym miejscu, a im dłużej myślał, tym szybciej mijała beztroska, której dotyk był stopniowo zastępowany przez niepokój, uwierający jak pamięć o cieniutkiej igle, naraz przystawionej i odsuniętej od ciała.
Przerwały mu zbliżające się kroki Azaira, które świadczyły o nadejściu poranka. Zapach świeżej wilgoci, który wypełniał nozdrza przy każdym wdechu, potwierdzał ten wniosek.
— Dzień dobry! — zawołał grzecznie szczeniak.
— Dobry, dobry — mruknął Ruten.
— Piękny mamy dziś dzień, nieprawdaż?
— Taaak… Słońce piłuje po oczach.
W obliczu nowego wyzwania, jakim był młody worek pytań, odłożył rozmyślanie nad swoją „teleportacją” na bliżej nieokreśloną przyszłość. Spacerem wrócili do jego jaskini. Pierwsze chwile upłynęły im na niezbyt emocjonującej rozmowie. Te wspólnotowe ceregiele zawsze go nudziły, ale czekał cierpliwie na odpowiedni moment, żeby przestać bawić się w przedszkolankę i zacząć wartościowy dialog. Już poprzedniego dnia odniósł dziwne wrażenie, że może temu szczeniakowi zaufać; tylko do pewnego stopnia, oczywiście.
— Podobają ci się te narzędzia? — Skinął pyskiem w stronę metalowych przedmiotów. Leżały na środku jaskini, tak, jak je zostawił. Malec skinął głową, choć bardziej z uprzejmości niż z przekonania. Ruten uznał, że prawdziwy żar rozpali się w nim, jak tylko przejdą do praktyki. — Wiesz, do czego służą? — Tym razem Azair zastygł w bezruchu i milczał, aż wreszcie pokręcił przecząco głową. Basior westchnął. Mógł się tego spodziewać. — To aparatura do czynności badawczych. Interesujesz się może trochę… nauką?
I znowu Azair, czy to jakiś znak?
Poranek Azy zaczął się zupełnie zwyczajnie. Zamiast podreptać do ochłapu mięsa w kącie, wyszedł na zewnątrz, by napełnić sobie żołądek słodkimi jagodami i korzonkami. Znalazł ich obfitość niedaleko jaskini już pierwszego dnia w WSC. Było to bardzo wygodne, gdy się gdzieś śpieszył. W dodatku owoce były zawsze świeże, a nie spleśniałe jak truchło od tygodnia leżące w jaskini.
— Na pewno nie chcesz jeszcze czegoś do jedzenia? — zapytał Ojciec bezbarwnym tonem, gdy szczeniak wrócił.
— Nie, tyle wystarczy, dziękuję — odparł. Już miał wyjść, gdy zatrzymał się w pół kroku. W głowie zaświtała mu pewna myśl. — Um… Ojcze?
— Tak?
Nagle cała jego odwaga wyparowała. To nie tak, że nie chciał wiedzieć, gdzie jego opiekun będzie cały dzień. Uznał po prostu, że i tak nie otrzyma odpowiedzi. Matka przyzwyczaiła go, że rodzice nie odpowiadają na pytania swoich dzieci, a poza tym to, czym Ojciec będzie się zajmował, nie jest sprawą Azy.
— Już nic, przepraszam. — Maluch spuścił wzrok. — Do widzenia, Ojcze.
— Do widzenia — odparł cicho Zero, z nutką śmiechu.
Szczeniak tymczasem wyszedł na zewnątrz. Wiedząc, że prawdopodobnie cały dzień spędzi z Rutenem, postanowił o świcie poobserwować jeszcze jakiegoś innego wilka, żeby przypadkiem nie wyjść z wprawy. Tym razem za cel obrał sobie miejscową medyk. Wadera zanurzyła nos w jakichś papierach i pewnie długo musiałby czekać, żeby zrobiła coś interesującego. Nie minęło wiele czasu, zanim porzucił obserwację i wyruszył ku jaskini ekscentryka. A może po prostu nie mógł powstrzymać myśli, które na złamanie karku biegły już w góry. Doskonale pamiętał drogę; kiedyś, gdy zgubili się na bagnach podczas podróży razem z Matką, to on wyprowadził ich na skraj zwodniczego lądu.
