Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Mr Incognito - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
10 kwietnia 2026
46,90
4690 pkt
punktów Virtualo

Mr Incognito - ebook

Romans biurowy autorki powieści Piętno mafii.

Podczas jednego z babskich wieczorów przyjaciółki rzucają Blance Lanz wyzwanie. Choć takie akcje nie są w jej stylu i nie jest zbyt chętna do wykonania zadania, to się na nie zgadza, by tradycji stało się zadość. Wie, że odmowa oznaczałaby przegraną i karę wymyśloną przez koleżanki. Jej zadaniem jest pocałować wybranego dla niej nieznajomego.

Tajemniczy Pan X, chłodny i nieprzystępny mężczyzna, którego Blanka miała pocałować w ramach zakładu, okazuje się niebezpiecznie pociągający. Jakby tego było mało, wychodzi na jaw, że tego wieczoru jej przyjaciółki jeszcze raz pokierowały jej życiem.

Wiedząc, że dziewczyna nie znosi obecnej pracy, złożyły w jej imieniu dokumenty, by aplikowała na posadę asystentki. Po przyjęciu do pracy Blanka odkrywa, że jej nowym szefem został ktoś, kogo zupełnie się nie spodziewała.

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.                    Opis pochodzi od Wydawcy.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8418-701-2
Rozmiar pliku: 2,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Szłam przez długi hol i wsłuchiwałam się w stukot swoich wysokich obcasów. Moje kroki ucichły, kiedy weszłam na długi, beżowy dywan. Przekroczywszy próg kuchni pracowniczej, napotkałam dwie koleżanki z pracy – Agatę i Agnes. To były jedyne osoby, które tutaj lubiłam. Resztę uważałam za korposzczurki, które, gdyby tylko mogły, zabijałyby spojrzeniem albo donosiły naszej przełożonej o byle głupocie.

Zabieganie o wyższy stołek było czasem ważniejsze niż własny honor czy sympatia do drugiego człowieka. Na szczęście nie byłam jednak taka jak oni, ale duszna i napięta atmosfera wykańczała mnie emocjonalnie. To wysysało ze mnie energię do tego stopnia, że zaczęłam się zastanawiać nad radykalnymi krokami…

– Coś ty taka zmarnowana? – Agnes spojrzała na mnie pytająco i zaśmiała się cicho, przez co w jej policzkach uformowały się słodkie dołeczki.

– A weź. – Machnęłam dłonią i podeszłam do ekspresu. Nacisnęłam guziczek i maszyna wydała zduszony dźwięk. Aromatyczny napar nalewał się do mojego ulubionego kubka, który dostałam od babci na święta. Zaciągnęłam się zapachem świeżo zaparzonej kawy.

– Co jest? – Szturchnęła mnie ramieniem Agata, po czym podejrzliwie mi się przyjrzała.

– Mam, kurwa, dosyć tej roboty – fuknęłam rozdrażniona. – W kółko muszę poprawiać po kimś spierdolone projekty domów jednorodzinnych. A co najgorsze, ich autorzy dostają taką samą kasę co ja.

Firma pana Rittera rozrosła się w ostatnim czasie tak, że przenieśliśmy się z małego budynku do wysokiego wieżowca na Pięćdziesiątej Siódmej ulicy. Już nie byliśmy zwykłą firmą, zaczęliśmy pokazywać się na rynku międzynarodowym, przez co Ritter Company zaczęło być zasypywane nowymi projektami.

– Tylko czekam, aż ktoś mnie zaraz podpieprzy, że poszłam sobie zrobić kawę i za długo nie wracam. – Czułam, jak pod wpływem nagłej złości robię się czerwona. – Rozumiecie, że ktoś podkablował do Brianny, że spóźniłam się ostatnio pięć minut? Rozumiecie? Pięć minut! Pracuję w tej firmie cztery lata, a na palcach jednej dłoni mogę policzyć dni, kiedy się spóźniłam. Ci ludzie mnie wykończą! I wiecie co… – wyznałam pod wpływem impulsu – …zwalniam się stąd. Mam dwadzieścia osiem lat i zaraz ze stresu dorobię się siwych włosów. To, co się tutaj dzieje od pół roku, jest nie do pojęcia.

Byłam dzisiaj niebywale rozdrażniona, miałam mnóstwo pracy, a na dodatek dostałam okres, który jeszcze bardziej mnie rozstrajał. Poczułam, że naprawdę się wykończę w tej firmie. Zarobki miałam fajne, ale wiedziałam, że bez większego trudu mogę przejść do innej korporacji. Nie mogłam dopuścić do tego, żeby wykończyła mnie praca.

– Ej, nie, nie, nie… Nie zostawiaj nas – błagała przejęta Agata.

– Ale ty się z nimi nie użerasz, tylko siedzisz z Agnes na recepcji i zajmujecie się klientami… Przepraszam, dziewczyny – westchnęłam rozdrażniona – nie mówię, że macie gorszą pracę czy coś, ale… ja naprawdę nie daję rady. Czasem mi się wydaje, że jedynie wy mnie tutaj trzymacie, jak boga kocham.

– Aplikuj na stanowisko asystentki szefa, która w dużej mierze odpowiada za zatwierdzanie projektów. Masz do tego wyczucie! Od ciebie zależałoby, czy dany pomysł jest dobry i wart realizacji. – wypaliła Agnes po chwili gęstniejącej ciszy. – Właśnie! Zapomniałam wam powiedzieć! Ritter potrzebuje asystentki – oznajmiła i zaczęła wyczekująco przestępować z nogi na nogę, jakby to była moja szansa życiowa.

– Co? – zainteresowałam się, choć byłam przekonana, że objęcie przeze mnie posady prywatnej asystentki pana Rittera graniczyło z cudem.

Dlaczego? Wysoka pensja, luksusowe mieszkanie, prywatny szofer… można by wymienić wiele powodów. Nic dziwnego, że zaaplikują pewnie tłumy, a moje kwalifikacje z pewnością nie dorównają doświadczeniu reszty.

– No tak! Pani Maria odchodzi na emeryturkę. – Zatarła dłonie Agnes. – Weź, spróbuj, proszę… I jak się dostaniesz, wreszcie nam powiesz, jak wygląda Victor Ritter. Może cykniesz mu foteczkę po kryjomu. Skubaniec cały czas wchodzi oddzielnym wejściem i jeździ swoją prywatną windą, którą może się poruszać tylko on i jego asystentka. Kiedyś zagadywałam panią Marię, czy ma jego zdjęcie albo coś, ale tylko się uśmiechnęła i odeszła. Chociaż… za takie luksusy to nawet ja bym nie miała odwagi go zdradzać.