Wszystko układało się wspaniale, do czasu, gdy bordowy basior zapytał go, czy interesuje się nauką. To, wbrew pozorom, trudne pytanie sprawiło, że zawahał się na moment. Czy interesował się nauką? Nigdy się nad tym nie zastanawiał.
— Zależy jaką… — odparł wymijająco. Jego umysł dalej pracował na najwyższych obrotach. Co odpowiedzieć, żeby nie wyjść na ignoranta ani na idiotę? Kontakt z innymi bywa jednak pełen niespodzianek. Azair poczuł przemożną chęć przytulenia Kamyka.
— Na przykład biologią — zasugerował Ruten.
Zapadło milczenie, ponieważ Aza zwyczajnie nie wiedział, co powiedzieć. Owszem, ciekawiło go, jak funkcjonują wilki, ale bardziej na płaszczyźnie socjologicznej, niźli budowy organizmu; nie wspominając już o przyrodzie, której kompletnie nie chwytał.
— Interesuję się wilkami — oznajmił w końcu. — Jak działają i w ogóle…
Nagle opanowały go wyrzuty sumienia. Wyraził się tak, jakby inni byli zwykłymi maszynami, przedmiotami, które lubił obserwować. Mógł inaczej ubrać to w słowa… Gdyby znał jakieś przekleństwa, na pewno powtórzyłby jedno w duchu. Niestety pod względem wulgaryzmów jego słownictwo było niezwykle ubogie: zawsze ostro go strofowano, gdy ich używał, nauczył się więc unikać takiego sposobu wyrażania emocji. Ten wilk jednak nie wyglądał na przerażonego sensem wypowiedzi Azaira. Wręcz przeciwnie, sprawiał wrażenie, jakby go to podnieciło.
— Kontynuuj… — zachęcił go, uśmiechając się kącikiem warg.
— C… co i jak mówią, jak się zachowują, jak chodzą, jak się zaprzyjaźniają, dobierają w pary… Takie tam… — Aza znienawidził się za niepewność w głosie. Bał się krytyki, a z drugiej strony podświadomie czuł, że od tego basiora się jej nie doczeka. Jednak, jak to mówią, „Przezorny zawsze ubezpieczony”, czy jakoś tak. Usłyszał ten zwrot dosyć dawno.
Ruten nie odpowiedział. Wstał, tylko po to, by musnąć łapą każde narzędzie, jedno po drugim, jakby szukał w nich odpowiedzi na mamrotane pod nosem pytania, których Azair nie mógł dosłyszeć. Nie śmiał ruszyć się ze swojego miejsca bez pozwolenia, lecz jakoś musiał dać upust ciekawskiej naturze, która łączy wszystkie młode stworzenia.
— Co pan robi?
I znowu ogół wydarzeń
Było to bez wątpienia jedno z ulubionych pytań szczeniaka. Ruten zmarszczył brwi, jeszcze raz skanując wzrokiem narzędzia. Czy żadnego nie brakuje, czy wszystkie nity są na miejscu. Całość wyglądała równie stabilnie, jak wcześniej. Lekko podniósł łeb i odparł:
— Zastanawiam się.
— Nad… nad czym, jeśli mogę zapytać? — odparł Aza po kilku sekundach niepewnej ciszy.
— Nad tobą. Mówisz, że interesuje cię etologia. Nauka o zachowaniu zwierząt. — Nogi przybliżyły go do siedzącego w kąciku gościa. Pomimo swojego wieku nie był wybitnym chuchrem, co podobało się Rutenowi.