– Ta… Większość go widziała, ale wtedy, kiedy my miałyśmy urlop i wyjechałyśmy do Meksyku na wakacje. Pamiętacie? Chyba moje najlepsze wczasy… – Rozmarzyłam się na wspomnienie złocistego piasku, słońca, szumu oceanu… To właśnie wtedy, kiedy wylegiwałyśmy się na plaży i popijałyśmy drinki z palemką, Ritter zaprosił wszystkich na zebranie, podczas którego przedstawił się całej załodze. Potem niektóre dziewczyny wzdychały, jaki to on jest piękny, i odprawiały jakieś pełne uwielbienia „achy i ochy”, jakby był jakimś bogiem. – Nie, to nie ma sensu. W poniedziałek złożę wypowiedzenie. – Ujęłam kubek w dłonie i wyszłam, zostawiając dziewczyny bez słowa, bo wiedziałam, że wierciłyby mi dziurę w brzuchu, ażbym zmiękła. Może to był impuls, ale wiedziałam, że postępuję właściwie. Liczyło się przede wszystkim moje zdrowie psychiczne i tego zamierzałam się trzymać. Zdawałam sobie sprawę, że ze stażem i wiedzą tu zdobytą nie będzie mi trudno znaleźć kolejnego pracodawcę.

Na ekranie komputera zauważyłam mail od szefa i o mało nie wywróciłam oczami. Powstrzymałam się, bo mieliśmy tutaj w każdym kącie, oprócz pracowniczej kuchni i łazienki, zamontowane kamery. Nie mogłam sobie pozwolić na jakieś gafy, tym bardziej że chciałam odejść i mogliby to szybciutko wykorzystać.

Od: Victor Ritter

Tytuł: Wiadomość zbiorowa do wszystkich pracowników Ritter Company

Dnia 15.06.2022 odbędzie się wyjazd integracyjny na cały weekend. Prosiłbym o obecność każdego pracownika. Chciałbym, abyście wszyscy dobrze się poznali i rozluźnili, odpoczęli od natłoku pracy, bo przez spiętrzenie obowiązków nie ma na to czasu w siedzibie firmy. Miejsce, godzinę i plan całego wyjazdu podam w oficjalnych mailach bliżej terminu.

Victor Ritter

Czyli wyjazd miałby być za miesiąc. Na szczęście mnie tu już nie będzie…

Uśmiechnęłam się pod nosem i wróciłam do swoich obowiązków. Po raz pierwszy od dawna pracowało mi się naprawdę dobrze, bo ze świadomością, że niedługo nie będę musiała się użerać z tymi ludźmi.

Dziewczyny wielokrotnie namawiały mnie, żebym zgłosiła to wszystko szefowi. Nie byłam konfidentką, więc tego nie zrobiłam. Może niesłusznie, ale zakładałam, że szef i tak to zignoruje. Robił tak przecież przez ostatnie pół roku.

Nie miałam pojęcia, co dokładnie się działo, ale ostatnio atmosfera w pracy naprawdę zaczęła się psuć, mimo że firma rozrastała się w ekspresowym tempie.

Może ten chaos był spowodowany brakiem kontroli z góry? Wiedziałam, że szef ma mnóstwo pracy, ale powinien był znaleźć kogoś, kto zajmie się najpilniejszymi sprawami pracowników i ugasi konflikty w zespole. Miałam też wrażenie, że niektórzy koloryzują mu rzeczywistość, byle tylko dostać premię, i udają przy tym, że wszystko jest w porządku.

Kiedy już ułożyłam się w wannie, poczułam, jak każdy mięsień w moim ciele powoli się rozluźnia. Chwyciłam kieliszek wina, upiłam łyk i odstawiłam go na krawędź. Nuta winogron od razu rozbudziła moje podniebienie.

– Ummm, jakie to jest dobre – mruknęłam.

Wtedy rozdzwonił się mój telefon, mogłam więc tylko siarczyście zakląć.

Do licha, dlaczego ktoś psuje mi tak miły samotny wieczór?

Dzwoniła Agata.

– Tak? Coś się stało? – zapytałam od razu, bez przywitania.

– No chyba tak… zostawiłaś nas bez słowa. Tak się nie robi…

– Przepraszam – oznajmiłam skruszona. – Ta firma wyprowadza mnie z równowagi… Nie powinnam was tak traktować, ale wiem, że mi nie odpuścicie. – Złapałam za nóżkę kieliszka, a po chwili dostawiłam szkło do ust.

– Nie mylisz się – zachichotała Agata. – Więc… bar u Ezekiela, za dwie godziny. Napijemy się, pośmiejemy, może kogoś poderwiemy. – Przyjaciółka podkreśliła ostatnie słowa, jakby podryw to był główny cel naszego wyjścia.

– Wiesz co… – Uśmiechnęłam się szeroko, bo krążące już w żyłach wino przyspieszyło moją decyzję i sprawiło, że chciałam być wśród ludzi. – To dobry pomysł. Chyba muszę trochę wyluzować. Widzimy się za dwie godziny. Paaa!

Rozłączyłam się i po chwili wygramoliłam z ciepłej wody. Poczułam przejmujący chłód, bo nie zamknęłam okna.

Podeszłam do szafy i sięgnęłam po białą sukienkę, którą niedawno sobie kupiłam. Prosta, obcisła, podkreślająca kobiece atuty. Od zawsze lubiłam dobrze wyglądać. Oczywiście dla siebie, nie dla innych.

Spojrzałam ostatni raz w lustro, a przed wyjściem rozpuściłam długie blond włosy. Zarzuciłam na ramiona beżowy płaszcz, a na nogi wsunęłam niebotycznie wysokie szpilki. Dziewczyny od zawsze się dziwiły, jak mogę w nich chodzić. W biurze śmigałam na niższych obcasach, ale na wyjścia wybierałam znacznie wyższe. Lubiłam eksponować nogi. Poza tym takie buty natychmiast wysmuklały mi sylwetkę i dodawały elegancji, gdy szłam.

Już od progu baru dopadł mnie charakterystyczny dla takiego miejsca hałas, ale wcale mi dziś nie przeszkadzał. Czasem w firmie było o wiele głośniej, gdy tylko niektórzy zaczynali się prześcigać na pomysły. Światło w sali było lekko przygaszone, za czym nie przepadałam, a staromodny, brązowy wystrój mógłby odstraszać, ale w Ezekielu za każdym razem przekraczano limit gości i bar zawsze tętnił życiem. Miejsce cieszyło się prestiżem, który przyciągał tłumy. Każdy stolik zdawał się skrywać niejedną barwną historię, wypowiedzianą tu po kilku głębszych. Również nasze, bo często się tu z dziewczynami spotykałyśmy.

Z głośników sączył się jazz, subtelny i elegancki jak wyrafinowane perfumy, które nie drażniły zmysłów. Weszłam głębiej z lekkim uśmiechem i zaczęłam się rozglądać za koleżankami. Od razu spojrzałam w nasz zwyczajowy kącik. I się nie pomyliłam. Agata spięła kasztanowe włosy w wysoki kok, a Agnes swoje rude dziś wyprostowała. Obie miały na sobie sukienki o identycznym jak moja kroju. Od razu wiedziałam, że zamierzały dzisiaj kogoś wyrwać. Kto wie, może i ja zdołam z kimś poflirtować? Pomyślałam, że chyba naprawdę potrzebuję się trochę rozerwać, choćby niewinnym, nieszkodliwym flirtem.