Szybko jednak zatrzymał ten ciąg myślowy, aby nie zacząć żałować decyzji, którą podjął poprzedniego wieczora. Nie chodziło już przecież o rozkrojenie tego malca. Nie to miał w planach. Nie spuszczał ze szczeniaka wzroku, w akcie ważenia proporcji jego sił i słabości.
— Ciekawi cię to, tak? Spróbuję… ci pomóc. Przede wszystkim, musisz nauczyć się pisać. Ale na to mamy dużo czasu. Będziesz pomagać mi w sporządzaniu notatek. No i musimy poczekać jeszcze na kogoś, kto zajmie się tym, do czego ja… na razie nie mam kompetencji. A tymczasem, póki go tu nie ma i nie zapowiada się na to, by dziś przyszedł, pokażę ci coś innego. Tak, to coś, w czym jestem niezły. — To powiedziawszy, na moment wrócił do swoich przyrządów i podniósł mały, metalowy nożyk, uprzednio sprawdzając, czy jest w stanie stabilnie utrzymać go między palcami. Okazało się to stosunkowo łatwe.
Tym razem, wyruszając na polowanie, zamiast węszyć i krążyć po lesie, niczym surykatki wpatrywali się w niebo. W drodze starszy kolega rozwodził się nad tajnikami wybierania odpowiedniego miejsca, gdzie niektóre ptaki odpoczywają nisko nad ziemią, a gęste gałęzie nie krępują wilczych ruchów. Drepczący obok niego Azair zawzięcie kiwał łebkiem. Zatrzymali się przed jakimś spróchniałym pniem powalonej przez wichurę sosny. W jej gałęziach wrzało sielankowe życie, a przeróżnego rodzaju ptactwo na cały głos sławiło piękną pogodę i wszystkie siły natury. Pozostało tylko czekać.
Było już późne popołudnie, gdy jedna z sierpówek ranna spadła na ziemię. Jej kremowe pióra mieszały się ze światłem i krwią, ciesząc oko obrazem wygranej. Starszy wilk, idąc za ciosem poprzedniego, celnego manewru, błyskawicznie zacisnął szczęki na opierzonym ciele i zaczął bez opamiętania szarpać na wszystkie strony. Białe kły stopniowo pokrywały się czerwienią. Kości zatrzeszczały, a pióra posypały się na jego sierść. Krople krwi ginęły w bordzie futra.
Droga powrotna minęła w milczeniu.
— Teraz popatrz. — Ruten chwycił mniejszy z dwóch noży leżących na stosie narzędzi i podszedł do dużego, płaskiego głazu, który stał przy jednej ze ścian jaskini. Położył martwego ptaka na kamieniu z powagą godną posiadacza prawdziwego skarbu. — Podejdź tu, Azair. Boisz się czegoś? — odezwał się przykładnie miłym tonem. — Tnij wzdłuż mostka — polecił, po czym podał szczenięciu lancet.
Młodzik zastygł, wpatrując się w nieruchome ciało ptaka. Już wcześniej ustalił, że na posiłek było to stanowczo za mało, a tu taka niespodzianka.
Pomysł pokrojenia ptaka dziwnym przyrządem, nawet bez konieczności posmakowania go, był dla Azy intrygujący. Czuł zapach mięsa, ale nie mógł go zjeść, bo było przeznaczone do czego innego. Właściwie… nie musiał go jeść. Nie było obok Matki, która wcisnęłaby mu do pyska wyborne danie co do ostatniego kawałeczka. Mimo to dalej stał z nożykiem w bezruchu, jakby zapuścił przy głazie korzenie.
— Co jest? — Basior odwzajemnił spojrzenie. Odpowiedziała mu tylko cisza.
Gdyby wilki potrafiły się rumienić, malec byłby zapewne czerwony jak rak. Nie wiedział, gdzie znajduje się mostek; nikt nigdy nie uczył go anatomii. Bał się przyznać do niewiedzy, jako że zwykle zbierał za nią baty. Popatrzył więc wyczekująco, modląc się w duchu, aby Ruten zrozumiał i na początku trochę go poinstruował.