– No witam was, moje drogie panie. – Zsunęłam z ramion płaszcz i powiesiłam go na pobliskim wieszaku.

– Czego się napijesz? – Agata od razu przeszła do konkretów.

– Hmmm, obojętne. Może na rozruch kieliszek wódki, a potem zamówię jakiegoś drinka. – Usiadłam przy stoliku.

– O bleee, jak ty możesz pić wódkę. – Przyjaciółki się skrzywiły, jakby zjadły coś niesmacznego. – Jejku, pamiętam jak z twoją babcią i mamą piłyśmy nalewkę własnej roboty. Przecież ja chodziłam narąbana po czterech kieliszkach! – Agnes roześmiała się na wspomnienie tej sytuacji.

– Dziwisz się? Przecież ta naleweczka miała chyba z siedemdziesiąt procent! – zauważyła Agata.

Moja mama i babcia są Polkami, ja urodziłam się już tutaj, w Stanach. Mój ojciec jest z krwi i kości Amerykaninem. Po moich narodzinach mama sprowadziła babcię do Nowego Jorku, żeby nie została sama w Polsce. Dziadek zmarł rok przed moimi narodzinami na zawał serca, więc babcia nie miała nic do stracenia, a jednocześnie bardzo chciała pomóc mamie w moim wychowaniu.

– Słabe macie głowy. – Wzruszyłam ramionami i się uśmiechnęłam.

Wtedy do naszego stolika podeszła młoda kelnerka i zebrała od nas zamówienie. Kiedy dostałyśmy swoje alkohole, od razu wypiłam kieliszek wódki i lekko się skrzywiłam. Mimo wszystko paliło mnie w przełyku.

– Ajjj, dzisiaj coś mocna. – Poczułam, jak w jednej chwili zrobiło mi się ciepło na żołądku, w potem w całym ciele.

– Aż nie mogę na ciebie patrzeć – mruknęła Agnes z niesmakiem. – Jak wy to możecie pić…

Im więcej piłyśmy, tym byłyśmy głośniejsze. Śmiałyśmy się z coraz większą pewnością siebie i przekrzykiwałyśmy wzajemnie, bo tematy naszych rozmów stawały się coraz ciekawsze. W jednej chwili rozpłynęła się cała moja złość z powodu pracy. Wiedziałam, że będzie to chwilowe, dopóki nie nadejdzie poniedziałek.

– Złożyłyśmy za ciebie resume do pana Rittera – rzuciła prosto z mostu Agata, a ja aż się zagotowałam na dźwięk tych absurdalnych słów. Z powodu wypitego alkoholu było mi dotychczas gorąco, teraz zaś wrzałam.

– Cooo??? Nie no, zabiję was, przysięgam! Przecież w poniedziałek idę złożyć wypowiedzenie – zganiłam je wzburzona. Mój spokój został poważnie zaburzony. – Zresztą… na pewno na moje miejsce ma tysiące kandydatek z o wiele lepszymi kwalifikacjami. Dziewczyny, zejdźcie na ziemię, przecież tylko się ośmieszę.

– Hm, z jakimi niby lepszymi umiejętnościami, co? To, że szefowi obciągną, a ty nie? – wymsknęło się Agacie. – Przecież znasz tę firmę od podszewki i wcale ci teraz nie słodzimy, ale, laska, ty się najbardziej nadajesz na to stanowisko… A tak przyjdzie ktoś obcy i co? Ty mu wszystko ogarniesz i załatwisz, i może nawet doradzisz, jak poprawić atmosferę. Jeśli jest bystry, to cię weźmie, a jak nie, to nie myśli i jest dupkiem. Ja to bym cię zatrudniła za samą prezencję.

Alkohol jak zwykle skutecznie rozwiązywał język.

– Mój Boże… dziewczyny…

– Dobra, już nie marudź…

– W poniedziałek składam wypowiedzenie i mnie nie przekonacie. Przykro mi. I nie jestem na was zła, że złożyłyście za mnie CV. Jednak nie wiem, co by się musiało stać, żebym dostała to stanowisko i odcięła się od korposzczurków. – Upiłam łyk drinka. Słodki smak rozlał się na moim języku i nieco uspokoił nerwy.

– Dlaczego ty się tak nisko cenisz? – Agnes uniosła brew i przez chwilę patrzyła na mnie w milczeniu. – Masz wykształcenie. Jesteś najlepsza w firmie i masz najlepsze pomysły. Powinni cię tam na rękach nosić.

– Ale nie noszą… – prychnęłam, zamieszałam końcówką drinka w szklance i go dopiłam, lekko rozgoryczona.

Tak właśnie było. Nie doceniano mnie tam. Nie chciałam wielkiej atencji. Wystarczyłoby dobre słowo, niewielka premia, może awans. Uświadomiłam sobie, że od dawna tkwię w miejscu, a przecież właśnie teraz: bez męża, bez dzieci, gdy chłonęłam wiedzę jak gąbka, powinnam być w fazie dynamicznego rozwoju. Tymczasem… czułam się ograniczana.

– Samo myślenie o Ritter Company przyprawia mnie o gorączkę. Serio, zaraz zacznę rzygać – dodałam po chwili.

Właśnie wtedy kątem oka dostrzegłam przechodzącą obok grupkę mężczyzn. Jeden z nich na chwilę się zatrzymał za moimi plecami, jednak ja nie miałam odwagi się odwrócić. Podsłuchiwał? Zaciekawiło go coś, co powiedziałam?

– Idziemy – rzucił mężczyzna z głosem głębokim i twardym jak stal.

– Blanca. O mój Boże… – zapiszczała cicho Agata. – Spójrz na tych facetów. Oni są boscy!

W jednej chwili temat mojej pracy u Victora Rittera zszedł na bardzo daleki plan. I dobrze. Nie chciałam już o tym mówić, bo na samą myśl czułam rosnącą irytację.

Nagle w nozdrzach poczułam zabójczy, intensywny, męski i zmysłowy zapach. To jeden z tamtych facetów zostawił za sobą tak kuszącą woń perfum, że pragnęłam wdychać ją bez końca. Było w niej coś magnetycznego… Miałam wyjątkowo wyczulony zmysł węchu, a on pachniał tak pięknie…

– Jak chcesz, to możesz iść i wyrwać kogoś z tamtych. Posiedzimy sobie tutaj z Agnes. – Szturchnęłam Agatę, bo już mi lekko przeszła ochota na poderwanie kogokolwiek.

– Ale ich jest pięciu… – Agata cały czas ostentacyjnie wlepiała spojrzenie w grupę mężczyzn.