„No dalej, domyśl się. Nie każ mi tego mówić na głos!”.
Gdy jednak dorosły okazał się nieczuły na jego mentalne prośby, tylko spuścił głowę i wymamrotał coś brzmiącego podobnie do: „Ngh… umj… wiem… gdzie… mostk…”.
— Dzieciaku, wysłów się wreszcie — powiedział jego znajomy z lekko poirytowanym, ale zachęcającym wyrazem pyska.
— Ja… Niewiem, gdziejestmostekproszępana… Anijakprzeciąćwzdłużniego… — zamruczało w końcu szczenię, na jednym wdechu. Ruten na szczęście uchwycił sens bełkotu szybciej, niż Azair zdążył pożałować słów. Westchnął przeciągle; zamiast gniewu w głosie pobrzmiewała wątła cierpliwość.
— Pokażę ci. — Ujął nóż i wbił go delikatnie w skórę, nieco pod ptasim gardłem. — To punkt orientacyjny, widzisz? Tu, gdzie jest ta kość.
— Dobrze — odparł Aza i przejął nożyk, po czym powoli, najbardziej precyzyjnie, jak potrafił, rozciął różową powłokę na truchle. Linia biegła co prawda krzywo, ale był z niej zadowolony. Zerknął na basiora w poszukiwaniu komentarza, a ten kiwnął łebkiem.
— Zadowalająco.
— Co teraz, proszę pana? — spytał szczeniak, podbudowany swoim drobnym sukcesem.
— Połam kilka żeber, cztery albo pięć.
— Jakoś konkretnie mam to zrobić, proszę pana? Czy tak po prostu? — Tym razem malec nie bał się zapytać; wiedział już, że nie zostanie przez basiora upomniany.
— Tak, żeby nie uszkodzić organów wewnętrznych — sprostował i zaprezentował zręcznie, jak powinno zostać to wykonane.
Azair złamał w ten sposób jeszcze cztery żebra, brudząc łapki krwią. Zlizał ją niepostrzeżenie i obserwował, jak starszy wilk zastanawia się nad dalszymi krokami.
— Teraz wytnij serce. Tylko ostrożnie, żeby go nie pokiereszować — mruknął, oddając mu nożyk.
Szczeniak zaczął od przyjrzenia się małemu organowi. Nie pompował już krwi, więc był całkowicie bezużyteczny. Aza prychnął w duchu i zabrał się za przecinanie tych dziwnych sznureczków, za pomocą których serce było połączone z resztą organizmu. W międzyczasie Ruten wykładał mu podstawowe informacje z anatomii.
— To, co teraz przecinasz, to aorta… Oplatają ją cieniutkie nerwy. U tego gołąbka prawy łuk aorty transportuje krew z serca do krążenia ogólnego, czyli większości innych narządów. To inaczej niż u nas, ssaków, gdzie lewy łuk pełni tę funkcję.
Azair starał się to wszystko zapamiętać, jednocześnie manewrując całym ciałem tak, żeby uniknąć poplamienia się jeszcze większą ilością krwi. Na jego białej sierści wyglądała koszmarnie.
Na bordowym pysku natomiast powiększał się cień zadowolenia. Malec postawił pierwszy krok na drodze do światła. Pokazał, że stać go na więcej niż bycie tłem opowieści i może triumfalnie wyjść z roli bezrozumnego dzieciaka-statysty, podobnego do tych, które nauczyciel pamiętał z własnego, wcale jeszcze nieodległego dzieciństwa. Gdy biel loczków bujnej kryzy zmieszała się z dostojną czerwienią posoki, zobaczył w Azie prawdziwego ucznia. Od tej chwili szybko instruował go i dopowiadał to i owo, gdy tylko mały dotknął lub spojrzał na coś, o czym miał zamiar opowiedzieć.