– Przestań się na nich gapić, bo pomyślą, że jesteś nienormalna – zganiła ją Agnes. – To oni mają na nas patrzeć, a nie na odwrót – przypomniała jej.

– Ale, ech… – zaczęła, a ja pomachałam jej przed oczami dłonią, żeby to na mnie spojrzała.

Temat „przystojniaków” zakończył się tak szybko, jak zaczął. Ja nawet się nie odwróciłam z ciekawości, żeby na nich spojrzeć. Czułam jedynie pod nosem te nieskazitelne perfumy. Tak się na nich skupiłam, że trochę przestałam słuchać dziewczyn. W zapachu musiała znajdować się wanilia, jakieś ostre przyprawy i paczula, którą naprawdę lubiłam. Chrystusie, ten zapach mnie zahipnotyzował! Ciekawe, jak wyglądał ktoś, kto go używał. Musiał być równie intrygujący.

Ocknęłam się, kiedy Agata kopnęła mnie lekko pod stolikiem w kostkę. Dziewczyny patrzyły na mnie jak na zamroczoną alkoholem, ale aż tyle nie wypiłam. Skupiłam się i zaczęłam ich na nowo uważnie słuchać.

Temat zmienił się na planowanie naszych przyszłych wakacji. Od czterech lat zawsze gdzieś wyjeżdżałyśmy same, żeby się rozerwać, i teraz też zaczęłyśmy już sprawdzać w telefonach różne destynacje. Przy tej dyskusji wypiłyśmy chyba jeszcze ze trzy drinki, a wtedy podszedł do nas kelner z butelką Möeta. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam pytająco na dziewczyny.

– Ja mam dosyć, już nie piję. – Uniosłam dłonie w geście poddania. – Jutro chciałam jechać do babci, a ona zapewne będzie też mnie częstowała wysokoprocentowymi trunkami.

– To dla pań – wytłumaczył kelner, kiedy mnie usłyszał.

– Ale my niczego nie zamawiałyśmy… – bąknęła zdziwiona Agnes.

– To od tych panów z drugiego rogu sali. Bardzo się upierają, by panie przyjęły butelkę szampana.

Agnes i Agacie aż błyszczały oczy z zachwytu, ale ja tylko cicho westchnęłam. Wiedziałam, jak zazwyczaj kończyło się przyjmowanie jakiegokolwiek alkoholu od mężczyzn. Wypijemy, potem oni do nas podbiją i wtedy się zacznie.

– Podziękujemy – odmówiłam stanowczo, jednak dziewczyny spiorunowały mnie spojrzeniem.

– Proszę wybaczyć koleżance. – Uśmiechnęła się słodziutko Agnes. – Chodziło jej, że bardzo dziękujemy za szampana. Plącze się jej język, bo macie za mocną wódkę.

Kelner spojrzał na nas jak na idiotki, aż z tego wszystkiego uśmiechnęłam się pod nosem. Czego ja się spodziewałam? Że dziewczyny odpuszczą? Kelner otworzył nam szampana, a obok niego pojawiła się jego koleżanka po fachu i postawiła przed nam trzy kieliszki.

– Proszę mi nie nalewać. Ja nie będę pić. – Posłałam jej blady uśmiech.

Kobieta skinęła głową i odeszła z moim kieliszkiem. Musiałam już odpuścić alkohol. Następnego dnia czekała mnie jazda samochodem, bo babcia pewnie będzie chciała się wybrać na zakupy.

Po chwili mężczyzna, który nalewał szampana, dyskretnie się oddalił i zostawił pełne kieliszki na stole. A moje przyjaciółki zamieniły się w dwie małe żmijki.

– Mmmmm, jaki dobry, no nie, kochana? – rozkoszowała się Agnes.

– Mmmmm, pyszniutki – zawtórowała jej Agata.

– Nienormalne – zaśmiałam się, kręcąc głową, rozbawiona ich próbami podpuszczenia mnie.

– Tradycja… – rzuciły jednocześnie.

Od razu wiedziałam, co miały na myśli. Od zawsze podczas babskich spotkań każda z nas musiała wykonać jedno zadanie wymyślone przez pozostałe. Tym razem przyszła moja kolej.

Musiałam przełknąć to, co dziewczyny dla mnie wymyśliły. Nie mogłam powiedzieć, czasem naprawdę było śmiesznie i niektóre rzeczy ciągle wspominałyśmy.

Tym razem dziewczyny szeptały sobie coś do ucha jak małe diablice, zerkając za mnie z podejrzanym błyskiem w oczach. Zaczęłam się bać, i to całkiem słusznie. Bo choć z naszej trójki właśnie ja uchodziłam za najodważniejszą, to nawet po paru drinkach mój mózg funkcjonował racjonalnie. Nigdy się nie upiłam i może dlatego nie dawałam się ponieść. Oczywiście żadna z nas nie przesadzała z zadaniami, by się nie skrzywdzić ani nie upokorzyć.

– To teraz… spójrz w róg sali. Na tych, co nam postawili szampana – poinstruował mnie rudzielec. – Musisz pocałować tego w czarnym golfie.

– Co? Pocałować? Nie, o nie… przecież on mi się na pewno nie podo… – Mówiąc to, odwróciłam się lekko i coś we mnie strzeliło.

– To ten pośrodku, który ma na nadgarstku złoty zegarek – dodała szeptem Agnes.

Nie, nie miałam już obaw, że mi się nie spodoba… Obserwowałam go przez sekundę, a już wiedziałam – ubrany na czarno z pewnością chciał przyciągać spojrzenia. Brązowe włosy zaczesał niedbale do tyłu, usta miał w kształcie serca i właśnie wygiął je w uśmiechu, przez co odsłonił równe, białe zęby. Kwadratowa szczęka była lekko pokryta zarostem, a pod oczami zauważyłam u niego cienie, jakby nie spał od kilku dni. Był magnetyczny. Po chwili oparł się łokciami o stolik i już sobie wyobrażałam, co miał pod tym swetrem. Nie był kulturystą, ale wyraźnie dbał o formę. Wtem uniósł szklankę z wodą i przeskanował salę wzrokiem, jakby coś go zaniepokoiło. Jakby wyczuł, że ktoś się w niego wpatruje. Gdy miał spojrzeć dokładnie w moją stronę, odruchowo zdążyłam się odwrócić z powrotem do dziewczyn.

– NIE, NIE I JESZCZE RAZ NIE.

– Wiesz, że jak przegrasz, musisz nam kupić po torebce Chanel 2.55. Na razie w puli jest szanelka, później będzie coś innego…

– Jesteście nienormalne… Mam do niego podejść i co? „Cześć, jestem Blanca i chcę cię pocałować”? – Spojrzałam na nie z wyrzutem.

– A płoszy cię jego uroda? Przecież jesteś bardzo ładna. Zobaczysz, połasi się na ciebie. I uwierz, że na pewno nie będziesz musiała się dużo napracować.

Myśl, myśl, myśl…

Wydasz na te gówniane torebki swoje oszczędności…?

– Dobra, ale dajcie mi czas. Okej? Wezmę od niego numer i… – Sama nie wiedziałam, co miałam zrobić.

– Dobra, zdobądź jego numer. Masz miesiąc na wykonanie zadania. – Agnes spojrzała na Agatę, by się upewnić, czy ta zatwierdza.

– Wstawaj, wstawaj! – Machała w euforii Agata. – Właśnie idzie do baru, sam!

– Za jakie grzechy… – mruknęłam i wstałam.

Szłam jak na skazanie, jakby za chwilę miał mnie osądzić sam diabeł.

Ja pierdolę, co ja miałam teraz zrobić?

Mój mózg pracował na najszybszych obrotach.

A w dupie… Kupię dziewczynom te torebki.

Gdy się odwracałam, zauważyłam, że facet odchodzi od baru. W tym samym momencie w lokalu podniosła się wrzawa – ktoś się szarpał. Zrobiłam dwa kroki w stronę dziewczyn, kiedy nagle jakiś koleś wpadł na mnie i przewróciłam się na kolano. Krzyknęłam w reakcji na przeszywający ból i aż chwyciłam się za nogę.

Po chwili zauważyłam, że na ziemi obok mnie jest on… Ten, którego miałam pocałować.

Znów poczułam znajomy zapach perfum! To on przechodził obok mnie wcześniej i pozostawił tę hipnotyzującą woń.

Uniósł się sprawnie, otrzepał spodnie i podał mi dłoń. Patrzyłam na niego, próbując zebrać myśli, ale nasze spojrzenia się spotkały i poczułam coś elektryzującego. Każdy mięsień w moim ciele napiął się w odpowiedzi, a ból kolana chwilowo zszedł na drugi plan.

– Przepraszam, któryś z tych gamoni na mnie wpadł. – Pokazał głową na jakichś dwóch awanturników wyprowadzanych z lokalu przez ochroniarzy. Wciąż trzymał wyciągniętą dłoń, więc chwyciłam ją, ale gdy próbował mnie podnieść, znów poczułam ostry ból. Syknęłam cicho i zacisnęłam usta.

– Proszę mnie tak zostawić, nie mogę wstać. – Łza poleciała po moim policzku.

To tak cholernie bolało! Na Boga! Czy miałam złamaną nogę?!

Wtedy zjawiły się moje przyjaciółki z wymalowanym przerażeniem na twarzach.

– Matko, Blanca, nic ci nie jest? – zapytały przestraszone.

– Kolano mnie boli… Ja… nie wstanę. Musimy wezwać pogotowie…

Mężczyzna uklęknął przede mną i znów otoczył swoim zapachem.

– Zawiozę panią do szpitala – powiedział stanowczo.

Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji. Wydawał się poważny, może nawet zirytowany. Czy był na mnie zły? A może chodziło o coś zupełnie innego?

– Jak? Przecież ja nawet nie wstanę… – Skręciłam się z bólu.

Zanim zdążyłam zaprotestować, wsunął ramiona pod moje uda, chwycił w talii i uniósł jak pannę młodą. Pisnęłam zaskoczona. Nie spodziewałam się, że to zrobi jak szarmancki mężczyzna z kulturą i klasą.

– Moja torebka i płaszcz… – przypomniałam.

Agnes pobiegła po moje rzeczy i wszyscy opuściliśmy bar. Podeszliśmy do czarnego, sportowego auta zaparkowanego przy krawężniku naprzeciw wejścia. Już wiedziałam, że dziewczyny nie pojadą z nami. Samochód był dwuosobowy.

One jednak patrzyły na całą sytuację z zachwytem, jakby oglądały scenę wyjętą z romansu. Ja natomiast wciąż byłam w szoku: wpadłam na przystojnego, bogatego nieznajomego, który niósł mnie na rękach.

– Niech któraś z pań otworzy drzwi – powiedział głosem tak intrygującym, że chciałoby się go słyszeć tuż po przebudzeniu.

Agata natychmiast doskoczyła do drzwi. Nieznajomy nachylił się ze mną i wsadził do auta. Co najlepsze, zawstydziłam się, kiedy siedziałam w fotelu, bo kiedy mnie niósł, mógł sobie popatrzeć w całej okazałości na moje krągłe piersi, które prawie wyskakiwały z tej obcisłej sukienki, ale teraz to nie było najważniejsze. Tak mnie bolała noga, że pragnęłam jak najszybciej doznać ulgi.

– Pojedziemy taksówką do szpitala – zaproponowały dziewczyny. – Ty to zawsze coś odwalisz, Blanca. – Obie zachichotały. Chyba w tym upojeniu niezbyt przejęły się tym, co mnie spotkało.

– Zabiorę ją do swojego znajomego, który ma prywatną klinikę – odezwał się chłodno, a one… zaczęły kiwać głowami jak plastikowe pieski na desce rozdzielczej. Zahipnotyzował je? Serio? – Wróćcie do domu, ja odwiozę waszą koleżankę, jeśli będzie taka potrzeba.

Wsiadł i odpalił auto. Ryk silnika był tak głośny, że aż przełknęłam ślinę. Czego ja się bałam? Może tego, że jechałam z nieznajomym! Z obcym facetem! Nie znałam go ani trochę. Ale przez ból, stres i alkohol krążący jeszcze w moim ciele nie myślałam racjonalnie. Cała spięta obserwowałam, jak włącza się do ruchu. Gdy dotarło do mnie, w jakim jestem położeniu… zabrakło mi słów. Język przykleił się do podniebienia.

Wyciągnęłam telefon i udostępniłam dziewczynom lokalizację, po czym napisałam:

Do: Agnes, Agata

Macie cały czas patrzeć, gdzie jadę. A jak to jakiś seryjny morderca?

Wiadomość od dziewczyn przyszła po chwili.

Agnes:

Chciałabym, żeby zabił mnie taki przystojniak.

Agata:

Pamiętaj o numerze. Właśnie podeszli do nas jego znajomi i wydają się spoko. Ewentualnie od razu go całuj, będziesz miała z głowy.

Do: Agnes, Agata

Jesteście nie do ogarnięcia. A tak na marginesie, jeśli umrę, chciałabym białe kwiaty i białą trumnę

Agnes:

Okej.

Agata:

Spoko, da się zrobić xD

ROZDZIAŁ 2

Słyszałam tylko własny przyspieszony oddech oraz ryk silnika. Mężczyzna prowadził samochód jak w transie i się do mnie nie odzywał. Gdyby włączył radio, to może ciche, spokojne dźwięki przyniosłyby mi minimalną ulgę. Ale nic. Cisza była gęsta, prawie namacalna.

Ściskałam kurczowo telefon, aż zaczęły mi drętwieć palce.

Kim on był?