— Popatrz jeszcze raz na mostek… — mówił. — Ten u ptaka jest inny niż nasz, wilczy. Ale o tym przekonasz się innym razem — dodał ciszej. Ekscytacja, która przebiegła przez pysk Azy, nie zdążyła się skrystalizować. Szczeniak zmiarkował się i ponownie przeniósł wzrok na przedmiot swojej lekcji.
— Ma zupełnie inny kształt, aby mięśnie niezbędne podczas lotu miały odpowiednie miejsce przyczepu. — Ruten zmrużył oczy, uśmiechając się, po czym wskazał łapą kolejne elementy na klatce piersiowej ofiary. — To te mięśnie. Wiesz, co by się stało, gdyby naciąć każdy z nich… w tym miejscu? — Z jakąś niewysłowioną rozkoszą przejechał pazurem po jednym ze ścięgien.
— N… Nie — odrzekł nieśmiało Azair.
— Nasz ptaszek przestałby latać. — Dotykając każdej po kolei struktury klatki piersiowej, basior czuł się jak na przedstawieniu teatralnym, choć nie wiadomo było, czy je ogląda, czy stoi na scenie. Celowo przedłużał zajęcia, by bawić swoje znawcze oko pięknem urządzenia skonstruowanego przez przyrodę.
Nagle przy wejściu do groty dało się słyszeć ciche stukanie pazurami o kamienie. Obaj naukowi debiutanci odwrócili głowy.
— Oto i on. — Na bordowym pysku wciąż tańczył gorzki uśmiech.
— Kto? — zdziwił się szczeniak.
— Mój przyjaciel, który udzieli ci kilku lekcji z zakresu etologii wilków. Ich lokomocji, interakcji społecznych, rytuałów godowych i takie tam, oczywiście. — Oczy naukowca rozjaśniły się, a głos miał łagodny ton, zarezerwowany wyłącznie dla Azy. Ptak zatrzymał się jak wryty, jakby między nim a wnętrzem jaskini rozciągała się cienka, niewidzialna bariera.
— Zapraszamy — powiedział stanowczo Ruten. Kiedy gość wreszcie przekroczył swoją niewidoczną ścianę, dodał z cieniem wyrzutu: — Dawno mnie nie odwiedzałeś.
— Nie złożyło się. — Mundus podszedł bliżej, jednak nie patrzył na swojego rozmówcę. Jego wzrok przykuło szczenię ślęczące nad martwym gołębiem. — Nie spuściliście krwi…
— Nie złożyło się. — Basior wyszczerzył zęby. — Popatrz, co robimy. Jak ci się podoba?
— Możesz się tak na mnie nie gapić? — mruknął żuraw, zamiast odpowiedzieć na zadane pytanie. — Nie zmieniłem się od naszego poprzedniego spotkania.
— Aza, koniec na dzisiaj — oznajmił nagle basior, kładąc uczniowi łapę na ramieniu. — Przyjdź jutro. Ja skonsultuję z moim drogim przyjacielem kwestię twojego dalszego kształcenia, dobrze? — Uśmiechnął się, mrugając do Azy niczym wielki brat, który wtajemnicza rodzeństwo w jakiś wielki sekret.
Kiedy najmłodszy uczestnik oddalił się, pozostała dwójka usiadła w środku, tak, jak niegdyś mieli w zwyczaju prawie każdego dnia.
— Mundus — zaczął Ruten. A potem przez pewien czas trwali w ciszy, słuchając pokrzykujących na zewnątrz wróbli. Tylko echo ich głosików, które odbijało się od skalnych ścian, wprowadzało do jaskini odrobinę życia. Wreszcie basior dokończył. — Co jest dla ciebie cenniejsze: szacunek, czy zaufanie?
— Nie powinienem chyba przyznawać się do tego otwarcie, zwłaszcza znając twój, nazwijmy to, sposób myślenia. — Lotnik uniósł brew i przez chwilę milczał, nieprzygotowany na podobne pytanie. Jednak ani to zakłopotanie, ani zdziwienie nie odmalowały się na jego obliczu. — Jednoznaczna odpowiedź kosztowałaby mnie to mniej ważne, czy się mylę?