Jak mogłam się zgodzić na jazdę z obcym mężczyzną, nawet jeśli jego auto i ubranie świadczyły o bogactwie oraz prestiżu? To wcale nie wykluczało, że mógł być niebezpieczny. Seryjny zabójca, psychopata, ktoś, kto czekał tylko na moment mojej słabości. Dlaczego w ogóle się zgodziłam? Alkohol… Straciłam czujność tylko przez alkohol! Mogłam zadzwonić po karetkę, mogłam… A teraz siedziałam tu, jakbym sama weszła w paszczę lwa.

Spojrzałam przez szybę. Mijaliśmy budynki, a neonowe światła miasta odbijały się w mokrym asfalcie. Właśnie przejeżdżaliśmy obok wieżowca, w którym pracowałam. Serce zabiło mi szybciej. Nie mogłam patrzeć na to miejsce.

– Ech… – wyrwało mi się nagle.

– Coś nie tak? Boli panią mocno? – zapytał, a w jego głosie pobrzmiewał lekki niepokój.

Właśnie wtedy dotarło do mnie, że nawet nie znam jego imienia.

Pan X.

– Boli, ale do przeżycia. Są momenty, gdy ból się nasila i po chwili puszcza. Chyba alkohol mnie znieczula. – Spojrzałam na niego, ale on nawet się do mnie nie odwrócił.

Dziwny człowiek.

– To o co chodzi? – dopytał, jakby był faktycznie ciekawy.

Co mi tam, mogłam mu powiedzieć, gdzie pracuję. Przecież jeśli to jakiś stalker, to i tak mnie już tam nie zastanie.

– Przejeżdżaliśmy obok budynku mojej pracy – prychnęłam. – To znaczy byłej pracy.

– A gdzie pani pracuje, a raczej pracowała? – dociekał.

– Ritter Company.

Żadnej reakcji, tylko cisza. Chciałam napisać do dziewczyn, żeby nie spuszczały oka z mojej lokalizacji. Gość wydawał się spokojny, a jednocześnie miał w sobie coś, co sprawiało, że chciałam pozostać czujna – jakby próbował mnie zmylić rozmową. Do cholery! Sama już nie wiedziałam, co o nim myśleć. Moje zdanie na jego temat zmieniało się co pięć sekund. Biła od niego wyraźna aura tajemniczości. Może nie przedstawił się celowo, a może po prostu zapomniał w tym całym chaosie.

– Czym się pani zajmuje? I dlaczego pani chce odejść z tej firmy? Źle pani płacą? – zapytał z nutą ciekawości i skręcił w prawo.

Może jednak nie był seryjnym zabójcą, tylko mężczyzną, który z poczucia winy wiezie mnie po prostu do lekarza i tyle. Pomyślałam, że chyba przedawkowałam lekturę kryminałów.

– Płaca nie jest zła, nie narzekam. Ale ta firma mnie wykańcza, a najbardziej ludzie, którzy tam pracują. – Mówiąc to, poczułam, jak na twarz występuje mi rumieniec złości. Podjęłam dobrą decyzję, żeby się stamtąd zwolnić. Nie powinno być tak, że zwykła praca wywołuje tyle negatywnych emocji. To mnie po prostu psuło od środka. – Moja przełożona, Brianna, ciągle każe mi poprawiać prawie wszystko, bo ludzie nie potrafią zrobić jednego projektu porządnie i robią to po łebkach. A co najgorsze? Dostają taką samą pensję jak ja. Ale koniec z tym. W poniedziałek pójdę złożyć wypowiedzenie. Oni mnie psychicznie wykańczają, stoję w miejscu, a właściwie czuję, że się cofam w tej cholernie toksycznej firmie! – Uniosłam głos, choć powinnam się powstrzymać. – Ojej… – westchnęłam. – Nie powinnam tak mówić. Po prostu temat tej firmy działa na mnie źle i… Już nieważne. Naprawdę przepraszam.

– Nie wydaje mi się, żeby dała pani radę przyjść do pracy w poniedziałek – zauważył.

– Jeśli nie, to poczekam, aż wyzdrowieję, i od razu to zrobię.

– Dlaczego pani nie zgłosiła tego gdzieś wyżej? Na przykład szefowej lub szefowi, którego tam macie? – kontynuował, mimo że temat mnie irytował.

– Nie jestem kapslem. Poza tym wydaje mi się, że ktoś na górze sam powinien się zainteresować, co się dzieje w firmie, nie sądzisz? – Zerknęłam na niego. – To znaczy, nie sądzi pan? Przez pół roku nie zrobiono żadnego zebrania ani nie wzięto nawet wyrywkowo żadnego pracownika na rozmowę o firmie. Absolutnie nic – fuknęłam. – A teraz szef wyskoczył jak królik z kapelusza z jakąś integracją. No proszę – prychnęłam. – Niech sam sobie jedzie z tymi przydupasami.

Mówiłam szczerze i nie wstydziłam się, nie chciałam grać pani ,,ą ę”, bo ludzie powinni akceptować innych takimi, jacy są. Nie zamierzałam grać nie wiadomo kogo, by się przypodobać temu mężczyźnie.

– Widzę, że nie darzy pani swojego pracodawcy sympatią.

– Nie w tym rzecz. – Posłałam mu słaby uśmiech. – Chodzi o to, że on nawet nie chce się zorientować, co się dzieje piętro niżej. Kasa wpływa mu na konto i jest ucieszony. Pławi się w luksusach i to się liczy. Ci pod nim smarują mu oczy i tyłek wazeliną, a on pewnie im we wszystko wierzy.

– Może zbyt mocno ufa waszym przełożonym? – zareagował.

– Całkiem możliwe, ale jeśli będzie tak na nich polegał, to mu firma zbankrutuje po jakimś czasie albo ludzie sobie wydrapią oczy i tyle. Wie pan co… Nie rozmawiajmy o mojej pracy, bo to mnie wprawia w zły humor.

Chwilę po mojej prośbie zaparkowaliśmy obok kliniki – dziwnym trafem ortopedycznej. Odpiął pas, a ja postanowiłam w końcu poznać jego imię.

– Blanca – powiedziałam, wyciągając do niego dłoń.

Chwycił ją, potrząsnął lekko, a po chwili puścił.

– Miło mi – bąknął, po czym wysiadł z auta.

Czyli nawet nie chciał się przedstawić. Okej… ale czemu? Znów mnie tym zaintrygował.

Wysiadł, po czym okrążył samochód i otworzył drzwi po mojej stronie. Pochylił się, żeby mi pomóc.

– Niech pan poczeka – powiedziałam.

Wtedy wysunął głowę z auta i spojrzał na mnie. Wreszcie mogłam przyjrzeć się całej jego sylwetce: był wysoki, jego szerokie ramiona opinał czarny sweter, a wąska talia i długie nogi dodawały mu smukłości.

– Coś nie tak? – zapytał.

– Wolałabym… – wyszeptałam.