— Chyba nie — odpowiedział wilk z rozbrajającą szczerością. — Nie myślałem nad tym. Ale jeśli już miałbym świadomość, kim jesteś, pewnie nam obu łatwiej byłoby współpracować.
— A jakiej współpracy oczekujesz? — zapytał spokojnie ptak.
— Mam ucznia. — Słowa aż iskrzyły samozadowoleniem. Mundus skrył uśmiech głęboko, pozwalając mu rozkwitnąć tylko we własnych myślach.
— Widziałem.
— Pomożesz mi go uczyć? Znasz się chyba na emocjach, na wilkach. Jesteś ni mniej, ni więcej skrzydlatą jaszczurka na szczudłach, a przeżyłeś wśród nich imponujący czas zupełnie bez szwanku. Podzielisz się z nim wynikami swoich długofalowych obserwacji. To wystarczy. — Ptak, słysząc stanowcze zakończenie monologu, w spolegliwym milczeniu skinął głową. — Zatem załatwione. Zaczniemy od jutra — zarządził złotooki.
— Mam nadzieję, że masz świadomość, jak krucha jest psychika szczeniąt.
— O to się nie martw — rzucił wymijająco. — Po prostu rób swoje, a resztę zostaw mi.
Oto Azair
Azair chyba już nigdy nie spojrzy na ptaki w ten sam sposób.
Nawet teraz, wracając do swojej jaskini, obserwował płynące po niebie zwierzęta i zastanawiał się, jakiej siły musiałby użyć, by przebić się pazurem przez skórę, żeby uszkodzić mięśnie i na zawsze pozbawić zdolności lotu szybujące między drzewami sójki. Był dziwnie otępiały. Czuł, że po nocach prześladować go będą tętnice i mostki. A skoro już o mostkach mowa… Chyba pokochał dźwięk rozcinanej skóry oraz metaliczny zapach krwi, który nie był aż tak intensywny, odurzający, jak na zwykłym polowaniu. W nozdrzach cały czas czuł woń powoli stygnącego ciała, a jego łapy zaczęły drżeć przez pamięć o twardym dotyku metalowej rączki nożyka.
Po drodze zahaczył o pierwszy lepszy stawik, żeby obmyć się z krwi. Może nie znał Ojca zbyt dobrze, ale był przekonany, że nie pochwaliłby syna uwalanego w szczątkach, nieważne czyich. Czysty i świeży po kąpieli, zjadł parę jagód znalezionych po drodze i korzonków, których wykopywanie szło mu już całkiem sprawnie. Na wejściu zorientował się, że rodzic jeszcze nie wrócił; zapach był stary. Właściwie było mu to na łapę; nie musiał chować się w kącie i szeptać do Kamyka. Od razu opowiedział wszystko, co go dzisiaj spotkało. Ojciec wrócił, gdy już całkowicie się ściemniło. Przytargał za sobą całkiem sporą łanię.
— Chcesz kolację? — zapytał, samemu zabierając się za pałaszowanie zdobyczy.
— Nie, dziękuję — odparł, z pewnym niesmakiem spoglądając na zwłoki zwierzęcia. Ciekawe, kiedy będzie przerabiał z Rutenem jelenie…
Zero zmierzył Azę pytającym wzrokiem, na co ten tylko wzruszył ramionami.
— Nie jadam mięsa, Ojcze — wyjaśnił, bawiąc się uszami Kamyka.
Nie był pewien, dlaczego to powiedział. Dotychczas jadał wszystko, co podsuwano mu pod nos albo co znalazł w trawie. Głównie mięso, rzecz jasna. A mimo to wzdrygnął się na tę propozycję: propozycję zmarnowania takiej ilości materiału, jaki mógłby przysłużyć się nauce, o której z taką pasją opowiadał nowy znajomy. Delikatne poczucie krzywdy zakłuło jego małe serduszko.
Ojciec teatralnie przewrócił oczami, jakby chciał powiedzieć „Nie to nie”. Zabezpieczył resztki na później, po czym rzucił powszednie „dobranoc” i ułożywszy się wygodnie, zasnął. Niedługo po nim w objęcia snu wpadł Azair, tuląc do piersi Kamyka. Tej nocy jego marzenia senne dotyczyły głównie ptaków. Najpierw było to stado kruków, które goniło go po terenach watahy i dziobało zarówno siebie nawzajem, jak i szczeniaka. Potem on sam gonił gołębia, który po jakimś czasie rozpadł się na kawałki, niewiarygodnie szybko zgnił, a na miejscu jego pochówku wyrosła mała, pospolita stokrotka bez jednego płatka.
***
Gdy się obudził, Ojciec był jeszcze w jaskini, ale rzucił tylko szybkie przywitanie i wyszedł, nie mówiąc dokąd i po co. Aza nawet mu nie odpowiedział, przejęty kolejnymi zajęciami u Rutena. Pognał do jego jaskini, gdzie czekało coś o wiele ciekawszego niż samotne śniadanie.
Gdy przemierzał szumiący zagajnik, w trawie mignęła mu stokrotka. Z jakiegoś powodu postanowił przyjrzeć się jej bliżej. Wyglądała jak tajemnicza roślinka ze snu. Brakowało jej nawet jednego płatka, dokładnie tak samo, jak tamtej. Dociekliwość szybko ustąpiła miejsca dziecięcemu odruchowi. Zerwał kwiatek i zaniósł go aż do celu.
Na miejscu nie było jeszcze tamtej dziwnej Czapli, ale, jak został poinformowany, jej przybycie było tylko kwestią czasu. Azair położył stokrotkę przy wejściu, zapominając o niej zaraz po przekroczeniu progu ciemnej groty.Rozdział 3
Oto ogół wydarzeń
Goście ostatecznie zniknęli z pola widzenia Rutena, rozchodząc się w przeciwnych kierunkach. On tymczasem ciężko padł na swoje wysłużone legowisko, którego piach znał już na pamięć kształt jego ciała. Wypuścił z pyska powietrze, jakby chciał wyrzucić z siebie cały dzień. Powinien obmyślić plan następnych zajęć. Mundus mówił kiedyś, że zanim odpowie się na pytanie „jak”, najlepiej odpowiedzieć na pytanie „dlaczego”. Achpil powtarzał niejednokrotnie, że zawsze zaczyna się od zwierząt. Innych zwierząt. Wilki zostawia się na koniec, jako dowód wysokiego wtajemniczenia, wytrwałości i rozsądku ucznia, a także postawienia umiejętności obok pasji. Dlaczego? Tego Ruten nie wiedział. Czuł jednak, że z tym dzieckiem mogło być inaczej. A może był to tylko pretekst i próba tłumaczenia… komu? Sobie? Całemu światu, który przecież nie mógł usłyszeć jego myśli? Tak czy inaczej, mógł to być pretekst do przyspieszenia procesu kształcenia Azaira, by bez zbędnych wstępów przejść do rzeczy ciekawszych i bardziej praktycznych niż układ rozrodczy żaby.
Zasnął zadziwiająco szybko.
Był środek nocy, gdy coś go wyrwało ze snu. Nie pamiętał momentu, w którym podniósł się z ziemi. Od razu stał przed jaskinią, gapiąc się na ścianę lasu. Co tam robił? Po co zerwał się z posłania, czemu stał tam, na zewnątrz i co rusz ogarniały go nieprzyjemne dreszcze? Rozejrzał się wolno, czując, że jego serce bije coraz mocniej. Nagła fala napięcia rozgrzała wilcze ciało. Chciał się wycofać, wrócić do jaskini, schować w ciemności… nogi jednak nie słuchały. Tkwił w miejscu, zamrożony jak zwierzyna, na którą już padł cień myśliwego. Między oczami poczuł czyjś wzrok, tak podobny do chłodu bezdusznej lufy strzelby. Jego świadomość rozpływała się pomiędzy czarnymi jak węgiel gałęziami sosen. Świat wokół zamazywał się, Ruten widział go, słyszał i czuł, tak, jakby powietrze nagle zamieniło się w wodę. Noc przestawała być czysta i klarowna. Nic nie było już tym samym, czym przed chwilą, nie było chłodnego oddechu pustki jaskini ziejącej zza pleców, nie było szumu drzew majaczących w ciemności. Sam już nie wiedział, co w ogóle było, a co nie. W tamtej chwili nie potrafił nawet przysiąc, że ma otwarte oczy.