Wtedy jego spojrzenie przesunęło się najpierw na moje usta, a potem zatrzymało na moich oczach. Twarz miał posępną i poważną, a mimo to był nieodparcie przystojny. Wyglądał, jakby dawno nie zaznał szczęścia.

Znów wsunął się do auta i niemal bez słowa podniósł mnie, a potem zaniósł w stronę kliniki. Nie potrafiłam się sprzeciwić. Czułam, że to mężczyzna, który potrafi zdominować każdego.

Drzwi wejściowe placówki rozsunęły się, a zza nich wyskoczyła recepcjonistka, jakby nas znała, co jeszcze bardziej podsyciło napięcie tej chwili.

– Dzień dobry, panie… – Nie dokończyła, bo pokręcił głową, żeby nie mówiła jego nazwiska.

Czy to była taka tajemnica?

Kim on był, że bał się ujawnić swoją tożsamość?

– Jest Hunter?

– Tak, jest, proszę pana. – Starsza kobieta spojrzała na mnie z zaskoczeniem, jakby wcześniej mnie nie zauważyła. Taka mała to ja nie byłam… – U siebie w gabinecie. Przedzwonię do niego, bo może spać.

– Dobrze. – Skinął do kobiety.

Poszliśmy wzdłuż długiego holu. Od razu dało się zauważyć, że to prywatna klinika. Nowoczesny wystrój bardziej przypominał elegancki hotel niż jakiekolwiek miejsce medyczne.

– Taką tajemnicą jest twoje imię albo nazwisko? – wypaliłam prosto z mostu.

– Tak, Blanco – odparł, omijając mnie wzrokiem, po czym przeniósł spojrzenie na hol. – Nie powiem ci, jak mam na imię, bo to teraz nieistotne. Lepiej martw się o swoje kolano. Jeśli chcesz znaleźć nową pracę, chyba nie będzie ci na rękę siedzieć dwa miesiące w domu bez pensji – dodał i miał rację.

I tak zapewne nasze drogi się dzisiaj rozejdą, więc w sumie po co mi to wiedzieć? Jeśli on tego nie chciał? Nic na siłę.

Byłam mu wdzięczna, że zaoferował mi pomoc i przywiózł do prywatnej kliniki. Gdybym pojechała do zwykłego szpitala, pewnie czekałabym kilka godzin, a potem ktoś łaskawie przyjąłby mnie lub potraktował pobieżnie. Nic nie mówiłam, tylko odliczałam minuty, aż wrócę do domu.

Postawił mnie obok krzesła, więc od razu usiadłam. Ból co prawda nie był już tak ostry jak na początku, ale nie odważyłabym się wstać o własnych siłach. Wiedziałam, że skończyłoby się wyciem z bólu.

Nieznajomy zapukał do drzwi, wszedł i je zamknął. Wyciągnęłam telefon i napisałam do dziewczyn, że jestem już w klinice, ale nie dostałam odpowiedzi. Jakby miały mnie w nosie. Przewróciłam oczami, bo pewnie się teraz śmiały, podczas gdy ja przechodziłam wewnętrzny tajfun, zastanawiając, kim właściwie jest człowiek, który mnie tu przywiózł.

Z gabinetu wyszedł wysoki, postawny brunet. Kitel idealnie opinał jego umięśnione ciało. Spojrzał przelotnie na towarzyszącego mu pana X, a potem na mnie, i uśmiechnął się w sposób, który sugerował, że coś sobie wyobraża.

– Jestem Hunter i zapraszam panią do gabinetu – powiedział, po czym rzucił spojrzenie swojemu znajomemu, by dać mu znak, że będzie potrzebna pomoc.

Nieznajomy znów chwycił mnie w objęcia i wniósł do gabinetu lekarskiego. Kiedy usiadłam, on pozostał w środku. Uniosłam brew i spojrzałam na niego, dając do zrozumienia, że powinien odejść. Nie musiał być przy badaniu ani przy rozmowie. W końcu nie był moim mężem ani kimkolwiek bliskim. Za to obcym mężczyzną, który z własnej woli postanowił mi pomóc, choć nie musiał.

Hunter odchrząknął, jakby odczytując moje myśli, a w tym momencie pan X wyszedł z gabinetu. Lekarz założył rękawiczki, uklęknął przede mną i zaczął delikatnie badać kolano. Chwycił moją stopę i powoli poruszał nią w różnych kierunkach. Do przodu, na bok i w tył.

– Będziemy musieli zrobić prześwietlenie, ale prawdopodobnie ma pani skręcone kolano.

Westchnęłam cicho, a Hunter ruszył w róg gabinetu, by przyprowadzić dla mnie wózek inwalidzki. Pomógł mi się podnieść, a po chwili wyjechaliśmy na korytarz. Nieznajomy natychmiast wstał, przyglądał nam się przez chwilę, po czym usiadł i wyciągnął telefon, jakby o tej porze musiał załatwiać jakieś pilne sprawy.

Po wszystkim wróciliśmy do gabinetu. Siedziałam cicho, przyglądając się Hunterowi, który w milczeniu stukał coś w klawiaturę. Wtedy zauważyłam na jego szyi bliznę – ślad po jakimś poparzeniu.

– Chce pani zaświadczenie lekarskie? – odezwał się wreszcie i spojrzał na mnie z szelmowskim uśmiechem.

– A ile będę uziemiona? – zapytałam.

– Nie jest najgorzej. Całe szczęście kolano nie jest skręcone, tylko ma pani naderwane więzadło. Będzie trzeba przyjść na wizytę kontrolną najlepiej… – spojrzał na wiszący na ścianie kalendarz – w następny piątek… Pasuje pani?

– No cóż, i tak chyba będę uziemiona – mruknęłam, a on cicho się roześmiał.

– Na jakiś czas skończą się pani wyjścia i chodzenie w wysokich szpilkach. Wypiszę pani leki przeciwbólowe, bo teraz panią chyba coś znieczula… – Ukrył uśmiech, zasłaniając się dłonią.

Mimo że nie powinien komentować mojego stanu upojenia, jakoś nie byłam zła, że się ze mnie nabijał. Wydawał się naprawdę miłym i żartobliwym człowiekiem.

– Co do kolana… Usztywnię je w stabilizatorze i pożyczę pani kule, żeby mogła się pani poruszać i żeby mój… kolega – chyba chciał wyjawić jego imię, ale ugryzł się w język – pani nie nosił i nie obciążał swojego kręgosłupa.

Pan X ma problemy z kręgosłupem?

– Wracając do zaświadczenia, może podać mi pani firmę, w której pani pracuje?

– Ritter Company. – Gdy to powiedziałam, dłonie lekarza zawisły nad klawiaturą i wtedy spojrzał na mnie, jakby nie dowierzał. Jednak po chwili ukrył zdziwienie i zaczął stukać w klawiaturę.