Ktoś wysoki stał przed nim, wśród stukających o siebie sosnowych gałęzi. Ruten wyraźnie czuł jego obecność, lecz nie mógł dojrzeć sylwetki. Chciał coś powiedzieć, przemówić. Nie mógł. Jego oddech przyspieszał, jakby wdech i wydech próbowały wyprzedzić się nawzajem. Chciał za wszelką cenę oderwać sztywne i ciężkie nogi od ziemi, która znikała gdzieś w otchłani. Szarpnął. Raz, drugi.
I znów leżał w swoim legowisku. Nagle wszystko odzyskało naturalne krawędzie, barwy i rozmiary, przestał czuć obecność obcego. Tylko dlaczego… nie mógł nabrać powietrza? Nie mógł się ruszyć, choćby oprzeć na łapie, odsunąć pyska od ziemi, która prawdopodobnie blokowała jego oddech. Myśli szarpały nim jak drapieżnik ofiarą, próbując poderwać zwiotczałe mięśnie do działania. W końcu ciało ustąpiło. Nogi odparły się na ziemi, oddech wrócił… ale mózg nie zapomniał chwili słabości. Basior odwrócił się na grzbiet i westchnął głęboko.
„Czyżbym był o krok od śmierci?”, zapytał sam siebie, gapiąc się na mroczne sklepienie groty.
Nazajutrz wstał cały obolały. Ta noc nie była dobra. To, co tłumaczył sennym koszmarem, kłóciło się z tym, czego doświadczył później. Wśród zatartych wspomnień szczególnie wyraźnie powracał do niego obraz jednego momentu; z nieprzyjemnym dreszczem na plecach myślał o chwili, w której nie był w stanie zaczerpnąć powietrza. O nocy, która miała nadejść po wstającym właśnie dniu, wolał nie myśleć w ogóle.
Okrążył jaskinię. Łapczywie chłonął rześkie powietrze, a jego nozdrza drgały niespokojnie. Czyhał na każdy obcy zapach, każdy ślad obecności wrogów, szpiegów czy też innego „syfu”, który należałoby czym prędzej uprzątnąć. Nie znalazłszy nawet gąsienicy na liściu chrzanu, postanowił udać się na polowanie. Wrócił jeszcze przed południem, z niewielkim, na wpół ślepym zającem. Zdążył, zanim pełen entuzjazmu Aza wpadł do środka podobnie jak poprzedniego dnia. Padło pytanie o nieobecność skrzydlatego gościa, którego spodziewał się zastać. Ruten uspokoił go stwierdzeniem, że „złego diabli nie biorą” i że to przemiłe zwierzę zjawi się już niedługo.
— Co będziemy dzisiaj robić, proszę pana? — spytał mały, opierając się o płaski głaz. Usadowił się naprzeciwko nauczyciela, który majstrował coś po drugiej stronie. Basior zastanowił się przez chwilę, uświadomiwszy sobie, że przez wieczorne zmęczenie nie zdążył wymyślić niczego nowego. Jeżeli nie chciał zawieść ucznia, pozostawało tylko to, co planował już od dawna.
Podniósłszy łeb znad misternie poukładanych narzędzi, uśmiechnął się i popatrzył na posiadacza najpiękniejszych loków z rozmarzeniem.