Cóż, formalnie zwolnię się dopiero po zakończeniu rekonwalescencji. To był mój pierwszy raz od czterech lat na wolne z powodu mojego stanu zdrowia i czułam się… dziwnie. Chyba byłam za bardzo uzależniona od tej pracy…

– Doktorze…

– Proszę mi mówić Hunter. Znajomi mojego przyjaciela są moimi…

– Ja go nawet nie znam – wyznałam. – Wpadł na mnie w barze i chyba poczuwa się do winy, dlatego mnie do ciebie przywiózł. Nawet nie zdradził mi swojego imienia, więc to jest obcy dla mnie mężczyzna i nie zamierzam tego ukrywać.

– Rozumiem. – Znów uśmiechnął się głupio pod nosem.

Kiedy skończył klikać na klawiaturze, uruchomiła się drukarka. Hunter poszedł do sąsiedniego pomieszczenia, a po chwili wrócił ze stabilizatorem i kulami. Uklęknął przede mną i spojrzał na moje nogi od góry do dołu. Miałam długą sukienkę, ale była podniesiona, więc na mojej twarzy od razu pojawił się rumieniec, choć nie wiedziałam, dlaczego tak reaguję.

Lekarz założył mi stabilizator i wytłumaczył, jak go prawidłowo używać, a ja tylko przytakiwałam. Dał mi też jednorazowe kapcie. Następnie podał kule, pomógł wstać i otworzył drzwi. Na nasz widok nieznajomy schował telefon do kieszeni spodni i wstał na baczność.

– Tutaj masz wszystko rozpisane. – Hunter pokazał mi kartki, gdzie zanotował wszystko to, co wcześniej tłumaczył. – Tutaj masz zaświadczenie lekarskie, gdybyś potrzebowała dla swojego pracodawcy, a zapewne będą chcieli go od ciebie. – Spojrzał przelotnie na nieznajomego. – Na odwrocie kartki masz mój numer prywatny, gdyby coś się działo. Możesz dzwonić o każdej porze. – Posłał mi łobuzerski uśmieszek.

Dosłownie czułam, że on mnie podrywa. Żaden lekarz się wobec mnie tak wcześniej nie zachowywał.

– Dziękuję bardzo – odezwałam się, gdy pan X wziął od swojego kolegi druk, bo ja nie miałam jak. – I ile płacę za to wszystko?

– Nic. – Machnął dłonią, jakby to był dla niego drobiazg. – To była dla mnie przyjemność… – skomentował niskim tonem, jakby każde słowo ważyło tonę. – Może, kiedy dojdziesz do siebie, wyskoczymy na drinka i tyle.

Znów poczułam rumieniec, bo Hunter jawnie pokazywał, że jest mną zainteresowany. Był przystojny, jednak nie wpadł mi jakoś w oko.

Nieznajomy odchrząknął i spojrzał na swojego przyjaciela z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

A temu co?

– W takim razie widzimy się w następny piątek – skwitowałam.

– Będę na ciebie czekał. – Puścił mi oczko i wszedł do gabinetu.

Ocknęłam się dopiero, kiedy zamknął drzwi.

– Nie musi pani z nim nigdzie iść. Zapłacę za wszystko i za każdą kolejną wizytę także – powiadomił mnie X i ruszyliśmy do przodu. Nie potrafiłam jednak chodzić o kulach, więc szło mi to mozolnie. – Zanieść panią do auta? – zaproponował bez wahania.

– Dam sobie radę, muszę się przyzwyczaić. W domu nikt nie będzie mnie nosił – zażartowałam, jednak kiedy na niego zerknęłam, był strasznie poważny.

Kurde, widziałam go wcześniej w barze. Kiedy rozmawiał z kolegą, był taki wyluzowany, uśmiechał się, a ja teraz czułam się przy nim jak ciężar. To było bardzo niekomfortowe, ale mimo to coś w nim mnie intrygowało. Może dlatego, że akurat wpadł na mnie ten, od którego musiałam zdobyć numer telefonu.

Wgramoliłam się do samochodu, a nieznajomy we wszystkim mi pomagał. Wrzucił kule do bagażnika, odpalił auto i zapytał o mój adres. Ruszyliśmy w milczeniu, nie przerywając ciszy między nami. Dopiero gdy podjechaliśmy pod mój blok i zgasił silnik, postanowiłam się odezwać.

– Dziękuję za wszystko… i za podwózkę – powiedziałam.

Skinął głową, wysiadł z samochodu i podszedł do bagażnika, wyciągnął kule. Po chwili otworzył drzwi od mojej strony.

– Mój płaszcz – upomniałam się, pilnując przy tym torebki, w której miałam telefon.

Ściągnął okrycie z siedzenia i zarzucił mi je na ramiona.

Skoro nie zdradził mi swojego imienia i był tak tajemniczy, wiedziałam, że proszenie go o numer telefonu, by się spotkać, nie miałoby sensu. Chciałabym mu kiedyś jakoś podziękować – może postawić kolację albo zrobić cokolwiek, by się odwdzięczyć.

– Dziękuję panu za pomoc. Dobranoc.

Nie doczekałam się odpowiedzi, więc w ciszy zaczęłam człapać w stronę bloku, w którym mieszkałam. Wtedy z klatki wyszedł Angelo, który za każdym razem mnie napastował w sprawie wyjścia do kina. Gdybym była sprawna, uciekłabym, ale teraz nie miałam jak.

– Mama mia! Blanco, co ci się stało? – Spojrzał na zegarek na nadgarstku. – Jest, do cholery, trzecia nad ranem! – Upomniał mnie, jakby był moją matką albo, o zgrozo, mężem.

Spierniczaj! Mam cię po dziurki w nosie, nachalny buraku!

– Nic, idę do domu, bo jestem zmęczona – zareagowałam i kontynuowałam kuśtykanie do drzwi.

Złapał mnie za ramię, a ja nie miałam jak się wyrwać, bo ledwo co potrafiłam iść z pomocą tego cholerstwa.

– Nie dotykaj mnie – poinformowałam ozięble, po czym na chwilę przystanęłam i spiorunowałam go jadowitym spojrzeniem, by tylko się odczepił.

– Zaprowadzę cię do mieszkania! Potrzebujesz pomocy, zostanę nawet na noc!

– Dam sobie radę! Czy ty rozumiesz, co ja do ciebie mówię? Czy mam ci powiedzieć po mandżursku?

– Już nie zgrywaj takiej! – krzyczał.

Boże, cholerny głośny Włoch. Maczo, który myśli, że przeleci wszystkie sąsiadki.

Faktycznie chyba ja mu zostałam ostatnia w klatce, bo latał za mną już tak od dwóch lat. To taki typ mężczyzny, który, gdy się mówi „nie”, próbuje jeszcze bardziej.

– Jakiś problem? – Usłyszałam nagle za sobą głos pana X.

Myślałam, że dawno odjechał. Przez Angela zupełnie o nim zapomniałam.

A teraz poczułam, że zbliżają się kłopoty.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij